Przygody imć pana Mikołaja Reja - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 273 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przygody imć pana Mikołaja Reja - Zuzanna Morawska

Powieść historyczna przenosząca czytelnika w odległe czasy wieku XVI. Poznajemy w niej losy najpierw małego Mikołajka, szlacheckiego syna, później statecznego szlachcica, znanego i cenionego po dziś dzień Mikołaja Reja z Nagłowic. Zuzanna Morawska (1840–1922) była polską pisarką dla dzieci i młodzieży, działaczką oświatową. Jej utwory odznaczają się wysoką wartością pedagogiczną. W latach 1886–1898 prowadziła z W. Rafalską tajną pensję pod nazwą Szkoły Rzemiosł. W 1905 roku została aresztowana i więziona do 1906 roku. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Bluszczem”. Autorka powiastek dla małych dzieci: „Z życia małych dzieci”, „Nasi znajomi”, „Lalka panny Gosi” oraz poczytnych powieści historycznych dla młodzieży: „Wilcze gniazdo” (1885), „Giermek książęcy” (1890), „Jerzy Jaszczur-Bażeński” (1898), „Król kurkowy” (1899), „Na zgliszczach Zakonu” (1911), „Rotmistrz wybraniecki”, „Złota ostroga” (1901), „Na posterunku”, „Nigdy”, „Waterloo”, „Na straży” (1917). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Przygody imć pana Mikołaja Reja - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Przygody imć pana Mikołaja Reja - Zuzanna Morawska




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I Kołajok
  2. ROZDZIAŁ II Chudzina
  3. ROZDZIAŁ III Jak sobie Chudzina z Mikołajkiem, a Mikołajek z Chudziną poczynał
  4. ROZDZIAŁ IV Jako się Mikołajek ze stryjem dobrodziejem spotkał
  5. ROZDZIAŁ V Jako Mikołajek stryjowi jegomości wielką niespodziankę uczynił
  6. ROZDZIAŁ VI Jak się Mikołajek znalazł tam, gdzie wcale sobie nie życzył
  7. ROZDZIAŁ VII Jak mizerny i nic nie znaczący Lejba przydał się imć panu Mikołajowi i ze złego terminu go wyprowadził
  8. ROZDZIAŁ VIII Jak Mikołajek z nadmierną radością gości powitał
  9. ROZDZIAŁ IX Jak sobie Mikołajek w Krakowie poczynał i jaką na siebie ściągnął przygodę
  10. ROZDZIAŁ X Jak się Mikołajek w wielkim smutku znalazł, a Chudzina miał głowę pełną rozmysłów
  11. ROZDZIAŁ XI Jak stryj i synowiec nie wiedzieli zgoła, kogo to w drodze spotkają
  12. ROZDZIAŁ XII Jak się imć Mikołaj łatwym sposobem na dworze Jaśnie Wielmożnego Wojewody znalazł
  13. ROZDZIAŁ XIII Jak sobie imć pan Mikołaj na dworze wojewodzińskim poczynał
  14. ROZDZIAŁ XIV Jak imć pan Mikołaj najsroższego swego wroga pokonał
  15. ROZDZIAŁ XV Jak imć pan Mikołaj przeora, a przeor imć pana Mikołaja o niesłuszne rzeczy posądza
  16. ROZDZIAŁ XVI Komu się dostało to, co było dla imć pana Reja przeznaczone
  17. ROZDZIAŁ XVII Jak młody Rej ze swego poselstwa przed wojewodą i wielu zacnymi panami sprawę zdawał
  18. ROZDZIAŁ XVIII Jak sobie młody Rej w wielkim kłopocie radził
  19. ROZDZIAŁ XIX Jak się młody Rej z polecenia Jaśnie Wielmożnego Wojewody wywiązał
  20. ROZDZIAŁ XX Jak młody Rej kłótnię dykteryjkami zażegnał
  21. ROZDZIAŁ XXI Jako imć Mikołaja coraz zacniejsze myśli obsiadają
  22. ROZDZIAŁ XXII Jak Mikołaja dowcip miał posłużyć panom do ich celów
  23. ROZDZIAŁ XXIII Jak Mikołaj gdzie indziej szedł, a gdzie indziej zaszedł
  24. ROZDZIAŁ XXIV Jak imć Mikołaja wszyscy w smutku pocieszają
  25. ROZDZIAŁ XXV Kogo imć Mikołaj, wracając z zamku, spotkał?
  26. ROZDZIAŁ XXVI Jak imć Rej znakomitym osobom umie zawsze trafnie odpowiedzieć
  27. ROZDZIAŁ XXVII Jak Rej słodką chmurę nad rynek w Krakowie sprowadził
  28. ROZDZIAŁ XXVIII Co imć pan Rej i inni ojcowie dali synom na pamiątkę unii Litwy z Polską
  29. ?Kolofon

