Poza zasięgiem - Hank Steinberg - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 431 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 25 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poza zasięgiem - Hank Steinberg

Hank Steinberg, ceniony twórca, scenarzysta i producent hitowego serial telewizyjnego "Without a Trace" (“Bez śladu”), zadebiutował pełnym napięcia, poruszającym thrillerem o mężu szukającym swojej zaginionej żony. Poszukiwania prowadzą go do śmiertelnie niebezpiecznego świata szpiegów, kłamstw i obsesji.

Sześć lat wcześniej w Uzbekistanie, kiedy siły rządowe otwierają ogień do uczestników demonstracji, ranny zostaje relacjonujący wydarzenia dziennikarz Charlie Davis. Razem z ciężarną żoną Julie ledwo uchodzą z życiem.

Charlie i Julie rezygnują z pełnej przygód i niebezpieczeństw pracy w różnych zakątkach świata na rzecz spokojnego życia na przedmieściach. Mimo to Charlie, obecnie dziennikarz "Los Angeles Times" zajmujący się polityką lokalną, nie potrafi do końca zapomnieć o tym, że otarli się o śmierć i ma obawy, że los nie będzie im cały czas sprzyjał… Wracając do domu z wycieczki z dziećmi do Disneylandu, Julie znika. Charlie wkrótce odkrywa, że to nie jest zwyczajne uprowadzenie. Im głębiej Charlie zaczyna drążyć, tym bardziej oczywiste staje się, że Julie nie jest osobą, za jaką uchodzi. Otaczają ją mroczne sekrety z przeszłości, które teraz powróciły i dają o sobie przypomnieć.

Łącząc w mistrzowski sposób klasyczny kryminał Harlana Cobena z międzynarodową intrygą Roberta Ludluma, Hank Steinberg stworzył błyskotliwą opowieść o zdradzie i zemście, tajemnicy i małżeństwie – skomplikowaną łamigłówkę pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji i mylnych tropów, które trzymają czytelnika w napięciu aż do ostatniej strony.

Hank Steinberg jest twórcą i producentem cieszącego się wielką popularnością serialu telewizyjnego Without a Trace (“Bez śladu”) oraz scenarzystą uznanego przez krytyków filmu HBO "61*". Nominowany do Nagrody Emmy oraz nagrody Writers Guild of America za scenariusze a także do nagrody Humanitas. Obecnie pracuje nad scenariuszem dla Paramount Pictures. Jest także autorem scenariusza i producentem pilotażowego odcinka serialu sieci TNT "The Last Ship". Mieszka z rodziną w Los Angeles.

Opinie o ebooku Poza zasięgiem - Hank Steinberg

Fragment ebooka Poza zasięgiem - Hank Steinberg













HANK STEINBERG

POZA
ZASIĘGIEM


Tytuł oryginału: Out of Range

Projekt okładki: Andrzej Brzezicki

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Górnaś, Anna Rogowska

Copyright © 2013 by Hank Steinberg

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

For the cover illustration

© iStockphoto

© Hemera

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Jerzy Malinowski

ISBN 978-83-7758-535-1

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I


Dla mojej K,
która dała mi L i V
i wszystko inne


CZĘŚĆ I
POCZĄTKI


* * *

Wschodni Uzbekistan, 2005

Na widok uzbrojonych po zęby mężczyzn w szarych mundurach Charlie Davis wcisnął hamulec w swojej zdezelowanej toyocie land cruiser i zapalił entego już tego dnia papierosa. To był czwarty posterunek wojskowy, na który on i jego przewodnik natknęli się na dystansie ostatnich kilkuset kilometrów. Dla Faruza była to kwestia czysto rutynowa, kłopotliwa represja, jedna z wielu, którym poddawany był każdy obywatel Republiki Uzbekistanu. Dla Charliego, Amerykanina, który spędził tu blisko dwa lata, widok tych żołnierzy wciąż jeszcze wywoływał wybuch niekontrolowanego oburzenia.

– Papiery! – zażądał młody, ponury szeregowiec, kierując od niechcenia lufę AK-47 w pierś Charliego.

Charlie wręczył mu swoje dokumenty – amerykański paszport, legitymację prasową, podrobioną przepustkę pozwalającą poruszać się pomiędzy prowincjami (uzyskaną dzięki przedsiębiorczemu przyjacielowi Faruzowi).

Żołnierz oglądał dokumenty dłużej, niż to się wydawało konieczne.

– Jest pan dziennikarzem – mruknął w końcu. Mówił po angielsku z silnym akcentem, ale w żadnym języku ton nie budziłby wątpliwości. Było to bardziej oskarżenie niż pytanie.

– Potrafi pan czytać – zażartował Charlie, licząc na to, że niechęć w jego spojrzeniu w dostatecznym stopniu uzupełniała sarkazm.

– Co pan robi w Kotlinie Fergańskiej?

– Umówiłem się z przyjaciółmi na pilaw.

Charlie poczuł, że jego towarzysz podróży zaczyna wiercić się w fotelu pasażera. Faruz nie znosił, kiedy to robił – kiedy nie ułatwiał, tylko utrudniał – ale Charlie nie zamierzał się tym przejmować. Wpatrywał się wyzywająco w oczy żołnierza.

– Mam zadzwonić do amerykańskiego konsulatu i poprosić, żeby ktoś z panem porozmawiał? Mogę to zrobić.

Żołnierz zmierzył Charliego wzrokiem. Niepotrzebne mu były problemy. Oddał dokumenty i niechętnie machnął ręką, żeby jechali.

Charlie ruszył z miejsca, wznosząc za sobą tuman kurzu.

– Kowboj – skomentował cierpko Faruz i zapalił papierosa.

Pół godziny później land cruiser kierowany przez Charliego wspiął się po stromym zboczu i wjechał do niewielkiego przygranicznego miasteczka Radgowir.

– Nie podoba mi się to miejsce – stwierdził Faruz. Jego akcent był dziwaczną mieszanką uzbeckiego, rosyjskiego i amerykańskiego angielskiego. – Ani trochę.

Charliemu też się nie podobało. Ale za nic w świecie by teraz nie zawrócił. Dotarcie tu zajęło trzy dni. Trzy dni na starożytnym Szlaku Jedwabnym. Z uzbeckiej stolicy – Taszkientu – jechali coraz bardziej wyboistymi i niebezpiecznymi drogami. Natknęli się co najmniej na tuzin wojskowych punktów kontrolnych, aż w końcu znaleźli się w górzystym regionie, którego mieszkańcy sprawiali z każdym przejechanym kilometrem wrażenie coraz biedniejszych i bardziej posępnych.

Trzydzieści lat temu Uzbekistan był doskonale prosperującą republiką Związku Radzieckiego, słynącą z uprawy bawełny i produkcji jedwabiu, bogatych złóż naturalnych i przemysłu. Wraz z upadkiem ZSRR załamał się też zmonopolizowany rynek i skończyły przywileje. Obecnie Uzbekistan był typowym lennem rządzonym przez jednego człowieka – Islama Karimowa, dawnego aparatczyka, który po upadku Związku Radzieckiego przejął kontrolę nad całym krajem i wraz z nielicznym gronem zaufanych kolesiów doprowadził go do ruiny. Radgowir był niegdyś głównym przystankiem na Jedwabnym Szlaku pomiędzy Samarkandą a przełęczami Hindukuszu. Jedwabny Szlak zamarł wiele wieków temu, jeszcze przed przybyciem tu Rosjan i teraz Radgowir był tylko niewiele znaczącą kropką na mapie, na granicy z Kazachstanem, schronieniem dla przemytników i złodziei.

Już sam przyjazd tutaj był ryzykowny, Charlie wiedział jednak, że jeśli nie znajdzie kobiety, której szukali, straci niepowtarzalną okazję pokazania prawdziwej twarzy uzbeckiego rządu. A tego był zdecydowany dokonać już od pierwszego tygodnia, kiedy jego noga stanęła na tej zapomnianej przez Boga ziemi.

Zbliżali się do centrum miasta; zawodzący głos muezina, wzmocniony przez głośniki wiszące na przechylonym w jedną stronę, dominującym nad okolicą minarecie, wzywał ludzi na modlitwę.

– Tu w lewo – odezwał się Faruz, zerkając na starą, pomiętą wojskową mapę z czasów radzieckich.

Charlie wcisnął się toyotą w wąską przerwę pomiędzy dwoma domami, którą trudno było nazwać zaułkiem, a cóż dopiero ulicą. Grupka niedożywionych dzieci bawiła się w wojnę, strzelając z plastikowych pistoletów i teatralnie umierając. Widząc nadjeżdżający samochód, dzieci się rozbiegły.

Zaułek – tak wąski, że Charlie co chwila ocierał lusterkami o ściany – prowadził serpentynami pomiędzy rzędami domów sprawiających wrażenie, jakby były od stuleci w ruinie.

– Stań tutaj. – Faruz wskazał czerwonawe drzwi.

Charlie zatrzymał się i powoli wysiadł z samochodu; od długiej jazdy zdrętwiały mu nogi. Jego przewodnik uderzył zaciśniętą pięścią w odrapane, rdzawoczerwone drzwi.

Minęła minuta.

– Powinni tu przecież być – rzucił Charlie.

