Przez pustynie na ośnieżone szczyty - Wojciech Lewandowski - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przez pustynie na ośnieżone szczyty - Wojciech Lewandowski

Opowieść o najwyższych górach Ameryki Łacińskiej, tajemniczych wulkanach, tropikalnych lasach mgielnych, dzikiej przyrodzie i spotkaniach z wyjątkowymi ludźmi. To swoista mozika zdarzeń, którą stworzyły wieloletnie włóczęgi autora po niezwykłym i wciąż zaskakującym świecie Ameryki Łacińskiej. Książka jest zaproszeniem do zabawy w kolekcjonowanie przygód i szczytów. "Odwiedzimy" miedzy innymi jeden z najwyższych wulkanów świta - Cotopaxi w Ekwadorze, wulkaniczną kostarykańską wiedźmę - Rincon de la Vieja, wybierzemy się w poszukiwaniu zaginionego świata na wenezuelskiej Roraimie, której szczyt ma powierzchnię... 34 km kwadratowych czy w końcu śladami Pierwszej Polskiej Wyprawy Andyjskiej z lat 30. XX wieku zdobędziemy Acongaguę - najwyższy szczyt Andów i Ameryki Łacińskiej.

Książka jest dla wszystkich, którzy mają przysłowiowy "wiatr w kieszeni" i marzą o dalekich podróżach.

Atutem książki są wspaniałe wysokogórskie fotografie.

Nota o autorze:

Wojciech Lewandowski

Geograf (geoekolog), wykładowca na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Alpinista, podróżnik i uczestnik wielu ekspedycji alpinistycznych i naukowych w góry świata m.in. Alpy, Kaukaz, Hindukusz, Himalaje, Karakorum, Ural, Pamir, Andy i Kordyliery. Autor i współautor licznych książek naukowych i popularnonaukowych o tematyce geograficznej, alpinistycznej i ekologicznej, twórca programów radiowych, telewizyjnych, współpracownik wielu czasopism górskich, geograficznych, dziecięcych i młodzieżowych.

Pomysłodawca projektu „Wyżej niż kondory 70 lat później…”, który zwyciężył w konkursie Travelery 2006 magazynu National Geographic Polska w kategorii „Bilet na przyszłość”, współpomysłodawca akcji „Korona Gór Polski”.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

Opinie o ebooku Przez pustynie na ośnieżone szczyty - Wojciech Lewandowski

Fragment ebooka Przez pustynie na ośnieżone szczyty - Wojciech Lewandowski

















Dla Joanny, za wszystkie wspólne podróże

i tę najdłuższą razem przez życie…



Z tytułami książek podróżniczych tak już bywa, że są efektem końcowym miotania się pomiędzy prozą czytelnego, bezpośredniego przekazu a liryką tego, co w dalekich podróżach jest najważniejsze – przygody. W tym przypadku kluczem do przygody są wspomnienia związane z wejściami na wysokie szczyty i inne, jakże ciekawe, wierzchołki ogromnego i wyjątkowego obszaru zwanego Ameryką Łacińską. Stąd tytuł tej książki Przez pustynie na ośnieżone szczyty… Znajdziemy tu jednak znacznie więcej: tajemnicze wulkany, bezczelnie zielone góry tropikalne, wspaniałą i wciąż dziką przyrodę, przyjaznych ludzi, ciekawe zwierzęta czy legendy, a wszystko to może wywołać fascynację Ameryką Łacińską.

Książka ta powstała z potrzeby podzielenia się przeżyciami i doświadczeniami związanymi z radosnym kolekcjonowaniem gór i przygód. Moja miłość do tej części naszej planety trwa w najlepsze i chyba się już nigdy nie zakończy. Być może jest to już nawet forma lekkiego, choć nieszkodliwego obłędu.

„Zbieranie” gór w Ameryce Łacińskiej to nie tylko świetna zabawa (niektóre szczyty mogą dać nieźle popalić), ale także pasjonująca przygoda turystyczno-geograficzna. Wielokrotnie samo dotarcie pod daną górę bywa niezapomnianą przygodą. A przygody mają najczęściej to do siebie, że każda dobra i szczęśliwa rodzi potrzebę przeżycia kolejnej. To właśnie dzięki temu życie może być bogatsze, ciekawsze i pełniejsze. Proponuję więc zabawę w kolekcjonowanie wejść na tutejsze góry, której towarzyszy poznawanie kolorowej i pełnej tajemnic Ameryki Łacińskiej. Ten zakątek świata można poznawać w dowolny, osobisty sposób. Książka pomyślana jest właśnie jako „emocjonalny przewodnik”. Z jednej strony opowiada o kilkudziesięciu znanych i nieznanych szczytach Ameryki Łacińskiej, podpowiadając czytelnikowi, jak je zdobyć lub przynajmniej przeżyć związaną z nimi przygodę. Z drugiej zaś przez opowieści autora i jego przyjaciół pokazuje, uwiarygodnia, przybliża czytelnikowi zabawę w kolekcjonowanie przygód i szczytów.

Ozdobny zestaw do picia yerba mate (Museo del Gaucho, Montevideo, Urugwaj)

To pomysł na wyprawy dla tych, którzy mają „wiatr w kieszeni” i marzą o dalekich podróżach, a nie zawsze wiedzą, jak zacząć. To wreszcie osobista opowieść o górach, krajach, ludziach. Mozaika ułożona z kamyków zdarzeń, którą stworzyły wieloletnie włóczęgi po niezwykłym świecie Ameryki Łacińskiej.

W tamtym regionie mówi się czasem, że ludzie dzielą się na: turistas, viajerosaventureros (turystów, podróżników i poszukiwaczy przygód). Jednak nieważne, do której kategorii sami siebie zaliczycie, bo każdy (w tym także escaladores – czyli wspinacze), może znaleźć tu coś dla siebie. W ofercie są zarówno duże wyzwania górskie, jak i łatwe wycieczki dostępne dla każdego, w miarę doświadczonego turysty. Może odnajdziecie tu także klucz do przeżycia wielkich i mniejszych przygód, inspiracje, jak dotrzeć do miejsc niezwykłych, gdzie spotka was gwarantowany zachwyt nad światem.

Większość z blisko trzydziestu opisywanych tu szczytów poznałem osobiście w trakcie trzynastu (nazbierało się!) wypraw i wyjazdów do Ameryki Łacińskiej. Większość odbyłem z moją żoną Joanną – której w tym miejscu jeszcze raz z serca dziękuję za wszystkie wspólne Vamos! Znalazły się tu także relacje z czterech wypraw odbytych w ramach projektów Wyżej niż kondory 70 – lat późniejPolskie Andy (www.polskieandy.pl). Cztery szczyty opisane są z „drugiej ręki”, na podstawie relacji przyjaciół, dla których Una vez más, gracias por todo!*

Chyba winien jestem jeszcze coś w rodzaju ostrzeżenia. Z Ameryką Łacińską jest tak, że jak ją już raz ktoś polubi, to zawsze będzie chciał do niej wracać i nic nie będzie w stanie jej zastąpić. Jak sobie policzyłem, spędziłem tam już ponad rok życia! Więc chyba zrozumiałe jest, że pokochałem Hiszpanoamerykę i bardzo się od niej uzależniłem. Mój i Joanny początek fascynacji tym obszarem świata poprzedzony był wielką i szczerą miłością do Azji i Indii, dokąd odbyliśmy kilkanaście podróży. I nagle trach, zmiana kierunku i pierwsza podróż do Ekwadoru. Nigdy nie zapomnę oburzenia Joanny, kiedy zapronowałem jej zmianę planów. Co, nie Indie? Po co tam jechać i w ogóle kto tam jeździ!… A potem poleciało i ją też uwiódł ten dziwny, wspaniały świat. We mnie równolegle ujawniła się (trwała jak widać) ogromna fascynacja Andami.

