PRZYGODY BARONA MUNCHHAUSENA - Gottfried August Burger - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 138 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka PRZYGODY BARONA MUNCHHAUSENA - Gottfried August Burger

Przygody niemieckiego barona to dla polskiego czytelnika zakrojona na szeroką skalę

rozprawa z przeróżnymi clichés, jakie tyleż skrycie, co radośnie hołubimy odnośnie

naszych sąsiadów zza Odry. Powszechny stereotyp nudnego Niemca, któremu bliższe są

wygodne kapcie i kufel piwa niż jakiekolwiek przygody, ulega dziś rewizji za pomocą

osiemnastowiecznej książeczki, której autorstwo jest dwojakie, zaś bohater, noszący

nazwisko praktycznie niemożliwe do wymówienia, to Lügenbaron – słynny baron-łgarz.

Münchhausen rozprawia się z mitami, w które z różnych powodów wygodnie nam wierzyć, a

których przeciwieństwo jakże często autodefiniuje naszą polskość: że Niemiec zawsze w

sposób planowy dąży do celu, jaki sobie wyznaczył; że będąc niezbyt rozgarnięty,

polegać musi na otrzymanych odgórnie schematach i instrukcjach; że nie mając dość

wyobraźni, nigdy – ale to przenigdy – nie kłamie…

Opinie o ebooku PRZYGODY BARONA MUNCHHAUSENA - Gottfried August Burger

Fragment ebooka PRZYGODY BARONA MUNCHHAUSENA - Gottfried August Burger




WSTĘP

Baron łgarz, czyli nieniemiecki słoń a sprawa polska

Przygody niemieckiego barona to dla polskiego czytelnika zakrojona na szeroką skalę rozprawa z clichés, jakie tyleż skrycie, co radośnie przeróżnymi hołubimy odnośnie naszych sąsiadów zza Odry. Powszechny stereotyp nudnego Niemca, któremu bliższe są wygodne kapcie i kufel piwa niż jakiekolwiek przygody, ulega dziś rewizji za pomocą osiemnastowiecznej książeczki, której autorstwo jest dwojakie, bohater  zaś, noszący nazwisko  właściwie niemożliwe do wymówienia, to Lügenbaron – słynny baron łgarz.

Münchhausen rozprawia się z mitami, w które z różnych powodów wygodnie nam wierzyć, a których przeciwieństwo jakże często autodefiniuje naszą polskość: że Niemiec zawsze w sposób planowy dąży do celu, jaki sobie wyznaczył; że będąc niezbyt rozgarnięty, polegać musi na otrzymanych  odgórnie  schematach i instrukcjach; że nie mając dość wyobraźni, nigdy – ale to przenigdy – nie kłamie… Polskie przeświadczenie o takich, a nie innych cechach niemieckiej nacji, wynika między innymi z doświadczenia najpierw zaboru pruskiego,  później  zaś wojny i okupacji,  a w końcu  przymusowej przyjaźni z enerdowskimi pionierami Ernsta Thälmanna. Doświadczenie to, choć rozległe w czasie, nie jest bynajmniej kompletne pod względem terytorialnym. Łatwo  niestety stawiamy znak równości pomiędzy Niemcem a okupantem z Prus, zapominając o całych Niemczech Zachodnich, z ich wielokulturową fascynacją Francją i Anglią oraz bliskością Niderlandów, Szwajcarii i Italii. „Łatwo” – bo przecież każdy stereotyp polega właśnie na łatwości osądu i często krzywdzącym uproszczeniu.

Sam Münchhausen definiuje się jako „w najgorszym razie” Westfalczyk, którego rodzice pochodzą z Niderlandów. Jego identyfikacja z państwem niemieckim jest słaba. Także i inne postacie z książki pochodzą z rozmaitych krain niemieckiego obszaru językowego, nie wspominając o całym korowodzie barwnych cudzoziemców, których korzenie tkwią daleko poza nim. Arenę przygód barona stanowią często niewielkie krainy i bardzo konkretne miejsca, w których granice państw zacierają się, dając bohaterowi swobodę sięgania dalej niż wzrok. Materialnym symbolem skupienia tego spojrzenia jest nowoczesny teleskop achromatyczny, który prowadzi Münchhausena do Europy – albo wręcz do świata – małych ojczyzn.

