PS Kocham Cię - Cecelia Ahern - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 540 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 15 godz. 4 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka PS Kocham Cię - Cecelia Ahern

Zekranizowana powieść Cecelii Ahern z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych.

Holly i Gerry byli razem od dziecka, dokańczali swoje zdania i śmiali się nawet, gdy się kłócili. Bratnie dusze, które się odnalazły. Nikt nie potrafił sobie wyobrazić ich osobno. Dopóki nie stało się coś nieoczekiwanego. Śmierć Gerry'ego niszczy Holly. Lecz w dniu jej trzydziestych urodzin, Gerry do niej wraca. Zostawił jej kilka listów, które powoli wprowadzają Holly w jej nowe życie - bez niego. Każdy liścik kończy się podpisem "PS Kocham Cię".

Sensacyjna debiutancka powieść, która udowadnia, że prawdziwa miłość nigdy nie umiera. "Cosmopolitan"

Przepiękna, ciepła i dowcipna debiutancka powieść utalentowanej autorki… Ta niezwykła historia o bolesnej stracie, przyjaźni i utraconej miłości jest jednocześnie przygnębiająca i pocieszająca.

"Express"

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku PS Kocham Cię - Cecelia Ahern

Fragment ebooka PS Kocham Cię - Cecelia Ahern















CECELIA AHERN

PS KOCHAM CIĘ


Tytuł oryginału: PS, I Love You

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Korekta: Mariola Hajnus

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© iStockphoto.com/kutaytanir

© Cecelia Ahern 2004

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Monika Wiśniewska

ISBN 978-83-7758-529-0

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I


Dziękuję Mamie, Tacie, Georginie, Nicky’emu
i całej mojej rodzinie, i przyjaciołom.
Dziękuję ci, Marianne Gunn O’Connor.
Dziękuję moim wydawcom w HarperCollins,
Lynne Drew i Maxine Hitchcock.
Dziękuję ci, Moiro Reilly.


Dla Davida


1

Holly przyłożyła do twarzy niebieską bawełnianą bluzę i natychmiast wychwyciła znajomy zapach. Jej serce ogarnął przeraźliwy smutek. Poczuła ucisk w żołądku, po karku przeszło mrowie, a w gardle stanęła wielka gula. Ogarnęła ją panika. Nie licząc niskiego buczenia lodówki i rozlegających się co jakiś czas jęków w rurach, w domu panowała cisza. Holly była sama. Zrobiło jej się niedobrze. Pobiegła do łazienki, gdzie osunęła się na kolana przed muszlą klozetową.

Gerry odszedł i już nigdy nie wróci. Taka była rzeczywistość. Holly już nigdy więcej nie przeczesze palcami jego miękkich włosów, nigdy nie podzieli się z nim sekretnym żartem ponad stołem na proszonej kolacji, nigdy mu się nie wypłacze w rękaw po ciężkim dniu w pracy, nigdy już nie położy się z nim do łóżka, nigdy jej nie obudzi jego poranny atak kichania, nigdy nie będzie śmiać się razem z nim do rozpuku, nigdy nie stoczy walki o to, które z nich ma wstać z łóżka i zgasić światło w sypialni. Została jedynie garść wspomnień i obraz twarzy, który tracił wyrazistość z każdym upływającym dniem.

Mieli bardzo prosty plan: być razem do końca życia. Plan, co do którego wszyscy z ich kręgu zgodziliby się, że jest jak najbardziej realny. Byli najlepszymi przyjaciółmi, kochankami i bratnimi duszami i wszyscy uważali, że bycie razem jest ich przeznaczeniem. Ale tak się złożyło, że pewnego dnia przeznaczenie bezdusznie zmieniło zdanie.

Koniec nadszedł zbyt szybko. Po kilkudniowym uskarżaniu się na migrenę, Gerry za namową Holly poszedł do lekarza. To się stało w środę podczas przerwy na lunch. Sądzili, że migrena jest wynikiem stresu bądź zmęczenia i uznali, że w najgorszym wypadku będzie musiał nosić okulary. Gerry nie był zachwycony tą perspektywą. Niepotrzebnie się martwił, okazało się bowiem, iż to nie oczy stanowią problem. Był nim rozwijający się wewnątrz jego mózgu guz.

Holly spuściła wodę i drżąc z zimna, które ciągnęło od wyłożonej płytkami podłogi, podniosła się z kolan. Jej mąż miał trzydzieści lat. Nie był może herkulesem, ale miał dość zdrowia, by… cóż, by wieść normalne życie. W ostatnim stadium choroby odważnie żartował, że nie powinien był żyć w tak bezpieczny sposób. Powinien był brać narkotyki, więcej pić, więcej podróżować, skakać z samolotów, jednocześnie depilując nogi… ta lista ciągnęła się bez końca. Nawet kiedy się przy tym śmiał, Holly widziała w jego oczach żal. Żal za tym, czego nigdy nie zdążył robić, za miejscami, których nigdy nie zobaczył, i smutek z powodu utraty przyszłych doświadczeń. Czy żal mu było życia, które spędził z nią? Nigdy nie wątpiła, że ją szczerze kocha, ale bała się, że mógł żałować czasu spędzonego u jej boku.

Doczekanie starości stało się dla niego desperackim pragnieniem, a nie jedynie niepożądaną nieuchronnością. Jakże aroganccy byli oboje, nigdy nie traktując wspólnej starości jako osiągnięcia i wyzwania. Starzenie się było czymś, czego za wszelką cenę pragnęli uniknąć.

Holly przemierzała powoli pokoje, połykając grube, słone łzy. Oczy miała czerwone i spuchnięte. Myślała, że ta noc nigdy się nie skończy. Żadne z pomieszczeń w domu nie koiło jej smutku, niosąc jedynie nieprzyjazną ciszę. Nawet meble wydawały się obce i niewygodne, niezachęcające do spoczynku.

Gerry nie byłby z tego zadowolony, pomyślała Holly. Wzięła głęboki oddech, osuszyła oczy i próbowała przemówić sobie do rozsądku. Nie, Gerry z całą pewnością nie byłby zadowolony.

Jej oczy były obolałe i spuchnięte od wielogodzinnego płaczu. Tak jak każdej nocy w ciągu ostatnich kilku tygodni, dopiero we wczesnych godzinach rannych zapadła w niespokojny sen. Każdego ranka budziła się i odkrywała, że leży gdzieś w niewygodnej pozycji – dzisiaj była to kanapa. I po raz kolejny obudził ją telefon od zatroskanego przyjaciela albo członka rodziny. Najpewniej sądzili, że jedyne, czym się zajmuje Holly, to sen. Dlaczego nie dzwonili nocą, kiedy bez końca błądziła po domu niczym zombi, szukając w pokojach… czego? Co spodziewała się tam znaleźć?

– Halo – odezwała się półprzytomnie do słuchawki. Jej głos był zachrypnięty od łez, ale już dawno przestała przejmować się zachowaniem pozorów dzielności. Jej najlepszy przyjaciel odszedł i nikt nie rozumiał, że nic, ale to nic, ani świeże powietrze, ani zakupy nie zagoją rany w jej sercu.

– Och, przepraszam, kochanie, obudziłam cię? – z drugiego końca linii telefonicznej dobiegł pełen troski głos matki Holly. Co rano dzwoniła, by się przekonać, czy córka przetrwała noc, zawsze w lęku, że ją obudzi, a jednak zawsze oddychała z ulgą na dźwięk jej głosu; czuła się spokojniejsza, wiedząc, że Holly stawiła czoło upiorom nocy.

– Nie, ja tylko drzemałam, nic się nie stało. – Niezmiennie taka sama odpowiedź.

– Tata i Declan wyszli, a ja myślałam o tobie, skarbie.

Dlaczego ten kojący i współczujący głos zawsze doprowadzał Holly do łez? Potrafiła sobie wyobrazić twarz mamy, jej brwi i czoło zmarszczone z niepokojem. Ale to nie uspokajało Holly, bowiem przypominała sobie wtedy, dlaczego oni wszyscy się martwią. A przecież nie powinni tego czynić. Wszystko powinno być normalne. Gerry powinien być tu teraz przy niej, wznosząc oczy do nieba i próbując ją rozśmieszyć, podczas gdy jej mama nadawała do słuchawki. Tak wiele razy Holly musiała przekazywać słuchawkę Gerry’emu, gdyż górę brał atak głupawki. A potem on rozmawiał, ignorując Holly, która skakała po łóżku, robiła śmieszne miny i wykonywała zabawne ruchy po to tylko, by się na nim odegrać. Rzadko jej się to udawało.

Słuchając teraz głosu matki, co jakiś czas wydawała z siebie jakieś monosylaby, ale w rzeczywistości nie słyszała ani jednego słowa.

– Jest uroczy dzień, Holly. Naprawdę dobrze by ci zrobiło, gdybyś wyszła na spacer, pooddychała świeżym powietrzem.

– Mmm, pewnie tak. – No i znowu to samo, świeże powietrze, sposób na rozwiązanie jej wszystkich problemów.

– Może zajrzałabym później do ciebie i ucięłybyśmy sobie pogawędkę, co ty na to?

– Nie, dzięki, mamo. Wszystko w porządku.

Cisza.

– Cóż, no dobrze… Ale zadzwoń do mnie, jeśli zmienisz zdanie. Przez cały dzień jestem wolna.

– Jasne. – Znowu cisza. – Dzięki.

– W takim razie… trzymaj się, kochanie.

– Dobrze. – Holly już-już miała odłożyć słuchawkę, kiedy ponownie usłyszała głos mamy:

– Och, Holly, zupełnie zapomniałam. Jest u nas ta koperta dla ciebie – no wiesz, ta, o której ci wspominałam. Leży na stole w kuchni. Może będziesz chciała ją odebrać. Jest już u nas od kilku tygodni, a może to coś ważnego.

– Wątpię. To pewnie jeszcze jedna kartka.

– Nie, nie sądzę, kochanie. Jest zaadresowana do ciebie, a nad twoim nazwiskiem jest napisane… och, zaczekaj chwilkę, zaraz po to pójdę…

Słuchawka została odłożona, słychać było stukot obcasów na płytkach, przesuwane po podłodze krzesło, kroki coraz głośniejsze, podnoszenie słuchawki…

– Jesteś tam jeszcze?

– Tak.

– No dobrze, na samej górze jest napis: „Lista”. Może to z pracy lub coś w tym rodzaju, skarbie. Warto się temu przyjrzeć i…

Holly upuściła słuchawkę.


2

– Gerry, zgaś światło! – zachichotała Holly, obserwując w tym samym czasie rozbierającego się przed nią męża.

