Przygody Plastusia - Maria Kownacka - ebook
Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Przygody Plastusia ebook

Maria Kownacka

4.33333333333333 (3)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przygody Plastusia - Maria Kownacka

Jest to dalsza część przygód uroczego ludzika z plasteliny, którego znamy z pierwszej części tej książki pt. "Plastuś". Nasz mały bohater, jak większość dzieci, uwielbia podróżować. Tym razem Plastuś wraz z Tosią i Jackiem wybiera się na wieś. A tam - bardzo dziwne zwierzęta z rogami, które dają mleko do wiaderka, śmieszne tłuściochy, jeszcze grubsze od gumy myszy, na krótkich nóżkach, z ogonkiem jak sznurek, zawiązanym w pętelkę i wiele, wiele innych niezwykłości. Nowe środowisko daje małym bohaterom możliwość poznania różnych zjawisk przyrodniczych, zwyczajów ptaków, zwierząt oraz sprytnie podkreśla konieczność ochrony przyrody.

Opinie o ebooku Przygody Plastusia - Maria Kownacka

Fragment ebooka Przygody Plastusia - Maria Kownacka

Projekt okładki i ilustracje:

Jarosław Żukowski

Skład:

Magdalena Gawrońska

© by Siedmioróg

ISBN 978-83-7568-995-2

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2012

Na wsi jest wesoło

Nie wiem, czy wszystkie dzieci lubią podróżować bo my z Tosią i Jackiem to bardzo lubimy!

Zaraz po Nowym Roku pojechaliśmy na wieś do jednej Tosinej siostry ciotecznej, Hani.

Pojechał piórnik, no i ja, ma się rozumieć, bo Tosia miała tam odrabiać lekcje zadane na po świętach, a bez nas nie dałaby rady.

Jechaliśmy najpierw tramwajem, potem koleją, potem autobusem, a wreszcie końmi.

W tramwaju, pociągu i autobusie cały czas wyglądaliśmy przez okno.

To bardzo zabawne patrzeć, jak za oknem drzewa, domy, ludzie, płoty wszystko miga i ucieka do tyłu!

Tylko jak był tunel, zrobiło się czarno i trzeba było odejść od okna.

A kiedyśmy wreszcie dostali się na sanie, to siedzieliśmy na przednim siedzeniu przy tatusiu Hani. Janczarki dzwoniły wesoło i raźno: dryń… dryń… dryń!

Jacek powoził trzymał lejce, a ja mu pomagałem.

Na wsi jest ślicznie i wesoło! Domy nie takie ogromne jak w Warszawie, ale jest za to dużo nieba, drzew, śniegu, a jak świeci słońce, to cały dzień biega się po dworze i fika koziołki z saneczek w puch śniegowy.

też tam bardzo dziwne zwierzęta z rogami nazywają się krowy i kozy i dają mleko do wiaderek. Jeszcze takich rogatych zwierząt nie widziałem. Jedna koza beczała, trzęsła brodą i chciała mnie połknąć, ale Tosia nie dała.

A w osobnej zagrodzie znowu chrząkają takie śmieszne tłuściochy jeszcze grubsze od gumy-myszki na krótkich nogach, z ogonkiem jak sznurek, zawiązanym w pętelkę! One się nazywają świnie.

Żywych jeszcze nigdy nie widziałem, ale w szkole dzieci nieraz je lepiły z plasteliny i robiły z żołędzi.

Pocieszne też białe gęsi w żółtych łapciach i czarne indyki w czerwonych kapturkach, z koralami pod szyją.

Ale najbardziej ze wszystkiego to mi się podobał taki mały teatr za oknem. Akurat jak dla mnie i dla gumy-myszki! Ma on dach ze świerkowych gałązek, podparty kołkami, ale skaczą w nim i podrygują wcale nie kukiełki, jak u nas w szkole, tylko ptaki! Najwięcej przylatuje wróbli, moich dobrych znajomków z Warszawy.

Gwałtu narobią zawsze i naśmiecą dookoła, że strach!

Hania wcale nie lubi, jak przylatują te zabijaki.

Ale co za radość i przedstawienie, kiedy przylecą sikorki!

Chyba nawet w cyrku takich sztuk nie potrafią!

Sikorka, przyczepiona mocno pazurami do patyka, potrafi z niego coś wyjadać, wisząc do góry nogami, i oprócz tego kręci się razem z tym patykiem jak bąk w kółeczko.

Istne cuda!

Żołędziowa czapeczka

Popatrz, gumo-myszko powiadam jakie one, te sikory, mają prześliczne szafirowe bereciki!

Guma-myszka zerknęła na sikorki i usiadła z przejęcia.

Ach, Plastusiu, Plastusiu, Tosia musi ci zrobić taką czapeczkę! Zobaczysz, jak ci będzie w niej pięknie!

