Przemienienie - Szczepan Twardoch - ebook
Wydawca: Dębogóra Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przemienienie - Szczepan Twardoch

"Przemienienie" Szczepana Twardocha przedstawia w formie powieści sensacyjnej obraz przeszłości konkurencyjny wobec wersji Urbana, Psów czy "Gazety Wyborczej". Fikcyjne spiski i zbrodnie wciągają tu czytelnika w realistycznie opowiedziany thriller o służbach specjalnych a`la Frederick Forsyth - zarazem przekazując prawdę o tym, kto był w PRL-u zbrodniarzem, a kto ofiarą.

Opinie o ebooku Przemienienie - Szczepan Twardoch

Fragment ebooka Przemienienie - Szczepan Twardoch





© Copyright by Wydawnictwo Dębogóra & Szczepan Twardoch, 2008

Redakcja: Joanna Mika

Redakcja techniczna: Agnieszka Bryś

ISBN 978-83-88482-99-1

Wydawnictwo Dębogóra

ul. Dąbrówki 7

62-006 Dębogóra

dystrybucja: klub@kkk.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


PROLOG

Oči máme po otcích a vlasy po matkách ale jsme napůl sirotci a napůl děti všech hledáme jména na náhrobcích a jiných památkách my bezprizorní my umístění v betonových internátech

Jaromír Nohavica

„Svátky slunovratu”

– Niezła chata, nie? – powiedział gruby facet w lateksowych rękawiczkach, rozglądając się po mieszkaniu. – Się dorabiają na moherowych rentach, katabasy.

– Zawrzyj mordę, Bańczyk – warknął komisarz. – Nie chce mi się słuchać twojego esbeckiego pierdolenia. Jest śledztwo, trup z dziurą w głowie, łuska na podłodze i narzędzie zbrodni. Szukaj odcisków, a nie pierdol mi tu Urbanem, dobra?

Bańczyk mruknął coś pod adresem wyszczekanego gnojka, ale wziął się do roboty. Komisarz Świetlik nie cieszył się popularnością ani wśród kolegów, ani wśród podwładnych, bo, jak sam mówił, nie znosił milicyjnej mentalności. Komisarz Świetlik był nowoczesnym policjantem. To nie przysparzało mu przyjaciół.

Komisarz nie obawiał się jednak o swojąpozycję. Był od nich wszystkich lepiej wykształcony, miał dobre układy z pismakami i mocne plecy w komendzie, a nawet, dzięki koledze z roku, w ministerstwie. Nie fikną mu.

Trup należał do świętej pamięci księdza Piotra Ponińskiego. Komisarz Świetlik czytywał czasem „Tygodnik”, więc kojarzył nazwisko. Młody, inteligentny, habilitacja w drodze. Poglądy, jak na kapłana, często kontrowersyjne, z tymi moherami to Bańczyk nie trafił, bo padre dyrektor prędzej zjadłby własne okulary, niż wpuścił takiego księdza jak Poniński do swojego radia.

Tak się dobrze zapowiadał, a teraz już się nie zapowiada. Policjant wyciągnął z kieszeni lateksowe rękawiczki, naciągnął je na dłonie i przystąpił do wstępnych oględzin.

Trup siedział na fotelu; stopy równo spoczywały na podłodze, głowa była odchylona do tyłu, usta otwarte. Świetlik spojrzał na pistolet i łuskę – dziura miała średnicę 7,62 milimetra. Pistolet leżał obok fotela, tak jakby po strzale wypadł z ręki księdza. Świetlik mógłby się założyć, że na spluwie będą odciski Ponińskiego, ale jakoś nie był przekonany do samobójczego charakteru tej śmierci. No bo kto, chcąc się zabić, strzela sobie dokładnie w środek czoła, jakby chciał pistoletem namalować indyjską tilakę? Z drugiej strony, jeśli ktoś chciał upozorować samobójstwo, dlaczego zrobił to tak głupio? Byle dureń przecież księdza nie zabija ot tak sobie. Rabunkowe tło jest wykluczone, na biurku stoi biały mac, wyglądający na dobre kilka tysięcy, ksiądz ma na przegubie ostentacyjnie drogi zegarek, longines de ville, w szufladzie Bańczyk znalazł portfel, w nim tysiąc złotych. Trzeba mu patrzeć na ręce, żeby nie zwinął. Zbrodnia kochanków mogłaby to być, owszem, ale jaki pedzio-kochanek nosi w Polsce taki śliczny, srebrzysty walther bez żadnych numerów? Policyjny nos podpowiadał Świetlikowi, że w bazie danych tej giwery nie będzie. Klasyczny „czyścioch”, wyniesiony w częściach z fabryki, rzecz nijak nie pasująca do zbrodni w afekcie. Broń profesjonalisty.

Obszukał trupa w poszukiwaniu komórki i innych drobiazgów. Telefonu nie znalazł, w kieszeni marynarki wymacał za to niewielki, podłużny kształt, który okazał się cyfrowym dyktafonem Sony. Świetlik nacisnął przycisk „on” i nic się nie stało, jakby urządzenie miało całkowicie wyczerpane baterie. Dreszcz podniecenia przebiegł komisarzowi po plecach. Czyżby ksiądz Poniński nagrał własną śmierć?

– Co tam macie, panie komisarzu? Dyktafonik, co? – zapytał Bańczyk, przyglądając się srebrnemu pudełku w pokrytej lateksem dłoni przełożonego.

– Gówno – warknął Świetlik, bo nie znosił starego technika, schował dyktafon do plastikowej torebki, wstał, zebrał swoje rzeczy.

Na dziewiętnastą chcę mieć raport – zakomenderował.

– Na dziewiętnastą jutro czy w poniedziałek? – zapytał drugi technik, do tej pory zajęty omiataniem tafli lustra miotełką.

– Na dziewiętnastą dzisiaj, Orządała. Cały dzień przed wami. I od razu mówię, chuj mnie obchodzi wasza żona i dziecko. Zrozumiano? – rzucił i wyszedł. Po drodze na komendę wstąpił do kiosku i kupił baterie. W firmie przywitał się z portierem, wspiął po schodach, zamknął w swoim pokoju i nacisnął „play”.

***

Piotr Poniński patrzył przez okno na błyszczący po deszczu bruk ulicy Świętego Jana i czuł, jak z każdym oddechem opuszczają go resztki wiary. Upozował się przy parapecie, jak dandys z romantycznej ryciny – łokieć o ścianę, skroń wsparta na dłoni – i przyglądał się, jak przechodnie wysypują się na drogę spod markiz i z knajpianych przedsionków, gdzie schowali się przed ulewą. Strząsają krople wody z parasoli i wracają do swoich pieszych podróży. Parowały granitowe kostki, mokre i rozgrzane upałem. Deszcz wracał, skąd przyszedł, w niebo.

Biurko Ponińskiego przemówiło. Dźwięk był stłumiony przez kolumny książek, o porcelanę spodka i filiżanki zadzwoniła łyżeczka, a cały mebel, potężny, mieszczańsko poważny i stuletni, rezonował jak pudło kontrabasu: to wibrowała leżąca na blacie komórka. Ksiądz podniósł drgający aparat i wpatrywał się przez chwilę w wyświetlacz. Odebrał.

– Tak. Proszę przyjść do redakcji, jestem sam – odpowiedział spokojnie, chociaż wnętrzności natychmiast ścisnęła mu żelazna łapa.

Odłożył telefon, wrócił na miejsce przy oknie; na ulicy panował już zwykły o tej porze ruch. Uspokoił się, opanował podniecenie.

W Boga wierzył coraz mniej. Od paru lat, z każdym oddechem oddawał część tej wiary. Zaczęło się wcześnie, parę miesięcy po święceniach, najpierw trochę się bał, potem się dziwił, aż w końcu się w swoim niedowiarstwie rozsmakował i odnalazł w nim intelektualną podnietę.