Gerry tańczył po pokoju i demonstrował striptiz, powoli odpinając guziki białej bawełnianej koszuli długimi, szczupłymi palcami. Uniósł lewą brew, patrząc na Holly, i pozwolił koszuli zsunąć się z ramion, po czym chwycił ją w prawą dłoń i zamachał kilka razy nad głową.

Holly ponownie zachichotała.

– Zgasić światło? I co, chcesz, żeby ominęło cię to wszystko? – Uśmiechnął się bezczelnie, prężąc jednocześnie muskuły. Nie był mężczyzną próżnym, choć w gruncie rzeczy miał ku temu powody, pomyślała. Jego ciało było silne i jędrne. Długie nogi umięśnione, dzięki wielu godzinom spędzonym na siłowni. Przy wzroście prawie metr osiemdziesiąt był wystarczająco wysoki, by Holly czuła się bezpieczna, kiedy stawał opiekuńczo obok jej metra sześćdziesięciu. Najbardziej uwielbiała to, że kiedy przytulała się do niego, jej głowa opierała się pod jego podbródek, i czuła jego oddech delikatnie muskający włosy i łaskoczący w głowę.

Serce w niej podskoczyło, kiedy Gerry opuścił bokserki, przytrzymał je palcami u stopy, po czym rzucił tak, że wylądowały na jej głowie.

– No cóż, przynajmniej jest teraz ciemniej – zaśmiała się Holly.

Zawsze potrafił ją rozbawić. Kiedy wracała z pracy zmęczona i zła, był niezmiennie współczujący i wysłuchiwał wszystkich skarg i narzekań. Rzadko się kłócili, a kiedy już tak się działo, chodziło o jakieś głupoty, z których potem się śmiali, jak na przykład, kto zostawił przez cały dzień zapaloną lampę na werandzie albo kto zapomniał o włączeniu na noc alarmu.

Gerry zakończył striptiz i dał nura do łóżka. Przytulił się do niej, wsuwając skostniałe stopy pod jej nogi, by się ogrzać.

– Aaaaa! Gerry, masz stopy jak kostki lodu! – Holly wiedziała, że ta pozycja oznacza, iż nie ma on najmniejszego zamiaru ustąpić. – Gerry – powtórzyła ostrzegawczo.

– Holly – przedrzeźniał ją.

– Nie zapomniałeś o czymś?

– Nie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

– Światło?

– Ach tak, światło – rzekł rozespanym głosem i udał, że głośno chrapie.

– Gerry!

– Jeśli sobie dobrze przypominam, to ja musiałem wczoraj wyjść z łóżka i to zrobić.

– Tak, ale przecież dosłownie chwilę temu stałeś obok wyłącznika!

– Tak, dosłownie chwilę temu – powtórzył.

Holly westchnęła. Nie cierpiała wychodzić z łóżka, kiedy już się umościła wygodnie, stawać na zimnej drewnianej podłodze, a potem wracać po omacku do łóżka. Zacmokała z niezadowoleniem.

– Wiesz, Hol, nie mogę robić tego przez cały czas. Pewnego dnia może mnie zabraknąć i co wtedy zrobisz?

– Każę to zrobić mojemu nowemu mężowi – naburmuszyła się, usiłując odsunąć swoje stopy od jego.

– Ha!

– Albo po prostu będę pamiętać, by to zrobić przed położeniem się do łóżka.

Gerry parsknął.

– Nie bardzo w to wierzę, moja droga. Będę musiał zostawić dla ciebie wiadomość na wyłączniku, zanim odejdę, abyś o tym pamiętała.

– Jakież to uprzejme z twojej strony, ale wolałabym, żebyś po prostu zostawił mi swoje pieniądze.

– I karteczkę na karcie do bankomatu – kontynuował.

– Cha, cha.

– I na kartonie z mlekiem.

– Jesteś niezwykle zabawnym człowiekiem, Gerry.

– Och, i jeszcze na oknach, żebyś ich rano nie otwierała i nie uruchamiała tym samym alarmu.

– A może po prostu zostawisz mi w testamencie listę rzeczy do zrobienia, skoro uważasz, że bez ciebie okażę się taką fajtłapą?

– Niezły pomysł – zaśmiał się.

– W takim razie świetnie, zgaszę to cholerne światło. – Niechętnie wyszła z łóżka. Skrzywiła się, dotykając lodowato zimnej podłogi, i zgasiła światło. Wyciągnęła przed siebie ręce w ciemnościach i powoli po omacku wracała do łóżka.

– Halo? Holly, czy się zgubiłaś? Czy jest tam kto, kto, kto, kto? – zawołał Gerry w głąb ciemnego pokoju.

– Tak, jestem… aaaaałłłłaaaa! – krzyknęła, kiedy uderzyła palcem od nogi w kolumienkę przy łóżku. – Cholera, cholera, cholera, kurczę, drań, cholera, gówno.

Gerry prychnął i zachichotał pod kołdrą.

– Numer dwa na mojej liście: uważaj na kolumienkę…

– Och, zamknij się, Gerry, i skończ z tymi makabrycznymi pomysłami – warknęła, masując obolałą stopę.

– Chcesz, żebym ją pocałował?

– Nie, już jest dobrze – odparła ze smutkiem. – Gdybym tylko mogła je tutaj położyć, by się trochę ogrzały…

– Aaaach! Jezu Chryste, są zimne jak lody!

A ona wtedy się roześmiała.

Tak właśnie narodził się żart związany z listą. Był to niezbyt mądry i mało skomplikowany pomysł, którym się wkrótce podzielili ze swymi najlepszymi przyjaciółmi, Sharon i Johnem McCarthy.

To właśnie John podszedł do Holly na szkolnym korytarzu, kiedy mieli zaledwie po czternaście lat, i wymamrotał słynne słowa: „Mój kumpel chce wiedzieć, czy się z nim umówisz”. Po kilku dniach niekończących się dyskusji i zwoływanych nadzwyczajnych spotkań z przyjaciółkami, Holly ostatecznie wyraziła zgodę.

– Aach, daj już spokój, Holly – namawiała ją Sharon. – On jest taki milusi, no i przynajmniej nie ma całej twarzy w pryszczach tak jak John.

Jakże bardzo Holly zazdrościła teraz Sharon. Ona i John pobrali się w tym samym roku, co Holly i Gerry. Holly była najmłodsza w ich grupie, miała dwadzieścia trzy lata, podczas gdy reszta po dwadzieścia cztery. Niektórzy twierdzili, że jest zbyt młoda i prawili jej kazania na temat tego, że w jej wieku powinna podróżować po świecie i dobrze się bawić. Zamiast tego Gerry i Holly podróżowali po świecie wspólnie. W ten sposób miało to znacznie większy sens, ponieważ kiedy nie byli razem… no cóż, Holly czuła po prostu, jakby w jej ciele brakowało jakiegoś niezbędnego organu.

Dzień ich ślubu trudno było nazwać najwspanialszym dniem w jej życiu. Jak większość dziewczyn marzyła o bajkowym ślubie, sukni godnej księżniczki i pięknej, słonecznej pogodzie, romantycznym miejscu i towarzystwie wszystkich bliskich i drogich osób. Wyobrażała sobie, że przyjęcie weselne będzie jak wyśniony sen, widziała już, jak tańczy z przyjaciółmi, wszyscy ją podziwiają i czuje się wyjątkowa. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

Holly obudziły w jej rodzinnym domu krzyki: „Nie mogę znaleźć krawata!” (ojciec), „Moje włosy są do dupy” (matka), a najlepsze ze wszystkiego było: „Wyglądam jak wieloryb! Nie ma mowy, żebym poszła na to cholerne wesele w takim stroju. Zapadnę się ze wstydu pod ziemię! Mamo, popatrz tylko na mnie! Niech sobie Holly znajdzie inną druhnę, bo ja nie idę. Aaa! Jack, oddawaj mi tę pieprzoną suszarkę, jeszcze nie skończyłam!”. To niezapomniane oświadczenie zostało wygłoszone przez jej młodszą siostrę, Ciarę, która regularnie dostawała napadów złości i odmawiała wychodzenia z domu, twierdząc, iż nie ma co na siebie włożyć, pomimo pękającej w szwach szafy. Obecnie mieszkała w Australii z jakimiś obcymi ludźmi, a z rodziną komunikowała się jedynie za pomocą wysyłanych co kilka tygodni maili. Rodzina Holly przez resztę ranka za wszelką cenę starała się przekonać Ciarę, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie. W tym czasie Holly ubierała się cichutko, czując się naprawdę podle. Ciara wreszcie zgodziła się opuścić dom, a wtedy spokojny zazwyczaj ojciec Holly, ku zdumieniu wszystkich obecnych, wrzasnął na całe gardło:

– Ciaro, to jest cholerny dzień Holly, NIE TWÓJ! A ty PÓJDZIESZ na to wesele i będziesz się dobrze bawić. A kiedy Holly zejdzie na dół, POWIESZ jej, jak pięknie wygląda, i nie chcę słyszeć z twoich ust ani jednego słowa więcej DO KOŃCA DNIA!

Tak więc kiedy Holly zeszła na dół, wszyscy wydawali zgodne okrzyki zachwytu, a Ciara, z miną dziesięciolatki, która właśnie dostała klapsa, spojrzała na nią ze łzami w oczach i z jej drżących warg wydostały się słowa:

– Wyglądasz pięknie, Holly.

Cała siódemka wcisnęła się do limuzyny – Holly, rodzice, trzej bracia i Ciara – i przez całą drogę do kościoła siedzieli w pełnej przerażenia ciszy.

Z perspektywy lat dzień ślubu jawił się niczym zamazana plama. Holly prawie że nie miała czasu, żeby porozmawiać z Gerrym, ponieważ ciągano ich w przeciwnych kierunkach, by poznali cioteczną babkę Betty z jakiegoś zadupia, której Holly w życiu nie widziała na oczy, i ciotecznego dziadka Toby’ego z Ameryki, o którym wcześniej nigdy nie wspominano, a który nagle okazał się bardzo ważnym członkiem rodziny.

I nikt jej nie powiedział, że to będzie tak bardzo męczące. Kiedy wieczór się kończył, bolała ją szczęka od uśmiechania się do zdięcia, a stopy paliły żywym ogniem od biegania przez cały dzień w przymałych pantofelkach. Desperacko pragnęła dołączyć do wielkiego stołu, przy którym siedzieli jej przyjaciele, i wokół którego przez cały wieczór rozbrzmiewały salwy śmiechu. Wyraźnie świetnie się bawili. Niektórym to dobrze, pomyślała wtedy. Ale gdy tylko wraz z Gerrym przekroczyła próg apartamentu dla nowożeńców, jej troski wyparowały i zrozumiała, co jest w tym wszystkim najważniejsze.

