Prymuska - Ewa Bagłaj - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 247 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prymuska - Ewa Bagłaj

[font=tahoma, Arial, Helvetica, 'sans serif']Nowe przygody bohaterki Broszki i Dublerki – dziewczyny obdarzonej talentem do wplątywania się w zagadkowe historie, którą polubiły nie tylko nastoletnie czytelniczki. Broszka spełnia swoje wielkie marzenie i zostaje wolontariuszką na obozie dla niepełnosprawnych. Razem z nią do malowniczej stadniny na Podlasiu trafia tytułowa Prymuska – zdolna, śliczna i bogata jedynaczka. Ona ma wszystko… także pewną tajemnicę. Zresztą nie tylko ona, sensacyjnych odkryć będzie tu więcej. Także chłopak Broszki ma jej do powiedzenia coś, co wystawi ich relację na ciężką próbę. Powieść dla tych, którzy (nie) boją się zaufać.[/font]

Opinie o ebooku Prymuska - Ewa Bagłaj

Fragment ebooka Prymuska - Ewa Bagłaj











Ewa Bagłaj

Prymuska


Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Konior

Redaktor prowadzący: Sławomira Gibka

Redaktor techniczny: Andrzej Sobkowski

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

fotografia na okładce: © George Mayer – Fotolia.com

grafika z tyłu okładki: © anilin – Fotolia.com

© for the text by Ewa Bagłaj

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-7758-364-7

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Książka jest jak list w butelce. Wysyłam w świat wiadomość, ale kto i gdzie ją wyłowi, tego nie wiem. Dziękuję Tobie, Drogi Czytelniku, że wyciągnąłeś po nią rękę i w ten sposób mogliśmy się dziś spotkać.

Postaci i wydarzenia są tutaj fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistymi to kwestia przypadku. Dziękuję przy tym Wam, przyjaciele z Fundacji Viva! – Akcja dla Zwierząt, za inspirującą postawę otwartego serca.

Ewa Bagłaj

Dla J.

Cokolwiek się stanie, nigdy nie puszczaj mojej ręki…

Michael Jackson, Whatever Happened


Rozdział pierwszy

– Auć! Czekaj no, bo jak ja ciebie tak uszczypnę, to zobaczysz!…

Wyprostowałam się, puszczając przednią nogę konia, zanim udało mi się porządnie oskrobać spód kopyta z resztek ściółki i błota. Złapałam się za bolący pośladek i roztarłam na kieszeni dżinsów plamę ze śliny. Zielonej, bo zmieszanej z sokiem świeżo przeżutej trawy. Suuuper. Ostatnia para czystych spodni, jaką zabrałam na wyjazd do stadniny w Kostomłotach.

– Rubin, spokój, ale już!

Zgrabny gniadosz jeszcze raz kłapnął zębami. Tym razem tuż obok mojego policzka, bo odwrócił się tak, że miał mnie na wprost swojej głowy. Środek jego chmurnego czoła zdobiła biała plamka, niczym muśnięcie dziecinnym pędzelkiem. Łagodziła trochę surowość jego wyglądu, bo patrzył spode łba, gotów jeszcze dołożyć mi kopytem. Miał wpleciony kawałek czerwonej tasiemki w grzywę za uchem i taki sam w ogonie – na znak ostrzeżenia, że gryzie i kopie.

Nie uchyliłam się, ale i nie oddałam ciosu. Przywołałam go tylko do porządku lekkim szarpnięciem za linkę przypiętą do kantara na jego głowie. Drugi jej koniec trzymałam w ręku, bo Rubin nie znosił przywiązywania do barierki. Rozzłoszczony, jeszcze tulił uszy i odsłaniał zęby. Straszył, ale bardziej dla zasady, niż z rzeczywistym zamiarem ugryzienia. I kolejny raz zdziwił się, że go za to nie uderzyłam.

– No już, odpuść sobie – poklepałam go mocno po szyi, żeby odwrócić uwagę od tej nieszczęsnej nogi. Sierść Rubina o głębokiej barwie dojrzałych wiśni, której zapewne zawdzięczał swoje imię, była już w tym miejscu, pod dredami czarnej grzywy, mokra od potu ze zdenerwowania.

Uff, jeszcze ten męczący suchy wiatr. Dmie jak nawiedzony, jakby się zagapił, że dziś zaczął się już maj. Od kilku dni tak wieje, płosząc konie. A my wszyscy jesteśmy przez to podminowani i co chwilę warczymy na siebie nawzajem. Przydałby się oczyszczający atmosferę deszcz. Albo lepiej solidna wiosenna ulewa. Taka z bąbelkami na kałużach i tęczą rozpiętą nad doliną Bugu – ponad łąkami, na które pierwszy raz tej wiosny wyszły na popas klacze arabskie Wujka i ich źrebaki.

Uwijał się wśród nich Filip, mój były. I, niestety, siostrzeniec Wujka – jedyny prawdziwy spośród tych, którzy tak nazywali właściciela stadniny, pana Sacharuka – którego jakieś złe wiatry przygnały akurat teraz z Niemiec. Normalnie siedzi tam w super klinice dla koni sportowych i „pichci” swój upragniony doktorat z weterynarii.

