Profesor - Renata Warchoł - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 288 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Profesor - Renata Warchoł

Lubisz przygody, łamigłówki, rozwiązywanie zagadek, mroczne tajemnice, labirynty jaskiń, stare zamczyska i ich sekrety?

 

Chcesz spędzić czas w wesołym i zabawnym towarzystwie żądnych przygód, inteligentnych i błyskotliwych nastolatków?

 

Obróć tę książkę i zacznij od strony pierwszej!

 

Profesor i pierwsza tajemnica zakonu” to niesamowita przygoda i zagadka przeżywane w towarzystwie niezwykłego Profesora historii, który łączy w sobie cechy Pana Samochodzika, Indiana Jones i Tomb Rider. Profesora, który swoją rozległą wiedzą i podejściem do nauczania, historii oraz otaczającego świata inspiruje i zachęca do własnych poszukiwań. Profesor zna tajne techniki walki, wspina się i potrafi być prawdziwym strategiem, gdy trzeba stanąć do nierównej walki. Ma też do wypełnienia tajną misję, która może zaważyć na losach świata. Czy zechcesz mu w niej towarzyszyć?

Opinie o ebooku Profesor - Renata Warchoł

Fragment ebooka Profesor - Renata Warchoł







Strona redakcyjna


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przymusowy nocleg w mrocznej grocie i niezwykła opowieść Profesora

Siedzieliśmy pośrodku mrocznej groty, dotykając się ramionami, tak jakby żadne z nas nie chciało stracić kontaktu z drugim. Było to dla nas przedziwne uczucie. Do tej pory raczej staraliśmy się unikać bycia zbyt blisko siebie. Profesor siedział naprzeciwko nas, oparty o ścianę groty. W ciemnościach ledwie dostrzegliśmy zarys jego sylwetki, ale widzieliśmy blask jego oczu i czuliśmy jego spokój. Wyczuwaliśmy też, że słabnie i traci siły. Zaczął swoją opowieść powoli, z lekkim drżeniem w głosie i pewnym niedowierzaniem, że to my, dzieciaki z gimnazjum: ja, Julka, Igor i Maks, jesteśmy jego słuchaczami i powiernikami...

– Tysiące lat temu, w małej wiosce na wschodzie Chin pojawił się tajemniczy posłaniec. Opowieść głosi, że nie wyróżniał się niczym szczególnym poza jednym drobiazgiem. Miał na nadgarstku brązowe znamię wielkości wiśni, w kształcie kuli ziemskiej. Było prawie niezauważalne, ale jednak przykuwało uwagę. Ubrany był w jasnoniebieskie szaty przepasane brązowym pasem. Wyglądał na bardzo zatroskanego i zmęczonego drogą. Jeden z mieszkańców wioski zaprosił go do swojej chaty, nakarmił, napoił i dał mu miejsce do spania. O świcie wędrowiec zniknął, a u pięciu mężczyzn mieszkających w wiosce pojawiły się na nadgarstkach tajemnicze znamiona o kształtach, których wtedy nie rozumieli. Kilka miesięcy po tym zdarzeniu na wioskę napadli najeźdźcy z sąsiedniej krainy i zniszczyli ją doszczętnie. Z pożogi ocalało tylko tych pięciu mężczyzn i ich rodziny. Wyruszyli w góry, w poszukiwaniu spokoju i zapomnienia po tym, co przeżyli. Po kilku dniach wędrówki dotarli do miejsca nazywanego Górą Światła i postanowili tam przenocować. Znaleźli bezpieczną, wielką jaskinię i rozpalili ognisko. Zasiedli wokół, ogrzewając się i rozmawiając. Nagle od strony ścieżki ujrzeli znajomą postać. Był to ten sam posłaniec, który przybył do nich kilka miesięcy wcześniej. Zaprosili go do ogniska i poczęstowali posiłkiem. Opowiedzieli mu o najeździe, zniszczeniu wioski i o tym, że są jedynymi ocalonymi. Wędrowiec popatrzył na nich i powiedział im, że to nie przypadek. Zostali przez niego wybrani spośród tysięcy, aby służyć światu i chronić go przed zniszczeniem...

Słuchaliśmy Profesora z wypiekami na twarzy. Z każdym słowem jego opowieści nabieraliśmy przekonania, że dane jest nam uczestniczyć w czymś niezwykłym. Byliśmy przerażeni i zafascynowani jednocześnie. Chłopakom zniknęły z twarzy ironiczne uśmieszki, a w ich miejsce pojawiła się mieszanka niedowierzania, strachu i wielkiej radości. Julka patrzyła na Profesora jak zahipnotyzowana, z szeroko otwartymi oczami. Ja czułam, jak na mojej skórze pojawiają się dreszcze i zaczynam cała drżeć.

Profesor zawiesił głos i zamknął oczy. Czuliśmy, że mówienie przychodzi mu z coraz większym trudem. Po chwili kontynuował swoją opowieść...

