Przewrotna kobieta - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przewrotna kobieta - Wincenty Łoś

Powieść autorstwa Wincentego Łosia, wydana w 1904 roku. Wincenty Łoś (1857–1918) był polskim arystokratą, a także zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej. Był bardzo płodnym autorem. Spod jego pióra wyszły także m.in. „Dzisiejsze małżeństwa”, „Jeszcze małżeństwa”, „Wilma”, „Hrabia starosta”, „Jędrek”, „Linoskoczka”, „Wczorajsi”, „Nokturn Szopena”, „Tajemnica”, „Z różnych pułków”, „Nera Pollacca” (1895), „Swat” (1895), „Hrabina” (1895), „Aktorka” (1895), „High life doktor” (1896), „Przy naszych dworach” (1895).

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Przewrotna kobieta - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Przewrotna kobieta - Wincenty Łoś






Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III Wit Sierpont
  5. ROZDZIAŁ IV Pierwsze skrupuły
  6. ROZDZIAŁ V Alfred Zboiński
  7. ROZDZIAŁ VI Alea iacta est
  8. ROZDZIAŁ VII Pan prezes
  9. ROZDZIAŁ VIII Pomysł zemsty
  10. ROZDZIAŁ IX Rzeczy układają się
  11. ROZDZIAŁ X Jak się rodzi myśl kuligu?
  12. TOM II
  13. ROZDZIAŁ I Nauka nie idzie w las
  14. ROZDZIAŁ II Obawy Torwalsena
  15. ROZDZIAŁ III Kulig
  16. ROZDZIAŁ IV Obudzenie się uczciwej kobiety
  17. ROZDZIAŁ V Pod wpływem Bourgeta
  18. ROZDZIAŁ VI Błysk fortuny
  19. ROZDZIAŁ VII Wypadek lowelasa
  20. ROZDZIAŁ VIII Pogodzenie
  21. ROZDZIAŁ IX Tragiczna rehabilitacja
  22. ROZDZIAŁ IX Po katastrofie
  23. ROZDZIAŁ XI Rekonwalescent
  24. ROZDZIAŁ XII Wdowa
  25. ROZDZIAŁ XIII Niespodzianka
  26. KOLOFON

TOM I


ROZDZIAŁ I

Dwie siostry i sąsiadki, pani Teresa Sierpont i hrabina Zula Karsznicka, siedziały we framudze okna, za którym roztaczał się szeroki, parkowy, wiejski pejzaż.

Obie wyglądały na znudzone rozmową kulejącą, niepodsycaną niczym nowym, co niezbędnym było w ich codziennych stosunkach.

Otoczenie ich zdradzało dobitnie sferę, do której należały, do której należała przynajmniej hrabina, w której domu obie teraz gawędziły.

Za oknem roztaczał się park, od lat ręką biegłych ogrodników prowadzony, bo choć cały przyprószony był grubą warstwą śniegu, widniały w nim pyszne świerki i modrzewie, umiejętnie rozstawione po przestrzeniach, krzewy pookręcane słomą, cięte szpalery i żywopłoty grabów i innych tego rodzaju drzew. Z tej strony okna był to buduar kobiecy, urządzony według ostatnich wymagań ornamentyki pokojowej, pełen barw i tonów, jakie dokoła siebie rzucały dywany smyrneńskie, plusze mebli złoconych, rzeźbione ramy portretów i obrazów, brązy lamp, zegara i bibelotów.

Było tu dobrze, cicho, miękko i ciepło, w tym zbytku, harmonizującym z jego właścicielką.

Pani Zula była bowiem jeszcze pełną wdzięku i uroku osobą, jakkolwiek dawno przeżyła pierwszej młodości ostatnie lata.

Nazywano ją w okolicy Ninon.

Przedstawiała ona typ niepospolity siłą rysów, które natura, jakby dla zabawki, ułożyła w niepojęty kaprys, a mimo to całość uczyniła tak wdzięczną, niemal bardzo piękną.

Blondynka ta, o włosach, iście przypudrowanych popiołem, miała śniadawo różową cerę twarzy, cokolwiek matową, by lepiej odbijała błysk siwych, pełnych życia i śmiechu oczu.

Rysy jej twarzy były bardzo drobne i dalekie od klasycyzmu. Usta duże, zdawało się, że po to tylko były za duże, w stosunku do drobnych rysów, by co chwila lepiej uwidoczniać szereg pięknych zębów i czarować pełnym, zdrowym, jasnym, szczerym śmiechem, płynącym wprost jednym potokiem perlistym z wesołego dna czystej i swobodnej duszy.

Ale nie to jeszcze robiło z tej kobiety wyjątkowe zjawisko o wielkim, a nieumotywowanym jej twarzą, wdzięku.

Wielki znawca kobiet, sąsiad jej, pan Alfred Zboiński, twierdził, iż wdzięk jej czarujący płynął z niepospolitego daru wymowy, jaki posiadała.

Rzeczywiście, głos miała śliczny i pełen modulacji, a płynność wymowy przechodziła niemal granice możliwości.

Gdy mówiła, człowiek naprzód robił sobie uwagę:

– Jakże ona ślicznie mówi.

Potem dopiero konstatował szczegóły tych czynników, które się składały na to wrażenie dominujące – niezwykłej i podbijającej wymowy.

To wrażenie tkwiło w tym, iż hrabina mówiła zawsze z uśmiechem stereotypowym niemal, lecz płynącym z zawsze wesołego jej usposobienia.

Ta wesołość udzielała się słuchaczowi, i porywała go swą magnetyczną mocą prawdziwej dobroci i jakiejś świeżości serca i duszy. Prócz tych warunków, hrabina miała figurę doskonale zachowaną i lekki chód dziewczynki.

– Już to przyznać trzeba – odezwała się pani Teresa, rozglądając się po pokoju, że bardzo ładnie urządziłaś sobie ten salonik.