– Jeszcze i ty musisz utrudniać?– westchnęłam zrezygnowana. Nie tyle pod adresem wierzchowca, bo nie jego wina, że przyszedł do fundacji pani Olgi z miejsca, do którego nigdy nie powinien był trafić. A jego zachowanie to tylko odpowiedź na to, co dostawał wcześniej od ludzi.

Miałam na myśli ogólną sytuację. Bo długi weekend, na który tak czekałam, miał się ku końcowi. I choć dla mnie zaczął się dobrych parę dni wcześniej, wraz z rozpoczęciem obozu konnego dla niepełnosprawnych dzieci, przy którym pomagałam – to jak dotąd nie udało mi się wypocząć po męczącym pierwszym roku studiów pedagogicznych.

A przecież ten wymarzony wolontariat przy hipoterapii i ukochane konie miały doładować mi baterie przed letnią sesją egzaminacyjną, która czekała mnie po powrocie do Warszawy. Nawet wzięłam ze sobą podręcznik, ale kurzyć się mógł równie dobrze na stancji. Czas i chęci do nauki odbierała seria niepowodzeń, stresów, niepotrzebne spięcia z innymi i praca ponad siły. Zwłaszcza odkąd zabrakło Wujka, który złapał paskudną grypę i kurował się w domu, oddawszy nam pod opiekę całą stadninę. Zdążył jeszcze przystosować dom dla letników na przyjęcie niepełnosprawnych obozowiczów i zorganizować stajnię dla dodatkowych koni z fundacji. Tę, przed którą walczyłam teraz z Rubinem – w jej otwartych drzwiach wisiał w poprzek drąg, na nim czekało siodło. Przerobioną naprędce ze starej stodoły przeniesionej od sąsiadów. Prowizoryczną jak cały ten obóz.

Inaczej wyobrażałam sobie wolontariat. I nie tak wymarzyłam nasz pierwszy wspólny wyjazd z Kubą. Mój chłopak, jak co dzień po południu, pomagał pani Oldze prowadzić rehabilitacyjne zabiegi dla jej podopiecznych. Wędrował obok wierzchowca, asekurując małego pacjenta, który z pomocą terapeutki wykonywał różne ćwiczenia na końskim grzbiecie. Niedużego wierzchowca prowadziła z przodu trzecia osoba. Zastęp tworzyło kilka takich grup. Jedna za drugą, spacerowym krokiem, szły dookoła placu po drugiej stronie drogi dojazdowej do stadniny.

Nie widziałam ich, widok przesłaniał drewniany pensjonat dla turystów. Dolatywały mnie tylko głosy. Czasem rozlegał się wśród nich śmiech Kuby, najradośniejszy na świecie, jakby stworzony z cząstek idealnie dopasowanych do poszarpanego wnętrza mojego serca. Mijaliśmy się tak przez cały dzień, wirując na odrębnych orbitach własnych obowiązków. Łączyły nas dopiero wieczory.

Więcej satysfakcji spodziewałam się też po pracy z fundacyjnymi końmi, na których nie prowadziło się zajęć, bo same wymagały terapii. Takich jak Rubin. Nie byłoby go już na świecie, gdyby nie ośrodek, który założyła pani Olga pod Warszawą, gdzie trafiały takie końskie biedy. Tam też prowadziła stajnię z hipoterapią. Robiła to wszystko, dopóki urzędnicy nie sprzedali terenu – który dzierżawiła i wkrótce chciała wykupić – jakiejś firmie pod budowę osiedla mieszkaniowego. Z dnia na dzień musiała się stamtąd wynieść. A gdyby Wujek nie przygarnął jej fundacji do własnej stadniny na Podlasiu, nie miałaby gdzie zorganizować kolonii, które dawno obiecała „swoim” dzieciakom. Część zwierząt upchnęła u zaprzyjaźnionych koniarzy, a tutaj przyjechała tylko z wierzchowcami wyszkolonymi do hipoterapii. A także z tymi, które tak wiele w życiu przeszły, że nie miała serca oddawać ich gdzieś, nawet na krótko.

Ten nieznośny Rubin i tak po paru miesiącach pobytu w fundacji mocno się ucywilizował. Na początku w ogóle nie dawał się dotknąć i atakował każdego, kto ośmielił się wyciągnąć do niego rękę. Mowy nie było o szczotkowaniu. A siano wrzucało mu się do boksu z góry, nie otwierając drzwiczek, bo miał brzydki zwyczaj odżywiać się stajennymi.

Mimo tej poprawy, nadal nie dowierzał ludziom, że teraz już zawsze będą go normalnie traktować. Spięty, w każdej chwili spodziewał się po nas najgorszego. Sam zresztą prowokował karę, raz po raz wystawiając cierpliwość opiekunów na próbę.