ROZDZIAŁ I

Kołajok

Dzień był mroźny a wyiskrzony. Słonko, jak zwykle w styczniu, jasnym oczkiem poczęło już spoglądać na ziemię. Niedługo się ono wprawdzie tym spoglądaniem zabawiało, ale pewnego dnia było takie wesołe i takie złociste, że chociaż mróz chwytał za nos, każdemu jakoś wesoło na sercu się robiło. Raźno też waliły cepy na boisku wielkiej stodoły w Żórawnie, tak raźno, że nie tylko rozlegało się po całym podwórzu, ale odgłos ich leciał het, aż na zamarznięty Dniestr, a i do komnat dworskich się wdzierał.

Ze dwora też wyskoczył dziesięcioletni Mikołajek, ukochany jedynaczek imć pana Stanisława Reja i Barbary Herburtówny, drugiej już jego małżonki. Widać było od razu, że ten Mikołajek nie tylko był jedynakiem i oczkiem w głowie pani matki i pana ojca, ale że rodzice jego dostatnio się mieli. Chłopak bowiem odziany był w półkożuszek aż do kolan, szarawary skórzane, na nogach miał ciżmy dobrze podszyte, na głowie czapkę barankową z uszami, a w ręce trzymał duży kawał piernika, który mu matka na podobiadek wetknęła. Wybiegłszy na podsienie, ugryzł kawałek piernika i choć zapakowane miał usta, począł, przestępując z nogi na nogę, odgłos cepów przedrzeźniać:

– Cep, cep! Cep, cep! Cep!

Chciał biec dalej, ale spostrzegłszy wielki sopel zwieszający się od słomianego okapu, podskoczył, by go oderwać. Nie udało mu się wszakże. Podskoczył drugi raz. Gdzie tam! Sopel był zbyt wysoko, drwił więc z niezgrabnych usiłowań chłopca, błyszcząc w słońcu i przeświecając barwami tęczy. Nagle drzwi od izby do sieni skrzypnęły i odezwało się wołanie:

– Mikołajek! Mikołajek!

A Mikołajek, usłyszawszy głos matki, drapnął, co miał siły, tylko śnieg mu skrzypiał pod nogami. A pani matka zobaczywszy, że go nie ma w sieni, na podsieniu biadała:

– Na taki mróz, na taki mróz...

– Et, co mu tam będzie! – przerwał ojciec, wciągając na siebie kożuch.

– Łatwo to jegomości mówić, a jak się, broń Boże, zaziębi?

– Zaraz zaziębi. Przecie to nie dziewucha, żeby go w izbie przy kominie trzymać albo i w pierzynę owinąć – mówił małżonek, gotując się do wyjścia.

– Wiem ci, że nie dziewucha, ale jedyne dziecko.

– Ba, ba, jedynaczek maminsynek – przekomarzał się z żoną imć pan Stanisław.

– Niby to jegomość tak samo go nie pieści i nie hołubi – odcięła się pani Barbara. Widząc zaś, że małżonek naciąga grube futrzane rękawice, rzekła: – Weź no, jegomość, i dla Mikołajka.

I w boczną kieszeń mężowskiego półkożuszka wkładała parę, przez siebie samą dzianą, z szarej wełny z jednym palcem rękawiczek.