Dziewczyna w niebieskiej sukience szła po bruku, boso, ostrożnie stawiała opalone stopy, letnie sandałki niosła w ręku. Była bardzo rasowa, miała piękne biodra, strzeliste piersi i dobry gust, ale szybko zniknęła za zakrętem.

Popatrzył jeszcze chwilę, przeszło dwóch zmokniętych policjantów w brzydkich, workowatych mundurach, potem grupa mężczyzn – siwiejące włosy, złote oprawki okularów, pastelowe sweterki zarzucone na ramiona, śniada cera. Włosi albo Hiszpanie, CEOs in business trip, rano business meeting a po południu zwiedzanie miasta. Pewnie śpią w Copernicusie albo innym hotelu z pokojami po tysiąc złotych za noc i żrą na kolację policzki wołowe duszone w kakao na puree ziemniaczanym czy coś równie wyrafinowanego. Poniński nagle zrobił się głodny, poszedł więc do redakcyjnej kuchenki i sprawdził, co jest w lodówce.

Wbrew myślom o wyrafinowanej cuisine, nabrał ochoty na kanapkę z pomidorem. Odkroił pajdę chleba, przetarł ją serkiem topionym i skroił pół wielkiego pomidora o nieregularnym kształcie – przynosiła je Beata, sekretarz redakcji, podobno z ogrodu dziadka. Były pyszne i słodkie, wątpił, czy jakakolwiek kuchnia mogła zapewnić tak zmysłową frajdę, jak ten cudowny pomidor na świeżym chlebie, z solą, pieprzem i posiekaną czerwoną cebulką. Zjadł kanapkę na stojąco i od razu nabrał ochoty na drugą. Połówka pomidora sama się o to prosiła. W kuchni wisiało lustro, obrócił się bokiem, brzuch jeszcze mu się nie zaokrąglił. Panicznie bał się utyć, tłuści ludzie wzbudzali w nim obrzydzenie, miał wrażenie, że ich dusze również toną w spoconym sadle, jeśli oczywiście człowiek posiada duszę. Uznał, że dzisiaj może sobie pozwolić na drugą kanapkę, będzie potrzebował dużo sił, ukroił więc kromkę i zmienił resztę pomidora w plasterki.

Nie podchodził już do okna, siadł za biurkiem i otworzył laptop, by odpisać na zaległe e-maile.

Kiedy zapiszczał domofon, kończył właśnie trzecią wiadomość. Skoncentrował się na korespondencji i prawie zapomniał o spotkaniu, więc był nawet odrobinę zaskoczony świergotem elektronicznego dzwonka, ale zaraz wrócił na właściwe tory. Zamknął komputer, podszedł do centralki domofonu i nie podnosząc w ogóle słuchawki, nacisnął przycisk otwierający drzwi. Usłyszał warczenie elektromagnesu piętro niżej, ciężkie drzwi szczęknęły i na schodach rozległy się kroki.

Poniński włączył ukryty w kieszeni cyfrowy dyktafon i wyszedł na klatkę. Wiedział, że wspinający się po schodach człowiek miał dokładnie czterdzieści dwa lata i trzy miesiące, ale widział go po raz pierwszy i był zaskoczony, bo facet wyglądał najwyżej na trzydzieści pięć. Szczupły, szedł sprężyście, miał modną fryzurę i garnitur od Zegny, z ostatniej kolekcji, lniany, dwurzędowy, popielaty. Poniński natychmiast rozpoznał, że to właśnie Ermenegildo Zegna i pozazdrościł. Świetnie leżał na gościu, wąsko skrojony podkreślał młodzieńczą figurę, a Piotr Poniński, chociaż nie brakowało mu pieniędzy, ciągle nie mógł wydać dwunastu tysięcy na garnitur. W tym momencie jego zazdrość wzrosła jeszcze bardziej, bo uzmysłowił sobie, że skoro człowiek nawet lniane, codzienne ciuchy ma od Zegny, to nie jest tak, że rok oszczędzał, żeby kupić sobie jednego Zegnę na specjalne okazje.

Jeszcze przed drzwiami uścisnęli sobie dłonie, Poniński wskazał swojemu gościowi drogę i weszli do środka.

Czego się pan napije?

– Szklankę wody poproszę – odpowiedział przybyły. Rozejrzał się po pokoju, zaczepił wzrokiem o grafiki na ścianach, o biblioteczkę, po czym podszedł do okna. Stanął dokładnie w tym samym miejscu, z którego gospodarz zwykł kontemplować życie miasta. Zapatrzył się na ulicę.

Poniński wrócił z kuchni z wodą, wskazał miejsce na fotelu, przy niskim, szklanym stoliku. Sam usiadł naprzeciwko.

– A więc słucham, co pana do mnie sprowadza? – powiedział.

– Księże, muszę księdzu opowiedzieć pewną historię.

Poniński milczał chwilę. Nie znosił tej kastrującej apostrofy, „księże”, mimo jej staroświeckiego wdzięku. Proszę księdza. Niech będzie pochwalony. Nie nosił przecież koloratki, chyba że znowu ktoś zakapował na niego do kurii i musiał się tłumaczyć biskupowi. Wtedy, owszem, wkładał.

Dawno dałby sobie spokój z Kościołem, nie było powodów do obaw – pozycję miał pewną i mocną, zupełnie niezależną od kościelnej hierarchii, był uznanym intelektualistą, redaktorem z prawie gotową habilitacją na zupełnie świeckiej uczelni. Porzucenie kapłaństwa mogłoby być problemem dla jakiegoś diecezjalnego kleszki, który, kiedy zrzuci sutannę, zostaje bez środków do życia – bo co może robić były ksiądz? Być byłym księdzem dla takiego wikarego znikąd to społeczny stygmat. Dla potencjalnych pracodawców byłaby to swojego rodzaju perwersja – zatrudnić księdza. Więc nie zatrudniają. Ale to nie jego problem, on jest w końcu Ponińskim, nawet gdyby nie zrobiona samodzielnie kariera, zawsze ma jeszcze rodzinę i pewność, że za trzydzieści albo czterdzieści lat będzie się znajdował w tym miejscu, gdzie teraz znajduje się Bartoszewski czy inny Niekwestionowany Autorytet. Jest mu to przeznaczone, z racji urodzenia, wrodzonej inteligencji i starannego wykształcenia.

Ale nie porzuci Kościoła. W końcu znalazł się tam nie przypadkiem, nie został księdzem z głupiego kaprysu ani z życiowego nieudacznictwa, zwanego czasem powołaniem. Wytrzyma więc, zniesie to, że traktuje się go czasem jak istotę pozbawioną płci, zniesie nawet to, że uwodzić starają się go tylko takie kobiety, których szczerze nie znosi, miłośniczki koloratek.

Dlaczego to akurat mnie chce pan opowiedzieć tę historię, panie Szarzyński? – zapytał, przewrotnie, bo chyba znał odpowiedź.

Gość napił się wody, wyprostował w fotelu.

– Jest ksiądz bardzo inteligentny, się ksiądz tego domyśli. Bardzo ważne jest dla mnie, aby ksiądz zrozumiał, dlaczego opowiadam to właśnie księdzu, ale myślę, że nie będziemy mieli z tym kłopotu, zważywszy na księdza bystry umysł – powiedział beznamiętnym tonem, dając pochlebstwom rys szczerości.

– Dobrze – uśmiechnął się Poniński. – Niech pan mówi, zamieniam się w słuch.

Gość wyjął z wewnętrznej kieszeni mały, czarny pistolet. Ksiądz zamarł. Bał się broni. Szczególnie bał się broni w rękach właśnie tego człowieka. Ale nie dał tego po sobie poznać.

Po co to panu? – zapytał trochę głupio.

Tego również się ksiądz domyśli, zanim skończę opowiadać – odparł gość.

Zrobił krótką pauzę, usiadł wygodnie, założył nawet nogę na nogę.