Zanim Faruz zdążył odpowiedzieć, drzwi się otworzyły. W progu stanął chłopiec z jednym okiem mlecznobiałym, a drugim zielonym i wymierzoną w nich starą strzelbą.

– Hej! – krzyknął Faruz. – Zabieraj to!

Charlie szybko ocenił wiek chłopca na dwanaście, trzynaście lat i czuł, że mimo gniewnej, zaciętej miny, musi być przerażony.

– Twoja matka prosiła, żebyśmy przyjechali – próbował uspokoić chłopca swoim nienagannym rosyjskim. – Jesteśmy tu, żeby zobaczyć twojego brata.

Impas przerwał urywany kobiecy głos.

Chłopiec usunął się bezszelestnie na bok, pozwalając Charliemu i Faruzowi wejść na podwórko. Pośrodku niewielkiej, ogrodzonej murem przestrzeni stała szemrząca czystą wodą fontanna wykładana połamanymi płytkami ceramicznymi. W narożniku rosło pokrzywione drzewo figowe. Pod nim siedziała mała, przygarbiona postać. Miała ciemne oczy o czujnym spojrzeniu, jej pomarszczoną twarz rozjaśniały ostatnie promienie słońca. Wyglądała na sześćdziesiąt lat. Charlie wiedział, że w tym kraju oznaczało to, iż może mieć około czterdziestki.

Salam alejkum, Palonczi Ursałow – przywitał się Charlie, przykładając dłoń do serca.

– Mówił pan, że przyjedzie wczoraj – odezwała się po uzbecku bezpośrednio do Faruza.

Charlie zdawał sobie sprawę, że jeśli chce do niej dotrzeć, przełamać barierę nieufności, to on musi odpowiedzieć. Wiedział też, że rozmowa w jej ojczystym języku zajmie mnóstwo czasu, choć kobieta, podobnie jak on, na pewno doskonale znała rosyjski.

– Przykro mi – odezwał się łamanym uzbeckim. – Jak pani na pewno wie, podróż z Taszkientu nie jest łatwa.

Kobieta spojrzała na niego dziwnie i Charlie w tej samej chwili uświadomił sobie, że popełnił faux pas. Ona nigdy nie była w Taszkiencie. Nikt z tego regionu tam nie był. Nie miała pojęcia, jak taka podróż może wyglądać i ile może trwać. Na szczęście była zbyt dumna, by się do tego przyznać, i rozładowała napiętą sytuację pełnym fatalizmu wzruszeniem ramion. Kazała chłopcu przynieść herbatę.

Chłopiec zniknął w maleńkim domku i zawołał do kogoś w środku. Kiedy przebrzmiało echo nawoływań muezina, oczy Charliego zaczęły przyzwyczajać się do zapadającego zmierzchu. Dotarł też do jego nozdrzy nikły, nieprzyjemny zapach. Uświadomił sobie, że dolatuje on od czegoś, na co tylko pobieżnie rzucił okiem, kiedy wchodzili na podwórze – czegoś owiniętego w białe płótno, leżącego w cieniu, w najciemniejszym kącie. Spojrzał na Faruza. Oboje wiedzieli, co kryło się pod płótnem.

Z domu wyszła mała, nie więcej niż czteroletnia dziewczynka ze zwichrowaną cynową tacą. Stała na niej miseczka z migdałami i daktylami i dwie wyszczerbione szklanki z ciemną, parującą herbatą.

Charlie wziął łyk herbaty, parząc sobie język. W Uzbekistanie nie jest dobrze widziane zbyt szybkie przechodzenie do rzeczy, ale w końcu odstawił szklankę i zwrócił się do kobiety:

– Proszę mi opowiedzieć o swoim synu.

Kobieta spojrzała na Faruza. Przewodnik skinął zachęcająco głową.

– Dwa tygodnie temu zabrali go. A kiedy mi go oddali… – Rzuciła ukradkowe spojrzenie na całun w kącie. – Kiedy mi go oddali, powiedzieli, że spadł ze stołka w celi.

– Co się naprawdę stało? – zapytał Charlie.

Zawahała się i zerknęła na chłopca siedzącego w kucki w progu domu.

– Mam dwóch synów. Nie chcę, żeby Salim też spadł ze stołka.

– Rozumiem. – Charlie pochylił się w jej stronę. – Ale mamy szansę coś zrobić. Nadać tej tragedii znaczenie. Jeśli nikt nie będzie próbował uczynić tego kraju lepszym, nic się nie zmieni.

Palonczi Ursałow wpatrywała się w swojego żyjącego syna. Lekko drżały jej wargi, z trudem hamowała emocje. I nagle jej twarz zmieniła się w nieruchomą maskę. Wstała, przeszła w kąt podwórka, przyklęknęła obok okrytego białym płótnem kształtu i położyła na nim dłoń.

Zawahała się, obróciła i przeszyła Charliego takim wzrokiem, jakby to on był odpowiedzialny za to, co się stało. Jednym gwałtownym szarpnięciem zerwała całun.

W tej samej chwili Faruz odwrócił się i wydał z siebie dźwięk, jakby ktoś uderzył go pięścią w samo gardło. Charlie był korespondentem zagranicznym od dziesięciu lat i widział wiele okropieństw. W Somalii, Afganistanie, Burundi, Jemenie… ale to było naprawdę straszne.

Na deskach leżał młody mężczyzna, właściwie jeszcze chłopiec. Wyglądał, jakby go rozerwano na strzępy. Nie miał genitaliów. Z klatki piersiowej sterczały poczerniałe kikuty żeber. Jedna noga była skręcona w kolanie, a stopa wygięta w drugą stronę. Druga noga leżała oddzielnie, obok ciała; wokół połyskującej bielą kości stawu zwisały strzępy ścięgien. Brakowało ucha, najprawdopodobniej oderwanego obcęgami. Twarz była nierozpoznawalną miazgą.

– Jezu… – szepnął Charlie.

– Studiował na politechnice – powiedziała kobieta. – Nigdy nikomu nie zrobił nic złego. Nigdy nie agitował przeciwko rządowi. Nigdy nie sprawiał problemów.

Charlie odchrząknął.

– Wie pani, dlaczego w takim razie go aresztowali?

– To przez kolegów na uczelni. To oni agitowali. Ale nie mój chłopiec. Nie mój chłopiec.

Wszystko to było tak przerażające, że Charlie, aby zapanować nad emocjami, musiał odwołać się do swojego profesjonalizmu. Starał się z kliniczną bezstronnością, chłodno ocenić wygląd ciała, zapamiętać każdy szczegół. W końcu jednak nie wytrzymał i odwrócił wzrok.

Faruz kucał w drugim kącie podwórka, ściskał dłońmi głowę i wyraźnie drżał. Salim stał w progu z zaciśniętymi z gniewu i żalu szczękami, a po policzkach płynęły mu łzy.

Charlie spojrzał ponownie na zrozpaczoną matkę chłopca.

– Rozumie pani, że muszę zrobić zdjęcia – odezwał się łagodnie.

Dla muzułmanów jakiekolwiek przedstawienie ludzkiej postaci było trudne do zaakceptowania. W tradycyjnej sztuce islamu było całkowicie zabronione. Fotografowanie jej syna było czymś więcej niż tylko naruszeniem jego prywatności. Było aktem zupełnego braku szacunku.

Palonczi Ursałow podniosła się powoli, patrząc Charliemu w oczy. W jej spojrzeniu była odraza. Może nawet nienawiść. Ale mimo gniewu wiedziała, że trzeba to zrobić.

Z podniesioną głową, opanowana, weszła cicho do domu i zamknęła za sobą drzwi. Chwilę później Faruz wyprostował się i wybiegł na ulicę.

Charlie został sam z młodszym chłopcem, który przykucnął w odległym kącie podwórka i jedynym zdrowym okiem bacznie obserwował każdy jego ruch.

Powoli, z namaszczeniem, Charlie wyjął aparat i zaczął fotografować zmasakrowane ciało młodego mężczyzny.

Trzy tygodnie później

Protest na placu Babura, w samym centrum stolicy wilajetu, Andiżanie, narastał od kilku godzin i Julie Davis od południa rozwieszała plakaty. Demonstracja została zorganizowana w pośpiechu – dzień wcześniej – żeby władze nie zdążyły podjąć żadnych działań restrykcyjnych, ale liczebność zgromadzonego tłumu przerosła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Kiedy Julie patrzyła na tysiące wściekłych, natchnionych ludzi wlewających się na plac, zdała sobie sprawę, że wydarzenia zaczynają przybierać poważny, może nawet niebezpieczny obrót, a ponieważ za pięć tygodni miała rodzić, chciała być teraz z mężem.

Spojrzała na zegarek i jeszcze raz zaczęła go szukać wzrokiem. Dzięki włosom koloru piasku, szerokim ramionom i wyglądowi typowego Amerykanina łatwo go było wyłowić z tłumu. W końcu zobaczyła, jak z Faruzem przeciska się przez chmarę demonstrantów. Kiedy Charlie ją dostrzegł, pomachał, podszedł i przywitał żarliwym pocałunkiem w usta.

– Co przegapiłem? – zapytał z promiennym uśmiechem.

– Tylko początek rewolucji – odparła z dumą.

Z niedowierzaniem i zdumieniem omiótł wzrokiem plac.