Góry – największa fascynacja mojego życia – były przecież we mnie od zawsze. Wspinam się i wędruję po nich już od wielu lat! Były, są i, mam nadzieję, będą do końca. Przede wszystkim Tatry – jedyne i najukochańsze, gdzie wszystko ma swój początek, w których po prostu się jest i dokąd zawsze się wraca. Potem Himalaje, Karakorum, Alpy i tyle innych w Europie, dalej Ałtaj, Ural, Atlas, Kordyliery, Kaukaz, Pamir, góry Alaski, Spitsbergen i jeszcze sporo innych. Oj, nazbierało się ich dużo! Z Andami i górami Ameryki Łacińskiej jednak dopadło mnie od razu, ciągle trwa, narasta i wszystko wskazuje na to, że prędko się nie skończy!

Wspaniała chmura orograficzna cumulus lenticularis nad doliną Colorado w Andach Środkowych

!Vamos para Arriba!, czyli po polsku ruszajmy do góry, od lat jest moim przewodnim hasłem, które niejako mogłoby być alternatywnym tytułem tej książki. W Ameryce Łacińskiej słowo vamos jest słowem kluczem (a na pewno ja tak je odbieram), bo z jednej strony oznacza „chodźmy”, „idziemy”, „ruszajmy”. A z drugiej…? Może być sygnałem: „chodźmy już”, „zróbmy coś!”, „działajmy!” albo tak lekko nakazowo – „ruszmy się wreszcie”. Przyznam, że słowo to jest mi szczególnie drogie i bliskie. Od lat uwielbiam go używać, a pewnie też i nadużywać. Nie tylko dlatego, że tak ładnie i nieco egzotycznie brzmi, ale także z powodu tkwiącego w nim sprawdzonego i wielokrotnie doświadczonego radosnego sygnału do zmiany. Jest jeszcze drugie słowo – arriba (czyli „w górę”, „do góry!”). I teraz wszystko jest już chyba jasne – ruszaj do góry, co w praktyce może też oznaczać – W góry! W tym krótkim wezwaniu zawarte jest przesłanie tej książki.

A więc, drogi Czytelniku, usłysz !Vamos para arriba! Rusz w góry i pagóry cudownego i fascynującego miejsca, zwanego Ameryką Łacińską!

Buen viaje, Amigos!

Andy urzekają swoją kolorystyką. Zejście w zielone doliny po zdobyciu Mercedario

* Wielkie dzięki za wszystko!


Podziękowania

Każda książka jest jakąś formą spłaty długu serca i przyjaźni. Dziękuję wszystkim, z którymi się wspinałem i włóczyłem po górach za wspólne przygody, uśmiechy i wspaniałe towarzystwo.

Szczególnie serdeczne podziękowania należą się współuczestnikom opisanych w książce zdarzeń.

Agnieszce Adamowskiej za wszystkie wspólne góry i wspinaczki, a zwłaszcza za udział w pięciu wyprawach andyjskich i bycie razem na szczytach:
Huayna Potosí, Aconcagua, Ramada, Mercedario i El Plomo.

Sławkowi Bogusławskiemu za Ramadę, Alma Negrę i przygody na Pico Polaco.

Danusi Jeute za Chirripó, Concepción, Rincón de la Vieja i przygody w Peru.

Beacie Dreksler za gościnę w Gwatemali i Tajumulco.

Małgosi Kowalczyk i Oli Konczewskiej za fotki i relację z Las Minas.

Tomkowi Bocheńskiemu za Tajumulco i wtarganie butelki miodu pod Orizabę.

Markowi Więckowskiemu za Tajumulco i przygody z Koroną Gór Polski.

Christianowi R. Moralesowi i Douglasowi Leonardo za relację i zdjęcia z Belize.

Magdzie Słupskiej za relację i fotki z Blue Mountain Peak.

Marcinowi Wykuszowi za Huayna Potosí i Aconcaguę.

Pawłowi Sójce za relację i zdjęcia z Huascarán Sur.

Wojtkowi Marcowi za Philar Grande, Mercedario i Ojos del Salado.

Piotrowi Buckiemu za Ojos del Salado.

Śp. Grzegorzowi Kudybie za Philar Grande i Ojos del Salado.

Andrzejowi Piątkowi za El Plomo, przygody na Pico Polaco i wsparcie
(sam wie kiedy…).

Andrzejowi Sobolewskiemu za zdjęcia z Kolumbii i stare przygody na Kaukazie.

Raulowi za Chimborazo.

Enderowi za Pico Bolívar.

Wszystkim koleżankom i kolegom biorącym udział w projektach Wyżej niż kondory – 70 lat późniejPolskie Andy.

Kasi Sosnowskiej za szczodrą i nieocenioną pomoc w powstaniu tej książki.

Barbarze Czechowskiej za życzliwość i cierpliwość w pracy nad ostatecznym kształtem tej książki.

Wszystkim, których nie wymieniłem z  imienia i nazwiska, za pomoc, wsparcie i poparcie.



Mimo że każdy z chodzących po górach ma swoje prywatne górskie kolekcje, to i tak pewnie w głębi duszy marzy o tych najbardziej prestiżowych i znanych – takich jak licząca czternaście ośmiotysięczników Korona Himalajów albo Korona Ziemi, zwana też Koroną Świata lub Wielką Siódemką, a popularnie po prostu Seven. Korona ta składa się z najwyższych szczytów każdego z siedmiu kontynentów. Koronę Świata, chociaż jest to bardzo kosztowna zabawa, udało się zdobyć już kilkuset osobom, w tym siedmiu Polakom. Może więc warto pokusić się o coś innego?