– W ten sposób, gdzieś wysoko w górach, na krańcu świata, powstał tajny zakon Wysłanników z Góry Światła, którego mistrzem został wędrowiec, a jego uczniami mężczyźni z wioski. Członkowie zakonu szkolili się przez pięć lat pod jego czujnym okiem i uczyli się tajnej sztuki walki. Poznawali kodeks honorowy wysłannika światła i kodeks etyczny. Przed uznaniem za pełnoprawnych członków mistrz poddawał ich wielu drobnym próbom, wprowadzając stopniowo w tajniki zakonu. Celem takiego postępowania było osobiste przetestowanie ich poglądów, lojalności, godności i zaufania. Aby pozostać, musieli złożyć dwadzieścia pięć przysiąg, przestrzegać dziesięciu zasad kodeksu moralnego oraz podpisać rytualne zobowiązanie przystąpienia do sekretnego stowarzyszenia własną krwią. Z czasem poznali prawdziwą tajemnicę utworzenia zakonu i misję jego członków. A było nią utrzymanie świata w ustalonych granicach. Co pięćset lat bowiem, w konkretnym dniu i o określonej godzinie świat na moment rozdziela się na kawałki i powstają szczeliny w skorupie ziemskiej. Zadaniem członków jest niedopuszczenie do przesunięć tych części na inne miejsca. Zgromadzenia, zawsze w tym samym miejscu i czasie, za pomocą rytualnego tańca z elementami walki unoszą je jednocześnie i zlepiają na nowo wzdłuż tych samych granic. Dzieje się tak od setek tysięcy lat. Te kawałki to kontynenty, a każdy z wysłanników zakonu musi swoją siłą i mocą przez tę krótką chwilę utrzymać wybrany dla niego fragment świata w miejscu. Siłę i moc członkowie zakonu czerpią z codziennych rytuałów, które powtarzają od wieków, oraz szkolenia sztuki walki. Wiedzę i umiejętności przekazują z pokolenia na pokolenie. O tym, jaki kontynent chronią, decyduje los. Każdy z wysłanników wie jednak, za który kawałek świata odpowiada. A potwierdzeniem tej wiedzy jest kształt znamienia, które pojawia się na lewym nadgarstku każdego z nich, gdy mają trzynaście lat...

– Profesorze! – krzyknęłyśmy jednocześnie z Julką i zerwałyśmy się z miejsc. – Ale czy to znaczy...? Czy Pan jest...? Przecież Pan ma takie znamię na nadgarstku! To niemożliwe!

Igor i Maks popatrzyli na nas ze zdumieniem. Profesor spojrzał na nas i powiedział:

– A jednak. Jestem wysłannikiem zakonu i mam tu misję do wypełnienia... Jutro o tej porze muszę utrzymać Europę na swoim miejscu... Problem w tym, że nie mam na to wystarczająco dużo sił... I nie wiem, kto jest moim łącznikiem...

– Jakim łącznikiem, Profesorze? I w ogóle, jak to możliwe? Przecież mamy XXI wiek, komputery i nowoczesne sprzęty! Po co nam jacyś wysłannicy z gór? – prawie krzyczał Maks. – Może wystarczy powiadomić CBŚ i sprawa załatwiona?

– Maks, Maks... Znowu patrzysz, a nie widzisz. Świat ma swoją historię i swoje tajemnice. Żaden komputer ani tajne służby nie załatwią tej sprawy, jeśli nie znajdziemy łącznika.

– Jakiego znowu łącznika?! – Maks prawie krzyczał na Profesora. – Przecież opowiadał nam Pan o jakichś członkach zakonu. To jakaś inna sekta? Łączników z „Góry Czegośtam”?

Byłyśmy z Julką tak oszołomione, że nie mogłyśmy odzyskać głosu. Igor wyglądał na równie wstrząśniętego. Wreszcie, gdy odzyskał głos, wstał i powiedział cicho:

– Maks, przestań kłapać i daj Profesorowi dojść do głosu. Nie widzisz człowieku, że próbuje nam jeszcze coś powiedzieć?

Profesor popatrzył na niego z wdzięcznością i powiedział:

– Jeśli dasz mi dojść do głosu, to dowiecie się reszty.

Maks ucichł i zaszył się w kącie. Widać było, że chciał jeszcze coś dodać, ale powstrzymał się.

– Kochani, wiem, że ta historia jest dość oderwana od współczesnych realiów, ale przecież dobrze wiecie, że zdarzają się na tym świecie rzeczy, których nikt nie jest w stanie wyjaśnić i zrozumieć. To jest jedna z takich spraw...

Historia, którą opowiadał Profesor, była pasjonująca. I pomyśleć, że znamy osobiście człowieka, w którego rękach są losy świata. Niewiarygodne!

– Wracając jednak do wysłanników zakonu – kontynuował Profesor – za każdym razem, gdy muszą utrzymać świat, jeden z wysłanników traci łączność z pozostałymi wysłannikami i muszą oni mu przekazać moc przez ziemskiego łącznika. Nigdy nie wiadomo, który z nich utraci moc i kto będzie łącznikiem. Każdy musi odnaleźć swojego łącznika, zanim całkiem straci moc, i odbyć z nim pojedynek światła. Dzięki pewnym rytuałom w tym pojedynku uda mu się odzyskać moc i wypełnić swoją misję. Wiem od dawna, że jestem wysłannikiem i wiem o czasie, w którym mam stanąć wraz z innymi do walki o świat. Teraz wiem też jednak, że to ja jestem tym, który straci moc i jeśli nie znajdę swojego łącznika, świat jutro nie będzie już taki sam...

– Co to znaczy Profesorze, że nie będzie taki sam? – zapytała prawdziwie przestraszona Julka.

Ze strachu aż zaschło mi w gardle.

– Jeśli nie uda mi się utrzymać Europy na swoim miejscu, może znaleźć się pod którymś z innych kontynentów albo pod wodą... Afryka zetknie się z Ameryką, a świat pogrąży się w chaosie. Scenariuszy są tysiące...

– Poważna sprawa – odpowiedział Igor. – Nie ma na co czekać. Musimy Panu pomóc. Tylko jak?

– Trzeba chyba znaleźć tego łącznika? – podpowiedziałam nieśmiało.

– Ale jak? Czy coś o nim wiemy? Jak wygląda? Też ma jakieś znamię? I gdzie go szukać? – przekrzykiwaliśmy się jeden przez drugiego.

Profesor uśmiechnął się do nas słabo i powiedział:

– Spokojnie, gorące głowy. Dajcie mi pomyśleć... Teraz musimy odpocząć, przespać się i zjeść coś. Mamy resztę kanapek i herbatę. Ochłońcie trochę i prześpijcie się z tym, co usłyszeliście. Rano, z otwartymi głowami będzie nam się lepiej myślało.