Teraz też, poklepany po szyi dłonią w miękkiej rękawiczce, łypnął okiem na znak, że nic a nic mi nie wierzy, iż nie potraktuję go zaraz batem albo widłami za to wiercenie się przy czyszczeniu. Bo jego dawny właściciel tak radził sobie z żywym temperamentem konia. Nie umiał też dobrze jeździć, a za każdym razem, kiedy ten utalentowany skoczek zawahał się przed przeszkodą, obwiniał wierzchowca o złośliwe nieposłuszeństwo i walił go batem, poprawiając ostrogami. Rubin przestał więc w ogóle skakać, uciekał na boki, a w końcu nauczył się stawać przed przeszkodą i desperackim bryknięciem wyrzucać jeźdźca z siodła. Po paru złamaniach rąk i nóg brutal postanowił pozbyć się zwierzęcia, na które jednak z powodu nieobliczalnego zachowania nie znalazł kupca. Koń, uratowany w ostatniej chwili przed rzeźnią, nie miał już żadnych dokumentów ani nikogo, kto nazywałby go z imienia. Z trudem udało się odtworzyć historię jego życia i nieco wyprostować jego podejście do ludzi. Ale jeszcze długa droga do tego, żeby Rubin stał się na powrót wesołym, chętnym do współpracy skoczkiem. O ile to się w ogóle uda.

Swoją drogą, skąd pani Olga ma do niego tyle cierpliwości? Ja zajmuję się Rubinem od kilku dni, a już nie wyrabiam. Kiedy znów schyliłam się po kopyto, nie pozwolił mi podnieść nogi. Nie i nie.

Bo jakbym w razie czego uciekał na trzech? – zdawał się mówić. – Nie czuję się przy tobie bezpiecznie. Muszę być czujny, w porę zauważyć, kiedy się na mnie rzucisz, i zdążyć uciec. A jeśli mi na to nie pozwolisz, no cóż, będę musiał ci przyłożyć. Albo lepiej od razu cię postraszę? Bo za długo trwa ta niepewność: dowalisz mi czy nie. Już nie daję rady, ile można się bać?!

Znów zamierzył się na mnie zębami, zdążyłam jednak udaremnić atak.

– Oj, Rubciu, chyba się dziś nie dogadamy.

Rozejrzałam się za pomocnikiem, który by go przytrzymał, żebym mogła skupić się tylko na kopytach. A może go jednak przywiązać? Nie, od razu wpadnie w panikę. Zacznie się cofać, szarpać, dopóki nie zerwie linki, może nawet z tym, do czego ją przymocuję. Albo dopóki nie porwie kantara. Pomijając konieczność naprawy jednego czy drugiego, za każdym razem jego zachowanie pogarsza się wtedy na dłużej. Lepiej mu na takie udane akcje nie pozwalać.

Spojrzałam z nadzieją w kierunku pastwisk za starorzeczem Bugu, podmokłych o tej porze roku i obsypanych kaczeńcami jak złotem. Ciągną się aż po błękitnozieloną linię drzew na horyzoncie. Obrośnięta gęstwiną sosen, brzóz i buków, płynie tam rzeka wyznaczająca granicę naszego państwa z Białorusią. Pieniąc się obłokami tarniny po brzegach nietkniętych betonem, łagodnym zakolem otula stadninę jak ciepłą dłonią, tworząc jedyny w swoim rodzaju mikroklimat, tak przyjazny ludziom, roślinom i zwierzętom. W wysokiej i soczystej trawie łąki konie napychają się zieleniną z zachłannością bulimików.

– Filiiip!!! Możesz na chwilę?! – zaryzykowałam, ale nie usłyszał albo nie chciał przyjść. Osłuchiwał płuca jednego ze źrebaków. Coś niedobrego się z nim działo.

Nie to nie. W końcu przygotowanie Rubina przed jazdą, na którą punktualnie zjawi się najhojniejszy klient stajni w Kostomłotach, lokalny przedsiębiorca, należało do mnie. A ja się grzebię niczym nowicjusz. Kurrr…tyna! Wszystko idzie nie tak. Za mało ludzi, żeby to ogarnąć. No i kiedy wreszcie przyjedzie z Warszawy ten „zaklinacz koni”, którego obiecywała pani Olga? Przynajmniej zająłby się tym cwaniakiem i w końcu może mielibyśmy z Kubą trochę czasu dla siebie.

No, nie wierzę własnym oczom…

– Tutaj! – zawołałam, a przerażony Rubin dał susa w bok, i ponagliłam nieznajomego niecierpliwym gestem. Od bramy wjazdowej, na skos przez rozsłoneczniony mleczami trawnik, szedł, kopiąc ich żółte łebki i rozglądając się po podwórzu, właśnie on!

Ależ to młody chłopak. Wyglądał mi najwyżej na szesnastolatka. Nie na szesnaście lat doświadczenia w pracy z trudnymi końmi, jak się spodziewałam. Musiałam coś pokręcić. Swoją drogą, kiedy on zdążył nauczyć się tak dobrze radzić sobie z końmi, które nikogo nie chciały słuchać?