Ile kolekcji górskich, tyle kluczy ich powstawania. Najczęściej są to zbiory: najwyższych szczytów w danym paśmie, łańcuchu, kraju, najwyższych wierzchołków każdego państwa, krainy geograficznej lub też wszystkich „okrągłocyfrowych” iluśtysięczników danego pasma górskiego (np. bardzo popularna w krajach alpejskich kolekcja 82 alpejskich szczytów czterotysięcznych) albo w ogóle kolekcja okrągłych iluśtysięczników ze świata. Zbierane są też szczyty i ściany według trudnych do zdefiniowania kryteriów estetycznych (najpiękniejsze) czy innych, bardziej obiektywnych – na przykład tych uchodzących za najtrudniejsze albo zdobywanych najtrudniejszymi drogami. Te drogi na naszej półkuli wiodą z reguły ścianami północnymi. Za to na półkuli południowej tymi najtrudniejszymi, zimnymi i groźnymi są oczywiście ściany południowe. Zbierane są też wejścia na wszystkie nazwane wierzchołki danego pasma (np. jedyna w swoim rodzaju kolekcja wejść na wszystkie mające nazwy obiekty w Tatrach stworzona przez znanego ratownika i tatrologa Władysława Cywińskiego). Swego czasu popularyzowana była przez himalaistę Piotra Pustelnika Koronka Himalajów – o wiele trudniejsza od tej głównej. Składają się na nią wejścia na szczyty drugie co do wysokości.

Flamingi andyjskie na Laguna Colorado w Boliwii

Można też kolekcjonować góry według sposobu wejścia (np. na nartach) lub zejścia (zjazdy na nartach czy desce, skoki ze spadochronem, zlatywanie na paralotni, a nawet zjazdy rowerowe). Można też klasyfikować wejścia ze względu na czas, w jakim się odbywają (sezon, rok itp.).

Pierwszym, który skatalogował i postanowił zdobyć wszystkie szkockie szczyty przekraczające 3000 stóp (dodając do tego 516 niższych szczytów pobocznych), był miłośnik gór i właściciel ziemski z okresu wiktoriańskiego sir Hugh Munro. Zmarł w 1918 roku, w wieku 62 lat, pozostawiając do zamknięcia kolekcji jedynie dwa niezdobyte szczyty. Pierwszym, który zrealizował ideę pomysłodawcy (w 1901 roku), był Archibald Robertson, a jego wyczyn został powtórzony dopiero w 1923 roku.

Zabawa w kolekcjonowanie szczytów zaczęła się najprawdopodobniej w Szkocji, gdzie już od dawna dużym prestiżem w górskim światku cieszą się członkowie elitarnego Klubu Munronistów. Zrzesza on wspinaczy, którzy weszli na każdy z 276 szkockich szczytów nazwanych Munros, liczących powyżej 3000 stóp (914 m). Jeżeli ktoś chciałby w tym miejscu pogardliwie prychnąć (bo cóż to w końcu za wysokość), niech weźmie pod uwagę, że wiele z tych szczytów wyrasta wprost z poziomu morza, a niektóre z nich są naprawdę trudne. Dziś liczba munronistów wynosi ponad 1000 osób i posiadanie tej kolekcji nadal cieszy się w Szkocji dużym prestiżem. Przekonałem się o tym niegdyś w pubie wspinaczkowym w Londynie, gdzie owacyjnie witano pojawienie się jakiegoś munronisty. Zdobywanie Munros ilustruje zresztą typowe dalsze życie każdej górskiej kolekcji. Szczyty te zdobywano na wszelkie sposoby: samotnie, czystą wspinaczką lub połączoną z wjazdem (i zjazdem) na rowerze górskim, w ciągu jednego roku lub jeden po drugim (ostatni rekord z 2010 roku to niecałe 40 dni – ustanowił go Stephen Pyke). Dodajmy, że w Szkocji funkcjonuje jeszcze kolekcja Corbetts (szczyty do 2500 stóp – 760 m) i inne, jeszcze „niższe”, ale zawsze okrągłocyfrowe.

Ruiny inkaskiego miasta Machu Picchu w Peru. Miejsce to, mimo mocnego skomercjalizowania, nadal ma w sobie coś mistycznego i zachwycającego. „Obowiązkowy” punkt wizyty w tym kraju

Namiętność kolekcjonowania rodzimych gór pojawiła się także i w Polsce. Patrząc na fizyczną mapę Polski, zauważymy, że przeważa na niej kolor zielony – oznaczający niziny. Myli się jednak ten, kto myśli, że skoro kraj nasz jest wybitnie nizinny (niziny zajmują ponad 54% jego powierzchni), to znaczy, że jest równinny, a więc monotonny i w związku z tym nieciekawy. Ci, dla których piękno przyrody jawi się w jej różnorodności, odnajdą w naszym kraju zaskakującą, harmonijną zmienność krajobrazów i jak na krainę raczej nizinną, wielką różnorodność gór, której może pozazdrościć nam niejeden kraj europejski! I może właśnie dlatego, że Polska jawi się jako kraina tak wybitnie nizinna, a góry (czyli tereny położone powyżej 500 m nad poziomem morza) zajmują zaledwie około 3,1% ogólnej powierzchni kraju, Polacy tak bardzo ukochali góry! Bo jest rzeczą zaskakującą i wspaniałą, jak wielką rolę w historii, kulturze i życiu codziennym mieszkańców naszego kraju one odgrywają! W Polsce możemy wyróżnić 27 wyraźnych geograficznie, zaskakująco różnorodnych i ciekawych pasm górskich, które znajdują się w trzech grupach: Sudety i Karpaty (tworzące samodzielne podprowincje fizycznogeograficzne) oraz Góry Świętokrzyskie, wchodzące w skład Wyżyny Kielecko-Sandomierskiej. Możemy je poznać, korzystając z przeszło 8800 km szlaków górskich (pieszych, konnych i rowerowych) i około 850 km szlaków i tras narciarskich. Dobrym kluczem do poznania naszych gór jest bardzo popularna w świecie turystycznym akcja „Korona Gór Polski”. Jej pomysłodawcami byli dwaj warszawscy geografowie: Marek Więckowski i niżej podpisany. W 1997 roku stworzyliśmy koncepcję korony (czyli wejście na 28 najwyższych gór – później dodano jeszcze Masyw Ślęży – na które wytyczono szlaki turystyczne; ich łączna wysokość przekracza 30000 m) i opracowaliśmy pierwszą listę szczytów. Idea korony została wypromowana na łamach magazynu „Poznaj swój kraj”, przy którym działa do dziś klub zdobywców, liczący obecnie ponad 6000 członków. Grono zdobywców Korony zaś liczy już kilkaset osób i, co najważniejsze, stale się powiększa.

Santa Marta w Kolumbii.
Nie ma nic lepszego jak odpoczynek w hamaku

Ostatni rekord w szybkości zdobycia Korony (co jest nie tylko wysiłkiem fizycznym, ale też sporym wyzwaniem logistycznym) wynosi 125 godzin i 49 minut.

Mimo że zdarzają się także głosy krytyczne, wykpiwające kolekcjonowanie gór, podejrzewające „zbieraczy” o niecne intencje, na przykład, że robią to, by błysnąć, pokazać się lepszym, ciekawszym, mądrzejszym, odważniejszym niż inni. Choćby jedynie po to, by wygrać nawet jeszcze nieistniejącą rywalizację*. Uważam, że kiedy sprawa jest czysta, osobista i niepodszyta niezdrową rywalizacją oraz idącą za nią bezpardonową walką o sławę i pieniądze, to takie kolekcjonowanie może być, tak jak każde hobby, zajęciem nie tylko pożytecznym i pasjonującym, ale także doskonalącym i poszerzającym horyzonty „zbieracza”.