– No i co, jakoś nie udało się wam w końcu drugie przemienienie? Nie tak to wszystko miało wyglądać, prawda? – zapytał.

Poniński patrzył na swojego rozmówcę bez emocji.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – odparł beznamiętnie i bardzo przekonywająco.

– Jak ksiądz woli. Zacznijmy więc od początku – uśmiechnął się gość. – Nazywam się Antoni Szarzyński. W roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym rozpocząłem służbę w Czwartym Wydziale Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Katowicach, w pionie Służby Bezpieczeństwa.


ROZDZIAŁ 1

Przekręcił kluczyk w stacyjce. Wycieraczki jeszcze działały, ścierając wodę z szyby. Patrzył na monumentalną fasadę katowickiej komendy, podzieloną na granatowe i pomarańczowe pola, oddzielające od siebie pasy okien. Chociaż rano wydarł z kalendarza kartkę z ostatnim dniem lipca, to pogoda była raczej kwietniowa: deszcz, burza, kilka kwadransów ostrego słońca i znowu deszcz. Odetchnął głęboko i wyszedł, naciągnął na głowę kaptur i szybko przebiegł kilkadziesiąt metrów parkingu, które dzieliły go od wejścia do Pentagonu. W ten sposób katowiczanie nazywali siedzibę Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Od stanu wojennego tak brzmiała oficjalna nazwa wojewódzkiej komendy MO, jakby w nawiązaniu do starego nazewnictwa z lat pięćdziesiątych, kiedy w Warszawie było MBP, w województwach Wojewódzkie Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, a w powiatach powiatowe. Ktoś uznał, że skoro walka klasowa się wzmaga, to pora wrócić do sprawdzonych rozwiązań z okresu utrwalania władzy ludowej.

Przy wejściu okazał legitymację, przywitał się uprzejmie z milicjantem w przeszklonej budce, który tylko coś odburknął. Zapytał go o II Sekcję Wydziału Czwartego i cerber w stalowym mundurze niechętnie wywarczał dyrektywy: trzecie piętro, pokój 342.

Ruszył po schodach, rozpinając amerykańską, wojskową kurtkę. Odnalazł odpowiednie drzwi, na kartce widniało już, obok innych, jego nazwisko. Wszedł. Pokój prezentował się jak każdy w resorcie: beżowa lamperia, trzy biurka z taniej sklejki, trzy bure szafy pancerne, maszyna do pisania. Dwóch esbeków. Trzech, licząc razem z nim.

– Dzień dobry, podporucznik Szarzyński jestem… – zaczął niepewnie.

Esbek przy biurku z lewej był niski i pękaty, rozlaną gębę zdobił czarny wąs, wyrastający prosto z dziurek kartoflanego nosa, stanowiąc najbujniejsze owłosienie łysiejącego łba. Pod pachami koszuli, wczorajszej, sądząc po przybrudzonych mankietach, wykwitały wielkie, wilgotne plamy. Kołnierzyk miał rozpięty, pomięty krawat rozluźniony. Aromat kwaśnego potu wypełniał cały gabinet. Na powitanie Antka burknął coś, nie podnosząc nawet wzroku znad rozłożonej na biurku płachty „Sportu”.

Przy prawym blacie siedział człowiek nieco grzeczniejszy, bo oderwał się od dokumentów, obdarzył Antka spojrzeniem, wahał się chwilę i odpowiedział:

– Bry. Miciński, kapitan. Siadajcie, kolego, to jest wasze biurko.

Szarzyński skinął głową, a kapitan powrócił do lektury. Był raczej szczupły, wyższy od baryłkowatego kolegi, także łysy i także wąsaty, garnitur miał równie kiepski, ale przynajmniej koszulę czystą.

Antek ściągnął kurtkę, odwiesił i siadł na krześle. Wbił wzrok w pusty blat biurka i szary bakelit telefonu z czerwoną lampką. Otworzył szufladę, potem drugą – w środku papier, ołówki, gumka, granatowe, błyszczące płachty świeżych kalek. Odwrócił się na krześle i otworzył szafę pancerną, klucz był w zamku. Półki były puste, z przylepionymi paskami papieru, na których umieści kiedyś opisy segregatorów z dokumentami.

– Sześć zero, kurwa mać. Trzy zero było do przerwy – powiedział w przestrzeń tęgi czytelnik „Sportu”.

Antek uznał, że piłka może być jakąś płaszczyzną porozumienia.

– Sześć zero? – zapytał głupio, uśmiechając się serdecznie. Gardził tłuściochami, bo wiedział, że charakter człowieka przeziera przez jego fizyczność, tego spojrzenia nauczył go Drzewiecki. Jego życzliwość była wyrachowana, potrzebował jej.

– Wyobrażasz, sobie, Waldek? Sześć zero przegrali z Górnikiem wczoraj. Sześć zero! W niedzielę chuje z Ruchu wygrały z Ełkaesem, a teraz to. Jakby tego meczu, kurwa, nie przesunęli na środę, to inaczej by to wyglądało – esbek z gazetą, ignorując zagajenie, zwrócił się do Micińskiego.

Kapitan zmierzył kolegę ciężkim spojrzeniem.

– Bierz się do roboty lepiej – nie podjął rozmowy, ale po chwili uniósł głowę znad dokumentów i zapytał:

– Poważnie, Zagłębie przegrało z Górnikiem sześć zero?

– No. Tak zacząć ligę, pierwsza kolejka i sześć zero… Jak im tak dalej pójdzie, to jak nic spadną do drugiej, zobaczysz. – Kibic ze złością trzasnął gazetą o biurko, przeciągnął się, otworzył szufladę i wyciągnął szarą teczkę, nad którą widocznie zamierzał pracować.

Szarzyński zrozumiał, że na porozumienie z kolegami z pokoju jest jeszcze zbyt wcześnie. Przestał się wiercić, zagapił się na sieć pęknięć na suficie.

Czego, tak naprawdę, chciał od życia? W domu dziecka marzył o rodzicach, to jego pierwsze wspomnienie, miał wtedy może cztery lata. Pani dyrektor Ponińska, opiekunowie i opiekunki, byli dobrzy i troskliwi, może nawet trochę go kochali. Ale to nie to samo, co mieć rodziców. Mieć tatę i mamę – trwał przy tej myśli jeszcze kiedy zaczął chodzić do szkoły, potem gasła powoli, kiedy zajął się nim pan Drzewiecki i kiedy zrozumiał, że i tak ma szczęście, jak na sierotę. Potem jego marzenia jakoś znormalniały i stały się zwyczajne, chłopięce. Chciał być żołnierzem, milicjantem, strażakiem, pilotem, kierowcą i kosmonautą. Podstawówkę mieli swoją, przy pilchowickim domu dziecka, dopiero do liceum poszedł na zewnątrz, do Gliwic, chociaż dalej, po szkole, mieli jeszcze dodatkowe zajęcia w bidulu. Wtedy kariera zeszła na dalszy plan, marzył o dziewczynach i najpierw czynił zadość tym marzeniom pod kołdrą albo w łazience. W trzeciej klasie spodobał się Kaśce Korczyńskiej, której ojciec budował rafinerię w Iraku, a matka przesiadywała w „Gondoli”. Kasia miała ciągle wolną chatę i tam, na łóżku jej rodziców, marzenia o dziewczynach zamieniły się w zwyczajne ruchy bioder, usta zlepione z ustami i w otwartą nagość.

Kaśce się znudził, bo znalazła sobie długowłosego studenta Politechniki, który grał na gitarze i zabierał ją w Bieszczady, ale po Kaśce była Agnieszka Rylik, która smakowała nawet lepiej, bo dawała mniej chętnie. Mniej chętnie nie znaczy rzadko, pierwszy raz popatrzył wtedy świadomie na swoje odbicie w lustrze, zobaczył tam już nie po prostu siebie, Antka, tylko wysokiego, smukłego chłopca o pełnych ustach, wąskich biodrach i szerokich ramionach pływaka i zrozumiał, że przy odrobinie starań zawsze znajdzie sobie dziewczynę, która rozłoży przed nim nogi. Przestał więc marzyć o tym, co mógł mieć kiedy tylko chciał. Używał kobiet, bo miał potrzebę, ich ciała smakowały o wiele lepiej niż samotny onanizm, ale nie miał potrzeby bliskości. Pieścił je, bo to lubiły, mówił im miłe rzeczy, ale sam nie potrzebował ani pieszczot, ani czułych słówek.

W czwartej klasie nie wiedział, co chce robić w życiu. Nie miał żadnych, specjalnych zainteresowań – owszem, lubił różne rzeczy, interesował się motoryzacją, zrobił prawo jazdy, lubił piłkę, grał w szkolnej drużynie i kibicował Górnikowi, chodził do kina, czytał książki, które podsuwał mu Drzewiecki, ale podczas kiedy inni koledzy wiedzieli, co chcą robić – większość wybierała się na Politechnikę, na górniczy, architekturę, budownictwo albo do Zabrza na medycynę, ktoś tam uparł się na filologię na Jagiellońskim, był nawet jeden filozof w czarnym golfie, który, po olimpiadzie, nie musiał zdawać egzaminów i wybrał filozofię w Warszawie – on, Antek, nie widział siebie nigdzie. W pewien sposób zdawał sobie sprawę ze swojej nadzwyczajności i to go paraliżowało, bo czuł całym sobą, że nie może tak po prostu „kimś zostać”.

Wiedział, że Drzewiecki ma coś wspólnego z resortem, czasem rozmawiali o różnych rzeczach: o stalinizmie, zimnej wojnie, o Ameryce i o ruskich; Antek nigdy nie potrafił starego umiejscowić na mapie, w którą wierzyli jego koledzy, a która dzieliła ludzi na tych, co są za komuną, i na tych, co są przeciwko. Drzewiecki nie był ani taki, ani taki, mówił czasem takie rzeczy, że kiedy na historii Antek powtórzył jako swoje opinie Drzewieckiego o Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, wyleciał z klasy, prosto do dyrektora. Jednocześnie o Radiu Wolna Europa i Amerykanach wyrażał się z pogardą. Zapytał więc z głupia frant Drzewieckiego, co on sądzi o tym, że może poszedłby do szkoły milicyjnej, do Szczytna. Wydawało mu się to atrakcyjne, lubił kryminały, chociaż wolał te amerykańskie od polskich, i jakoś wrócił do chłopięcych marzeń – mógłby być jak śledczy z filmów. Zdawał sobie oczywiście sprawę, co o milicji myśląjego rówieśnicy i wiedział, że jego decyzja spotkałaby się z pogardą, jednak nie miał przyjaciół, a opinie innych na jego temat nie miały dlań znaczenia. To nie była poza, nie musiał dusić w sobie wściekłości, kiedy słyszał, że ktoś mówi o nim coś złego. Rozważał i analizował – jeśli mówił to ktoś, od kogoś coś zależało, nauczyciel albo wychowawca, to uznawał, że warto popracować nad tym człowiekiem, aby zmienił zdanie. Nigdy jednak nie posuwał się do lizusostwa czy pochlebstw, bo to byłaby poważna ujma dla poczucia własnej wyjątkowości. Po prostu, poprawiał oceny, uczył się lepiej, robił, ogólnie rzecz biorąc, to, czego wymagał od niego ten ktoś, od kogo coś zależało. Jeśli zaś źle mówił o nim chłopak albo dziewczyna, kolega ze szkoły albo z bidula, to dla Antka było to tak samo obojętne, jakby ktoś powiedział, że nie lubi pomidorówki. Nie chował nawet urazy, bo za co?

Zapytał więc Drzewieckiego o milicję. Stary pokiwał głową, po czym powiedział mu, że ma iść studiować historię do Krakowa. Postudiuje trochę i potem się zobaczy.

Rady Drzewieckiego zawsze były słuszne, posłuchał więc i tym razem. Nie miał zamiłowania do historii, ale wolał studiować dzieje ludzkości niż uczyć się o maszynach na polibudzie. Wkuł więc to, co było potrzebne, zdał maturę na piątkach i jednej czwórce, zdał też egzaminy. W domu dziecka pożegnano go uroczyście, a Antek wyjechał bez żalu, chociaż wiedział – bo widział też inne sierocińce – że ten, do którego trafił, był wyjątkowy: mało dzieci, jeden opiekun na trójkę podopiecznych, dobre jedzenie, prawie wszyscy szli na studia – i były tam same sieroty, bez rodziców, nie było dzieci odebranych menelom.

W Krakowie zamieszkał w akademiku. Zaczynał się nowy semestr i mijało właśnie pół roku po zabójstwie Staszka Pyjasa, całe akademickie środowisko było poruszone, rozeźlone i jednocześnie rozentuzjazmowane opozycyjnością. Antek nie miał poglądów politycznych, chociaż, dzięki Drzewieckiemu, orientował się nieźle w tej sferze, zarówno polityki wewnętrznej PRL, jak i polityki zagranicznej; nie wiedział, jak ma się odnieść do tej narzucającej się, antykomunistycznej atmosfery, wsiadł więc w pociąg do Gliwic i pojechał do swojego opiekuna, zapytać go o to osobiście.

Drzewiecki powiedział mu wtedy, że ma robić to, co robi większość jego kolegów, ale zachowując jednocześnie ostrożność i pewien dystans, bez nadmiernego zaangażowania. Posłuchał Drzewieckiego, chodził na spotkania Studenckich Klubów Solidarności, słuchał, czasem potakiwał. Nigdy nie dyskutował i nigdzie się nie zapisał. Studiował niezbyt pilnie, ale tak, żeby lepiej lub gorzej zdawać wszystkie egzaminy, wieczorami pił w knajpach i winiarniach, podrywał młode poetki-opozycjonistki i dymał je po akademikach i stancjach, a czasem, te bardziej wyzwolone, na podkrakowskich łąkach. Podobało mu się takie życie, ta atmosfera undergroundowej, artystycznej wolności, podobało mu się, że mogli śmiać się z urzędasów, spieszących rano do swoich urzędów; zaczął nawet trochę hipisować, chociaż w rozsądnych granicach, włosy zapuścił o pięć centymetrów dłuższe niż zwykle, akurat tyle, żeby dobrze wyglądać wśród kolegów, nie wkurzając niepotrzebnie przeciętnego milicjanta. Latem był w Bieszczadach i na Mazurach, nauczył się paru gitarowych chwytów, a jesienią, na początku drugiego roku, dał się ochrzcić w duszpasterstwie akademickim i zaczął czasem przychodzić do kościoła, kontynuując, na wzór swoich znajomych, rozrywkowo-erotyczny tryb życia. Do opozycji się nie zapisał, ale wyraźnie sympatyzował, po drugim roku pojechał do Gliwic odwiedzić Drzewieckiego i z miną zblazowanego artysty opowiadał – taki szyk – o tym, jak męczy go artystyczny Krakówek. Opiekun rzekł po prostu, że skoro już wystarczy mu akademickiego życia, to powinien złożyć papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Antek odparł z odrazą, że nie chce być milicjantem, na co Drzewiecki uśmiechnął się i wyjaśnił, że nie chodzi o Szczytno, lecz o Legionowo. Szkołę SB.

Antek milczał wtedy przez chwilę. W byciu milicjantem, w tym śmiesznym, niebieskoszarym mundurze z palemkami, było coś uwłaczającego, coś niskiego, groteskowego. Z milicjantów się śmiali, esbeków nienawidzili i bali się, a lepiej być obiektem nienawistnego strachu niż kpin.

Był wtedy, oczywiście, pod wpływem świata, w którym żył, dobrze czuł się w mentalnej opozycji, ale to Drzewiecki był jedyną osobą, której ufał. Rozmawiali wtedy długo i opiekun tłumaczył mu, że musi być wśród tych, którzy mają aktywny wpływ na rzeczywistość, nie wśród tych, którzy, wbrew swojemu przekonaniu, są tylko przedmiotami działań. Nikt mu nie każe przecież wierzyć w marksizm i socjalizm, nikt nie traktuje Lenina poważnie, to tylko pozór, otoczka, pod którą kryje się materia państwa, takiego samego, jak każde inne. A bez państwa człowiek jest zwierzęciem.

Wysłał papiery do Legionowa, Drzewiecki swoimi kanałami załatwił formalności, chociaż było już po terminie. Antek zabrał swoje rzeczy z krakowskiej stancji, nie żegnając się z nikim. Rozpowiadano potem, że to SB porywa ludzi i jego też porwali i może nawet zamordowali, jak Pyjasa. Poniekąd była to prawda, ale nie myślał o tym wiele, zanurzył się w nowej szkole i już po paru tygodniach wiedział, że to właśnie jest to, co jest mu przeznaczone robić w życiu. Drzewiecki miał rację – chociaż oficjalnie zachowywano pozory, decorum socjalizmu, jak powiedzieliby jego dawni znajomi z Krakowa, to nikt nie traktował tego poważnie. Poważnie traktowano jedynie służbę. Jedyną liczącą się ideologią była lojalność wobec resortu, nie „socjalistycznej Ojczyzny”, tylko właśnie – resortu. Antek odnalazł się w tym świecie tak łatwo, jakby żył w nim od zawsze, a wspomnienia dawnego, studenckiego życia, chociaż miłe, nie nęciły do powrotu. Okazywały się zresztą bardzo pomocne, więcej wiedział o „prawdziwym życiu” niż chłopcy z resortowych rodzin, synowie „starych czekistów” –jak mówili o sobie z dumą. Prosto z liceów, w których uczniowie pochodzili wyłącznie z nomenklaturowych rodzin, trafiali do WSO, często nie straciwszy nawet jeszcze dziewictwa. Antek był od nich starszy, inteligentniejszy, więcej przeżył i szybko stał się nieformalnym przywódcą całej dużej grupy kolegów. Razem chodzili na dyskoteki, wprawiał ich w zażenowanie, bezceremonialnie podrywając najfajniejsze laski, uczył ich, jak się ubierać, pomagał zorganizować prawdziwe rifle i levisy, a jednocześnie w szkole szło mu świetnie, zarówno na kursach teoretycznych, jak i na praktyce, na wojskowej unitarce i potem, na strzelaniu i wychowaniu fizycznym z elementami samoobrony. W szkole rozkwit Solidarności przywitali z pogardą i ledwie widocznym cieniem obawy, stan wojenny – z radością. Antkowe sentymenty z lat studenckich były już martwe. Zatrzymywał się czasem w korytarzu i gapił na portret Feliksa Dzierżyńskiego. Przyglądał się trójkątnej twarzy Felka, jak go w myślach nazywał, i próbował w tych zimnych oczach odnaleźć siebie. Życiorys Dzierżyńskiego znali na pamięć, to należało do esprit d’corps.

Wykładowcy lubili Antka, tak jak lubi się każdego wdzięcznego, bezkonfliktowego ucznia. Otrzymał indywidualny tok nauczania i po pierwszych dwóch semestrach przeskoczył rok, szkołę skończył z wyróżnieniem, po czym skierowano go na praktykę do RUSW w Gliwicach, gdzie przez rok, pod opieką oficera operacyjnego kapitana Ziębika, nauczył się więcej niż przez cztery lata szkoły, i w końcu osiągnął to, o czym marzył. Został oficerem operacyjnym w WUSW Katowice. Skierowano go do Wydziału Czwartego, z czego nie był specjalnie zadowolony, bo wydawało mu się, że są ciekawsze sprawy niż inwigilacja środowisk kościelnych, ale Drzewiecki powiedział, że tak naprawdę czwórka to najważniejszy Wydział w całym resorcie i że za jakiś czas zrozumie, dlaczego.

I teraz siedział za biurkiem, którego puste szuflady wypełniać będzie efektami swojej pracy. Uderzała go ich obszerność, myślał, ile materiału zdoła w nich zgromadzić. Czekał na tę chwilę cztery lata. Został oficerem operacyjnym. Oficjalnie, zajął właśnie stanowisko młodszego inspektora, nazwy oficer operacyjny nie używano już od kilkunastu lat, ale przecież to właśnie o to chodziło, nikt nie miał wątpliwości. I teraz zadawał sobie pytanie: czego tak naprawdę chce od życia? Wspinać się po resortowej drabinie awansu, z porucznika stać się kapitanem, a z młodszego inspektora kierownikiem sekcji, potem majorem i naczelnikiem Wydziału, kiedy Wichna przejdzie na emeryturę, potem wyżej, wojewódzki zastępca ds. SB, a później już do centrali, do MSW, ku szlifom pułkownikowskim i generalskim, ku wspólnym polowaniom z ministrami i premierami?

Czy może pragnął raczej filmowej adrenaliny z akcji, jeśli nie z Bondów, to przynajmniej z „07 zgłoś się” – międzynarodowi bandyci, piękne kobiety i on, twardy milicjant, odrobinę zgorzkniały, ale tylko troszeczkę.

Jak dzwoni telefon na twoim biurku, to znaczy, że masz go odebrać – powiedział ponuro kibic Zagłębia, bezceremonialnie tykając Szarzyńskiego.

Antek, pogrążony w rozmyślaniach, nie zwrócił uwagi na dzwonek, założył nieświadomie, że to nie jego telefon – ale rzeczywiście, pulsowało światełko na aparacie na jego własnym biurku. Podniósł słuchawkę.

Podporucznik Szarzyński, słucham – wyrecytował nieśmiało.

– Zameldujcie się w gabinecie kierownika sekcji kapitana Biedrycha, za pięć minut – powiedział żeński głos. Słuchawka trzasnęła. A więc zaczęło się – pomyślał. Wyszedł z biura od razu, bo nie chciał pytać nowych kolegów o pokój kierownika sekcji, odnalazł odpowiednie drzwi, odczekał chwilę, nacisnął klamkę dokładnie pięć minut po telefonicznym wezwaniu i wszedł.

Podporucznik Szarzyński, melduję się na rozkaz, towarzyszu szefie! – huknął po wojskowemu, trzasnął nawet obcasami.

– Ja pierdolę, skończcie z towarzyszami, tu nie komsomoł, człowieku. Siadajcie – powiedział rozparty za biurkiem grubas, rozciągając samogłoski wulgarnego słowa.

Tak jest, szefie.

– Podobacie mi się, podporuczniku. Ładny życiorys, takich właśnie ludzi nam trzeba. Młody, przystojny – otaksował Szarzyńskiego wzrokiem, gładząc wąsy – obyty w świecie. Trzeba będzie was jeszcze wysłać za granicę, do efu albo do Austrii, żebyście tamtego świata zobaczyli, i będzie z was czekista co się zowie. Świetnie spisywaliście się na rejonie, w Gliwicach, tak mi przynajmniej donosi Wacek Ziębik – mówił Biedrych, przeglądając personalną teczkę Antka.

– Dziękuję, szefie.

– Ziębik twierdzi, że w stu procentach nadajecie się do samodzielnego werbunku. Nadajecie się?

Tak jest, szefie! – odparł Szarzyński radośnie, prawie nie ukrywając ekscytacji perspektywą pierwszej samodzielnej roboty.

Kapitan pokiwał głową.

– Jasne, kurwa, jasne, każdy młody tak mówi – przejście od „podobacie mi się” do powątpiewania było zbyt nagłe, żeby Antek mógł w nie uwierzyć. Sympatię było widać zresztą w oczach Biedrycha od razu.

– Macie tutaj wszystkie materiały z teczki ewidencji operacyjnej księdza Piotra Szkordonia z Gliwic, parafia Wszystkich Świętych. – Przesunął po blacie cieniutką, burą teczkę, zawiązaną na bury sznurek. – Zapoznajcie się z tym, dużo tego nie ma, i przyjdźcie do mnie, powiedzmy – spojrzał na zegarek–o czternastej, pogadamy, co dalej robić. Jasne?

– Takjest! – odpowiedział Szarzyński, uśmiechając sięjuż otwarcie.

– No to do roboty i do zobaczenia.

Wstał, odruchowo trzasnął obcasami i ruszył do drzwi.

– Aha, Waldkiem Micińskim i Zdziśkiem Klewką się nie przejmujcie, podporuczniku. Nie od razu was polubią, może nawet nigdy, ale skrzywdzić – nie skrzywdzą, chyba że im wleziecie na odcisk. Co serdecznie odradzam, jak czekista czekiście. – Usłyszał zza pleców głos Biedrycha.

Skinął głową, wychodząc i wrócił do swojego nowego biura, ściskając pod pachą szarą TEOK.

W pokoju był tylko kapitan Klewka, kibic Zagłębia Sosnowiec, całkowicie pochłonięty wystukiwaniem dwoma palcami jakiegoś raportu. Nie zwrócił uwagi na Antka, a ten siadł za biurkiem, rozwiązał gustowną kokardkę, na jaką palce inspektora sekcji analitycznej zawiązały sznureczek – i wkroczył w życie księdza Piotra Szkordonia.

Urodzony w Żernicy, wsi pod Gliwicami, w autochtońskiej rodzinie, w roku 1957, jako czwarte i ostatnie dziecko Ernesta i Felicyty Szkordoniów, przed wojną obywateli Rzeszy. Ernest Szkordoń służył w Wehrmachcie przez pięć lat, całą wojnę, otrzymał nawet niemiecki order, Krzyż Żelazny. Czyjaś ręka mocno podkreśliła tę informację, a Antek od razu pomyślał o tym ojcu-faszyście jako o potencjalnym materiale kompromitującym, chociaż raczej słabym. Dalej, I Liceum Ogólnokształcące w Gliwicach… Ha, wspaniale, chodzili do tej samej szkoły, to zasadniczo ułatwi sprawę. Jeszcze raz przyjrzał się zdjęciu – okrągła twarz, wystające policzki, zadarty nos – i przypomniał sobie, znał z widzenia takiego chłopaka, dwa roczniki wyżej. Cichy, nieduży, przy sobie, brunet w niemodnych ciuchach, mówiący z wyraźnym akcentem.

Potem seminarium w Krakowie. Tutaj pojawia się charakterystyka napisana przez kolegę z roku, tajnego współpracownika o pseudonimie „Krystyna”, ale bez punktów zaczepienia. Parę komunałów: cichy, pilny, pobożny, chętnie pomaga kolegom, nie wiadomo, aby przejawiał skłonności do świeckiego trybu życia czy niewłaściwych znajomości. Poza tym, niewiele więcej, jeden wyciąg z raportu złożonego przez TW „Jacek”, twierdzący, że Szkordoń ma duży wpływ na młodzież, jednak nie zajmuje się na spotkaniach treściami politycznymi, a jedynie stara się formować charaktery na tle moralnym.

Na samej górze teczki znalazła się kompletna analiza autorstwa samego kapitana Biedrycha, typująca księdza Szkordonia jako trudnego, ale bardzo wartościowego kandydata do werbunku, ze względu na potencjał intelektualny, dający duże szanse na zrobienie kariery w kurii oraz ze względu na wpływ na środowiska młodzieżowe i akademickie w Gliwicach, tym mocniejszy, że pozainstytucjonalny. Biedrych zalecał wykonać dokładne operacyjne rozpracowanie kandydata, połączone z uruchomieniem możliwych tajnych współpracowników w szeregach kleru parafialnego i w kurii, nie wykluczając przeprowadzenia kombinacji operacyjnej celem pozyskania materiałów kompromitujących.

Szarzyński zrozumiał, że został postawiony przed wyzwaniem. Byle plutonowy po półrocznym kursie może zwerbować księdza, na którego służba ma gruby plik zdjęć z panienką albo, jeszcze lepiej, z chłopcem. Werbunek pedałów, których wśród księży nie brakuje, w zasadzie nie powinien się nawet nazywać werbunkiem, z pedałem sprawę współpracy dałoby się załatwiać korespondencyjnie, wysyłając lakoniczne wezwanie do udzielania informacji, z załączonym zdjęciem księdza w objęciach jakiegoś młodzianka. Ze zwykłymi, którym się dupy zachce, jest nieco trudniej, bo chociaż to kompromitacja – to nawet zbrzuchacona baba nie oznacza dla księdza jeszcze śmierci cywilnej, ale ksiądz-pedryl to ksiądz skaptowany.

Kiedy służył w rejonie, w Gliwicach, dowiedzieli się od jednego kapusia, że podobno się w podziemnej Solidarności połapali i jeśli wyczuli u kogoś skłonności do chłopców, to go uprzejmie, ale stanowczo odsuwano od wszystkich informacji, praktycznie wykluczając z organizacji. Wiedziano, że przyłapana przez resort ciota o jakiejś tam pozycji społecznej zrobi wszystko, byle uniknąć zdemaskowania. Jeden taki, profesor architektury, przyszedł do nich sam, rozgoryczony, że go wywalili z Solidarności i sam zaproponował współpracę.

W seminariach teoretycznie homoseksualiści mieli być odsiewani, ale większość opanowała do mistrzostwa sztukę kamuflażu, ojcowie duchowi nie byli też zbyt spostrzegawczy i w efekcie niejeden czarny wymykał się nocą i pętał w okolicach szaletów, po parkach, szukając okazji – a zarówno w rejonie, jak i w wojewódzkich czwórkach, był zawsze jeden oficer z dobrymi kontaktami w obyczajówce, do którego obowiązków należało regularne przyjmowanie meldunków od parkowych i kloacznych ciot. W zamian, cioty miały spokój, a oficer czasem dostawał cynk, wysyłał kogoś z sekcji technicznej z aparatem fotograficznym – i werbunek sam się robił, wraz z naciśnięciem spustu migawki.

Szkordoń jednak był czysty, cała jego teczka – poza ojcem-hitlerowcem – nie zawierała żadnego punktu zaczepienia.

I dlatego ksiądz Szkordoń był dla Szarzyńskiego wyzwaniem, egzaminem, do którego przystąpił już pierwszego dnia. Od tego, czy sobie poradzi, zależy, jaka będzie jego dalsza służba. Czy będzie zawsze na szpicy, na przyspieszonej drodze awansu, czy raczej skończy, odwalając czarną robotę, zabezpieczenia i obserwacje, pracując na sukces takiego Klewki, zasłuchanego w tym czasie w transmisję z meczy Zagłębia Sosnowiec.

Do czternastej miał jeszcze pięć godzin, narzucił kurtkę, wyszedł z biura i zbiegł na parking, gdzie stała jego czerwona, dwudrzwiowa alfa romeo gtv-6. Deszcz ciągle padał, więc drogę od drzwi komendy do samochodu przebył biegiem, z kapturem na głowie. W aucie pogrzebał przez chwilę w kasetach, wyciągnął pierwszą Brygadę Kryzys, włączył i przy dźwiękach „Centrali” wyjechał na Francuską, przez Warszawską przebił się na Armii Czerwonej, potem na rondo, minął Spodek i wjechał na Feliksa Dzierżyńskiego. Kiedy mijał betonową żyrafę obok wesołego miasteczka, Lipiński z Kryzysu przeszedł do piosenek po angielsku. Teraz przed nim prosta droga, przez Chorzów, Rudę Śląską i Zabrze, mógł się więc zastanowić dokładnie nad tym, jak sprawę Szkordonia ugryźć. Potem założy się na niego obserwację, może załatwi się w technicznej jakiś podsłuch i cierpliwie, powoli, coś się znajdzie, ale jeszcze przed rozmową z Biedrychem, chciał go zobaczyć, poczuć, zrozumieć, dlatego jechał do Gliwic. Chorzów zamienił się w Rudę, co zasygnalizowała jedynie tablica przy drodze, a Ruda Śląska stała się Zabrzem. Kiedy wyjeżdżał z Zabrza, miał już mocną legendę, dojechał do centrum, zaparkował pod kościołem.

