Psyche - Natalia Korwin-Szymanowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 223 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Psyche - Natalia Korwin-Szymanowska

Natalia Korwin-Szymanowska (1858–1922), z domu Krzyżanowska, to pisarka i tłumaczka, publikująca często pod pseudonimem Anatol Krzyżanowski. Była autorką licznych artykułów publicystycznych w prasie warszawskiej, a także tekstów dotyczących polskich wydarzeń literackich w czasopismach angielskich i francuskich. Jej twórczość literacka cieszyła się swego czasu niezwykłą popularnością, np. nowele „W więzach” czy powieści „Dwa prądy”, „Pasierby”, „Ogniwa”. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Psyche - Natalia Korwin-Szymanowska

Fragment ebooka Psyche - Natalia Korwin-Szymanowska




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

 Od gór szedł powiew chłodny, ożywczy.

Lekka mgła, zwiana ze szczytów, osuwała się jak opar przejrzysty, ku ziemi. Straż jej przednia przypadła miłośnie ku srebrnozielonawym nurtom Izaary; dalsze zaś zastępy, przepojone blaskiem słońca, górującego zwycięsko, otuliły bawarskie Ateny płaszczem z krepy białej, o cudnych tonach mieniącego się w świetle opalu.

Promienie słoneczne, załamane i rozszczepione przez drobniutkie kropelki, jak przez pryzmaty z kryształu, rzucały na rozwiewne obłoki mgły tęczowe odcienia i blaski. Pod działaniem ich, płaszcz biały zamieniał się coraz więcej w welon nieuchwytny, ze srebrnawej iluzji tkany.

Górski powiew rozrywał go i strzępił.

Wysoko też, wysoko, niebosiężne wieże Monachium, wydostawszy się z tej opalowej opony, całe wilgotne jeszcze i błyszczące, śmiały się, jakby przez łzy, ku światłu i słońcu. Gotyckie ostrołuki ratusza, poważny, posępny nieco kościół. Teatynów i olbrzymia Frauenkirche, ukazywały kolejno pomnikowe swe zarysy. Mgła zwyciężona, tuliła się już tylko do ziemi, przywarła giętkimi, białymi zwojami do seledynowych fal rzeki.

Zapatrzony w wartki bieg jej, w wir potężny, znaczący się srebrnymi wieńcami piany na powierzchni Izaary, mężczyzna podniósł głowę i rozejrzał się dookoła. Stał na moście Maksymiliana. Wzrok jego, nacechowany młodzieńczą siłą, objął cały horyzont, hen, od Alp bawarskich aż ku miastu, rysującemu się coraz jaśniej i weselej. Przesunął spojrzenie od dachu Pinakoteki ku szklanej rotundzie „Kryształowego pałacu”, od rezydencji królewskiej i murów National-Museum, ku bujnej zieleni Englischer Garten.

– Szkoda mgły przezroczystej – wyszeptał. – Wraz z nią pryska czar tajemniczy jakiejś nieuchwytnej poezji i melancholii. Lubię tę cichą słodycz zadumy i skupienia w przyrodzie. Lubię rozwiewne miękkie kontury, jakie krajobrazowi nadaje.

Dwie postacie niewieście mijały go w tej chwili.

– Czy wiesz – zabrzmiały dźwięczne słowa polskie – że ten rzeźwy ranek z lekkim oparem od gór płynącym, przypomina mi naszą cudną jesień w pierwszych dniach września.

Mężczyzna drgnął i obejrzał się szybko.

Wykwintne sylwetki dwóch kobiet oddalone już były o kroków kilka. Doleciał go tylko głos młodzieńczy, głęboki, cytujący z dziwnie miękkim uczuciem:

Bo choć świat piękny i pięknie na świecie,

Lecz nie ma ziemi nad moją ziemicę!

Ten urywek rozmowy, zasłyszanej w rodzinnym języku, zaskoczył go znienacka i zastanowił.

– Polski wrzesień? Ach, tak!... Czyżby i mnie to nieuchwytne podobieństwo oczarowało bezwiednie przed chwilą? Nie, cóż znowu! Dosyć tej nostalgii. Nie jestem przecież sentymentalną pensjonarką ani jakąś zdenerwowaną histeryczką. Nie!... Po prostu nie lubię brutalnego blasku słońca. Uwydatnia tylko bezwstydnie każdą szczerbę i plamę, wszystko wypala, a w mieście, tamując ruch normalny, każe wypełzać na ulice dzieciom rachitycznym, starcom i kalekom.