Kolorowe jeziora polodowcowe w Cordillera Huayhuash w zachodnim Peru. Spiczasty szczyt w głębi to Jirishanca Chico (5446 m)

* Cytat z przedmowy Stanisława Pisarka do książki Artura Hajzera Korona Ziemi, nie-poradnik zdobywcy. Wydawnictwo Stapis, Katowice 2012.



Ameryka Łacińska jest jednym z wielkich regionów geograficznych świata, obejmującym część Ameryki Północnej – położoną na południe od granicy Meksyku ze Stanami Zjednoczonymi (i do granic Panamy z Kolumbią zwaną Ameryką Środkową) oraz całą Amerykę Południową. Nazwa regionu związana jest z jego burzliwą historią, kolonizacją hiszpańską i portugalską, których pozostałością jest między innymi dominacja języków hiszpańskiego i portugalskiego, które, jak wiadomo, oparte są na łacinie. Określenie Ameryka Łacińska jest stosowane raczej od niedawna, bo po raz pierwszy zostało użyte w języku francuskim w drugiej połowie XIX wieku, zastępując wcześniejsze określenie – Iberoameryka. Ameryka Łacińska to region ogromny (20,6 mln km kwadratowych, około 1/7 powierzchni lądów Ziemi), niezwykle fascynujący, ale też niesamowicie zróżnicowany pod względem geograficznym, gospodarczym, politycznym, ludnościowym i wreszcie kulturowym.

Przebogaty świat gór Ameryki reprezentują zarówno góry o rzeźbie lodowcowej, fluwialno-denudacyjnej, stożki czynnych i niedawno wygasłych wulkanów, jak i tajemnicze ostańcowe góry wyspowe. Wiele z nich należy do najbardziej wyjątkowych w skali całego globu! Góry Ameryki Łacińskiej rozciągają się we wszystkich strefach klimatyczno-krajobrazowych i charakteryzują się ogromnym zróżnicowaniem pod względem wysokości n.p.m., wysokości względnych, budowy geologicznej i tektoniki, warunków i zjawisk klimatycznych, współczesnych procesów morfogenetycznych, pokrywy glebowej oraz flory i fauny.

Niezwykłą „specjalnością” gór tego regionu są wysokie wulkany! To tutaj znajdziemy najwyższe wulkany świata. Oficjalnie* doliczono się w tym regionie 183 czynnych wulkanów (w tym aż 55 sześciotysięcznych). Są wśród nich takie kolosy, jak drugi pod względem wielkości szczyt obu Ameryk – Ojos del Salado (6893 m) i nadal aktywny Llullaillaco w Chile wysokości 6793 m (ostatnia erupcja w 1877 roku) czy znany ze swej urody (też aktywny) Cotopaxi w Ekwadorze.

Przypomnijmy jeszcze, że największe góry Ameryki Łacińskiej – Andy, są najdłuższym łańcuchem górskim na naszej planecie (poza Grzbietem Środkowoatlantyckim na dnie Oceanu Atlantyckiego). Ciągną się one wzdłuż Oceanu Spokojnego, od Morza Karaibskiego po Ziemię Ognistą, przez terytoria Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile i Argentyny. W linii prostej ich długość wynosi ponad 7200 km, a szerokość waha się w przedziale od 200 do 800 km.

Różnice w ocenie długości Andów wynikają ze sposobu pomiaru – ich długość możemy liczyć w linii prostej lub według rozczłonkowanej długości grani głównej. W tym drugim wypadku liczą ponad 9000 km. Według niektórych badaczy Andy są najpotężniejszymi górami na świecie! I to mimo że ich wysokości ustępują znacznie szczytom azjatyckim. O tej potędze świadczyć mają: ich długość, zwartość, brak obniżeń poprzecznych, nisko położonych przełęczy i dolin przełomowych oraz występowanie szczytów przekraczających 5000 m n.p.m. na prawie całej długości łańcucha (w Andach jest 113 sześciotysięczników i ponad 750 pięciotysięczników).

Góry Ameryki Łacińskiej też możemy kolekcjonować na wiele sposobów. Może to być Korona Andów – czyli wszystkie najwyższe szczyty według pasm górskich. Jednakże przy takim wyznaczaniu korony napotykamy spory problem. Wyłonienie najwyższych szczytów poszczególnych pasm i grup górskich jest bardzo trudne i w praktyce ciągle niemożliwe, gdyż istniejące podziały fizycznogeograficzne gór Ameryki Łacińskiej i samych Andów są nadal bardzo ogólne, nieprecyzyjne, a często nawet sprzeczne. Można za taką koronę uznać np. piętnaście najwyższych szczytów Andów liczących ponad 6500 m. Bardziej wygodny i jednoznaczny wydaje się jednak podział Andów ze względów terytorialnych. Tradycyjnie stosuje się więc podział na Andy: Wenezuelskie, Kolumbijskie, Ekwadorskie, Peruwiańskie, Boliwijskie, Chilijskie i Argentyńskie. Często używa się też nazw: Andy Kolumbijsko-Wenezuelskie, Chilijsko-Argentyńskie, Południowochilijskie oraz Patagońskie.

Jeśli przyjmiemy podział ze względów terytorialnych (czyli według granic andyjskich państw), Korona Andów przedstawiałaby się następująco (w nawiasach pasma, w których leżą wymienione szczyty):

1. Wenezuela – Pico Bolívar, 5007 m (Cordillera de Mérida)

2. Kolumbia – Cristóbal Colón, 5775 m (Sierra Nevada de Santa Marta)

3. Ekwador – Chimborazo, 6267 m (Cordillera Occidental)

4. Peru – Huascarán Sur, 6748 m (Cordillera Blanca)

5. Boliwia – Sajama, 6542 m (Cordillera Occidental)

6. Argentyna – Aconcagua, 6962 m (Cordillera Central)

7. Chile – Ojos del Salado, 6893 m (Cordilliera Occidental Andów Środkowych).

Laguna Verde (Jezioro Zielone) znajdująca się u stóp jednego z najwyższych wulkanów świata – Licancabur (5920 m) na granicy Boliwii i Chile

Jeszcze bogatsza wydaje się Korona Ameryki Łacińskiej, jeśli do wyżej wymienionych dodamy wiele pięknych i ciekawych szczytów Ameryki Środkowej, pozostałych państw kontynentu południowoamerykańskiego i basenu Morza Karaibskiego. Są przecież wśród nich: najwyższy wulkan Ameryki Północnej – meksykańska Orizaba (5700 m), tajemniczy wulkan Tajumulco (4220 m), będący najwyższym szczytem Gwatemali, czy najwyższy w Kostaryce Cerro Chirripó (3819 m), z którego przy dobrej pogodzie widać dwa oceany. Taką koncepcję Korony przedstawia poniższa tabela.