Wtulił się we wnękę otaczającą drzwi, aby chociaż trochę ukryć się przed ulewą i nacisnął na przycisk dzwonka.

Otworzyła starsza kobieta.

– Szczęść Boże, ja do księdza Szkordonia. Zastałem może? – zapytał.

– A o co idzie? – Babsztyl nie rozwarł drzwi ani na pięć centymetrów szerzej.

– No, ja jestem księdza znajomym z liceum jeszcze i tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy znajomość odnowić może…

Baba zawahała się, ale poczciwa twarz Antka i zielona, wojskowa kurtka, taka, jaką nosili brodaci młodzieńcy z opozycji, gromadzący się czasem na farze, przekonała ją, że chłopak nie ma złych zamiarów.

– Niech pan wejdzie, ksiądz wikary jest w swoim pokoju, na piętrze.

Wszedł, zapamiętując od razu rozkład pomieszczeń na plebanii, wspiął się po schodach i zapukał do drzwi, które wydały mu się odpowiednie. Nie pomylił się, otworzył mu wikary Szkordoń we własnej osobie.

– Szczęść Boże – przywitał się po prostu.

– Szczęść Boże – odpowiedział ksiądz, przypatrując się twarzy, która wydała mu się znajoma.

– Znamy się chyba z widzenia, proszę księdza, z liceum jeszcze, z jedynki, na Zimnej Wody, prawda? Moje nazwisko Jacek Bełski – zablefował.

Szkordoń uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zęby.

– Ano tak, jasne, pamiętam, chociaż z twarzy raczej, nie z nazwiska. Zapraszam do środka. Co pana sprowadza? – Śląski akcent brzmiał tak samo silnie jak za czasów liceum. To jednak może być pewna przeszkoda w karierze w kurii, warto o tym pamiętać – pomyślał Szarzyński. Widział kto biskupa, który mówiłby jak brudny górnik z familoka?

– Proszę księdza, będę mówił wprost. I niech mnie ksiądz od razu nie wyrzuca, bo ja jestem u księdza prywatnie, nie służbowo. Jestem oficerem milicji, proszę księdza, z Katowic.

Twarz wikarego stężała nagle, zacisnął usta i nagle, zdecydowanym ruchem otworzył drzwi na oścież.

– Proszę wyjść – powiedział zimno.

– Proszę księdza, niech ksiądz da spokój. Mówię, że nie jestem służbowo. Mam prośbę zupełnie osobistą, religijną.

Szkordoń wahał się, w końcu uznał widocznie, że otwarte na oścież drzwi gwarantują, że intruz nie będzie go namawiał do donosicielstwa, które przecież wymaga konspiracji.

– Dobrze, słucham.

– Proszę księdza, ja chciałbym się ochrzcić i chciałbym, żeby ksiądz mnie do tego chrztu przygotował.

Ksiądz przez chwilę gapił się nań, oniemiały.

– Musimy pogadać o tym z proboszczem – powiedział w końcu.

Antek zastanowił się, na ile wikary celowo go sprawdza, wiedząc, że zasadą kontaktu z potencjalnym TW jest utrzymanie samego spotkania w tajemnicy, a na ile po prostu sam nie wie, co ma począć z milicjantem, który chce przyjąć chrzest. W obu przypadkach należy się zgodzić, chociaż, owszem, nie jest to zapewne postępowanie według „Instrukcji o pracy operacyjnej”.

– Oczywiście, chodźmy do proboszcza – odparł więc i poszli, na dół, do kancelarii, gdzie proboszcz – co stwierdzili po wejściu – drzemał na bujanym fotelu, obok wielkiego, kancelaryjnego biurka.

– Księże proboszczu… – zbudził go delikatnie wikary.

Proboszcz ocknął się natychmiast, po prostu otwierając oczy, przejechał dłoniąpo siwych, ściętych najeża włosach, westchnął, wstał i powiedział:

– Słucham.

– Księże proboszczu, ten pan tutaj, Jacek Bełski, jest oficerem milicji z Katowic i chciałby się ochrzcić.

– Ale dlaczego przyjechał pan z tym z Katowic aż tutaj, proszę pana? – zapytał od razu proboszcz. Antek zanotował sobie w myślach, że i w przypadku wikarego, i proboszcza ma do czynienia z ludźmi o pewnej inteligencji. Spuścił głowę i wbił wzrok w podłogę. Wyobraził sobie, że bardzo się wstydzi, wyobraził sobie, że ma dziesięć lat i ktoś dorosły właśnie przyłapał go na onanizmie. Poczuł, że się czerwieni i dopiero wtedy podniósł twarz.

– Bo… wolałbym, żeby nikt na komendzie się o tym nie dowiedział – wydusił ze ściśniętym gardłem. – Poza tym, księdza Szkordonia znam jeszcze z liceum.

Wikary nie sprostował tego małego nadużycia – chociaż w liceum nigdy nie zamienili przecież słowa – i młody esbek uznał to za swój pierwszy sukces. Pierwsza mała, maleńka wspólna tajemnica. Szkordoń jeszcze nie wie, że mają już wspólną tajemnicę, ale liczą się fakty, nie przekonania figuranta.

Proboszcz pokiwał głową.

– No tak, rozumiem. Miałby pan kłopoty w pracy, tak? Więc lepiej, jeśli nie będziemy o tym nikomu opowiadać, prawda, Piotrek? – zwrócił się do wikarego, który potwierdził skinieniem głowy, a podporucznik Szarzyński miał ochotę podskoczyć z radości. O to właśnie mu chodziło, figurant sam zgadza się na konspirację. Charakter tych rozmów trzeba będzie przebudować, ale ważne jest, że będą się spotykać w tajemnicy. To pierwszy krok.

– Dobrze. Teraz niech pan idzie, bo my mamy tutaj swoje obowiązki, ale niech pan przyjdzie, powiedzmy, w czwartek wieczorem, o dziewiętnastej. Będziesz miał wtedy czas, Piotrek? Wtedy pan sobie z księdzem wikarym porozmawia, jak to wszystko może dalej wyglądać, dobrze?

Obaj potwierdzili, podporucznik z rewerencją pożegnał się z kapłanami i uskrzydlony powodzeniem swojego zaimprowizowanego planu, wrócił tą samą drogą do Katowic. W drodze przemyślał kształt notatki z rozmowy z figurantem, jaki przedstawi Biedrychowi. W samym raporcie cała rozmowa przedstawiona będzie w regulaminowym slangu, żeby nikt mu nie zarzucił przekraczania instrukcji, ale ustnie zda szefowi sprawę dokładnie z tego, jak sprawa wyglądała, podkreślając swoją elastyczność. Przekroczył instrukcje, działał spontanicznie, owszem – ale, jak sądził, właśnie skuteczności szef oczekiwał.

Dawno minęły czasy, w których oficer operacyjny, werbując księdza, udowadniał mu wyższość materializmu dialektycznego nad filozofią tomistyczną. Raczej nieudolnie, bo ileż można było sobie skomplikowanej materii marksizmu-leninizmu przyswoić na kilkutygodniowym kursie? Już na początku lat sześćdziesiątych porzucono więc metody rodem z zebrań sowieckiego Związku Wojujących Bezbożników, nie próbowano księży przekonywać, że Boga nie ma, argumentami z poziomu kamienia, tak ciężkiego, że Bóg nie mógłby go podnieść. W Legionowie nauczono ich, że nie wolno podważać ani ośmieszać przekonań i wierzeń figuranta, o katolicyzmie należy wyrażać się z szacunkiem, szczególnie podkreślając szacunek względem sytuacji w Kościele po ostatnim soborze.