Ponownie po twarzy Holly popłynęły łzy. Zdała sobie sprawę z tego, że po raz kolejny śni na jawie. Siedziała na kanapie, a obok niej nadal leżała zdjęta z widełek słuchawka. Ostatnio miała wrażenie, że godziny mijają, a ona nie uświadamia sobie nawet, jaki jest dzień. Zdawała się żyć poza swym ciałem, odrętwiała na wszystko, z wyjątkiem bólu w sercu, w kościach, w głowie. Była po prostu tak bardzo zmęczona… Zaburczało jej w brzuchu i uświadomiła sobie, że nie pamięta, kiedy ostatni raz coś jadła. Czy to było wczoraj?

Powlokła się do kuchni ubrana w szlafrok Gerry’ego i ulubione różowe ranne pantofle „disco divy”, które dostała od niego na poprzednią Gwiazdkę. Ona była jego disco divą, tak powtarzał. Zawsze pierwsza na parkiecie, zawsze ostatnia do wyjścia z klubu. Gdzie się podziała tamta dziewczyna? Otworzyła lodówkę i popatrzyła na puste półki. Trochę warzyw i dawno przeterminowany jogurt. I smród jak diabli. Uśmiechnęła się słabo, potrząsając kartonem z mlekiem. Pusty. Trzeci punkt na liście…

Dwa lata temu przez Bożym Narodzeniem Holly wybrała się razem z Sharon na zakupy w poszukiwaniu sukienki na doroczny bal organizowany w hotelu Burlington. Zakupy z Sharon zawsze stanowiły niebezpieczną wyprawę, a John i Gerry żartowali, że znowu będą się musieli obyć w święta bez prezentów, co było skutkiem szaleństw dziewcząt. Niewiele się mylili. Biedni zaniedbywani mężowie, tak zawsze mówiły na nich dziewczęta.

Holly wydała doprawdy skandaliczną sumę w sklepie Brown Thomas na najpiękniejszą białą suknię, jaką kiedykolwiek widziała.

– Cholera, Sharon, to wypali potężną dziurę w moim portfelu – jęknęła z poczuciem winy, zagryzając wargę i przebiegając palcami po miękkim materiale.

– Aach, nie martw się, Gerry ci ją załata – odparła Sharon i wydała z siebie swój osławiony rechot. – I przestań na mnie mówić „cholera, Sharon”. Nazywasz mnie tak za każdym razem, kiedy chodzimy na zakupy. Jeśli nie będziesz się pilnować, ja mogę się zacząć obrażać. Kup tę przeklętą kieckę, Holly. Są przecież święta, pora obdarowywania i tym podobne.

– Boże, jesteś taka paskudna, Sharon. Już nigdy więcej nie pójdę z tobą na zakupy. To połowa moich miesięcznych zarobków. Co ja pocznę przez resztę miesiąca?

– Wolisz jeść czy rewelacyjnie wyglądać?

– Biorę – powiedziała z podekscytowaniem Holly do sprzedawcy.

Suknia była mocno wycięta, doskonale podkreślała dekolt i miała pęknięcie na udzie, które odsłaniało szczupłe nogi. Gerry nie mógł oderwać od niej oczu. Jednak nie dlatego, że wyglądała oszałamiająco. Nie mógł po prostu zrozumieć, jak u diabła tak mały kawałek materiału może aż tyle kosztować. Kiedy już znaleźli się na balu, pani Disco Diva po raz kolejny pozwoliła sobie na zbyt dużo napojów alkoholowych i udało jej się zniszczyć suknię, oblewając przód czerwonym winem. Holly bez powodzenia próbowała powstrzymać napływające do oczu łzy, gdy tymczasem panowie przy stole pijackim tonem informowali swoje partnerki, że numer pięćdziesiąty czwarty na liście mówi o tym, by nie pić czerwonego wina, gdy jest się ubraną w drogą białą suknię. Wtedy też uznano wspólnie, że najlepszym drinkiem jest mleko, jako że nie pozostawi plam, jeśli wyleje się je na drogą białą suknię.

A później, kiedy Gerry przewrócił piwo, tak że spłynęło ze stolika na kolana Holly, ona ze łzami w oczach oświadczyła swemu stolikowi (i kilku stolikom wokół):

– Zasada pięćdziesiąta piąta na liście: NIGDY PRZENIGDY nie kupować drogiej białej sukni.

Przyznano jej rację, a gdzieś spod stolika wyłoniła się pogrążona do tej pory w śpiączce Sharon, potwierdziła i zaoferowała moralne wsparcie. Wzniesiono toast (kiedy już zaskoczony kelner dostarczył tacę pełną kieliszków z mlekiem) za Holly i dodany przez nią punkt do listy.

– Tak mi szykro s powdu twojej drogiej białej szukni, Holly – czknął John, po czym wytoczył się z taksówki, ciągnąc za sobą Sharon.

Czy to możliwe, że Gerry dotrzymał słowa i przed śmiercią sporządził dla niej listę? Spędziła z nim każdą chwilę każdego dnia aż do końca i nigdy nie wspomniał o tym ani słowem, zresztą nie widziała, by kiedykolwiek ją pisał. Nie, Holly, weź się w garść i nie bądź głupia, nakazała sobie. Tak desperacko go pragnęła, że wyobrażała sobie najbardziej absurdalne rzeczy. On przecież tego nie zrobił. A może jednak?


3

Holly szła przez łąkę porośniętą pięknymi liliami, delikatny wietrzyk poruszał ich jedwabiste płatki, które łaskotały czubki jej palców, gdy torowała sobie drogę w wysokiej, soczyście zielonej trawie. Ziemia pod gołymi stopami była miękka i sprężysta, a ciało wydawało się tak lekkie, że prawie unosiła się tuż nad wilgotnawą ziemią. Wszędzie wokół ptaki zanosiły się radosnymi trelami. Słońce na bezchmurnym niebie świeciło tak jasno, że Holly musiała osłonić oczy, a z każdym powiewem wiatru, który muskał twarz, do nosa przenikał słodki zapach tygrysich lilii. Czuła się tak… szczęśliwa, tak wolna.

Nagle niebo pociemniało, gdyż karaibskie słońce znikło za groźną, szarą chmurą. Wiatr wzmógł się, a powietrze wyraźnie się ochłodziło. Wokół niej w porywach wiatru dziko szamotały się płatki lilii, przez co niewiele więcej mogła dostrzec. Sprężystą ziemię zastąpiły ostre kamyki, które przy każdym kroku kaleczyły i drapały stopy. Ptaki przestały śpiewać, siedziały teraz na gałęziach i przyglądały się temu, co się dzieje. Coś było nie tak i Holly poczuła lęk. W oddali, pośród wysokiej trawy, sterczał szary kamień. Holly pragnęła pobiec z powrotem do swych pięknych kwiatów, ale czuła, że musi iść w tamtym kierunku.

Gdy przesuwała się bliżej, usłyszała: BUM! BUM! BUM! Przyspieszyła kroku, a po chwili zaczęła biec po kamyczkach i trawie o ostrych krawędziach, która kaleczyła ramiona i nogi. Upadła na kolana przed kamienną płytą, a z jej gardła wydobył się okrzyk bólu, gdy uświadomiła sobie, co to takiego. Grób Gerry’ego. BUM! BUM! BUM!

On próbował się wydostać. Wołał jej imię; słyszała go!

Ze snu wyrwało Holly głośne walenie do drzwi.

– Holly! Holly! Wiem, że tam jesteś! Proszę, wpuść mnie! – BUM! BUM! BUM!

Zdezorientowana i na wpół śpiąca zbliżyła się do drzwi, za którymi stała zaniepokojona Sharon.

– Chryste! Co ty robiłaś? Walę do tych drzwi i walę już całą wieczność!

Holly wyjrzała na dwór, wciąż nie do końca przebudzona. Było jasno i chłodnawo – to musiał być ranek.

– Nie masz zamiaru wpuścić mnie do środka?

– Wejdź, Sharon, przepraszam. Drzemałam po prostu na kanapie.

– Boże, wyglądasz strasznie, Hol. – Sharon przyjrzała się uważnie jej twarzy, po czym mocno przytuliła przyjaciółkę.

– Och, dzięki. – Holly przewróciła oczami i zamknęła drzwi.

Sharon nigdy nie należała do osób owijających rzeczy w bawełnę, ale właśnie dlatego Holly tak bardzo ją kochała. I dlatego też nie odwiedziła jej w ciągu ostatniego miesiąca ani razu. Nie chciała usłyszeć prawdy. Nie chciała usłyszeć tego, że musi jakoś żyć dalej; pragnęła po prostu… och, sama już nie wiedziała, czego pragnęła. Chciała być nieszczęśliwa. Wydawało jej się to właściwe i na miejscu.

– Boże, tutaj jest strasznie duszno. Kiedy ostatni raz wietrzyłaś? – Sharon zrobiła przemarsz wokół domu, otwierając okna i zbierając po drodze puste kubki i talerze. Zaniosła je do kuchni, umieściła wszystko w zmywarce, po czym zabrała się do dalszego sprzątania.

– Och, nie musisz tego robić, Sharon – zaprotestowała słabo Holly. – Ja się tym później zajmę…

– Kiedy? W przyszłym roku? Nie chcę, byś zamieniła to miejsce w chlew, podczas gdy twoi przyjaciele udają, że tego nie widzą. Idź na górę i weź prysznic, a kiedy wrócisz, napijemy się herbaty, dobrze?

Prysznic. Kiedy po raz ostatni się myła? Sharon miała rację, musiała wyglądać odrażająco z tymi tłustymi włosami, ciemnymi odrostami i w brudnym szlafroku. Szlafroku Gerry’ego. Ale to było coś, czego nigdy nie miała zamiaru wyprać. Pragnęła, by pozostał w takim stanie, w jakim zostawił go Gerry. Niestety, jego zapach zaczynał się ulatniać, a wypierała go charakterystyczna woń jej własnej skóry.

– No dobrze, ale nie ma mleka. Jakoś nie mogłam się przemóc… – Holly poczuła się zakłopotana brakiem troski o dom i o siebie samą. Nie ma mowy, by pozwoliła Sharon zajrzeć do lodówki, bo dopiero wtedy przyjaciółka zaczęłaby się martwić.

– Ta da! – zanuciła radośnie Sharon, podnosząc w górę torbę, której Holly wcześniej nie dostrzegła. – Nie martw się, już się tym zajęłam. Sądząc po twoim wyglądzie, nie jadłaś od tygodni.

– Dzięki. – Gula uformowała się w gardle Holly, a w oczach pojawiły się łzy. Sharon była dla niej taka dobra.

– Spokojnie! Dzisiaj nie będzie żadnych łez! Jedynie zabawa, śmiech i ogólna radość, moja droga przyjaciółko. A teraz pod prysznic, szybko!

