Przepis na romans  - Elizabeth Harbison - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Przepis na romans - Elizabeth Harbison

Trwa eleganckie przyjęcie dla nowojorskiej elity. Rose, ceniona szefowa kuchni, zyskuje uznanie w oczach gospodarza, bogatego i wpływowego Warrena. Jednak na skutek podłej intrygi Rose jeszcze przed końcem kolacji traci pracę. Zatrudnia się jako kelnerka w obskurnym barze. Gdy jego właściciel zostaje postrzelony, Rose przejmuje pieczę nad kuchnią. Wkrótce ponownie spotyka Warrena, który proponuje jej pomoc w prowadzeniu lokalu. Ich współpraca układa się wspaniale, może dlatego, że Rose nie zna prawdziwych motywów i planów Warrena...

Opinie o ebooku Przepis na romans - Elizabeth Harbison

Fragment ebooka Przepis na romans - Elizabeth Harbison








Elizabeth Harbison

Przepis na romans

Tłumaczyła Anna Bieńkowska

Harlequin


Tytuł oryginału: A Dash of Romance
Pierwsze wydanie: Silhouette Romance
Redaktor serii: Grażyna Ordęga
Korekta: Jadwiga Przeczek






© 2006 by Elizabeth Harbison

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o.

00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4
Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa
Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona
ISBN 978-83-238-3084-9
Indeks 360325
ROMANS – 906

Konwersja: Nexto Digital Services


Witam serdecznie w najpiękniejszym wiosennym miesiącu. Mam

nadzieję, że upajający zapach kwitnących krzewów, drzew i kwiatów nastraja Was optymistycznie, a te z Was, które mają kłopoty, odzyskają pogodę ducha przy lekturze książek z serii ROMANS.

Przygotowałam dla Was ostatnią część miniserii Siostry McIvor,

zachęcam również do lektury nowych romansów Lucy Gordon oraz Elizabeth Harbison, bo obie autorki cieszą się wśród Was zasłużonym uznaniem.

W maju możecie przeczytać następujące książki:


Nowa gwiazda – ostatnia część miniserii Siostry McIvor. Czy siostry dojdą do porozumienia i będą wspólnie zarządzać dziedzictwem?

Prawdziwy skarb – Lucy Gordon zaprasza Was do Włoch, gdzie

pewien zubożały arystokrata odzyska coś więcej niż majątek...

Przepis na romans – tym razem Elizabeth Harbison nie tylko Was wzruszy, ale też rozbawi i zaintryguje!

Znowu razem – spotkanie po latach pozwoli dwojgu ludzi wyjaśnić wszystkie zagadki z przeszłości.

Mój książę Wyspa marzeń (DUO) – dwie opowieści o wielkiej

namiętności, zgubnym braku zaufania i potrzebie szczerości. Życzę przyjemnej lektury!


Grażyna Ordęga







Harlequin. Każda chwila może być niezwykła.


Czekamy na listy.

Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21


SAŁATKA Z KARCZOCHÓW Z SZALOTKAMI
I TRUFLOWYM WINEGRETEM
Porcja dla 4 osób


3 łyżki oliwy extra virgin
3 szalotki, pokrojone i wymieszane z odrobiną
brązowego cukru
1 duży zmiażdżony ząbek czosnku
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka wytrawnego szampana lub sherry
2 łyżki octu z szampana
3 łyżki oliwy truflowej
szczypta soli
świeżo zmielony pieprz
2 filiżanki serc karczochów w oliwie, odsączonych
1 filiżanka umytej i osuszonej rukoli


Na patelni o grubym dnie rozgrzać oliwę na średnim ogniu. Pokrojone szalotki podsmażyć na złoty kolor, dodać czosnek i smażyć jeszcze minutę.

Zdjąć patelnię z ognia.

Wymieszać sherry lub szampana z sokiem z cytryny i octem winnym. Ciągle mieszając, powoli dolewać oliwę truflową. Dodać sól i pieprz.

Na patelnię wyłożyć serca karczochów i podgrzewać na małym ogniu, by smaki i zapachy się połączyły.

Karczochy z szalotkami przełożyć do salaterki, polać sosem i delikatnie wymieszać.

Dodać rukolę i jeszcze raz wymieszać sałatkę.

Podawać na gorąco lub na zimno.




