Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 18000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec

Mieszkającego w Irlandii Wowę, młodego emigranta z Polski, nałogowego palacza i autora specyficznych dzieł sztuki współczesnej, odwiedza niespodziewany gość: Indianin w białym kitlu, kaloszach, ze skrzydłami na plecach. To psychoanioł, czyli anioł ateistów. Oznajmia zdumionemu Wowie, że ten zostanie zamordowany już za siedem dni, w dniu swoich trzydziestych urodzin. Jeśli wcześniej zdemaskuje i powstrzyma potencjalnego zabójcę, ocali życie. Zadanie nie jest łatwe, tym bardziej, że pod nogami wciąż pęta się opętany manią samobójczą kot, do Dublina lada chwila może przylecieć była żona Wowy, on sam zaś stracił głowę dla pewnej pięknej Turczynki…

Autor odważnie żongluje konwencjami literackimi, tworząc wybuchową mieszankę kryminału, groteski, komedii romantycznej i fantastyki, gęsto polaną Bułhakowowskim sosem i przyprawioną doświadczeniami życiowymi współczesnych młodych Polaków. Efekt? Doskonała zabawa, zwłaszcza dla miłośników nieoczekiwanych zwrotów akcji i zaskakujących rozstrzygnięć.

Opinie o ebooku Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec

Fragment ebooka Psychoanioł w Dublinie - Łukasz Stec






ŁUKASZ STEC

PSYCHOANIOŁ
w Dublinie


Projekt okładki: Katarzyna Konior

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zofia Smuga, Maria Śleszyńska

Zdjęcia na okładce:

© Zharastudio – Fotolia.com

© jovannig – Fotolia.com

© ksena32 – Fotolia.com

Zdjęcia w książce:

© eyrishcolors/123RF.com

© Razvan Mihai Stroie/123RF.com

© Krasnevsky – Fotolia.com

© aitormmfoto – Fotolia.com

© David Soanes/123RF.com

© Brenda Kean/123RF.com

© michaeljayfoto/123RF.com

© for the text by Łukasz Stec

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-722-5

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla Mai,
w podziękowaniu za najważniejsze spotkanie.


Życie w poddublińskim miasteczku pozornie toczyło się w sposób, w jaki normalne życie toczyć się powinno. Pies szczekał. Wiatr wiał. Para młodych zakochanych trzymała się za ręce, patrząc w stronę morza. W ogródku piwnym dwóch roześmianych mężczyzn powoli sączyło guinnessa. Mewa przez chwilę postała na jednej nodze na plaży, zostawiła krótkotrwały ślad, po czym odleciała w stronę Anglii. Przez pięć minut padał deszcz. Starsza kobieta ze zdziwieniem spojrzała na chmury. Chwilę potem deszcz ustał.

Wowa spał jak zabity, chociaż miał umrzeć dopiero za tydzień.

Kiedy w końcu się obudził, uświadomił sobie, że zupełnie nie pamięta, co robił poprzedniego wieczoru. W tej kompletnej niepamięci nie byłoby niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że obejmowała nie tylko miniony wieczór. Dziura w pamięci rozrosła się do całego dnia, a nawet tygodnia. Wowę ogarnął niepokój, szybko jednak wytłumaczył sobie swój stan działaniem nielegalnych substancji psychoaktywnych, po czym przekręcił się na drugi bok. Dał sobie dziesięć, może piętnaście minut na błogie leżenie na lewym boku, kontemplację i kreatywne rozmyślania o doborze składników śniadania. Nie spieszył się do pracy – nie dlatego, że miał dużo czasu. Wynikało to z jego osobistego podejścia do kwestii pośpiechu. Uważał go za rzecz niezdrową, a jako że był nałogowym nikotynistą, bardzo się starał, żeby do minimum ograniczyć inne szkodliwe czynniki oddziałujące na jego zdrowie.

W związku z tym z niezmąconym spokojem rozmyślał o płatkach śniadaniowych ubabranych w czekoladowych drobinkach i zalanych zimnym mlekiem. Danie na pewno smaczne, ale czy pożywne? Pod przymkniętymi powiekami Wowy pojawiła się przerażająca wizja: zobaczył swoje głodowe cierpienia dwie godziny po spożyciu tego niesytego dania, zobaczył siebie w pracy brzuchem burczącego, w rozpaczy biegnącego do pobliskiego Spara, kupującego trójkątną kanapkę, która czekała na niego od dwóch tygodni, by wreszcie przyprószyć okruchami biurko i służbowy dywan. Kierownik nie będzie tym zachwycony, o nie. Irytacja i żal kierownika – tylko do tego może prowadzić zjedzenie rano płatków śniadaniowych, pomyślał Wowa. Kto wie, czy następnym punktem tej przejażdżki nie byłby przystanek Bezrobocie?

Dzięki temu Wowa rozsądnie zdecydował się na bułkę francuską. Umieszczony w niej tłusty ser typu brie mógł tylko oddalić go od perspektywy utraty pracy. Pora śniadaniowa wciąż się jednak odwlekała, ponieważ Wowa nadal miał klapki na oczach. Przywykł do ich używania od czasu lata polarnego spędzonego w Skandynawii. Przed ich zdjęciem i sprawdzeniem, jaka jest niepogoda za oknem, musiał dokonać jeszcze jednego poważnego wyboru. Czym nakarmić Borysa?