– Nie uwierzysz – podchwyciła hrabina – jak się o to starałam. My biedne, które zimy musimy spędzać na wsi... dla nas mieć miłe home jest niemal naszym pierwszym warunkiem szczęścia.

Umilkły. Rozmowa nie szła między tymi siostrami, które mieszkając od siebie o kilka wiorst, widywały się niemal co dzień i dawno sobie wszystko powiedziały.

– Nie uwierzysz – nagle zagadnęła hrabina z większym ożywieniem – jak pewne przedmioty, przypominają mi zawsze pewne wypadki, czy sceny. Ot spojrzałam w tej chwili na tę lampę, i żywo stanęła mi w oczach scena, która się pod nią, lat temu cztery, odbyła. Bo może nie wiesz, że pod tą lampą zdecydował się romans Olgi i że ja byłam pierwszą, która to odgadła, zmiarkowała i przeczuła.

– Nic o tym nie wiem – z ciekawością niezwykłą podjęła pani Teresa – nigdy droga Zulu mi tego nie powiedziałaś. Opowiedz! – prosiła – opowiedz! Ot teraz tak nam tu dobrze... ciepło... miło... Ty tak ślicznie opowiadasz... i tak prędko...

Pani Zula spojrzała na siostrę, zaśmiała się całą swoją wesołą i pogodną fizjonomią i zawołała:

– Nie potrzebujesz? Mnie tak prosić! Opowiem chętnie, tym więcej, że mnie samej będzie przyjemnie przypomnieć sobie te chwile. Czy uważasz, jak czasem lubimy przeżywać drugi raz pewne epizody, choćby dla nas, na nasze życie żadnego wpływu niemające, jak ten oto:

– Opowiadaj!

Hrabina poprawiła się na fotelu i zaczęła.

– Było to nad ranem po tym kuligu co był u nas. Byłyśmy wszystkie lekko odurzone szampanem i Zboińskim. Pamiętasz, Zboiński wtedy był kupił ten majątek w sąsiedztwie i nas młode wtedy mężatki, niezmiernie intrygował. Nie przyznałam ci się nigdy, ale i mnie wtedy bardzo zajmował. Taki lew, seduktor, w którym się kochały po kolei toutes nos grandes dames, grandes et mondaines, o którym mawiano w świecie, że jest po prostu irresistible, jakże nie miał w parafii na głuchej wsi, zrobić olbrzymiego wrażenia? Patrzyłyśmy w niego, jak w tęczę. Tyś na tym balu, droga Tereniu, nie była?

– Nie byłam! Była to rocznica śmierci mego męża – odparła pani Teresa cicho, pokrywając się jakimś wyrazem smutku, krótko trwającego, bo zaraz podjęła – ale pamiętam to ożywienie, to émoustillement młodych kobiet w okolicy. Opowiadaj!

– Otóż tak! Nad ranem złapałyśmy Zboińskiego, osaczyły tu pod tą lampą i zaczęły pracować, by nam odkrył, by mówił, by nam objawił, w czym był taki irresistible... Zaczepiałyśmy go, każda na swój sposób...

Jak dziś pamiętam, jak nam odpowiedział i jak mi się podobał jego sposób mówienia, taki jakiś głaskający, intonacja jego głosu, taka do dna słuchu idąca, jak mnie głęboko zastanowiły jego paradoksy i myśli – tu się zamyśliła, westchnęła i podjęła. – Byłam młodszą o lat cztery, byłam dwuletnią mężatką...

– Więc ci się podobał? Ach, opowiadaj.

– „Wy, panie, na wsi, gdzie praktykujecie biblijne cnoty – mówił bardzo a propos, bo odpowiadał na uczyniony mu zarzut doprowadzania kobiet do upadku – sądzicie, że mężczyzna, używający sławy seduktora, może z każdej spotkanej kobiety w świecie, która mu się podoba, zrobić swą zdobycz. Mylicie się radykalnie. Jest tylko pewna sfera kobiet, mogących być zdobyczą pochłaniaczy serc, a ich talent polega właśnie na tym, że się nie kuszą o ofiary, o których cnotliwe pancerze rozbić by się mogła ich sławą podbijaczy. Seduktor prawdziwy nic wspólnego nie ma z Napoleonem, któremu się zachciało podbić Rosję. Seduktor wchodzi do salonu, rozgląda się i w ciągu półgodzinnej rewii dam wie, które z nich są fortecami do zdobycia, i o jedną z nich tylko się kusi”.

– Otóż to chcemy wiedzieć od pana, podjęła Rodrygowa – po czym poznajecie te łatwe do zdobycia fortece? Są toż elegantki? – pytała Olga. – Są tu złe żony? – pytała druga. – Są toż kobiety, kokietki? – pytałam. Zdaje mi się, że Zboiński namyślał się, zawalony tymi pytaniami. Najwidoczniej się skupiał – i tak zaczął swym prześlicznym językiem, z tą niezrównaną czystością dykcji.

Hrabina odetchnęła, a z przyjemnością sprawdziwszy, że siostra była zainteresowaną, ciągnęła: – „Kobiety te – mówił qui se laissent prendre według mnie, nie należą ani do elegantek, ani do złych, ani do kokietek. Grubo by się oszukał ten mężczyzna, który, pragnąc mieć w życiu quelques bonnes fortunes, czepiałby się kobiet według tych kategorii. Owszem, o ile w życiu zauważyłem, wielkie elegantki są najczęściej kamieniami wierności małżeńskiej; kokietki są najgorszym materiałem dla romansu, a kobiety światowe tak są pochłonięte obowiązkami salonu, iż czasu nie mają na rzecz, wymagającą tyle skupienia myśli, jak romans”.

Urwał, a pod tą lampą zahuczało od pytań i żądań.

– Po czymże więc poznawałeś pan te, które później robiłeś swymi ofiarami? – zapytała namiętnie zaciekawiona Olga.

– Pani mnie osobiście o to pytasz? – zapytał Zboiński.

– Wszystkie jesteśmy ciekawe – zawołało nas kilka.