Kraj

Szczyt

Wysokość m n.p.m. (podane są różne wersje funkcjonujące w literaturze)

Pasmo

Argentyna

Aconcagua

6962

Cordillera Central

Chile

Ojos del Salado

6893

Cordilliera Occidental Andów Środkowych

Peru

Nevado Huascarán

6748

Cordillera Blanca

Boliwia

Sajama

6542

Cordillera Occidental

Ekwador

Volcán Chimborazo

6267

Cordillera Occidental

Kolumbia

Pico Cristóbal Colón

5775 (5800)

Sierra Nevada de Santa Marta

Meksyk

Pico de Orizaba

5611 (5700)

Cordillera Volcánica

Wenezuela

Pico Bolívar

5007 (4979)

Cordillera de Mérida

Gwatemala

Volcán Tajumulco

4220

Sierra Madre

Kostaryka

Chirripó Grande

3820

Cordillera de Talamanca

Panama

Volcán Barú

3478

Sierra de Chiriqui

Republika Dominikany

Pico Duarte

3475

Cordillera Central

Brazylia

Pico de Neblina

3098

Serra do Imeri

Honduras

Cerro Las Minas

2849 (2870)

Cordillera
de las Minas

Gujana

Roraima

2810

Wyżyna Gujańska

Salvador

Cerro El Pital

2772

Sierra Madre

Haiti

Pic la Selle

2730

Chaîne de la Selle

Jamajka

Blue Mountain Peak

2256

Blue Mountains

Nikaragua

Pico Mogotón

2256

Cordillera Isabela

Kuba

Pico Real del Turquino

2106

Sierra Maestra

Gwadelupa

La Soufriere

1974

 

Dominika

Morne Diablotins

1467

 

Martynika

Montagne Pelée

1447

 

Portoryko

Cerro de Punta

1397

Cordillera Central

Saint Vincent i Grenadyny

La Soufriere

1338

 

Surinam

Juliana

1234

Wilhelmina Mountains

Belize

Doyle’s Delight

Victoria Peak

1124

1122

Cockscomb Range, Maya Mountains

Saint Kitts i Nevis

Mount Misery (Liamuiga)

1174

Nort Central Range

Saint Lucia

Mount Gimie

1156

 

Trinidad i Tobago

Aripo Peak

950

Northern Range

Montserrat

Soufriére Hills Volcano

940

 

Antyle Holenderskie

Mount Scenery

914

Wyspa Saba

Gujana Francuska

Bellevue de L’Inini

870

 

Paragwaj

Cerro Tres Kandú

842 (851)

Sierra Amambay

Grenada

Mount Saint Catherine

842

 

Urugwaj

Cerro Catedral

513,7 (514)

Cuchilla de Carpé

Antigua i Barbuda

Boggy Peak

402

Wyspa Antigua

Barbados

Mount Hillaby

340

 

Aruba

Jamanota

188

 

Bermudy

Town Hill

79

 

Navassa

Navassa High Point

77

 

Anguilla

Crocus Hill

65

 

Bahamy

Mount Alvernia

63

 

Turks i Caicos

Blue Bottle

49

 

Kajmany

The Bluff

43

 

 

Dodając do listy liczne państwa i państewka z rejonu Morza Karaibskiego oraz terytoria zależne i zamorskie, mamy ponad 40 szczytów i najwyższych wzniesień. Aby zachować spójność geograficzną, chwilowo zachowajmy na naszej liście przynależność niektórych krajów, gdzie panuje język angielski, do obszaru łacińskiego. Nie dajmy się jednak zwariować, bo interesują nas przecież tylko prawdziwe góry, dlatego wejścia na takie „kolosy”, jak np. najwyższa kulminacja Bahamów na wyspie Cat, wysokości 63 m n.p.m., czy aż 43-metrowy The Bluff na Kajmanach traktujmy jedynie w kategoriach ciekawostek geograficznych.

Życie w górach to ciągła walka z żywiołem – viento blanco w obozie pod Mercedario

* Opracowanie własne na podstawie materiałów Global Volcanism Program Smithsonian Institute.




Meksyk

Pico de Orizaba (5611 m lub 5700 m)
– gwiezdny szczyt Azteków

Godło Meksyku

Pico de Orizaba wznosi się na przedłużeniu Sierra Madre Wschodniej w Kordylierze Wulkanicznej (Cordillera Volcánica) na krawędzi Wyżyny Meksykańskiej, tuż ponad jej stokami opadającymi ku nadmorskim nizinom stanu Veracruz i złocistym plażom Zatoki Meksykańskiej (którą przy dobrej pogodzie widać z wierzchołka). Jest to trzeci szczyt Ameryki Północnej, najwyższy szczyt Meksyku, siódmy i najbardziej wysunięty na północ w Koronce. Jest typem stratowulkanu* wytworzonego przez wylewy lawy, które następują po wybuchu, na przemian z obfitymi opadami popiołów i bomb wulkanicznych. Ostatnią erupcję wulkanu odnotowano w latach 1545–1566. Wierzchołek jest zwieńczeniem okrągłego wulkanicznego krateru, głębokiego na około 150 m, na którego dnie znajduje się jeziorko (zwykle przykryte śniegiem). Dzisiaj o aktywności wulkanicznej Orizaby świadczy tylko wyczuwalny w kilku miejscach zapach siarkowodoru; krater nie dymi, a skały na krawędzi, ze względu na relatywnie młody wiek, są mniej kruche niż u podnóży. Z okreś­leniem wysokości szczytu są kłopoty. W zależności od źródeł podawana jest w kilku wersjach, od 5611 do 5700 m n.p.m., a źródła meksykańskie informują, że jest to nawet 5747 m. Szczyt zdobył już w 1838 roku Nicolas Funk z towarzyszami; jednak według innych źródeł pierwsze wejście dokonane zostało 10 maja 1848 roku przez amerykańskiego porucznika W.F. Reynoldsa, któremu towarzyszyło trzech żołnierzy (trwała wtedy wojna pomiędzy Meksykiem a Stanami Zjednoczonymi), a sama wyprawa liczyła 47 osób!

Orizaba od lat cieszy się bardzo dużą popularnością, przede wszystkim wśród Meksykanów i Amerykanów. Na szczyt wiedzie dziś około dwudziestu dróg o różnym stopniu trudności, sensowności i o bardzo latynoskich (czyli trochę egzaltowanych) nazwach. Najpopularniejsza z nich – co wcale nie oznacza, że najłatwiejsza – wiedzie od strony północnej przez lodowiec Jamapa. Droga ta nazywana jest Ruta Norte (Droga Północna) lub Cara Norte (Północna Twarz). Zaczyna się od położonego u podnóża góry plateau – Piedra Grande. Na wysokości 4260 m stoi tu schronisko o tej samej nazwie. Prezentuje się ono o wiele lepiej z zewnątrz niż od środka, gdzie w raczej obskurnym wnętrzu, na pryczach bez materacy, może pomieścić się nawet 60 osób. Schronisko co prawda jest bezpłatne, ale nie ma w nim wody. Trzeba ją przynosić ze źródła usytuowanego już nieco wyżej, nieopodal zrujnowanego budyneczku zwanego szałasem Augusta Pellety. Można tu dojechać jeepem drogą gruntową z odległego o 23 km miasteczka Tlachichuca. Właściwy szlak na szczyt zaczyna się od dużego żelaznego krzyża, stojącego nieopodal schroniska, i prowadzi początkowo skalnym wąwozem na lewo od ciemnego charakterystycznego urwiska zwanego El Sarcofago (5080 m) – będącego pozostałością dawnego krateru Orizaby. Idąc na szczyt, mamy do pokonania 1350 m deniwelacji. W związku z tym trzeba wychodzić w nocy, by zejść ze szczytu około południa (po południu zazwyczaj pojawiają się chmury, a sam lodowiec robi się uciążliwie miękki). Wejście zajmuje zazwyczaj od 6 do 9 godzin. Co ciekawe, ze szczytu Orizaby zjeżdżano także na nartach.