Kiedy Holly zeszła na dół, czuła się prawie jak człowiek. Włożyła niebieski dres i pozwoliła długim blond (i z brązowymi odrostami) włosom opaść na ramiona. Wszystkie okna na dole były otwarte na całą szerokość i głowę Holly owiał chłodny wietrzyk. Miała wrażenie, jakby zabrał ze sobą wszystkie złe myśli i lęki. Roześmiała się na myśl, że jej matka może i jednak miała rację. Holly ocknęła się z transu i gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy rozejrzała się po domu. Nie było jej najwyżej pół godziny, ale Sharon w tym czasie posprzątała, wypolerowała, odkurzyła, pozmywała i spryskała odświeżaczem powietrza każde pomieszczenie. Holly podążyła za hałasem, który dochodził z kuchni: Sharon szorowała płytę kuchenki elektrycznej. Blaty lśniły, a chromowane krany i ociekacz na naczynia błyszczały jak nowe.

– Sharon, jesteś aniołem! Nie mogę uwierzyć, że zrobiłaś to wszystko. I to w tak krótkim czasie!

– Ha! Nie było cię ponad godzinę. Zaczynałam już myśleć, że cię wessało. Co nie jest wcale takie niemożliwe, przy twojej obecnej wadze. – Zmierzyła Holly spojrzeniem z góry do dołu.

Godzinę? Po raz kolejny górę nad świadomością Holly wzięły sny na jawie.

– No dobra, przyniosłam ci trochę warzyw i owoców, tutaj jest ser, jogurty i oczywiście mleko. Nie wiem, gdzie trzymasz makaron i jedzenie w puszkach, więc położyłam je tam. Och, a w lodówce masz kilka obiadów gotowych do podgrzania w mikrofalówce. Na jakiś czas powinno ci wystarczyć, a sądząc po twoim wyglądzie, pewnie do końca roku. Ile schudłaś?

Holly przyjrzała się swemu ciału. Spodnie od dresu zwisały jej na tyłku, a pasek był zapięty najciaśniej, jak tylko można, a mimo to opadały na biodra. Wcześniej w ogóle nie zauważyła spadku wagi.

Do rzeczywistości przywołał ją ponownie głos Sharon:

– Mam też herbatniki do herbaty. Jammie Dodgers, twoje ulubione.

No i wtedy stało się. Tego dla Holly było już za wiele. Herbatniki Jammie Dodgers stanowiły absolutne dopełnienie szczęścia. Poczuła, że po jej twarzy spływają łzy.

– Och, Sharon – jęknęła – tak ci dziękuję. Jesteś dla mnie taka dobra, a ja jestem dla ciebie okropną, doprawdy okropną przyjaciółką. – Usiadła przy stole i ujęła dłoń Sharon. – Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

Sharon usiadła naprzeciwko niej w milczeniu, pozwalając, by mówiła. Tego właśnie wcześniej bała się Holly – rozklejania się przy każdej możliwej okazji. Ale nie czuła się zakłopotana. Sharon sączyła cierpliwie herbatę i trzymała jej dłoń, jakby to było coś najzupełniej normalnego. Wreszcie łzy przestały płynąć.

– Dzięki.

– Jestem twoją najlepszą przyjaciółką, Hol; jeśli ja ci nie pomogę, to kto to zrobi? – zapytała Sharon, posyłając jej ciepły uśmiech.

– Pewnie sama powinnam sobie pomóc.

– E tam. – Sharon machnęła lekceważąco dłonią. – Dopiero kiedy będziesz na to gotowa. Nie zwracaj uwagi na tych wszystkich ludzi, którzy mówią, że po miesiącu powinnaś wrócić do normalności. Żałoba jest też elementem pomagania samemu sobie.

Zawsze mówiła właściwe rzeczy.

– Tak, no cóż, tego akurat sobie nie żałuję. Tyle się narozpaczałam, że już chyba więcej nie mogę.

– No coś ty! – rzekła Sharon z udawanym oburzeniem. – Dopiero minął miesiąc, odkąd twój mąż spoczął w grobie.

– Och, przestań! Często jednak będę coś takiego słyszeć od ludzi, prawda?

– Najprawdopodobniej, ale miej to gdzieś. Na świecie są gorsze grzechy niż bycie ponownie szczęśliwą.

– Pewnie tak.

– Obiecaj mi, że będziesz jadła.

– Obiecuję.

– Dzięki za to, że do mnie wpadłaś, Sharon. Naprawdę miło mi się z tobą rozmawiało – rzekła Holly, z wdzięcznością ściskając przyjaciółkę. – Czuję się już znacznie lepiej.

– Wiesz, dobrze jest przebywać wśród ludzi, Hol. Przyjaciele i rodzina mogą ci pomóc. No cóż, jeśliby się nad tym dłużej zastanowić, to może akurat nie twoja rodzina – zażartowała. – Ale reszta z nas tak.

– Och, teraz już to wiem. Sądziłam po prostu, że na początku będę mogła sama sobie z tym wszystkim poradzić.

– Obiecaj mi, że wkrótce do nas zajrzysz. Albo przynajmniej raz na jakiś czas wychodź z domu.

– Obiecuję. – Holly przewróciła oczami. – Zaczynasz mówić jak moja mama.

– Wszyscy się po prostu o ciebie martwimy. No dobra, niedługo się zobaczymy – odparła Sharon, całując ją w policzek. – I JEDZ! – dodała, dając jej kuksańca w żebra.

Holly pomachała odjeżdżającej samochodem Sharon. Było już prawie ciemno. Spędziły cały dzień, śmiejąc się i żartując na temat dawnych czasów. Następnie płakały, po czym znowu się śmiały i znowu trochę płakały. Sharon pozwoliła jej spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy. Wcześniej nawet nie pomyślała o tym, że przecież Sharon i John stracili najlepszego przyjaciela, jej rodzice stracili zięcia, a rodzice Gerry’ego jedynego syna. Zbyt pochłaniało ją myślenie o sobie. Dobrze było ponownie znaleźć się wśród żywych, zamiast snuć się z kąta w kąt razem z duchami przeszłości. Jutro był nowy dzień i Holly zamierzała zacząć go od odebrania tamtej koperty.


4

Holly zaczęła piątkowy ranek od wczesnego wstania z łóżka. Choć jednak spać położyła się przepełniona optymizmem i podekscytowana tym, co ją czeka, teraz na nowo dotarła do niej surowa rzeczywistość i świadomość, jak trudna będzie każda chwila. Po raz kolejny obudziła się w pustym łóżku w przepełnionym ciszą domu, ale jednak nastąpił mały przełom. Po raz pierwszy od ponad miesiąca obudziła się bez pomocy dzwoniącego telefonu. Uświadomiła sobie, jak każdego ranka, że marzenia o niej i Gerrym będących razem, które tkwiły w jej głowie przez ostatnich dziesięć godzin, były niczym więcej jak tylko marzeniami.

Wzięła prysznic i włożyła ulubione niebieskie dżinsy, adidasy i różowy T-shirt. Sharon miała rację co do jej wagi: dżinsy, ciasne kiedyś, teraz trzymały się na biodrach tylko dzięki paskowi. Skrzywiła się do swojego odbicia w lustrze. Wyglądała brzydko. Pod oczami miała czarne koła, usta były spierzchnięte i spękane, a włosy to jedna wielka katastrofa. Pierwsze, co zrobi, to uda się do miejscowego salonu fryzjerskiego i będzie błagać, by ją gdzieś wcisnęli.

– Jezu, Holly! – wykrzyknął Leo, jej stylista. – Popatrz tylko na siebie! Ludzie, z drogi! Z drogi! Mam tutaj kobietę w stanie krytycznym! – Puścił do niej oko i gestem kazał ludziom przepuścić ich. Wysunął fotel i pchnął ją na niego.

– Dzięki, Leo. Od razu poczułam się atrakcyjna – mruknęła, próbując zakryć czerwoną jak burak twarz.

– No cóż, nie przejmuj się, przecież cała jesteś w rozsypce. Sandro, zmieszaj mi to, co zawsze, Colin niech przyniesie folię, a Tania pobiegnie na górę po mój mały kuferek z magicznymi sztuczkami. Ach, i powiedz Willowi, by nie wychodził na lunch, przejmie moją robotę o dwunastej. – Leo wydawał wokół rozkazy, i krzątał się, jakby miał zaraz przeprowadzić operację w szpitalu. Może zresztą tak właśnie było.

– Och, przepraszam, Leo, nie miałam zamiaru dezorganizować ci dnia.

– Ależ oczywiście, że miałaś, skarbie. Bo inaczej czemu przybiegłabyś tutaj w piątek w porze lunchu bez wcześniejszego umówienia się? By wspomóc pokój na świecie?

Holly z poczuciem winy zagryzła wargę.

– Ach, ale nie zrobiłbym tego dla nikogo innego oprócz ciebie.

– Dzięki.

– Jak się czujesz?

Oparł swój chudy tyłek na blacie, stając przodem do Holly. Leo musiał już być po pięćdziesiątce, ale nie wyglądał na więcej niż trzydzieści lat. Jego włosy w kolorze miodu współgrały z miodowym odcieniem skóry i zawsze doskonale się ubierał. Wystarczało, by każda kobieta czuła się przy nim jak fleja.

– Strasznie.

– Taa, tak też wyglądasz.

– Dzięki.

– No cóż, przynajmniej kiedy stąd wyjdziesz, jedno będziesz miała załatwione. Zajmuję się włosami, nie duszami.

Holly uśmiechnęła się z wdzięcznością w odpowiedzi na to dziwaczne wyznanie, które świadczyło o tym, że Leo ją rozumie.

– Ale, Jezu, Holly, kiedy wchodziłaś do salonu, to na drzwiach widziałaś napis: „czarodziej” czy „fryzjer”? Powinnaś zobaczyć tę kobietę, która dzisiaj do nas przyszła. Baran w skórze jagnięcia. Dałbym jej prawie sześćdziesiątkę. Podała mi magazyn z Jennifer Aniston na okładce. „Chcę tak wyglądać”, mówi.

Holly roześmiała się, widząc całą scenę oczyma wyobraźni. Leo jednocześnie wykrzywiał twarz na różne sposoby i energicznie pracował dłońmi.

– Jezu – odpowiedziałem jej – jestem fryzjerem, a nie chirurgiem plastycznym. Jedynym wyjściem, jeśli chce pani tak wyglądać, to wyciąć to zdjęcie i przykleić je sobie na twarz.

– Nie! Leo, nie powiedziałeś jej tego?

– Oczywiście, że powiedziałem! Tego właśnie było jej trzeba, pomogłem jej tym samym, no nie? Weszła tutaj, jak gdyby nigdy nic, ubrana niczym nastolatka. Gdybyś widziała, jak ona wyglądała!

– Ale co ona ci powiedziała? – Holly otarła łzy. Już od miesięcy tak się nie śmiała.