Borys był niezwykle wrażliwym kotem. Po czwartej próbie samobójczej weterynarz doszedł do wniosku, że nawet nadwrażliwym. Wowa nie podzielał tego poglądu. Znał dobrze swojego kota i wiedział, że Borys miał po prostu ciężkie dzieciństwo. Kot wychował się na wsi. Jego matka wpadła do kombajnu, ojciec zaś odszedł na skutek przedawkowania alkoholu; pewnego sierpniowego wieczoru strącił z szafy butelkę z likierem kokosowym, a po jej rozbiciu całość trunku zachłannie zlizał z podłogi. Na wątłe barki Borysa spadła wówczas odpowiedzialność za wykarmienie nie tylko siebie, lecz także czterech sióstr, nieporadnych kocic o czarnej sierści. Nie było to zadanie łatwe, gdyż sołtys wsi, w której mieszkał kot, wpadł na pomysł odszczurzenia okolicy za pomocą specyfików, których producentem całkiem przypadkowo był brat sołtysa. Miała to być akcja pokazowa służąca promocji tegoż wynalazku. Efekt był taki, że ze wsi znikły wszystkie szczury i myszy.

Tak, Borys dobrze wiedział, co to prawdziwa recesja.

Wowa nie chciał swojego znerwicowanego kota karmić jakimś świństwem z puszki. Kiedyś, skuszony atrakcyjnym zapachem karmy, postanowił spróbować kociego rarytasu. Wynik eksperymentu był jednoznaczny.

Po dłuższym namyśle Wowa postanowił dać Borysowi baraninę i trochę białego sera kupionego w polskim sklepie. Podjąwszy te ważkie decyzje, mógł z czystym sumieniem obrócić się na prawy bok i od nowa zacząć się starać przypomnieć sobie miniony dzień. Coś tam świtało mu w głowie, ale tak niewyraźnie, jakby usiłował sięgnąć pamięcią do wydarzeń sprzed paru lat, a nie sprzed kilkunastu godzin. Wynikało z tego jednoznacznie, że czas naprawdę jest rzeczą względną, ale postanowił nie przejmować się kwestiami filozoficznymi i porozmyślać o czymś bardziej praktycznym. Na przykład o nowej instalacji. Od kilkunastu lat tworzył niezwykłe prace nawiązujące do wielkich dzieł konceptualizmu. Jedna z pierwszych powstała już pod koniec szkoły podstawowej, kiedy to na drzwiach ubikacji powiesił tabliczkę z napisem „komora gazowa”, żądając w ten sposób zakupu nowych kostek toaletowych. Krótko po tym pożyczył z klasy biologicznej wypchanego świstaka i przybił go do krzyża wiszącego w sali katechetycznej, pragnąc w ten sposób zwrócić uwagę na ciężki los fauny wysokogórskiej. Projekty te nie spotkały z należytym odbiorem, z czasem więc Wowa zaczął kierować swoje prace do szerszej publiczności. Jednym z najdojrzalszych projektów był „Romantyzm”, który polegał na owinięciu pomnika Adama Mickiewicza bandażem elastycznym. To ważne dzieło, którego realizacja mocno nadszarpnęła zasoby finansowe autora (czterdzieści rolek bandaża elastycznego plus mandaty za bezczeszczenie dziedzictwa narodowego oraz sianie zgorszenia), miało zwrócić uwagę na fakt, że prawdziwy romantyzm musi wiązać się z cierpieniem. Inną ważną akcję w przestrzeni miejskiej Wowa przeprowadził w warszawskim metrze, rozdając pasażerom niewielkie kawałki nitki, mające służyć za plan nadzwyczaj skomplikowanej sieci połączeń podziemnej kolejki w stolicy. Najkosztowniejszą pracą był jednak „Święty Mundial”, stworzony tuż przed mistrzostwami świata w piłce nożnej. Z tradycyjnego stołu z piłkarzykami Wowa usunął figurki sportowców, a w ich miejsce zamontował miniaturowe buteleczki w kształcie Matki Boskiej, które nabył na Jasnej Górze. Instalacja ta miała zwrócić uwagę na duchowy aspekt wysiłku fizycznego.

Niestety, wszystkie projekty zostały zignorowane przez środowiska akademickie, a tak zwana szeroka publiczność okazała się całkowicie zaimpregnowana na ich intelektualne przesłanie. Wowa, zmuszony okolicznościami, zamiast przedsiębiorczym artystą, jak zamierzał, został nieporadnym handlowcem, czego zupełnie nie miał w planach.

Żył samotnie. Z kotem. Samotność – zwłaszcza dzielona z kotem – jest bardziej znośna na emigracji niż we własnym kraju. Tym bardziej, jeśli wynika ze świadomego wyboru, a nie z nieszczęśliwych zbiegów okoliczności.

To, że żył samotnie z kotem, nie oznaczało jednak, że mieszkali zupełnie sami. Wynajmowali drugie, najwyższe piętro domu położonego niemal nad samym Morzem Irlandzkim. Byli wyspiarzami w wielu znaczeniach tego słowa.