– Tu musi być z dziesięć tysięcy ludzi.

Pośrodku placu wznosił się pomnik mężczyzny w turbanie na koniu – słynnego uzbeckiego sułtana Babura – przedstawionego w nieco irytującym stylu radzieckiego socrealizmu. Na postumencie z różowego granitu stał młody mężczyzna i przez megafon wykrzykiwał coś po uzbecku.

Julie widziała, jak Faruz przygląda się temu wszystkiemu szeroko otwartymi oczami, z mieszaniną nadziei i lęku. Postanowiła rozwiać jego niepokój.

– Wszystko w porządku, Faruz. To tylko pokojowa manifestacja.

Faruz spojrzał na nią sceptycznie.

– Nie powinno cię tu być. – Zwrócił uwagę na jej wystający brzuch. – Nie z twoim synkiem.

Poczuła na sobie wzrok Charliego i wiedziała, że on myśli to samo.

– Gdyby władze zamierzały to powstrzymać, już by to zrobiły – powiedziała z pewnością w głosie.

Faruz spojrzał na Charliego.

– Powinni tu być moi kuzyni. Pójdę ich poszukać. – Charlie poklepał Faruza po ramieniu i jego przyjaciel po chwili zniknął w kłębiącym się tłumie.

Julie trzymała za rękę Charliego, który rozglądał się z uwagą po placu, szukając swoimi niebieskimi oczami szczegółów mogących przydać się przy pisaniu relacji z tego wydarzenia. Dla niej obecność w tym miejscu była po prostu okazją do uczestniczenia w rodzącym się ruchu demokratycznym w kraju, gdzie istniała pilna potrzeba przywrócenia swobód obywatelskich.

Przyjechała tu cztery lata temu, trochę dla hecy. Będąc produktem angielskiej elity, stosunkowo wcześnie postanowiła, że nie chce żyć jak jej rodzice, wygodnie, na szczycie drabiny społecznej. Pojawiała się szansa dokonania zmian tutaj, w kraju, w którym zmiany już dawno powinny zajść, i ona postanowiła przyłożyć do tego rękę. Pomagała drobnym rzemieślnikom zarabiać na godne życie dzięki mikropożyczkom, wyjeżdżała na prowincję, gdzie prowadziła kilka programów pomocowych z ramienia międzynarodowych organizacji charytatywnych z siedzibą w Londynie. Z czasem poczuła się nie tylko spełniona, ale także pokochała ten kraj, jego mieszkańców i kulturę. Na dodatek to tutaj odnalazła swoją bratnią duszę – przyszłego męża.

Spojrzała na niego z uwielbieniem i przez głowę przemknęła jej myśl, jakimi są szczęściarzami. Mają siebie, mają wspaniałego chłopca, który rośnie w jej brzuchu i mogą robić coś, co pozwoli zmienić świat na lepsze.

Julie czuła wyraźnie rosnące podniecenie tłumu, jakby za chwilę miał się pojawić ktoś bardzo ważny i znany. I wtedy dostrzegła przedzierającego się przez ludzką ciżbę, otoczonego kręgiem asystentów i ochroniarzy, Aliszera Bykowa.

Julie i Bykow razem studiowali w Cambridge. Bykow znany był tam jako ekstrawagancki syn jednego z najbogatszych ludzi w Azji Środkowej. Ale nie tylko bogactwo i pewność siebie czyniły z niego tak charyzmatyczną postać. Bykow miał wrodzone poczucie własnej siły i prezencję przywódcy. Na uniwersytecie Julie zawsze ceniła go wyżej niż wszyscy pozostali i w końcu nawiązał się między nimi dziwny romans. Podatna na wpływy dwudziestolatka została zdominowana przez jego zniewalającą, ekspansywną osobowość, choć zdawała sobie sprawę, że ich związek nie ma przyszłości. Po osiemnastu burzliwych miesiącach, tuż przed końcem studiów, zdołała wreszcie taktownie wyswobodzić się z jego szponów. Teraz, po latach, przyjechała do jego kraju i oboje zaangażowali się w rodzący się ruch na rzecz uwolnienia Uzbeków po dziesięcioleciach mroku.

Przystojna twarz Bykowa płonęła od emocji. Podszedł do Julie i pocałował ją w policzek, a potem uścisnął mocno dłoń Charliego.

– Widzisz, co rozpocząłeś? – rzucił z szelmowskim uśmiechem.

– Ja? – odpowiedział nieprzekonująco Charlie.

– To wszystko za sprawą twojego artykułu – upierał się Bykow. – Pozwoliłem sobie go przetłumaczyć i wydrukować w drugim obiegu. Kopie krążą od kilku dni. Wspaniała robota, Charlie.

– Jestem zaskoczony, że cię tu widzę, Aliszer. To może być dla ciebie ryzykowne.

Bykow uśmiechnął się.

– Karimowa i jego kumpli nie interesuje nic prócz ich kont w szwajcarskich bankach. Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii zależy tylko na bazach wojskowych i stacjonujących w nich żołnierzach wspierających misję w Afganistanie. A ja muszę się zdecydować, czy stoję po stronie moich rodaków, czy nie. W każdym razie chciałbym ci podziękować. Twój artykuł narobił niezłego zamieszania.

– Obawiam się, że w Stanach przeszedł raczej bez echa.

– Sam fakt, że został opublikowany w poważnej gazecie, świadczy o tym, że kogoś to w końcu zaczęło obchodzić. Kogoś więcej prócz Julie. – Bykow zalotnie mrugnął, a Julie poczuła, że Charlie w odruchu zazdrości przysuwa się do niej i obejmuje ją ramieniem w pasie. Zazdrość jej wcale nie martwiła. Prawdę mówiąc, cieszyła ją. Zwłaszcza teraz, kiedy była w ósmym miesiącu ciąży i ważyła ponad siedemdziesiąt kilogramów, takie wyraźne demonstrowanie praw własności do niej przez Charliego miało ogromne znaczenie dla jej rozchwianego przez hormony ego.

Ktoś oddalony o kilka metrów zawołał i zaczął wymachiwać ręką. Bykow przeprosił ich.

– On wciąż do ciebie coś czuje – stwierdził Charlie.

– To było milion lat temu. – Julie westchnęła. – Jest żonaty, ja jestem mężatką… – Pocałowała go. – Dzięki Bogu.

Kilka minut później Charlie był zajęty fotografowaniem tłumu. Jako doświadczony dziennikarz zwykle starał się zachowywać bezstronność wobec wydarzeń, które relacjonował, jednak na dzisiejsze patrzył z nadzieją. Zdarzało mu się już wcześniej być świadkiem ludowych powstań w krajach nawet bardziej opresyjnych niż ten, ale tutaj w duchu zgromadzonego tłumu dostrzegał coś, co dawało nadzieję, że będzie to czymś więcej niż tylko jednorazowym wybuchem od dawna tłumionej wściekłości. Dzisiejszy dzień mógł być początkiem jakiegoś historycznego wydarzenia. I jak powiedział Bykow, Charlie w dużej mierze przyczynił się do tego, co tutaj się działo.

Sama myśl o tym, że mógł mieć wpływ na te wydarzenia, a nie tylko je relacjonować, napawała go dumą i wywoływała podniecenie. I w takiej chwili nie pragnął mieć obok siebie nikogo tak bardzo jak Julie. Miał już prawie trzydzieści osiem lat i podczas swoich wędrówek po świecie nigdy nie spotkał kogoś takiego jak ona. Opuścił rękę z aparatem i patrzył, jak jego żona rozdaje ulotki miejscowym, śmiejąc się i żartując po uzbecku. Może i dorastała w luksusie, ale potrafiła nawiązywać kontakty ze zwykłymi ludźmi.

Charlie dla żartu skierował obiektyw na nią i zrobił kilka ukradkowych zdjęć. Starsza Uzbeczka gładziła brzuch Julie, która z odchyloną w tył głową śmiała się w ten niepohamowany, beztroski sposób, jaki urzekł go, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Jej radość i emanująca optymizmem energia życiowa były zaraźliwe. To przy niej odnajdywał lepszą część siebie i dopiero wtedy czuł się jej wart. Oczywiście, drugą stroną tego bezbrzeżnego optymizmu i wiary w ludzkość była determinacja i bezkompromisowość, a przypominała o tym dłoń starej kobiety na brzuchu Julie.

Pomiędzy nim i Julie toczył się spór – ona chciała zostać i urodzić tutaj, on chciał wracać do Londynu, gdzie z pewnością miałaby zapewnioną odpowiednią opiekę medyczną. Dla Julie stało się to niemal kwestią moralną. Wyjazd do Londynu byłby jej zdaniem: „bezdusznym wyzbyciem się poczucia solidarności z tymi ludźmi”. Charli widział w tym wyłącznie kwestię instynktu samozachowawczego. Czym innym było popieranie jakiegoś kraju Trzeciego Świata, a czym innym ryzykowanie urodzenia w nim dziecka.