Zgodziliśmy się z Profesorem. Byliśmy zmęczeni i mieliśmy za sobą dzień pełen wrażeń. Zjedliśmy resztę prowiantu i podzieliliśmy się słodyczami. Rozłożyliśmy śpiwory i zanurzyliśmy się w ich ciepłych wnętrzach. Wokół panowała cisza przerywana od czasu do czasu szelestami przewracania się któregoś z nas z boku na bok. Gdzieś w oddali słychać było odgłosy lasu i szum wzmagającego się wiatru. Rozejrzałam się po grocie. Przypominała trochę mały pokój z lekko pochylonymi do środka, nierównymi, pełnymi zagłębień ścianami w kolorze żółtobrązowym. Ogień z ogniska tańczył po nich, rzucając przedziwnych kształtów cienie. Z groty było tylko jedno wyjście – to, którym weszliśmy. Po tym, co usłyszałam, długo nie mogłam zasnąć. W mojej głowie, przez którą w różne strony przebiegało naraz tysiąc myśli, miałam mętlik. Słowa Profesora o zagładzie świata, tajemniczym zakonie i jeszcze bardziej tajemniczym łączniku, powracały jak bumerang. Mieszały się ze wspomnieniami o tym, jak się poznaliśmy i jak znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy, z całym tym bałaganem wokół nas...


ROZDZIAŁ DRUGI

Początek roku szkolnego, nowa szkoła i spotkanie z panią Makowiecką

Gimnazjum, w którym znalazłam się po zakończeniu szkoły podstawowej, wywoływało we mnie na początku mieszane uczucia. Nowa szkoła, nowy budynek, kompletnie inni ludzie. Poza Julką oczywiście. Ona była jedynym pewnikiem w całym tym nieznanym i zwariowanym świecie. Julkę poznałam już w zerówce i od tej chwili nigdy się nie rozstajemy. Przysięgłyśmy sobie przyjaźń do końca życia, a taka przysięga zobowiązuje. Żartuję oczywiście z przysięgą, bo naprawdę bardzo lubię Julkę. Jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Odkąd pamiętam, spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę i ciągle zamęczałyśmy rodziców kolejnymi świetnymi pomysłami na to, jak tego czasu jeszcze więcej spędzać razem: wspólne rolki, wypady za miasto, spacery do parku czy nocowanie u siebie. Moja mama kiedyś omal nie spadła z krzesła, gdy zaproponowałam, żeby Julka z rodzicami zamieszkała u nas. Zupełnie jej wtedy nie rozumiałam, przecież to był świetny pomysł. Rodzicom też byłoby lżej, bo tylko jedna osoba odwoziłaby nas rano do szkoły, a reszta mogłaby spokojnie pospać dłużej. I nie byłoby problemów z ustalaniem kto, u kogo, w jaki dzień, z odbieraniem i przejazdami przez miasto. W każdym razie z pomysłu wspólnego mieszkania nic nie wyszło, ale nie porzuciłam tej myśli całkowicie. Zamieszkamy razem, jak będziemy na studiach i skończą się te wszystkie problemy. Julka jest niesamowita. Jest bardzo ładna i mądra. Zachowuje spokój w większości sytuacji, które mnie doprowadzają do białej gorączki. Dzięki temu nasze temperamenty się równoważą i ciągle się przyjaźnimy. Julka mieszka z rodzicami w centrum Krakowa, czego akurat jej nie zazdroszczę, bo lubię naszą sielską wieś. Często jednak przyjeżdża do mnie, poza miasto i wtedy możemy trochę zaszaleć. W każdym razie, kiedy wybierałyśmy gimnazjum, wiedziałyśmy, że pójdziemy razem. Nie mogłam sobie wyobrazić, że będę siedziała w ławce obok kogoś innego.

Budynek naszej szkoły znajduje się w samym sercu miasta, przy jednokierunkowej, wąskiej i urokliwej uliczce, wzdłuż której ciągną się wąskie chodniki z licznymi klombami i wielkimi, starymi drzewami, dającymi latem przyjemny cień i trochę ochłody. Gimnazjum mieści się wśród starych kamienic, z ciekawymi podwórkami i pięknymi zdobieniami. Do szkoły można wejść od strony ulicy, przez ogromne i ciężkie, częściowo przeszklone drzwi, do których prowadzą szerokie schody z piaskowca. Do ich otwarcia trzeba użyć siły i mocno je pchnąć. Pamiętam, że gdy zobaczyłam te drzwi po raz pierwszy, przypomniały mi się wszystkie opowieści o starych wrotach i ukrytych za nimi tajemnicach. Szczególnie że przy otwarciu lekko skrzypią i wydają specyficzny dla starych drzwi odgłos. W tym przypadku jednak nie kryje się za nimi żadna tajemnica, tylko wielki hol, a za nim kolejne schody prowadzące na półpiętro szkoły. Na prawo i lewo rozchodzą się z niego długie, szerokie korytarze. Pośrodku holu znajdują się kolejne schody, które prowadzą na wyższe piętra. Cała klatka schodowa jest mocno oświetlona dzięki dużym oknom i świetlikowi w dachu, ale hol jest trochę mroczny. Na kolumnach pośrodku wiszą wprawdzie lampy, lecz nie dają one dużo światła, w pochmurny dzień raczej rzucają dziwne cienie na sąsiadujące ściany i tylko lekko rozświetlają kolumny u nasady. Gdyby zamknąć oczy i użyć wyobraźni, to hol, z tymi wielkim schodami ozdobionymi stylizowaną barierką i wiszącymi na kolumnach lampami, bardziej przypomina salę balową w jakimś zamku niż szkołę. Ale to chyba za daleko posunięta wizja i raczej słabo przystająca do rzeczywistości, w której po schodach poruszają się uczniowie w różnym wieku, ubrani nieszczególnie wizytowo – w spodniach wiszących w kroku i porozciąganych podkoszulkach.