Fascynacja nowoczesnością i wynalazkami jest zresztą immanentną cechą naszego bohatera. Lśniący złotem balon braci Montgolfier ponownie  świadczy o oświeceniowym zamiłowaniu  do zdobyczy  nauki.  Jego typowym  przejawem jest średniowieczna jeszcze wiara w boską omnipotencję, która w XVIII stuleciu przybiera postać świeckiego idola naukowego instrumentarium. Duch wynalazków i odkryć, jakich się tu dokonuje, ma w sobie siłę pozbawionych kompleksów  dziecięcych prób, które nie znając reguł, śmiało podważają oczywistość największych absurdów i „naturalnych” niemożliwości. Dlaczego bowiem nie spróbować wyciągnąć się samemu z bagna za włosy? Dlaczego naszpikowany pestkami wiśni jeleń nie miałby w przyszłości wydać smacznych owoców?

No i dlaczego odtajały róg nie zabrzmi melodiami, które wygrano na nim parę godzin wcześniej? Ta umiejętność zadawania pytań, a w zasadzie jednego  pytania, które brzmi „Dlaczego by nie?”, stawia Münchhausena z jednej strony w szeregu błędnych  rycerzy, którzy stosowali niewłaściwe środki do nieodpowiednich celów, lecz z drugiej również i w gronie alchemików, bez których dziecięcej dociekliwości współczesna nauka nie osiągnęłaby swojego obecnego poziomu.

Bohater próbuje i błądzi, ale nie ma to znaczenia, dopóki nie ustaje w poszukiwaniach. Cała jego postawa życiowa wobec inności nacechowana  jest otwartością, jaką zaszczepić mogło jedynie laickie oświeceniowe wychowanie. Münchhausen wciąż niesyty jest nowych wrażeń i doznań, jakich doświadcza, kiedy opływa rzeczywiste i zmyślone oceany pod przeróżnymi banderami. Można zaryzykować tezę, iż szalony baron jest prekursorem Erlebnisgesells­chaft, konsumpcyjnego społeczeństwa przeżyć, chwytając się każdej okazji, która zapewni mu nie tyle ciągłość wydarzeń, ile raczej ciągłość zmian. Kiedy więc mówi swoim słuchaczom, że nie chciałby ich zanudzać, to trudno posądzić go jedynie o kurtuazję.

Wymienione powyżej cechy prawie predestynują Münchhausena do miana bohatera (lub przynajmniej antybohatera) godnego Unii Europejskiej z jej mitem swobody jednostki na rzecz narodowej identyfikacji,  ciekawością świata i postępowością nauki. „Prawie” robi jednak i w tym wypadku różnicę. Zamiłowanie Münchhausena do najnowszych zdobyczy nauki oraz otwartość na świat miewają tu nierzadko dość ponure oblicze, które dalekie jest współczesnemu rozumieniu obowiązków i przywilejów Europejczyka. Najdosadniej bodaj uświadamia nam to rozdział, w którym baron zdobywa zaufanie niedźwiedzi polarnych, by następnie – zgodnie z jego własnymi słowami – uczynić to, co jego zdaniem ludzkie: „Jeśli jednak nawet wyglądałem jak niedźwiedź, byłem przecież człowiekiem: zacząłem więc myśleć, w jaki sposób mógłbym najlepiej wykorzystać zaufanie, które narodziło  się pomiędzy nami”. Regularna rzeź, jakiej następnie z zimną krwią dokonuje na zwierzętach, przywodzi na myśl masowe mordy, których nasz kontynent  był niejednokrotnie świadkiem w XX wieku. Aprioryczny prymat człowieka legitymizuje tu antropocentryczny światopogląd, zgodnie z którym wolno nam „czynić sobie ziemię poddaną”, nie zważając na cele i środki. Nie taka, bynajmniej, jest nowoczesna wykładnia europejskości w czasach, kiedy głównym zagrożeniem naszej planety jest samounicestwienie na skutek rabunkowej gospodarki.