Do schroniska Piedra Grande (Refugio Piedra Grande) można dojechać samochodem, ale ze względu na aklimatyzację lepiej do niego dojść

Wąwozem dochodzimy do niewielkiego spłaszczenia u końca lodowca Jamapa na wysokości 4900 m, gdzie niektórzy biwakują przed atakiem szczytowym, aby nazajutrz skrócić podejście. Droga lodowcem nie przysparza trudności technicznych – nieliczne występujące tu szczeliny można ominąć lub przeskoczyć. Jak to jednak często bywa z łatwymi, chociaż lodowymi, długimi i stromymi podejściami, zginęło tutaj zaskakująco dużo ludzi. Zsuwali się najczęściej po lodzie i twardym śniegu. Dlatego czekan, raki oraz lina są co najmniej wskazane!

Podejście lodowcem jest dość monotonne i prowadzi do kaldery wulkanu. Po lewej stronie mamy skalną turniczkę zwaną Aguja de Hielo (Lodowa Igła). Podążamy w górę jej krawędzią na widoczny stąd wierzchołek zwieńczony metalowymi krzyżami.

Kopia rytualnej mozaikowej maski Azteków wykonana z kamieni półszlachetnych

Ambitniejsi mogą wejść na szczyt wariantami drogi normalnej, przechodząc przez wierzchołek El Sarcofago drogą zwaną Espinoza, lub z lodowca Jamapa na wysokości około 5000 m, trawersując dalej na wschód do drogi Lodowcem Wschodnim (Glaciar Este), nazywanym również Glaciar Oriental lub El Pecho de la Paloma (Pierś Gołębia). Na Lodowcu Wschodnim są do wyboru dwa strome kuluary: lewy – szerszy, o nachyleniu 40 stopni, i prawy – trudniejszy, o nachyleniu 50 stopni. Grzbietem pomiędzy lodowcem Jamapa i Lodowcem Wschodnim prowadzi jeszcze szlak zwany El Filo de Chichimeco, na który wyrusza się ze schroniska La Cabana de Manolo (Chatka Manuela), położonego na wysokości 3800 m. Można do niego dojść z miejscowości Coscomatepec, leżącej około 24 km na wschód od wulkanu.

Trudniejsze i bardziej wartościowe drogi prowadzą od północnego zachodu i zachodu. Są to kolejno: Serpent’s Head (Głowa Węża) – wiodąca trójkowym zamarzniętym wodospadem, i Horror Frost, prowadząca przez odcinek lodu o nachyleniu 60 stopni. Inne, które warto wymienić – chociażby ze względu na malownicze nazwy – to Ruta Juventud (Droga Młodości), Ruta Abrego czy La Cara del Muerto (Twarz Śmierci), nazwana tak okropnie z powodu luźnych, osypujących się piargów, i wreszcie Ruta Velázquez.

Orizaba
– idealny stożek

Widziana z „kukurydzianych” wyżyn w pobliżu miasteczka Tlachichuca sylwetka drzemiącego wulkanu Orizaba wydaje się niemal doskonała. Z dużych odległości prezentuje się jako bardzo regularny, niezniekształcony przez szczegóły rzeźby wyniosły stożek. Nic dziwnego, że dla Azteków była to góra wyjątkowa. Nazywali ją Citlaltépetl, czyli Gwiaździsta Góra (Gwiezdna Góra) albo Gwiezdny Szczyt – miejsce, w którym uważany za współtwórcę świata pierzasty bóg-wąż Quetzalco˘atl został pożarty w boskim ogniu wulkanu, by zaraz narodzić się na nowo. Quetzalco˘atl był jednym z głównych bóstw azteckiego panteonu. To on stworzył ludzi i był zawsze ich dobroczyńcą i protektorem. Był także bogiem wiedzy, wiatrów, zodiaku, wegetacji i sztuki. To on dał ludzkości cenny dar – kukurydzę. Obecna hiszpańska nazwa, El Pico de Orizaba, wydaje się przy tej azteckiej pozbawiona fantazji. Pochodzi ona po prostu od nazwy miasta położonego około 40 km na południowy wschód od wulkanu.

Strona południowa El Pico pozbawiona jest śniegu i lodu. To tędy wiodła droga pierwszych zdobywców, nosząca dziś nieco przerażającą nazwę El Perfil del Diablo (Profil Diabła). Drugą drogą jest popularny szlak zwany Ruta Sur, czyli droga południowa. Na obydwie wyrusza się ze schroniska Fausto Gomez Gomar (40 miejsc noclegowych, również brak wody), położonego na wysokości 4660 m. Można tu dotrzeć pieszo z wioski Texmalaquilla lub samochodem z Ciudad Serdán.

Kordyliera Wulkaniczna (Cordillera Volcánica) – równoleżnikowe pasmo górskie w Ameryce Północnej, złożone z szeregu wulkanów. Zbudowane z różnorodnych utworów wulkanicznych. Dobrze wykształcona piętrowość środowiskowa. Najwyższe wierzchołki (np. Orizaba) wznoszą się powyżej granicy wiecznego śniegu. Rozwój zlodowacenia powstrzymywany jest przez żywe procesy wulkaniczne. Niższe części stoków i częściowo podnóża gór należą do najgęściej zaludnionych obszarów Meksyku (głównie za sprawą żyznych gleb wulkanicznych).

Dzięki doświadczeniom zdobytym na szybkich wejściach na wulkany Ekwadoru wiedzieliśmy, że mimo znacznej wysokości możliwe jest wejście na Orizabę na tzw. błysk, czyli praktycznie bez dłuższej aklimatyzacji pod górą. Wiedzieliśmy również, że o wiele lepiej przyzwyczajać się do wysokości, podchodząc pod wulkan, co także pozwala uniknąć kosztownej podwózki jee­pem. Poza tym zbyt długie siedzenie w schronie „wyjściowym” nie tylko wysysa siły, ale jest co najmniej dyskomfortowe. Mieliśmy też świadomość, że nie należy zbytnio przejmować się katastroficznymi informacjami o straszliwych niebezpieczeństwach, którymi szczodrze dzielą się pracownicy agencji przewodników i biur turystycznych. Nawiasem mówiąc, Orizaba rzeczywiście pochłonęła zaskakująco dużo ofiar, więc zawsze należy zachować rozsądek i pokorę – jak z każdą dużą górą. Sposób podchodzenia wybraliśmy także ze względu na pewien kaprys. Otóż, chcieliśmy na wierzchołku stanąć dokładnie 1 stycznia. No, i udało się!