O poranku przed szkołą i wejściem do niej można zobaczyć zwykle straszną kotłowaninę samochodów rodziców odwożących dzieci, próbujących znaleźć skrawek miejsca do zaparkowania albo zatrzymujących się na środku drogi oraz wychodzących z aut z pewnym ociąganiem uczniów, którzy raczej wolnym krokiem zmierzają w stronę budynku. Starają się odciągnąć w czasie moment, w którym poranny sen zostanie ostatecznie przerwany, a hałas i rumor gimnazjum o poranku dopełnią reszty.

Pierwszy dzień w nowej szkole był trochę stresujący. Pamiętam to jak dziś. Mama zabrała Julkę, mnie i podjechałyśmy pod ten wielki żółty budynek. Przed gmachem kłębiły się już oczywiście samochody i lekko jeszcze rozleniwieni po wakacjach uczniowie. Dałam mamie buziaka i wyszłyśmy z Julką z samochodu. Stanęłyśmy przed szkołą i popatrzyłyśmy do góry. Poczułam się trochę jak przybysz z krainy liliputów. Nie wiem do końca, czy to za sprawą mojego poczucia małości w tym dniu, czy jego rzeczywistych rozmiarów. Pewnie za kilkanaście lat, jak do niego wrócę, budynek będzie mi się wydawał dużo mniejszy. Macie czasem takie wrażenie, że coś, co kiedyś wydawało się duże, z upływem czasu i mijających lat sprawia wrażenie dużo mniejszego? I nie możecie uwierzyć, że to jest takie małe, a pamiętacie, gdy było ogromne? Mama mówi, że kiedy dorastamy, zmienia nam się odbiór świata i różnych rzeczy. Mam nadzieję, że tak będzie i z tym budynkiem, bo na razie mam wrażenie, jakby mnie przytłaczał i sięgał do nieba.

Po dłuższej chwili i wymianie porozumiewawczych spojrzeń weszłyśmy z Julką do środka. Ledwie udało nam się pchnąć te wielkie drzwi, żeby je otworzyć. Na szczęście jakiś silny chłopak ze starszej klasy pomógł nam trochę i poszło łatwiej. Hol wyglądał tego dnia trochę mniej tajemniczo, niż gdy byłam tu pierwszy raz. Pośrodku i pod ścianami stały grupki rozgadanych i roześmianych uczniów ze starszych klas. Od czasu do czasu po schodach prowadzących na półpiętro przemykał jakiś pierwszoklasista, trochę jakby onieśmielony swoją wizytą w tym miejscu. Postałyśmy chwilę niepewnie na środku, ale nie znalazłyśmy nikogo znajomego, weszłyśmy więc na schody prowadzące do szatni. Zlokalizowanie naszych szafek zajęło nam chwilę. Zostawiłyśmy rzeczy i ociągając się trochę, poszłyśmy schodami na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się sala lekcyjna naszej klasy, 1a. Znowu byłyśmy w pierwszej klasie...

Drzwi prowadzące do sali były otwarte, więc weszłyśmy do środka. Znajdowały się w niej tylko pojedyncze osoby, bo było jeszcze dziesięć minut do dzwonka. Rozejrzałyśmy się. Sala lekcyjna była jasna, z dużymi oknami i sprawiała wrażenie bardzo dużej. Na środku, w trzech rzędach, stały ławki z krzesłami. Pod sufitem wisiały wielkie i piękne stylizowane lampy. Na ścianie znajdowała się interaktywna tablica. Przy niej stało biurko i krzesło. Przed nami pierwsze bojowe zadanie. Musimy znaleźć ławkę, w której będziemy siedzieć. Julka woli zawsze zajmować miejsca z przodu, bo jest bardzo pilna – lubi wszystko dobrze słyszeć i widzieć. Ja wolę tył, ale bliżej okna, żeby było jaśniej i by mieć lepszy widok, gdyby człowiek chciał się zamyślić w czasie lekcji. Pierwsza ławka na środku, najbliżej biurka, na szczęście była już zajęta. Siedziała w niej jakaś dziewczyna pogrążona w lekturze książki. Wyglądała, jakby zupełnie nie interesowało jej to, co dzieje się wokół. Była ubrana w szary dres, a jasne włosy miała związane w kucyk. Julka podchwyciła moje spojrzenie.

– Wygląda zupełnie jak myszka – powiedziała.

Uśmiechnęłam się. Faktycznie, miałam dokładnie takie samo skojarzenie. Ciekawe, jak łatwo przychodzi nam szufladkowanie ludzi. Patrzymy tylko na człowieka i już, bach, pakujemy go do jakieś szufladki. Myszka, luzak, mięśniak, mózg, lalka itd. Ciągle to robię i Julka też. Potem często okazuje się, że to pierwsze wrażenie było mylne, ale przyznanie się do błędu przed samym sobą jest jak zjedzenie szpinaku. W końcu się uda, ale okupione jest nie lada cierpieniem.

Dwie ostatnie ławki pod oknem i na środku sali były zajęte. Siedzieli w nich chłopcy w najróżniejszych pozach i rozmawiali podniesionymi głosami, przerywając od czasu do czasu rozmowy gromkimi salwami śmiechu, przypominającego bardziej rechot. W rękach trzymali telefony i klikali szybko na klawiaturach. Wyglądali, jakby całkiem niedawno zerwali się z łóżek i w pośpiechu narzucili na siebie kilka wierzchnich warstw odzieży dopiero co wyjętej z plecaka. Postanowiłyśmy omijać te rejony szerokim łukiem. W kilku pierwszych ławkach w rzędzie pod drzwiami siedziały trzy zagadane i roześmiane dziewczyny. Jedna z nich miała długie blond włosy, była wysoka i szczupła, pozostałe były od niej dużo niższe i trochę tęższe. Wyglądały na bardzo sympatyczne, ale siedziały przy drzwiach, a to nie nasz rewir. W środkowym rzędzie, na samym środku sali też był już rzucony jakiś plecak. Sądząc po kolorze i jego stanie, należał raczej do chłopaka. Obok leżała ciemnogranatowa bluza z kapturem. Właściciela tych rzeczy nie było w pobliżu, wyglądało jednak na to, że lubi być w centrum wydarzeń. Przesunęłyśmy się w kierunku okna.