Wiedział, że wygłasza paradoks, w który sam, w gruncie, nie wierzy. Niemniej, zadowolony, iż odtrącił od siebie zarzut sentymentalizmu, wyprostował się, machnął niedbale laską i odrywając wzrok od srebrnoszmaragdowych wirów Izaary, szedł dalej, przez most, kuty w kamieniu, ku królującemu na wzgórzu wspaniałemu Maximilianeum.

– Po co ja tu właściwie idę? – rozważał w myśli sceptycznie. – Widziałem to tyle razy... Prawda! Zatrzymałem się jednak w Monachium dla odpoczynku, dla wytchnienia ducha i myśli. Cóż mi je dać może, jeżeli nie sztuka i wrażenie piękna?

Przed nim posuwały się dwie jasne, niewieście sylwetki.

Pod ciemnym zarostem usta mężczyzny mimowolny rozchylił uśmiech. Wrażenie piękna... Myśl niedopowiedzianą została.

Most kończył się w tej chwili bujnymi klombami zieleni. Na tle jej dźwigało potężny swój korpus wspaniałe, imponujące, a zagadkowe na razie... Maximilianeum.

Gmach olbrzymi, strojny na zewnątrz w mozaikowe obrazy i freski pierwszorzędnej wartości, a zdobny w posągi i alegoryczne postacie, wznosił tuż nad Izaarą rozległą swą fasadę o ażurowych skrzydłach i wieżycach. Przez łuki arkad, z jakich składa się cały, przeświecał błękit nieba, tak, iż na pierwszy rzut oka kolosalna ta budowa zdawała się igraszką jedynie z baśni poetyckiej powstałą.

Uderzone snać wrażeniem tym, obie wykwintne sylwetki niewieście zatrzymały się nagle u końca mostu. Olśnione widocznie, nie wiedziały na razie, co ma znaczyć ów pałac zaczarowany, cały przejrzysty, w zieleni tonący, a błękitem niebios przepojony.

Mężczyzna zatrzymał się także.

– Parafianki – pomyślał lekceważąco, obserwując, z mimowolnym uśmiechem, niemą tę scenę.

Wtem, w ręku wysmuklejszej, a więc młodszej pewno, błysnęła okładka czerwonej książki.

– Uf! Nieszczęsny Baedecker! Burżujki! – skrzywił się wzgardliwie.

Równocześnie panie dostrzegły widać środkowy korpus Maximilianeum, oszklony, mieszczący wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju galerię sztuki.

Obejmując więc raz jeszcze wzrokiem szlachetną fasadę monumentalnego gmachu, obie Polki poszły raźno półkolistym podjazdem ku marmurowym stopniom przedsionka.

Młody człowiek w przeciwną skierował się stronę. Uprzedzeniem czy smutnym doświadczeniem wiedziony, unikał na obczyźnie zbliżenia z rodakami.

Znając dobrze Maximilianeum, zwrócił się przede wszystkim do południowego skrzydła.

Podziwiał tu niegdyś wspaniały obraz al fresco Teodora Dietza, przedstawiający pogrom Kara Mustafy oraz oswobodzenie Wiednia przez elektora bawarskiego Maxa Emanuela i wojska polskie, pod wodzą króla Jana Sobieskiego. Miłą mu była bezstronność, z jaką, tym razem nie pominięto milczeniem zasług polskiego oręża i polskiego ducha, tego, który osłaniał zawsze piersią swoją chrześcijaństwo i szedł, wbrew nawet własnemu interesowi, na pomoc uciśnionym. Krytykował politykę Sobieskiego, lecz był Polakiem i kochał w nim bohatera.

Niestety, fresk, porywający subtelnością barw, ale uszkodzony zmianami atmosferycznymi, zamieniono przy odnawianiu na mistrzowski obraz mozaikowy. Było to arcydzieło w swoim rodzaju: pozostawiało go jednak zimnym. Nie mówiło mu nic do duszy, nie dawało złudzenia. Nie lubił mozaiki, jako sztuki chłodnej, jak nie znosił obrazów olejnych kropkowanych, pointille; zbyt dobry wzrok miał, by mógł przypuścić zlewanie się barw, których punkty odskakiwały od siebie w jego oczach.