– Otóż – odparł – mogę paniom pod tym względem udzielić tylko moich osobistych wrażeń, które nie są regułą, gdyż nie należę do pochłaniaczy serc z zawodu, a jeśli miałem w życiu kilka szczęśliwych zdarzeń, w których jakiej uroczej kobiecie spodobała się „moja najpiękniejsza w Polsce broda”, to  jeszcze nie dałoby moim wnioskom, opartym na osobistym doświadczeniu, powagi choćby psychologiczne! Prawdy...

– Tu pogłaskał tę swoją „najpiękniejszą w Polsce brodę” i ciągnął – mówiła tak dalej pani Zula.

– „Istnieje pewien rodzaj kobiet, dostarczających według mnie, najpodatniejszego i najwdzięczniejszego materiału dla romansu współczesnego, Bourgetowskiego, zaczynającego się od flirtu, a kończącego się dramatem. Te kobiety, których w życiu bardzo mało spotkałem, a które trafiają się zarówno na wielkoświatowych arenach, jak zagrzebane w błotach głuchych prowincji nazwałbym kobietami tajemniczymi, des femmes a mystere. Ile razy taką kobietę, która na mnie to pierwsze wrażenie tajemnicy zrobiła, spotkałem, tyle razy spotkałem kobietę, która albo już miała przejścia w życiu, albo je mieć będzie”. Tu musiał urwać – mówiła pani Zula – bo ja mu przerwałam, prosząc, by nam bliżej określił to zjawisko, które nazwał „kobietą tajemniczą”.

– Nad tym moim pytaniem długo myślał i wreszcie znów zaczął, tym razem z właściwą mu kokieterią słów i spojrzeń i jakoby z zapałem do przedmiotu, który jednakże pierwszy raz w słowa ubierał, bo mu ich często brakowało, mówił: – „Trafiają się kobiety, które, zaledwie spostrzeżone w wirujących parach walca, w tłumie wychodzących z teatru, za szybą karety, pędzącej ulicą, owiewają człowieka jakimś prądem magnetycznym, niepokoją go i budzą w nim, najmniej chociażby ciekawym, uczucie tak potężnego zaciekawienia, iż wytłumaczyć go i zanalizować trudno. Po prostu, chcąc kwestię tę naukowo zbadać, sądziłbym, że niepokój wewnętrzny, który te kobiety trapi i który je do zguby popycha, jest elementem, mającym swój, jakby udzielający się fluid magnetyczny. Taka kobieta-tajemnica nieraz nie zrobiła nic więcej, tylko przeszła koło mnie, nie rzuciwszy mi nawet spojrzenia, a roznieciła we mnie burzę różnorodnych uczuć, ciekawości, mających jakieś zarody miłości, szału niemal i pragnienia – istną burzę, która dotąd w mej piersi się żarzyła, póki nie zbadałem, lub nie posiadłem tajemnicy. Taka kobieta porywa człowieka przede wszystkim tą ciekawością, bo trzeba wam wiedzieć, moje panie, że ciekawość, niebędąca wadą pospolitą mężczyzn, jest u nich najstraszniejszą namiętnością, gdy ich ogarnie pod postacią ciekawości kobiety. Zaciekawić „sobą” mężczyznę jest, najwyższym kobiety tryumfem, jej najpotężniejszą bronią”.

Słuchałyśmy, bardzo zainteresowane, a Olga Torwalsen zaparła w sobie oddech. Widział to Zboiński, jak jest pochłanianym, i nie usiłował skracać.

– „Pamiętam raz – ciągnął – wrażenie to tajemnicy zrobiła na mnie słynna pani Luison, tylko sposobem, w jaki w walcu trzymała indywidualnie swoją figurę na ramieniu tancerza. A pani Liza, owa przesławna pani Liza, której nie znałem, podrzuciła mną jak na sprężynach, gdym ją, siedząc przed kawiarnią w Paryżu, pierwszy raz zobaczył, wychodzącą au bras swojego nieciekawego męża.

Pobiegłem za nimi i nie opuściłem ich, dopóki nie dowiedziałem się przynajmniej, kim byli. Często w drobiazgu może tkwi to, co na nas takie tajemnicze sprawia wrażenie i taką w nas obudza ciekawość. To „coś posiadała” w najwyższym stopniu cesarzowa Eugenia, i nie można mieć pojęcia o czarze, jakim dla mężczyzn ta kobieta zdawała się być owianą. I ta okoliczność właśnie, że takie kobiety, jak cesarzowa Eugenia, pani Liza, które chyba zdały wyśmienicie swe kobiece egzaminy, wywierały na mnie to samo wrażenie, jakie wywierały i te, którym się miała zaszczyt podobać „moja najpiękniejsza w Polsce broda”, sprawiły, żem uchwycił ten niedostrzegalny, a olbrzymi urok, tkwiący w tej tajemniczości, w jaką natura, czy sztuka pewne kobiety przybiera”... Urwał może dlatego, żeśmy wszystkie, chciwe dalszych zwierzeń, porwane jego niezaprzeczalnym darem przykuwania do swych słów, prosiły o rozstrzygnięcie: czy natura, czy sztuka.

I pani Teresa była zaciekawioną, bo podjęła:

– Jestem zaciekawiona, a godzę się z jego teorią.

– Przypominasz sobie zapewne, chociaż dzieckiem byłaś, panią Zenobię? Ona miała tę tajemniczość, która jej towarzyszyła, która, zdawało się, mawiał pan Podoski, także un lovelas, gnieździła się w fałdach jej sukni i odzywała jej tylko właściwym frou-frou.

– Ot! Ta sama teorią w dwu pokoleniach seduktorów – podjęła pani Zula – Ale cóż on, Zboiński, wam odpowiedział?

– Już nie pamiętam...

– Jak to?

– Bo widzisz, moja Tereniu, w tej chwili właśnie, w której Zboiński odpowiadał, moją całą uwagę pochłaniała Olga. Żebyś była ją widziała wtedy, pożerającą swymi czarnymi cyganki oczami Zboińskiego, bladą z zaciekawienia, drżącą z niepewności, czy i ona może nie jest taką kobietą-tajemniczą, byłabyś odgadła to, co ja wtedy odgadłam.