– Co myślisz? Ryzykujemy i siadamy tu? – wskazałam Julce głową środkową ławkę w rzędzie przy oknie. – Blisko okna i w miarę blisko tablicy.

Julka rozejrzała się dookoła, najwyraźniej sprawdzając sąsiedztwo. Przed nami i za nami nie było jeszcze nikogo, ławki stały puste. Trudno było więc ocenić potencjalne ryzyko.

– Ok, najwyżej się przeniesiemy – odpowiedziała. – Chcesz siedzieć przy oknie?

– Tak. A Ty? – zapytałam.

– Wolę siedzieć z brzegu – odpowiedziała Julka, co bardzo mnie ucieszyło.

Pewnie wie, że uwielbiam siedzieć przy oknie. Znowu udało nam się osiągnąć kompromis, a każda z nas miała to, czego chciała, i obyło się bez kłótni czy przekomarzania.

Rozlokowałyśmy nasze rzeczy w ławkach i stałyśmy jeszcze chwilę, zastanawiając się czy wyjść, czy zostać. Tymczasem w klasie zaczęło przybywać nowych twarzy i ławki stopniowo zapełniały się ich nowymi użytkownikami.

– Czy ta ławka jest wolna? – z rozważań wyrwał nas głos jakieś dziewczyny.

Odwróciłyśmy się z Julką równocześnie. Stała przed nami, z krótko obciętymi, czarnymi jak heban włosami i zawadiackim spojrzeniem. Miała na sobie jeansowe rurki i czerwoną bluzkę. Nie czekając na naszą odpowiedź, usadowiła się w ławce za nami i kontynuowała:

– Bo wiecie, uwielbiam siedzieć przy oknie i kontemplować widoki za oknem. Poza tym, jak się siedzi tak blisko, to też lepiej widać to, co na tablicy, i człowiek musi się skupić. – Gadała jak najęta i nie dawała nam dojść do słowa.

Wymieniłyśmy się z Julką porozumiewawczymi spojrzeniami. Ale gaduła... Bach, znowu się odezwała:

– Jestem Justyna, a Wy? Skąd jesteście? Do jakiej szkoły chodziłyście? Znacie się? Bo ja tu nikogo nie znam. To znaczy znam jednego chłopaka, Maksa, ale wiecie, to się nie liczy. W końcu z chłopakami nie ma o czym gadać. Dziewczyny to co innego. Co prawda Maks jest akurat w porządku, zaraz powinien tu być. Jeździmy razem do szkoły, bo jego i moi rodzice się przyjaźnią. Dzisiaj akurat przywiózł nas tata Maksa, ale to wyjątkowo, bo on za często nie bywa w Krakowie. A Wy, jak jeździcie?

– Samochodem... – odpowiedziałam, kiedy zawiesiła na chwilę głos. Liczba słów, którą wyrzucała z siebie na minutę, oraz szybkość ich wypowiadania zupełnie mnie zaskoczyły. Wydaje mi się też, że zupełnie nie potrzebowała odpowiedzi. A może po prostu, tak jak my, była trochę zdenerwowana tym pierwszym dniem w nowej szkole.

Odwróciłyśmy na moment uwagę od Justyny, bo do ławki przed nami zaczęły przymierzać się dwie inne dziewczyny. Popatrzyły w naszą stronę i jedna z nich powiedziała:

– Majka.

Druga szybko dodała:

– Monika.

Opadły z łoskotem na krzesła i ciężko westchnęły.

Justyna podeszła do nich, by się przywitać i zasypać je gradem swoich przemyśleń, a my skorzystałyśmy z okazji i usiadłyśmy na swoich miejscach. Zadzwonił dzwonek i do klasy weszła nauczycielka. Uczniowie powoli zaczęli siadać na swoich miejscach. Środkowa ławka w środkowym rzędzie, ta z plecakiem i bluzą, ciągle była pusta, gdy zaczęliśmy naszą pierwszą lekcję w nowej klasie i nowej szkole...

Pani Makowiecka, nasza wychowawczyni, która miała z nami pierwszą lekcję, sprawiała bardzo miłe wrażenie. Weszła pewnym krokiem i od razu zaczęła się uśmiechać, tak jakby chciała dodać nam otuchy i przełamać pierwsze lody. Była drobna i szczupła, miała kasztanowe włosy i śliczny uśmiech z rodzaju tych, co oczarują każdego. Ubrana była w czarne spodnie i bakłażanowy golfik. Miała staranny makijaż, co od razu zauważyłyśmy, i piękne, zadbane dłonie. Przywitała nas z uśmiechem i opowiedziała pokrótce o szkole. Mówiła ciepłym, spokojnym głosem, ale widać było, że gdy trzeba, potrafi być też stanowcza i zdecydowana. Już miała zacząć odczytywać listę uczniów, gdy otworzyły się drzwi do sali i pojawiły się w nich dwie chłopięce głowy.

– Dzień dobry Pani Profesor! Bardzo przepraszamy, ale dzwonek na lekcję zupełnie nas zaskoczył i to w dodatku daleko od klasy. Czy wybaczy nam Pani i przyjmie nas do tego szacownego grona? – zapytał wyższy ze spóźnionych chłopaków, uśmiechając się szeroko.