Spojrzał na mnie z wahaniem, więc się uśmiechnęłam. Nie ma co osądzać po pozorach. Skoro najsłynniejszy zaklinacz koni, Monty Roberts, startował w zawodach jeździeckich, mając cztery latka…

– Super, że przyjechałeś! – dodałam, zdecydowana nie urazić go najmniejszym przejawem zdziwienia czy braku zaufania. Pewnie już się z tym spotykał w stajniach, bo zatrzymał się w sporej odległości, jakby niepewny, jak go tu przyjmiemy. Lewy kącik jego ust znajdował się odrobinę wyżej niż prawy, co dodawało mu zawadiackiego uroku.

– Broszka jestem – uśmiechnęłam się i, ściągnąwszy zabrudzoną rękawiczkę, wyciągnęłam do niego rękę. Ale nie podał mi swojej.

– W zasadzie to Bronka, ale wszyscy mnie nazywają właśnie tak – paplałam dalej.

I po co ja się przed nim tłumaczę? Brakuje jeszcze, żebym zaczęła się wywnętrzać, że mam kompleks na punkcie swojego imienia i stąd ta zmiana. To chyba dlatego, że wydał mi się taki sympatyczny. Niby nonszalanckie firmowe ciuchy, niegrzeczna fryzura, zblazowany wyraz zabójczo wykrojonych ust… ale to ujmujące spojrzenie jasnych oczu spod wpadającej w nie nastroszonej grzywy! Nadrabia miną, choć w głębi duszy jest wrażliwy i chyba trochę nieśmiały, zgaduję.

– A ty? – próbuję się zaprzyjaźnić.

– …

– No, jak masz na imię?

Potrząsam tą głupio wyciągniętą ręką, z którą nagle nie wiem, co zrobić. Bo orientuję się w końcu, że chłopak widzi ją od początku i specjalnie ignoruje. Chyba zaczynają bawić go moje poczciwe usiłowania. Jego twarz przybiera kpiący wyraz upartej przekory.

– Patrycjusz – informuje z zaczepnym spojrzeniem spod tej przerośniętej grzywy, wydymając przy tym swoje niezwykłe usta. Tak jakbym powinna to wiedzieć. „Wszyscy wiedzą” – zdają się dopowiadać z jakąś niezrozumiałą wyższością jego oczy, które już nie wydają mi się przyjazne. A na pewno nie ma w nich żadnej poufałości. Wreszcie, z ironią zerkając na zlekceważoną, ale wciąż wyciągniętą ku niemu dłoń, trąca ją od niechcenia opuszkami palców i zaraz cofa rękę. Wygląda przy tym, jakby z trudem powstrzymał się od wytarcia jej przed wciśnięciem na powrót do kieszeni. Taa, jednak zarozumiały.

– To co mam robić na tym zadupiu? – atakuje mnie jawną już pogardą. O, znamy tu takich! Modelowy okaz rozpieszczonego synalka ustawionych rodziców. Tego rodzaju, co to jeśli już łaskawie pozwoli zawieźć się do stadniny, zachowuje się potem jak właściciel wszystkiego i wszystkich. Ale do tej pory żaden z tego rodzaju kolesi nie był jednocześnie końskim terapeutą.

Tymczasem Rubin, korzystając z mojej nieuwagi, złapał mnie z tyłu za rękaw. Na szczęście nie udało mu się ugryźć z nadzieniem, tylko samą bluzę, więc nie zabolało.

– Proszę, może ciebie posłucha! – proponuję, urażona protekcjonalnym sposobem bycia młodocianego „zaklinacza”. Może i ma wyjątkowy talent, ale nie musi od razu zgrywać dzieciaka z Manhattanu! Wciskam mu do ręki uwiąz. Odruchowo chcę ostrzec, żeby nie stawał za blisko głowy Rubina, bo koń tego nie znosi, ale rezygnuję. W końcu to ten cały Patrycjusz ma nas uczyć, jak zajmować się trudnymi przypadkami.

Schyliłam się znów po kopyto. Zainteresowany nową osobą i tym, co dzieje się z przodu, Rubin pozwolił mi je podnieść i szybko oskrobać.

Zabierałam się za drugie, kiedy kątem oka dostrzegłam jakiś ruch. Skończyły się zajęcia z hipoterapii i zza rogu stajni wybiegła jedna z podopiecznych pani Olgi. Czternastoletnia Klaudyna z zespołem Downa, zwana Przylepką – ze swoim nieodłącznym wiatraczkiem. I już wiedziałam, że będzie źle.


Rozdział drugi

Zrozumiałam to o sekundę za późno. Rubin, do którego Patryk przysunął się zdecydowanie za blisko, uspokoił się na chwilę – zbyt zaskoczony, żeby od razu zaprotestować. Od dawna człowiek nie zbliżył się do niego z taką beztroską.

Ale zanim zaczął po swojemu testować siłę tej nowej, podejrzanie pewnej siebie istoty, wydarzyło się to niespodziewane. Nagły ruch i szelest zabawki spłoszyły go. Zaskoczony, drgnął i podrzucił głową. Od ucieczki mógł powstrzymać go czytelny sygnał od człowieka, że nie ma się czego bać. Ale takiego zapewnienia nie dostał. Bo w tym ułamku sekundy ja puściłam jego nogę, a Patryk odruchowo zasłonił twarz łokciem. Równie przestraszony jak Rubin, bojąc się, że wierzchowiec chce go ugryźć, uderzył go po pysku wolnym końcem linki.