Na pierwszym piętrze mieszkali pozostali lokatorzy.

Reszta domowników poszła już do pracy, więc Wowa został sam – z Borysem, dylematami kulinarnymi i rozmyślaniami o nowej instalacji. W pewnej chwili zorientował się, że z piętnastu minut, które sam sobie wielkodusznie wydzielił, zrobiła się cała godzina. W związku z tym postanowił szybko nakarmić kota i siebie, a następnie pognać do centrum miasta. Oznaczało to, że należało zdjąć klapki z oczu i udać się do łazienki, do której wchodziło się bezpośrednio z pokoju. Zsunął klapki i spojrzał przez okno. Pogoda była irlandzka. Odwrócił się w przeciwnym kierunku i zobaczył mężczyznę.

Siedział nieruchomo na krześle. Nawet nie spojrzał na Wowę, nie zwrócił uwagi na to, że ten go dostrzegł. Zachowywał się spokojnie. Sprawiał nawet wrażenie lekko znudzonego.

Właściciel domu? Nie można było tego wykluczyć, ponieważ Wowa do tej pory nie miał okazji poznać swojego landlorda. Mieszkanie wynajął przez agencję, właściciel mieszkał w Ameryce. Ten typ nie wyglądał jednak na Irlandczyka.

Złodziej? Nie, złodziej raczej nie zachowywałby się w taki sposób. TV Inspector? Co prawda abonament telewizyjny był opłacony, ale intruz miał na sobie biały kitel, sugerujący służbowy charakter wizyty.

Znajomy kogoś ze współlokatorów? Możliwe, choć mało prawdopodobne, ponieważ nikt nie wspominał Wowie o tym, że poznał w Irlandii rodowitego Indianina w pióropuszu na głowie.

Należało zachować spokój.

– Jesteś kolegą Pavla? – zapytał Wowa takim tonem, jakby każdego ranka przy jego łóżku pojawiał się Indianin w białym kitlu i ze skrzydłami wyrastającymi z pleców.

Indianin spojrzał na Wowę ze smutkiem w oczach i przecząco pokręcił głową.

– Mówisz po angielsku?

– Między innymi – Indianin odpowiedział płynną polszczyzną.

Wowa osłupiał, ale tylko na chwilę. Szybko doszedł do wniosku, że to pewnie jeden z Peruwiańczyków, którzy od lat koncertują na ulicach polskich miast. Pewnie znudziły mu się złotówki i postanowił pomęczyć dublińczyków swoją andyjską piszczałką.

– Przyjechałeś tu do pracy?

Indianin skinął głową.

– Szukasz jej w moim pokoju?

Znowu przytaknięcie.

Wowa lekko się zirytował. Albo to wariat, albo ktoś robi sobie ze mnie jaja, pomyślał.

Wstał z łóżka, zajrzał do pozostałych pokojów i do kuchni. Nikogo. Obszedł cały dom. To samo. Ani żywej duszy poza nim samym i Indianinem. I Borysem. Właśnie… Wowa zorientował się, że nigdzie nie widział swojego kota. Popędził z powrotem na drugie piętro w obawie, że nieznajomy zjadł Borysa. Niewiele wiedział o indiańskiej kuchni.

Kiedy wszedł do pokoju, nieproszony gość siedział na łóżku, a na jego kolanach leżał zadowolony kot. Wowa odetchnął z ulgą.

– Mógłbyś wyjaśnić, co tutaj robisz?

– Jestem tu służbowo – spokojnie odpowiedział Indianin.

– Jesteś hydraulikiem? Tapeciarzem? Murarzem? Elektrykiem? TV Inspectorem? Policjantem? Płatnym mordercą? – zgadywał Wowa, ale Indianin tylko kręcił głową.

– Psychoaniołem – powiedział wreszcie takim tonem, jakby znudziła mu się ta wyliczanka.

Wowa był już spóźniony do pracy. Szósty raz w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę, że był dopiero szósty roboczy dzień miesiąca, miał realne szanse na pobicie własnego rekordu. A raczej: istniało realne zagrożenie, że go pobije. Postanowił więc bez zbędnych wyjaśnień pozbyć się intruza, po czym szybko się umyć, nakarmić kota i siebie, a następnie ruszyć spokojnym krokiem w stronę swojej ulubionej kolejki miejskiej.

Grzecznie, choć stanowczo wyprosił Indianina z domu. Na pożegnanie poklepał go po białych skrzydłach i życzył mu powodzenia, po czym poszedł do kuchni i wrzucił do kociej miski baraninę i trochę białego sera. Do drugiej miski nasypał płatki śniadaniowe i zalał je mlekiem.

Spóźnienie rosło, a Wowę czekały jeszcze jazda DART-em i jednopapierosowy spacer do siedziby firmy. Mimo wszystko, dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Wowa w perspektywie miał miłą przechadzkę na stację, a potem jeszcze przyjemniejszą jazdę kolejką wzdłuż wybrzeża. Na tę okazję miał przygotowany odtwarzacz z muzyką Keitha Jarretta. Morze za oknem kolejki i Keith Jarrett w słuchawkach – tego było Wowie trzeba przed dniem wypełnionym pierogami. Tym właśnie zajmował się w pracy: pierogami. Pracował jako przedstawiciel handlowy firmy cateringowej oferującej pierogi i naleśniki.