Drugi tylko się uśmiechnął. Po tej przemowie obaj niepewnie wsunęli się do środka. Wyższy chłopak był dobrze zbudowany, miał dłuższe ciemnobrązowe włosy i ciemne oczy. Miał na sobie biały podkoszulek i jeansy. Drugi był trochę od niego niższy, miał krótkie czarne włosy obcięte na jeżyka i spodnie kompletnie niedobrane kolorystycznie do koszulki. Obaj byli opaleni i wyglądali tak, jakby przed chwilą właśnie wrócili z boiska. Pani Makowiecka podniosła wzrok znad dziennika i obdarzyła ich najbardziej promiennym uśmiechem, jaki widziałam.

– Dzień dobry, podejdźcie proszę do mnie – powiedziała łagodnym głosem i skinęła na chłopaków. – Mnie już przeprosiliście, teraz czas na przeproszenie reszty szacownego grona, które ma właśnie przymusową przerwę. Na pewno chętnie posłuchają, gdzie byliście i co robiliście w czasie, gdy wszyscy siedzieliśmy w klasie – dodała Pani Makowiecka i uśmiechnęła się zachęcająco do chłopaków.

– Przepraszam w imieniu kolegi i swoim – powiedział wyższy chłopak. – Źle oszacowaliśmy czas i nasze siły. Postaramy się, żeby to się więcej nie powtórzyło.

– Siadajcie w ławkach – powiedziała Pani Makowiecka.

Chłopcy usiedli w środkowym rzędzie w ławce z porzuconym plecakiem i bluzą.

– Moi drodzy, dostaliście właśnie przed chwilą piękną lekcję. Szacunek do drugiego człowieka przejawia się również tym, że pamiętamy o przyjętych uzgodnieniach, ustalonych godzinach, konwenansach, myślimy o drugim człowieku i jego potrzebach. Potrafimy też przyznać się do błędu, gdy wymaga tego sytuacja, i przeprosić. – Pani Makowiecka popatrzyła znacząco w kierunku nowo przybyłych i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Bardzo chciałabym Was wszystkich poznać. Trochę lepiej niż tylko z nazwiska. Dlatego proponuję, żebyśmy zeszli do ogrodu, usiedli na trawie i trochę porozmawiali.

Zaskoczyła nas ta propozycja, ale bardzo się ucieszyliśmy. Dzień był słoneczny i bardzo ciepły jak na wrzesień. Słońce zaglądało do okien i zachęcało do spacerów. Niebo było tak błękitne jak na pocztówkach. Zeszliśmy z Panią Makowiecką na dół, do ogrodu. Mieścił się on na rozległej powierzchni, na tyłach szkolnych budynków, tuż obok boiska. Znaczną jego część zajmował trawnik z równą i miękką jak dywan trawą oraz stare drzewa powyginane w najróżniejsze kształty. Dawały przyjemny cień, tworząc jednocześnie specyficzną dla tego miejsca atmosferę. Przypominały mi trochę stare dęby rosnące na polanie przy naszym domu.

Usiedliśmy na trawie, przy jednym ze starych drzew. Pani Makowiecka poprosiła nas, aby każde z nas przedstawiło się i wymieniło swój ulubiony kolor, książkę oraz film. Mieliśmy zacząć od Myszy, która akurat usiadła najbliżej Pani Makowieckiej. Potem kolejno każdy z nas miał powtórzyć imiona wszystkich przed sobą, z ich ulubionymi kolorami, książkami i filmami. Popatrzyliśmy ze współczuciem na Justynę, która siedziała na samym końcu. Miała najtrudniejsze zadanie, bo musiała zapamiętać te dane w odniesieniu do prawie dwudziestu osób. Było naprawdę sporo dobrej zabawy i momentami uśmialiśmy się do łez. Niewiele imion udało mi się zapamiętać, ale był to bardzo fajny początek wzajemnego poznawania się.

Kolejne lekcje nie były już takie zabawne. Nauczyciele nie wykroczyli poza standard, także pozostałą część dnia spędziliśmy w sali lekcyjnej, wspominając z rozrzewnieniem pierwsze zajęcia.


ROZDZIAŁ TRZECI

Poznajemy Profesora, Igora, Maksa i uczymy się grać według nowych reguł

Profesora poznaliśmy drugiego dnia. Właśnie miała zacząć się kolejna lekcja – historia. W klasie panował chaos i harmider. Chłopcy grali w karty, na konsolach gier PSP albo urządzali pokazy siły, dziewczyny w większości gadały i śmiały się. Mysza jak zwykle siedziała w ławce i coś czytała. Ja i Julka oglądałyśmy zdjęcia w komórce i komentowałyśmy bardziej udane ujęcia. Profesor wszedł do sali równo z dzwonkiem i rozejrzał się. Na nikim nie zrobiło to specjalnego wrażenia. Robiliśmy to, co do tej pory. Po dłuższej chwili Profesor zostawił dziennik na biurku i wyszedł z klasy, zamykając za sobą drzwi. Gdy po kilku, a potem po kilkunastu minutach nie wracał, w klasie stopniowo zaczęła zapadać cisza, a z czasem konsternacja. Po półgodzinie oczekiwania i względnego spokoju wróciliśmy do swoich zajęć.

– Ciekawe, o co chodzi. – Julka zamyśliła się.

Wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam, że nie mam pojęcia.

– Może miał coś do załatwienia i dlatego wyszedł? – Zaczęłam się zastanawiać. – W sumie to lepiej, bo przynajmniej możemy spokojnie te zdjęcia obejrzeć. Myślę, że ta bluzka zdecydowanie mnie pogrubia – powiedziałam, patrząc na swoje zdjęcie.

Julka przyjrzała się fotografii i stwierdziła, że ładniejsza jest ta koszulka z widokiem Paryża. Lepiej się układa i w ogóle...

