Przypadek Morrowa - Tomasz Jacek Graczykowski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przypadek Morrowa - Tomasz Jacek Graczykowski

PEŁEN NAPIĘCIA THRILLER!

 

Od momentu, gdy Thomas Morrow znajduje na trawniku przed domem ranną dziewczynę, jego życie ulega niespodziewanej zmianie. Zaczyna otrzymywać anonimowe wiadomości, a w jego ręce trafia dziennik nieżyjącego od lat seryjnego mordercy. Zrozumiałe staje się, że został celem pełnej niedopowiedzeń i sekretów gry prześladowcy.

 

Thomas nie ma pojęcia, kto i dlaczego go osaczył. Z dnia na dzień staje się coraz bardziej zrezygnowany, przytłoczony nieumiejętnością wytłumaczenia sobie motywów prześladującego go ciemiężyciela. Zmuszony do brania udziału w grze, której jedynym celem jest ukaranie go, nie mogąc znikąd oczekiwać pomocy, sam stara się sprostać wykwitom umysłu makiawelicznego prześladowcy, co prowadzi do nieoczekiwanego finału…

 

Tomasz Graczykowski, urodzony w 1980 roku w Wieluniu, mieszka i pra­cuje w Katowicach. Rysownik i grafik, prowadzi stronę internetową: covercd.pl. ­Przypadek Morrowa jest jego debiutem powieściowym. Zapraszamy na stronę internetową: www.tomaszgraczykowski.republika.pl

Opinie o ebooku Przypadek Morrowa - Tomasz Jacek Graczykowski

Fragment ebooka Przypadek Morrowa - Tomasz Jacek Graczykowski







Strona redakcyjna


Prolog

Zapadł zmierzch. Niebo nad Mastern przesłaniały ciemne burzowe chmury, przecząc prognozom o bliskim końcu trwającej od tygodnia psiej pogody. Nastał wieczór dwudziestego dnia października i opustoszałe, pokryte kałużami ulice spowijał mrok. Szedłem szybko, chcąc dotrzeć do domu, zanim znowu lunie. Porywisty wiatr targał moimi długimi włosami, na zmianę ciskając mi je w twarz i odrzucając na plecy. Gdybym wiedział, jakich zdarzeń integralną częścią wkrótce się stanę, wziąłbym tę paskudną pogodę za zły omen.

Skręciwszy na skrzyżowaniu, znalazłem się na Poe Street. Kilkadziesiąt metrów dalej, idąc od jednego kręgu latarnianego światła do drugiego, wszedłem w plamę ciemności okrywającą nasz jednopiętrowy dom i teren wokół niego. Przed sąsiednimi budynkami paliły się latarnie, w wielu oknach widziałem światło. Jednak nasz dom zawsze pozostawał ciemny, niezmiennie skrywał go mrok.

Zamknąłem za sobą żelazną furtkę i ruszyłem do drzwi. Nagle przystanąłem, bo moich uszu dobiegł jakiś cichy, niepokojący dźwięk. Odwróciłem się i rozejrzałem. Patrzyłem na odgrodzony płotem trawnik sąsiadów, ale żaden z zalegających cieni się nie poruszył. Uznałem, że to musiało być złudzenie i ruszyłem do frontowych drzwi. Wtedy znowu coś usłyszałem. Jakiś cichy głos, rozlegający się gdzieś blisko mnie, na prawo. Zaniepokojony poszedłem wzdłuż ściany domu. Kiedy znalazłem się za rogiem, drgnąłem zaskoczony; w ciemności majaczył zarys leżącej na ziemi ludzkiej sylwetki. Przykucnąłem i ukazała mi się pokryta krwią twarz jakiejś dziewczyny. Z jej szeroko otwartych oczu wyzierało przerażenie, usta miała rozchylone i drżące. Jej prawe oko było zamknięte, a na policzku poniżej widniała obficie krwawiąca szrama. Lewa ręka dziewczyny była dziwnie zgięta, być może złamana. Długie ciemne włosy były pozlepiane krwią. Jej twarz wydała mi się znajoma, jednak nie mogłem tego stwierdzić na pewno, ponieważ krew zmieniła ją w przerażającą maskę.

Dziewczyna uniosła z trawnika głowę, nie spuszczając ze mnie przerażonego spojrzenia.