W dublińskiej kolejce DART obowiązuje coś, czym zachwyciłby się staruszek Einstein: względność czasu. Pięć minut na elektronicznej tablicy zapowiadającej przyjazd pociągu może wydłużyć się nawet do dwunastu. Kiedy pociąg ma się spóźnić, system po prostu spowalnia bieg czasu. Dzięki temu teoretycznie nia ma tu żadnych spóźnień, minuta na stacji DART-a jest najdłuższą minutą na świecie.

Pociąg przyjechał punktualnie – przynajmniej według informacji wyświetlanej na tablicy. Wowa wyciągnął z kieszeni odtwarzacz i zajął miejsce z widokiem na morze. Naprzeciwko siedział Indianin z białymi skrzydłami.

– Masz do wyboru dwie drogi – zaczął rozmowę. – Możesz być czujny i ostrożny albo możesz się starać wykorzystać każdą chwilę, jaka ci jeszcze pozostała.

To wariat, przemknęło Wowie przez głowę. Do tego groźny, bo z zacięciem dydaktycznym.

– To jakaś indiańska filozofia? – zapytał mimo to, żeby nie wyjść na gbura.

– Chrzanić indiańską filozofię! – Nieznajomy pierwszy raz podniósł głos. – To dwa możliwe scenariusze ostatniego tygodnia twojego życia!

Wowa nie był człowiekiem szczególnie dobrze wychowanym, ale to wcale nie znaczyło, że nie był osobą kulturalną. Nikt go dobrze nie wychował, ale potrafił zachować się, jak należy. Nauczył się tego na kursach korespondencyjnych. W tej sytuacji z czystym sumieniem mógł zachować się po polsku, czyli zlekceważyć intruza i zacząć słuchać Keitha Jarretta, ale coś Wowie na to nie pozwalało. I chyba nawet nie była to kwestia dobrych manier.

– Co robiłeś wczoraj? – zapytał nagle Indianin.

Wowa ponownie uświadomił sobie, że zupełnie nie pamięta ubiegłego dnia.

– Grałem w hurling? – zaryzykował.

– Kłamczuszku ty mój! – czule zwrócił się do niego skrzydlaty rozmówca. – Nie pamiętasz wczorajszego dnia. Tak samo jak nie pamiętasz całego minionego tygodnia. Gdybyś go pamiętał, mnie by tu nie było… Ale, na całe szczęście, jestem. – Indianin przemawiał z coraz większym zapałem, uderzając w mesjanistyczne tony: – Jam twój psychoanioł! Jam strażnik twojego Teksasu! Jam opiekun twej umęczonej psychiki! Jam twój druh najbliższy z innego wymiaru! Jam… – przerwał, ponieważ chwycił go silny atak kaszlu – …ofiara twojego nikotynizmu! – dokończył, po czym spojrzał na Wowę z niewyraźną miną. – Wybacz, stary, ale musiałem wyklepać tę formułkę. Uczą nas tego na szkoleniach psychoanielskich.

Wowa coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że ma do czynienia z osobą niezrównoważoną psychicznie. Postanowił poszukać wsparcia u starszej Irlandki siedzącej przy oknie naprzeciwko.

– A pani też znalazła już swojego anioła? – zagadnął pasażerkę.

Irlandka spojrzała na niego ze zdziwieniem. Pomyślał, że pewnie nie dosłyszała pytania.

– Anioł! Angel! Znalazła go pani?! – wrzasnął, ile sił w płucach.

– Nie, dziękuję. Jestem katoliczką. – Irlandka uśmiechnęła się i wstała, żeby wysiąść na najbliższej stacji. – Ach, ci świadkowie Jehowy… – mruknęła, opuszczając pociąg.

Na twarzy Indianina rozgościł się błogi uśmiech, a z jego ust popłynęła piosenka:

– I sing myself to sleep, a song from the darkest hour, secrets I can’t keep, inside of the day…

– Cholera, to wszystko przez tę moją gębę! – zirytował się Wowa. – Podobno wzbudza zaufanie, lecz cena tego jest olbrzymia. Przy każdej okazji dosiadają się do mnie różne dziwne typy: pospolici szaleńcy, gorliwi głosiciele Słowa Bożego, żebracy, akwizytorzy, fundraiserzy…

Wstał i wysiadł z pociągu. I tak był już spóźniony, a czekając na kolejnego DART-a, mógł wzbogacić swój dzień o bonusowego papierosa. Nadprogramowa dawka nikotyny przyniosła mu odrobinę spokoju. Był na siebie zły, że zdezerterował przed szaleńcem, który najpierw naszedł go w domu, a potem zaczął śledzić. Normalny człowiek zachowałby się bardziej asertywnie.