Widział, jak Julie przyjmuje od kobiety ręcznie robiony naszyjnik. Był to tradycyjny amulet szczęścia dla kobiet przy nadziei. Julie uśmiechnęła się z wdzięcznością i położyła sobie dłoń na sercu. Charlie zauważył błyszczącą w kąciku jej oka łzę. Zdał sobie sprawę, że oto budzi się w niej instynkt macierzyński. Pomyślał też, że może w końcu ten instynkt zdoła pokonać wszystkie jej moralne i polityczne obiekcje i jego zdanie w tym sporze przeważy. Tak czy owak, pozostało mu kilka tygodni na przekonanie jej, a miał wrażenie, że dzisiejszy dzień może ją zmiękczyć.

Uwagę Charliego zwrócił narastający gwar. Szybko pojął, co się dzieje. Na postument wspinał się Bykow. Charlie podbiegł szybko do Julie.

– On naprawdę zamierza zrobić to, o czym myślę?

– Jasna cholera, wygląda na to, że tak – odparła, wybałuszając oczy.

Zdawał sobie sprawę z wciąż łączącej tych dwoje sympatii i starał się tym nie przejmować, ale z drugiej strony istniało wiele miejsc na świecie, gdzie Julie mogłaby „czynić dobro”, a jednak przyjechała właśnie tutaj.

Jeśli chodzi o Bykowa, pozostawał on dla Charliego zagadką. Jego ojciec był wysoko postawionym radzieckim funkcjonariuszem i przyjacielem prezydenta Karimowa. Po rozpadzie ZSRR Bykow senior w bezwzględny sposób dorobił się fortuny w sektorze wydobywczym i energetycznym, a przed śmiercią znalazł się w gronie miliarderów i przekazał swoje imperium w ręce syna. Tymczasem Bykow junior okazał się człowiekiem skrojonym na inną miarę. Wykształcony w Cambridge, w każdym calu zeuropeizowany, Aliszer pozornie nie walczył z reżimem, ale na swój sposób robił wiele, żeby poprawić los rodaków.

Tyle tylko, że trudno utrzymać swoje miliardy w Uzbekistanie, jeśli zbyt mocno rozkołysze się łódź. Bykow był spryciarzem i doskonale wiedział, na ile może sobie pozwolić. Pojawiając się na dzisiejszej manifestacji, zachował się niezgodnie z prowadzoną przez siebie polityką. Teraz zamierzał chyba publicznie zająć stanowisko – a więc zrobić nadzwyczaj ryzykowny, ktoś mógłby nawet powiedzieć zuchwały, krok.

Młody mężczyzna, który wcześniej przemawiał, uściskał miliardera i zeskoczył z cokołu. Bykow podniósł do ust megafon i na chwilę cały tłum zamilkł.

– Nazywam się – wykrzyczał przez tubę – Aliszer Bykow!

Tłum odpowiedział rykiem. Bykow był jednym z najbardziej znanych ludzi w Uzbekistanie, niczym gwiazda rocka. Jeśli on publicznie popierał rodzącą się rebelię, to zwycięstwo musiało być bliskie.

Charlie wycelował swój potężny teleobiektyw w pomnik Babura i zrobił miliarderowi kilka zdjęć.

– Wielu z was wie, że mój ojciec był jednym z najbogatszych ludzi w tym kraju. Kiedy zmarł, odziedziczyłem cały jego majątek. Próbowałem dokonać zmian, wprowadzić w moich firmach sprawiedliwe zasady, przeprowadzić uczciwe wybory w wilajetach, w których mam poparcie, zreformować standardy pracy w moich kopalniach złota, poprawić warunki wszystkim zatrudnionym. Ale na każdym kroku rząd próbował mnie przed tym powstrzymać. Wciąż słyszymy obietnice reform, a tymczasem nic się nie zmienia. Nie chcę, żyć w takim kraju. Nie chcę, żeby w takim kraju dorastał mój syn.

Ludzie zaczęli wiwatować, kiedy Bykow wskazał kogoś w tłumie. A była to stojąca na krawężniku młoda, atrakcyjna kobieta z trzyletnim chłopcem na ręku. Na głowie miała chustę zasłaniającą włosy, ale poza tym ubrana była w modne, zachodnie ubranie. Charlie rozpoznał w niej Daniellę, żonę Bykowa.

Kiedy aplauz ucichł, powietrze przeszył chrapliwy, głośny ryk.

Charlie obrócił głowę. Bykow też spojrzał w kierunku, skąd dochodził dźwięk.

Na plac wjeżdżała niespiesznie tyraliera czołgów. Każdy z nich miał zamontowany na wieżyczce karabin maszynowy.

Charlie, z bijącym sercem, obrócił się w stronę Julie.

– Musisz stąd uciekać! – Zanim zdążyła zaprotestować, dodał: – Nie wygłupiaj się, Jules! – Wskazał ręką pobliski ratusz miejski. – Tam. Ruszaj. Ale już.

Julie była uparta, ale wiedziała, że lepiej z nim nie zadzierać, kiedy mówił takim tonem. Mimo to nie mogła go tak zostawić bez słowa. Złapała go za rękę i zmusiła, żeby spojrzał jej w oczy.

– A ty nie rób niczego głupiego.

– Nie zrobię – obiecał. – Uciekaj.

Jej dłoń ześlizgnęła się po jego ramieniu, opuszki palców otarły o jego palce, jakby chciała ponownie uścisnąć dłoń męża. Ale Charlie już się odwrócił skupiony na tym, co powinien w tej sytuacji zrobić.

Julie przecisnęła się przez tłum i dała nura do wnętrza ratusza na skraju placu. Rozejrzała się dokoła i znalazła sobie miejsce w kącie mrocznego, wysokiego holu, w którym nie było prawie nikogo.

Otoczona ciszą rozejrzała się i dostrzegła wielkie ścienne malowidła – muskularne kobiety z chustami na głowach zbierające bawełnę i heroicznych mężczyzn w drelichach jadących na traktorach. Komiksowy hołd dla ciężkiej pracy zdrowych i silnych ludzi. Typowa forma groteskowej propagandy, na której widok chciało się jej wymiotować.

Ale to nie moralne oburzenie było przyczyną bólu, który przeszył jej brzuch. To było dziecko.

Nie chciała wcześniej nic mówić Charliemu, ale cały ranek czuła kłucie w brzuchu, jakby ktoś wbijał jej w ciało haczyk na ryby.

Tym razem zgięła się wpół.

Skurcze Braxtona Hicksa – zapowiadające poród. Ale nie ma powodu do zmartwienia. To na pewno jeszcze nie dzisiaj. Była tego pewna.

Kiedy ból w końcu zelżał, wyprostowała się i wyjrzała za drzwi. Charlie chybotał się niepewnie na cienkim słupie telegraficznym. Gdy dostrzegła w jego ręce aparat fotograficzny, zdała sobie sprawę, że wspiął się tam dla lepszego ujęcia. Charlie uchwycił się pewniej słupa i zaczął robić zdjęcia.

Poczuła dumę. Większości zachodnich reporterów na Środkowym Wschodzie nie obchodziło to, co działo się w Uzbekistanie. A ci, którzy mieszkali w Taszkiencie, byli zwykłymi cykorami – nauczyła się tego słowa od Charliego – i bali się wyjść na ulicę, by potem zdać relację z wydarzeń. Mimo dzielącej ich w tej chwili odległości czuła bliski związek z Charliem. Czekało ich razem nadzwyczajne życie.

Nadeszła kolejna fala bólu. Tym razem poczuła także coś mokrego na nogach. W pierwszej chwili nie mogła pojąć, co było przyczyną dużej plamy na spodniach. W końcu zrozumiała… odeszły jej wody.

A więc dziecko miało przyjść na świat dzisiaj. Miało przyjść na świat teraz.

Próbowała podejść do drzwi, ale znów zgięła się wpół.

– Charlie! – krzyknęła, wspierając dłonie na ugiętych kolanach.

A potem upadła.

Nad dachem hotelu w drugim końcu placu zawisł śmigłowiec – Charlie rozpoznał maszynę, Mi-24. Drzwi kabiny były szeroko otwarte, na brzegu siedział ze spuszczonymi nogami mężczyzna trzymający karabin z lunetą. Charlie zrobił kilka kolejnych zdjęć, a potem przeniósł swoją uwagę na Bykowa, który zdawał się upajać rosnącym napięciem, wskazując palcem zbliżających się żołnierzy.

– Widzę, że wzbudziliśmy zainteresowanie naszego wielkiego przywódcy, prezydenta Karimowa – zawołał.

Charlie obserwował jadące czołgi. Za nimi posuwało się kilka opancerzonych transporterów wypełnionych żołnierzami. Z jadącego na przedzie pojazdu zeskoczył wysoki, młody oficer w ogromnej czapce i zaczął wymachiwać rękami, każąc swoim ludziom wysiadać. Z transporterów wylało się wojsko, ale wbrew przypuszczeniom Charliego żołnierze nie byli uzbrojeni w tarcze i pałki, tylko w pistolety maszynowe.

Charlie poczuł ukłucie lęku. Chyba nie zamierzali…

Nim dokończył myśl, oficer wydał rozkaz, a żołnierze przeładowali i odbezpieczyli broń. Charlie zrobił zbliżenie pełnej determinacji twarzy młodego żołnierza, który załadował do komory ostry nabój i wymierzył w tłum.

Czas jakby zwolniał. Czy to się działo naprawdę? Czy oni zamierzali strzelać do nieuzbrojonych cywilów bez ostrzeżenia?