– Pomóż mi – wychrypiała słabym, ledwie słyszalnym głosem. Słyszałem jej ciężki, rzężący oddech, który świadczył prawdopodobnie o tym, że miała złamane żebra i – być może – przebite płuco.

Wstałem i pobiegłem do drzwi. Wpadłem do domu, podniosłem słuchawkę stojącego w ciemnym korytarzu telefonu i zadzwoniłem na pogotowie, a później do szeryfa. Wytłumaczenie im, że ranna dziewczyna potrzebuje pomocy, wymagało, jak na mój gust, cholernie dużo czasu. Potem wyszedłem z domu i ruszyłem do niej. Leżała nieruchomo, na jej widok coś ścisnęło mnie w gardle. Wyglądała inaczej niż wtedy, kiedy pobiegłem zadzwonić. Jej głowa była dziwnie wykręcona. Nie żyła.


Część pierwsza


Rozdział pierwszy

Papierosowy dym unosił się i snuł pod sufitem, a ja i Martin siedzieliśmy w fotelach w jego pokoju i słuchaliśmy płyt, które dzisiaj kupił. Z głośników sprzętu stereo dobywały się dźwięki utworu The Dawn Of Dying grupy Desperados. Nie znałem jej wcześniej, nawet o niej nie słyszałem. Wokalistą był Tom Angelripper z Sodom, jednej z najsławniejszych niemieckich grup thrashmetalowych.

Spojrzałem na Martina. Zaciągał się właśnie papierosem, a drugą ręką odrzucał w tył długie blond włosy. Miał na sobie T-shirt amerykańskiego Exodusa z płyty Bonded By Blood, a na nogach podziurawione na kolanach niebieskie dżinsy. Ja, dla kontrastu, byłem dziś ubrany na czarno, a moją pierś zdobiła bluza niemieckiego Destruction. Obaj ubieraliśmy się na wzór metalowców lat osiemdziesiątych: nosiliśmy wysokie za kostkę białe adidasy i skórzane lub dżinsowe kurtki. W takim miasteczku jak Mastern, konserwatywnym i naprawdę małym, mogliśmy wyglądać na nielichych odmieńców. Ale nie obchodziło nas to. Lubiliśmy metal lat osiemdziesiątych, obaj z Martinem kultywowaliśmy metalowe tradycje wcześniejszych pokoleń. Coraz mniej było metalowców takich jak my, ludzie nie rozumieli, że warto żyć dla czegoś tak ekstremalnego w ich mniemaniu jak muzyka metalowa. Oczywiście nie przypadał nam do gustu każdy jej rodzaj, bo nie tolerowaliśmy tych wszystkich nowych, dziwacznych zespołów, które mieszają w swej muzyce najróżniejsze style. Obaj oddalibyśmy naprawdę wiele, żeby urodzić się z dziesięć lat wcześniej. Czulibyśmy się wtedy jak ryby w wodzie.

Zgasiłem papierosa w popielniczce i sięgnąłem po butelkę piwa. Pociągnąłem solidny łyk, czując w ustach przyjemną gorycz.

– Odwiedziłeś jakieś księgarnie albo antykwariaty w Bostonie? – spytałem. Książki były kolejnym z naszych największych zainteresowań. Mogliśmy czytać i czytać, a potem dyskutować o rozwiązaniach fabuły czy postaciach. Uwielbialiśmy opowiadania Lovecrafta, twórczość Chandlera i Conan Doyle’a. Pasjonowaliśmy się Alienistą Caleba Carra, Teorią Gier Hectora MacDonalda i Krainą Chichów Jonathana Carrola, czytając te książki po wielokroć. Może i byliśmy w Mastern odmieńcami, może starsze, konserwatywne pokolenie krzywiło się na widok naszych długich włosów, jednak z pewnością byliśmy jednymi z najbardziej oczytanych mieszkańców tego zapomnianego przez cywilizację miasteczka.

– Tak – odparł Lawless. – Ale kupiłem tylko Wieczną wojnę Joe Haldemana i Klub Dumas Artura Pereza-Revertego. Nie miałem już zbyt dużo forsy, bo wcześniej wpadłem do sklepów muzycznych.

– Nie zainteresowała cię żadna z nowych książek? – obydwie wymienione przez Martina pozycje już miałem i należały one do moich ulubionych. Poleciłem mu je i jestem pewien, że nie będzie żałował tego zakupu.