Po chwili usłyszeliśmy dzwonek na przerwę. Profesor wrócił do klasy, zabrał dziennik i wyszedł. Nikt nie zareagował. Przyjrzałam się jego sylwetce, gdy wychodził. Był wysoki, wysportowany i dość młody jak na profesora historii. Miał krótko obcięte włosy. Był ubrany w niebieską koszulę i jeansy. Jego ruchy były zdecydowane i pewne, a krok szybki. Julka podchwyciła moje spojrzenie i powiedziała:

– Dziwna sprawa. Ale robi całkiem sympatyczne wrażenie. Ciekawe, dlaczego nie było go na lekcji.

– No właśnie, właśnie, ciekawe – podchwycił wysoki chłopak ze środkowej ławki, który od jakiegoś czasu nam się przyglądał. – Może po prostu uznał, że nie mamy potencjału i od razu się wycofał – powiedział, uśmiechając się i robiąc łobuzerską minę.

– Mów za siebie – powiedziałam i odwróciłam się do niego plecami. Co on sobie myśli, że może tak po prostu przerwać nam rozmowę?

– Ok, ok – odpowiedział. Niezrażony kontynuował: – Coś Ty taka drażliwa? Jestem Igor – przedstawił się i wyciągnął do mnie rękę.

– Anka – odpowiedziałam. – A to Julka. Czy skoro już wymieniliśmy się uprzejmościami i przeanalizowaliśmy kwestię potencjału, pozwolisz nam wrócić do rozmowy? – zapytałam zaczepnie, odwracając się ostentacyjnie w kierunku Julki.

Igor uśmiechnął się i odpowiedział:

– Jak widzę, ktoś tu dzisiaj ma pod górkę. Zdjęcia nieudane, czy bluzka pogrubia? Zostawiam Was. Może faktycznie rozmowa z koleżanką pozwoli Ci wrócić do równowagi.

Odszedł, uśmiechając się jeszcze szerzej.

– To już przesada – zaperzyłam się. – Słyszałaś? Co on sobie wyobraża? Znawca kobiecej duszy się znalazł.

Julka zaśmiała się:

– Ale trzeba mu przyznać, że trafił w dziesiątkę z tą bluzką. A poza tym wygląda na całkiem fajnego. Czemu go tak spłoszyłaś?

– Sama nie wiem – odpowiedziałam. – Pojawił się tak znikąd i zakwestionował nasz potencjał na dzień dobry. – Roześmiałam się. – Ale masz rację, wygląda na fajnego.

Na kolejnej lekcji z Profesorem scenariusz się powtórzył. Profesor wszedł do klasy równo z dzwonkiem, rozejrzał się, odczekał chwilę, zostawił dziennik na biurku i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Rumor i chaos, które panowały w czasie przerwy, trwały przez całą lekcję. Po jej zakończeniu Profesor wrócił do klasy, zabrał dziennik i wyszedł. Kiedy na trzeciej lekcji z rzędu zrobił dokładnie to samo, zakiełkowała w nas ciekawość i postanowiłyśmy z Julką wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy Profesor wyszedł, poszłyśmy za nim. Za nami, w drzwiach pojawili się Igor i jego kolega z ławki, Maks. Zobaczyliśmy Profesora na korytarzu, na ławce, zatopionego w lekturze jakieś książki. Spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni. Uznaliśmy, że najlepiej będzie się naradzić.

– Trzeba do niego podejść i zapytać, dlaczego nie ma go na lekcji – zaproponował Igor.

– Jasne, stary. Podejdziesz do niego i powiesz: „Profesorze, dlaczego Pana nie ma w klasie? To Pana obowiązek. Proszę natychmiast wrócić do klasy!” – wyśmiał go Maks.

– Nie, po prostu podejdę i zaproszę go na lekcję. W końcu to nasz nauczyciel historii, na pewno ma nam coś fajnego do opowiedzenia i przyjmie zaproszenie – odpowiedział Igor.

– Myślę, że to dobry pomysł – potwierdziłam i natychmiast zdziwiłam się swoimi słowami. Nie mogę w to uwierzyć. Zgadzam się z tym znawcą kobiet?! Zganiłam się w myślach. Trudno, robię to w słusznej sprawie. W końcu trzeba wyjaśnić to dziwne zachowanie Profesora. – Idę z Tobą – zaoferowałam.

– Chodźmy wszyscy – powiedziała Julka i podeszliśmy do ławki, na której siedział Profesor.

Kiedy stanęliśmy nad nim, podniósł głowę i uśmiechnął się do nas.

– Długo kazaliście na siebie czekać – powiedział.

Zaniemówiliśmy. Szybko odzyskałam głos i powiedziałam:

– Profesorze, bardzo chcielibyśmy zaprosić Pana do klasy, bo jest tam spore grono spragnionych wiedzy uczniów, którym trzeba wyjaśnić kilka spraw. – Uśmiechnęłam się do niego najpiękniej, jak potrafiłam.

– Tak, tak, Profesorze, zgadzam się z przedmówczynią. Tam jest spory potencjał do zagospodarowania. Szkoda byłoby, gdyby się zmarnował – dorzucił Igor i mrugnął do mnie.

Profesor odpowiedział uśmiechem i wstał z ławki.

– Zatem chodźmy!