Rozczarowany mozaikowym zwycięstwem Sobieskiego, wolał już szkic oryginalny ocalenia Wiednia, który, o ile pamiętał, ustawiony był w wielkim, marmurami wykładanym przedsionku. W tę więc stronę skierował swe kroki.

Nie wiodło mu się jednak. Szkice, ilustrujące świetne zwycięstwo polskiego oręża, przeniesiono widocznie gdzieindziej. Alegoryczne zaś postacie przeróżnych cnót ludzkich, nawet patriotyzmu i męstwa, wydawały mu się, jak wszelkie symbole, mglistymi abstrakcjami tylko.

Wtem, w promieniu słońca, który ożywił znienacka martwą białość Carrary, w smudze ogrzanego przez nie powietrza, poczuł nagle jakąś falę woni leciuchnej; zapach kwiatów lub perfum doskonałych.

Odor feminae – pomyślał, wciągając w płuca to powietrze ciepłe, rozkoszne, wnoszące w chłód marmurów złudę życia i czar jego subtelny.

Tym razem słońce nie wydało mu się brutalnym.

I wiedziony może tą smugą perfum delikatnych, wykwintnych, szedł w górę po olbrzymich białych schodach, wśród nimf i gracji, którym kazano reprezentować geniusze: chemii, poezji, rolnictwa, archeologii lub czego sobie kto życzy. Szedł obojętny, nie widząc ich nawet, wpatrzony wzrokiem wewnętrznym, oczyma ducha, w jedyny obraz, którego wspomnienie wiodło go tutaj. Nieraz już, tam w sali środkowej, długie trawił przed nim chwile.

Uprzedzono go jednak i tym razem. Nieznajome już tu dotarły. Nieuchwytny wszakże, znamienny zapach gardenii czy lotosu życzliwiej usposobił go w danej chwili. Wsunął się dyskretnie, a stanąwszy przed „Ucztą Baltazara” w Babilonie, udawał, iż pochłonięty jest przez proroka Daniela, tłumaczącego tajemnicze znaczenie słów ognistych: Mane, tekel, upharsin!

W gruncie jednak, oczy jego, obojętne na rzeczywistą piękność tego obrazu, na pyszne, nagie ciała kobiet, przeświecające przez gazy, na nieporównane plastyką i wyrazem przerażenia postacie biesiadników, oczy jego biegły tam, w krąg słońca, gdzie przed „Grzechem pierworodnym” Cabanela jaśniała postać nieznajomej.

Wysmukła pełną, młodzieńczą gibkością, w bardzo obcisłej, białej spacerowej sukni, która dzięki panującej modzie odsłaniała ręce jej, ramiona i szyję, okrywając je leciuchną siatką tylko, piękna Polka nie wiedziała może, jak silnie strój ten uwydatnia każdy zarys jej korpusu, każdy kontur młodzieńczego ciała. Nie wiedziała. Głowa jej złotowłosa, uwieńczona wielkim, czarnym kapeluszem, strojnym w zwoje róż, podnosiła się tak czystym, dziewiczym, a dumnym ruchem, iż zarówno prowokowanie czyjejś uwagi i podziwu, jak kokieteria, z imienia nawet znane jej może nie były.

Moda była bezwstydna; nie ona, ta jasna i wdzięczna.

Niemniej, mężczyzna, okiem znawcy, więcej szyderczym i sarkastycznym niż pożądliwym, oceniał kształt jej każdy i postać całą, jak te na „Uczcie Baltazara”, w gazy tylko spowitą, drażniąco obciśnięta i obnażoną.

Twarzy jednak nie widział. Przygięte ku dołowi rondo kapelusza odsłaniało mu tylko: uszko, różowe jak koncha, perłą przepięte, delikatny biały owal policzka, czubek prostego noska i usta pełne, o żywej barwie, a łagodnym wyrazie.

Panie nie zauważyły go. Ta gibka, wysmukła, a śnieżna, taka spokojna w swej półnagości, stała nieruchomo, pochłaniając oczami „Grzech pierworodny”. Starsza, troszkę zamożniej, a więc obszerniej i mniej przejrzysta, lecz równie strojnie ubrana, pewna, iż w rannych godzinach galeria, szczególniej taka za miastem, musi być pustą zupełnie, nie krępowała się w swych gorączkowych uwagach.