Martin uśmiechnął się i powiedział:

– Nowe książki. Wiesz przecież, że naprawdę rzadko zdarzy się wśród nich taka, która przypadnie nam do gustu. Wolę już szperać w antykwariatach i bibliotekach niż na półkach z nowościami.

– Racja – potwierdziłem. – Ale na pewno wydano coś wartego przeczytania. Może nie postawimy tych książek na półce z naszymi ulubionymi, ale też nie wyrzucimy ich do kosza. Mnie osobiście ciekawi parę nowych pozycji, ale ciężko zaryzykować tyle forsy. Książki są zbyt drogie.

– A jak nowa książka twojego ojca?

– Nie mam pojęcia. Chyba ciągle nad nią pracuje – odparłem. Mój ojciec napisał dotychczas dwie powieści, z czego druga, Zapach grobu, odniosła spektakularny sukces.

– Mógłby już skończyć. Chciałbym ją przeczytać – powiedział Lawless, a ja przytaknąłem. Pewnie, że mógłby. Tyle że prawdopodobnie urozmaica sobie pisanie whisky lub ginem, co go nieco spowalnia.

Dopiłem piwo i wstałem. Wiszący na ścianie zegar wskazywał kwadrans po ósmej wieczorem.

– Muszę lecieć. Zobaczymy się jutro na zajęciach – rzekłem.

– Pewnie. Tylko nie szukaj dziś nikogo za domem – zażartował Martin. Spojrzałem na niego i warknąłem:

– Bardzo zabawne.

Zamknąłem za sobą drzwi, zszedłem po schodach i ściągnąłem z wieszaka moją skórzaną czarną kurtkę. Potem wyszedłem z domu i ruszyłem drogą, a silny wiatr ciskał we mnie kroplami deszczu. Nie miałem do domu daleko, zaledwie jakieś dziesięć minut, ale i tak wiedziałem, że zmoknę.


Rozdział drugi

Nasza rodzina nie była taka jak inne. Szczerze powiedziawszy, zawsze cechowała nas wyjątkowa odmienność, separacja od społeczeństwa, w którym żyliśmy. Mój ojciec był znanym pisarzem, jego książki znikały ze sklepowych półek w zaskakująco szybkim tempie. Co prawda napisał dotychczas tylko dwie, jednak zdążył już zdobyć sławę. Całymi dniami siedział w swym gabinecie, który jednocześnie był sypialnią. Właściwie był całym jego światem, bo wychodził z niego tylko wtedy, kiedy naprawdę musiał. Do sklepu, na przykład, po kolejne litry whisky czy ginu.

Zaczął ostro pić już dosyć dawno, prawie dwadzieścia lat temu. Wtedy w wypadku samochodowym umarła nasza matka, przeżył ogromny wstrząs. Mimo to udało mu się jako pisarzowi osiągnąć sukces, choć wiedziałem, że dokonał tego tylko przez wzgląd na mnie i moją siostrę.

Susan skończyła dwadzieścia jeden lat. Nie pamiętała matki, ja zresztą także zachowałem o niej niewiele wspomnień; kiedy umarła, miałem zaledwie sześć wiosen. Susie wychodziła z domu tylko nocą, nie miała w Mastern żadnych znajomych, a mimo to była najbardziej znaną osobą w całym miasteczku. I to wcale nie dlatego, że w wieku piętnastu lat napisała powieść, która podbiła serca czytelników całego świata i przyniosła jej prestiż i uznanie. Literacki sukces Susan nie miał z tym nic wspólnego, ludzie mówili o niej już od chwili jej narodzin. Była piękną dziewczyną, najpiękniejszą chyba, jaką kiedykolwiek widziałem. Bardzo inteligentna, wyrozumiała i pełna współczucia dla innych. Była także chora od urodzenia na bardzo rzadką przypadłość, jaką jest xeroderma pigmentosium, czyli nadwrażliwość skóry na światło. To dlatego wychodziła z domu tylko w nocy, z tego powodu nie miała znajomych i żyła w ciemności. Promieniowanie ultrafioletowe każdego rodzaju mogło spowodować raka skóry, obojętnie, czy było to światło żarówek, blask telewizora, czy – najgroźniejszego – słońca. Jego promienie w bardzo krótkim czasie mogły doprowadzić do śmierci Susie, choć dla innych ludzi były czymś radosnym i miłym. Każdy dłuższy kontakt jej skóry i oczu ze światłem powodował nieodwracalne zmiany na poziomie komórkowym, defekty te sumowały się i skracały jej życie. Wszystkie uszkodzenia gromadziły się i ostatecznie nakładały na siebie, prowadząc do przedwczesnej śmierci. Susan od urodzenia skazana była na trwanie w ciemności.