Koniec osiemnastego wieku jest czasem rewolucji: Trzy lata po ukazaniu się Przygód­ barona… wybuchnie ta bodaj najsłynniejsza, francuska, ale równolegle  ma miejsce także rewolucja przemysłowa, której bezpośrednimi skutkami dla współczesnych są intensyfikacja i przyśpieszenie w każdej dosłownie dziedzinie życia. Postać Münchhausena znakomicie wpisuje się w ducha swych czasów, co znajduje żywe odzwierciedlenie  również w języku, jakim się posługuje. Mowa barona to idiolekt superlatyw – wszystko jest tu „naj”, tak jakby przymiotniki niestopniowane  zszarzały i zmatowiały, tracąc wyrazistość, która napędza działania bohatera niczym dopiero co wynaleziona maszyna parowa. Przeżycie zdaje się nie być pełne, jeśli nie można go opisać przymiotnikiem lub przysłówkiem w stopniu najwyższym. Baron staje jednak wciąż na nowo na wysokości zadania, nieustannie bombardując nas coraz to nową opowieścią, coraz to nową rozrywką.

Humor odgrywa w tych opowieściach rolę niebagatelną. Myśl oświeceniowa,  nieskrępowana  już  doktryną  Kościoła,  pozwala śmiać się swobodnie i pełną piersią, a nie, jak było dotychczas, tylko „od – do”: w czas odpustu i na jarmarkach. Także i same powody do śmiechu są inne. Wreszcie wierutna bujda trwale mości sobie miejsce w literaturze, detronizując śmiertelnie poważne łacińskie foliały jako jedyny godny sposób podania treści. Tu również powraca pytanie Münchhausena: „Dlaczego by nie?” – zadawane tym razem po to, aby zakwestionować monopol „prawdziwej” informacji na prawo do istnienia w ludzkiej świadomości. Dlaczego dezinformacja nie miałaby mieć dokładnie takich samych praw? Dlaczego by nie? Tym bardziej że kłamstwo, przekręt, wyolbrzymienie pojawiają się tutaj w służebnej roli wobec celów właściwych, jakimi są rozrywka i szczery, wyzwalający śmiech. W sukurs takiemu zamierzeniu przychodzą znowu zdobycze nauki, a tym razem zwłaszcza fakt, iż książki w sposób nieubłagany tanieją. Pismo przestaje być nośnikiem kategorycznej prawdy, a papier zrzuca z siebie obowiązek utrwalania jedynie ważkich treści. Idea krytycznego wydania Biblii w pięciu językach, podjęta dwieście lat wcześniej w Antwerpii, przechodzi niniejszym ostatecznie do lamusa. Jej miejsce zajmuje duchowy  paperback, książka, która drwi sobie z „obowiązków” względem Boga i czytelnika. Nareszcie! Sam Bürger dystansuje się od jakichkolwiek uciążliwych obligacji, pisząc w słowie od tłumacza pierwszego niemieckiego wydania Münchhausena z roku 1786: „Książeczka taka jak niniejsza nie jest rzecz jasna ani systemem, ani traktatem, ani komentarzem, ani streszczeniem, ani też kompendium i nie podlega żadnej kategorii znanych z naszych dostojnych akademii czy towarzystw naukowych. Jeśli rzeczywiście nie czyni ona nic poza pobudzaniem do niewinnego śmiechu, to przedmówca nie musi przecież dzięki temu zakładać uroczystej  szaty […], by kornie  polecić  ją przychylnemu czytelnikowi. Gdyż wydając się małą i frywolną, książeczka ta łacnie może być warta więcej niż całe mnóstwo opasłych i wielce dostojnych ksiąg, z których nie można ani się śmiać, ani płakać, a w których nie napisano nic ponad to, czego nie napisano by już wcześniej w stu innych opasłych i wielce dostojnych księgach”.