Po czternastu minutach, które według DART-owej tablicy trwały tylko minut siedem, przyjechał kolejny pociąg. Wowa był jedyną osobą, która do niego wsiadła. Tym razem nie rozglądał się za miejscem po prawej stronie, ponieważ część widokową trasy i tak miał już za sobą. Kiedy obrócił się w stronę najbliższego wolnego siedzenia, na miejscu obok zobaczył Indianina, śpiewającego dalej jakby nigdy nic:

– Oh, sit down! Oh, sit down! Sit down next to me… Sit, down, down, down, down, down, with sympathy!!!

Pod Wową ugięły się nogi, więc pospiesznie zastosował się do propozycji szaleńca.

– Nie dygaj tak, Wowa! – powiedział anioł z sympatią w głosie. – Swoją drogą, powinienem się do ciebie zwracać: Wawrzyniec… Nasze spotkanie ma przecież bardzo oficjalny charakter. Ale wyobraź sobie, że ja też uważam, że „Wawrzyniec” brzmi kompletnie bez sensu.

Wowa z trudem zdołał powściągnąć emocje i zmusić się do logicznego myślenia. Ten świr na pewno wysiadł na najbliższej stacji, pojechał dwie stacje z powrotem i wsiadł do DART-a, na którego on, Wowa, czekał.

Chwilę potem jednak wszelką logikę szlag trafił. Indianin wstał, głosząc wszem wobec: „Jam twoim psychoaniołem! Jam strażnikiem twojego Teksasu!” i stanął na środku korytarza. Para nastolatków, która zmierzała do drzwi, nie miała najmniejszych szans, żeby go ominąć, więc… po prostu przez niego przeszli, jakby go tam w ogóle nie było. Przeniknęli go, tak jak przechodzi się przez mgłę, a on stał jakby nigdy nic i gadał jak najęty.

Wowa tępym wzrokiem gapił się na białe skrzydła Indianina i próbował zebrać myśli. Nagle przyszło mu do głowy, że być może już nie żyje i że jego pewnie też już nikt nie widzi. Rzucił się w stronę ławki, na której jakiś czterdziestolatek w okularach czytał „Irish Timesa”.

– How are you??? – wrzasnął z desperacją w głosie.

Okularnik spojrzał na niego przyjaźnie i zapewnił, że ma się doskonale. Nieco uspokojony Wowa wrócił na swoje miejsce. Indianin zakończył podniosłe przemówienie i usiadł naprzeciwko.

– Na szkoleniach ostrzegali mnie, że możesz być w lekkim szoku, ale twierdzili, że na pewno nie dostaniesz zawału. I bardzo dobrze, bo powiem ci w tajemnicy, że nie mam bladego pojęcia o reanimacji. Najbledszego. Na czym to ja, kurczę, skończyłem? – Indianin zmarszczył czoło, co zapewne miało sugerować głęboki namysł. – Cholera, czasami mam jakieś dziwne luki w pamięci i obawiam się, że to wszystko na skutek marihuany wypalonej przez ciebie za młodu. Zaraz, zaraz… No tak, jestem twym psychoaniołem i…

– Tak, tak, i strażnikiem mojego Teksasu! – wykrzyknął Wowa, pragnąc dowieść psychoaniołowi, że w przeciwieństwie do niego nie ma żadnych dziur w pamięci, ale na skrzydlatym Indianinie nie wywarło to większego wrażenia.

– Pewnie się teraz zastanawiasz, co ja tu właściwie robię i dlaczego trafił ci się roztargniony psychoanioł, a nie jakiś anioł z prawdziwego zdarzenia, w asyście stada białych gołąbków. Słusznie się zastanawiasz, a mnie ostrzegano na szkoleniu, że tak właśnie będzie. Przede wszystkim musisz wiedzieć, że wcale mi się nie spieszyło do tego, żeby ci się dzisiaj objawić. Stanowczo wolałbym się zająć czymś przyjemniejszym, takim jak spanie albo wdychanie dymu z twoich papierosów. Niestety, zasady są takie, że człowiek uśmiercony, czyli zmarły tragicznie, a nie na skutek choroby albo korozji, dostaje jeszcze jedną szansę, i dlatego objawia mu się anioł, psychoanioł albo coś w tym rodzaju.

– Więc jednak nie żyję?

Don’t worry! Nie jest aż tak źle – uspokoił Wowę Indianin. – Zginiesz dopiero za tydzień.

Wowie zrobiło się tak bardzo przykro, że zapalił papierosa w pociągu, za co groziła grzywna w wysokości pięciuset euro. Na widok papierosa psychoanioł wyraźnie się ożywił i łapczywie wyciągnął rękę.

– Daj macha!

Dostawszy papierosa, głęboko się zaciągnął, po czym zaczął kaszleć.

– Cholera, trochę za mocne! Chyba jednak ograniczę się do biernego palenia. – Oddał papierosa. – Posłuchaj: sprawa początkowo może ci się wydawać trochę skomplikowana, zresztą nawet ja przez pewien czas nie mogłem się w tym połapać… – Indianin z namysłem podrapał się po czole. – Zostałeś zabity, ale w Kodeksie jest taki przepis, że każdy, kogo spotka śmierć z ręki innego człowieka, może skorzystać z prawa do ponownego przeżycia swojego ostatniego tygodnia. Niestety nie wiem, kto cię zabił, ponieważ mam luki w pamięci. Zresztą, tak samo jak ty. Pamiętasz zeszły tydzień?