– To jest?

– Wtedy, jak dziś pamiętam – mówiła pobudzona pani Zula, nadając swej dykcji jakieś przyspieszone tempo – wtedy sobie powiedziałam, patrząc na Olgę: „oto najnowsza ofiara Zboińskiego”.

– Przeczułaś?

– Flirt zaczął się jeszcze tegoż wieczoru. Romans, jak wiesz, nie kazał na siebie długo czekać.

– I trwa lat cztery – westchnęła melancholijnie pani Teresa. – Żebyś ty wiedziała, jak ja tego Zboińskiego pragnęłam dla Idalki – dodała, przerzucając się na inny temat, na temat ulubiony matek, mających córki na wydaniu. Ona dlatego z takim interesem słuchała opowiadania Zuli o Zboińskim, że tenże był w swoim czasie, gdy się sprowadzał w tę okolicę, gdy zawiązywał romans z Olgą Torwalsen, marzeniem jej macierzyńskiego serca, dumnego z wdzięków swej Idalki i szukającego dla niej męża w szeregach młodzieży okolicznej. Wybór padł na Zboińskiego, któremu nawet Idalka najwidoczniej się podobała, ale właśnie w owym czasie był ten bal, i Olga zarzuciła nań sidła.

To wszystko, z pełną smutku i goryczy minką na swej pogodnej, różowej, twarzy, przypomniała sobie pani Teresa i szepnęła:

– Przewrotna kobieta...

– Kto?

– Ta Olga Torwalsen.

Pani Zula nic nie odpowiedziała, ale dla siostry widocznym było, iż ją ostatnie słowa zastanowiły i całą jej wyobraźnię w jakimś kierunku myśli popchnęły. Tak było oczywiście, bo po długiej pauzie, odezwała się:

– My wszystkie, my w naszej rodzinie, liczącej, jak wiesz, pięćdziesiąt, kiedyś to Edwin wyliczył, kobiet w trzecim pokoleniu po dziadku Zbęskim, jesteśmy dragonami cnoty. To także Edwinka powiedzenie. My więc nie jesteśmy w stanie takiej Olgi zrozumieć.

– Ale czy wiesz, co ci powiem?

– Hm?

– Ja się chyba wyrodziłam ze wszystkich Zbęskich, bo czy uwierzysz – pytała jakby z przekonaniem, że jej siostra nie uwierzy – ja ją rozumiem. Mnie się zdaje, że ja bym w danej chwili, potrafiła pokaskadować.

– Zulu! – zawołała pani Teresa, udając oburzenie.

Pani Karsznicka się zastanowiła.

– Kaskadować może bym nie potrafiła, ale zdaję mi się, iż ogromną by mi sprawiło przyjemność, odbić na przykład Oldze takiego Alfreda... To musi być coś nadziemskiego w odbiciu, w tym tryumfie kobiety nad kobietą. I widzisz, że jestem wyrodną Zbęską, nie będąc nią. Nie rozumiem wiarołomnej żony, ale rozumiem nawet kaskadowanie z punktu widzenia rywalizacji kobiecej.

– Pobudki prowadzące do tego samego celu i tymi samymi drogami, moja Zulu... gdybyś je miała, to byś rzeczywiście była wyrodną Zbęską.

Pani Zuli siwe oczy pałały. – A ty? Tereniu? Ty nigdy? Nigdy? Nie miałaś w sobie diabła, któryby ci podszeptywać, że takie nasze życie, zamknięte w tych murach domu, w horyzoncie, zacieśnionym sąsiedztwami, między mężem i dziećmi, lub dziećmi i mężem, to jest życiem niekompletnym, życiem, w którym czegoś brakuje?...

– Nie! – odparła krótko pani Teresa, niemal przestraszona słowami młodszej siostry – a zresztą nie wiem. Jeśli mi jednakże taka myśl przez głowę przeszła, to zaraz poszłam do spowiedzi, zrobiłam jakie votum i myśl więcej nie powróciła. To samo tobie radzę zrobić.

Pani Zula spostrzegła, iż siostrę niemal zaniepokoiła. Chcąc ją doprowadzić do równowagi i rozpędzić może przykre wrażenie, zaczekała chwilę i zagadnęła.

– Ale mam nadzieję, że teraz już dla Idalki Zboińskiego nie pragniesz?

– Trudno pragnąc tego, co nie jest do wzięcia.

– Taki Zboiński – wtrąciła pani Zula – nigdy się nie ożeni, a szczególnie z panienką...

– Owszem! Widziałam sama wielu takich, żeniących się... Gdyby Idalka miała odrobinę kokieterii Wit Sierpont, wiesz jaki to głęboki znawca ludzi i charakterów, kolega i przyjaciel Zboińskiego – zawsze mówi, że gdyby on był Idalką toby go miał w ciągu dziesięciu dni.

– Ale moja droga, to podziwiam twoją apatię. Poproś go, niech nauczy Idalkę, jak to się robi i koniec! Ale jemu ode mnie powiedz, że mówi głupstwa. Odebrać takiej Oldze kochanka, który jej dogadza, takiej Oldze, uosobionej przebiegłości, zmysłowej i zazdrosnej, pilnującej i chciwej, wciąż pozostającej na straży?... Oh! Nie, pan Wit Sierpont się, myli... To nie jest rzecz do zrobienia, chociażby Idalka była również, jak Olga przebiegła. A jakże do tego szczęścia daleko!

Tu pani Teresa pogrążyła się w zadumie. Dziwaczna myśl ją opanowała z całym swoim orszakiem malutkich, jak zefirki myśli. Gdyby Zula Karsznicka, jej siostra, zadała sobie nieco pracy, to kto wie, czyby nie odbiła Alfreda Torwalsenowej. Ona mu się podobała. On już musiał być Olgą znudzony...