– Przejrzałem ten jej magazyn i natrafiłem na urocze zdjęcie Joan Collins. Powiedziałem jej, że to właśnie coś dla niej. Wydawała się zadowolona.

– Bo pewnie była zbyt przerażona, żeby ci powiedzieć coś innego.

– Może. No i co z tego? Mam dość przyjaciół.

– I to mnie właśnie dziwi – zaśmiała się.

– Nie ruszaj się – polecił jej. Nagle zrobił się strasznie poważny, a usta zacisnął z wyraźną koncentracją, kiedy rozdzielał gotowe do koloryzacji włosy Holly. To wystarczyło, by ponownie zaczęła się skręcać ze śmiechu. – Ach, daj spokój, Holly – rzucił z irytacją.

– Nic na to nie poradzę, Leo. To ty zacząłeś, a teraz nie mogę przestać…

Przerwał na chwilę to, co robił i przyjrzał jej się z rozbawieniem.

– Zawsze uważałem, że jak nic nadajesz się do domu wariatów. Nikt mnie nigdy nie słucha.

Roześmiała się jeszcze głośniej.

– Och, przepraszam cię, Leo. Nie wiem, co się ze mną stało. Po prostu nie mogę przestać. – Holly bolał brzuch od głośnego śmiechu i była świadoma tego, że przyciąga zaciekawione spojrzenia obecnych w salonie osób, ale nie mogła się powstrzymać. Było tak, jakby cała wesołość, której nie było w jej życiu przez ostatnie kilka miesięcy, teraz wreszcie doszła do głosu.

Leo oparł się ponownie o blat i zmierzył ją spojrzeniem.

– Nie musisz przepraszać, Holly. Śmiej się, ile tylko masz ochotę. Mówią, że to dobre dla duszy.

– Och, nie śmiałam się tak już chyba od wieków – zachichotała.

– No cóż, nie miałaś zbyt wielu powodów do radości – zauważył ze smutkiem. Leo także kochał Gerry’ego. Stroili z siebie nawzajem żarty za każdym razem, kiedy się spotkali, ale obaj wiedzieli, że to tylko zabawa. Leo oderwał się od swych myśli, żartobliwie potargał włosy Holly i pocałował ją w czubek głowy. – Ale wszystko będzie dobrze, Holly Kennedy.

– Dzięki, Leo – odparła, uspokajając się.

Jego troska ją wzruszyła. Mężczyzna wrócił do pracy nad jej włosami, robiąc śmieszną, pełną koncentracji minę, co ponownie rozweseliło Holly.

– Och, śmiej się teraz, Holly, ale poczekaj, aż zupełnie przez przypadek pomaluję ci włosy w prążki. Wtedy zobaczymy, kto się będzie śmiał.

– Co słychać u Joe? – zapytała, pragnąc zmienić temat.

– Rzucił mnie – odparł Leo, przyciskając wściekle stopą pedał przy fotelu, przez co Holly gwałtownie podskoczyła razem z fotelem.

– O-och, Le-eo, ta-ak mi przy-ykroo. By-yyliścieee na-aprawdę świe-etną pa-aarą.

– Taa, no cóż, okazuje się, panienko, że nie taką znów świetną. Słyszałem, że spotyka się z kimś innym. No dobra. Zamierzam nałożyć dwa odcienie blondu: złoty i blond, który miałaś wcześniej. Inaczej zrobi się z tego odcień wyzywający, który rezerwuję wyłącznie dla moich klientek uprawiających najstarszy zawód świata.

– Naprawdę mi przykro. Jeśli ma choć trochę rozumu, uświadomi sobie, co stracił.

– W takim razie nie ma ani odrobiny rozumu. Rozstaliśmy się dwa miesiące temu i do tej pory sobie tego nie uświadomił. A może już to wie i jest uszczęśliwiony. W każdym razie mam po dziurki w nosie facetów. Zamierzam nawrócić się na hetero.

– To najgłupsze, co kiedykolwiek dane mi było słyszeć…

Holly opuściła salon zachwycona nową fryzurą. Kilku mężczyzn obejrzało się za nią. Od dawna nic takiego się jej nie przytrafiło i wprawiło ją to w zakłopotanie, pobiegła więc skryć się w bezpiecznym wnętrzu swego auta i ruszyła w kierunku domu rodziców. Jak na razie, dzisiaj wszystko szło dobrze. Wizyta w zakładzie Leo była dobrym posunięciem. Nawet mając złamane serce, bardzo się starał, by ją rozśmieszyć. Nie mogła tego nie zauważyć.

Zatrzymała się przy krawężniku przed domem rodziców w dzielnicy Portmarnock i wzięła głęboki oddech. Ku zdziwieniu matki, Holly zadzwoniła do niej z samego rana, by się umówić na później. Było wpół do czwartej i Holly wysiadła z samochodu z wyraźną tremą. Nie licząc wizyt składanych jej przez rodziców, przez ostatni miesiąc prawie w ogóle nie spotykała się z rodziną. Nie chciała skupiać na sobie uwagi i wysłuchiwać tych wszystkich natrętnych pytań, jak się czuje i co ma zamiar zrobić, którymi zasypywano by ją przez cały dzień. Nadszedł jednak czas, by odrzucić strach. To była przecież jej rodzina.

Dom rodziców od plaży Portmarnock dzieliła jedynie ulica. Na plaży powiewała niebieska flaga – świadectwo czystości plaży. Holly zaparkowała samochód i popatrzyła przez ulicę na morze. Mieszkała tutaj od swych narodzin do dnia, w którym wyprowadziła się, by zamieszkać z Gerrym. Uwielbiała po przebudzeniu słuchać odgłosu fal, rozbijających się o skały, i pełnych podekscytowania nawoływań mew. Wspaniale było mieć plażę jako ogród przed domem, zwłaszcza latem. Sharon mieszkała tuż za rogiem i podczas upalnych dni dziewczęta przechodziły przez ulicę w swych najlepszych letnich ciuchach i urządzały polowanie na najprzystojniejszych chłopców. Holly i Sharon stanowiły zupełne przeciwieństwa: Sharon była szatynką, o bladej cerze z dużymi piersiami, Holly natomiast miała jasne włosy, ziemistą cerę i prawie płaską klatkę piersiową. Sharon była głośna, wołała do chłopców. Holly pozostawała milcząca i flirtowała poprzez spojrzenia, skupiając je na swym ulubionym chłopcu tak długo, dopóki ten nie zauważył jej zainteresowania. Od tamtej pory Holly i Sharon w gruncie rzeczy niewiele się zmieniły.

Nie zamierzała zostać w domu długo, chciała jedynie uciąć sobie krótką pogawędkę z mamą i odebrać kopertę. Postanowiła skończyć z zadręczaniem się myślami o tym, co może się znajdować w środku. Wzięła głęboki oddech, nacisnęła dzwonek i przywołała na twarz uśmiech.

– Witaj, skarbie! Wchodź, wchodź! – przywitała ją mama. Na jej twarzy malowała się radość i miłość. Na twarzy, którą Holly pragnęła całować za każdym razem, kiedy ją widziała.

– Cześć, mamo. Co u ciebie? – Holly weszła do domu i natychmiast otoczył ją znajomy zapach. – Jesteś sama?

– Tak, ojciec wyszedł razem z Declanem, by kupić farbę do jego pokoju.

– Nie mów mi tylko, że ty i tata wciąż wszystko za niego opłacacie?

– No cóż, ojciec może byłby skłonny to robić, ale nie ja. Declan pracuje teraz wieczorami, więc ma przynajmniej jakieś pieniądze. Mimo że nie widzimy, by wydał choć pensa na cokolwiek do domu – zaśmiała się i zaprowadziła Holly do kuchni, gdzie nastawiła czajnik.

Declan był najmłodszym bratem Holly i beniaminkiem całej rodziny, więc mama i tata wciąż byli przekonani, że muszą go psuć. Ale ich „dzidziuś” miał już dwadzieścia dwa lata, studiował w college’u produkcję filmową i ani na chwilę nie rozstawał się z kamerą.

– Co teraz robi?

Mama zwróciła oczy ku niebu.

– Przyłączył się do jakiegoś zespołu. Orgazmiczne Ryby, tak chyba się nazywają, albo coś podobnego. Już mi się niedobrze robi od słuchania o tym, Holly. Jeśli jeszcze raz zacznie klepać, kto był na występach, kto obiecywał ich zaangażować i jak bardzo będą sławni, chyba oszaleję.

– Ach, biedny Deco. Nie martw się, coś wreszcie znajdzie.

– Wiem i zabawne jest to, że ze wszystkich moich dzieci o niego martwię się najmniej. Odnajdzie swoją drogę.

Wzięły kubki, przeszły do salonu i usadowiły przed telewizorem.

– Wyglądasz wspaniale, kochanie. Ta fryzura jest zachwycająca. Sądzisz, że Leo zająłby się kiedyś moimi włosami, czy jestem już dla niego za stara?

– No cóż, jeśli tylko nie zażyczysz sobie fryzury Jennifer Aniston, nie powinnaś mieć problemów. – Opowiedziała historię kobiety z salonu i obie pokładały się ze śmiechu.

– Nie podoba mi się fryzura Joan Collins, więc jednak będę się od niego trzymać z daleka.

– To dość rozsądny pomysł.

– Jakieś dobre nowiny o pracy? – Ton głosu matki był swobodny, ale Holly wiedziała, że wprost umiera z ciekawości, by się czegoś dowiedzieć.

– Nie, jeszcze nie, mamo. Prawdę mówiąc, jeszcze się nawet nie zaczęłam rozglądać. Nie bardzo wiem, co w ogóle chcę robić.

– Masz rację. – Matka skinęła głową. – Nie spiesz się, przemyśl, co lubisz, inaczej skończy się tak, jak ostatnim razem – wylądujesz w pracy, której nie będziesz lubiła.

Holly zerknęła na nią zdziwiona. No cóż, ostatnio wszyscy ją zaskakiwali. Może to jednak ona miała problem, a nie reszta świata.

W swojej ostatniej pracy Holly była sekretarką bezwzględnej małej gnidy w kancelarii prawniczej. Musiała porzucić pracę, kiedy ta kreatura nie zrozumiała, że Holly potrzebuje wolnych dni, by być razem z umierającym mężem. Teraz powinna zacząć się rozglądać za czymś nowym. To znaczy, za nową pracą. Ale w tej chwili nie mogła sobie wyobrazić, że codziennie rano wychodzi do pracy.

Holly spędziła z matką kilka godzin w miłej atmosferze, trochę rozmawiały, trochę przyjaźnie milczały, aż wreszcie Holly zebrała się na odwagę, by zapytać o kopertę.

– Och, oczywiście, skarbie, zupełnie o niej zapomniałam. Mam nadzieję, że to nic ważnego. Dość długo już tu leży.