Wowa pokręcił głową.

– Otóż to! Nie jesteś jednak na straconej pozycji. Ba, masz nawet prawo wyboru! Możemy przez siedem najbliższych dni ostro pobalować, poszaleć, spędzać czas wyłącznie w pubach i salonach gier… – Psychoanioł wyraźnie się rozmarzył, ale szybko spoważniał i wrócił do oficjalnej części programu. – Możesz też podjąć próbę ingerencji w swój los i zmienić przeznaczenie. Osobiście preferowałbym opcję pierwszą, ale decyzja należy do ciebie.

Wowa wciąż chyba był w szoku, ponieważ nic z tego nie rozumiał.

– Nic z tego nie rozumiem. Chyba wciąż jestem w szoku – stwierdził ze smutkiem.

– Przewidziałem to i dlatego zorganizowałem buteleczkę bimbru, żebyś ochłonął.

Podał Wowie „małpkę”. Trunek był wyśmienity.

– Chcesz powiedzieć, że każdy człowiek, którego spotka nagła śmierć z czyjejś ręki, ponownie przeżywa ostatni tydzień życia? A co z tymi, którym udaje się zmienić los i uciec przeznaczeniu? Dalej żyją?

– Oczywiście! Są ich miliony! Gdyby nie było takiej możliwości, połowy ludzi nie byłoby już na świecie! Jesteście paskudnym gatunkiem, ciągle się tylko mordujecie. Na szczęście prawie połowa zabójstw ostatecznie nie dochodzi do skutku, bo zamordowany korzysta z szansy i jednak wymyka się przeznaczeniu. Nie chcę się chwalić, ale spora w tym zasługa aniołów i psychoaniołów.

– Zaraz, zaraz… A dlaczego nie dostałem prawdziwego anioła, tylko jakiegoś skrzydlatego Indianina?

– Byłem przygotowany na to pytanie i nawet przygotowałem sobie stosowne notatki. – Psychoanioł wyjął z kieszeni maleńki zeszyt. – O, proszę bardzo! Noc z trzynastego na czternastego listopada dwa tysiące drugiego roku. Pan Wawrzyniec powiedział do kolegi, że cała religia to ściema, a człowiekiem rządzi wyłącznie jego psychika. Słowa te powtórzył dwunastego kwietnia dwa tysiące trzeciego oraz dwudziestego sierpnia dwa tysiące szóstego. Ponadto wielokrotnie zapewniał, kogo się dało, o swoim ateizmie. W związku z przekonaniami religijnymi, a raczej ich brakiem, oraz wiarą w potęgę psychologii przydziela się opiekę psychoanioła… Tylko nie czepiaj się, proszę, mojej indiańskiej fizjonomii! Musiałem przecież przybrać jakąś ziemską postać…

– A gdybym miał gdzieś psychologię i wierzył, że wszystkim rządzą geny, pojawiłby się przede mną skrzydlaty profesor genetyki?

– Tak jest.

Wowa podrapał się po głowie, usiłując choć pobieżnie uporządkować nieprawdopodobne informacje, płynące szerokim strumieniem. Wyglądało na to, że gdyby był osobą religijną, dostałby porządnego, klasycznego anioła; za swoje przekonania został jednak pokarany jakąś nędzną podróbką po szkoleniu – a kto wie, czy nie po kursie korespondencyjnym.

Te rozterki najwyraźniej rozczuliły psychoanioła.

– Kochany Wowo! Jestem przy tobie od chwili twoich narodzin. Rety, ale się wtedy darłeś… Do tego siknąłeś pielęgniarce prosto w oczy, co wywołało u niej tak wielką awersję do jej dotychczasowej pracy, że natychmiast zmieniła zawód i znalazła zatrudnienie w dziale ewidencji miejscowego zakładu karnego. Nie przejmuj się jednak jej losem. W nowym miejscu znalazła nie tylko spokój ducha, ale także Ryszarda N., który pojął ją za żonę.

Wowa się wzruszył.

– To niesamowite. Czyli ty od samego początku byłeś psychoaniołem, a mój ateistyczny los był z góry przesądzony?

– A gdzie tam, paniczu! Byłem wówczas eterycznym bezkręgowcem. Dopiero po twoim świadomym określeniu się mogłem rozpocząć cykl szkoleń psychologicznych.

– I cały czas mnie obserwowałeś?

– Od czasu do czasu mogłem nawet służyć ci pomocą. – Spojrzał w okno i na jego indiańskiej twarzy pojawił się wyraz kompletnego zaskoczenia. – Fucking shit! – wykrzyknął z pięknym irlandzkim akcentem. – Dojechaliśmy do Howth!

Istotnie, dotarli do ostatniego przystanku. Wiele wskazywało na to, że bliski jest także ostatni przystanek na życiowej drodze Wowy, w związku z czym postanowił tego dnia nie zawracać już sobie głowy pierogami. Kierując się nie tyle dobrym wychowaniem, ile kulturą osobistą nabytą na kursach korespondencyjnych, zadzwonił do kierownika, by uprzedzić go o swojej absencji. Powiedział mu prawdę: że jest ledwo żywy. Kierownik bez zbędnych pytań dał mu wolny dzień, mówiąc, że wie co, czuje. On też kiedyś struł się whiskey.