– W imię Ojca i Syna! Słyszane to rzeczy? Toć to jejmość w rękawiczki chłopaka chce ustroić?! – zdziwił się małżonek.

– Mój jegomościuniu, nie dziwuj się, idź a rozkaż, żeby zaraz włożył. Zdybiesz go niechybnie przy stadninie – rzuciła za wychodzącym małżonkiem.

– To ci urwis z tego Mikołajka – mruknął ojciec i wyszedł z podsienia. – Mróz aż skwierczy w oczach. Miała jejmość rację, może się zaziębić. Dam ja mu! – dodał przyśpieszając kroku i rozglądając się po wielkim podwórzu.

Ale Mikołajka nigdzie nie było.

Ruch za to był koło stajen i w całym gospodarczym obejściu. Ten niósł wiadrami wodę, inny ją czerpał przy studni, a żuraw skrzypiał mieszając swój piskliwy głos z odgłosem dolatujących od stodoły uderzeń cepów.

Pan Rej, jako dobry gospodarz, był już wszędzie jak co dzień i całe obejście widział, a chociaż nie znalazł nic, co by osobliwszej jego baczności potrzebowało, pilnie jednak na wszystko i teraz spoglądał, i w każdy kąt zazierał Przy stajniach dłużej się zatrzymał, raz, że stadnina zacny przynosiła mu dochód i mógł się nią bodaj przed hetmanem czy królem jegomością pochwalić, i po drugie, że była dla niego ulubionym dzieckiem, a pod względem miłowania – po Mikołajku najpierwszym. Teraz też spoglądając na konie, Mikołajka upatrywał.

Przeszedł wzdłuż i wszerz stajnie, był i w okólniku, gdzie wypuszczone dla przewietrzenia się źrebce rozkosznie brykały. Uśmiechnął się z zadowoleniem na widok połyskujących, dobrze wyczyszczonych i osadzonych źrebiąt, spojrzał na koniarków odgarniających śnieg z okólnika, ale Mikołajka nie dojrzał.

– Mikołajka nie było? – zapytał najbliżej stojącego koniarka.

Chłopak podniósł głowę i jakby chciał rozważyć zapytanie lub po prostu skorzystać i przez chwilę popróżnować, zapytał:

– Mikołajka, niby jegomościnego, ze dwora?

– A juści, durniu, nie o innego pytam – ofuknął.

Chłopak znów spojrzał i powoli, przeciągłym swym głosem odrzekł:

– Nie.

A plunąwszy w garść, ujął znów łopatę i z wielką gorliwością począł dalej śnieg odrzucać.

Imć pan Rej mruknął coś pod nosem i poszedł dalej. Przystanął wszakże, rozejrzał się raz jeszcze. Coraz wyraźniejszy odgłos cepów rozchodzących się ze stodoły skłonił go nareszcie.

– I gdzie go to licho poniosło? – mruknął myśląc o synu. – No no, dam ja mu rozgrzewkę, aż w niebie słychać będzie – dodał.

I z tą pogróżką wszedł do stodoły.

Draszki, spostrzegłszy pana, z siłą poczęli cepami machać, podstarości nogą słomę ogarniał, lecz jegomość nie zwrócił uwagi na tę ich zwiększoną pilność.

– Był tu Mikołajek?

Przy łomocie cepów nikt nie słyszał zapytania, aż podstarości się zbliżył i zasłoniwszy ucho garścią, ku panu je nadstawił.

– Mikołajka nie było? – powtórzył pan Rej pytanie.

– A co ino – odrzekł podstarości, oglądając się dokoła.

– A gdzie się podział? – pytał dalej jegomość.

Podstarości raz jeszcze się rozejrzał, jakby słomki, nie zaś łebskiego a dobrze wyrosłego chłopaka szukał, i rzekł:

– Tędy by poszedł, nie zważałem. Mikołajek jak Mikołajek, juści jest, juści go nie ma – dodał.

– Na dziecko trzeba uważać! – zawołał pan Rej grzmiącym głosem.