Kiedy tłum zdał sobie sprawę, co się za chwilę wydarzy, wrzawa umilkła. Przez chwilę nie było słychać niczego prócz pracujących na jałowym biegu silników czołgów.

I nagle rozległa się donośna komenda oficera:

– Ognia!

Młody żołnierz w obiektywie aparatu Charliego zmrużył oko i pociągnął za spust. Wybałuszył oczy zaskoczony hukiem wystrzału.

Charlie starał się utrzymać go w kadrze, uchwycić niepowtarzalną intymność całej tej sceny, ale kakofonia dźwięków towarzyszących szturmowi stawała się nie do zniesienia. Opuścił aparat. Spojrzał na plac ze złudną nadzieją, że żołnierze strzelali gumowymi albo innymi mniej śmiercionośnymi pociskami przeznaczonymi do zapanowania nad tłumem.

Okrzyki przerażonych i konających ludzi rozwiały tę nadzieję i potwierdzały przerażającą prawdę.

Żołnierze otworzyli ogień ponownie. Jeszcze długą chwilę w uszach pobrzmiewał ogłuszający huk wystrzałów. Ze swojego punktu obserwacyjnego na latarni Charlie widział wyraźnie totalny chaos. Zdezorientowany tłum, niepewny, w którą stronę uciekać, natykający się wszędzie na mierzących do niego żołnierzy, kłębił się bezładnie i wreszcie ruszył pędem we wszystkich możliwych kierunkach.

Charlie uświadomił sobie, że ma pewnie nie więcej niż dziesięć sekund, żeby ucieczką ratować własne życie. Zdawał sobie jednocześnie sprawę, że jest tu jedynym zachodnim dziennikarzem i musi udokumentować dzisiejsze tragiczne wydarzenia. Zrobił kilka zdjęć zdezorientowanego tłumu, a potem zbliżenie zakrwawionej kobiety o twarzy oszalałej z niedowierzania i przerażenia, ciągnącej po ziemi ciało niedającego oznak życia mężczyzny. Potem zdjęcie dziecka – potykającego się, padającego i deptanego. I jeszcze zdjęcie starszego mężczyzny w turbanie, trafionego w pierś, lecącego na ziemię niczym marionetka, której odcięto sznurki.

Uchwycił też Bykowa przeciskającego się przez tłum demonstrantów. Choć widział go tylko w obiektywie aparatu, czuł, z jaką wściekłą determinacją i siłą woli Bykow próbuje dotrzeć do żony i syna.

Zmienił ogniskową i w ujęciu panoramicznym też próbował ich odnaleźć. W pewnej chwili błysnęła mu stalowoniebieska chusta Danielli. Tuliła do piersi syna i z wykrzywioną z przerażenia twarzą wołała:

– Aliszer! Aliszer!

Nagle zniknęła z jego pola widzenia. Przesunął obiektyw i dostrzegł ją na nowo. Leżała na ziemi z nienaturalnie skręconym tułowiem. Nie widział na jej ciele żadnego śladu rany postrzałowej, ale nie dostrzegał też żadnych oznak życia. Leżała całkiem bez ruchu.

I wtedy zauważył chłopca. Syn Bykowa spoczywał pod matką z szeroko otwartymi ustami i oczami skierowanymi ku niebu.

Charlie przestał robić zdjęcia; patrzył tylko przez obiektyw, próbując zrozumieć, co się dzieje.

Kiedy w polu widzenia ukazała się przerażona twarz Bykowa, wszystko stało się jasne. Bykow wziął na ręce żonę i syna. Teraz Charlie zobaczył czerwoną plamę na białej koszuli Bykowa. To była krew jego bliskich.

– Nieee! – wykrzyknął Bykow, przyciskając do piersi żonę i syna.

Charlie nie mógł tego dłużej znieść. To było zbyt intymne, zbyt groteskowe, zbyt przerażające. Oszołomiony opuścił aparat i pomyślał o swojej żonie. I swoim nienarodzonym synu.

Musiał stąd uciekać. I to szybko.

Ześlizgnął się na ziemię. Żołnierze szli przez plac, bez przerwy strzelając. Szybko się zbliżali.

Obejrzał się i dostrzegł drzwi ratusza miejskiego, za którymi wcześniej zniknęła Julie. Dzieliło go od nich pięćdziesiąt metrów. Musiał tylko przedrzeć się przez ogarniętych paniką ludzi, którzy tratowali się wzajemnie, szukając schronienia.

Przewiesił aparat przez ramię i rzucił się w bezładną masę, torując sobie w niej drogę. Nagle poczuł, że biegnący w popłochu tłum przewraca go na ziemię. Czyjeś kolano trafiło go w podbródek. Zabłąkany łokieć uderzył go w skroń. Charlie stał na czworakach; aparat wisiał mu na szyi.

To nie żołnierzy powinien się w tej chwili najbardziej obawiać, tylko przerażonego tłumu, kilka chwil wcześniej zjednoczonego w swej nienawiści do reżimu, a teraz sprowadzonego przez ten reżim do najniższej formy człowieczeństwa, do rozpaczliwej, samotnej walki o przetrwanie. Próbując się pozbierać i wydostać z tej ludzkiej ciżby, zauważył leżącą na ziemi dziewczynkę, która znalazła się w takim samym jak on potrzasku.

Jakimś cudem, w panującym dookoła chaosie, ich spojrzenia zdołały się spotkać.

Pomóż mi – zdawały się mówić jej oczy.

Popychany i kopany, na czworakach, z trudem do niej dotarł.

Kiedy wziął ją na ręce, zaczęła krzyczeć i drapać go. W jej wielkich brązowych widział zaskoczenie. Była śliczną, ośmio-, może dziewięcioletnią dziewczynką, na tyle dużą, że nosiła już chustę. Ale jasnoniebieska chusta – teraz upstrzona plamami krwi – zsunęła się z jej głowy, a długie czarne włosy rozsypały się w nieładzie. I wtedy spostrzegł, że dziewczynka została trafiona w klatkę piersiową. Otwierała i zamykała usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale z jej gardła nie dobywał się żaden dźwięk.

– Wszystko będzie dobrze, skarbie – powiedział po uzbecku.

Tłum rozstąpił się na tyle, że zdołał dostrzec ratusz. Drzwi, wciąż otwarte, zapraszały do wnętrza.

Podniósł się z ziemi, z ranną dziewczynką na rękach, z aparatem fotograficznym zawierającym świadectwo tego dnia, przewieszonym przez ramię, i ruszył w kierunku drzwi.

Zrobił zaledwie trzy kroki, kiedy poczuł silne uderzenie z tyłu. Obrócił się i zobaczył wymachującego karabinem żołnierza o posturze atlety. Zdał sobie sprawę, że przed chwilą oberwał po nerkach kolbą karabinu. Żołnierz zamachnął się po raz kolejny. Charlie, próbując ochronić dziewczynkę, instynktownie się skulił i odskoczył w bok. Dzięki temu broń nie trafiła go prosto w czaszkę, a tylko drasnęła policzek. Mimo to uderzenie było na tyle silne, że zobaczył wszystkie gwiazdy.

Upadł na kolana, starając się osłonić dziecko przed ciosami.

Ale żaden cios już nie padł. Wyglądało na to, że żołnierz poszedł dalej.

Od budynku dzieliło go tylko czterdzieści metrów. Dawno już minęły czasy, kiedy błyszczał na stadionie futbolu amerykańskiego uniwersytetu stanowego Ohio, ale mimo kontuzji kolana, która zakończyła jego karierę sportową, wciąż potrafił biegać. Jeśli wtedy pokonywał czterdzieści metrów w cztery i sześć dziesiątych sekundy, to ile czasu zajmie mu to teraz, nawet z ranną dziewczynką w ramionach? Dziesięć sekund? Może dwanaście?

Przytulił dziecko i ruszył sprintem ku zapewniającemu schronienie budynkowi. Byle tylko dotrzeć do drzwi i panującego za nimi bezpiecznego mroku…

Trzy sekundy.

Pięć.

Z każdym krokiem mroczny prostokąt stawał się większy.

Sześć sekund.

Siedem. Osiem.

Już blisko…

Trach.

W pierwszej chwili pomyślał, że musiał naderwać więzadło w kontuzjowanym kolanie. Ale kiedy poczuł piekący ból przeszywający prawą część pleców, zdał sobie sprawę, że został postrzelony.

Przez sekundę, może dwie adrenalina uśmierzała ból i biegł dalej wpatrzony w drzwi. Ale kiedy dzieliło go od nich dziesięć, najwyżej piętnaście metrów poczuł, że wnętrzności pali mu żywy ogień.

Stawiając ciężko kroki na kolejnych płytach chodnikowych, starał się nie dopuszczać do świadomości myśli o rozprzestrzeniającym się po całym ciele trawiącym płomieniu, przekonywał sam siebie, że zajmie się nim, kiedy już znajdą się we wnętrzu ratusza.

I wtedy trafił go kolejny pocisk.

Noga, przeszyta na wylot tuż poniżej kontuzjowanego kolana, ugięła się pod nim, jakby ktoś mu ją odrąbał, i nie wypuszczając dziewczynki z rąk, runął na ziemię.