PROLOG


Dwadzieścia pięć lat temu


– Co za straszna tragedia! – wyszeptała Virginia Porter, dyrektorka domu małego dziecka, patrząc na niemowlęta, których rodzice tydzień temu zginęli w wypadku. Trzy maleńkie dziewczynki wreszcie usnęły, wyczerpane niekończącym się płaczem. Virginia czuwała przy nich noc w noc. Przez ten tydzień jej ciemne włosy posiwiały. – Takie kruszyny zostały same na świecie. Boże, co za nieszczęście!

Włączyła się klimatyzacja i do sali wtargnęło chłodne powietrze.

– Oby tylko nie trzeba było ich rozdzielać! – załamując ręce, westchnęła siostra Gladys. – Nie mogę nawet o tym myśleć!

– Będziemy szukać ich krewnych – rzekła Virginia. – Choć na razie nie wygląda to dobrze. Chyba powoli musimy zacząć myśleć o rodzinie zastępczej. – Na jej twarzy odmalował się niepokój. Sytuacja trojaczek była bardzo trudna. Jeśli znajdą się chętni na jedno dziecko, nie będzie innego wyjścia, jak się z tym pogodzić, bo wtedy przynajmniej jedna z nich wychowa się w kochającej rodzinie. Dziewczynki miały niewiele ponad rok, były zbyt małe, by cokolwiek pamiętać. – Zrobimy, co tylko w naszej mocy.

– One powinny być razem – powtórzyła siostra. – Tak nagle straciły rodziców. Naprawdę musimy zrobić wszystko, by nie zostały rozdzielone.

Rudowłosa Rose poruszyła się niespokojnie i Virginia pośpiesznie pochyliła się nad jej łóżeczkiem. Pogłaskała ją czule po główce. Jeśli się obudzi, zaraz zacznie płakać. Rose była najdelikatniejsza i najbardziej wrażliwa z całej trójki.

– Postaramy się o to – cicho powiedziała Virginia, delikatnie gładząc miedziane loczki dziewczynki. – Obiecuję, że zrobimy wszystko.








ROZDZIAŁ PIERWSZY


– Warren Harker, wiek czterdzieści jeden lat, wzrost sto osiemdziesiąt sześć, włosy czarne, oczy niebieskie, studiował w Stanford, dyplom zrobił w Harvard Business School.

Rose Tilden z niedowierzaniem popatrzyła na swoją szefową, Martę Serragno, właścicielkę firmy Serragno Catering. Pan Harker wynajął ich do obsługi dzisiejszego bankietu.

– Od 1988 roku działa w branży deweloperskiej, w 1992 założył Harker Companies – ciągnęła Marta. – Lubi mało wysmażone steki, chłodne podejście do interesów i gorące kobiety. Na koncie ma plus minus czterysta dwadzieścia siedem milionów. – Marta oblizała usta. – I wkrótce będzie mój. – Popatrzyła na Rose. – Gwarantuję ci to.

– Jesteś bardzo pewna swego – zareplikowała Rose.

– Wątpisz we mnie?

Zdarzało się, i to wcale nie rzadko, pomyślała Rose, lecz nie powiedziała tego na głos. Z Martą nie warto było dyskutować. Zawsze musiała postawić na swoim.

– Nigdy.

– Mądra dziewczynka – pochwaliła szefowa. – To właściwa odpowiedź.

– Chociaż, gdybyś chciała znać moje zdanie… – mimo wolnie zaczęła Rose. Jej siostra, Lily, nie raz napominała ją, by bardziej się pilnowała. Śmiała się, że to przez rude włosy Rose miała niepotrzebną skłonność do prezentowania własnej opinii. – Może lepiej koncentrować się na tym, co już istnieje, zamiast budować od nowa.

Marta zmroziła ją wzrokiem.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz wyjechać z tą teorią w obecności Harkera.

– Tylko jeśli sam zapyta – odparła. Nigdy nie ukrywała własnego zdania, przez co czasami wpadała w tarapaty. Jednak nie umiała się powstrzymać.

Powinna być uprzejma i wyrozumiała dla klientów i ich gości, bez względu na okoliczności. A zdarzały się niedwuznaczne propozycje, czasami też wyimaginowane pretensje, których celem było wyłudzenie bezpłatnej obsługi czy rabatu. Przez trzy lata pracy naprawdę dużo się nauczyła i na wiele spraw patrzyła teraz inaczej. Przekonała się, że im klient bogatszy, tym bardziej pazerny.

Nie potrafiła się z tym pogodzić, lecz dla Marty to nie był żaden problem. Dla niej najważniejsze były pieniądze.

– Raczej na to nie licz – rzekła Marta. – Nie jesteś tu po to, by z nim konwersować. Swoje zdanie możesz więc pozostawić dla siebie.