Humor Münchhausena jest taki jak sam bohater, czyli barwny i zróżnicowany pod względem poziomu i konsekwencji. Piętrowe frazy, inkrustowane aluzjami tak subtelnymi, że często doprawdy trudno je oddać w przekładzie, nie uciekając się do konieczności stosowania przypisów, kontrastują z humorem jarmarcznym i koszarowym, który tyleż chętnie, co błędnie zakwalifikujemy jako „typowo niemiecki”. Nietrudno jednak dostrzec, że nawet pasaże o inklinacjach analno-fekalnych nie są dziś trudne do przyswojenia dla odbiorcy anglosaskiej kultury masowej, za jakiego Polak chyba lubi się uważać. Wyrafinowane zaś konstrukcje, przepełnione humorem aluzyjnym, stanowią prawdziwą rozkosz dla uważnego czytelnika. Same możliwości frazowania zawarte w języku poetów i myślicieli pozwalają na stopniowe otwieranie kolejnych pięter obrazowania, a aglutynacyjny poniekąd sposób tworzenia wyrazów oraz ścisłe reguły składniowe czynią z niemieckiego tekstu igraszkę piękną w swej strukturze i elegancką w swej przejrzystości.

Kilku autorów i osiemdziesięciu Münchhausenów

Kim jednak rzeczywiście był tytułowy baron? Münchhausenów pojawiało się w niemieckim piśmiennictwie dość wielu i trudno z całą pewnością rozstrzygnąć, która z historycznych postaci stała się pierwowzorem dla książki. Od średniowiecza począwszy, dokumenty mówią o kilkuset Münchhausenach, których nazwisko pisano na osiemdziesiąt różnych sposobów.

W chwili powstania Przygód­ barona… najbardziej bodaj znaną w Niemczech postacią o tym nazwisku był Gerlach Adolf  von Münchhausen (1688-1770), minister i założyciel uniwersytetu w Getyndze. Sporą popularnością cieszył się także, żyjący nieco później, baron Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen (1720-1797), z zamiłowania gawędziarz, którego opowieści nigdy nie zostały spisane. Wiadomo o nim niewiele więcej ponad to, że gdy w Anglii i w Niemczech po raz pierwszy wydano fantastyczne historie, sygnowane jego nazwiskiem, nie był on – mówiąc najoględniej – zadowolony z takiego obrotu sprawy. Najprawdopodobniej to jego właśnie nazwisko zapożyczono dla celów literackiej kreacji, choć poza elementem fantastycznym trudno dostrzec w tej mierze inne zbieżności.

Opowieści  rzeczywistego barona musiały być najwyraźniej w obiegu, skoro Rudolf Erich Raspe (1736-1794), a wkrótce po nim G.A. Bürger (1747-1794) zdecydowali się – nie na ich kanwie, lecz opierając się wyłącznie na samym fakcie ich istnienia – napisać własne wersje przygód Münchhausena. Raspe studiuje w Getyndze i Lipsku, by następnie podjąć pracę pisarza bądź też sekretarza bibliotecznego w swoim rodzinnym Hanowerze. W roku 1767 obejmuje on w Kassel posadę profesora nauk starożytnych i kustosza książęcego gabinetu antyków i monet. Cztery lata później, zaciągnąwszy długi, trwoni powierzone mu monety, na skutek czego musi opuścić kraj. Udaje się do Anglii, gdzie pracując w przemyśle, przemieszcza się, pomieszkując najpierw w Londynie, później zaś w Kornwalii i Szkocji, by ostatecznie dokonać swego młodego żywota w Irlandii, gdzie jest dziś pochowany. Raspe prowadził ożywioną korespondencję z wieloma osobistościami swej epoki: Johannem Winckelmannem, Johannem Herderem, Benjaminem Franklinem, Jamesem Wattem, Matthew Boultonem czy Jamesem Cookiem. Z zamiłowania był też poetą i rysownikiem (pierwsze ilustracje do Münchhausena są właśnie jego autorstwa) oraz geologiem. Znane są też jego dokonania  jako rzeczoznawcy sztuki jeszcze z okresu niemieckiego (odkrycie i publikacja renesansowych manuskryptów na temat malarstwa olejnego) oraz działania na rzecz promocji współczesnej sztuki. Raspe był też zaangażowanym tłumaczem z włoskiego, francuskiego i angielskiego,  a znał prawdopodobnie jeszcze parę innych języków. Odkrycie i publikację uznanych  za zaginione rękopisów Leibniza zalicza się dziś do największych sukcesów Raspego. Dzięki temu mówić można o swoistej modzie na tego filozofa, łącznie z wpływem, jaki wywarła ona na myśl Immanuela Kanta.