Mówiła przecież po polsku, a więc językiem, którego w Monachium nikt zrozumieć nie mógł.

– Zdumiewające, bajeczne – dowodziła stłumionym, lecz żywo poruszonym głosem.

– Ta Ewa, to twój istny portret! Można by mniemać, żeś ty sama pozowała do niego. Szczęście, że tu nie Warszawa. Co by to za plotki i komentarze powstały z tego niechybnie! Bo, co prawda, wystarczyłoby ci zrzucić suknię i rozpuścić warkocze, aby cię wzięto za pierwowzór tego obrazu.

– Może to złudzenie! Może się mamie zdaje tylko.

– Piękne mi złudzenie! Chyba bym oczu nie miała, żeby faktu tak uderzającego nie spostrzec. Włosy, rysy, karnacja, nawet wyraz ust i spojrzenia, nawet twój uśmiech. To nie Ewa, lecz Wanda. Gdyby nie ten kościsty, nagi Adam koło niej, kazałabym zrobić wielką fotografię i zawiozła pokazać wszystkim w kraju.

Mężczyzna drgnął. Jak to, istniało na świecie i zjawiło się tu właśnie uosobienie jego cudnej Ewy, tej, którą tylokrotnie, a tak miłośnie podziwiał, której obraz brał w zmysły i serce, chował w pamięci, jako upostaciowanie czaru niewieściego. Taka Ewa tu, żywa, dzięki modzie wpółnaga, w tej obcisłej, przezroczystej sukni. Ależ to uczta niesłychana: święto pogańskiego piękna!

Odwrócił się szybko. Dopiero wzmianka o „kościstym” Adamie rozśmieszyła go i zatrzymała na miejscu.

Ruchem tym wszakże zdradził swą obecność. Starsza z pań skorzystała z tego, a zwróciwszy się ku nieznajomemu, z chłodną, lecz wykwintną uprzejmością prosiła, aby, uwzględniając, że nie mają katalogu, raczył ją objaśnić, kto jest twórcą „Grzechu pierworodnego”.

– Kobieta – odparł z ukłonem.

Zanim jednak zdążył pożałować niestosownego konceptu, dama, udając, że go nie zrozumiała, objaśniła spokojnie, poprawną niemczyzną:

– Pytam o nazwisko malarza, którego dziełem jest: „Der Sündenfall”.

Ten spokój dystyngowany, z jakim przyjęła żarcik odruchowy, a niewczesny, zaimponował mu i zawstydził go zarazem.

Zbliżył się z kapeluszem w ręku i z całym wyrazem szacunku, należnego kobiecie poważnej, z wyższych sfer towarzyskich.

– Pani daruje, nie zrozumiałem na razie; to wina obcego nam języka – usprawiedliwił się po polsku. – Nasza piękna, jasna mowa wykluczyłaby takie qui pro quo. „Grzech pierworodny” jest arcydziełem francuskiego mistrza Aleksandra Cabanela.

Na dźwięk tego nazwiska i słów rodzinnych Ewa-Wanda odwróciła się żywo.

– Cabanela? – podjęła. – Ależ to słynne nazwisko. Dzieło warte twórcy.

Kobiecość, z najwyższym urokiem swej niemocy dziecięcej, która staje się siłą jej, czarem i potęgą. Kobiecość, z tragedią swej, twardej nieraz, doli człowieczej.

Wszystko to przebiegło błyskawicą przez umysł Horeckiego.

Równocześnie, po oddaniu głębokiego ukłonu, poił się niezwykłym wrażeniem chwili, oczy zaś jego biegły od obrazu do żywej istoty, porównując oba sobowtóry ze sobą.

Tamta, cudna w swej przedziwnej karnacji, naga, w płaszczu falujących, złotych włosów tylko, podnosiła ku niemu czyste, dziewicze spojrzenie, a w oczach jej odbijał się cały świat niepokoju i trwogi. Może przeczucie, że zły poszept, jakiego padła ofiarą, nieszczęście tylko i troskę, a nawet przekleństwo przynieść jej zdoła.