Poczuł mdłości, a oczy zasnuły mu się mgłą. Leżał zaledwie trzy, może cztery metry od drzwi, ale zdawał sobie sprawę, że ma zupełnie roztrzaskaną nogę. Pozostawało się czołgać.

Ciągnąc ze sobą ranną dziewczynkę, w kilka sekund dotarł do budynku. Zmusił się do nadzwyczajnego wysiłku, sięgnął do klamki i otworzył drzwi.

Powitała go kakofonia jęków i krzyków, a kiedy znalazł się z małą w środku, ujrzał blisko tuzin rannych osób.

Zdezorientowany, z trudem zachowując resztki świadomości, miał niejasne uczucie, że są tu ludzie, którzy pomagają rannym. Zostawił dziewczynkę i skupił się na poszukiwaniu Julie.

Mimo panującego wokół harmideru nagle ją usłyszał.

– Charlie! Charlie!

Ale ton jej głosu nie świadczył o tym, że go zauważyła i poznała. Brzmiała w nim desperacja. Coś jej się stało. I teraz go przywoływała.

Z wysiłkiem, na czworakach, potem czołgając się, przeciskał się pomiędzy leżącymi ludźmi w stronę, skąd dochodził jej głos.

Kiedy do niej wreszcie dotarł, w pierwszej chwili nie zauważył, co się dzieje. Leżała na plecach, z twarzą wykrzywioną z bólu. I wtedy dostrzegł, że ma uniesione kolana i rozchylone uda. Podłoga pod nią była mokra i poplamiona szkarłatem.

Może zaczęła rodzić. I na pewno krwawiła.

– Lekarza – próbował zawołać, ale z jego ust dobył się tylko szept.

– Charlie – usłyszał jej głos. Tym razem w jej intonacji czuł wdzięczność. Zobaczyła go. Dał radę.

Sięgnął do jej dłoni w nadziei, że kiedy ją uściśnie, jakoś sobie oboje poradzą. Kiedy jednak ich palce się spotkały, wszystko zasnuła biała mgła.

Zemdlał.


CZĘŚĆ II
POWRÓT


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Santa Monica, Kalifornia, sześć lat później

Kuchnię wypełniało skwierczenie smażonego bekonu i głośny dziecięcy śmiech, kiedy do środka wpadł sześcioletni Ollie, omal nie przewracając szykującego śniadanie Charliego, a za nim jego trzyletnia siostra Meagan.

– Uwaga, dzieciaki! – Uśmiechnął się. – Tata robi śniadanie. Potrzebuję trochę miejsca, jasne?

– Tato, dlaczego nie jedziesz do Disneylandu? – zapytała Meagan.

– Ponieważ wasza matka dopiero co wróciła z Nowego Jorku i nie widziała was cały tydzień. Ty i Ollie będziecie mogli się nią nacieszyć.

– A ty musisz pracować! – przypomniała mu z hardą miną Meagan.

– A ja muszę pracować – potwierdził, wracając do smażenia.

Julie nie było zaledwie cztery dni, ale dla Charliego trwało to całą wieczność. Przeprowadzili się do Santa Monica prawie sześć lat temu. Znalazł pracę w redakcji „Los Angeles Times”, gdzie zajmował się lokalną polityką. Julie zrezygnowała z pracy i poświęciła wychowywaniu dzieci. Oboje zamienili życie pełne przygód na cichą i spokojną egzystencję na przedmieściach, ale mimo to, ilekroć Charlie nie widział Julie albo dzieci dłużej niż jeden, dwa dni, zaczynał się martwić. Do tej pory nie wybaczył sobie, że tamtego dnia pozwolił Julie samej opuścić plac i nie był u jej boku, kiedy ona i Oliver o mało nie umarli w trakcie porodu. I kiedy tylko sam wydobrzał po odniesionych ranach, poprzysiągł sobie, że nigdy więcej nie narazi swojej rodziny na takie niebezpieczeństwo. A co poza tym udało mu się osiągnąć w Uzbekistanie? Niemal nic. W następstwie tragedii na placu Babura życie ludzi tam stało się jeszcze trudniejsze. Dlatego powiedział sobie, że czas dorosnąć; dosyć prób zmieniania świata, teraz jego całym światem miała być rodzina.

Julie zdawała sobie sprawę, że Charliego zawsze już będzie prześladowało to, co ich spotkało w Uzbekistanie, i z własnej woli poświęciła swoje wzniosłe ambicje na rzecz bardziej „rozsądnego” życia w Kalifornii, ale kiedy teraz leżała w ich łóżku i wpatrywała się w wijące pęknięcia na suficie, uświadomiła sobie, że go obwinia za przepaść, jaka zaczęła ich dzielić. Wiedziała oczywiście, że to nie fair. Nigdy wina nie leży wyłącznie po jednej stronie i w tym wypadku w dużym stopniu przyczyniła się do tego, że się od siebie oddalili.

I jak teraz zbliżyć się na nowo? Zadanie wydawało się tak beznadziejne, że zamiast szukać rozwiązania, Julie próbowała sobie uświadomić, kiedy dokładnie zaczęła powstawać między nimi przepaść.

Czy wszystko zaczęło się tamtego dnia na placu Babura? Nie. Przez pierwszych kilka tygodni w Londynie, kiedy on wracał do zdrowia po odniesionych ranach, a ona dochodziła do siebie po traumatycznym porodzie, byli bliscy sobie jak nigdy wcześniej.

I kiedy Charlie zaproponował, żeby polecieli do Los Angeles, ona nie protestowała. Byli wtedy, praktycznie, bezdomni. Nie mogli wracać do Uzbekistanu, nie mieli też domu ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Wielkiej Brytanii. Ona nie miała w Londynie nikogo, z kim mogłaby porozmawiać – ojciec zmarł rok wcześniej, a matka dogorywała w domu opieki w Sussex – kiedy więc kolega Charliego z college’u, Sal Peretti, zaproponował im, by kilka tygodni „spędzili na Zachodnim Wybrzeżu”, wydało się to im najodpowiedniejszym miejscem do dojścia do siebie.

Wkrótce potem Sal zaproponował Charliemu wymarzoną wprost, dobrze płatną robotę w „Los Angeles Times”. Julie nie pozostało nic innego, jak przyznać, że ułożenie sobie życia w południowej Kalifornii było najsensowniejszą decyzją.

Kiedy jednak wstała wreszcie z łóżka i spojrzała przez okno na palmy rosnące w ich ogródku, zdała sobie sprawę, że to właśnie było pierwszym ustępstwem, które doprowadziło do tego, z czym mieli do czynienia dzisiaj. Wtedy myślała, że Los Angeles będzie tylko przystankiem i w pewnym momencie rozpoczną na nowo pracę za granicą.

Próbowała kilka razy poruszać ten temat z Charliem, ale on pozostawał niewzruszony. Nie zamierzał narażać Julie i dzieci na jakiekolwiek niebezpieczeństwo tylko ze względu na ich zamiłowanie do przygód czy nadmiar heroizmu. Julie uważała, że jest w swoich sądach niesprawiedliwy – wobec ich obojga – ale potrafiła zrozumieć jego stanowisko. Przekonała samą siebie, że on bardziej pragnie tu zostać niż ona wyjechać.

Odpuściła. Dlatego że chciała, by był szczęśliwy, i dlatego że nie miała prawa się skarżyć. Charlie był wspaniałym ojcem i kochającym mężem – mądrym i wesołym, uroczym i oddanym dzieciom, a zarazem wymagającym, gdy zachodziła potrzeba. Co więcej, czuła wdzięczność za to, że udało im się ujść z życiem tamtego strasznego dnia w Andiżanie, że zostali rodziną. A przecież niewiele brakowało, żeby wszystko skończyło się inaczej. I taka właśnie mieszanina współczucia, wdzięczności i poczucia winy nie pozwalała jej mówić otwarcie o narastających problemach małżeńskich.

Na dodatek teraz nadużyła jego zaufania.

Wyszła spod prysznica, położyła na łóżku walizkę i zaczęła się rozpakowywać. Nagle zdała sobie sprawę, że zapomniała usunąć z walizki kwit bagażowy.

To było nieprawdopodobne niedopatrzenie. A może podświadomie zostawiła naklejkę, żeby Charlie ją znalazł i przyłapał na kłamstwie?

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i przewróciła oczami. Stała w różowej bluzce z podobizną Myszki Mickey i szykowała się na wyjazd do Disneylandu. Gdyby oni wszyscy tam na dole, w kuchni, wiedzieli, gdzie była przez ostatnie cztery dni…

Złapała nalepkę i zerwała ją z uchwytu walizki.

Charlie nałożył dzieciom na talerze jedzenie, wyłączył kuchenkę i zerknął na zegarek. Wiedział, że Julie wróciła późno, i pozwolił jej się wyspać, ale dzieci zaraz zaczną się denerwować, a on musiał być w pracy o dziewiątej.

– Jules, wstałaś już? Śniadanie gotowe!

Jak na zawołanie do kuchni wpadła Julie.

– Wszyscy gotowi na wyprawę do królestwa magii?! – wykrzyknęła z entuzjazmem.

Pierwsza dopadła matki Meagan.

– Brakowało nam ciebie! – zawołała, obejmując ją za szyję.