Oczywiście używała filtrów, rękawiczek, kapeluszy i okularów, ale i tak wychodziła z domu tylko nocą. Przywykła do mroku, potrafiła cieszyć się tym, co miała. Nie wymagała od życia więcej, niż już dostała. Uważałem, że to wspaniałe. Uwielbiałem na nią patrzeć podczas naszych nocnych spacerów, kiedy cieszyła się samym ruchem i panującą wokół ciszą. Wtedy czuła się swobodnie, nic nie więziło jej w cieniu, mogła pójść niemal wszędzie tam, gdzie chciała. Noc była jej żywiołem, czarne oczy Susie błyszczały w ciemności, a lśniąco białe zęby odbijały blask księżyca w każdym z uśmiechów. Blada poświata lśniła także na jej kasztanowych, kręconych i niezwykle gęstych włosach, a szczupłe i zwinne ciało rwało się do pełnego wigoru biegu. Żadne z nas, ludzi żyjących w świetle słońca, nie cieszyło się nigdy tak bardzo powiewem wiatru czy zwyczajnym wyjściem z domu.

Mimo że Susie bez przerwy obcowała z ciemnością, wyraźnie dostrzegała piękno świata. Nigdy nie widziała go w pełnej okazałości, cała jej wiedza o nim brała się z książek i rozmów, ale w jej świadomości ukształtował się jego obraz. Może nieco zbyt wyidealizowany, ale przez to bardzo pociągający, czego dowodem jest jej powieść. Powieść osoby zaledwie piętnastoletniej, a jednak tak bardzo dojrzałej i pełnej zrozumienia.

Wiedziałem, że nigdy nie opuszczę Mastern. Nie dlatego, że nie chciałbym, ale właśnie przez wzgląd na Susan. Już dawno temu zdecydowałem, że moje życie będzie zależne od jej życia, że poświęcę wszystko, co będzie trzeba, by ochronić ją przed podłością ludzi. Mimo swej inteligencji była bardzo bezbronna, jej warunki fizyczne także nie zapewniłyby jej jakiejkolwiek przewagi nad napastnikiem; mierzyła zaledwie metr sześćdziesiąt, ważyła niecałe sześćdziesiąt kilogramów. Ogromną trudność sprawiałoby jej nawet robienie codziennych zakupów i opłacanie rachunków. W tym celu musiałaby korzystać z internetu, a to przecież mogło być fatalne w skutkach. Nie wspominając już o tym, jak miałaby się obronić na przykład przed włamywaczem czy kimś, kto miałby dostarczyć jej jedzenie, a okazałby się zwykłym zbrodniarzem. Nawet jeśli miałaby broń, mogłaby nie zdążyć jej użyć lub oddać niecelny strzał, jeśli w ogóle potrafiłaby to zrobić. A uciec przecież nie mogła nigdzie, promienie słońca zabiłyby ją równie skutecznie jak morderca, tyle że umierałaby nieco dłużej. Nie, Susie nigdy nie mogła zostać sama. Była dla mnie zbyt ważna i nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało.

Miała tego niesamowitego pecha, że nasi rodzice nosili w sobie recesywny gen, który sprawił, że urodziła się chora na xeroderma pigmentosium. Spotkanie się takich osób to przypadek bardzo rzadki i w zasadzie nie jest powiedziane, że dziecko musi urodzić się chore. Jednak los odcisnął swe mroczne piętno na mojej siostrze już w pierwszej chwili jej życia.

Dlatego właśnie nasi rodzice nie odważyli się mieć więcej dzieci. Mnie adoptowali, gdy Susan miała zaledwie rok. Byłem wówczas trzylatkiem. Zawsze marzyli o tym, by wychowywać dwójkę dzieci. Dali mi tyle ciepła, że pokochałem ich z całego serca, jakby byli moimi prawdziwymi rodzicami. Przebywałem z przybraną matką tylko przez kolejne trzy lata mojego życia, ale wiedziałem, że nigdy już jej nie zapomnę. Była naprawdę wspaniałą, kochającą kobietą.