Gdyby taki Alfred Zboiński wyrwał się z pęt takiej Olgi, toby łatwiejszą z nim była sprawa nagnania go w jej sieci macierzyńsko-matrymonialne. – Wiesz co – zagadnęła – odbić Zboińskiego Oldze, to byłby dobry uczynek do zrobienia, to by była niemal zasługa przed Bogiem. Skończyć ten skandal! Uwolnić tego męża, tego biednego, poczciwego Torwalsena! Ukarać tę paskudną babę!...

To mówiąc, podniosła obie dłonie w górę i oczy jej z nimi biegły, jakby ukazując drogę, prowadzącą za taki uczynek, pomagający jej w dopięciu matrymonialnych celów, prosto do nieba tę, która by się go tytułem ofiary podjęła.


ROZDZIAŁ II

Adamów, należący do Torwalsenów, był jedną z najpiękniejszych rezydencji i jednym z najlepszych gospodarstw w guberni.

Znajdowała się w nim cukrownia, zbudowana przez Torwalsena i będąca prawie całkowicie jego wyłączną własnością.

Jak ta cukrownia ściągała i koncentrowała w Adamowie wszystkie zabiegi okolicznej szlachty, tak pałac adamowski odgrywał tę samą w okolicy towarzysko-społeczną rolę.

Bo też gospodynią domu tego, który sobie w krótkim czasie wyrobił w szerokiej i bogatej okolicy przodującą pozycje, była niepospolita kobieta, Olga z hrabiów Żubrów Torwalsen.

W tej chwili, w której zaczynają się wypadki, (u opowiadane, pani Olga uległa jednemu z tych stanów, zdarzających się młodym kobietom, w którym odbiegła od właściwej sobie pożyteczności i trzeźwości, niemal rachunkowej, umysłu.

Siedziała w swym gabinecie, bo nie pozwalała nazywać swego pokoju baudoirem, pozując stale na głowę i inteligencję nie kobiecą.

Gabinet ten, jeśli nie odzwierciedlał osoby, (niektóre kobiety, nieprzywiązujące zbytniej wagi do mieszkania, zadają kłam francuskiemu aforyzmowi o analogii mieszkania z charakterem jego właściciela) to zawierał na jednej ze swych ścian tak znakomity portret tej kobiety, iż tenże lepiej niż żywy, niesłychanie zmienny i namiętny oryginał, dawał poznać jej psychiczną i fizyczną istotę.

Portret ten, malowany przez Ajdukiewicza, mistrza wschodnich typów i barw, przedstawiał panią. Torwalsen w cygańskim kostiumie w naturalnej wielkości. Pomysł tego portretu zrodził się w jej głowie po jakimś balu, na którym tak była ukostiumowaną i na którym spodobała się jedynemu mężczyźnie, którego może byłaby w stanie pokochać, Witowi Sierpontowi.

Przedstawiał on brunetkę z profilu, a poza ta nie wpływała bynajmniej na brak wyrazu, lub charakter jej twarzy. Był to profil o rysach ostrych i prostych, zdecydowany i śmiały. Nos prosty nieco, cieniował górną wargę, zaciskającą usta linią, pełną woli i stanowczości. Wzrok iście cygański, rzucał namiętne iskry, w których zdawały się walczyć o lepsze dwa tylko psychiczne pierwiastki: zmysłowość i wola, wola i zmysłowość.

Twarz ta nie była piękną, lecz tak oryginalną, tak wyrazistą, iż nie tylko podobać się, ale oszołamiać mogła amatorów „dużo charakteru” w kobiecie.

Stała dumna, cala w cekinach i barwach, które ten mistrz złocistych tonów słońca z nad Kairu i piramid umiał oddać z obiema rękami, ślicznie wypieszczonymi, wspartymi na biodrach. – Zdawała się ona coś jakiejś dzikiej hordzie w dali i niewidzialnej, wzrokiem i gestem głowy, podnoszącym ostro zakończoną brodę, rozkazywać.

Stałą wypukła, jakby żywa, i czekało się, by te usta, na pół uchylone w uśmiechu, który miał już w sobie zarodek rozkazu, przemawiały jędrnymi słowy odważnej i wiedzącej, czego chce, i gdzie idzie duszy.

Takim był portret, istne arcydzieło, odtwarzające kobietę psychicznie, co winno być pierwszym warunkiem kobiecego portretu.

A ona sama siedziała teraz w staroświeckim fotelu, czerwonym pluszem krytym, i przyglądała się tym swoim wzrokiem temu właśnie swojemu konterfektowi. Inne ściany gabinetu, pokryte czerwonym aksamitem, odbijały obrazy rodzajowe i portrety przodków, a przygarniały do siebie meble, zdradzające swym doborem i gatunkiem wykwintny smak, odwieczny dobrobyt i pewną, i to niemałą dozę rozmiłowania ich właścicielki, jeżeli nie w sztuce, to w zbytku i modzie.

Między oknami, bokiem do ściany, stał duży stół, pokryty cackami kobiecymi za srebra, brązu i porcelany. Na nim leżała otwarta teka z kartką białego papieru, o złotym monogramie, tworzącym „Olgę” w literach mauretańskiego stylu, na różowej bibule. Za stołem, w punkcie, tworzącym jego główny niejako horyzont, stała sztaluga, na której widniała duża fotografia młodego mężczyzny.

Po wzroku, jaki na tę fotografię, co chwila kobieta skierowywała ze swego portretu, można się było domyślić, iż wszystkie jej namiętne fibry trzymał w swej dłoni człowiek, którego ten portret przedstawiał.