„Rzeczywiście myślę sobie mama zrobiła Tosi czerwoną czapkę z włóczki, żeby miała na saneczki, a Jackowi zieloną na narty; sikory do wyprawiania sztuk za oknem mają szafirowe, a ja, Plastuś, nie mam mieć żadnej?! Zawsze tylko łysą głową mam świecić? Przecież teraz zima! Ja też jeżdżę z dziećmi na nartach i na sankach i czapkę muszę mieć koniecznie!”

Usiadłem sobie przy piórniku czekam na Tosię i myślę sobie, jak by ładnie poprosić o czapkę; a tu jej jak nie ma, tak nie ma!

Dokąd ona poszła, ta Tośka, beze mnie?

Guma-myszka piszczy mi nad uchem:

A może ona już wyjechała, ta nasza Tosia?

Nie przeszkadzaj, piszczko, bo ja sobie właśnie układam, jak Tosię poprosić o czapkę!

No i już ułożyłeś?

Ułożyłem! Posłuchaj.

Tosiu, zima to nie żarty!

Plastuś czapki chce na narty!

Ulituj się odrobinę,

daj mi czapkę na łysinę!

Och, jak ty to pięknie ułożyłeś! zapiszczała guma-myszka. Na pewno czapkę dostaniesz!

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i wbiegły do pokoju Tosia i Hania, obie zaróżowione i uśmiechnięte. Już się wyprostowałem i nawet usta otworzyłem, żeby powiedzieć swój wierszyk, a tu nagle Tosia podbiega do mnie i woła:

Plastusiu kochany, mam dla ciebie niespodziankę! O, widzisz?! i wyjmuje z kieszeni kożuszka pełną garść jakichś małych, szarych miseczek.

Czy wiesz, co to jest takiego? To żołędziowe miseczki! Wiesz, w każdej takiej miseczce siedziała sobie żołądź, ale posadzili do ziemi i wyrośnie z niej dąb takie wielkie, zielone drzewo! I to drzewo znowu będzie rodziło żołędzie!

Ja znam żołędzie! przypomniałem sobie. W szkole robiliśmy z nich świnki!

A te miseczki po żołędziach dała nam jedna dziewczynka i wiesz, co z nich zrobimy? Dla ciebie czapeczkę! Nie możesz chodzić z gołą głową w taki mróz!

mnie zamroczyło z radości usiadłem, a guma-myszka pisnęła:

Ojejej! Plastusiu, co będzie z wierszykiem?

A Tosia i Hania już mi przymierzały po kolei żołędziowe miseczki.

Patrz, wygląda zupełnie jak narciarz z tym chwościkiem na czubku!

Ta czapeczka najlepsza! Mocno siedzi na głowie!

No, przejrzyj się, Plastusiu, w stalówce!

Przejrzałem się i podskoczyłem z radości. Wyglądałem wspaniale i tak zadzierżyście, że wszyscy z piórnika nosy powysadzali, żeby mnie zobaczyć.

No, teraz, Plastusiu, będziesz mógł z nami biegać po dworze! zawołała Hania.

A podobno, jeśli ktoś nosi czapkę z żołędziowej miseczki, ten rozumie, co mówią drzewa i zwierzęta ale nie wiem, czy to prawda powiedziała Tosia.

No i co teraz będzie z tym wierszykiem? lamentowała guma-myszka.

Nic, wpiszemy go do pamiętnika. Już ona taka zawsze, ta moja Tosia! Wszystko zawsze zrobi, co trzeba, zanim zdążę poprosić.

Przygoda w ptasiej gospodzie

I znowu nastał piękny, słoneczny dzień.

Siedzę sobie na oknie, w mojej ślicznej, żołędziowej czapce, przy mnie stoi piórnik, a okno jest uchylone, żeby było świeże powietrze w mieszkaniu. Za szybą uwijają się ptaki wokoło swojej gospody; bo to wcale nie jest teatrzyk, tylko karmnik to, co stoi za oknem!

Hania wymiotła ptasią gospodę, nasypała tam kaszy i różnych nasion i poszła z Tosią na saneczki.

Spróbowałem tych nasion. Wziąłem do ust, ale czym prędzej wyplułem. Brrr! twarde, suche, cierpkie! Za nic nie chciałbym tego jeść! Dziwne gusty mają te ptaszyska. Ale jeżeli im to smakuje, to niech sobie jedzą!

Właśnie do gospody zleciały wróble młócą kaszę, że pryska na wszystkie strony. A gwałtu! A ćwierkaniny! pióro wytknęło stalówkę z piórnika, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Zamiast się gapić powiadam do niego grzecznie lepiej byś to wszystko ładnie opisało, co się za oknem dzieje!