– Wkrótce się tego dowiem.

Pożegnały się i Holly z pośpiechem opuściła rodzinny dom.

Usiadła na trawie rosnącej za pasem złotego piasku i zważyła kopertę w dłoniach. Mama niezbyt dobrze ją opisała, bo nie była to wcale koperta, ale gruby brązowy pakiet. Adres wydrukowano na zwykłym papierze samoprzylepnym, więc nie potrafiła nawet odgadnąć jego pochodzenia. Ale najważniejsze było to, że nad adresem znajdowało się jedno słowo, napisane drukowanymi literami i pogrubione: „LISTA”.

Jej żołądek fiknął koziołka. Jeśli przesyłka nie była od Gerry’ego, będzie musiała wreszcie przyjąć do wiadomości fakt, że on zupełnie zniknął z jej życia i zacząć myśleć o życiu bez niego. Ale jeśli ten pakiet był od Gerry’ego, to choć czekała ją taka sama przyszłość, będzie mogła przynajmniej trzymać się kurczowo świeżego wspomnienia. Wspomnienia, które musi jej wystarczyć do końca życia.

Drżącymi palcami delikatnie rozerwała paczkę. Odwróciła ją do góry nogami i wytrząsnęła zawartość. Wypadło z niej dziesięć pojedynczych małych kopert, jakie przyczepia się do bukietów, a na każdej z nich napisany był inny miesiąc. Jej serce przestało na chwilę bić, gdy ujrzała znajomy charakter pisma na luźnej kartce papieru, która znajdowała się pod kopertami.

Przesyłka była od Gerry’ego.


5

Holly wstrzymała oddech i ze łzami w oczach i walącym sercem zaczęła czytać, przez cały czas świadoma tego, że osoba, która usiadła, by do niej napisać, już nigdy nie będzie w stanie uczynić tego ponownie. Przebiegła palcami po piśmie Gerry’ego, bo to on był ostatnią osobą, która dotykała tej kartki.

Moja kochana Holly!

Nie wiem, gdzie jesteś ani kiedy to czytasz. Mam tylko nadzieję, że mój list zastał Cię bezpieczną i zdrową. Wyszeptałaś mi do ucha dawno temu, że sama nie dasz rady żyć. Dasz radę, Holly.

Jesteś silna i odważna i poradzisz sobie. Dzieliliśmy ze sobą wiele pięknych chwil, a Ty uczyniłaś moje życie… uczyniłaś je prawdziwym życiem. Niczego nie żałuję.

Ale jestem jedynie rozdziałem w Twoim życiu – będzie ich znacznie więcej. Zachowaj w pamięci nasze cudowne wspomnienia, ale proszę, nie bój się tworzyć nowych.

Dziękuję Ci, że uczyniłaś mi ten zaszczyt, iż byłaś moją żoną. Jestem Ci dozgonnie wdzięczny za wszystko.

Kiedy tylko będziesz mnie potrzebować, wiedz, że jestem przy Tobie.

Zawsze będę Cię kochał,

Twój mąż i najlepszy przyjaciel

Gerry

PS Obiecałem zostawić listę, więc oto ona. Dołączone koperty musisz otwierać dokładnie wtedy, kiedy napisałem i polecenia muszą być wypełnione. Pamiętaj, obserwuję Cię, więc się wszystkiego dowiem…

Holly rozkleiła się, ogarnięta przemożnym smutkiem. Jednocześnie jednak odczuła ulgę; ulgę, że Gerry w pewien sposób nadal z nią będzie, choćby tylko przez jakiś czas. Przerzuciła małe koperty, przyglądając się wypisanym na nich miesiącom. Teraz był kwiecień. Przegapiła marzec, więc delikatnie wzięła do ręki kopertę przeznaczoną na ten właśnie miesiąc. Otworzyła ją powoli, pragnąc delektować się każdą chwilą. Wewnątrz znajdowała się niewielka karteczka z pismem Gerry’ego. Napisane było na niej:

Oszczędź sobie siniaków i kup lampkę nocną!

PS Kocham Cię…

Jej łzy przemieniły się w śmiech, gdy uświadomiła sobie, że Gerry wrócił!

Raz po raz czytała list, próbując w ten sposób przywołać męża do życia. Wreszcie, kiedy poprzez płynące z oczu łzy nie rozróżniała już poszczególnych słów, popatrzyła na morze. Morze od zawsze działało na nią uspokajająco i nawet jako dziecko przebiegała przez ulicę na plażę, gdy była zdenerwowana i musiała nad czymś pomyśleć. Rodzice wiedzieli, że jeśli nie ma jej w domu, z całą pewnością znajdą ją na plaży.

Zamknęła oczy i oddychała głęboko, a towarzyszyły temu delikatne westchnienia morskich fal. Wydawało się, że morze także głęboko oddycha, wypychając wodę na brzeg podczas wydechu i zabierając ją z powrotem z piasku, kiedy robiło wdech. Holly dopasowała swój oddech do tego rytmu i poczuła, że bicie jej serca się uspokaja, ona zresztą także. Wspominała, jak kiedyś często leżała przy boku Gerry’ego podczas ostatnich dni jego życia i słuchała jego oddechu. Przeraźliwie bała się go zostawiać, nawet na chwilę, by otworzyć drzwi, przygotować mu coś do jedzenia lub iść do toalety, na wypadek, gdyby wybrał sobie tę właśnie porę na odejście. Kiedy wracała do jego łóżka, zamierała w pełnej przerażenia ciszy, nasłuchując jednocześnie jego oddechu i przyglądając się klatce piersiowej, by dostrzec jakiś ruch.

Ale jemu zawsze udawało się przetrwać. Zaskoczył lekarzy swoją siłą i determinacją, by żyć; Gerry nie był przygotowany na to, żeby odejść bez walki. Aż do samego końca zachował dobry humor. Był tak bardzo słaby, a głos miał taki cichy, ale Holly nauczyła się rozumieć jego nowy język, tak jak matka rozumie gaworzenie swego dziecka, które dopiero uczy się mówić. W niektóre wieczory chichotali aż do późna, a w inne przytulali się do siebie i płakali. Holly dla niego starała się być silna. Przez cały ten czas jej nową pracą było siedzenie przy mężu, kiedy tylko jej potrzebował. Spoglądając wstecz, wiedziała, że tak naprawdę potrzebowała go bardziej niż on jej. Musiała czuć, że jest potrzebna, że nie stoi jedynie z założonymi rękami i przygląda mu się z absolutną bezradnością.

Drugiego lutego o czwartej nad ranem Holly mocno trzymała dłoń Gerry’ego i uśmiechała się do niego pokrzepiająco, gdy on wziął swój ostatni oddech i zamknął oczy. Nie chciała, by się bał i nie chciała, by czuł, że ona się boi, ponieważ w tamtej chwili rzeczywiście się nie bała. Czuła ulgę – ulgę, że Gerry nie czuje już bólu, i ulgę, że była świadkiem jego spokojnego odejścia. Czuła ulgę, że go znała, że go kochała i była kochana przez niego, i ulgę, że ostatnie, co widział, to jej uśmiechnięta twarz, dodająca mu otuchy i zapewniająca, że może odejść w spokoju.

Kilka następnych dni stanowiło teraz dla niej zamazaną plamę. Zajęta była załatwianiem formalności związanych z pogrzebem, spotykała się z krewnymi Gerry’ego, z dawnymi przyjaciółmi ze szkoły, których nie widziała od wielu lat. Przez cały ten czas pozostawała silna i spokojna. Była jedynie wdzięczna, że po tych wszystkich miesiącach cierpienie Gerry’ego wreszcie się skończyło. Nie przyszło jej do głowy, by czuć gniew bądź gorycz, jakie odczuwała teraz, a których powodem było to, że jego życie zostało jej zabrane. To uczucie pojawiło się dopiero wtedy, gdy poszła, by odebrać akt zgonu męża.

A wtedy pojawiło się z ogromną siłą.

Kiedy siedziała w zatłoczonej poczekalni miejscowego ośrodka zdrowia, czekając na wywołanie swego numerka, zastanawiała się, dlaczego, u licha, życiowy numerek Gerry’ego został wywołany tak wcześnie. Wciśnięta pomiędzy młodą i starszą parę miała obraz tego, jacy kiedyś byli ona i Gerry, i przebłysk przyszłości, jaka mogła ich czekać. I to wszystko wydało jej się strasznie niesprawiedliwe. Pomieszczenie wypełniały krzyki dzieci, a ona siedziała ściśnięta pomiędzy przeszłością i utraconą przyszłością, i czuła, że się dusi. Nie powinna tam być.

Nikt z jej przyjaciół nie musiał tam być.

Nikt z jej rodziny nie musiał tam być.

Prawdę powiedziawszy, większość populacji na świecie nie musiała znajdować się w położeniu, w jakim ona wtedy była.

To wydawało się niesprawiedliwe.

To było niesprawiedliwe.

Po złożeniu aktu zgonu męża urzędnikom w banku i w towarzystwach ubezpieczeniowych, jakby wyraz jej twarzy nie stanowił wystarczającego dowodu, wróciła do domu, do swego gniazda, i odcięła się od reszty świata, który zawierał w sobie setki wspomnień życia, jakie kiedyś wiodła. Życia, z którego była bardzo zadowolona. Dlaczego więc dano jej inne i to w dodatku znacznie gorsze?

Od tamtych zdarzeń minęły już dwa miesiące i aż do dzisiaj nie wyszła za próg domu. I oto jakie powitanie otrzymała, pomyślała, uśmiechając się i spoglądając na koperty.

Jej Gerry powrócił.

Podekscytowana, drżącymi palcami wystukiwała numer Sharon. Po kilku pomyłkach wreszcie się uspokoiła i skupiła na tym, co robi.

– Sharon! – zapiszczała, gdy tylko ktoś podniósł słuchawkę. – Nigdy nie zgadniesz, co się stało. O mój Boże, nie mogę w to uwierzyć!

– Eee, nie… tu John, ale zaraz ci ją dam – odrzekł John z niepokojem i pobiegł, by zawołać żonę.

– Co się stało, co się stało? – wydyszała Sharon. – Co się stało? Wszystko w porządku?

– Tak, w jak najlepszym! – Holly zaczęła histerycznie chichotać, bo nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać i nagle zapomniała, jak zbudować najprostsze zdanie.

John patrzył, jak Sharon wyraźnie skonsternowana siada przy stole w kuchni i próbuje z całych sił odnaleźć sens w bełkotaniu Holly. Pani Kennedy dała Holly brązową kopertę z nocną lampką w środku?… Wszystko to było niezwykle niepokojące.