Joanna na podejściu lodowcem Jamapa, w dole El Sarcofago

Równo tydzień po wylocie z kraju podziwialiśmy z Joanną wspaniałą panoramę na Kordylierę Południową, rozpościerającą się z wierzchołka. Znów dane nam było przeżyć wyjątkowo długi i bardzo bogaty w wydarzenia dzień! Kolejny taki dzień w naszym życiu.

Kaldera to zagłębienie w szczytowej części wulkanu powstałe wskutek gwałtownej eksplozji niszczącej górną część stożka wulkanicznego. Na zdjęciu widoczny jest fragment postrzępionej krawędzi kaldery Orizaby

Bo przecież, w co trudno było nam uwierzyć, jeszcze wczoraj, w ostatnim dniu starego roku, w czasie gdy w Warszawie wszyscy wybierali się na bale sylwestrowe, my (Joanna, Tomek, Marek i ja) z wielką przyjemnością wypiliśmy, leżąc w cieplutkich śpiworach w Piedra Grande, miód pitny przywieziony na tę okazję z Polski (tu chwała dla Tomka, że go dzielnie przytargał). A już w dzień noworoczny wyszliśmy o pierwszej w nocy, by po siedmiu godzinach mozolnej wędrówki jednostajnie nachylonym pod kątem 40–45 stopni lodowcem Jamapa, w zupełnie niepasującym do Meksyku śniegu po kolana, sporym mrozie i kąśliwym wietrze, stanąć z Joanną na krawędzi kaldery wulkanu (chłopaki wycofali się po drodze). Po kolejnych trzystu metrach wędrówki krawędzią znaleźlismy się na szczycie. Rozpościerający się stąd widok na pewno wart był tego całego trudu. Pod nogami mieliśmy idealnie okrągły krater z postrzępioną koroną i pionowymi, ponad 150-metrowymi ścianami. Na jego dnie dostrzegliśmy niewielkie, zamarznięte jeziorko. Na wschodzie rozpościerała się Zatoka Meksykańska zasnuta gęstym kobiercem chmur, a na zachodzie góry Cordillera de Anahuac, w dole zaś – hen, daleko – brązowożółte rolnicze wyżyny.

Pogięte krzyże na szczycie Orizaby (widać też naszego bożonarodzeniowego aniołka), w dali Kordyliera Wulkaniczna, a pod chmurami Zatoka Meksykańska

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia na wierzchołku przy plątaninie przeróżnych krzyży i innych pamiątek po poprzednikach i zawieszenie na jednym z nich naszego zdjętego z choinki w Polsce świątecznego aniołka. Ostatnie zachwycone spojrzenie na świat wokół i już trzeba schodzić na dół, zanim lodowiec zupełnie rozmięknie, a popołudniowe mgły zasnują go na amen.

* Stratowulkan – góra w kształcie stożka powstała w miejscu wybuchu wulkanu z produktów jego erupcji.


Gwatemala

Tajumulco (4220 m)
– cień wielkiej góry

Godło Gwatemali

Na godle Gwatemali występuje ptak – quetzal herbowy – będący symbolem wolności. Podtrzymuje on pergamin, na którym widnieje informacja: Niepodległość 15 września 1821 roku. Właśnie wtedy Gwatemala oderwała się od Hiszpanii i proklamowała niepodległość, by już w latach 1822–1823 stać się częścią Meksyku. Od 1839 roku jest suwerennym państwem.

Gwatemala to kraj wulkanów. Jest ich tam rzeczywiście dużo. Na pewno stanowią atrakcyjny kąsek dla wytrawnych turystów, chociaż sama Gwatemala nie uchodzi za kraj bezpieczny. Tych najwyższych, trzytysięcznych, jest czternaście. Wymieńmy spośród nich drugi co do wysokości i nadal aktywny wulkan Tacaná (4093 m), a także inne: Acatenango (3976 m), Santa Maria (3772 m), Agua (3766 m) o wspaniałych kształtach czy ognisty Fuego (3766 m), uchodzący za jeden z najaktywniejszych wulkanów Ameryki Środkowej (od 1524 roku zanotowano ponad 60 jego erupcji – ostatnia w 2011 roku). Najpopularniejszym i najczęściej odwiedzanym wulkanem Gwatemali jest łatwo dostępny, niemniej jednak bardzo ciekawy, aktywny wulkan Pacaya (2552 m), położony opodal najpiękniejszego miasta tego kraju Antigua (pełna nazwa miasta jest nieco przydługa, ale jakże ładna – brzmi La Muy Noble y Muy Leal Ciudad de Santiago de los Caballeros de Guatemala, czyli Najbardziej Szlachetne i Najwierniejsze Miasto Świętego Jakuba od Rycerzy Gwatemali).

Gwatemalskie wulkany
– widok z Pacaya

Najwyższy szczyt Gwatemali – Tajumulco – także jest wulkanem. Położony jest w południowo-zachodniej części kraju, w nadal aktywnych sejsmicznie górach Sierra Madre, tuż przy granicy z Meksykiem. Wulkan obecnie już nie jest aktywny, ponadto znajduje się nieco na uboczu, w pewnej odległości od popularnych szlaków turystycznych. Leży w mało penetrowanym przez turystów departamencie San Marcos (w niektórych przewodnikach, np. w starszych wydaniach Lonely Planet, zapomniano nawet umieścić to dość spore miasto, nie wspominając oczywiście o naszym wulkanie!).

Młode jęzory lawy (po lewej) i stare (po prawej) na wulkanie Pacaya

Może powodem tego był fakt, że przez wiele lat w tej okolicy działała dość aktywnie partyzantka rewolucyjna URNG (Unidad Revolucionaria Nacional Guatemalteca), tzw. guerilleros. Do tej pory krążą legendy o minach zakopanych po meksykańskiej stronie, w rejonie wulkanu Tacaná. Obecnie, przynajmniej pod tym względem, Tajumulco jest bezpieczny. Chociaż jego okolice bynajmniej za takie nie uchodzą.

Tajumulco ma dwa wierzchołki: główny, południowo-zachodni, wysokości 4220 m, i niższy, południowo-wschodni, wysokości 4100 m, zwany również (tak jak wiele szczytów w Ameryce Łacińskiej) Cerro de Concepción. Jak na prawdziwy wulkan przystało, ma on wyraźnie zarysowaną kalderę.

Wejście na Pacaya dostępne jest dla każdego, ale ze względów bezpieczeństwa należy odwiedzać ten szczyt tylko w zorganizowanych grupach. Wówczas można spojrzeć bezpośrednio na „czerwone oko wulkanu” i zaobserwować mnóstwo interesujących zjawisk wulkanicznych, takich jak świeże potoki lawy, fumarole* i „dopiero co” zastygłe, bajecznie kolorowe skały wulkaniczne.