Wysiedli z DART-a i ruszyli w stronę wybrzeża. Po drodze kilka osób spojrzało z pytającym wyrazem twarzy na Wowę, sądząc zapewne, że coś do nich mówi. Kiedy doszli do niewielkiego portu, Indianin przeprosił za roztargnienie i się przedstawił. Miał na imię Alfred. Wowa zdziwił się, ponieważ tak właśnie brzmiało jego drugie imię, ale Indianin wyjaśnił, że nie ma się czemu dziwić, bo tak już jest, że każdy anioł – albo psychoanioł – nosi drugie imię swojego podopiecznego.

Kiedy Wowa był dzieckiem, zaciekawiło go kazanie pewnego księdza. Dotyczyło ono wyobrażeń, jakie ludzie mają na temat swojego pogrzebu. Ile osób przyjdzie? Jak cię zapamiętają? Czy będziesz mógł spokojnie ułożyć się w trumnie? Miał wtedy dziesięć lat i próbował sobie odpowiedzieć na te pytania. Nie pamiętał już, jak brzmiały odpowiedzi, ale wiedział, że wówczas był z nich zadowolony. Teraz zbliżał się do trzydziestki i nie potrafił odpowiedzieć na żadne z nich. Wiedział tylko, że po śmierci czeka go coś więcej poza bezkresem czerni, ale nawet ta skromna wiedza spłynęła na niego dosyć późno, bo dopiero po opuszczeniu stacji Howth, kiedy zapewnił go o tym psychoanioł Alfred. Choć Alfred był całkowicie pochłonięty dopiero co odkrytą zabawą – zbierał kamyki i puszczał kaczki między zacumowanymi łódkami – Wowa zdołał wyciągnąć z niego kilka informacji dotyczących tego, co czeka go po śmierci. Trudno było się dziwić, że ten temat ogromnie go zainteresował.

Alfred nie wiedział, co czeka tych, którzy podlegają opiece klasycznych aniołów. Z lekko zażenowaną miną wyjaśnił, że akurat tego dnia nie było go na szkoleniu, ale nie spieszył się z wyjaśnieniami, co było powodem absencji. Wiedział natomiast, co czeka osobników takich jak Wowa, wierzących głównie w mechanizmy psychologiczne człowieka. Czekało ich to, co sami sobie wymyślili: po ziemskiej śmierci mieli wieść dalszą egzystencję w raju, jaki sobie wyobrazili i stworzyli dla siebie.

Problem polegał na tym, że Wowa nie mógł sobie przypomnieć, jaki raj sobie wyobraził i stworzył w swoich myślach. Przechadzając się po molo, zaczął się obawiać, że jego jedyną wizją życia po śmierci było piekło z filmu Woody’ego Allena. Spodobało mu się, bo grano tam jazz.

Psychoanioł uparcie rzucał kamyki do wody. Wowa wiedział już, że nikt poza nim nie widzi Alfreda, ale zastanawiał się, jak się ma rzecz z kamykami. Zapytał o to spacerującego nastolatka. Młodzieniec z błyskiem w oku zrewanżował się pytaniem o jego dilera.

Wowa okrążył wieżę na końcu mola w Howth i spojrzał z oddali na Alfreda. Psychoanioł wyglądał jak indiański szaman nawrócony na medycynę konwencjonalną. Miał długie czarne włosy spięte z tyłu w kucyk oraz opaskę z wetkniętym za nią orlim piórem. Pióro nie tylko pełniło funkcję ozdobną, lecz także miało zastosowanie czysto praktyczne: wskazywało kierunek ciepłego wiatru, który niemal co dzień smagał tu krępe ciała Irlandczyków. Alfred miał na nogach zielone kalosze. Z twarzy podobny był… do nikogo. Miał ciemne oczy i duży orli nos. Z ciemnymi włosami psychoanioła pięknie kontrastował śnieżnobiały fartuch lekarski. Alfred nosił go z godnością, a nawet z lekką dumą, traktując go zapewne jako atrybut swojej profesji i potwierdzenie umiejętności zdobytych w trakcie szkolenia. Wyglądał w nim idiotycznie, lecz na szczęście nikt poza Wową go nie widział, a nawet gdyby było inaczej, Wowa z pewnością nie poprosiłby Alfreda o zdjęcie fartucha (z obawy, że pod spodem psychoanioł mógłby niczego nie mieć).

Na przylądek Howth spadł deszcz. Chwilę potem ustał. Promienie słoneczne wyślizgnęły się z objęć chmur i spłynęły na dwóch mężczyzn. We włosach jednego tkwiło pióro o praktycznym zastosowaniu, a drugi za siedem dni miał obchodzić trzydzieste urodziny.

Dopiero spacerując po nabrzeżu, Wowa uświadomił sobie, że dzień jego śmierci ma przypaść dokładnie w jego trzydzieste urodziny, że ten przełomowy dzień istotnie ma się okazać dniem przejścia, chwilą graniczną, oddzielającą przeszłość od wiecznego teraz, światłość od ciemności, życie od nieżycia.