– STOP! – zawołała wreszcie Sharon ku zdziwieniu Holly i Johna. – Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówisz, więc proszę – zaczęła mówić bardzo powoli – uspokój się, weź głęboki oddech i zacznij od samego początku, najlepiej używając słów z języka angielskiego.

Nagle usłyszała po drugiej stronie linii cichy szloch.

– Och, Sharon. – Głos Holly był cichy i pełen bólu. – On mi zostawił listę. Gerry sporządził dla mnie listę.

Sharon zamarła na krześle, usiłując zrozumieć to, co właśnie usłyszała.

John przyglądał się, jak oczy jego żony rozszerzają się, więc szybko usiadł obok, nachylając głowę w stronę słuchawki, żeby słyszeć, o co chodzi.

– Okej, Holly, chcę, abyś przyjechała tutaj tak szybko, jak tylko możesz. – Sharon przerwała i pacnęła Johna w głowę, jakby był natrętną muchą, która przeszkadza jej skoncentrować się na rozmowie. – To… wspaniała wiadomość?

Urażony John wstał od stołu i zaczął przemierzać kuchnię, próbując odgadnąć, co to za wiadomość.

– Och, to prawda, Sharon – zaszlochała Holly. – Naprawdę.

– No dobra, przyjeżdżaj do nas, porozmawiamy o tym.

– Zaraz będę.

Sharon odłożyła słuchawkę i siedziała w milczeniu.

– Co? Co się stało? – niecierpliwił się John.

– Och, przepraszam, skarbie. Holly do nas jedzie. Ona… ona powiedziała, że…

– CO, na miłość boską?

– Powiedziała, że Gerry sporządził dla niej listę.

John uważnie przyglądał się jej twarzy, próbując odgadnąć, czy mówi poważnie. Sharon odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym niepokoju. Dosiadł się do niej i oboje trwali w milczeniu, wpatrzeni w ścianę i pogrążeni w myślach.


6

– Coś takiego!… – tyle tylko Sharon i John zdołali powiedzieć, kiedy we trójkę usiedli wokół kuchennego stołu w milczeniu, przyglądając się zawartości paczki, którą Holly wytrząsnęła na stół jako dowód. W ciągu ostatnich kilku minut rozmowa między nimi była ograniczona do minimum, jako że wszyscy próbowali odgadnąć swoje uczucia. Wyglądało to mniej więcej tak:

– Ale jak on dał radę…?

– Ale jak to możliwe, że nie zauważyliśmy, jak… no cóż…? Boże.

– Jak myślicie, kiedy on…? No tak, pewnie czasami bywał sam…

Holly i Sharon tylko patrzyły na siebie, gdy tymczasem John, jąkając się, rozważał kiedy, gdzie i jak jego śmiertelnie choremu przyjacielowi udało się w pojedynkę zrealizować ten pomysł, aby nikt się niczego nie domyślił.

– Coś takiego – powtórzył, kiedy dotarło do niego, że Gerry rzeczywiście to uczynił. – Zrobił to zupełnie sam.

– Wiem – zgodziła się z nim Holly. – Więc wy dwoje nie mieliście o tym pojęcia?

– No cóż, nie wiem, jak dla ciebie, Holly, ale dla mnie jest jasne, że mózgiem tego wszystkiego był John – rzuciła sarkastycznie Sharon.

– Cha, cha – odezwał się sucho jej mąż. – W każdym razie dotrzymał słowa, no nie? – Spojrzał na dziewczęta z uśmiechem na twarzy.

– Oczywiście że tak – rzekła cicho Holly.

– Wszystko w porządku, Holly? To znaczy jak się z tym wszystkim czujesz? To musi być… dziwaczne – mruknęła Sharon, wyraźnie zatroskana.

– Czuję się dobrze. – Holly była zamyślona. – Prawdę mówiąc, sądzę, że to najlepsze, co mogło mi się teraz zdarzyć! To jednak zabawne, jak bardzo wszyscy jesteśmy zdumieni, choć przecież tak często rozprawialiśmy o tej liście. Wobec tego, powinnam się była jej spodziewać.

– Tak, ale nigdy nie przypuszczaliśmy, że ktoś z nas rzeczywiście ją zrobi – oświadczył John.

– Ale dlaczego nie? – zapytała Holly. – Przecież to miał być główny powód jej sporządzenia! Aby po swoim odejściu pomóc tym, których się kocha.

– Sądzę, że jedynie Gerry brał to na poważnie.

– Sharon, Gerry jest jedynym, który odszedł. Kto wie, jak postąpiliby inni na jego miejscu?

Przez chwilę panowała cisza.

– No cóż, przyjrzyjmy się w takim razie dokładniej temu wszystkiemu – ożywił się John, któremu nagle poprawił się humor. – Ile jest kopert?

– Razem dziesięć – policzyła Sharon, zarażając się od niego entuzjazmem.

– Okej, jakie są tam miesiące? – zapytał John.

Holly poukładała koperty.

– Jest marzec, to ta lampa, bo już ją otworzyłam, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień.

– Czyli jest wiadomość na każdy miesiąc, który pozostał do końca roku – rzekła powoli Sharon.

Siedzieli w milczeniu, myśląc o tym samym: Gerry wiedział, że nie będzie żył dłużej niż do lutego.

Holly spojrzała radośnie na swoich przyjaciół. Cokolwiek przygotował dla niej Gerry, już doprowadził do tego, że poczuła się ponownie prawie normalnie, śmiała się z Johnem i Sharon, gdy wspólnie zgadywali, co zawierają koperty. Wydawało się, jakby on nadal był razem z nimi.

– Poczekajcie! – zawołał bardzo poważnie John.

– Co takiego?

Jego niebieskie oczy zalśniły.

– Mamy teraz kwiecień, a ty nie otworzyłaś jeszcze koperty na ten miesiąc.

– Och, no jasne! Mam to zrobić teraz?

– I to już – popędziła ją Sharon.

Holly wzięła do ręki kopertę i otworzyła ją powoli. Zostało jeszcze tylko osiem kopert i pragnęła cieszyć się każdą sekundą, zanim kolejna stanie się wspomnieniem. Wyjęła z koperty niewielką kartkę.

Disco diva musi zawsze wyglądać wspaniale. Wybierz się na zakupy i kup strój, którego będziesz potrzebowała w przyszłym miesiącu!

PS Kocham Cię…

– Ooooch! – John i Sharon zapiszczeli z podekscytowaniem. – On się zaczyna robić tajemniczy!


7

Holly leżała na łóżku, włączając i wyłączając lampkę i wariacko się uśmiechając. Ona i Sharon udały się na zakupy do Bed Knobs i Broomsticks w Malahide i wspólnie zdecydowały się na pięknie rzeźbioną drewnianą lampkę i kremowy abażur, który pasował do kremowych i drewnianych mebli w głównej sypialni (oczywiście wybrały tę, która była absurdalnie najdroższa, bo czymś niewłaściwym byłoby łamanie tradycji). I choć Gerry’ego nie było fizycznie przy niej, gdy ją kupowała, czuła, jakby dokonali tego zakupu wspólnie.

Wcześniej zasunęła zasłony w sypialni, by przetestować nowy nabytek. Nocna lampka sprawiała, że pokój wydawał się cieplejszy. Jak łatwo taka lampka mogła zakończyć ich cowieczorne kłótnie, ale chyba żadne z nich tak naprawdę tego nie chciało. Polubili tę rutynę. Dzięki niej czuli się sobie bliżsi. Holly oddałaby wszystko za jedną z tych małych kłótni. I ochoczo wyszłaby z ciepłego łóżka dla niego, ochoczo stąpałaby dla niego po zimnej podłodze, ochoczo nabiłaby sobie siniaka, wracając w ciemności do łóżka. Ale te czasy bezpowrotnie minęły.

Do rzeczywistości przywołała ją melodia piosenki Glorii Gaynor I Will Survive, rozlegająca się z telefonu komórkowego.

– Halo?

– Witaj, słonko, jestem w dooooooomu! – zapiszczał znajomy głos.

– O mój Boże, Ciara! Nie wiedziałam, że przyjeżdżasz do domu!

– No cóż, prawdę mówiąc, ja też nie, ale skończyła mi się kasa i postanowiłam was wszystkich zaskoczyć!

– Założę się, że mama i tata nieźle się zdziwili.

– No cóż, tata upuścił z przerażenia ręcznik, kiedy wyszedł spod prysznica.

Holly zakryła twarz dłońmi.

– Och, Ciaro, powiedz, że to nieprawda!

– Nie było żadnych uścisków z tatusiem, kiedy go zobaczyłam! – zaśmiała się siostra.

– Och, fuj, fuj, fuj. Zmieńmy temat, mam koszmarne wizje.

– Okej, no cóż, zadzwoniłam, żeby ci powiedzieć, że jestem w domu, oczywiście, i że mama wydaje wieczorem obiad, by to uczcić.

– Uczcić co?

– To, że żyję.

– Och, no dobra. Tak myślałam, że wydasz oświadczenie, czy coś w tym rodzaju.

– Że żyję.

– No… dobra. Kto tam będzie?

– Cała rodzina.

– Czy wspominałam o tym, że idę do dentysty, by wyrwać sobie wszystkie zęby? Przepraszam, ale nie dam rady.

– Wiem, wiem, ja powiedziałam mamie to samo, ale już całe wieki nie spotykaliśmy się wszyscy razem. No, powiedz szczerze, kiedy ostatni raz widziałaś się z Richardem i Meredith?

– Och, stary, dobry Dick. Podczas pogrzebu był w doskonałej formie. Miał mi do powiedzenia wiele mądrych i pocieszających rzeczy, jak na przykład: „Nie zastanawiałaś się nad tym, by przekazać jego mózg na potrzeby medycyny?”. Tak, on jest naprawdę fantastycznym bratem.

– O rany, Holly, przepraszam, zapomniałam o pogrzebie. – Głos siostry się zmienił. – Przepraszam, że nie mogłam na nim być.

– Ciaro, nie bądź niemądra. Obie uznałyśmy, że najlepiej, jak tam zostaniesz – odparła dziarsko Holly. – Zdecydowanie za drogo jest tak sobie latać do Australii tam i z powrotem, więc nie mówmy już o tym, dobrze?

– Dobrze.

Holly szybko zmieniła temat.

– Kiedy więc mówisz cała rodzina, masz na myśli…?

– Tak, Richard i Meredith przyprowadzą ze sobą naszą cudowną małą bratanicę i bratanka. Na pewno ucieszy cię wiadomość, że przyjdzie też Jack z Abbey. Declan będzie obecny ciałem, ale najprawdopodobniej nie duchem, mama, tata, ja i oczywiście ty też tam BĘDZIESZ.