Po brodzie tego mężczyzny, którą fotografia oddawała w całym jej splendorze utrzymania i rozrostu, można się było chyba domyślić, że to był portret jej kochanka, Alfreda Zboińskiego. Ale wzrok każdego, kto wchodził do tej komnaty, natychmiast po portrecie jej przyciągał inny, przedmiot znajdujący się w jednym, jakby honorowym kącie tego pokoju. Był to nagi chłopiec wyrzeźbiony w brązie i wznoszący z wyprężeniem całego ciała rękę do góry, w której trzymał złotą dużą gwiazdę,

Ta alegoryczna figura, pełna wdzięku, artyzmu i zdradzająca u tej kobiety, jakby kult dla zwierzęcych form mężczyzny, stała na słupie z różowego marmuru, na którym dużymi złotymi literami wyrżnięty był napis:

Vouloir c’est pouvoir

Ta dewiza miałaż być gwiazdą życia tej kobiety, wskazywaną jej przez chłopca o Appolina kształtach, o jego rozrosłej piersi o jego namiętnych ustach o jego elastycznej łydce, wyprężonej wszystkimi muskułami, które artysta z lubością oddał, by uwydatnić śmiały ruch, podnoszący gwiazdę?

Ona sama siedziała poważna, nawet w jakimś rozmarzeniu, zdradzając się cała w woli i czynie.

Przyglądała się teraz swemu portretowi. Taką była, gdy wchodziła w świat, pewna powodzenia i pewna, że nie wydając wojny społeczeństwu, uchwyci gwiazdę swego życia. Była sierotą bez matki, ale z dużą fortuną.

W owej chwili właśnie, kiedy ją modelował Ajdukiewicz, była pewną, że zostanie panią Witową Sierpont. Tymczasem inaczej się stało. Ten człowiek, do którego teraz jeszcze czuła niewygasły żal, dawszy jej wszystkie iluzje pewności, cofnął się. Dlaczego? Sam był biednym, ona bogatą. Podobała mu się; ona się w nim jednym tym prawdziwym dziewiczym uczuciem kochała.

Dlaczego? Nie wiedziała.

Ale ona czekać nie mogła. Liczyła dwadzieścia cztery lat i pragnęła wszystkimi zmysłami pełnego mężatki, a raczej kobiety wyzwolonej życia. Czekać nie chciała, bo wolała abdykować z szczegółów, niż z treści, bo się bała o swą piękność zdradliwą brunetki. I wyszła za Torwalsena.

*

Wstrząsnęła głową, jakby odpędzając najprzykrzejsze myśli i wzrokiem przerzuciła się na wzorową figurę młodzieńca, którego kształty zawsze jej równie wielką sprawiały przyjemność.

Vouloir c’est pouvoir.

Zapewne, że tej dewizie, o ile człowiekowi w tym życiu, z przypadków złożonym, wolno jest mieć dewizę, nie zadała kłamu. Nie!

Gdy ją Sierpont opuścił i rozwiał jej młodociane, może błędne iluzje, obudziła się w niej dopiero wola, ta wola, którą, teraz jeszcze w sobie czulą.

Wtedy postanowiła była nie wychodząc ze swej sfery, zmusić życie do zaspokojenia wszystkich jej pragnień.

Poślubiła Torwalsena ostatniego potomka możnej i wielkiej rodziny, który jej dał dom, mogący być pierwszym w okolicy, fortunę, która, złączona z jej mogła zaspokajać wszelkie jej wymagania, stanowisko wybitne i wygodne, któremu zazdroszczono.

Jeżeli nie znalazła w brzydkim, śmiesznym i głupim, w światowym znaczeniu, mężu, kochanka, to go miała, niczym nie krępowana, w tym oto Alfredzie Zboińskim.

Spojrzała na fotografię i usta jej namiętnie, jak na portrecie się zacisnęły” równocześnie w środku się uchylając. Układ ten jej fizjonomii robił ją jeszcze więcej enigmatyczną i łagodził niektóre zbyt ostre i twarde jej rysy.

Zapewne Alfred Zboiński nie był tym kochankiem, którego całe jej jestestwo pożądało, ale był wystarczającym na pocieszenie jej spaczonego życia. Zapewne nie był on Sierpontem, nie miał jego inteligencji, która jej tak imponowała, jego dowcipu, który ją tak oszałamiał jego indywidualności tak z jej charakterem harmonizującej, tak zaspakajającej potrzeby wszystkich niejako jej portów, którymi wciągała życiowe siły.

Ale życie nie daje nigdy wszystkiego. W jej położeniu, kobiety skazanej na życie wiejskie, poślubionej trottlowi, jak jej męża nazywał Sierpont, gdy równocześnie z nim o jej rękę się starał. Zboiński był ideałem kochanka, unikatem na parafii, wydającej mężczyzn, którym wygrzebywanie z łona ciężkiej ziemi pieniądza, zastępuje kobietę.

Posiadła go i władała nim przez lat cztery.

Vouloir c’est pouvoir.

Och! Tak! Czyś ty tego nie stwierdziła dostatecznie lawirując przez lat cztery w tak trudnej pozycji, umiejąc ją dostosować do swoich życzeń i namiętności. Jakaż inna kobieta potrafiłaby nawet takiemu Torwalsenowi, całemu, w cukrze narzucić tak swego kochanka, jak ona to uczyniła.

Wprawdzie opór stawić jej zachciankom, nie należało do rzeczy łatwych. Nie uwierzyła nawet, by należało do rzeczy możliwych. Byłaby w swoim czasie, lat temu dziesięć, ugięła karku pod wolą Sierponta, ale on małoduszny przestraszył się tej pracy, tego łamania woli, tego ujarzmiania kobiety samowolnej i kapryśnej.

Głupi! Ze swoją psychologią przeprowadzoną w tylu powieściach, nie wiedział, że kobieta im bardziej nieugięta, tym bardziej pragnie być złamaną pod pręgierzem uczucia.

On byłby ją jeśli nie zgiął, to złamał, i ona wtedy byłaby wyszła na uczciwą kobietę.

Tymczasem musiała iść inną drogą, drogą kobiety, idącej przez małżeństwo do wolności, która dałaby jej możność zaspokojenia budzących się w niej namiętności.