Na początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku niemieckie czasopismo satyryczne „Vademecum für lustige Leute” anonimowo opublikowało  dwa cykle Zabawnych­ historii­ M-­ h­-s-na, które Raspe następnie uporządkował i przełożył na język angielski. Wprowadził on również  obowiązującą do dziś w Przygodach… narrację pierwszo-osobową. Pięćdziesięciosześciostronicowa  książeczka została wydana w roku 1785 pod tytułem Baron­Munchausen’s­Narrative­of­his­Marvellous­Travels­and­Campaigns­in­Russia. Trzecie wydanie, które ukazało się już rok później, wzbogacone zostało o „przygody morskie”, inspirowane anegdotami zaczerpniętymi z satyry Vera­historia rzymskiego pisarza Lukiana z Samosaty, relacjami braci Montgolfier oraz innymi źródłami, które niejednokrotnie  pojawiają się z nazwy w samym tekście książki.

Jeszcze w tym samym 1786 roku poeta Gottfried August Bürger przekłada wspomniane trzecie wydanie z powrotem na niemiecki,  znacznie  je rozszerzając. Ukazuje się ono pod tytułem Wunderbare­ Reisen­ zu­ Wasser­ und­ zu­ Lande,­ Feldzüge­ und­ lustige­Abentheuer­des­Freyherrn­von­Münchhausen,­wie­er­dieselben­bey­ der­Flasche­im­Cirkel­seiner­Freunde­selbst­zu­erzählen­pflegt. Drugie wydanie niemieckiego oryginału stanowi podstawę książki, którą właśnie trzymasz, drogi Czytelniku, w rękach. Raspe nigdy nie przyznał się do autorstwa Münchhausena, Bürger zaś dodatkowo zagmatwał sprawę, podając jako miejsce wydania swojej rozszerzonej wersji Londyn, podczas gdy w rzeczywistości Przygody… ukazały się w niemieckiej Getyndze. W słowie od tłumacza pierwszego niemieckiego wydania Bürger nie przewidział widocznie niezwykłej popularności książki, skromnie prorokując tylko jedno następne wydanie: „Książeczka ta ukazuje się w przekładzie niemieckim i nie chwyta się lękliwie słów, lecz raczej pozwala sobie na dodanie tu i ówdzie nowych fragmentów, jakie w kolejnym wydaniu – które jej treść rości sobie nie bez przyczyny – ulec mogą jeszcze dalszemu rozszerzeniu”.

Sam Bürger nie miał łatwego życia. Niespełniony ani jako poeta, ani jako trzykrotny mąż, nękany różnymi przypadłościami, które ciągle podkopywały  jego zdrowie, otrzymał on w 1789 roku co prawda tytuł doktora uniwersytetu w Getyndze, a następnie nawet tytuł profesora nadzwyczajnego, jednak nie szła za tym żadna finansowa gratyfikacja. Aktywny udział w loży masońskiej, w której od 1777 roku piastował godność mówcy, także nie przyniósł mu korzyści materialnych, a brak funduszy był dla poety powodem ustawicznych zmartwień oraz kompromisów literackich. Ludwig I Bawarski nobilitował Bürgera pośmiertnie,  umieszczając jego popiersie w Walhalli, monumentalnej świątyni poświęconej wielkim osobistościom narodu niemieckiego.

Powróćmy  jednak do samej lektury Münchhausena. Popularność, jaką książka zdobyła w Wielkiej Brytanii, szybko rozprzestrzeniła się na Stany Zjednoczone. W samym XIX wieku Przygody… zostają tam wydane aż trzydzieści dziewięć razy, nie licząc wielu, często mocno kreatywnych, stylizacji i trawestacji. W ciągu z górą dwóch wieków praktyka wydawnicza przywiązywała niewielką wagę do faktycznego autorstwa książki. We Włoszech, Hiszpanii, Francji, Danii czy Rosji widnieje zatem dzisiaj na okładce nazwisko Raspego, choć sama książka zawiera treść ujednoliconą, wzbogaconą i przetłumaczoną na niemiecki przez Bürgera. Specjaliści mówią tu o nierozerwalnym triumwiracie obu autorów i Münchhausena rzeczywistego (kimkolwiek by on koniec końców nie był). Zaiste, jest to sytuacja münchhausenowska, jakże symptomatyczna dla samego charakteru  książki! Łącznie Przygody­barona­Münchhausena ukazały się w trzydziestu siedmiu językach, w tym tysiąc dwieście razy po niemiecku, dwieście sześćdziesiąt razy po angielsku i sto pięćdziesiąt pięć razy po francusku.