– Mnie was też! – zawtórowała jej Julie, obsypując córkę pocałunkami i stawiając ją w końcu na podłodze.

– A mnie nie – obwieścił Ollie z absolutnie poważną miną. Charlie wiedział, że jego syn chciał w ten sposób powiedzieć, że nie przejął się szczególnie wyprawą matki do Nowego Jorku.

– A nie brakowało ci… Dereka Jetera? – Julie mrugnęła do Charliego i pokazała piłkę baseballową z autografem.

– Rany! – Ollie zrobił wielkie oczy. Rok temu zaczął grać w baseballowej drużynie juniorów i od tej pory uważał się za największego na świecie fana tej dyscypliny. Złapał piłkę i począł wpatrywać się w podpis. – To naprawdę jest autograf Dereka Jetera?

Julie roześmiała się.

– Tak, to naprawdę autograf Dereka Jetera.

– Czy to już jest prezent na urodziny?

– No, nie wiem… – drażniła się z nim Julie. – A jak myślisz?

– Nie!

– A ja? – Meagan ciągnęła matkę za bluzkę. – Mnie też coś przywiozłaś?

Julie pochyliła się i objęła córkę ramieniem.

– Dla ciebie mam obietnicę. Możesz sobie wybrać dowolną rzecz ze sklepu w Disneylandzie.

– Chcę Kaczora Donalda! – To była jej ulubiona postać z kreskówek.

– Pluszaka czy mechaniczną zabawkę?

– To i to! – krzyknęła.

– Zobaczymy. Może Olliemu też pozwolimy coś wybrać.

– Jeśli będzie grzeczny – stwierdziła ze śmiertelną powagą Meagan.

Obserwując żonę i dzieci, Charlie poczuł ulgę. Nareszcie była w domu. Wszystko wróciło do normy. Było tak, jak powinno być.

– No, dobrze, kto jest głodny? – zawołał radośnie.

– Ja! Ja! – Dzieci zaczęły wymachiwać rękami.

– Bardzo proszę – powiedział Charlie, stawiając przed nimi talerze. – Jedna lekko przypieczona grzanka tak-żeby-nie-było-widać-jajka dla księcia Olliego; jeden naleśnik z borówkami i syropem klonowym na maśle dla księżniczki Meagan i angielska owsianka z ciepłym chudym mlekiem dla mojej królowej.

– Jesteś dla mnie zbyt łaskawy, panie – odpowiedziała żartem Julie, kiedy dzieci zaczęły już jeść.

– Powinnaś mnie obudzić w nocy – wyszeptał, całując ją w usta.

Charlie poczuł, jak jej ciało sztywnieje, a w głosie pojawiają się defensywne nuty.

– Lot był opóźniony, potem miałam kłopoty z dojazdem i w domu byłam około trzeciej.

Przyglądał jej się przez chwilę, jakby ledwie ją poznawał. To, co miało być wyrazem tęsknoty, zostało odebrane jak oskarżenie. To nie było podobne do Julie, ale Charlie nie zamierzał o tym dyskutować w obecności dzieci. A może była po prostu zmęczona po długiej podróży?

– Cóż, cieszę się, że jesteś w domu – powiedział. – A teraz siadaj i zjedz śniadanie.

Charlie posprzątał w kuchni, a potem pomógł Julie zapakować dzieci na tylne siedzenie priusa, ostrzegając je jak zawsze przed niebezpieczeństwami grożącymi w miejscu publicznym.

– Pamiętajcie, dzieciaki, że tam jest mnóstwo ludzi i łatwo się zgubić. Wiecie, jak się zachowywać?

Ollie wcale go nie słuchał, za to Meagan, łasa na pochwały, podniosła rękę i zawołała:

– Nie tracić Olliego z oczu.

– Mądra dziewczynka! – Charlie pocałował ją, usadowił w foteliku, zapiął pasy i delikatnie zatrzasnął drzwi. Pochylił się przed oknem Julie i zauważył, że gorączkowo pisze jakiegoś SMS-a.

– Do siostry – usprawiedliwiła się.

– Możesz mi wyświadczyć przysługę? – usłyszał własny głos.

– Nie rozmawiać w czasie jazdy…?

Zignorował to, co – mógłby przysiąc – było ledwie zauważalnym przewróceniem oczami.

– Sprawdziłem informacje o korkach. Na piątce totalny chaos. Jedź ostrożnie. – I dla złagodzenia trybu rozkazującego dodał: – Proszę.

Uśmiechnął się jak kot z Cheshire, czym ją na chwilę rozbroił, i pochylił się niżej, żeby ją pocałować.

– Kocham cię – powiedział na wpół przepraszająco.

– Ja też cię kocham – rzuciła w odpowiedzi, na tyle zdawkowo, że nie mogło mu się to spodobać.

Ostentacyjnie odłożyła blackberry na fotel pasażera, pomachała mężowi i szybko wycofała samochód na ulicę.

Kiedy zniknęli za rogiem, Charlie poczuł budzący się w nim nieokreślony niepokój. Nieświadomie dotknął blizny po postrzale na plecach. Każdego roku, w okolicach rocznicy wydarzeń w Andiżanie, odczuwał tam lekki ból, któremu towarzyszyła refleksja na temat kruchości żywota.

Zirytowany własnymi myślami, przewrócił oczami i starał się odegnać wszystkie niepokoje. Wszystko było w porządku. Pojechali tylko do Disneylandu.


ROZDZIAŁ DRUGI

John Quinn czuł się nagi. Zwykle pod kamizelką fotografa, w kaburze przy pasku nosił les baer 1911 kaliber .45. Solidna, nierzucająca się w oczy broń. Ale Disneyland był zbyt dobrze ochraniany, a prawo w Kalifornii zbyt drakońskie, żeby ryzykować wejście z bronią. Musiał się więc zadowolić śledzeniem szczęśliwej rodzinki wędrującej po parku.

Było południe i przechodzili właśnie z Krainy Przygody do Pogranicza. Quinn był skupiony na obserwowaniu ich, a mimo to zwrócił uwagę na kretyna w kostiumie Goofy’ego stojącego przed sklepem z pamiątkami, pozującego do zdjęć i wykonującego trójpalczastymi dłońmi zniewieściałe gesty. Ciekawe, jak wyglądał gość, który zdecydował się w tak żałosny i poniżający sposób zarabiać na życie. Boże, jak on nienawidził tego miejsca. Wrzeszczące bachory, spasieni jak wieprze ludzie, bezustanny hałas. Rzygać się chciało.

Przypadkiem spojrzał na swoje odbicie w oknie wystawowym i spróbował obiektywnie ocenić swoje przebranie. Miał budowę zapaśnika. Łysinę skrył pod czapką baseballową z wizerunkiem Kubusia Puchatka. Zdawał sobie sprawę, że w jego oczach widoczny był groźny błysk, skrywał je więc za lustrzanymi okularami Oakley.

Udając tatusia czekającego na dzieci, Quinn pomachał ręką do jakiejś przypadkowej rodziny w kolejce górskiej, jakby siedział w niej Quinn junior.

Żadnego Quinna juniora oczywiście nie było. W każdym razie nie tutaj.

Wrócił do obserwacji kobiety. Patrzyła, jak jej syn strzela z wiatrówki na strzelnicy obok kolejki górskiej. Córka szarpała ją za śmieszną bluzkę z Myszką Mickey, jęcząc, że chce pójść gdzieś indziej. Quinn nie słyszał, co odpowiedziała matka, ale z jej gestów wywnioskował, że prosiła dziecko o cierpliwość.

Bogu dzięki, że sam nie miał dzieci. Cóż to za kolosalna strata czasu i energii.

Syn kobiety jeszcze kilka razy strzelił, a następnie wzięła go za rękę i zaprowadziła oboje do sklepu z pamiątkami. Quinn, choć niechętnie, musiał podejść bliżej wejścia, żeby ich nie zgubić, gdyby przyszło jej do głowy opuścić sklep wyjściem z drugiej strony.

Dla osób zajmujących się inwigilacją telefony komórkowe były prawdziwym błogosławieństwem. Za smartfonem można było ukryć całą twarz. Nikt nie mógł cię rozpoznać – zwłaszcza jeśli od czasu do czasu zmieniało się jakąś część garderoby. Dlatego wyrzucił do kosza na śmieci czapkę z Kubusiem Puchatkiem i założył bury kapelusz rybacki, który trzymał zrolowany w jednej z kieszeni kamizelki.

Kobieta na moment odwróciła się w jego kierunku i pomyślał wtedy, że może go zauważyła. Odwrócił się do niej od niechcenia plecami, udając zainteresowanie jakąś stanowczo zbyt drogą pamiątką, i powoli policzył do dziesięciu, zanim znów się obejrzał.

Wychodziła, zdecydowanie w pośpiechu, drugimi drzwiami.

Z obawy, że mógł zostać zauważony, wyszedł tymi samymi drzwiami, którymi wszedł, zamierzając podjąć na nowo obserwację na zewnątrz.

Przez chwilę myślał, że zgubił ją w tłumie otyłych, cudacznie ubranych turystów, ale wkrótce ją wypatrzył. Z dużej, pojemnej torebki wyjęła aparat fotograficzny i zaczęła ustawiać dzieci do zdjęcia.

– No stójcie spokojnie – prosiła. – A teraz uśmiech!