Ta, ze złocistymi również, tak samo falującymi włosami, upiętymi wysoko pod modnym, paryskim kapeluszem, półnaga, pod przezroczystym srebrnej siatki, a dalej, zaledwie okryta przylegającymi fałdami miękkiej, białej tkaniny, patrzyła mu także prosto w oczy. Patrzyła tymi samymi co tamta dziewiczo czystymi źrenicami. Przebijała w nich jednak nie trwoga, lecz tylko zdziwienie i skarcenie lekkie, za badawcze spojrzenia, jakimi porównywał ją z obrazem.

Edward Horecki pojął wlot naganność swego zachowania.

Pochylił się powtórnie, w głębokim ukłonie.

– Pani daruje, że pomimo słów jej matki, które mnie do wrażenia tego przygotowały, uległem podwójnemu olśnieniu.

– A więc podobna? – podjęła starsza żywo.

– Zdumiewająco. Gdyby Cabanel mógł widzieć panią w dzisiejszym jej stroju, stworzyłby drugie arcydzieło i nazwał je „Ewą XX wieku”.

– Pana strój ten gorszy? – zaśmiała się, lekko spłoniona.

– Broń Boże, jest na wskroś estetyczny, bo nie fałszuje i nie skrywa naturalnego piękna. Jest przy tym na wskroś europejski. Od paru miesięcy nie widuję innego. Nie sądziłem tylko, że już dotarł do naszych polskich dworów.

– Wracamy z Francji obecnie – objaśniła z uśmiechem.

Pani Eleonora Orlińska, spostrzegłszy tymczasem pluszową na środku sali kanapkę, zajęła na niej wygodnie miejsce i wezwała młodą parę do spoczynku.

Chodziło jej o dłuższą pogawędkę, o sprawdzenie raz jeszcze tożsamości Edwarda Horeckiego i odświeżenie wiejskich wspomnień. Tak, był pasierbem jej przyjaciółki, Joanny Horeckiej i synem dawnych sąsiadów; nie znała go jednak dotąd. Ojciec jego bowiem, straciwszy wcześnie pierwszą żonę na chorobę piersiową, a zaniepokojony o los jedynego podówczas synka, wysiał małego Edzia, jako zbyt wątłego, na paroletni pobyt na Południe. Gdy chłopię tam rosło i mężniało, pan Horecki ożenił się powtórnie. Nowe obowiązki, nowa rodzina zaludniły dwór w pięknym Horyniu. Mały sierotka, jakoby dla dobroczynnego wpływu klimatu, pozostał nadal w pensjonacie szwajcarskim.

Do tych to właśnie czasów odnosiła się sąsiedzka zażyłość pani Orlińskiej z jego rodziną.

Opowiadanie to, niejednokrotnie już słyszane, niecierpliwiło piękną pannę.

– Wspomnienia później, a teraz obrazy – prosiła z kuszącym uśmiechem.

– Zaraz – odparła matka. – Tylko jedna jeszcze pytanie: Pan na długo wraca do kraju?

– Na zawsze może. W Horyniu, u matki i brata, zabawię do końca wakacji. Z jesienią chciałbym osiąść na stałe w jednej ze stolic naszych.

– Dla pracy naukowej?

– Tak, pani. Innej nie rozumiem już dzisiaj.

– Obrazy!... – szepnęła z prośbą uporną Ewa-Wanda.

– Skoro wam ruch miły, chodźcie dookoła sali. Ja stąd, przy pomocy lornetki, doskonale wszystko widzę.

Piękna panna powstała, pociągając za sobą Edwarda. Śmiało i szczerze podeszła wprost do Cabanela. To jedno miało tu dziś dla niej siłę przyciągającą. Nie żenowała jej nagość praojców rodu ludzkiego. Sztuka nie zna fałszywego wstydu. Nie budzi go w nikim, kto sam jest czysty i uczciwy.

Całe jej zachowanie zdawało się potwierdzać tę zasadę.

Stała, wpatrzona w Ewę, a postać ta promienna, stanowiąca mistrzowskie, najcudniejsze studium kobiecego ciała, tak była daleką od wszelkiego zmysłowego pierwiastku, iż zdawała się uosobieniem idealnego piękna. Drzewa raju, wąż tradycyjny, Adam, wszystko schodziło na plan drugi wobec tej przykuwającej oczy, czarodziejskiej istoty.

Z piersi pięknej panny wybiegło westchnienie. Czując na sobie badawczy wzrok Horeckiego, zwróciła się do niego z prostotą:

– Czy pan na serio i rzeczywiście uważa, że jestem do niej podobna?