Rose skinęła głową. Marta nie była przyjemna w kontakcie. Jednak Rose nie zamierzała przejmować się jej uwagami, bo były po prostu śmieszne.

– No dobrze – rzekła szefowa. – Zrobiłaś tę sałatkę z karczochów, która cieszy się takim powodzeniem?

– Prawie dwa kilogramy – wskazała na wielką misę sałatki. To była jedna z jej specjalności. Domyślała się, czemu Marcie tak zależało na tym daniu. Chodziły słuchy, że ma właściwości afrodyzjaku.

– Jest taka jak zwykle? – z chytrym uśmieszkiem zapytała Marta.

Rose zdusiła uśmiech. Martę tak łatwo przejrzeć.

– Zawsze robię ją według tego samego przepisu – zapewniła.

– Doskonale. – Marta skierowała wzrok na atrakcyjnego mężczyznę stojącego na środku salonu wchodzącego w skład hotelowego apartamentu. – Nie omieszkam nałożyć sobie porządnej porcyjki. Mimo że naprawdę nie cierpię karczochów.

– No to jej nie jedz – powiedziała Rose.

– Jeśli to, co o niej mówią, jest prawdą, to na pewno zjem.

– Nie wszystko, co ludzie mówią, jest zgodne z prawdą.

– Lepiej, żeby tak było – odparła Marta. Trudno było jednoznacznie określić, czy miała to być groźba, czy żart.

Rose wzruszyła ramionami.

– Przecież nawet nie znasz tego Warrena. Może jest beznadziejny?

Marta wbiła w nią spojrzenie ciemnych oczu.

– Po pierwsze, już go poznałam. Po drugie, nawet jeśli jest beznadziejny, ma czterysta dwadzieścia siedem milionów. – Ściągnęła wąskie, pomalowane czerwoną szminką usta. – Dla takiej sumy jestem gotowa polubić karczochy. Zaraz… – Dotknęła palcem brody. – Choć to ma sens tylko pod warunkiem, że on lubi karczochy.

Rose pokręciła głową i zaczęła układać sery. Marta nie lubiła serów. Podobnie jak ryb, warzyw, słodyczy. Właści wie prawie niczego nie kosztowała. Aż dziwne, że prowadziła firmę obsługującą przyjęcia.

Odziedziczyła ją po drugim czy trzecim mężu, który zmarł kilka lat temu. Marta jeszcze ją rozwinęła. Jedzenie jej nie interesowało, ale była chorobliwie ambitna i żądna sukcesu.

Zatrudniła najlepszych fachowców i wszystko trzymała żelazną ręką. Firma kwitła. Marta nie miała pojęcia o gotowaniu, robili to za nią inni.

Tacy jak Rose.

Rose wychowała się wraz z Lily w sierocińcu Barrie Children’s Home w Brooklynie. Sporo czasu spędziły w rodzinach zastępczych, jednak im były starsze, tym częściej z powrotem trafiały do domu dziecka. Ludzie woleli młodszych podopiecznych.

Ich pierwsza zastępcza matka zapisała im w spadku swój niewielki majątek, by mogły skończyć szkołę. Miały wtedy po szesnaście lat.

Rose wybrała szkołę gastronomiczną, siostra hotelarską. Teraz Rose pracowała w cieszącej się wielką renomą firmie Marty, a Lily w jednym z najlepszych nowojorskich hoteli.

– Jak wam idzie? – zapytał drobny, zdenerwowany mężczyzna o ciemnych przylizanych włosach i w okularach w czarnej oprawie. – Wszystko zgodnie z planem?

– Jak najbardziej, panie Potts – ze słodyczą w głosie odezwała się Marta. – Może poinformować pan swego szefa, że wszystko jest jak należy. Może zechce przyjść i… – uśmiechnęła się obłudnie – skosztować moich wyrobów.

Pan Potts wysoko podniósł brwi i gniewnie poprawił okulary.

– Pani Serragno, pan Harker jest przekonany, że jakość waszych potraw jest jak zawsze bez zarzutu.

Rose stłumiła chichot.

Potts odszedł. Marta odwróciła się do Rose,

– Czy ty to słyszałaś? Niech no tylko dopnę swego, to ta kreatura pierwsza wyleci na bruk.

– On nie miał złych intencji – pośpiesznie rzekła Rose. Mniej chodziło jej o uspokojenie Marty, a bardziej o Pottsa, który na pewno straci posadę, jeśli Marcie uda się złowić Harkera. – Pan Harker jest zajętym człowiekiem. Ma do nas zaufanie i liczy, że go nie zawiedziemy. Bo zawsze stajemy na wysokości zadania.