Fotografia była żałosna: chłopiec zrobił zeza i pokazał język, a dziewczynka machała przed sobą maskotką Kaczora Donalda.

– Dajmy sobie spokój – powiedziała kobieta, śmiejąc się i chwytając dziewczynkę za rękę. – Chodź, Ollie. Meagan chce zobaczyć „To mały świat” w Krainie Fantazji.

Quinn ruszył za nimi, zamieniając kapelusz rybacki na kasztanowy daszek przeciwsłoneczny.

Rzeczywiście, pomyślał, mały jest ten świat.


ROZDZIAŁ TRZECI

Charlie przeszedł przez salę redakcyjną, kiwając głową do siedzących przy biurkach kolegów. Był taki czas, kiedy potrafił sobie wmówić, że redakcja „Los Angeles Times” może być znakomitym miejscem pracy. Uczestniczenie w posiedzeniach rady dzielnicy Encino nie było tym samym co włóczenie się w range roverze po zachodnim Afganistanie, ale na początku i to stanowiło jakieś wyzwanie. Przez pierwszych kilka lat tworzył własną sieć kontaktów, poznawał miasto i przyzwyczajał się do zawrotnego tempa dziennikarstwa w gazecie codziennej. Ale tamte czasy już minęły i teraz Charlie pracował rutynowo.

Jednak dziś rozpierał go entuzjazm. Trafił na trop korupcji w szkołach publicznych i właśnie młody komputerowy geniusz z nastroszonymi włosami miał dla niego jakiś smakowity kąsek.

Kiedy Charlie podszedł do jego stanowiska, bawiący się kolczykiem w uchu Mac, nie odrywając wzroku od ekranu monitora, wziął z biurka stos papierów i wcisnął mu w ręce.

– Zdobyłem to, czego szukałeś – powiedział z fałszywą skromnością.

Mac był bystrym dzieciakiem i miał nosa, ale przede wszystkim okazywał się geniuszem, kiedy zachodziła potrzeba dokopania się do jakichś informacji w cyberprzestrzeni. Charlie niechętnie powiedziałby to na głos, ale Mac był w gruncie rzeczy hakerem. Hakerem, który równie dobrze mógłby pracować dla Agencji Bezpieczeństwa Narodowego albo dla Wikileaks, a który chyba nie zdawał sobie sprawy, jak marnuje się tu jego talent.

Charlie przejrzał gęsto zapisane stronice.

– To jest aktualny budżet szkół publicznych? – Nie mógł się nadziwić.

– Szczegółowy, dla całego hrabstwa. Jeśli chcesz wiedzieć, ile college w Beverly Hills wydaje na papier toaletowy, to znajdziesz tu odpowiednią informację.

– Jakim cudem… – Charlie pokręcił głową i się uśmiechnął. – Nieważne, nie chcę tego wiedzieć. Tylko proszę o dyskrecję, dobrze?

– Nie bez powodu nazywają mnie Głębokim Gardłem.

Charlie zachichotał i wrócił do swojego biurka.

– A, słuchaj! – zawołał za nim Mac. – Sal cię szukał.

Charlie poczuł niepokój. Od wielu już lat gazety miały problem z recesją i spadającą liczbą czytelników. Tylko latem zeszłego roku wysłano na przymusowy urlop bezpłatny dwadzieścia sześć osób, a Sal od kilku miesięcy sugerował, że Charlie powinien się wykazać pewną elastycznością, jeśli nie chce, żeby objęła go kolejna fala zwolnień. Charlie wiedział, że Sal przymierzał się do tych cięć już od wczesnej wiosny, i oto minął kwiecień i zaczął się maj.

Czyżby dzisiaj miał być ten pechowy dzień?

Zostawił teczkę na biurku i skierował się do gabinetu Sala. Kiedy wszedł, Sal, z telefonem w dłoni, pokazał palcem, że ma zaczekać, aż skończy rozmowę.

Charlie usiadł na zdezelowanej skórzanej sofie i zaczął przyglądać się wiszącym na ścianach, oprawionym w ramki fotografiom. Jego uwagę szczególnie przykuła jedna: Charlie i Sal w Tybecie, tuż po ukończeniu studiów dziennikarskich. Pojechali tam jako wolni strzelcy, żeby napisać o strajku głodowym robotników, i udało im się, jako jedynym, przeprowadzić wywiad z organizatorem strajku, Zhou Yongiem. Był to nie lada wyczyn dla dwóch dwudziestoczteroletnich chłopaków, a dla Charliego znak, że w przyszłości czeka ich sława. Obaj planowali, że będą ostatnimi zwariowanymi dziennikarzami poszukującymi najciekawszych tematów w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, naprawiającymi krzywdy społeczne, niosącymi światło prawdy na temat zakłamanej i opresyjnej władzy. Ale kiedy wrócili z Tybetu, Sal zaszokował Charliego, zatrudniając się w „Chicago Sun Times”. Przez kilka lat wspinał się po szczeblach kariery menedżerskiej, z czego Charlie nabijał się przy każdej nadarzającej się okazji. Ale po powrocie z Uzbekistanu musiał przyznać, że dobrze jest mieć sprzymierzeńca na takim stanowisku. I choć Sal był teraz jego szefem, nigdy nie traktował Charliego jak podwładnego. Byli przyjaciółmi, a przyjaźń dla nich obu wiele znaczyła.

Sal odłożył słuchawkę, spojrzał na Charliego znad zawalonego papierami biurka i westchnął. Był potężnie zbudowanym, niedźwiedziowatym mężczyzną z gęstymi, krótko ostrzyżonymi, ciemnymi włosami i bebechem o rozmiar większym od paska spodni.

– Mógłbyś zamknąć drzwi?

Charlie już widział, co się szykuje.

– Rozmawiałeś z zarządem?

Sal pokiwał głową.

– Uparli się. Jeśli nie zaczniesz zajmować się poważnymi sprawami międzynarodowymi, nie ma mowy, żebyś dostawał takie wynagrodzenie jak teraz.

– Więc chcą mnie zwolnić…

– Wiesz o redukcjach. Za te pieniądze, które ci płacimy, mogę zatrudnić trzech bystrych chłopaków prosto po studiach.

– I myślisz, że jakieś dzieciaki po szkole mogłyby robić to co ja?

– Posłuchaj – Sal zaczął kluczyć – Wallace miał relacjonować szczyt ekonomiczny w Szanghaju, ale jest zawalony robotą w Libii. Pomyślałem, że to byłaby dla ciebie znakomita okazja. To robota analityczna. Dwa, może trzy tygodnie i jesteś w domu.

Ponieważ Charlie milczał, zniecierpliwiony Sal rozłożył ręce i go ostrzegł:

– Charlie, musisz znowu zacząć jeździć w teren. Masz zbyt wysokie kwalifikacje do roboty, którą teraz wykonujesz.

– Kiedy tu przychodziłem, umawialiśmy się, że…

– To było sześć lat temu…

– Uzgodniliśmy, że mogę zostać w mieście i zajmować się sprawami lokalnymi. Taka była umowa.

Sal pochylił się, oparł brodę na ręce i rzucił Charliemu długie, sceptyczne spojrzenie.

– A co na to wszystko Julie?

Charlie wziął do ręki leżący na biurku spinacz i pstryknięciem wrzucił go do kosza na śmieci.

– Sprawa ciągnie się od dwóch miesięcy, a ty jej o tym nawet nie wspomniałeś?

– Aż do dzisiaj nie sądziłem, że to coś poważnego – odparł Charlie. Jeszcze zanim dokończył, zdał sobie sprawę, jak mało przekonująco to zabrzmiało.

Sal wyprostował się w fotelu.

– Posłuchaj, wiem, co wszyscy przeszliście, ale nie uważasz, że pora zostawić to już za sobą i znów pojechać w świat? Naprawdę nie wydaje mi się, żeby dla Julie to stanowiło jakiś problem.

– Czy ona coś ci mówiła? – Zauważył wahanie Sala, który nie chciał jej wydać. – Co powiedziała?

Sal pochylił się, starając się złagodzić wydźwięk tego, co miał powiedzieć.

– Dajże spokój, Charlie. Kiedy poznałeś Julie, oboje zmienialiście świat. Ona nie jest typem kury domowej… – Omiótł ruchem ręki zawalony papierami gabinet. – A ty nie jesteś stworzony do tego.

– Co ci powiedziała? – nie ustępował.

– Ona się dusi, Charlie.

– Tak ci powiedziała?

– Powiedziała Laurze. A Laura mnie.

Laura była żoną Sala i zaprzyjaźniła się z Julie, więc ta relacja z drugiej ręki wydawała się wiarygodna. A Sala trudno było podejrzewać o manipulację.

Szukając potwierdzenia, Charlie wrócił myślami do dzisiejszego poranka.

Niechęć Julie, sposób, w jaki go potraktowała przy samochodzie… Rzucone od niechcenia „ja też cię kocham”, ruszenie z piskiem opon z podjazdu, jakby nie mogła się doczekać, kiedy straci go z oczu.

Dusi się. Ja duszę swoją żonę.

Sal jeszcze nie skończył. Najwyraźniej miał wiele do powiedzenia i tak czy inaczej zamierzał to z siebie wyrzucić.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.