Tajumulco, mimo że najwyższy, nie należy do najtrudniejszych szczytów. Znany jest przede wszystkim ze wspaniałej panoramy na całe pasmo wulkaniczne Gwatemali. Wielką atrakcją jest podziwianie wschodu słońca ze szczytu wulkanu. Można wówczas zaobserwować ogromny cień góry, układający się w kształt wręcz idealnej piramidy. A przy sprzyjającej pogodzie można dojrzeć wody Oceanu Spokojnego na południowym zachodzie. Szczególnie interesujący jest widok na tzw. Boca Costa, czyli bardzo urodzajną nizinę pomiędzy wulkanami i oceanem. Częściej jednak musimy się zadowolić podziwianiem sąsiadujących wulkanów wraz z występującym poniżej morzem mgieł.

Tajumulco jest naprawdę pięknym wulkanem. Jednym problemem jest dotarcie w okolice góry (nie bardzo można liczyć na transport lokalny), drugim zaś, chyba większym, są kwestie bezpieczeństwa. Warto mieć to na uwadze, nie brać ze sobą cennych rzeczy i większej gotówki, zostawiając je na przykład w depozycie w hotelu.

Nazwa wulkanu pochodzi od małej miejscowości Tajumulco, która znajduje się u jego podnóża. W dialekcie lokalnym oznacza „w ukryciu”, „schowane” lub „zagubione”. I rzeczywiście wioska schowana jest w dolinie i dawniej trudno było do niej trafić.

Na Tajumulco, podobnie jak na inne wulkany Gwatemali, trzeba wychodzić bladym świtem i schodzić w miarę wcześnie, gdyż normą są tutaj popołudniowe chmury. Gdy zasnują niebo, łatwo jest się zgubić. Wielu turystów błądziło w okolicznych barrancos (tak nazywane są głębokie wulkaniczne wąwozy). Można też zaplanować wycieczkę na dwa dni i zanocować pod kraterem – znajduje się tam prymitywny drewniany schron dla turystów. Na szczyt można wejść na kilka sposobów – najbardziej znane i popularne jest wejście od strony tzw. Gardzieli Tuichán.

Zbocza Tajumulco zajęte są przez pastwiska, uprawy ziemniaków, kukurydzy i warzyw. W wyższych partiach zachowały się lasy sosny karaibskiej, których niestety jest coraz mniej, gdyż drzewa atakowane są przez pasożyty gorgojo de pino

Od miasta Gwatemala (Ciudad de Guatemala) należy pojechać drogą CA-1, która najpierw dochodzi do Quetzaltenango, a następnie kieruje się do San Marcos – mierzy ona około 250 km. Podróż zajmuje mniej więcej 6 godzin. Następnie lokalnym autobusem lub samochodem jedziemy jakieś 25 km na północ w kierunku miejscowości Tacaná, do tzw. Gardzieli Tuichán. Tutaj zaczyna się tradycyjny szlak, który jest dosyć prosty orientacyjnie. Prowadzi nim w miarę wyraźna ścieżka, wiodąca do zwieńczonego sporą trójkątną wieżą triangulacyjną wierzchołka. Zaczyna się ona łagodnym, otwartym stokiem, którym podchodzi się w kierunku południowo-zachodnim. Przed wierzchołkiem znajduje się niewielka płaska przestrzeń zwana La Olla (czyli „patelnia”). Następnie przez mniej więcej godzinę podchodzi się po prawej stronie grani, która prowadzi z La Olla do szczytu. Po godzinie marszu grzbietem po jego lewej stronie dociera się do podstawy. W części szczytowej wierzchołka znajduje się wyraźny stożek wulkaniczny i krater o blisko 70-metrowej średnicy i głębokości 50 m. Ze szczytu można zobaczyć cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali, od wulkanu Tacaná aż po Chingo. Na południu zaś widać kraj­obrazy wybrzeży Pacyfiku – Boca Costa. Tak jak to często bywa na wulkanach, wspaniałym przeżyciem jest obserwowanie wielkiego regularnego trójkątnego cienia góry.

Według legendy z krateru wulkanu Tajumulco wychodziło kiedyś bardzo dużo mrówek, do czego nikt nie przywiązywał większej wagi. Aż któregoś dnia miejscowi staruszkowie zauważyli, że poprzez szczelinę wlatuje do wnętrza góry tajemniczy dzięcioł, a kiedy nikt nie widzi wylatuje stamtąd, unosząc w dziobie kukurydzę i fasolę. Jak łatwo się domyślić, zaintrygowani staruszkowie skojarzyli mrówki z jedzeniem i podpatrzyli, w której szczelinie znika dzięcioł. Poszli następnie jego śladem, rozłupując na pół wielki kamień, który zagradzał im drogę, a w trzewiach góry ujrzeli wielkie bogactwo. Nie było to jednak złoto ani drogie kamienie, lecz wszystkie najistotniejsze dla życia dobra. We wnętrzu znaleźli dobrą wodę, powietrze, ziarna kukurydzy, fasoli, owoce i zwierzęta domowe. Była tam też marimba (najpopularniejszy instrument Ameryki Środkowej), drewno, nasiona sosny, naczynia gliniane, maski i ubrania do tańca konkwistadorów, i wreszcie ogień – w sumie trzynaście bardzo ważnych rzeczy.
Ponoć na początku świata wulkan zebrał wszystkie te rzeczy, żeby je chronić. Najważniejsze jednak były święte ziarna kukurydzy. Legenda Mam wyjaśnia początki uprawy kukurydzy, która stąd rozprzestrzeniła się na całą Gwatemalę i świat. Od czasu dokonanego przez staruszków odkrycia wulkan nosi imię Chman, które w języku Mam oznacza „serce trzynastu rzeczy”.

Odpoczynek na szczycie.
W tle widoczny czterotysięczny wulkan Tacaná

Warto dodać, że w okolicach Tuichán nie ma bazy hotelowej, a i w samym San Marcos jest ona raczej uboga.

Na wulkan można ruszyć także od zachodu, od strony wybrzeża Pacyfiku. Ten niezbyt popularny szlak zaczyna się od hacjendy El Porvenir. Podejście to uchodzi za bardziej strome i męczące – prowadzi bezpośrednio na przełęcz między oboma wierzchołkami. Można także wyruszyć od razu ze stolicy departamentu San Marcos lub z miejscowości San Sebastian, około 4 km przed Gardzielą Tuichán.

A więc, Hasta la cumbre!**

* Fumarola – rodzaj wyziewów gazów towarzyszących czynnym wulkanom (głównie chlorowodór, dwutlenek siarki i para wodna).

** Na szczyt!


Belize

Doyle’s Delight (1124 m)
– smutek i radość tropików – góra dla poszukiwaczy oryginalnych wyzwań i kolekcjonerów miejsc niezwykłych

Godło Belize

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com