Różnorodność  jest więc jak widać wpisana w Münchhausena nie tylko na poziomie autorstwa czy warstwy tekstowej, lecz również na poziomie tłumaczeń, których wielość wynika między innymi z prób adaptacji lektury dla potrzeb młodego czytelnika. Niektóre fragmenty uznać można bowiem za niestosowne ze względu na antropocentryczną gloryfikację przemocy wobec przyrody lub za znacząco odbiegające od przyjętej dziś normy poprawności politycznej. Sama postać barona Münchhausena także obarczona jest brzemieniem różnorodności, co znalazło nawet swoje odzwierciedlenie we współczesnej terminologii klinicznej: w medycynie zespołem Münchhausena określa się zaburzenia osobowości, które polegają na zdeformowanym  odbiorze  rzeczywistości, przejawiając się na różne sposoby na poziomie somatycznym.

Niniejszy przekład…

Przygody­ barona­ Münchhausena, które właśnie otrzymujesz, drogi Czytelniku, to nowy przekład niemieckiego oryginału autorstwa Gottfrieda Augusta Bürgera. Tłumacz odrzucił pokusę całkowitego uwspółcześnienia osiemnastowiecznego tekstu, uznając, że urok jego wynika w dużej mierze ze zgrabnej symbiozy elegancji staroświeckiego stylu oraz ducha postępu, jaki emanuje z kart książki. Warto zaznaczyć, iż niniejszy tekst stanowi wierne tłumaczenie niemieckiego oryginału. Nie jest zatem, jak zdarzało się to w przeszłości, jedynie ocenzurowaną adaptacją przygód najsłynniejszego niemieckiego barona.

Trudniejsze terminy oraz znaczące nazwiska zostały opatrzone przypisami, co nie tylko ułatwi lekturę, lecz także pozwoli osadzić tekst w wyraźnych realiach historycznych. Niektóre nazwiska pozostawione zostały bez objaśnienia. Dotyczy to sytuacji, w których byłoby ono zbyteczne bądź też referencja odnośnie danej osoby nie jest dostępna.

MJ


ROZDZIAŁ 1

Podróż do Rosji i Sankt Petersburga

Podróż do Rosji rozpocząłem, opuszczając mój dom w samym środku zimy, gdyż zakładałem nader słusznie, że mróz i śniegi musiały w końcu – bez narażania jakże opiekuńczych  rządów na wysokie koszty naprawy – same zadbać o stan dróg w północnych Niemczech, Polsce, Kurlandii i na Łotwie, ponieważ według opisu wszystkich podróżników jest on tam niemal gorszy niż stan dróg wiodących do świątyni Cnoty2. Jechałem konno, co – o ile wierzchowiec i jeździec stanowią dobraną parę – stanowi najwygodniejszy sposób podróżowania. Nie ryzykuje się wówczas albowiem żadnej affaire­d’honneur3 z jakimś dwornym niemieckim poczmistrzem ani też wałęsania się po wyszynkach z jego wiecznie spragnionym pocztylionem. Miałem na sobie jedynie lekkie odzienie, co odczuwałem tym dotkliwiej, im bardziej przemieszczałem  się ku terenom północno-wschodnim.

Można sobie zatem łatwo wyobrazić, w jakim położeniu znalazł się w tę pogodę biedny, stary człowiek, który bezradnie leżał pod gołym niebem na – smaganym północnym wiatrem – skrawku polskiej jałowej ziemi, drżąc z braku odzienia, którym mógłby przykryć coś więcej niż tylko wstydliwe części ciała.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.