Holly jęknęła. Chociaż trochę narzekała na rodzinę, to miała wspaniały kontakt ze swym bratem Jackiem. Był od niej tylko dwa lata starszy, więc trzymali się razem, kiedy dorastali, a on zawsze był wobec niej bardzo opiekuńczy. Matka nazywała ich swoimi „dwoma małymi elfami”, ponieważ zawsze razem robili psoty, których celem zazwyczaj był ich najstarszy brat Richard. Jack był podobny do Holly zarówno z wyglądu, jak i z charakteru i uważała go za najbardziej normalnego z całego rodzeństwa. Nie bez znaczenia było też to, że bardzo lubiła się z jego partnerką od siedmiu lat, Abbey, i kiedy Gerry żył, ich czwórka często umawiała się na wspólne kolacje i spotkania przy drinkach. Kiedy Gerry żył… Boże, to nie tak powinno brzmieć.

Ciara to zupełnie inna para kaloszy. Jack i Holly byli przekonani, że pochodzi ona z planety Ciara o populacji jedna osoba. Ciara z wyglądu była podobna do ojca – długie nogi i ciemne włosy. Jej ciało zdobiło także kilka tatuaży i kolczyki, które były pamiątkami z podróży po całym świecie. Co kraj, to tatuaż, żartował sobie zawsze tata. Co mężczyzna, to tatuaż, byli przekonani Holly i Jack.

Oczywiście na te wszystkie szopki krzywo patrzył najstarszy z rodzeństwa, Richard (albo też Dick, jak go nazywali Jack i Holly). Richard przyszedł na świat z poważnym schorzeniem, które polegało na byciu wiecznym staruszkiem. Jego życie obracało się wokół zasad, przepisów i posłuszeństwa. Kiedy był chłopcem, miał jednego przyjaciela, z którym pobił się o coś, kiedy mieli po dziesięć lat, i od tamtej pory Holly nie pamiętała, by przyprowadził kogokolwiek do domu, by miał jakieś dziewczyny czy kiedykolwiek udzielał się towarzysko. Ona i Jack uważali za cud to, że w ogóle udało mu się poznać swoją równie ponurą żonę, Meredith – najpewniej na zjeździe przeciwników szczęścia.

To wcale nie znaczy, że Holly miała najgorszą rodzinę na świecie, chodziło jedynie o to, że stanowili taką dziwną zbieraninę ludzi. Poważne niezgodności charakterów zazwyczaj prowadziły do kłótni w najmniej stosownych momentach lub do, jak woleli nazywać je rodzice Holly, „zażartych dyskusji”. Potrafili się ze sobą dogadać, ale tylko wtedy, gdy wszyscy naprawdę się starali.

Holly i Jack często umawiali się na lunch albo na drinka, aby być na bieżąco w kwestiach dotyczących ich życia. Lubiła przebywać w jego towarzystwie i uważała go nie tylko za brata, ale także za prawdziwego przyjaciela. Ostatnio nieczęsto się widywali. Jack dobrze rozumiał Holly i wiedział, że potrzebuje trochę samotności.

Jedyny kontakt ze swym młodszym bratem Declanem miała Holly wtedy, gdy dzwoniła do domu rodziców, a on podnosił słuchawkę. Declan nie grzeszył wylewnością. Był przerośniętym „chłopcem”, który nie czuł się jeszcze zbyt dobrze w towarzystwie dorosłych, więc Holly tak naprawdę niewiele o nim wiedziała. Była jednak świadoma jego bezgranicznego oddania zespołowi, Orgazmicznym Rybom (których występu jeszcze nie miała okazji oglądać), a kiedy w jego rękach nie było gitary, wtedy jej miejsce zajmowała kamera wideo. Fajny facet, po prostu chodził z głową nieco zbyt wysoko w chmurach.

Ciary, jej dwudziestoczteroletniej siostrzyczki, nie było w domu przez cały rok i Holly zdążyła się już za nią porządnie stęsknić. Nigdy nie były siostrami, które wymieniają się ciuchami i chichoczą wspólnie na temat chłopców – ich gusta zbyt się od siebie różniły – ale i tak łączyła je silna więź. Ciara jednak najmocniej czuła się związana z Declanem; oboje byli niepoprawnymi marzycielami, a ponieważ Jack i Holly nie rozstawali się jako dzieci i przyjaźnili się, gdy dorośli, siłą rzeczy Richard pozostawał na uboczu. Holly podejrzewała jednak, że taka sytuacja mogła mu odpowiadać. Unikał bliższych kontaktów z ludźmi, których nie do końca potrafił zrozumieć. Holly cierpła skóra na myśl o jego wykładach na nudne tematy, nietaktownych pytaniach dotyczących jej życia i uwagach wygłaszanych przy stole. Ale to był powitalny obiad Ciary, będzie tam Jack; Holly mogła na niego liczyć.

Ale czy czekała z niecierpliwością na dzisiejszy wieczór? Z całą pewnością nie.

Holly niechętnie zapukała do drzwi i natychmiast usłyszała tupot pędzących do drzwi małych nóżek, za którym podążał głos tak donośny, że nie powinien należeć do dziecka.

– Mamusiu! Tatusiu! To ciocia Holly, ciocia Holly!

To był bratanek Timothy, bratanek Timothy.

Nagle czyjś surowy głos zdusił jego radość (choć było dziwne, że bratanek cieszy się z jej przybycia. Musiał się nudzić jeszcze bardziej niż zazwyczaj):

– Timothy! Co ci mówiłam na temat biegania po domu? Mogłeś się przewrócić i zrobić sobie krzywdę. Teraz idź do kąta i pomyśl o tym, co właśnie powiedziałam. Czy wyrażam się jasno?

– Tak, mamusiu.

– Och, daj spokój, Meredith, czy zrobi sobie krzywdę na dywanie albo na miękkiej sofie?

Holly zaśmiała się do siebie; Ciara była zdecydowanie w domu. Kiedy zastanawiała się nad ucieczką, drzwi otworzyły się na całą szerokość i jej oczom ukazała się Meredith. Wyglądała nawet bardziej ponuro i odpychająco niż zazwyczaj.

– Holly. – Skinęła głową na powitanie.

– Meredith. – Holly odpowiedziała jej w taki sam sposób.

Już w salonie Holly rozejrzała się za Jackiem, ale ku jej rozczarowaniu nigdzie nie było go widać. Richard stał przed kominkiem, ubrany w zadziwiająco kolorowy sweter. Może dziś wieczorem postanowił zaszaleć. Ręce trzymał w kieszeniach i kołysał się w tył i w przód, jak profesor w trakcie wykładu. Jego wykład skierowany był do ojca, Franka, który siedział, wyraźnie skrępowany, w swoim ulubionym fotelu i wyglądał niczym uczeń, któremu udziela się nagany. Richard tak bardzo pochłonięty był swoją historią, że nie dostrzegł Holly. Posłała biednemu ojcu całusa przez pokój, nie chcąc się wtrącać do ich rozmowy. Uśmiechnął się do niej i udał, że łapie w locie pocałunek.

Declan siedział na sofie, ubrany w poszarpane dżinsy i T-shirt z podobiznami bohaterów Miasteczka South Park, paląc z furią papierosa i słuchając, jak Meredith przestrzegała go przed niebezpieczeństwami, które niesie ze sobą palenie.

– Naprawdę? Nie wiedziałem o tym – rzekł tonem, w którym pobrzmiewała troska i zainteresowanie i zgasił papierosa. Meredith wyglądała na usatysfakcjonowaną, dopóki Declan nie mrugnął do Holly, wyciągnął z pudełka i natychmiast zapalił następnego papierosa. – Proszę, opowiedz mi więcej, wprost pałam ciekawością.

Meredith rzuciła mu pełne odrazy spojrzenie.

Ciara kryła się za sofą, rzucając popcorn w tył głowy Timothy’ego. Chłopiec stał twarzą do ściany w kącie pokoju, zbyt przestraszony, by się odwrócić. Abbey siedziała unieruchomiona na podłodze. Rządziła nią pięcioletnia Emily i paskudnie wyglądająca lalka. Posłała Holly błagalne spojrzenie i wyszeptała do niej bezgłośnie:

– Pomocy.

– Cześć, Ciaro. – Holly podeszła do siostry, która podskoczyła i uściskała ją mocno, znacznie mocniej niż zazwyczaj. – Ładne włosy.

– Podobają ci się?

– Taa, różowy to zdecydowanie twój kolor.

Ciara wyglądała na usatysfakcjonowaną.

– To właśnie starałam się im powiedzieć – rzekła, patrząc spod przymrużonych powiek na Richarda i Meredith. – No więc co słychać u mojej starszej siostry? – zapytała miękko, głaszcząc Holly po ramieniu.

– Och, no wiesz. – Holly uśmiechnęła się słabo. – Jakoś się trzymam.

– Jack jest w kuchni i pomaga waszej mamie przy obiedzie, jeśli go szukasz, Holly – oświadczyła Abbey, po czym rozszerzyła oczy i ponownie wypowiedziała bezgłośnie: – Pomóż mi.

Holly uniosła brwi.

– Naprawdę? No cóż, czyż nie jest wspaniałym synem?

– Och, Holly, wiesz przecież, że Jack kocha gotować. Nigdy nie ma dość – odparła sarkastycznie.

Tata Holly zaśmiał się cicho, co wyrwało Richarda z transu.

– Co jest takie zabawne, ojcze?

Frank poprawił się nerwowo w fotelu.

– Uważam po prostu za niesamowite, że wszystko to dzieje się w jednej maleńkiej probówce.

Richard wydał z siebie westchnienie, w którym słychać było dezaprobatę wobec ignorancji ojca.

– Tak, ale musisz zrozumieć, że one są tak mikroskopijne, ojcze, że to naprawdę fascynujące. Organizmy łączą się z… – mówił z zapałem, podczas gdy ojciec siedział na fotelu i starał się unikać kontaktu wzrokowego z Holly.

Holly udała się na paluszkach do kuchni. A tam przy stole siedział sobie brat. Nogi oparł na krześle i pałaszował coś z apetytem.

– Ach, oto i on, szef kuchni we własnej osobie.

Jack uśmiechnął się i wstał.

– A oto moja ulubiona siostra. – Zmarszczył nos. – Widzę, że i ciebie wrobili w ten cały obiad. – Podszedł do Holly i wyciągnął ramiona, by zamknąć ją w uścisku. – Jak się masz? – zapytał cicho.

– Dobrze, dzięki – uśmiechnęła się smutno i pocałowała go w policzek, po czym odwróciła się ku mamie. – Kochana matko, jestem tutaj, by zaoferować pomoc w tym niesłychanie stresującym i pracowitym okresie twego życia – oświadczyła, składając pocałunek na rozgrzanym policzku mamy.

– Och, czyż nie jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie, mając dzieci tak troskliwe jak wy? – zapytała sarkastycznie Elizabeth. – Coś ci powiem, Holly, możesz odlać ziemniaki.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.