– Przecież też krzywdy mu się nie da zrobić – odrzekł podstarości. – Ale gdzie by poszedł, trudno zmiarkować, to jak wiatr, a człowiek ma cały dogląd na głowie – mówił dalej, usprawiedliwiając się podstarości. – Na wierzejach się huśtał, to go ostrzegłem, żeby sobie krzywdy nie zrobił i tyle – dodał. – Równo tam, równo! Nie ociągać się! – wołał z całą gorliwością, zwracając się do draszków.

A pan Rej, nie zapytawszy nawet, ile warstw wymłócili, zawrócił ku domowi.

– Dam ja mu – odgrażał się będąc pewny, że syna znajdzie w domu.

Po drodze wszakże zaszedł jeszcze do stajen, zajrzał do obory i owczarni, a że dojrzał owczarka drzemiącego w kącie, a owczarza wystrzygającego wełnę baranom, kuksnął pierwszego, drugiemu wlał parę razów i odebrał wystrzyżoną wełnę. To wszystko sporo zajęło czasu. Zły, zasapany wracał do dworu.

– A Mikołajek? – zapytała pani Barbara ujrzawszy wchodzącego małżonka.

– Jak to, nie ma go jeszcze? – spytał małżonek.

– Bójże się, jegomość, Boga! – krzyknęła załamując ręce pani Rejowa. – I jegomość go nie szukał? – dodała z wymówką. – Paraska, ruszaj co tchu! – rozkazywała dalej, zarzucając na siebie tołubek i chustę na głowę.

– A przecież powiedzieli... – rzekł jegomość. Ale przypomniawszy sobie, że mu nic nie powiedzieli, gdzie by się Mikołajek obracał, trzasnął drzwiami i wyszedł co prędzej na powrót.

– Wasil, leć, szukaj Mikołajka! – rozkazała strapionym głosem pani Rejowa.

– Niech się jejmość dobrodziejka nie lęka i nie alteruje. Mikołajkowi nic się nie stanie, a jejmość dobrodziejka, uchowaj Boże, zachoruje – mówiła panna Kordula, wyprawna panna imć pani Rejowej.

Pomagała wszakże jejmości odziewać się, a na Paraskę wołała:

– Śpiesz się, nie czekaj! Ale gdzie ciżmy jejmości dobrodziejki?!

Paraska kręciła się łomocząc drewnianymi chodakami i nie wiedząc, czy najpierw podać ciżmy, czy szukać Mikołajka. Znalazła nareszcie ciżmy, a zostawiając dalsze starania pannie Korduli, wyskoczyła przez alkierz do sieni prowadzącej do kuchni i piekarni, a po drodze zdążyła zawołać:

– Mikołajek gdzieś zginął!

– Ba, Mikołajek pewnikiem, gdzieś wróble wykręca albo wronie gniazda zrzuca! – zaśmiano się w piekarni.

– Odsuń prosię, bo się do cna przypali! – zawołał kuchcik. – Jejmość nie siądzie do jadła, póki Mikołajka nie znajdą, a jak prosię będzie przepieczone, to kucharz oberwie – zakończył.

I zaraz mruknął:

– Nie mnie tam ichmości sądzić, ale że tego swego jedynaka nadto pieszczą, to w tym powiedzeniu i grzechu nie ma. Ale zaraz wstał i własnoręcznie jakiś rondelek od ognia odsunął i rzekł: – Wątróbka też będzie miała jeszcze czas. – Spróbował z owego rondelka i mówił: – Trzeba jeno jeszcze trochę miodowniku, bo Mikołajek lubi słodko.

Tymczasem na podwórzu i gumnach cisza była zupełna. Cepy przestały wydawać swój suchy a jednostajny odgłos, w stajniach i oborach słychać było tylko przeżuwanie zasypanego obroku, ale ludzie nie słaniali się nigdzie. Słonko wskazywało południe, a patrząc uśmiechniętym wzrokiem, zdawało się wołać:

– Mam ja w sobie tyle gorąca, że i najsroższy mróz jej nie odbierze, ale wy tam, na ziemi, idźcie rozgrzać się a pokrzepić!

Poszli więc za radą słonka i każdy rozgrzewał się przy płonącym kominie, pokrzepiając siły gorącą strawą. Cisza więc była zupełna, nie słychać było ani uderzeń cepów, ani skrzypu zmarzniętego śniegu pod nogami, ani nawoływania stajennych, ani gromkiego głosu gumiennego i podstarościch.

Nie dochodził też żaden gwar znad rzeki, bo mróz i tutaj rozpostarł swe panowanie i bystre fale Dniestru ścisnął w swoich okowach. Tylko niebo tam hen, daleko, odbijając w błękicie swoim białość śniegu, zdawało się łączyć z ziemią.

Wśród tej ogólnej ciszy jeszcze głośniej rozchodził się skrzyp śniegu pod niecierpliwymi krokami imć pana Reja i jeszcze donośniej brzmiało niecierpliwe jego nawoływanie:

– Martyn! Hawryło! A żeby was!

A do tego gromkiego głosu dołączyło się teraz wołanie imć pani Barbary:

– Mikołajek! Mi-ko-ła-jek!

W głosie tym znać było trwogę i tłumione łkanie. A na tle tych dwóch głosów odzywało się ciężkie stąpanie Wącha i uderzanie drewnianych chodaków Paraski, która sama nie wiedząc czemu, biegała na wszystkie strony i szczerząc zęby, rada była, że może nic nie robić i na mrozie nieco pobaraszkować.

Z piekarni poczęli nadciągać ludzie. Każdy, usłyszawszy głos jegomości, śpieszył z wystraszoną miną. Nie było to bowiem w jego zwyczaju, żeby od misy i odpoczynku parobków odrywać, bo i sam równocześnie z nimi smakowitym jadłem się raczył, i wypoczynku zażywał. Rozumieli więc, że stało się coś nadzwyczajnego, a tym więcej gdy ujrzeli jejmość panią z wielkim lamentem szybko po podwórzu chodzącą.

W cichym przed chwilą podwórzu, koło stajen, obory, owczarni, gumna i stodół, słychać było:

– Mikołajek! Mikołajek!

Wołanie to, wyrzucane naraz z kilkunastu piersi, przeszło w jakieś nie znane dotąd nikomu głosy. Coś jakby klekot donośny. A z chat wybiegli chłopi i nie wiedząc, co się stało, pędzili też za urzędnikami. W przestrachu tym uszu ich doleciało:

– Kołajok! Kołajok!

Każdy więc, wierny zwyczajowi, darł się na całe gardło:

– Ko-ła-jok! Ko-ła-jok!

Teraz i ci, co byli w podwórzu, zaprzestali szukać i wołać Mikołajka, powtarzali, biegając bez pamięci:

– Kołajok! Kołajok!

Pan Rej, jako człek przytomny i głowa całego domu, zobaczywszy chmarę z całej wsi ludzi, spojrzał najpierw na dachy, czy gdzie pożar nie wybuchł, potem ku stojącej nieruchomie, ściętej mrozem rzece i rozejrzał się, czy gdzie Tatara lub Turka złe nie niesie. Nigdzie nic! Jednak głos coraz bardziej jękliwy wychodzi ze wszystkich piersi, bijąc zgodnie ku górze:

– Kołajok! Kołajok!

W tej chwili imć pan Rej zapomniał nawet o Mikołajku: był pewien, że mu się nic złego nie stało, tylko figle i psikusy gdzieś młodzieniaszka nadto długo trzymają. Jeżeli zaś szukał go, to ku uciszeniu nadzwyczajnej alteracji jejmość dobrodziejki. Teraz nie dojrzawszy jej na podwórzu, zostawił całą wrzeszczącą rzeszę i ku domowi się skierował.

Jejmość pani Barbara nie była tak spokojna, jak małżonek. W alkierzu klęcząc przed Ukrzyżowanym, zalewała się łzami, a panna Kordula z miną stosowną do okoliczności klęczała opodal swej pani.

– Ależ, moja panno, przecież to i grzech płakać byle czego!

– Jak to byle czego? – spytała zrywając się z klęczek pani Barbara. – Cóż to, Mikołajek jest „byle co” dla jegomości? – dodała z gorzką wymówką, patrząc małżonkowi śmiało w oczy.

Imć pan Rej kapitulował i miał już coś gwoli kondolencji powiedzieć, gdy nagle z podwórza doleciał go jeszcze gwałtowniejszy wrzask, pisk i tupot po zmarzniętym śniegu, jak gdyby tabun koni wpędzono.

„Tatarzy czy co?” – przebiegło mu przez myśl. I spiesznie wybiegł z alkierza.

Za nim biegła pani Barbara. Na podwórzu osobliwy uderzył ją widok. Olbrzymi chłop niósł na ramionach jakieś dziwo tak dziwacznie w słomę przybrane, że nie można było poznać, co to było. Nogami ściskało chłopa, rękami obejmowało go za szyję, lecz był to snop pszenicznej słomy, z niego wychodziła słomiana, najeżona kłosami czapka, spod niej dwoje oczu świeciło.

Oto właśnie kiedy wszyscy wrzeszcząc, ile kto miał siły, upatrywali rzekomego niebezpieczeństwa, jeden z chłopów zaszedł za szczyt stodoły i podniósłszy głowę do góry, ujrzał to dziwo wyglądające przez oderwaną deskę. Chłop, sądząc, że to jakieś nasłanie, a może i samo złe, które się stało całego popłochu przyczyną, teraz przez otwór w stodole wygląda, przystawił drabinę, przeżegnał się i z wielkim bohaterstwem, chociaż i z wielkim lękiem, owe złe pochwycił.

Złe wcale się nie broniło. Owszem, uchwyciło chłopa za szyję, zwinnie przekręciło się na jego plecy i zjechało swobodnie z drabiny.

Chłop ośmieliwszy się jakoś, w tryumfie szedł na podwórze, a tłum ujrzawszy złe, rzucał się na nie z widłami i drągami. Któryś nawet przez snopek już nieźle dojechał. Wtedy owo złe zeskoczyło na ziemię, zrzuciło czapkę i skacząc poczęło się śmiać na całe gardło.

– Mikołajek! – wrzasnęła Paraska.

– Mikołajek! – powtórzył Hryć, a za nim tłum cały.

A była to właśnie chwila, kiedy oboje imć państwo Rejowie w najwyższym przestrachu, na podwórzec wybiegli.

Mikołajek, chcąc oswobodzić się ze snopka słomy i całego cudacznego stroju, skakał wyprawiając najrozmaitsze miny, a chłopi śmiejąc się i wrzeszcząc wołali:

– Też to ucieszny ten nasz Mikołajek!

Mikołajek zaś, spostrzegłszy rodziców, zbliżył się w podskokach do pani matki i śmiejąc się obejmował jej kolana.

Pani Barbara, widząc, że jej ukochanemu synowi żadne już niebezpieczeństwo nie grozi, uśmiechała się z figlów jedynaka, ale jegomość nasrożył wąsy, a odczepiwszy od pasa nahajkę, spuścić chciał na dolną część Mikołajka, która jak raz spod snopka się jakoś oswobodziła. Co widząc pani Barbara, usunęła na bok syna i popchnęła go przed sobą ku domowi. Hryćko zaś przypadłszy do nóg jegomości, zawołał:

– To już mnie bijcie, a nie Mikołajka!

Pan Rej, rozbrojony takim przywiązaniem Hrycia, odsunął go od siebie, dyscyplinę na powrót za pas założył i również skierował się ku domowi. Nagle poczuł, że go ktoś obłapia za nogi. To gumienny kłaniał mu się nisko, wołając:

– Jegomość, panoczku, nie sierdźcie się na Mikołajka, że nam taką uciechę wyprawił!

Pan Rej poruszył wąsami, ale widać było, że mu to przyjemność sprawia, iż Mikołajek ma taką miłość u służby. A gumienny, spojrzawszy na pana, dodał:

– To i my oboje, panoczku, jak byliśmy młodzi, nie jednego figla spłataliśmy. Pamięta to jegomość, paniczu, jeszcze w Nagłowicach?

Pan Rej widocznie nie jeden miał figiel ze swych lat młodzieńczych, bo uśmiechnął się i rzekł:

– Wy wszyscy za Mikołajkiem, a jak na nicponia, nie daj Boże, wyrośnie, to ani wam z nim, ani jemu nie będzie dobrze na świecie.

– Iii... Przecież to wszystko w ręku Boga – mówił gumienny. – A już ja tam draszków dopilnuję, że za te kilka pacierzy, co zmarnowali, to się pośpieszą – dodał odchodząc.

– Wisus, nicpoń – mruczał pan Rej, idąc ku domowi.

Widać wszakże było, że go złość omijała. Zaledwie też drzwi otworzył, kiedy Mikołajek padłszy mu do nóg, wołał:

– Tatuleńku kochany, niech się jegomość dobrodziej nie gniewa, przecież ja nie chciałem nic złego zrobić!

Ojciec się zmarszczył, ale Mikołajek rezonu nie tracił, jeno mówił dalej:

– Wlazłem oto na zasiek, zdrzemnąłem się nieco, aż tu słyszę krzyki. Serce mi zakołatało. Zląkłem się ogromnie. Wyściubiłem głowę, nie ma nic, tylko słonko wesoło spogląda, więc myślę sobie: sprawię ja wam kołajok! No i ustroiłem się cudacznie i wychodzę, a tu mnie ktoś cap!

– Capnę ja ciebie! – odezwał się ojciec.

Ale pani Barbara przystąpiła zaraz i mówi:

– Mój jegomościuniu, daruj też dziecku... Przecież on już nigdy więcej tego nie uczyni...

– Nii... – odezwał się Mikołajek, chyląc się do stóp ojca.

– Jejmość zawsze za nim, choć on ci tyle alteracji sprawuje – bąknął pan Rej, obejmując małżonkę i patrząc w jej rozradowane już teraz oblicze.

Pani Barbara mile się uśmiechnęła, a małżonek rzekł srożąc wąsy:

– Niech no by mu jeszcze raz coś podobnego się trafiło, przydarzyło. Już ja jemu cugli ukrócę! – dodał.

A że wniesiono polewkę czarną z prosięcia, w której gęsto pływały kawałki słoniny, pan Rej zabrał się do jedzenia.

Mikołajek skromnie usiadł na brzeżku ławy, przy matce, a widząc, że ojciec z każdą łyżką rozmarszcza pochmurne oblicze, i on począł głód zaspokajać, który mu setnie doskwierał.

Przyniesiono wkrótce prosię kaszą hreczaną nadziane, za które, chociaż było nieco wysuszone, kucharz na ten raz monitum nie otrzymał. Postawiono też i ową wątróbkę dla Mikołajka przeznaczoną. Rozchodził się od niej więcej niż od prosięcia zapach czosnku i rozmaitych przypraw, a pan Rej spojrzawszy mówił:

– Tak, tak, niech jejmość jeszcze temu nicponiowi dogadza.

– To kucharz sam przez się – odparła pani Barbara.

– Wszyscy go psują, ale ja jemu cugli ukrócę – rzekł znów pan Rej, rzucając pod stół kość z prosięcia.

Psy poczęły się bić o rzucony przysmak, pan Rej począł je uciszać, a że i pani Barbara miała tam swego ulubieńca, i także pod stół spojrzała, Mikołajek skorzystał z tego, wziął w dwa palce przeznaczoną dla siebie wątróbkę i nie odwracając się podał przez ramię stojącemu za sobą Hryciowi. Hryć otworzył usta, ukrył w nich podany sobie przysmak, a gdy państwo Rejowie z psami się załatwili, wątróbka wjechała już w gardło pachołka. Mikołajek tymczasem wycierał chlebem misę po smakowitym sosie.