Wczesne dzieciństwo spędziłem w domu dziecka w Mastern. Nie wiedziałem, kim byli moi biologiczni rodzice. Podobno zostawiono mnie gdzieś w parku, między krzakami, najprawdopodobniej po to, żebym umarł. Niemniej nie czułem do nikogo za to nienawiści. Jedyne chyba, co chciałbym wiedzieć, to dlaczego ktoś tak postąpił. Nic więcej.

Z korytarza dobiegł mnie jakiś cichy odgłos. Pewnie ojciec szedł do kuchni coś zjeść.

Siedziałem na łóżku w moim zacienionym pokoju. Paliła się tylko mała lampka o bardzo słabej żarówce. Ze względu na Susie korzystaliśmy w całym domu wyłącznie ze słabego oświetlenia, a przeważnie były to świece. Ta mała lampka była jedynym źródłem światła w pokoju, ale wystarczała mi w zupełności. Znajdujące się nad łóżkiem okno zawsze było zasłonięte grubą kotarą, a monitor komputera ustawiłem tak, by jego poświata padała od drzwi do okna. Susie często mnie odwiedzała, a nie mogło jej przecież przywitać promieniowanie ultrafioletowe.

Ona sama zajmowała całe piętro domu, ale korzystała głównie z jednego pokoju. Przy pisaniu oświetlała go płomieniem świecy, podobnie jak przy czytaniu. Mimo tak słabego oświetlenia wzrok miała doskonały, widziała jak sowa. W końcu sama również była nocnym stworzeniem, nieznającym blasku dnia i istniejącym gdzieś na obrzeżach świata, jaki znamy my.

Niczym nietoperz lub... wampir. Kiedy byłem dzieciakiem, moi szkolni rówieśnicy z czystej złośliwości często tak o niej mówili. Zawsze doprowadzali mnie tym do furii, rzucałem się wtedy na nich z pięściami. Nauczyli się szybko, że przy mnie nie mogą tego bezkarnie robić. Niektórzy z nich do dzisiaj na pewno pamiętają tamte wściekłe ciosy.

Moje myśli powędrowały do dziewczyny, którą dwa dni temu znalazłem za domem. Tamto zdarzenie ciągle było dla mnie zagadką. Gdy po raz drugi wyszedłem za dom, dziewczyna już chyba nie żyła; wyglądała tak... nieludzko, że poczułem, iż nie chcę na nią patrzeć. Odszedłem więc przed dom, by zaczekać na przybycie karetki i ludzi szeryfa. Nie musiałem czekać długo, pojawili się po dwóch czy trzech minutach. Najpierw ambulans, a w chwilę później radiowóz. Sanitariusze wyskoczyli z wozu, a ja zaprowadziłem ich za dom. Kiedy tylko skręciliśmy za róg, poczułem się, jakby rzeczywistość wywinęła solidnego fikołka. Po martwej dziewczynie nie było najmniejszego śladu, nie pozostała nawet kropelka krwi. W miejscu, w którym leżała, trawa była nieco wygnieciona, ale to nie stanowiło żadnego dowodu na prawdziwość moich słów. Adam Fulton, starszy z dwóch sanitariuszy, popatrzył na mnie i zapytał całkiem poważnie:

– Naćpałeś się, Thomas? Czy może robisz sobie jaja?

Obok niego stanął George Flaberty, gruby, wielki jak stodoła funkcjonariusz, a moment później podszedł jeszcze John Ricks, zastępca szeryfa. Wszyscy patrzyli na mnie jak na ostatniego świra i pewnie bym za to wszystko oberwał, gdyby nie to, że w Mastern każdy znał każdego. Oni wiedzieli, że nie należę do tych, którzy zabawiają się podobnymi rzeczami.

– Ona tu była – powiedziałem.

– Skoro tak twierdzisz... – odparł John Ricks. Był trzydziestokilkuletnim szczupłym facetem, zawsze opanowanym i wzbudzającym zaufanie. – Przyjdź jutro do biura szeryfa. Musimy spisać twoje zeznanie.

Odwrócili się wszyscy i odeszli. Słyszałem jeszcze, jak mówią, że coś musiało mi się przywidzieć, po czym wsiedli do swoich samochodów i odjechali.

Długo stałem na trawniku. W końcu okrążyłem dom, jednak niczego nie znalazłem. Wszedłem do środka. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć.