Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian - Ziemowit Szczerek - ebook
Wydawca: Ha!art Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian ebook

Ziemowit Szczerek

4.23076923076923 (26)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 18000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
iOS
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 6 godz. 34 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian - Ziemowit Szczerek

Przyjdzie Mordor i nas zje Ziemowita Szczerka to opowieść o polskich „plecakowcach” wyjeżdżających na Wschód w poszukiwaniu „hardkoru” i przygody. Głównym celem ich wędrówek jest Ukraina, którą przemierzają pociągami, rozklekotanymi autobusami i marszrutkami, magazynując historie, które sprzedają następnie – po odpowiednim „podrasowaniu” – żądnym podobnych treści rodakom.

Przyjdzie Mordor i nas zje jest narracją o odrzuceniu i fascynacji, o potrzebie ekstensyfikacji w osobie Innego tego, czego próbujemy nie zauważać u nas samych. Przedstawia jednocześnie Ukrainę jako przestrzeń wypartego w – świadomie prozachodniej – mentalności Polaków.

Przy tym wszystkim jednak, utwór da się rozpatrywać także jako apologia polskiej ruchliwości i ciekawości świata, którą we współczesnej Europie Środkowo-Wschodniej uznać można za coś wyjątkowego.

• • •

Wybrane opinie:

„Ta proza wchodzi tak łatwo, jak kultowy wśród polskich plecakowców ukraiński balsam Wigor – który w rzeczywistości jest środkiem na potencję – rozrobiony kwasem chlebowym z przerdzewiałej cysterny. Swoboda, prostota, lekkość, rytm zdań pędzących na łeb, na szyję, wulgaryzmy przyjemne jak pieszczota.”

Michał Szymański, „Dwutygodnik”

 

„Tymczasem literackie zjawisko, jakim jest debiutancka książka Ziemowita Szczerka (...), nadeszło od strony reportażu. Co miesiąc ukazuje się kilka znakomitych pozycji z tego nurtu, ale większość pozycji na półkach księgarskich to rzeczy epigońskie, nudne, a czasem wręcz grafomańskie. Rzadko która nowość olśniewa formą i pomysłem tak jak Przyjdzie Mordor... (...) Świetny debiut.”

Marcin Kube, „Przekrój”

 

Przyjdzie Mordor i nas zje to książka na poły formacyjna, być może pierwsza polska powieść postkolonialna, której pojawienie się w rodzimej literaturze przewidywała sześć lat temu prof. Maria Janion. Nie czytałem jeszcze tak sprawnej dekonstrukcji polskich mitów pisanej z pozycji kolonisty – korespondenta z >>europejskiej<< Polski, papugi narodów już wystrojonej w piórka (po)nowoczesności.”

Jakub Wydrzyński, kulturaenter.pl

Opinie o ebooku Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian - Ziemowit Szczerek

Cytaty z ebooka Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian - Ziemowit Szczerek

– To polskie dziecko! Powiedz, dziecko, gdzie twoja mama? – już wyjmowała z torby portmonetkę. – Nie żyje, pobili, Ukraińcy, zabili – wyło „polskie dziecko”, orlę lwowskie, i już po chwili wszyscy młodzi żebracy zawodzili: „my Polaaaaci, my Polaaaci, Ukrajina nedobre, Polska dobre, Matka Boska, Matka Boska”, a cała wycieczka hojnie, łykając łzy wzruszenia i szlochając „to polskie dzieci, polskie dzieci”, okupowała to wzruszenie banknotami – a to dziesięcio-, a to czasem nawet dwudziestozłotowymi, bo pięćdziesiątkami to już nie. – Spierdalaj – powiedział Hawran do dziecka, które wycierając brudny nos, podeszło do niego ze swoim „dyj pan, ja Polak”. – Ty sam sperdalaj, pszek w rot trachanyj – powiedziało dziecko i przezornie umknęło, zerkając tylko, czy Hawranowi nie przychodzi do głowy kopnąć je w dupę.
– Zostaw – powiedział Hawran ze zblazowaną miną znawcy tematu – to nic nie da. Tutaj nie wolno otwierać okien. W autobusach, pociągach. Nie wolno i już. Zakazane. U nas się mlekiem nie popija mięsa i wodą owoców, a tutaj się nie otwiera okien w czasie jazdy. Siadaj na dupie i uszanuj.
gdy tylko wysiedliśmy z marszrutki na lwowskiej ziemi, Hawran poleciał do apteki, kupić ten legendarny balsam Wigor, o którym tyle już zdążyłem od niego usłyszeć. – Ten Wigor – mówił Hawran – to jest formalnie niby lekarstwo, dlatego można go kupić tylko w aptece. Nie wiem na co to lekarstwo, na coś tam, wyciąg z dwunastu ziół, dwunastu ukraińskich wojowników, men, a działa jak bałtycka herbatka z Pielewina, kokaina z wódką. Wszyscy Polacy, co przyjeżdżają do Lwowa, to tu piją.
No ale balsam faktycznie działał. Piłem go i – faktycznie – czułem, jak w moje żyły wstępuje siła, moc i euforia, jakiej nie czułem już od bardzo, bardzo dawna. A im więcej piłem, tym bardziej podobało mi się tutaj. Bo wszystko tu było podkręcone na maksa. Do oporu.
Na trawniku, gdzieś na Żółkiewskim Przedmieściu, leżała staruszka. Podbiegliśmy, by jej pomóc i poczuliśmy bijącą od niej woń alkoholu. Rzuciliśmy się na nogi ją stawiać, ale babcia nie potrzebowała naszej pomocy. Leżała sobie w słońcu, tchnęła alkoholem i dobrze jej było na świecie, jak Diogenesowi wylegującemu się przed beczką. Łagodnym głosem kazała nam się odpierdolić, więc w końcu zostawiliśmy ją na tym trawniku i sami poszliśmy się upijać. Wszystkim, czym się dało.
Dobra – powiedział Hawran – to zrzucimy plecaki i będziemy mieli kimę. No i wiesz – ściszył głos, zerkając na mnie konspiracyjnie – mamy lokalnego. Rozumiesz. Kiwnąłem głową, że tak. Ale po zastanowieniu powiedziałem, że jednak nie. – No – westchnął Hawran, jakby do idioty przemawiał – mamy lokalnego do picia. Co to za Ukraina, co to za hardkor bez picia z lokalnymi, men. U Ruskich musisz się z Ruskimi napić. Inaczej się nie liczy. – Przecież ten mówi, że Polak. – Jaki to, kurwa, Polak – odpowiedział Hawran. – Zresztą, nawet jeśli Polak, to i tak Ruski. Wyobrażasz sobie – żyć tu całe życie i nie być Ruskim?
Z dziadkami nie dało się pogadać. Na wszystkie pytania odpowiadali np.: „Jezus Chrystus król Polski alleluja, alleluja, amen”, albo: „Kto ty jesteś? Polak mały, bolszewika goń, goń, goń”. Sprawiali wrażenie, że nie do końca rozumieją, co mówią.
– Wyprowadzić się! – powiedziała stanowczo. Wyglądała jak stereotypowa Rosjanka, złote zęby, róż na wyschniętych policzkach. Rosjanka, którą ktoś nieudolnie dubbinguje na polski. – Do prawdziwych Polaków iść żyć! Polacy do Polaków! – No, następnym razem – powiedział Hawran – to na pewno. Polacy do Polaków i tak dalej, ale teraz, pani wybaczy… – My tu mamy takie stowarzyszenie – dźgnęła mnie boleśnie purpurowym pazurem w splot słoneczny – Stowarzyszenie Polskich Właścicieli Polskich Mieszkań Pod Wynajem Dla Polskich Turystów Przyjeżdżających Na Lwowską Ziemię, w skrócie eSPeWuPeeMPeWuDePeTePeeNeLZet, pan powtórzy, to zapamięta… – Popocatepetl – powtórzyłem posłusznie. – Tak, no, i tylko my jesteśmy koncesjonowaną
Wreszcie, gdzieś w okolicach ulicy Łesi Ukrainki, usłyszeliśmy znajome dźwięki. Bardzo znajome. To był Bal u weteranów . Lokal mieścił się na parterze i przez okno widać było muzyków: wyglądali jak porządne baciary – kaszkiety kraciate, marynareczki, fulary – wszystko było. Weszliśmy. Usiedliśmy przy stoliku, a wokalista – zasuszony dziod o wyglądzie takim, że Himilsbach by się zaniepokoił, gdyby go zobaczył – zachrypiał: – Opiwnoczi si z’jawili jakis dwa ciwili. Mordy odrapani, kosmy, jak badyli. – Ty – powiedział skonsternowany Hawran. – No właśnie – odpowiedziałem, wsłuchany. – Nicz nikomu ne wpowili, tylki mordy bili... – śpiewał dziadek. – O kurwa – powiedział Hawran zamyślony. – No – odpowiedziałem. – Piwo czy wódka? – spytał kelner. – Wódka – powiedzieliśmy obaj naraz. – A szo – powiedział kelner, patrząc na nas uważnie i uśmiechając się pod bardzo kelnerskim wąsem – wy dumali szo sered baciariw Ukrainciw ne buło, czy szo? – Sam żeś jest nebuło czyszo – mruknął pod nosem Hawran, gdy kelner odchodził z zamówieniem.
Ale lubiłem z nimi pić. Ich towarzystwo to nie było to, co nasi artyści i dziennikarze – tumany bez wiedzy ogólnej, zakokszone matoły, lanserzy puści jak wieprzowe pęcherze i barany z mordami na barze w haendem odziane. We Lwowie było pod tym względem trochę jak u nas w międzywojniu, kiedy to bohemę stanowili lekarze, prawnicy, czy – w najgorszym razie – kolesie po ASP.
zaczął opowiadać, że cały Władca Pierścieni jest o konflikcie cywilizowanego, porządnego, estetycznego i wolnego europejskiego Zachodu z dzikim, azjatyckim, turańsko-słowiańskim i przygnębiającym Wschodem. Z barbarią zaludnioną przez orki, które umieją tylko chamsko ryczeć i się bić. Antyestetycznym zamordyzmem podniesionym do rangi magiczno-totalitarnej machiny.
cały Władca Pierścieni jest o konflikcie cywilizowanego, porządnego, estetycznego i wolnego europejskiego Zachodu z dzikim, azjatyckim, turańsko-słowiańskim i przygnębiającym Wschodem. Z barbarią zaludnioną przez orki, które umieją tylko chamsko ryczeć i się bić. Antyestetycznym zamordyzmem podniesionym do rangi magiczno-totalitarnej machiny.
Smakowałem te różnice, smakowałem ten wschodni osad, który nalazł na starą, dobrą Galicję, kontemplowałem te twarze, które – gdyby Stalinowi pióro drgnęło o milimetry – stałyby teraz w kolejkach do polskich spożywczaków, do polskich urzędów, jeździłyby samochodami na polskich blachach, byłyby swojskie, po milionkroć swojskie i – jako takie – niegodne niczyjej uwagi, poza dziennikarzami programów interwencyjnych zajmujących się problemami społecznymi na polskiej prowincji.
Przed telewizorem siedział pan Bykowski. Oglądał jakąś rosyjską telenowelę, której akcja toczyła się w środowisku kadetów milicji. Był uroczym zdechlaczkiem, witał się radośnie i lekko rubasznie. Na ściennym dywanie wisiała stara, zardzewiała szabla. A nad nią – ryngraf z Maryją. Ale do stołu zaproszono tylko Kusaja. Państwo Bykowscy bardzo nas przepraszali, ale – mówili – do stołu się w ich rodzinie dopuszcza tylko szlachtę. Nam kazali usiąść na fotelach, przed telewizorem. Nie mogłem w to uwierzyć. Jak
– Kurwa, men – dodawał Kusaj – wytłumacz mi, po co oni w ogóle podpisują tego Lenina na cokołach? Przecież to od razu widać, że Lenin, a tu jeszcze napisane „Lenin”. I to cyrylicą, czyli nie że dla turystów, tylko że dla siebie. To tak, jakby na każdej owcy na przykład napisać „owca”, żeby ktoś się nie pomylił i nie wziął jej za krowę. Ty, ma to sens czy nie, no powiedz.