Koń skoczył wstecz i poczuł opór uwiązu, który chłopak wciąż kurczowo ściskał w drugiej ręce. Zaczął się gwałtownie cofać, aż wpadł w róg między ścianą stajni a ogrodzeniem. Nie mogąc się wyszarpnąć ani znieść napięcia, ruszył na nas i wspiął się do ataku. Odskoczyłam w ostatniej chwili. Patryk za to znalazł się pod wzniesionymi kopytami przerażonego konia, ale uwiąz utrzymał.

– Puść go! – krzyknęłam. Pojmowałam aż do bólu swój błąd. Chłopak uskoczył w bok, ale dostał jeszcze kopytem.

Upadł na ziemię. Uwolniony Rubin rozbrykał się, szalejąc po całym podwórzu. Wierzgał ze złością, jakby chciał coś z siebie strząsnąć.

– Przylepka, na bryczkę! – zawołałam. Ale w moim głosie było za dużo paniki. Z natury powolna, wrażliwa dziewczynka rozpłakała się i nie ruszyła z miejsca. Pobiegłam do niej.

Patryk był już bezpieczny. Błyskawicznie zorientował się, że obok jest budynek z otwartymi drzwiami i tam się ukrył, w korytarzu stajni. Zatrzasnął za sobą drzwi i zaryglował od środka, jakby nie wystarczył założony w poprzek drąg.

Ale Rubin ani myślał szturmować wejście do stajni. Za krótko tu mieszkał, by uważać ją za swój dom. On chciał wydostać się za ogrodzenie. Podbiegł do parkanu od frontu posesji, wzdłuż którego rósł rząd pachnących żywicą sosen, i zarżał tęsknie.

Za zieloną ścianą igieł, po drugiej stronie drogi, była ujeżdżalnia. Tam jeszcze przed chwilą chodziły w kółko pod dziećmi konie, z którymi Rubin tu przyjechał i które zdążył uznać za swoje stado. Dwa łaciate hucuły z nadwagą, Berta i Lutek, zwane Landrynkami z powodu nadmiernego zamiłowania do łakoci, skąd może brał się ich słodki charakter. Oraz kucyk w kolorze waniliowego serka. A właściwie kucka – Beza, ulubienica najmłodszych i utrapienie kadry, bo kiedy zechciała, potrafiła wydostać się z każdego zamknięcia. Uwolnione od ciężaru jeźdźców i siodeł, wierzchowce tarzały się z upodobaniem w piachu.

Usadziwszy Przylepkę na bryczce, ruszyłam po Rubina, żeby zgarnąć go z podwórza, zanim reszta dzieci wróci z zajęć. Ale wystraszony, nie dawał się złapać. Biegał wzdłuż ogrodzenia i napierał na nie piersią to tu, to tam, szukając słabszego miejsca. Przymierzał się, żeby wyskoczyć, ale było za wysokie. W końcu zrezygnował. Skulił się w najdalszym kącie i tylko obserwował, co zrobię. Cały drżał.

Zwabiony zamieszaniem, przygnał z pastwiska Filip. Wszystko widział.

– Zwariowałaś?!! Co ty wyprawiasz?!

– Bądź łaskaw się na mnie nie wydzierać – odparowałam przez zaciśnięte zęby, siląc się na spokój. – Wiem już, że to nie żaden zaklinacz koni, ale kim do diaska jest ten chłopak i skąd się tutaj wziął???

– Ją zapytaj – burknął mój dawny ukochany, wskazując wzrokiem panią Olgę. Pojawiła się za bramą w towarzystwie zażywnego mężczyzny w średnim wieku, z wydatną łysiną, którą równoważyła gęsta, krótko przystrzyżona broda, oraz jasnobeżowym cienkim płaszczem przewieszonym przez ramię, który nijak tu nie pasował. Ale…

– Czy ja go skądś znam?

Dopiero teraz zauważyłam eleganckie granatowe volvo ze stołeczną rejestracją, zaparkowane koło placu do jazdy.

– Nie poznajesz? To ten polityk, Sergiusz Nowaczyński. Od tej głośnej afery, co wiesz… – ściszył głos i przypomniał mi, czym swego czasu bombardowały nas media. Chodziło o jakieś nieuczciwe załatwianie znajomym przedsiębiorcom pozwoleń na prowadzenie działalności niezgodnej z przepisami. Nowaczyński był jednym z podejrzanych.

– Powinien siedzieć za te wszystkie przekręty! – perorował. – Ale nigdy mu jakoś niczego nie udowodnią. Za cwany jest. Po tej wpadce, póki nie zrobiło się ciszej wokół jego osoby, sprytnie odsunął się od polityki, przestał udzielać się w programach publicystycznych i sam zajął się robieniem dużych pieniędzy. Biznesmen się znalazł! A teraz nową partię założył i myśli, że wypłynie z czystą kartą przed jesiennymi wyborami. Te same cuda na kiju będzie wyborcom obiecywał, łajdak jeden! A ludzie pamiętają. Zresztą, jak to mówią, nikt nie potrafi zrobić z niego większego zera niż on sam. – Roześmiał się na koniec.

