Przystanąć w drodze  - Jacek Salij OP - ebook
Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przystanąć w drodze - Jacek Salij OP

[font=Tahoma]Czy religia jest sprawą prywatną? [/font][font=Tahoma]Dlaczego nudzę się w kościele? [/font][font=Tahoma]Skąd wiedzieć, że życie ma sens? [/font][font=Tahoma]Czy małżonkowie muszą mieć dzieci? [/font][font=Tahoma]Na te i wiele innych pytań szuka odpowiedzi w Przystanąć w drodze dominikanin ojciec Jacek Salij. Ten ceniony duszpasterz i autor wielu książek od lat mierzy się z trudnymi problemami, z którymi przychodzą do niego ludzie. Radzi, jak stawić czoła nałogowi hazardu, który niszczy rodzinę, a także jak przekazać bliskiej osobie prawdę o rychłej śmierci. Nie ucieka od tematu księży zrzucających sutannę czy łamiących celibat. Towarzyszy w ciężkich chwilach tym, którym rozpadło się małżeństwo. „Teksty te powstawały w wyniku moich poszukiwań mówi. – Chyba w żadnym z nich nie pisałem tego, co z góry wiedziałem. Pracując nad nimi, również sam poznawałem wyraźniej i głębiej prawdę, którą chciałem przekazać”.[/font]

Opinie o ebooku Przystanąć w drodze - Jacek Salij OP

Cytaty z ebooka Przystanąć w drodze - Jacek Salij OP

Kiedy miał kilkanaście lat, doszedł do absolutnej pewności, że Bóg istnieje, ale zarazem zorientował się, że jest to dla niego prawda równie jałowa, jak to, że teleskopami namierzono niewidzialną dla oka ostatnią planetę Układu Słonecznego.

Fragment ebooka Przystanąć w drodze - Jacek Salij OP











Słowo wstępne

Pan Bóg powiedział do nas tylko jedno Słowo – Jemu równe, które jest jedno z Nim. Dał Je nam, aby było Jednym z nas i aby dokonało naszego ocalenia na życie wieczne. Słowu temu na imię Jezus Chrystus, Syn Boży i nasz Zbawiciel.

Nigdy do końca Go nie ogarniemy, ale im więcej się w to Słowo wsłuchujemy, tym bardziej rozświetla Ono nie tylko nasze drogi, ale również nas samych.

To dlatego prawdę wiary trzeba zgłębiać nieustannie i nawet trudno nam – wierzącym w Chrystusa – sobie wyobrazić, ażeby przynajmniej raz na tydzień, w niedzielę, w dniu Jego zmartwychwstania, nie spotkać się we wspólnocie współwyznawców dla słuchania Słowa i łamania Chleba dającego życie wieczne.

Jako autor tej książki ufam, że jej początkiem jest właśnie wsłuchiwanie się w to Słowo, które stało się Człowiekiem, aby zamieszkać z nami. Było to wsłuchiwanie się nie tylko ani nawet nie przede wszystkim moje. Nauczyciel wiary nie głosi przecież swojej nauki. Owszem, jego świętym obowiązkiem jest wsłuchiwać się w Słowo Boże. Jednak głosić ma nie tylko to, co sam słyszy – ale to, co słyszy wspólnota wiary, to, co słyszy ona przez pokolenia.

Nie jest to moja pierwsza publikacja. Od wielu lat staram się głosić tylko to jedno Słowo, a zarazem mam poczucie, że wciąż mówię rzeczy nowe.

W sensie banalnym są to rzeczy nowe, bo żaden z tekstów znajdujących się w tym tomie – choć prawie wszystkie gdzieś już (przede wszystkim w miesięczniku „W drodze”) były drukowane – nie był publikowany w jakiejś poprzedniej mojej książce.

Wydaje się jednak, że są to teksty nowe także w tym sensie, że powstawały w wyniku moich poszukiwań. Chyba w żadnym z nich nie pisałem tego, co z góry wiedziałem. Pracując nad nimi, również sam poznawałem wyraźniej i głębiej prawdę, którą chciałem przekazać.

ojciec Jacek Salij



Dlaczego mam wierzyć?

Przyszli do mnie rodzice, ogromnie zaniepokojeni tym, że ich dziecko, które nie chce chodzić do kościoła, wciąż powtarza pytanie, wobec którego są bezradni: Dlaczego mam wierzyć? Oni sami są głęboko wierzącymi katolikami. Modlitwa, myślenie wiarą oraz kierowanie się w swoim życiu słowem Bożym realnie kształtuje ich życie, Pan Jezus jest dla nich kimś naprawdę bliskim i bardzo kochanym – ale co powiedzieć dziecku, kiedy im powie, że ono tego zupełnie nie czuje ani nie rozumie?

Kiedy dziecko stawia takie pytanie, trudno odpowiadać udowadnianiem, że Pan Bóg istnieje. Nie tylko dlatego, że przekonujące przeprowadzenie takiego dowodu przekracza zazwyczaj kompetencje rodziców i cierpliwość dziecka. Raczej dlatego, że zarówno rodzice, jak i dziecko intuicyjnie wiedzą, że dowód na istnienie Boga może co najwyżej umocnić w religijnych przekonaniach kogoś jednoznacznie wierzącego, jednak chyba nikogo nie przybliży do Boga kochającego, w nikim też nie rozbudzi miłości do Boga.

Osobiście spróbowałbym wówczas na pytanie odpowiedzieć pytaniem – i to takim, które początkowo może wydawać się ucieczką od poważnej rozmowy. Mianowicie na pytanie, dlaczego mam wierzyć, odpowiedziałbym: a dlaczego masz oddychać? Oddychać mogę głęboko lub płytko, nosem lub ustami, powietrzem świeżym lub zadymionym, ale oddychać muszę; przestanę oddychać dopiero wtedy, kiedy umrę.

Dość podobnie jest z wiarą. Człowiek jest tak stworzony, że w ogóle nie wierzyć jest dla niego czymś niemożliwym. Nie mówię teraz o wierze w sensie posiadania przekonań, z których praktycznie niewiele wynika. Bo w ten sposób – pozornie – można nawet w Boga wierzyć albo w różne wzniosłe idee, na przykład w postęp, w powszechne międzyludzkie braterstwo, w demokrację, itp. Jeśli ta lub inna moja wiara nie wyraża się w moich realnych postawach i działaniach, jest ona tylko wiarą pozorną, a ja sam mogę w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, w kogo lub w co wierzę naprawdę.

Jednak w coś lub w kogoś wierzę na pewno. Pismo Święte na różne sposoby poucza i przypomina, że jeżeli porzucamy wiarę w Boga prawdziwego, staniemy się wyznawcami i czcicielami takich lub innych bożków. W sensie bowiem ogólnym, wierzyć to znaczy rozpoznać kogoś lub coś jako wartość najwyższą, która jest godna bezwarunkowej czci i dla której gotowi jesteśmy rezygnować z innych wartości. Ktoś może na przykład jako w swojego bożka uwierzyć w karierę albo w seks, w pieniądze, itp.

Zazwyczaj na swoich bożków, w których najwyższe znaczenie człowiek uwierzy i których staje się niewolnikiem, wybieramy wartości skądinąd pozytywne. Pieniądze i dostatek, przyjemności i wygoda, robienie kariery, sprawowanie władzy czy dobra opinia u ludzi – same w sobie są dobre, a w pragnieniu ich osiągnięcia i posiadania nie ma nic nagannego. Nieszczęściem jest dopiero to, że człowiek w którąś z tych wartości uwierzy jako w swoją wartość najwyższą – i zacznie się w jej służbie dopuszczać czynów niegodziwych. Bałwochwalstwo zaczyna się dopiero wówczas, kiedy któraś z tych wartości staje się bożkiem, ważniejszym niż zasady sprawiedliwości, a nawet niż rodzone dzieci.

Owszem, możemy uwierzyć również w bożków bezwartościowych – w rzekomo najwyższą wartość alkoholu, narkotyków czy rozpusty. Możemy uwierzyć nawet w bożków kompletnie bezwartościowych – możemy fałszywie uwierzyć w ostateczny bezsens naszego życia i zacząć kłaniać się temu ohydnemu bożkowi, któremu na imię rozpacz. Tak czy inaczej, nie da się być człowiekiem i nie wierzyć w nic ani w nikogo. Podobnie jak nie da się żyć bez oddychania.

Toteż dość mylące jest utrwalone w naszym języku dzielenie ludzi na wierzących i niewierzących, w domyśle – wierzących lub niewierzących w Boga. Zarazem nie wszyscy, którzy uważają się i są uważani za wierzących w Boga, wierzą w Niego naprawdę, tzn. naprawdę zawierzają Mu (lub przynajmniej pragną zawierzać) całych siebie i w tej perspektywie starają się układać wszystkie swoje sprawy. Nie wszyscy również, którzy uważają się i są uważani za niewierzących, naprawdę w Niego nie wierzą. Zapewne wiele racji miał św. Augustyn, kiedy twierdził, że Pan Bóg ma wrogów wśród tych, którzy uchodzą za Jego przyjaciół, ale też ma przyjaciół wśród tych, którzy uchodzą za Jego wrogów. On jeden zna do końca serce każdego z nas.

Zauważmy, że nawet buntując się przeciwko Panu Bogu, człowiek intuicyjnie rozumie, że jedynie wiara w Niego jest wiarą autentyczną. Przecież pytanie: Dlaczego mam wierzyć? – chyba dla wszystkich bez wyjątku znaczy: Dlaczego mam wierzyć w Boga?

Na koniec jeszcze raz odwołajmy się do św. Augustyna. Zauważył on przenikliwie, że ostatecznie mamy do wyboru tylko dwa życiowe scenariusze. Możemy albo kochać Boga aż do rezygnacji z samego siebie, albo też kochać samego siebie aż do odrzucenia Boga. Każdy musi wybrać.


Czy religia jest sprawą prywatną?

W jakim sensie religia jest sprawą prywatną?

„Ci sami ludzie – relacjonuje prowadzone przez siebie badania Viktor Frankl – którzy w stworzonych przez nas optymalnych warunkach, przy zachowaniu incognito, co maksymalnie obniża ich nieśmiałość, są całkowicie gotowi omawiać swe życie seksualne aż do najbardziej intymnych, a nawet perwersyjnych szczegółów, wykazują zahamowania, gdy tylko przychodzi do ich intymnych przeżyć religijnych”.

Wynika to stąd, że religia dla wielu ludzi jest czymś najbardziej osobistym wśród spraw ściśle osobistych. A takie sprawy człowiek chroni przed cudzymi oczyma bynajmniej nie ze wstydu. Czyni tak, ilekroć nie ma pewności, że natrafi na zrozumienie, a nawet rezonans. Jedna z pacjentek wyznała Franklowi, że nie chce mówić na ten temat, gdyż boi się, że „pewnego dnia zwierzenia zostaną opublikowane jako »przypadek« i tym samym ujrzy swoje doznania religijne zdegradowane do postaci rzeczy”.

Jeszcze co najmniej w jednym znaczeniu religia jest sprawą prywatną. W tym mianowicie sensie, że nie wolno nikomu, żadnej władzy, czy to państwowej, czy kościelnej, wymuszać na człowieku postawy religijnej lub bezreligijnej. Richard H. Tawney zwraca uwagę na to, że samo hasło, iż religia jest sprawą prywatną, pojawiło się nie w okresie reformacji, która ogłosiła wolność jednostki w chwaleniu Boga w taki sposób, jaki jej najbardziej odpowiada (zresztą ta teza również zasługuje na przemyślenie i rzetelne uporządkowanie) – ale sto lat później, kiedy wolność religijna zaczęła perwersyjnie oznaczać wolność państwa w narzucaniu religii swoim obywatelom.

Przymus w tych sprawach narusza bowiem zarówno godność osoby ludzkiej, jak i godność religii. Odnosi się to także do dzieci. Wprawdzie rodzice mają niezbywalne prawo kształtowania postaw religijnych swoich dzieci, ale tylko naiwni i niemądrzy rodzice usiłują to osiągnąć za pomocą tresury. Wartości tak głębokie można przekazać tylko z serca do serca. Należy o tym pamiętać pomimo trudności, jakie sprawia niedojrzałość wieku dziecięcego, która dopuszcza niekiedy stosowanie przymusu – kiedy na przykład ściągamy dziecko z okiennego parapetu albo wymagamy od niego pójścia do szkoły. Jeśli jednak zamierzamy zastosować przymus wobec dziecka w sprawach religijnych, warto jeszcze raz zastanowić się nad tym, czy nie ma bardziej łagodnych środków i czy nie zniszczymy w ten sposób w dziecku czegoś bardzo ważnego.

Tyle na rzecz tezy, że religia jest sprawą prywatną.

Z religią jest podobnie jak z małżeństwem…

Ale spójrzmy na problem z drugiej strony. Skoro religia może stać się dla człowieka fundamentem jego osobowości i podstawą sensu życia, człowiek religijny nosi w sobie zazwyczaj potrzebę dawania zewnętrznego wyrazu swojej wierze. Pod tym względem z religią jest podobnie jak z małżeństwem: Małżeństwa też bronimy przed nieuprawnionymi ingerencjami z zewnątrz argumentem, że jest ono sprawą prywatną. Ale nawet gdyby ktoś chciał ukryć przed całym światem, że jest żonaty, całkowicie zrobić tego nie może. Na ogół ludzie zapraszają na swój ślub bliskich i przyjaciół, wiele kontaktów z innymi utrzymują wspólnie we dwoje, dopuszczają innych do swoich rodzinnych radości i dramatów, itd. Co więcej, małżeństwu, które jest głęboko prywatną sprawą danych ludzi, należy się poparcie ze strony państwa i społeczeństwa. A to ze względu na jego doniosłość społeczną. Jeden bowiem i drugi wymiar małżeństwa jest głęboko prawdziwy. Małżeństwo, ściśle osobista sprawa danych ludzi, jest podstawą rodziny, najmniejszej komórki społecznej.

Wróćmy do religii. Owszem, zdarzają się ludzie, którzy swoją wiarę chcieliby ukryć przed całym światem. Jest rzeczą mało prawdopodobną, żeby wiara stanowiła w ich życiu coś ważnego. Zapewne traktują ją po trosze jak talizman, po trosze jak hobby – tylko takie rzeczy bowiem można dokładnie ukryć przed innymi. Absurdalność takiej postawy genialnie odsłonił Stanisław Jerzy Lec w swoim wierszu Do Abla i Kaina:

Przez dżungle

i puszcze

nocą,

wtapiając się w przyrodę,

dążymy wszyscy

jeden

przed drugim

w ścisłej tajemnicy

do Krainy

Braterstwa.

Zazwyczaj jednak im bardziej osobiście przeżywa ktoś swoją wiarę, tym bardziej się ona uzewnętrznia w jego czynach, postawach i poglądach. Ponadto sprawy, które człowieka obchodzą najgłębiej, budzą szczególną potrzebę przeżywania ich razem z innymi. Stąd konieczność rozmaitych form wspólnej modlitwy oraz chęć takiego lub innego uświęcenia czasu i przestrzeni (budowanie pięknych i wyróżniających się świątyń, umieszczanie w różnych ważnych miejscach znaków sakralnych, obchodzenie dni świętych itp.). Kiedy w jakiejś wspólnocie wierzących coraz mniej ludzi zbiera się na wspólną modlitwę, a uświęcanie czasu i przestrzeni staje się rzeczą coraz mniej ważną, świadczy to nie o tym, jakoby religia stawała się tam coraz bardziej sprawą prywatną, ale o tym, że wiara w tej społeczności gaśnie. Potrzeba przeżywania wiary razem z innymi, podobnie jak potrzeba świadczenia o swojej wierze na zewnątrz, stanowią nieomylne znaki żywotności religii.

Głęboki wpływ religii na mentalność
całych społeczeństw

Niezwykłe bogactwo społecznych wymiarów religii stara się opisać socjologia religii – uprawiana czy to jako gałąź religioznawstwa, czy to jako gałąź socjologii. Badania te odsłaniają głęboki wpływ religii na mentalność całych społeczeństw. Bo religie mogą bardzo różnie kształtować ludzkie poglądy na temat wartości człowieka, stosunków między jednostką a społeczeństwem, czy na temat poszczególnych zagadnień moralnych. Toteż jeśli ktoś, posługując się hasłem prywatności religii, usiłuje fakty te zanegować, uprawia myślenie życzeniowe, które ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Profesor Jan Szczepański na ten temat pisał kiedyś tak: „Sprawa nie wyczerpuje się przez przyjęcie zasady starego Fryderyka, orzekającej, że każdy może być zbawiony według własnego fasonu. Chodzi bowiem o to, że przeżycia religijne mają silne projekcje na życie zbiorowe oraz na życie wewnętrzne jednostek, że kształtują postawy, zachowania i dążenia, że wchodzą w zakres stosunku obywatela do władzy i własności, wpływają na gospodarkę i moralność – a zatem nie można orzec ich nieważności bez pogwałcenia rzeczywistości, którą chcemy kształtować”.

Czymś bardziej jeszcze niesłusznym jest odwoływanie się do hasła, że religia jest sprawą prywatną, w celu ograniczenia ekspresji religijnej czy to poszczególnych wierzących, czy to całych wspólnot religijnych. Owszem, zdarzają się sytuacje – rzadko bardzo – kiedy władza publiczna ma prawo, a nawet obowiązek zakazywać niektórych form ekspresji religijnej. Ale władza występuje wówczas nie w imię prywatności religii, ale w imię obrony dobra wspólnego, zagrożonego przez jakąś radykalną sektę lub przez jakiś zwyczaj w wysokim stopniu szkodliwy społecznie. Władza dysponująca środkami przymusu ma zatem prawo ingerować w życie takiej choćby wspólnoty religijnej, dla której najwyższym aktem religijnym jest popełnienie zbiorowego samobójstwa, albo w kult religijny takiej grupy, która dąży do osiągnięcia transu mistycznego za pomocą narkotyków.

Władza występująca przeciwko niektórym przejawom religijności w imię dobra społecznego niekiedy może się pomylić (jako przykład można podać niesprawiedliwe zamachy na klasztory kontemplacyjne, dokonane przez władze działające w aurze mentalności oświeceniowej), jednak ogólna dopuszczalność takiej ingerencji nie budzi zastrzeżeń. Natomiast zdecydowane zastrzeżenia wywołuje sama idea ograniczania zewnętrznych przejawów życia religijnego w imię zasady prywatności religii. Zdarzało się czasem, że – odwołując się do argumentu, iż religia jest sprawą prywatną – zakazywało się dzieciom noszenia medalików, a nauczycielom chodzenia do kościoła, wymierzało się grzywny za umieszczanie ogłoszeń o nabożeństwach na zewnętrznej ścianie kościoła itp.

Argumentowanie takich niesprawiedliwych ograniczeń prywatnością religii jest nie tylko bezzasadne, ale świadczy o wysokim stopniu zakłamania. Kiedy Julian Apostata wydał zakaz wykonywania przez chrześcijan zawodu nauczycielskiego, sprawa przedstawiała się jasno. Wszyscy – począwszy od cesarza, a skończywszy na tych, których ta ustawa dotknęła – wiedzieli, że chodzi tu o akt nieprzyjazny wobec Kościoła, mający na celu odsunięcie chrześcijan od wpływu na wychowanie młodzieży. Julianowi do głowy nawet nie przyszła przewrotna myśl, że chrześcijanin może być wprawdzie nauczycielem, ale pod warunkiem że starannie będzie ukrywał swoje przekonania religijne, i to aż do tego stopnia, że w ogóle zaniecha wszelkich religijnych praktyk. Wszyscy ówcześni ludzie wiedzieli, że religijność jest nierozerwalnie związana z wyznawaniem wiary. Było to tak oczywiste, że termin wyznanie stał się słowem określającym przynależność religijną. Dopiero w ostatnich trzech wiekach dopracowaliśmy się gruntownie zakłamanej idei (wątpliwą zasługę pierwszeństwa należy tu przyznać rewolucji francuskiej), że pełna wolność religijna nie wyklucza daleko nawet idących zakazów wyznawania wiary.

Czy życie publiczne podlega ocenom religijnym?

Jeszcze w jednym przypadku podnoszenie argumentu, że religia jest sprawą prywatną, jest nadużyciem zarówno intelektualnym, jak i moralnym: kiedy próbuje się za pomocą tego hasła zamknąć religii drogę do życia publicznego. Zjawisko to może przybrać dwie formy. Po pierwsze, kiedy próbuje się wymusić na ludziach, aby stosowanie zasad wiary ograniczyli wyłącznie do swojego życia prywatnego – na to zwróciliśmy w zasadzie uwagę wyżej. Po wtóre, kiedy głosi się wprost lub pośrednio, że sfera życia publicznego nie podlega ocenom z punktu widzenia wiary; jeśli zaś takie oceny mają miejsce, zarzuca się Kościołowi mieszanie się do polityki.

Nietrudno zauważyć, że są to żądania, aby ludzie sami zredukowali swoją wiarę do wymiarów prywatnego hobby i by Kościół się zgodził na degradację do poziomu rezerwatu. Tak pojmowana prywatność religii prowadzi nieuchronnie do moralnej schizofrenii, a to skończyć się musi samowolnym wyłączaniem życia publicznego spod norm moralnych.

Z tego, co powiedzieliśmy, nie wynika bynajmniej, że należy przyznać Kościołowi prawo wtrącania się do polityki. Czy jednak jest wtrącaniem się do działalności na przykład gospodarczej przypominanie, że podlega ona prawu moralnemu, występowanie w obronie pokrzywdzonych czy piętnowanie moralnych nadużyć, jakie się w tej sferze dokonują? Wtrącaniem się do działalności gospodarczej byłyby natomiast, dajmy na to, próby nacisku – powodowane czy to naiwnością, czy własnym interesem – na wybór takiej a nie innej technologii, takiej a nie innej struktury produkcji itp. Podobnie jest z polityką: ma ona wymiary specyficzne i tam angażowanie się Kościoła byłoby godnym ubolewania klerykalizmem, ale nie jest przecież tak, że działalność polityczna nie podlega normom moralnym, a zatem również moralnej ocenie; ocenie zarówno poszczególnych sumień, które u ludzi religijnych inspirowane są wiarą, jak i autorytetów publicznych, między innymi Kościoła.

Spróbujmy zatem pokusić się o ogólne spojrzenie na tę niezwykłą właściwość wiary, że jest ona czymś najbardziej osobistym ze spraw ściśle osobistych, a zarazem pragnie ujawniać się na zewnątrz, swoim światłem chce ogarniać całe życie człowieka i wszystkie jego czyny oraz wpływać na ocenę wszystkiego, łącznie ze zjawiskami makrospołecznymi. W zrozumieniu tego paradoksu pomoże nam – o czym była już mowa – analogiczna właściwość małżeństwa, które też jest czymś bardzo osobistym, a zarazem posiada liczne i ważne ukierunkowania społeczne; zdolne jest ogarnąć całe życie człowieka i istotnie wpływać także na jego stosunek do różnych wydarzeń społecznych, również do makrowydarzeń.

Znaleźliśmy się w punkcie, z którego można szczególnie głęboko wejrzeć w tajemnicę osoby ludzkiej. Wydaje się bowiem, że wszystko, co zdolne jest zaangażować człowieka naprawdę całościowo, przejawia się w ten właśnie zadziwiający sposób: staje się czymś najbardziej osobistym, a zarazem kształtuje istotnie stosunek do wszystkiego, co na zewnątrz. Osoba bowiem to takie cudowne stworzenie, które staje się sobą poprzez coraz to większe udzielanie się innym, a tym więcej może się udzielać, im bardziej jest wartościowe samo w sobie.


„W cóż więc mamy wierzyć?”