Marta skinęła głową.

– Ja na pewno się o to postaram. Podaj mi tę sałatkę.


Ogromny apartament, w którym odbywało się przyjęcie, rzeczywiście robił wrażenie. Rose miała okazję pracować w wielu wyjątkowych rezydencjach na Manhattanie, jednak rzadko zdarzało się jej widywać podobne wnętrza. Sam żyrandol pewnie był więcej wart niż jej roczne dochody. Podobno Harker miał jeszcze drugą rezydencję na Manhattanie i kilka innych w różnych zakątkach świata.

– Może małą przekąskę? – zapytała Rose, podchodząc do grupy gości i podsuwając półmisek z eleganckimi miniaturowymi przystawkami.

– Och, a co to jest? – z zachwytem w głosie zapytała zbyt pulchna tleniona blondyna.

– Krokieciki z awokado – wyjaśniła Rose. To była jedna z jej specjalności. – Wybornie smakują z sosem tamaryndowym.

Blondynka nałożyła sobie na talerz kilka krokiecików.

– Ja też tego spróbuję – za plecami Rose rozległ się głęboki męski głos. Odwróciła się zaskoczona i stanęła twarzą w twarz z Warrenem Harkerem.

Był nieco wyższy, niż się spodziewała, mimo iż Marta opisała go tak dokładnie. Miał jasne, niebieskie oczy, twarz ozłoconą opalenizną i delikatne zmarszczki od uśmiechu.

– Witam, panie Harker. – Podsunęła półmisek w jego stronę. – Może się pan na coś skusi?

– Na wszystko, byle nie na sałatkę z karczochów, którą pani koleżanka próbuje we mnie wmusić. – Uśmiechnął się, sięgając po koreczek z sera.

– Nie lubi pan karczochów?

– Nie lubię być zmuszany do jedzenia czegokolwiek. – Uśmiechnął się. – Od razu przypominam sobie, jak moja mama namawiała mnie do zjedzenia wątróbki. To niezbyt przyjemne wspomnienie.

– Rozumiem. – Skrzywiła się w duchu. Marta czasem nie znała umiaru, gdy za wszelką cenę chciała czegoś dopiąć. – Przepraszam za nią. Ona nie… – Urwała. Przecież to cała Marta. Przeczulona na swoim punkcie i zawzięta. – Zwykle taka nie jest – skłamała.

– Długo pani z nią pracuje? – Miał piękny głos. Niski, aksamitny, ze wspaniałą modulacją.

– Około roku.

– Nie myślała pani o rozpoczęciu czegoś na własny rachunek?

Popatrzyła na niego.

– W jakim sensie?

– W cateringu. – Roześmiał się miło. – To pani odpowiada za jedzenie, prawda?

Marta ukrywała przed opinią publiczną, że nie ma pojęcia o gotowaniu. I bardzo jej zależało, by ta informacja nie wyszła na jaw.

– Nie tylko ja.

– Aha. – Uśmiechnął się szeroko. – Jest pani bardzo lojalna. Gdybym działał w branży gastronomicznej, od razu spróbowałbym panią podkupić. – Widząc jej minę, wyjaśnił: – Moja asystentka aranżowała to przyjęcie. Od niej wiem, że pani Serragno nie potrafi gotować, a tylko zatrudnia najlepszych. – Wzruszył ramionami. – Dlatego skorzystałem z jej usług. Zatrudniła panią, czyli jest pani najlepsza. W tym, co pani robi.

Rose uśmiechnęła się.

– Sałatka z karczochów to moje dzieło.

Warren zaśmiał się w głos, tak że kilka osób popatrzyło w ich stronę.

– W takim razie na pewno jest doskonała.

– Ach, tu jesteście! – Nieoczekiwanie tuż obok nich wyrosła Marta. Trzymała w dłoni miseczkę wypełnioną sałatką. Odwróciła się do Warrena i cofnęła o krok, popychając Rose. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że zrobiła to celowo. Półmisek z przekąskami z hukiem upadł na podłogę.

Rose zamarła. Cała zawartość półmiska leżała na kosztownym dywanie.

– Rose Tilden! – gniewnie prychnęła Marta. – Coś ty najlepszego zrobiła! Jak można być taką niezdarą? Popatrz, jak teraz wygląda dywan pana Harkera! – Odwróciła się do Warrena. Rose była pewna, że Marta przybrała minę pełną oburzenia i pogardy.

– To nie była jej wina – stanął w jej obronie Warren. – Została popchnięta.