A mnie twarz stężała na widok miny Patryka. Bo chłopak właśnie otwierał drzwi od stajni, chcąc wyjść ze swojej kryjówki, i zatrzymał się po tych słowach jak ogłuszony.

– Sam jesteś wielkim, p… zerem, wieśniaku! – wrzasnął ze złością, splunął w kierunku Filipa i uciekł do środka, z hukiem zamykając za sobą drzwi, zanim ten, czerwony z oburzenia, zrobił krok w jego stronę.

– Otwieraj, gówniarzu! – ryknął dotknięty do żywego młody weterynarz, dopadając drzwi. Łomotał w nie i szarpał za klamkę. Nie zwracając uwagi na obecność za bramą wspomnianego gościa, który był zresztą pochłonięty ożywioną dyskusją z panią Olgą, zwrócił się do mnie wciąż podniesionym ze wzburzenia głosem:

– A to jest właśnie jego synalek narkoman, którego policja zgarnęła, kiedy po lekcjach zabawiał się rzucaniem petard pod dorożkę na Starówce. Ta siwa kobyła z wypalonym oczodołem, która u nas stoi, to jego sprawka. Ale jak się ma ustawionego tatusia, to zamiast poprawczaka należą się wczasy. I takie nic wpuszczać do naszych koni?! Jeszcze nam stodołę podpali albo araby czymś potruje! – Zaperzał się coraz bardziej, bo Patryk ani myślał otwierać.

Wtem ze środka dał się słyszeć rumor. Przewróciła się ścianka działowa czy co? W sumie miała prawo, bo to wszystko prowizorka, na parę dni. Za chwilę usłyszeliśmy zawodzące, rozpaczliwe rżenie. Wewnątrz była zamknięta tylko ta siwa klacz dorożkarska z opatrunkiem na prawym oku, które nie bardzo chciało się goić.

– Co tam się dzieje???

Filip nie czekał dłużej. Przeskoczył barierkę oddzielającą podwórze, gdzie staliśmy, od wybiegu fundacyjnych koni, z którego korzystały między zajęciami. Poszłam w jego ślady. Zabiegliśmy budynek od tyłu, gdzie, jak to w stodole, były drzwi na przestrzał.

Otwarte na oścież wrota kołysały się na wietrze, cicho skrzypiąc. Patryka ani śladu. W boksie klaczy ktoś się szamotał. Zajrzeliśmy tam równocześnie i Filipa aż poderwało. Na słomie leżała, grzebiąc bezsilnie nogami i wyrażając całą sobą straszliwe cierpienie, Siwa. A przecież jeszcze przed godziną była, nie licząc tej rany na głowie, okazem końskiego zdrowia.

– A nie mówiłem? – Pokręcił głową z niedowierzaniem, klękając i mierząc klaczy puls.

– Ale co?

– Otruł ją chyba. Tylko jak?


Rozdział trzeci

– Muszę to wiedzieć, jeśli mamy ją uratować.

Filip zwolnił zatrzask i podniósł wieko nowoczesnego kufra na środki opatrunkowe i lekarstwa, którego teraz używał zamiast swojej skórzanej, studenckiej jeszcze torby. „Unijnego”, jak nazwali go okoliczni gospodarze, jako że mieliśmy wkrótce wejść do Unii Europejskiej, a Filip właśnie wrócił z jednego z jej krajów. Skoczyłam po kufer, zanim zdążył o to poprosić. Bo on był już przy Siwej. Pilnował, aby tarzając, nie obróciła się na grzbiet, co przy ostrej kolce mogło skończyć się skrętem jelit i śmiercią zwierzęcia. Wyglądało na to, że bardzo boli ją brzuch, chociaż nie był mocno wzdęty.

Filip sprawnie wbił igłę w żyłę klaczy, zamocował strzykawkę i pobrał krew do badania. Zawsze od tego zaczynał, kiedy coś się działo, ale tym razem temu działaniu towarzyszyła jakaś ponura zawziętość. Nie wyciągając igły, dokręcił do niej nową strzykawkę z lekiem przeciwbólowym i rozkurczowym, i wcisnął zawartość.

Nie przestawał przy tym pomstować na Patryka. Bo objawy nie wydawały mu się typowe dla rozszerzonego żołądka czy zatkanego jelita, z którymi najczęściej się spotykał, gdy wzywano go do kolki. I choć nie wykluczał, że to może być równie dobrze coś związanego z układem moczowym, upierał się przy otruciu i winie młodego Nowaczyńskiego. Jeśli miał rację, to wiedząc, co Patryk podał Siwej, mógłby trafniej dobrać właściwą odtrutkę.