W międzyczasie inni uczniowie z naszej klasy zaczęli wychodzić na korytarz i przysłuchiwać się rozmowie. Wróciliśmy wszyscy do sali i zapanowała kompletna cisza. Profesor rozkoszował się nią przez chwilę, przechadzając się po klasie, a potem usiadł na środku, na ławce Justyny i Baśki i powiedział:

– Pamiętam, że jak byłem mały, to mój tato zawsze powtarzał: „Pamiętaj synku, że nauka to wielki dar, nie smutna konieczność, a nauczyciel przychodzi wtedy, gdy uczeń jest gotowy”. Żeby się uczyć, trzeba nie tylko znaleźć się we właściwym miejscu i czasie, ale przede wszystkim chcieć dowiedzieć się czegoś interesującego. Odkryć w sobie pokłady ciekawości i determinację w dążeniu do celu. – Zamilkł na chwilę, a potem kontynuował: – To ja jestem dla Was. A nie Wy dla mnie. Mogę Was wiele nauczyć, ale musicie tego chcieć. Bo nauka historii jest jak podróż. Momentami fascynująca, momentami monotonna i męcząca, pełna niespodzianek, ale i prostych, zwykłych czynności. To od Was zależy, czy chcecie w nią ze mną wyruszyć... Historia to nie tylko daty, podręcznik, zeszyt do ćwiczeń, testy czy egzaminy do zaliczenia. To losy konkretnych ludzi, którzy żyli przed nami i którym zawdzięczamy to, kim teraz jesteśmy. Ich dramaty, radości i smutki, ich zmaganie się z przeciwnościami i wielkie zwycięstwa... Myślcie o przyszłości, ale skorzystajcie z doświadczeń wielu pokoleń przed Wami... Uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia... – Zawiesił głos i rozejrzał się po klasie.

Wszyscy wyglądali na naprawdę zaciekawionych tym, co i w jaki sposób mówił. Nie przemawiał zza biurka czy sprzed tablicy, ale siedząc między nami i patrząc nam w oczy. Nie był na nas zły ani rozczarowany nami, tylko najwyraźniej zatroskany. I brzmiał naprawdę wiarygodnie.

Pierwszy odzyskał głos chłopak z ostatniej ławki. Z tego, co pamiętam, ma na imię Bartek, ale wszyscy mówią na niego Bart.

– Wow... Profesorze, prawie mnie Pan przekonał – powiedział i uśmiechnął się łobuzersko.

– To Wy mnie przekonaliście, że jeszcze nie wszystko stracone i jest nadzieja dla Was, barbarzyńców. Niewielka, bo niewielka, ale musi mi wystarczyć na początek – odpowiedział Profesor, uśmiechając się szeroko.

Podszedł do biurka i wyciągnął z torby kilka przedmiotów. Rozłożył je na blacie i znów się uśmiechnął.

– Zrobimy sobie mały quiz – powiedział, patrząc na nas zachęcająco. – Zakładam, że wiecie, co to za przedmioty i do czego służą. – Zawiesił głos i popatrzył na nas prowokacyjnie.

– Ale my nic nie widzimy z ostatnich ławek! – krzyknął Maks.

Profesor się uśmiechnął.

– Żeby coś zobaczyć, trzeba chcieć to zobaczyć. Nie da się poznawać różnych rzeczy, siedząc ciągle na jednym miejscu.

Maks popatrzył na Profesora i podszedł do biurka. Za nim ruszyli pozostali uczniowie. Przyglądaliśmy się przez chwilę leżącym na blacie przedmiotom.

– Kompas, zapałki, papierowe pieniądze, papier i zdjęcie czegoś, co wygląda jak maszyna do druku – wyliczył Igor.

– Nieźle – powiedział Profesor. – W takim razie podnosimy poziom trudności. Kto zna wynalazców tych przedmiotów i ich historię?

Staliśmy wokół biurka. Po pytaniu Profesora większość z nas spuściła głowy, żeby przypadkiem nie nawiązać z nim kontaktu wzrokowego.

– Druk to chyba Gutenberg? – zawahał się Bart. Szybko dodał: – W XV wieku.

– Papier to Egipcjanie, a pieniądze to Fenicjanie, to banał! – dodał Maks.

– Hmm... To będzie orka na ugorze. – Profesor najwyraźniej nie był zbyt zachwycony tymi odpowiedziami. – A gdybym Was zapytał, za ile można kupić najnowszy model PSP? Pewnie zarzucilibyście mnie odpowiedziami. I wszystkie byłby zgodne z prawdą.

– No jasne, Profesorze. Przecież każdy to wie, a jak nie wie, to sprawdzi w internecie – powiedział sąsiad z ławki Barta, Mikołaj. – Bez tego nie da się żyć. A zapałki czy papier po prostu są, nie trzeba się w tym doktoryzować.

– Brak pokory dla wiedzy i doświadczenia wcześniejszych pokoleń zgubił już niejednego w historii. – Profesor wyglądał na zafrasowanego. – Proszę, żeby każdy z Was wybrał jeden z tych przedmiotów i dowiedział się jak najwięcej o jego historii, ale też proszę Was, żebyście zastanowili się, co by było, gdyby ta rzecz nie pojawiła się na świecie. W celu zdobycia tej wiedzy użyjcie wszystkich dostępnych narzędzi, szukajcie, pytajcie i zaangażujcie wszystkie możliwe źródła. Czasem samo poszukiwanie odpowiedzi jest ciekawsze, niż jej znalezienie. Do zobaczenia w piątek. – Uśmiechnął się, zabrał swoje rzeczy i wyszedł z klasy.

– Klasa ten gość! – powiedział Igor, gdy Profesor wyszedł. – Fajnie, że go zaprosiliśmy.

Wiedziałam, że Igor ma rację. Wtedy jednak jeszcze nie przypuszczałam, że Profesor będzie nie tylko naszym nauczycielem historii, a spotkanie go okaże się największą przygodą w naszym życiu...


ROZDZIAŁ CZWARTY

Kolejna lekcja historii, następne spięcie z Igorem i dalsze newsy ze szkolnego podwórka

Na kolejnej lekcji byliśmy zdecydowanie bardziej obeznani z historią przedmiotów pokazanych nam przez Profesora. Większość z nas miała przygotowane i wydrukowane materiały na ich temat, a i w głowach zostało nam wiele z tych poszukiwań.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.