– Dziwnym zbiegiem okoliczności jest to prawie portret pani. Ten sam typ des ewig Weiblichen, omotujący się dookoła serca ludzkiego i biorący je na własność. To samo uosobienie pokusy... Gdybym mógł zobaczyć panią, jako kusicielkę, w jej stroju –

Spojrzenie karcące, jak stal zimne, przerwało mu dalsze słowa.

– Zobaczyć Ewę w moim stroju – poprawiła. – Sądzi pan, że podniosłoby podobieństwo?

– Do granic żywej kopii nieledwie.

– To źle – wyszeptała ze smutkiem.

– Jak to, nie cieszy pani, nie pochlebia jej taki, mimowolny może, lecz nadzwyczajny hołd dla jej urody?

– Pochlebia? W jaki sposób? Rysy, piękność nawet, to rzecz przypadkowa, na którą żadnego wpływu nie mamy. Jestem trochę zabobonna, a tamtej – wskazała wzrokiem Ewę – uroda nie dała szczęścia; była jej klątwą raczej i przekleństwo też przeniosła na cały rodzaj ludzki. Wiem, że to symbol tylko, a jednak myśl ta opanowała mnie w tej chwili.

– Jako przeczucie przyszłości – podsunął.

– Może tylko przestroga. Któż przyszłość zgadnąć zdoła?

Ciemne, fiołkowe jej oczy z powagą w dal pobiegły. Horecki patrzył z podziwem na rysy piękne, a w smutku, jaki przyćmił wzrok jej na chwilę, podwójnie urocze. Ani śladu zalotności i flirtu, ani cienia kokieterii nawet. Stanowiło to drażniący kontrast ze strojem wyrafinowanym, nieledwie zmysłowo-wyzywającym w przezroczach swych i nadzwyczajnej oszczędności materiału.

Spróbował przeciwdziałać podobnemu usposobieniu.

– Kobieta młoda – mówił – lekceważąca swą urodę, bluźni Opatrzności za najwspanialszy skarb, jakim ją obdarzyła. Piękność to słońce życia, to potęga, którą ludzkość, lub przynajmniej jej wodzów opanować można.

– Ostrożnie – uśmiechnęła się szczerze. – Ostrożnie, bo zamiłowanie do paradoksu popchnie pana ku zacytowaniu przykładów, niezbyt dla tej ludzkości pochlebnych. Zresztą, ja nie bluźnię bynajmniej piękności. Przeciwnie; kocham ją we wszystkich objawach, zacząwszy od Ewy, skończywszy na ładnej sukni nawet.

Zrozumiał, iż odgadła myśl jego, a kryjąc głębsze uczucia i wrażenia, dostroiła się natychmiast, z całą giętkością kobiety salonów, do lekkiego tonu, w jaki uderzył.

Na tym poziomie trzeba już było pozostać. Sięgać do myśli jej bowiem – nie miał prawa. Wiódł ją więc przez wspaniałe sale Maximilianeum, gdzie, na skinienie berła królewskiego, sztuka czarodziejka zaklęła dzieje świata w tęczowe barwy wyobraźni malarskiej. Że jednak można ta pani, przywykła sama do królowania, nie znosi więzów ani nakazów, z większości więc prac tych uleciał duch jej i czar nieporównany. Pozostały wielkie, zimne, „urzędowe” płótna, sławiące cesarzy i królów, bitwy, koronacje i uroczyste przyjmowanie posłów. Sławiące jednym słowem nie rozwój ducha ludzkości, nie triumfy jego i zwycięstwa, lecz suche fakty przemocy nad nim; liczne etapy w pochodach ku potędze i sławie znanych dynastii w podbojach, dzięki którym zawładnęły i rządzą dziś światem.

Erudycja Edwarda Horeckiego znalazła doskonale przygotowaną słuchaczkę w strojnej i pięknej pannie, której zakres wiadomości dość był rozległy, a smak w sztuce samodzielny i bardzo wyrobiony.

Malarskie wypracowania na zadany temat z historii, pomimo iż były nieraz arcydziełami techniki i kolorytu, nie chwytały jej za serce.