– Ale sam mi tłumaczyłeś, że konie mają niesamowicie wrażliwe żołądki. Mogła zjeść cokolwiek, co jej zaszkodziło… Ja wiem? Mokry chleb albo koniczynę z rosą. – Zdumiałam się, słysząc samą siebie, jak usiłuję znaleźć przyczynę, która zdjęłaby podejrzenie z tego chłopaka. Chociaż o jego stosunku do zwierząt najdobitniej świadczyła poszarpana rana w miejscu oka Siwej. Zakrywał ją opatrunek, który prowokował inne konie do podskubywania, dlatego właśnie zostawialiśmy klacz w stajni albo wypuszczaliśmy ją na osobną kwaterę.

– Albo za dużo świeżej trawy na raz? – Szukałam dalej, bo wkurzyły mnie uprzedzenia Filipa i to, że z góry skreślał kogoś, komu tym razem jeszcze niczego nie udowodniliśmy. Dokuczały mi też wyrzuty sumienia, że wzięłam za bardzo do siebie tę zaczepno-obronną pozę Patryka. Nie doszłoby do niebezpiecznej sytuacji z Rubinem, gdybym nie poczuła się dotknięta i nie uniosła źle pojętym honorem.

– Tak, Filip, to musi być to! Wczoraj wyszła pierwszy raz na łąkę i pasła się pod lasem dobrych kilka godzin, i dzisiaj rano też…

– Trzeba jej zafundować sondę i płukanie żołądka, tak czy inaczej – przerwał mi. – Konie przecież nie mogą wymiotować. I to zrobię, nawet za darmo. Ale jeżeli to nie wystarczy i konieczna okaże się operacja? Pomyśl, za szpital przyjdzie więcej zapłacić, niż kosztuje to zwierzę. I kto zapłaci? Fundacja? Uważasz, że mają teraz na to? Albo może właściciel Siwej, ten starszy człowiek, który dorabiał sobie do emerytury, wożąc turystów po Starym Mieście? Nie zdążyłem ci powiedzieć, ale w tym wypadku, który spowodował Patryk, ciskając petardę pod konia, dorożkarz przeżył ciężki wstrząs, omal nie umarł na serce. Od miesiąca leży w szpitalu.

– A ty skąd to wiesz?

– Olga mi wspomniała dziś rano, kiedy ten aferzysta Nowaczyński do niej zadzwonił, że tutaj jedzie. Nie zgodziłbym się na to, gdybym wcześniej wiedział! Ale jakoś nie dotarł do obiadu i zapomniałem o całej sprawie. Przytrzymaj jej głowę. Nie tak. No już, ciii…

Filip rozwijał sondę. Cienką plastikową rurkę, którą włoży do pyska z lewej strony, żeby poszła do żołądka, a nie do płuca. Siwa dyszała ciężko, rozdymając nozdrza, pociła się obficie, a w jej jedynym oku widać było paniczny strach i ból. Patrzyła na nas, jakby nie rozumiała, dlaczego nie może się podnieść.

– Nie bardzo zresztą wierzyłem w ten przyjazd – kontynuował, badając, czy w żołądku klaczy coś fermentuje – bo jaki polityk ma czas na takie pierdoły. Więc mi wytłumaczyła, że obaj z synem mieli być tutaj od pierwszego dnia obozu i pomagać charytatywnie w fundacji. Taki był warunek sądu czy też kuratora, który dostał Patryk po ostatnim wyczynie. A podobno ma na swoim koncie o wiele więcej niż ten wypadek z Siwą. Powtarza rok i jest w klasie Olgi, razem z tą jej utalentowaną córką. Wcześniej wyleciał z innej szkoły i w żadnej nie chcieli przyjąć kłopotliwego syna tego Nowaczyńskiego. Dopiero Olga uprosiła dyrekcję gimnazjum, w którym uczy, i podjęła się zostać jego wychowawczynią. A po akcji z dorożką wybroniła go przed poprawczakiem. Dostał warunek: ileś tam godzin pracy społecznej pod jej nadzorem. To niby ta agroturystyka u nas. I stary się załapał. To miała być ostatnia szansa Patryka na uniknięcie odsiadki, a dla jego ojca związanego z tym skandalem przed wyborami. A widzisz, jak się obaj przejęli?

– Zostały trzy dni do końca kolonii…

– To się panowie wielce napracują! Najlepiej, żeby w ogóle się tu nie pojawiał ani jeden, ani drugi! Potrzeba nam jeszcze, żeby ludzie zaczęli kojarzyć stadninę z tym kryminalistą. Nienawidzą go tutaj, jak i całą tę jego partię. Oldze też się dziwię, że miesza go ze swoją działalnością. Dobrej reklamy sobie przez to nie zrobi… Ale że Wujek dał się tobie namówić na tę fundację! Mało to innych stajni, bliżej Warszawy, i co? Nikt jakoś nie chciał brać na siebie takiego balastu. Tylko Wujek. I żeby chociaż zadzwonił, wybiłbym mu to z głowy! Przygarnia tu wszystkich, jak leci, zamiast dbać o hodowlę. Jaka przyszłość czeka te jego źrebaki? To dobre konie. Ale w araby trzeba inwestować, pokazywać na czempionatach, reklamować, chuchać i dmuchać, a on co? – Uniósł głos, bo Siwej wcale nie poprawiało się po biovetalginie. A cierpienie zwierząt, zwłaszcza zawinione przez człowieka, zawsze wytrącało Filipa z równowagi. Sam dawał się naciągać ich właścicielom, gdy twierdzili, że nie mają dość pieniędzy, aby mu zapłacić, i leczył za półdarmo. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

– I nie wiadomo, czy te konie czymś naszych nie pozarażają! Jest tyle chorób wirusowych i innych pasożytów, które mogą przenieść. – Wrócił do ulubionej śpiewki.