Katolicyzmu się nie zwalcza, katolicyzm się rozgrywa, po to Polskie Centrum Odnowy Soborowej wydawało jeszcze niedawno miesięcznik „Ancora”, gdzie patriotycznie i postępowo nastawieni księża-profesorowie pisali na zlecenie resortu artykuły o tym, że Wyszyński jest zły i ograniczony wstecznik. Co ważne jednak, artykułów tych nie pisano z pozycji dbałości o dobro socjalistycznej ojczyzny, lecz z dbałością o dobro Kościoła posoborowego.

Kategorycznie zabronione były próby nakłaniania księdza do złamania tajemnicy spowiedzi – można było oczywiście skorzystać, jeśli sam ksiądz dostarczał informacje pochodzące z konfesjonału, ale należało być czujnym, bo zdrada tej tajemnicy była prawie zawsze symptomem postępującej dezintegracji osobowości, dotyczącej zwykle alkoholików i homoseksualistów. Taki ksiądz, acz przez pewien okres dość wartościowy, bo gotów zrobić wszystko, czego oficer prowadzący odeń zażąda, bardzo szybko tracił swoją wartość jako tajny współpracownik, bo jego degeneracja stawała się widoczna i chociaż gotów na wszystko, to nie posiadał żadnych możliwości działania.

Antek zaparkował pod komendą, machnął portierowi legitymacją i pobiegł do biura. Nie było ani Klewki, ani Micińskiego, miał jeszcze godzinę, siadł więc do maszyny i wystukał szybko zgrabną notatkę, podwójnie, przez kalkę. Kiedy przyszedł czas, poszedł do pokoju Biedrycha.

Szef przeczytał notatkę, powoli i staranie, nie zważając na Szarzyńskiego, który siedział na krześle dla gościa i denerwował się jak student przed pierwszym egzaminem u nieznanego profesora. Gdyby nie cztery lata w Legionowie, gdzie nauczono go panować nad ciałem nawet w sytuacjach silnego stresu, zapewne bębniłby palcami, potrząsał nogą albo obgryzał mimowolnie paznokcie, ale był przecież czekistą, więc wsłuchał się w swoje zdenerwowanie i ścisnął je w środku. Gdyby wyciągnął teraz przed siebie dłoń, nie drgnęłaby.

Gracie va banque, Szarzyński – powiedział Biedrych, ni to z podziwem, ni z przyganą.

Tak jest, szefie.

Antek czekał, kiedy Biedrych zapyta go o szczegóły tej świetnie przeprowadzonej rozmowy, ale nic takiego nie nadchodziło.

– Nie wezmę tego na siebie, jeśli coś spierdolicie, podporuczniku. Jeśli wam się uda, to dam wam pochwałę i przyspieszę awans na porucznika o pół roku, ale jeśli spierdolicie, to ukażę naganą za samowolny werbunek i przeniosę do analitycznej, będziecie przez następne dziesięć lat przepisywać na maszynie czyjeś raporty. Zrozumiano?

Tak jest, szefie.

– Macie to zrobić sami. Możecie, jeśli wola, poprosić o pomoc kapitana Ziębika, może oddeleguje wam dwóch ludzi z samochodem do dyspozycji, żebyście mogli założyć obserwację, ale na piśmie tego nie dostaniecie, załatwcie to sobie z nim sami. No, to tyle służbowych spraw. A teraz powiedzcie, Szarzyński, jak tam u was z dupczeniem? Pieprzycie coś?

– Blondynki, brunetki i rude, szefie, ku chwale Ojczyzny! – huknął podporucznik z pożądaną w takiej sytuacji dziarskością. Nie dał po sobie poznać, że jest trochę zawiedziony.

– No, to dobrze, dobrze. Jakbyś chciał na kurwy pójść – kapitan Biedrych nagle przeszedł do familiarnej, drugoosobowej formy – to zawsze możesz połączyć przyjemne z pożytecznym, wydupczyć, a i wypytać o to i owo. Pogadajcie z Milewskim z dwójki, on wam da dobre adresy, jasne?

– Jasne, szefie.

– Odmeldować się – Biedrych zakończył rozmowę. – Na dzisiaj jesteście wolni, możecie iść do domu.

Wychodząc z biura szefa, prawie wpadł na kapitana Klewkę.

– A, tu towarzysz podporucznik. U ordynatora. Wie towarzysz, gdzie konfiturki leżą, a jakże – powiedział zgryźliwie.

– Wezwał mnie… – próbował się bronić Antek, zaskoczony, że Klewka w ogóle się doń odzywa.

– Jasne, jasne. Dobra, słuchajcie, towarzyszu, na dzisiaj koniec z robotą, karetkę zostawiacie pod fabryką i na patyczkach za mną biegiem marsz, jasne?

Szarzyński nie wiedział, dlaczego Klewka mówi fosą, kodem-slangiem, używanym w komunikacji radiowej, a stanowiącym pierwszą zaporę dla ewentualnych podsłuchujących. Zrozumiał dopiero, kiedy Klewka uśmiechnął się ze złośliwą frajdą, zakładając widocznie, że Szarzyński fosy nie zna.

– Trzysta jeden, towarzyszu kapitanie, tylko recepty dam do gabinetu – odpowiedział podporucznik, co znaczyło, że zgadza się i potwierdza, że samochód zostaje pod budynkiem komendy i dalej idą piechotą, tylko wcześniej musi zanieść dokumenty do pokoju. Podstawy fosy poznał jeszcze w szkole, a lokalnej odmiany – bo każda KW miała swoją–nauczył się dobrze w rejonie, w Gliwicach. Klewka westchnął, a Antek usłyszał w tym westchnieniu starą jak świat skargę starej gwardii na nieopierzonych oficerków, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy, chociaż nigdy tak naprawdę jeszcze nie byli pod ogniem.

Pobiegł szybko do pokoju, schował do szafy pancernej teczkę Szkordonia bogatszą o dzisiejszą notatkę i wyszedł przed komendę. Nie wiedział, czego chciał od niego Klewka, ale wiedział, że nie wypada dopytywać, nie wypada też – pierwszego dnia służby – wyrażać sprzeciwu. Kapitan był już na parkingu, w swoim kiepskim garniturze i z popularnym, wklejonym śliną w kącik ust. Gdyby poprosić dziecko, żeby narysowało ubeka, to na kartce pojawiłaby się właśnie taka postać.

Klewka skinął głową i poszli. Antek zobaczył swoje odbicie w szybie służbowego poloneza, razem z popiersiem kapitana i ucieszył się, bo po raz kolejny przekonał się, że w zielonej, wojskowej parce, w dżinsach, z przydługimi włosami i trzydniowym zarostem wygląda raczej jak student, jak działacz opozycji. Brakowało mu tylko opornika w klapie, zamierzał zresztą zacząć nosić, jak tylko wrośnie nieco bardziej w nowe otoczenie. Sprawiało mu to frajdę – lubił się tak ubierać, lubił te błyski sympatii w oczach mijanych dziewczyn, które na oficera resortu raczej by napluły, niż obdarzyły uśmiechem, frajdę sprawiało mu to, że był jednocześnie ubrany i przebrany, ubrany dla siebie i dziewczyn, a przebrany dla kolegów z pracy, którzy, jeszcze w rejonie, ciągle podejrzewali go, że nosi ciuchy z szatni operacyjnej.

Spacer był dość długi, aż na Warszawskiej Antek zobaczył świecący na niebiesko neon „Kryształowej” i kiedy stanęli przed drzwiami kawiarni, Szarzyński pojął, że czeka go chlanie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com