Wzięła kochanka, zdeptała dla niego wszelkie małżeńskie prawa, społeczne, odwieczne zwyczaje, przedpotopowe przesądy; zrobiła go panem i władcą swego ogniska domowego, miażdżąc miłość własną tego, pod którego dachem i pod którego nazwiskiem uprawiała wiarołomną miłość.

Nie przyszło to jej bez trudności – to akredytowanie w domu, opartym na tradycjach uczciwości uczuć (jak gdyby uczuciami jakakolwiek zasada kierować mogła), kochanka, chociażby pod postacią bliskiego kuzyna jej męża.

Trzeba było jej siły woli i jej filozofii myśli, aby przeprowadzić to, co zrobiła, aby ta fotografia tu na sztaludze miała rację bytu, aby tu obok urządzić kręcone schodki, którymi Zboiński jakby mąż, ze świecą w ręku i w szlafroku, schodził na nocne schadzki.

Krew oblała jej oblicze.

– No! – zawołała szeptem przez zaciśnięte usta – przecież nie mogłam, jak Zula Karsznicka, poprzestawać na czułościach mego męża, brzydkiego, śmiesznego, głupiego Torwalsena.

I uspokoiła się, uważając się za zupełnie wobec siebie, świata i łudzi, usubtelnionych pojęć, rozgrzeszoną.

Vouloir c’est pouvoir.

Oh! Tak? Dała tego dowody. Dała do tego stopnia, że dziś od lat czterech żyjąc z Alfredem Zboińskim na małżeńskiej niemal stopie, nie wiedziała, czy Torwalsen, zna w całej rozciągłości jej występek i swą rolę bierną uznał za jedyną, czy też go nie zna.

Nie wiedziała, i to ją tak zabawiło, że aż zaśmiała się głośno dźwiękiem metalicznym, twardym:

Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!

Nic ją tak nie bawiło, jak ci mężowie, do jej Torwalsena podobni, co spokojnie spali przy ogniu, syczącym płomieniami i żarem, i sądzili, że on im domu nie spali, jeśli od czasu do czasu, budząc się przedmuchują go.

Vouloir c’est pouvoir.

Dobrze! ale teraz ten Zboiński wyglądał nasycony jej namiętnością, uspokojony w swej ciekawości poznania do dna niepokojącego go jej ustroju kobiecego, znudzony niewygodami stosunku wzbronionego i przez społeczeństwo, jeśli nie przez męża, ściganego.

A ona tego nie chciała. Łzy stanęły jej w oczach, te łzy, zaledwie zwilżające źrenice, które nigdy nie mogły wezbrać w takiej obfitości, iżby ich oczy, wysuszone patrzeniem w otwierającą się przepaść, pochłonąć nie zdołały, te łzy kobiet woli i czynu, ale kobiet.

Cóżby ona poczęła, bez tego słońca „swego życia, widzialnego przez nią tylko, nieregularnie wschodzącego na jej firmamencie, ale mimo to ogrzewającego o tyle jej duszę i ciało, by nie zamarzła w prozie życia, w strasznej monotonii, jaką dokoła siebie wytwarzają serca, kochające nad wszystko martwą i ciężką ziemię.

Cóżby ona poczęła sama w Adamowie z Ludwikiem Torwalsenem? Cóżby ona tu poczęła, wyglądając tym oknem, czy nie ujrzy zbliżającego się amerykana Zboińskiego, gdyby wiedziała, iż ujrzeć nic nie może, tylko komin dymiący fabryki, będący sercem tej strasznej koalicji obywateli.

Załamała ręce, i sama stwierdziła, że jeszcze nigdy może w życiu rozpacz gestu jej tego nie narzuciła.

Czymże? Jak go ona podtrzyma? Jego może znudzonego doszczętnie tak długiem zatrzymaniem się nad kartkami ostatniego swego romansu.

Jak go ona przytrzyma? Jego, może już gorejącego świeżym uczuciem dla innej piękniejszej, młodszej, nowej? Nowej?

Jak go ona przytrzyma? Jego, może zdecydowanego u Rubikonu swej młodości zrzucić skrzydła motyla i utworzyć własny dom i własną rodzinę?

Rwało się coś w jej fibrach na myśl tylu łatwych do popchnięcia Alfreda na inne tory pobudek!

Vouloir c’est pouvoir.

Odczytała teraz wzrokiem dewizę.

Ale czego chcieć? Jak chcieć? Czego chcieć w próżni, którą dokoła siebie trwożącą się, czuła, a którą dotąd zapełniała ich pociągająca się wzajemnie namiętność i wysnute z niej, w jej gorącu zahartowane przyzwyczajenie.

Czego chcieć? Gdy właściwie nic się nie zmieniło, tylko Alfred coraz rzadziej i na krócej przyjeżdżał, a ona w jego uścisku coraz mniej czuła z tych drgnień namiętności, które są probierzem jej siły pożądliwej, a dla kobiety probierzem trwałości jej szczęścia. Czego chcieć, gdy właściwie nic się nie zmieniało, tylko ona doznawała wrażenia, jakby traciła jakieś niewidzialne życiowe oparcie, jakby się jej z pod nóg usuwała ziemia, jakby upadając, nie miała ku komu wyciągnąć swych kobiecych rąk.

Nic się nie zmieniało, tylko ona czuła, że się z rąk wymyka Alfred Zboiński, będący potrzebą niezaspokojoną jej zmysłów i jej życia, urządzonego odpowiednio do wyłącznego i bezwzględnego posiadania kochanka.

Nagle cala drgnęła w swym fotelu, w którym siedziała prosta i klasyczna. Ktoś zapukał. Poznała nerwowe uderzenie ręki męża, ale zanim odezwała się on już był w pokoju.

Twarz jej w jednej sekundzie stała się brzydką, tak twardą i metalicznie zimną.

– Ach! – zawołała – jakże nie lubię tego wpadania... Torwalsen nic nie odpowiedział, tylko usiadł w krześle naprzeciw niej.

Był to dziwny człowiek, sprawiający niemal przykre wrażenie jakiejś życiowej, przedwczesnej ruiny.