– Psychoaniele, wiedziałeś o tym i nie grzmiałeś! – gorączkował się Wowa. – Wiedziałeś i milczałeś, nie ostrzegałeś, że tak kończą się wielkie jubileusze, że kończą się tak ostatecznie, dostatecznie i wiecznie, na amen! Dlaczego nie przypomniałeś mi o tym na samym wstępie, dlaczego nie uprzedziłeś, że może dojść do zdarzenia tak okrutnego, nie do śmierci w wyniku wypadku samochodowego czy innego banalnego zdarzenia, ale że ta śmierć nadejść może z rąk dobrze znanych, oswojonych, bliskich, że cios ostateczny zada prawdopodobnie osoba najmniej o to podejrzewana, osoba, której ufam? Dlaczego nie powiedziałeś od razu, że może mnie zabić któryś z urodzinowych gości???

Kiedy nieco ochłonął, kiedy minęła największa fala wzburzenia i przerażenia, postanowił sporządzić listę osób, które zaprosił na urodziny, oraz tych, które – choć nie proszone – mogły pojawić się na jubileuszowej uroczystości. Pierwszą kandydatką na potencjalnego Brutusa, jaka przyszła mu do głowy, była jego była żona. To ona najradośniej uśmiechnęłaby się nad zwłokami Wowy, dzierżąc w dłoni zakrwawiony sekator albo kabel od suszarki uprzednio wrzuconej do wanny, w której Wowa zażyłby ostatniej w życiu kąpieli.

Kiedyś połączyła ich przynależność do nieformalnej wspólnoty osób noszących okropne imiona. Byłą żonę Wowy los – a raczej rodzice – pokarał imieniem Dezyderia. Jedną z przyczyn była zapewne parahipisowska przeszłość jej matki, swego czasu zakochanej po uszy w Dezyderacie. Przez pewien czas Dezyderia próbowała używać imienia Dorota, rodzicielka jednak nie chciała nawet o tym słyszeć, powtarzając, że jej córka posiada imię piękne i wyjątkowe, w sam raz dla wyjątkowej i pięknej osoby.

Była teściowa nosiła jakże pospolite imię Katarzyna, w związku z czym czuła się jak bury kot na śmietniku. A przecież tak bardzo łaknęła wyjątkowości! Przez kilka lat starała się ją osiągnąć, uczestnicząc aktywnie w ruchu hipisowskim, a dokładnie w jego pierwszej fali, jaka nieśmiało wpłynęła do Polski. W przeciwieństwie do amerykańskich i zachodnioeuropejskich współbraci nie wypalała kilograma trawy tygodniowo i nigdy w życiu nie zaznała kolorowych wizji LSD. Polscy hipisi w tamtym czasie pozbawieni byli takich kapitalistycznych luksusów. Z czasem zaczęli sięgać po antybiotyki, od biedy wciągali mieloną kredę wynoszoną z pobliskich podstawówek, ale Katarzyny nie bawiła taka dziecinada. Marzyła o pokoju na świecie, braterskiej miłości i dmuchawcach na łące. Postawiła na wewnętrzny rozwój i zdała na studia filozoficzne. Otoczona książkami, które miały doprowadzić ją do Prawdy i wskazać Drogę, wielce się zdziwiła, kiedy pewnego dnia zegarynka w domowym telefonie oświadczyła: Katarzyno, dziś kończysz trzydzieści lat!

Katarzyna poczuła tylko lekki niepokój, który jednak szybko udzielił się jej rodzicom, rozrastając się do rozmiarów histerii. Dosłownie z dnia na dzień doszli do wniosku, że ich córka jest wybrykiem natury, ale kierowani rodzicielską miłością, postanowili dać jej szansę: albo znajdzie męża, albo wyrzucą ją z domu. Kto wie, czy Katarzyna nie wybrałaby drugiej opcji, by razem ze swymi egzystencjalnymi refleksjami zamieszkać wśród górskich dmuchawców. Niestety, był środek zimy, na domiar złego jednej z tych określanych trochę na wyrost mianem zim stulecia, a los chciał, by właśnie w tym czasie sąsiedzi zalali łazienkę rodziców Katarzyny. Jej ojciec uznał to za dobry pretekst, by po raz pierwszy od dwudziestu lat przeprowadzić kompleksowy remont tego pomieszczenia. W tym celu zatrudnił ekipę remontową złożoną z dwóch młodzieńców: jednego z brodą, drugiego z wąsem. Obaj mieli po dwadzieścia pięć lat, ale ten z brodą miał już żonę i dziecko. Drugi nazywał się Adam i był głupi jak but.

Katarzyna, która akurat zgłębiała tajniki filozoficznych teorii Nietzschego, uznała go za doskonały materiał na męża; był niezwykle przystojny, mógł więc przekazać potencjalnym potomkom niezłe geny. Ponadto był młodszy i głupszy, co pozwalało jej zachować nad nim pełną kontrolę. Ojciec Katarzyny również dostrzegł w Adamie materiał na zięcia, postanowił więc od razu zlecić chłopakom remont całego mieszkania.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.