Ale pióro bardzo się obruszyło i zgrzytnęło stalówką:

Pióro pisać poradzi, gdy je Tosia prowadzi!

Żebyś było mądre pióro, tobyś samo pisało ale rozumu masz za mało!

My się tu sprzeczamy na dobre, guma-myszka nie wie, jak nas godzić, tu nagle frrr! nasze wróble rozsypały się na wszystkie strony, jakby je kto z przetaka wysypał! A do gospody wpadł duży, pstry jak pajac ptak z dziobiskiem jak nasz najgrubszy ołówek i z czerwoną czapką na głowie. Poznałem go od razu z obrazka w książce i wołam:

Dzięciole! Dzięciole! Skąd masz czapkę na czole? Dzięciole, czy wiesz, ja mam czapkę też! I poklepałem się po głowie.

Ale on ani myśli odpowiadać, tylko dalejże grzmoci dziobem po karmniku, a siemię konopne łyka całym gardłem!

A tu tymczasem wróble i sikory gwałt robią na brzozie.

Ćwirrr! Ćwirrr! Dzięciole, rozbójniku!

Zjesz nam konopie w karmniku!

Niech się stąd dzięcioł wyniesie!

Ma szyszek ćwirrr-ćwirrr dość w lesie!

Ale dzięcioł nic a nic sobie z tego nie robi. Połknął wszystkie konopie, do ostatniego ziarnka, potem podziobał łup-cup-cup! deski karmnika, z góry, z dołu, jakby chciał sprawdzić, czy mocne, krzyknął bojowo:

Kik!… Kik!… i furrrknął w las.

Ledwo dzięcioł się wyniósł, a tu nie wiadomo skąd sfrunęły znowu do ptasiej gospody zabawne, czubate sikorki, mało co większe od gumy-myszki, i dalejże po gospodzie się uwijać!

Zapatrzyliśmy się z piórem i gumą na to widowisko, a tu nagle hop! wskakuje lekuchno na parapet Maciek, tutejszy kot.

Oczy mu się świecą, sierść najeżona; podkrada się i cichutko łapą otwiera uchylone okno.

Krzyknąłem ile siły:

Maciek! A psssik! Poszedł stąd! Wynocha!

Ale on wcale nie zwraca na mnie uwagi i już się wkrada na murek za oknem jeszcze jeden skok i porwie wesolutką sikorkę z czubkiem!

Niedoczekanie! Niewiele myśląc cap! ja kota za ogon!

Stój, łotrzyku jeden! Ani kroku dalej!

Ale on, wstrętne kocisko, tylko fajtnął ogonem, a ja jak wystrzelony z procy przeleciałem mu nad głową i siuuup! runąłem w dół, gdzieś bardzo nisko i głęboko, i utknąłem głową w czymś mokrym, zimnym i sypkim jak piasek.

To był śnieg.

Zdążyłem tylko usłyszeć, jak guma-myszka pisnęła przeraźliwie, pióro zgrzytnęło stalówką, a sikorki furknęły z gospody.

„Dobrze chociaż, że ten rozbójnik sikorek nie złapał!” pomyślałem sobie na pociechę i pomacałem się po głowie. Żołędziowa czapka siedziała na niej mocno!

„Pewno dzięki tej czapce ocalałem i nie rozbiłem sobie głowy” pomyślałem, i to dodało mi sił.

Zacząłem grzebać się w śniegu jak w stercie puchu.

To wszystko wcale nie było takie zabawne, ale kto ma mocny żołędziowy hełm na głowie, ten zawsze sobie poradzi!

plastusiowy_OK-4.html

Smok mnie porywa

Ten śnieg to ładnie wygląda z okna i przyjemnie jeździć po nim na sankach, ale tak wpaść w niego głową, jak mnie się przydarzyło, to nikomu nie życzę!

Gramolę ja się z tego białego puchu, jak tylko mogę, ale co się rękami podeprę, to – buch! utykam nosem w śnieg jeszcze głębiej! Co wierzgnę nogami, to czuję, że grzęznę coraz bardziej. Chcę krzyczeć ratunku – a tu śnieg mi zapycha usta i gardło!

Jak długo tak wojowałem ze śniegiem – sam nie wiem.

Wtem usłyszałem gdzieś wysoko nad głową brzęk otwieranego okna (na pewno tego, z którego wypadłem!) i głos Haninej mamy:

– Haniu, Tosiu! Wracajcie do domu! Już się ściemnia! Dość tego saneczkowania!

A potem dziewczynki przeszły tuż-tuż koło mnie.

Słyszałem, jak Tosia mówiła do Hani:

– Wiesz, szkoda, że Plastusia nie wzięłam na saneczki – on tak się lubi wozić!