To paradoksalne, ale wiarę można utracić nawet w momencie, kiedy człowiek udowodni sobie istnienie Boga ze stuprocentową pewnością. Przez takie doświadczenie przeszedł w młodości Romano Guardini, potem jeden z najwybitniejszych teologów pierwszej połowy XX wieku. Kiedy miał kilkanaście lat, doszedł do absolutnej pewności, że Bóg istnieje, ale zarazem zorientował się, że jest to dla niego prawda równie jałowa, jak to, że teleskopami namierzono niewidzialną dla oka ostatnią planetę Układu Słonecznego. Jak łatwo się domyślić, to przejmujące doświadczenie stało się dla Guardiniego początkiem jego wielkiej i autentycznie religijnej przygody z Bogiem.

Zwątpienia w istnienie Boga

Jednak bez porównania częściej niewiara pojawia się w konsekwencji zwątpienia w istnienie Boga. Ktoś zaprzyjaźniony przysłał mi kiedyś fragmenty listów żołnierzy niemieckich spod Stalingradu. „Szukałem Boga w każdym leju po pocisku, w każdym zniszczonym domu – wykrzyczał swoje zwątpienie w Boga jeden z nich. – A Bóg nigdy się nie ukazał, choć całe moje serce go wołało… Na ziemi panowały mord i głód, z nieba padały bomby i ogień… Tylko Bóg był nieobecny”.

Zapewne niejednemu z nas zdarzało się kierować podobną „logiką”. Najpierw znajdujemy sobie jakichś bogów ważniejszych od Boga prawdziwego, a kiedy świat nasz zrobi się już całkiem nieludzki, wówczas śmiertelnie obrażamy się na Boga. Bo, oczywiście, to nie Hitler ani miliony popierających go Niemców doprowadziły w końcu do tego piekła, w którym również sami Niemcy znaleźli się pod Stalingradem. Zawinił tu przede wszystkim Pan Bóg, który przecież „powinien” był sprawić, żeby stworzony przez bezbożną pychę nieludzki świat był bardziej ludzki.

Czy zatem pod Stalingradem, i w Oświęcimiu, i w sowieckich łagrach, i w tych niezliczonych miejscach, w których na ludzi spadały udręki przekraczające wyobraźnię, Boga nie było? Czy Bóg pozostawiał wówczas ludzi – i winnych, i niewinnych – samym sobie? Czy tym jedynym, co Bóg miał nam wówczas do powiedzenia, było danie nam straszliwej lekcji: „Przekonajcie się sami, czym się kończy wyrzucenie Mnie z waszego życia”?

Ktoś bardzo mądrze nawiązał do tych pytań w pośmiertnym wspomnieniu Ireny Sendlerowej, cichej bohaterki, która podczas ostatniej wojny uratowała dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci: „Teraz zapewne zapyta ona Boga: Gdzie Ty byłeś wtedy, kiedy zbrodniarze zabijali niewinne dzieci? A Pan Bóg na pewno już jej odpowiedział: Byłem wtedy w twoim sercu”.

To nie jest błyskotliwa ucieczka od trudnych pytań. To raczej przypomnienie, że są pytania i pretensje pod adresem Pana Boga, które nie Boga dotyczą, tylko naszych niemądrych o Nim wyobrażeń. Bóg prawdziwy – Ten, którego „niebo i niebiosa najwyższe nie mogą objąć” – jest zarazem intimior intimo meo, bliższy mi niż ja sam sobie. Zatem nie potrzebuje naszej obrony ani argumentów, On chce się objawiać przez płynące z nas postawy i czyny miłości. Powiedzmy to samo inaczej: Zamiast oczekiwać od Boga dowodów Jego istnienia, próbujmy raczej zauważać realne, choć pokorne sygnały, że On jest Miłością również w sytuacjach bardzo trudnych. Powiedzmy jeszcze inaczej: Przestańmy wreszcie oskarżać Pana Boga o to, że urodziło się upośledzone dziecko, i skupmy się na tym, żebyśmy umieli je przyjąć z prawdziwą miłością.

Jak to się przekłada na sytuacje, kiedy człowiek czuje się już tylko łupiną od orzecha, miażdżoną przez siły, wobec których jest się całkowicie bezsilnym? Jakie sygnały miłości mogli usłyszeć ludzie ginący w wieżach WTC 11 września 2001 roku? Bądźmy tu powściągliwi w dawaniu wyjaśnień, ale przecież wolno nam odnotować, że niektórzy wtedy zdążyli jeszcze przed śmiercią wysłać do żony lub męża SMS-a z zapewnieniem: Kocham Ciebie. Niektórzy zaś spośród nich, co jednak ocaleli, dawali później świadectwo, że chociaż przedtem nie byli ludźmi specjalnie religijnymi, wtedy całych siebie powierzali Panu Bogu.

Odrzucenie Boga

Wiara w Boga – twierdzi najbardziej chyba znany współczesny promotor ateizmu, Richard Dawkins – jest pozostałością z czasów naszego naiwnego dzieciństwa, kiedy wierzyliśmy również w istnienie krasnoludków czy dźwigającego worek ze słodyczami świętego Mikołaja.

Na to ktoś mu bardzo przytomnie odpowiedział: „Znam niejednego człowieka, który uwierzył w Boga dopiero w wieku dojrzałym. Nie znam ani jednego, kto by, będąc już człowiekiem dorosłym, uwierzył w Dziadka Mroza lub w jakiegoś jego odpowiednika. Nie znam też nikogo, kto by na stare lata zaczął szukać pociechy u Wróżki Zębuszki”.

Jednak przypomnijmy od razu, że wiara w Boga nie na tym polega, że człowiek przyjmuje Jego istnienie. Wierzyć w Boga znaczy rozpoznać w Nim podstawę całej rzeczywistości i ostateczne źródło sensu. Toteż wiara w Boga pociąga za sobą uwierzenie w człowieka i w ogóle uwierzenie w sens istnienia świata oraz w realną różnicę między dobrem i złem. Zamykając się na wiarę w Boga, łatwo zapomnieć o różnych ważnych prawdach, bez których życie może przemienić się w jeden wielki bezsens albo nawet w koszmar.

Dzieje komunizmu oraz hitleryzmu stanowią eksperymentalne potwierdzenie, że odrzucenie Boga kończy się podeptaniem człowieczeństwa. „Za rzecz najgroźniejszą w rewolucji rosyjskiej – przestrzegał w roku 1936 flirtującą z komunizmem polską inteligencję prof. Marian Zdziechowski – uważam wypowiedzenie wojny Bogu. Niszcząc ideę Boga, tym samym niszczy się ideę człowieka jako istoty noszącej w sobie obraz i podobieństwo Boże. Myślą i duszą człowiek sięga ponad materię; bolszewizm, wypleniając z duszy jego wyższe idealne pierwiastki, deptał ją, plugawił i bestializował. Czy można wyobrazić sobie podlejszy cel?”1.

Ksiądz Feliks Lubczyński, mało znany męczennik łagrów sowieckich, doświadczywszy na samym sobie tej nieludzkości sowieckiego ateizmu, złożył następujące świadectwo: „Człowiek, tracąc wiarę, równocześnie traci moralność i zamienia się w dzikie zwierzę. Wszyscy, bez wyjątku, gwałciciele prawa, niezależnie od tego, za kogo się uważali, posiadali wspólną filozofię: »Boga nie ma, a więc wszystko jest dozwolone«”2.

Powstrzymajmy się od wydawania ocen moralnych na temat konkretnych ludzi, którzy uważają się za niewierzących. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że niektóre procesy odrzucenia Boga mogą się dokonywać na przestrzeni całych pokoleń, toteż poszczególni ich promotorzy nie do końca muszą zdawać sobie sprawę z tego, do czego one prowadzą. Trafnie mówił kiedyś o tym Michael Novak, katolicki amerykański intelektualista: „Dwieście lat temu intelektualiści podjęli próbę tworzenia świata zbudowanego wyłącznie dzięki rozumowi, świata bez Boga. Ponieśli porażkę. Na początku pozbyli się Boga, a potem, w konsekwencji, rozumu. Ludzie uważali, że mogą odrzucić Boga i zachować rozum. Przez kilka pokoleń było to możliwe, ale z czasem okazało się, że zanikł fundament rozumu. Nie istnieją żadne punkty oparcia dla uniwersalnej prawdy. Ludzie poczuli się zagubieni, w pustce”3.

Odrzucenie Boga ostatecznie musi się skończyć poniżeniem człowieka, a nawet dekonstrukcją tworzonej przez pokolenia cywilizacji i kultury. Jeżeli odrzucamy Boga, wówczas nawet czyniąc dobro, możemy krzywdzić. Przejmująco mówił kiedyś o tym papież Benedykt XVI, wskazując na spustoszenia, jakie spowodowała w krajach Afryki ekonomiczna pomoc Zachodu:

Oparta wyłącznie na technicznych, materialnych, zasadach pomoc Zachodu dla krajów rozwijających się, w której świadczeniu o Bogu nie tylko zapominano, ale wręcz rugowano Go ze świadomości, z butą besserwisserów, Trzeci Świat uczyniła Trzecim Światem w dzisiejszym tego określenia znaczeniu. Zlekceważyła tradycyjne struktury religijne, obyczajowe i socjalne, i sprawiła, że ta jego technicystyczna mentalność obraca się w próżni. Wierzono, że można kamienie przemienić w chleb, w rzeczywistości jednak dawano kamienie zamiast chleba. Chodzi o prymat Boga. Chodzi o uznanie Jego rzeczywistości – rzeczywistości, bez której nic innego nie może być dobre. Historii nie można porządkować negując Boga, przez samo budowanie materialnych struktur. Jeśli serce człowieka nie jest dobre, wtedy nic innego nie może się stać dobrem. A dobroć serca w ostatecznym rozrachunku może pochodzić tylko od Tego, który jest Dobrocią – samym Dobrem4.

„Co więc mamy czynić?” (Łk 3,10)

Nie wiem, czy to przypadek, ale szczególnie głębokie odpowiedzi na to pytanie można znaleźć u poetów. Najpierw przeczytajmy wiersz Czesława Miłosza pt. Jeżeli:

Jeżeli Boga nie ma,

to nie wszystko człowiekowi wolno.

Jest stróżem brata swego

i nie wolno mu brata swego zasmucać,

opowiadając, że Boga nie ma.

Miłosz z całą pewnością nie lekceważy pytania, czy Bóg istnieje. On tylko nie chce się wdawać w kłótnie na ten temat. Jego własny pogląd jest jasny: Jak mógłby Bóg nie istnieć, skoro bez Niego traci sens rozróżnianie dobra i zła. „Rechoczącym cynikom – napisze Poeta w swojej wypowiedzi publicystycznej pt. Dyskretny wdzięk nihilizmu – wbijającym ludziom w głowy, że nie ma dobra ni zła, że życie jest kłębowiskiem gryzących się szczurów, nie można powiedzieć: »Skazujecie siebie na męki wieczne«, bo śmieją się z wiary w życie po śmierci. Można jednak powiedzieć: »Skazujecie siebie na wygraną, i to będzie dla was dostateczną karą«”5.

Z kolei Anna Pogonowska, w wierszu pt. W epoce łupanego atomu, jest świadkiem impasu, w jakim znalazła się nasza „epoka łupanego atomu” – zapewne równie prymitywna, jak „epoka łupanego kamienia” – wskutek zdystansowania się wobec wiary w Boga:

Mówią, że w epoce łupanego atomu

Niewspółczesna jest wiara w Boga –

W cóż więc mam wierzyć? W siłę piekielną

Która nas wodzi istnieniem?

Poetka ma rację: Nie wierząc w Boga, nie sposób wierzyć na serio w rozum, ani w prawdę, ani w dobro. „W cóż więc mam wierzyć?”.


Dlaczego Pan Jezus tak
wiele się modlił?

Modlitwa ważniejsza nawet niż
głoszenie Dobrej Nowiny

Ewangelie często nam mówią o tym, że Pan Jezus się modlił. Począwszy od chrztu w Jordanie aż do śmierci na krzyżu, nie było wydarzenia istotnego w Jego posłudze mesjańskiej, w którym Ewangeliści nie odnotowaliby Jego modlitwy.

Modlitwą zaczął Jezus swoją działalność publiczną: „A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Łk 3,21–22).

Niezwykle ważne rzeczy dokonały się podczas tamtej modlitwy Jezusa. To wtedy wszedł On w wody Jordanu, ażeby niby Baranek ofiarny wziąć na siebie grzechy świata (por. J 1,29), symbolicznie zostawione tam przez grzeszników przyjmujących od Jana chrzest pokuty. Głos Ojca, uznającego, że ten Człowiek, Jezus z Nazaretu, jest Jego umiłowanym Synem, oraz zstąpienie Ducha Świętego, który wypełniał w ten sposób znane proroctwo Izajasza (por. 61,1–2; Łk 4,18–19), potwierdziły Jego godność mesjańską.

Całą noc spędził Jezus na modlitwie, zanim dokonał wyboru swoich Dwunastu (por. Łk 6,12–13). Żeby uprzytomnić sobie, jak ważny był to moment w Jego posłudze mesjańskiej, dość przypomnieć, że oni mieli się stać – na wzór dwunastu synów Jakuba – protoplastami ludu Nowego Przymierza. Również modlitwą poprzedził Zbawiciel swoją inicjatywę doprowadzenia swoich uczniów do tego, ażeby po raz pierwszy wyznali w Nim Mesjasza i Syna Bożego (por. Łk 9,18–20; Mt 16,13–16).

Modlitwa była dla Niego ważniejsza nawet niż głoszenie Dobrej Nowiny – mimo że przecież przyszedł On do nas właśnie po to, żeby „ubogim nieść dobrą nowinę, więźniom głosić wolność, a niewidomym przejrzenie; aby uciśnionych odsyłać wolnymi, aby obwoływać rok łaski od Pana” (zob. Łk 4,18–19). Ewangelista odnotowuje, że choć „liczne tłumy zbierały się, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych niedomagań. On jednak usuwał się na miejsca pustynne i modlił się” (Łk 5,15–16).

Uczniowie nie mieli wątpliwości co do tego, że Jezus był cały rozmodlony. W jakimś dobrym sensie zaczęli Mu tego zazdrościć. Właśnie wychodząc naprzeciw tej świętej zazdrości, Jezus nauczył ich modlitwy, którą każdy z nas zanosił do Boga już tysiące razy: „Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów” (Łk 11,1).

Trzy momenty najszczególniejsze

Wydaje się, że na szczególną uwagę zasługuje modlitwa Pana Jezusa na Górze Przemienienia. Ewangelista Łukasz zapisał, że Jezus „wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,28–29).

Czy trzech najbliższych sobie uczniów wziął ze sobą, aby modlili się razem z Nim? Nie zapominajmy, że Ojciec Przedwieczny inaczej jest Ojcem dla Niego, inaczej dla nas, Jego uczniów. Kiedy Jezus mówił o swoim Ojcu, mówił „Ojciec wasz” albo „Ojciec mój”, albo „Ojciec mój i Ojciec wasz”. Nawet w Ogrodzie Oliwnym, kiedy i sam się modlił, i uczniom kazał się modlić, nie zapraszał ich do wspólnej modlitwy. Chciał natomiast, aby oni, modląc się, byli świadkami Jego modlitwy (por. Mt 26,38–45). Jego modlitwa – owszem, zanoszona w ludzkiej naturze, którą przyjął On z miłości do nas – jest przecież modlitwą boskiej osoby Syna Jednorodzonego i zwyczajni ludzie nie umieliby i nie mogliby się do niej przyłączyć.

Tak czy inaczej, Nowy Testament nie zna przypadku, żeby Jezus kiedykolwiek modlił się razem ze swoimi uczniami. Zazwyczaj Pan Jezus modlił się na osobności (por. Łk 5,16; 6,12; 9,18; 11,1). I nawet nie próbujmy sobie wyobrażać tej głębi, z jaką On, „Syn Boga żywego” (Mt 16,16), się modlił.

Również na Górę Przemienienia Jezus wziął Piotra, Jakuba i Jana – nie żeby oni modlili się razem z Nim, ale żeby widząc Go modlącego się, sami poczuli się wezwani do modlitwy. Niestety, zmorzył ich sen. Wolno nam się domyślać, że gdyby wtedy okazali się bardziej wytrwali w modlitwie, również w Ogrodzie Oliwnym czuwaliby razem z Nim i nie porzuciliby Go w godzinie ciemności (por. Łk 22,53).

Spójrzmy jeszcze przez chwilę na modlitwę Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Wykonał On wówczas ciężką pracę zjednoczenia swojej ludzkiej woli, wzdrygającej się przed poddaniem tak straszliwemu męczeństwu, z wolą swojego Ojca: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39). Jak wiadomo, właśnie pamięć o tej modlitwie stanowiła w Kościele ostatni szaniec obronny wiary w prawdę Jego człowieczeństwa, kiedy była ona śmiertelnie zagrożona przez herezję monoteletyzmu.

Trzecim momentem w życiu Jezusa, kiedy najszczególniej objawił się On nam jako Człowiek bezgranicznej modlitwy, była Jego męka. Przez wszystkie swoje potworne cierpienia, ciemności i szyderstwa szedł On cały rozmodlony. Modlił się – w czasie, kiedy Go zabijali! – nawet za swoich morderców: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).

W tajemniczych, strasznych ciemnościach, których nikt z nas do końca nie zrozumie ani się nawet nie domyśli, wołał: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). Jednak nawet zanosząc tę przejmującą skargę, był On bez reszty zjednoczony ze swoim przedwiecznym Ojcem. Ostatnim Jego słowem na tej ziemi była modlitwa całkowitego zawierzenia się Ojcu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). To fakt bardzo istotny, że Jezus umarł z modlitwą na ustach.

Modlitwa szczytową realizacją Jego
człowieczeństwa

Niekiedy o modlitwie Jezusa mówi się tak, jakby w zasadzie sprowadzała się do tego, że On modlił się za nas. Owszem, On modlił się „za tymi, których Mi, [Ojcze], dałeś, (…) ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie” (J 17,9.20). Co więcej, „wszedł do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga” (Hbr 9,24; por. 7,25).

Jednak w Ogrodzie Oliwnym modlił się Jezus również za samego siebie – ażeby nawet w czekającej Go męce swoją ludzką wolą przylgnąć bez reszty do woli swego Ojca. Owszem, nasza sprawa wówczas się dokonywała, od Jego ludzkiej woli zawisło wtedy zbawienie całej ludzkości – jednak również za samego siebie Jezus wtedy się modlił. Nawet On – Bóg prawdziwy, jednorodzony Syn przedwiecznego Ojca – przyjąwszy ludzką naturę, bez modlitwy by swojej misji nie wypełnił ani swego człowieczeństwa nie zrealizował. Modlitwa – całoosobowe oddawanie siebie i wszystkiego co nasze samemu Bogu – stanowi najwyższy przejaw bycia człowiekiem. A Jezus był przecież Człowiekiem naprawdę.

Nie wspomniałem tu o modlitwie dziękczynnej Jezusa (por. J 11,41) ani o Jego kierowanych do Ojca wyznaniach miłości i uwielbienia (por. Mt 11,25). Ale przecież cała Jego misja Zbawiciela świata z tego czerpie swoją skuteczność, że On, również w swoim człowieczeństwie cały oddany Ojcu, właśnie jako Człowiek został otoczony przez Ojca „tą chwałą, jaką miał u Niego pierwej, zanim świat powstał” (por. J 17,5).


„Czy można odrzucić Chrystusa?”
Siedem „biada” Pana Jezusa

Swoją mowę przeciw uczonym i faryzeuszom Pan Jezus zakończył siedmioma przejmującymi „biada wam”. Jest to Jego ostatnie i najmocniejsze słowo upomnienia pod adresem ówczesnych przywódców ludu Starego Przymierza. Ewangeliści Mateusz, Marek i Łukasz są zgodni co do tego, że Pan Jezus mowę tę wygłosił już po swoim uroczystym wjeździe do Jerozolimy i po wypędzeniu przekupniów ze świątyni jerozolimskiej. Już w najbliższy piątek miał umrzeć za nas wszystkich na drzewie krzyża.

Była to z Jego strony ostatnia próba uratowania tych ludzi. Ciągle musimy mieć przed oczyma, że Pan Jezus jest Synem Bożym i nawet jeżeli wypowiada słowa gniewu, to w Jego ustach są to słowa miłości. Kiedy On mówi do faryzeuszy „biada wam”, to dlatego, że chodzi Mu o ich dobro, że pragnie nimi wstrząsnąć, aby porzucili wreszcie swoją niewiarę. Podobnie jak czasem trzeba potrząsnąć człowiekiem nieprzytomnym, żeby ten odzyskał świadomość. Pan Jezus aż siedem razy mówił faryzeuszom „biada wam”, bo niewątpliwie byli oni ludźmi duchowo nieprzytomnymi.

Przypomnijmy sobie, że już wkrótce te Pana Jezusowe „biada wam” zaczęły przynosić błogosławione owoce. Już za dwa–trzy miesiące – a stało się to dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu – wielu faryzeuszów, a nawet starotestamentalnych kapłanów miało uwierzyć w Pana Jezusa i przyjąć chrzest. Dzieje Apostolskie wspominają o tym w jednej z pierwszych informacji na temat rozszerzania się wiary w Chrystusa (6,7). W tych samych Dziejach Apostolskich czytamy, że w tzw. Soborze Jerozolimskim wzięli udział „niektórzy nawróceni ze stronnictwa faryzeuszów” (15,5).

Trzech wspaniałych faryzeuszów, których Kościół zachowa we czci aż do końca świata, Nowy Testament wspomina z imienia. Pierwszy z nich to, oczywiście, faryzeusz Nikodem. Człowiek prawy i odważny, który razem z Józefem z Arymatei zajął się w Wielki Piątek pogrzebem Pana Jezusa. Drugi to faryzeusz Gamaliel, który podczas posiedzenia Sanhedrynu wziął w obronę uwięzionych apostołów, mimo że sam nie był uczniem Chrystusa, ale tak mu kazało jego poczucie sprawiedliwości.

Faryzeuszem był wreszcie zatwardziały w swojej niewierze i zapiekły w nienawiści do uczniów Chrystusa Szaweł, którego łaska Boża przemieniła w naczynie wybrane i apostoła narodów. Apostoł Paweł nawet po swoim nawróceniu mówił o sobie: „jestem faryzeuszem (…) i uczniem faryzeuszów” (Dz 23,6) – bo łaska Boża rozjaśniła w Pawle jego ciemności i oczyściła go z jego grzechów, ale zachowała w nim to wszystko, co w jego otrzymanej od faryzeuszy formacji było dobre.

Warto pamiętać o tych różnych dobrych wydarzeniach, które działy się w środowisku faryzejskim już po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa, bo dopiero w ich świetle możemy sami więcej skorzystać z Jego niezwykle ostrych słów przeciw faryzeuszom. Również bowiem dzisiaj – kiedy Pan Jezus mówi do kogoś z nas „biada tobie”, „biada wam” – nie są to słowa potępienia, ale upomnienia. Pan Jezus – nawet jeśli sobie i innym wydajesz się całkiem nienawracalny – zwraca się do twojego zatwardziałego serca, ażebyś w końcu się jednak opamiętał i nawrócił.

W swojej mowie piętnuje Pan Jezus obłudę i egocentryzm faryzeuszów, ich zadufanie w sobie, brak zrozumienia dla innych, jałowy formalizm ich religijności. A wszystko to po to, żeby odsłonić złą glebę, z której wyrosła ich niewiara – niewiara agresywna, która już wkrótce, już w Wielki Piątek miała się ujawnić w sposób wręcz przerażający.

Miłosierdzie Boże jest większe nawet od tych grzechów, które tak mocno piętnuje u faryzeuszów Pan Jezus. Szukanie własnej chwały, formalizm i hipokryzja były to grzechy naprawdę niemałe, skoro uczyniły ich niezdolnymi do uwierzenia w Syna Bożego, a nawet popchnęły ich do tego, żeby rzucić się na Niego i Go zamordować. A jednak miłosierdzie Boże jest większe nawet od tak wielkich grzechów i przynajmniej niektórzy faryzeusze się nawrócili.

Moralnie neutralny wybór światopoglądowy?

Ewangeliczni faryzeusze są dla nas ponadto przestrogą, że niewiara może się zdarzyć nawet u ludzi formalnie religijnych. Co więcej, patrząc na nich, trzeba nam zweryfikować popularny pogląd, jakoby niewiara była niewinnym wyborem światopoglądowym. Niewiara faryzeuszów z całą pewnością nie była moralnie neutralna. Stanowiła ciężki grzech, który był owocem uprzednich przewinień moralnych i który miał ich doprowadzić do udziału w zamordowaniu samego Chrystusa.

Boże zachowaj, gdyby w tym, co przed chwilą powiedziałem, ktoś chciał usłyszeć zaproszenie do osądzania niewierzących z powodu ich niewiary. Jeden Bóg zna ludzkie serca. Nam nie wolno uzurpować sobie boskiej władzy osądzania drugiego człowieka. Podejmując krytykę faryzeuszów, Pan Jezus zaprasza nas do czegoś zupełnie innego. Zaprasza do zastanowienia się, czy przypadkiem ty sam swoimi grzechami nie oddalasz się od Boga, a może nawet już dojrzewa w tobie twoja przyszła niewiara. Innych ludzi nie wolno ci osądzać, ale jeżeli zauważyłeś, że Pan Bóg w twoim życiu coraz mniej znaczy, jest to dzwonek alarmowy, że najwyższy czas, abyś zaczął wystawiać się na osąd swojego własnego sumienia.

Kryzys wiary przejawia się u różnych ludzi różnie. U jednego przyjmowanie sakramentów przemieniło się w rutynę, ktoś inny już bardzo dawno nie był u spowiedzi, a jeszcze komuś innemu coraz częściej zdarza się opuszczać coniedzielną mszę świętą. Zjawiskom tym nieraz towarzyszy naśladowanie prarodziców w ich udawaniu, że jesteśmy równi Bogu. Jeden – zamiast zobaczyć, jak wiele zła wprowadzamy w nasze życie własnymi grzechami – krytykuje Pana Boga, że źle urządził świat, i zapomina o tym, że Bóg jest nie tylko naszym Ojcem, ale zarazem źródłem i wzorem wszelkiego prawdziwego ojcostwa. Drugi dochodzi do wniosku, że lepiej od Boga poznał różnicę między dobrem i złem, i próbuje ustanawiać swoje własne normy moralne, zapominając o tym, że „jeden jest tylko nasz Nauczyciel, Chrystus” (por. Mt 23,8–10). Jeszcze ktoś inny zachowuje się tak, jak gdyby modlitwa i słowo Boże, i sakramenty były mu praktycznie niepotrzebne. Kryzys wiary może się przejawiać bardzo różnie.

Otóż słowo Chrystusa Pana przeciw niewierze faryzeuszów jest szczególnym darem dla wszystkich, którzy chcą ten dar przyjąć. Nie wolno ci osądzać drugiego człowieka z powodu jego niewiary, ale może w sobie zauważysz jakieś narastanie religijnej obojętności, jakieś oddalanie się od Pana Boga. Jeżeli tak, to zacznij pytać własnego sumienia, czy nie kryją się za tym twoje grzechy, może nawet grzechy bardzo ciężkie. Porzucenie grzechów i ożywienie modlitwy to najważniejsze sposoby ocalenia wiary, która znalazła się w kryzysie.

Również środowisko może komuś utrudniać wiarę. Wśród faryzeuszów, którym Pan Jezus wygłosił swoje siedem „biada wam”, na pewno byli również ludzie zacni, którzy niestety ulegli złym wpływom swojego środowiska.

To jest także nasz problem współczesny. Podam może konkretny przykład. Kilka lat temu na słupach ogłoszeniowych w wielu miastach Polski pojawiła się reklama pewnego tygodnika z rzucającym się w oczy hasłem: „Niewierność zaczyna być w modzie”. Od czasu do czasu w radio lub gazecie pojawiają się twierdzenia, że poligamia jest to naturalna potrzeba każdego mężczyzny, że żony dopuszczają się zdrady małżeńskiej może nawet częściej niż mężowie, a różni ludzie publicznie głoszą, że nie widzą nic złego w uprawianiu rozpusty.

Wydaje się, że bezwstyd ujawnia się publicznie na skalę dotychczas u nas nieznaną. Łatwo głosić różne nieodpowiedzialne poglądy, ale warto czasem pomyśleć, ile krzywdy kiedyś z tego wyniknie. W XIX wieku różni – nieraz bardzo zacni – dziennikarze i profesorowie głosili, że najbardziej skuteczną drogą do ustanowienia sprawiedliwości społecznej będzie zrobienie rewolucji. A przecież mogli przewidzieć, że takie poglądy muszą zaowocować ogromem ludzkiej krzywdy, przelaniem morza ludzkiej krwi.

Podobnie jeżeli przyzwyczaimy się do twierdzeń, że w seksualnym promiskuityzmie nie ma nic złego, musi to w przyszłości owocować zwiększeniem liczby rozbitych małżeństw, krzywdą niewinnych dzieci, nieszczęściem porzuconych żon i mężów, deformacją wzorów życia rodzinnego. Musi się to również skończyć społecznym kryzysem wiary. Przecież to byłby absurd, gdyby to samo społeczeństwo odznaczało się wysokim poziomem wiary i jednocześnie wysokim poziomem lekceważenia Bożych przykazań. Stoimy wobec albo-albo. Albo wzrośnie wśród nas poszanowanie dla Bożych przykazań, albo czeka nas masowe odchodzenie od wiary. Przecież nie robimy Panu Bogu łaski, że się do Niego przyznajemy. Obyśmy usłyszeli te siedem „biada wam”, które wypowiedział Pan Jezus przeciwko niewierze faryzeuszów. Obyśmy się nawrócili i w wierze naszej – również na skalę społeczną – wytrwali.

Doprawdy niespodziewanej aktualności nabierają dziś słowa, jakie w roku 1979 na krakowskich Błoniach skierował do nas Jan Paweł II:

Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale – pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego „wolno”? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć „nie” temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło.

Te słowa warto sobie zapamiętać: Czy można odrzucić Chrystusa? Można. Ale czy wolno?


„Kto wytrwa do końca…”

Zlinczowany apostoł Paweł

Jak wiadomo, apostołowie Paweł i Barnaba byli w ogóle pierwszymi w dziejach Kościoła, którzy poszli z Ewangelią do pogan. Tę pierwszą w historii Kościoła podróż misyjną Dzieje Apostolskie opisują w rozdziale 13. i 14. Znajdujący się tam opis główną uwagę zwraca na trzy miasta (a właściwie mieściny) w Azji Mniejszej – Listrę, Ikonium oraz Antiochię Pizydyjską. Mieszkańcy tych miast szczególnie licznie słuchali orędzia o Jezusie Chrystusie, które im głosił apostoł Paweł.

Niestety, we wszystkich trzech miastach wspaniale rozwijająca się działalność apostołów została gwałtownie przerwana przez przeciwników Ewangelii. W Listrze apostoła Pawła nawet zlinczowano, a ukamienowanego wywleczono poza miasto, sądząc, że nie żyje. Na szczęście zajęli się nim uczniowie, ocucili go i odratowali, a on, skoro tylko doszedł do siebie, od razu poszedł głosić Ewangelię do następnego miasta. W Dziejach Apostolskich pisze się o tym w tonie czystej informacji, tak jakby podjęcie trudów misjonarskich niemal natychmiast po tak ciężkim pobiciu było czymś samo przez się zrozumiałym.

Jednak w najwyższym stopniu zdumiewa to, że Paweł i Barnaba zdecydowali się wrócić do wspomnianych trzech miast, mimo że w każdym z nich nie tak dawno omal ich nie zabito. Po prostu wiedzieli, że ich posługa jest bardzo potrzebna wyznawcom Chrystusa, których w tych miastach dopiero co ochrzcili. Wrócili tam, mimo że zdrowy rozsądek kazał im liczyć się z tym, że mogą ich spotkać następne prześladowania, a może nawet śmierć.