Marta zachowywała się, jakby nie usłyszała tych słów.

– Proszę się nie martwić, Rose zaraz posprząta. – Ujęła go pod ramię, próbując odciągnąć w bok. – Pokaże mi pan widok z pana apartamentu?

Warren cofnął się i podszedł do Rose.

– Pomogę pani – rzekł. Nie bacząc na swój kosztowny garnitur, przykucnął obok niej.

– Dziękuję, ale nie ma potrzeby – spokojnie powiedziała Rose.

– Oczywiście, że nie – zawtórowała jej Marta. – Nabrudziła, więc niech teraz posprząta. No to jak z tym widokiem…

– Niech pani podejdzie do dowolnego okna – rzekł Warren, pomagając Rose zbierać rozrzucone przystawki. – Sama pani zobaczy.

Rose wręcz czuła bijący od Marty chłód.

– Poradzę sobie – powiedziała do Warrena. – Proszę, niech pan wraca do gości. Miałabym ogromne wyrzuty sumienia, że pana tu zatrzymałam.

– Powiem szczerze – rzekł, zniżając głos – że to zajęcie jest znacznie bardziej interesujące.

Poczuła, że policzki znowu jej płoną. Opuściła wzrok. Miała nadzieję, że Harker niczego nie zauważył.

– Przyjęcie pana nie bawi?

– To nie jest żadna przyjemność, a obowiązek – odparł. – Raz w roku, latem, wydaję taki wieczór dla nowojorskiej elity. Zapraszam grube ryby. Trzeba być na bieżąco, znać odpowiednich ludzi. Działam w nieruchomościach.

Ledwie się powstrzymała, by nie wyjawić, że wszystko o nim wie. Dzięki Marcie.

– Coś mi się obiło o uszy – rzekła powściągliwie.

Przez chwilę przyglądał się jej badawczo.

– Tak to już jest. Przyjęcie mało ciekawe, ale interes kwitnie. Domyślam się, że nie jest to dla pani zaskoczeniem.

Rose się roześmiała.

– To prawda. Choć mało kto się przyzna, że marnie się bawił. – Podniosła się. – Ale po co pan to robi, skoro pan tego nie lubi?

Harker też się podniósł.

– Widzi pani tę panią? – Wskazał na obwieszoną brylantami matronę po osiemdziesiątce. Miała kwaśną minę i zaciśnięte usta. – To pani Winchester, matka burmistrza. Podobno burmistrz nie zrobi nic bez jej przyzwolenia.

– Czyli musi się jej pan przypodobać.

– Właśnie. Dlatego próbuję obłaskawić ją pysznym jedzeniem i doskonałym winem.

– A jeśli i tak pana nie polubi?

– Polubi. – Powiedział to z absolutną pewnością. – Przynajmniej teraz tak jest. Chociaż z nią nigdy do końca nie wiadomo, jest zmienna. Ale jeśli ktoś się jej narazi… – Gwizdnął. – To człowiek przepadł.

– Przypomina mi pewną panią, którą pamiętam z dzieciństwa. Miała kwiaciarnię w Brooklynie.

– Pani jest z Brooklynu?

Rose skinęła głową.

– Tak. A pan?

Zawahał się, a po chwili rzekł:

– Spędziłem tam większość życia. – Popatrzył na nią. – Jak się pani nazywa?

– Rose. Rose Tilden.

Po jego twarzy przebiegł cień zdziwienia.

– Tilden?

Rose kiwnęła głową.

– To raczej mało popularne nazwisko. Rzadko się takie słyszy.

– Ja dosyć często – odparła z uśmiechem. Sierociniec Barrie mieścił się przy ulicy Tilden. Dzieciom, których tożsamość była nieznana, nadawano nazwisko „Tilden". Rose i Lily trafiły do domu dziecka z bransoletkami, na których były wypisane tylko ich imiona, dlatego też otrzymały takie nazwisko.

– No tak – odrzekł, ale już się nie uśmiechał. – To ciekawe.

– Rose – tuż obok rozległ się głos Marty. – Możesz iść do kuchni i pomóc Tonii?

Odwróciła się i zdumiała. Oczy Marty płonęły gniewem. Jeszcze nigdy nie widziała jej w takim stanie.

– Czy coś się stało? – zapytała.

Marta uśmiechnęła się krzywo.

– Nie, skąd. Trzeba jej tylko pomóc przy deserze.

Rose wymownie spojrzała na Martę, a potem przeniosła wzrok na Harkera.

– Wybaczy pan.

Harker skinął głową i popatrzył na Martę.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com