– Nawet „Ukrzyżowanie Chrystusa” – mówiła, stając przed wielkim obrazem Wilhelma Hauschilda – nie wzrusza i nie porywa, nie wstrząsa widzem. Brak mu ducha; brak wiary promiennej, a głębokiej, która dzieła takie uskrzydla. To nie tragedia Boga-Człowieka, lecz chłodna, poprawna ilustracja do jednego z momentów zwrotnych w historii. Szablon, szablon, szablon!

Młody uczony musiał jej przyznać rację.

– Pani wierzy głęboko? – zapytał.

– Wierzę w Boga, wierzę we wszystko, co piękne i szlachetne, wierzę we wszystko, co kocham – odparła z przedziwnym blaskiem w oczach.

– Jak widzę jest pani na wskroś indywidualną i na wskroś kobiecą zarazem.

– Kobiecą? Zapewne. Mam bowiem nieostrożny zwyczaj odsłaniania słabych stron w swoim pancerzu – uzupełniła. – Ale wracajmy. Po cesarzu Henryk IV, w Canossie, którego duma upokorzona i męka, odbita w oczach, aż wzrusza na przepysznym obrazie Schwojsera, nic więcej w tej sali nie zasługuje na zapamiętanie. Zatrzymajmy się przy Mane, tekel, upharsin! Ta „Uczta Baltazara” przypomina mi bardzo obrazy Siemiradzkiego, jego cudny koloryt i rodzaj malowania, zarówno słońca, akcesorii, jak odtwarzanych delikatnych ciał kobiecych.

Odsłoniwszy cząstkę duszy własnej, wymykała się znów, zwracając rozmowę ku sztuce jedynie. Horecki zrozumiał to i nie nalegał. Panią Orlinską zastali na tej samej jeszcze pluszowej kanapce. Składając do ręcznego woreczka notatki przeglądane z najwyższym zajęciem, pogroziła lekko córce.

– Oj, niepoprawna, niepoprawna!... Tyle mam jeszcze interesów, że nie zdążymy na lunch do hotelu. Trzeba znów będzie zjeść co na mieście.

– Ależ, mamo droga, bawiliśmy bardzo krótko, a gmach jest rozległy; należało go obejść.

– Już wiem, wiem. Ciebie każdy kawałek zamalowanego płótna przykuwa do miejsca. Niepoprawna entuzjastka – dodała, zwracając się do Edwarda Horeckiego. – Ja znów mam zupełnie inne usposobienie: Lubię wszędzie być, zwiedzić i zobaczyć każdy zakątek Europy, ale jeden rzut oka wystarcza mi do tego najzupełniej. Studiowanie krajobrazów lub galerii pozostawiam specjalistom. Mnie osobiście zadowala świadomość, że tam byłam i mam o wszystkim ogólne pojęcie.

– Praktyczna i wyborna zasada – przyznał grzecznie mężczyzna.

– Zresztą, nie mam czasu ani zdrowia na takie szczegółowe oglądanie. Mnie to nuży... męczy... Jestem świeżo po kuracji, potrzebuję się oszczędzać. Nie znałyśmy Monachium; zboczyłam i owszem, chociaż nie było po drodze... Ale zabijać się ciągłym zwiedzaniem – ani myślę. Zobaczyłam rzecz najciekawszą dla mnie, bo tę Ewę. Czyj to obraz, proszę pana?

– Cabanela.

– Cabanela, pan powiada? Zaraz sobie nazwisko to zapiszę. Albo zapisz ty lepiej, Wandziu.

– Będę pamiętać, z całą pewnością.

– Lepszego nic tu pewno nie znajdę. Czas więc teraz pomyśleć o sprawunkach, teatrze i innych osobliwościach.

Ton jej, ujawniający zarówno egoizm, jak ciasność poglądów, robił przykrość pięknej pannie, szepnęła więc, jako usprawiedliwienie do towarzysza:

– Mama jest naprawdę bardzo zdenerwowana kuracją.

Pani Orlinska spostrzegła może wywołane przez siebie złe wrażenie, żegnając bowiem Horeckiego, który odprowadził obie panie do bram Maximilianeum, przypomniała mu starą przyjaźń dwóch rodzin i prosiła, aby ją zechciał odwiedzić.

Nie dodała tylko adresu swego. On zaś, zapatrzony w fiołkowe oczy Ewy-Wandy, zapomniał o drobiazg ten zapytać.