W samą porę na wyświetlaczu komórki pojawił mi się numer Kuby.

– O, nagrzała się już woda do tego płukania żołądka – ucięłam temat. – To ile mamy ci jej przynieść, z dziesięć wiader wystarczy?

Podniosłam się do wyjścia, nie było sensu kłócić się od początku o to samo. Moją winą było to, że dublując znaną aktorkę w scenach jeździeckich do serialu o konnej policji, poznałam szefową fundacji, która zajmowała się terapią z udziałem koni. Pani Olga była tak miła, że dała mi mnóstwo materiałów do pracy zaliczeniowej na studia. To na potrzeby jej ośrodka miał zostać przekazany dochód z pokazów konnych pod hasłem „Artyści dzieciom niepełnosprawnym”, które promowały nowy sezon Niestrudzonych. Na wybudowanie nowoczesnego zaplecza do terapii, wzorowanego na tych, jakie widziała w Szwecji.

Do pani Olgi przyjeżdżali też uczniowie na zielone szkoły, co bardzo mnie interesowało ze względu na praktyki. Chciałam je w przyszłości odbyć właśnie tam i połączyć z wolontariatem przy hipoterapii. Wpadłam w euforię na myśl, że wreszcie znalazłam miejsce, gdzie moja wiedza pedagogiczna i miłość do koni idealnie się ze sobą łączą i będą służyły dobrej sprawie.

Ale zanim doszło do obiecanych praktyk, sytuacja terapeutycznej stajni skomplikowała się z powodu nieprzychylnej decyzji urzędników. Bo władze miasta wolały, wbrew protestom osób związanych z fundacją oraz mieszkańców osiedla, zaplombować jedyny w okolicy skrawek parkowej zieleni szpalerem topornych wieżowców. I to jak najszybciej.

Fundacja nie dała się jednak bezprawnie wyrzucić ze swojej siedziby z dnia na dzień, bo zgodnie z umową na znalezienie nowego lokum powinna dostać trzy miesiące. Część kadry dniem i nocą broniła dostępu do zabudowań buldożerom, którymi nowy właściciel chciał zrównać wszystko z ziemią. Toczyła się sprawa w sądzie. Ale w tych warunkach nie dało się zorganizować obozu dla podopiecznych.

Czy to nie cud, że wtedy już znałyśmy się z panią Olgą? I że dzięki Wujkowi nie zawiodła ona ani dzieci, które są tutaj takie szczęśliwe, ani ich rodziców? Niektórzy z nich samotnie opiekują się niepełnosprawnymi pociechami i tak wiele obiecywali sobie po tym pierwszym od lat naprawdę wolnym weekendzie. Mama Przylepki na przykład miała od dawna zaplanowaną operację.

– Może wystarczy – spasował Filip. – I zawołaj jeszcze kogoś do pomocy. Siwej chyba się poprawia, spróbujemy ją podnieść.


Rozdział czwarty

Wybiegając ze stajni, wpadłam na panią Olgę. Przyszła po Klaudynę, bo dziewczynka powinna już siedzieć z całą grupą przy kolacji. Z mysiego koloru włosów i szaroniebieskich oczu były zaskakująco do siebie podobne. Z tym, że Przylepka miała dziś na głowie mnóstwo pętelek skręconych ze swoich płowych, prostych kosmyków; przytrzymywały je gumki z plastikowymi motylami w różnych kolorach. A szefowa jak zwykle zamotała luźny koczek, spięty bez patrzenia w lustro i podtrzymywany ciągle tą samą metalową klamrą, z której farba starła się od używania. Nigdy nie widziałam pani Olgi z ułożonymi włosami albo w stroju innym niż jeździeckie spodnie i któryś z obszernych swetrów bez koloru. W domu zmieniała tylko buty z cholewami na drewniane chodaki.

Spojrzała na mnie surowo. Nieumalowane oczy podkreślały silny charakter i siateczkę zmarszczek powstałych od patrzenia pod słońce.

– Dlaczego ten koń biega samopas? – Wskazała wzrokiem na Rubina, jednocześnie pomagając Przylepce zejść z bryczki. Bo mała siedziała tam, odkąd ją o to poprosiłam. Mimo że wiśniowogniady sprawca zamieszania, już spokojny, z dala od niej zgryzał trawę na obrzeżach ścieżki, która prowadziła wzdłuż pensjonatu dla letników prosto do bramy wjazdowej. Ta na szczęście była zamknięta.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.