Zapewne kiedyś, na Sądzie Bożym, dowiemy się, jak wiele poświęceń, ofiar, a nawet męczeństwa różni ludzie w kolejnych pokoleniach włożyli w to, żeby wiara w Chrystusa dotarła do nas, do mnie i do Ciebie. „Za wielką cenę zostaliście nabyci” – pisał apostoł Paweł do Koryntian, mając na myśli zapłaconą przez Pana Jezusa cenę strasznej śmierci na krzyżu. Ale wielką cenę za to, żeby wiara w Chrystusa dotarła do nas, żebyśmy my dzisiaj byli wierzącymi chrześcijanami, płacili w kolejnych pokoleniach liczni przyjaciele Chrystusa, którzy rozumieli, że nowość Jego przykazania miłości polega na tym, żeby miłować do końca – jeśli trzeba, to nawet do śmierci.

Nieszczęście utraty wiary

Jednak główną uwagę skierujmy na temat wytrwania w wierze. Nie po to przecież głoszona jest Ewangelia, żeby ludzie tylko przelotnie się nią zafascynowali, a potem o niej zapomnieli. Pan Jezus wielokrotnie nam powtarzał, że „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. A jakie to ważne, żeby chrześcijanie wytrwali w wierze, niech świadczy ten fakt, że apostołowie wystawiali się na śmiertelne niebezpieczeństwo, byleby tak umocnić nowo ochrzczonych, żeby się nigdy Panu Jezusowi nie zgubili.

Warto zauważyć w Piśmie Świętym te liczne teksty, w których utrata wiary opisywana jest jako największe nieszczęście. Apostoł Piotr tak pisał o tych, co odpadli od wiary: „Lepiej (…) byłoby im nie znać drogi sprawiedliwości, aniżeli poznawszy ją odwrócić się od podanego im świętego przykazania” (2 P 2,21). Apostoł Paweł utratę wiary porównywał kiedyś do rozbicia okrętu (1 Tm 1,19). Jeszcze mocniej ostrzega przed odejściem od wiary w Chrystusa List do Hebrajczyków: „Niemożliwe jest bowiem tych – którzy raz zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się uczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku, a [jednak] odpadli – odnowić ku nawróceniu. Krzyżują bowiem w sobie Syna Bożego i wystawiają Go na pośmiewisko” (Hbr 6,4–6).

Postawmy sobie proste pytanie: Dlaczego dzisiaj nawet my, chrześcijanie, tych świętych tekstów prawie nie zauważamy? Dlaczego do naszych uszu prawie nie dochodzą te Boże słowa, które wzywają nas do wierności Chrystusowi aż do końca oraz ostrzegają przed zaparciem się Go lub odejściem od Niego?

Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta. Jest tak dlatego, że jakiś pogański dogmat nakazuje nam widzieć w wierze tylko światopogląd i wobec tego traktujemy utratę wiary jako zwyczajną zmianę światopoglądu. Wydaje nam się niekiedy, że utrata wiary polega na tym, że jedne mniemania i domysły zamieniamy na inne mniemania i domysły. Kolejny zdumiewający dogmat naszej zdechrystianizowanej epoki głosi, że ludzie zmieniają światopogląd wyłącznie z powodu intelektualnej uczciwości, toteż wskazywanie na moralnie naganne powody odchodzenia od wiary odbieramy nieraz jako zamach na wolność sumienia.

A przecież wiara jest czymś niewyobrażalnie więcej niż tylko światopoglądem. Jej istota polega na tym, że człowiek samego siebie zawierza Panu Bogu. Wiara jest relacją wzajemnego zaangażowania się Boga i człowieka. To dlatego odejście od niej jest czymś podobnym do odejścia syna marnotrawnego od ojca. Odejście od wiary ma w sobie coś ze zdrady, jest czymś podobnym do odejścia żony od kochającego męża: rani Boga, człowieka zaś odcina od Życia i wydaje na łup śmierci.

Rzecz jasna, nie do nas należy wydawanie sądów o konkretnych ludziach, którzy wiarę utracili. Wszyscy staniemy kiedyś przed trybunałem Chrystusa i przed Nim każdy z nas zda rachunek ze swojego życia. Warto jednak w naszym myśleniu na tematy ostateczne przynajmniej liczyć się z tym, że grzech może być bardzo realną przyczyną utraty wiary. Wydaje się, że wielu ludzi odchodzi dziś od wiary dlatego, że przedtem już odeszło od Boga swoimi grzechami.

Słowem, wiarę starajmy się w sobie pielęgnować. Musi zależeć nam na tym, żeby była w nas nie byle jaka wiara, ale wiara ożywiona miłością, wiara trzymająca się Bożych przykazań, wiara rozpoznająca w drugim człowieku, a zwłaszcza w człowieku biednym i potrzebującym, naszego bliźniego. Dopiero wówczas wolno nam mieć nadzieję, że wytrwamy w naszej wierze do końca i że będziemy zbawieni. To doprawdy niezwykły przywilej, że my, zwyczajni śmiertelni ludzie, możemy iść tam, dokąd poszedł nasz Zbawiciel, do naszego Ojca, który jest w niebie.


Ziemia Święta – znaczenia
otwarte i ukryte

Ziemia uświęcona przez Zbawiciela

Ziemia Święta! Dokładnie tak powinien się nazywać kraj, w którym urodził się Zbawiciel świata i w którym dokonał naszego odkupienia! Prostota, trafność, a zarazem doniosłość tej nazwy aż onieśmielają.

Decyzja, ażeby tak właśnie nazywać kraj, w którym Zbawiciel ogłosił Ewangelię wszystkim narodom i w którym został ukrzyżowany, pogrzebany i zmartwychwstał, była wielopokoleniowym procesem. Podobnie, również na przestrzeni kilku kolejnych stuleci, dojrzewała w naszej Europie decyzja, ażeby uniwersalnym punktem odniesienia naszej rachuby czasu uczynić rok narodzin Zbawiciela.

Nie sposób przecenić cywilizacyjnej doniosłości obu tych niesłychanie prostych decyzji. Umieszczono z ich pomocą – w tych tajemniczych głębiach, w których kształtuje się mentalność całych społeczeństw – trwały przekaz na temat samej istoty wiary chrześcijańskiej. Zarówno nazywanie kraju Zbawiciela Ziemią Świętą, jak utożsamienie Jego przyjścia do nas z początkiem „naszej ery”, wręcz wspaniale podkreśla Jego jedyność oraz powszechność i ostateczność Jego misji zbawczej. Zarazem jedno i drugie podkreśla z całą jasnością, że to wszystko, czego dokonał Jezus Chrystus, dokonało się naprawdę, w konkretnym miejscu i konkretnym czasie, a nie tylko w naszych marzeniach, w jakiejś mitologicznej przeszłości, która nigdy nie była teraźniejszością.

Fakt, że Syn Boży i Zbawiciel świata obchodził konkretne, do dziś istniejące miejscowości Ziemi Świętej, że możemy przyjść na to konkretne miejsce, gdzie został On ukrzyżowany i gdzie jest Jego grób, od wieków wzbudzał w Jego wyznawcach pragnienie nawiedzenia tych miejsc, niejako fizycznego ich dotknięcia. Pielgrzymi do Ziemi Świętej pozostawili setki i tysiące świadectw, jak wielkie ożywienie wiary dokonywało się w nich często wskutek tego chodzenia śladami Zbawiciela.

Tylko tytułem przykładu przypomnę fragment listu Juliusza Słowackiego do matki: „Z dnia 14 na 15 stycznia [1837 r.] miałem przepędzić noc u grobu Chrystusa… łzy rzucały mi się do oczu. Noc u grobu Chrystusa przepędzona zostawiła mi mocne wrażenie na zawsze. O godzinie siódmej wieczór zamknięto kościół – zostałem sam i rzuciłem się z wielkim płaczem na kamień grobu”. Warto zresztą wiedzieć, że również dziś można dać się zamknąć w Bazylice Bożego Grobu na noc na modlitwę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.