Wątły, szczupły, choć nie niski, nosił na swej twarzy o przezroczystej, czerwonej cerze, duże, siwe faworyty. Wargę górną miał wygoloną, co mu nadawało przy jego chudości, wyraz kamerdynera małego, a pretensjonalnego domu. Rysy miał drobne, nos mały, stosownie do przysłowia, zdawał się być główną u niego oznaką małej inteligencji. Na nosie stale, nosił binokle, po przez które małe, brązowe oczy wyglądały jeszcze więcej zamglone, niż były w rzeczywistości. Czoło łyse zdobiły białe końce włosów, zaczesanych z tyłu.

Przedstawiał z wyglądu, typ mało u nas znany, a który Sierpont doskonale lat temu dziesięć zdefiniował, nazywając go Ein Trottel.

Trottlowato wyglądał i to wrażenie wzmagało się, gdy otwierał usta i głosem zupełnie bezdźwięcznym, rozbitym i przypominającym japońskie tamtamy, ale niezmiernie pewnym, choć niewyraźnym, a przy tym donośnym i tym dziwaczniejszym zaczynał mówić:

– Wiesz, przyszedłem ci zakomunikować, że się zanosi na bardzo przykrą tego roku kampanię cukrowniczą.

– Ach, daj mi pokój!...

– O Rivierze nie ma co myśleć, a jeżeli koalicja dojdzie do skutku, to będziemy zrujnowani...

– Co za koalicja? – obudziła się pani Olga, oczami spoczywając na mężu, oczami, które mówiły, że w interesach biegłą była i sama właściwie w swej pasji panowania i rządzenia nimi kierowała.

– Za inicjatywą – podjął najdziwniejszym dziś, bo zirytowanym głosem, którym przez to, zdawało się, oddzielnie wymawiał pojedyncze litery – za inicjatywą tego durnia tworzy się bunt plantatorów, koalicja! Syndykat!! Diabeł wie co. Wczoraj odbył się jakiś zjazd u pani Sierpontowej. Podobno cała okolica przystąpiła... Żądają bajecznego podwyższenia ceny za buraki...

Jeśliby taka koalicja rzeczywiście się organizowała i utrzymała, jeśliby do niej przystąpili najpoważniejsi plantatorzy, to jesteśmy zrujnowani. Albo trzeba by pracować pour le roi de Prusse, albo zamykać budę.

Urwał, zasapał się i podjął:

– Wypada nam co prędzej przeciwdziałać. Trzeba tę rzecz przedstawić na gruncie towarzysko – sąsiedzkim. Trzeba najpoważniejsze firmy tak zobowiązać osobiście, by nie przystąpiły do opozycji przez wzgląd na stosunki z naszym domem.

– Zdaje mi się – odparła pani Olga, która już zorientowała się w sytuacji dzięki swej bajecznej w kwestiach interesów inteligencji – że stosunki sąsiedzkie, a cena buraków to dwie całkiem odrębne historię.

– No! Tak! Tak! – krzyczał formalnie Ludwik Torwalsen – ale my musimy ją na tym gruncie traktować.

C’est assez fin, nie można powiedzieć, ale śmieszne. Oni mogą u nas bywać etc., etc., a buraków dla nas nie plantować. Któż jednakże dotąd do tego buntu należy?

– Karznicki, Sierpontowie... niemal wszyscy. I wiesz, co mi mówią? Wiesz? – Nie wiem. Że Alfred przystąpi... to by była nasza zguba. Alfred sam reprezentuje tyle co cała okolica razem. Jeżeliby Alfred przystąpił, jesteśmy paf!

To ostatnie słowo tak huknął, jak z moździerza i wybiegł, coś sobie przypomniawszy pilnego do załatwienia.

Pani Olga wstała.

Dobrze się stało z tą koalicją. To ją rozbudzi, to jej nie pozwoli myśleć o sobie. To jej da pretekst do wezwania Alfreda.

Od czasu bowiem, jak ją raz niedelikatnie zestrofował za wzywanie go za byle drobnostką, nigdy go nie zapraszała.

I od czasu tego, teraz przypominając sobie, konstatowała, że powoli, lecz miarowo chłodły ich stosunki.

Teraz, wobec interesu, wobec interesu tak doniosłego, który w głosie Ludwika, jak w armacie huczał, wezwie go natychmiast.

Wstała, by napisać do kochanka, i podszedłszy do biurka, usiadła przy nim i uchwyciła pióro do ręki. Ale pomyślawszy, odłożyła je.

Dotąd, nie potrzebując tego, była z zasady i jakby z zamiłowania, naturalnego u kobiety z zimną krwią wiarołomnej, ostrożną. I dalej nią będzie. Niech ją Ludwik poprosi o to, by napisała, wzywając Zboińskiego.

Nie wiedziała i co więcej nie wierzyła, by dla Torwalsena mógł być tajemnicą, stosunek jej z Alfredem, ale nie robiła nic ponad to, co jej było potrzebnym, ażeby się mężowi jej oczy otworzyć mogły.

Czasem cierpiała na tej konieczności ukrywania się – straszliwie. Wstrętnym ono było jej odważnej naturze, jej gardzącej podłością filozofii. Gdyby ją kto wyzwał, gdyby jej Zboiński nie błagał, by nie kładła między nim a sobą strasznej przeszkody, jaką byłby mąż w rodzaju Ludwika pokrzywdzony i zhańbiony, to znalazłby najdzikszą rozkosz w rzuceniu, mu w oczy jego wstydu. Już obrażał głęboko sam fakt, iż taki Torwalsen, zajęty tylko cukrem, mógł przypuszczać, iż jej wystarczał, jej wyrafinowanym gustom kobiety zmysłów i wyobraźni. Chciałaby mu wrzeszczeć nad uchem od świtu do nocy:

Jesteś durniem, obrzydliwym durniem, ale cię znoszę, bo mam Zboińskiego, którego ty ukrywasz pod swym płaszczem rogatego męża.