Powrót zza świata - Wincenty Kosiakiewicz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 135 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powrót zza świata - Wincenty Kosiakiewicz

Jedna z powieści Wincentego Kosiakiewicza (1863–1918) – dziennikarza, pisarza i publicysty katolicko-konserwatywnego. Z powodu trudnej sytuacji materialnej Kosiakiewicz nie podjął studiów, pracował na kolei. Pod wpływem kontaktów z teatrami objazdowymi rozwijał zainteresowania artystyczne. Przy wsparciu znanego mecenasa artystów Dionizego Henkiela opublikował kilka powieści i zbiorów nowel: „Janek”, „Nasz mały”, „Widmo”, „Druty telegraficzne”, a wkrótce porzucił pracę na kolei na rzecz pracy literackiej. Współpracował z „Gazetą Polską”, „Biblioteką Warszawską”, „Kurierem Codziennym”, „Kurierem Warszawskim”, „Tygodnikiem Ilustrowanym”, „Ateneum”, „Krajem”, „Słowem”, „Światem”. Dużo podróżował. Angażował się w działalność antysocjalistyczną. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Powrót zza świata - Wincenty Kosiakiewicz

Fragment ebooka Powrót zza świata - Wincenty Kosiakiewicz




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

– Jeszcze jeden pocałunek, ostatni z ostatnich. Są już oboje w przedpokoju. „Do widzenia” – szepce Flor z czułym naciskiem. Miękko, ale swobodnie odpowiada mu Joasia: „Do... Flor stoi przy drzwiach, Joasia odsunęła już zasuwkę zatrzasku, a on jeszcze nie wypuszcza z krzepkiego uścisku swej ręki delikatnych i pracowicie pielęgnowanych jej paluszków. Joasia się uśmiecha. Znosi ona z rezygnacją bujność pieszczot tego chłopca, świeżego, jak wiosna. Wszak tu idzie o rolę! o nową, wielką rolę w sztuce, o której już teraz jest głośno. A czego dla roli, zwłaszcza dla takiej roli, nie zrobi aktorka, którą ze stanowiska, nigdy nadto mocnego, spychają współzawodniczki młodsze, piękniejsze, zdolniejsze, i podlejsze?! Joasię ta rezygnacja niewiele zresztą kosztuje, Flor ma bowiem sposób kochania młody, uściski jego są prawie pierwsze, prawie niewinne, a z zapachem rozgrzanych zmysłów jego przenika do atmosfery, otaczającej ich miłości, coś z poezji, coś, co ma skrzydła i wyprowadza gdzieś w górę ponad nędzę rzeczywistości. Joasia to lubi. Wolałaby, swoją drogą, mniej szorstkie, więcej delikatne dotknięcie jego ust, a zwłaszcza rąk, które na jej białej, matowej, hennerowskiej skórze zostawiają czerwone ślady, a nieraz i sine wspomnienia. Edukuje wprawdzie go trochę w tym kierunku, ale uczeń to mało pojętny. Trzeba by stosować do niego system kar, coraz to surowszych, w miarę potrzeby – a na to za wcześnie.

Na progu, w drzwiach już otwartych, jeszcze jeden pocałunek, ten – ostatni. „Do wieczora” – mówi Flor z upojeniem. „Więc o ósmej” – odpowiada Joasia tonem bliższym przypomnienia, aniżeli czułości. Flor powtarza, rozanielony ciągle: „O ósmej” I pragnie jeszcze jednego pocałunku, ostatecznego z ostatecznych Ale na schodach słychać stąpania. Joasia się cofa z uśmiechem, przyrzekającym dalszy ciąg rozkoszy po krótkiej przerwie. Flor decyduje się więc, wobec zamkniętych już drzwi, zstąpić ze schodów. Czyni to bez pośpiechu, a ponieważ pamięta o obowiązku obserwacji, jaki ciąży na twórcach, zastanawia się zaraz nad tym, dlaczego krok jego, choć młody, jest tak powolny? „Jest to krok ludzi szczęśliwych – myśli. – Gorączka pośpiechu znamionuje brak równowagi w duszy. Świat współczesny nie dlatego się tak ciągle śpieszy, że ma więcej do roboty, aniżeli poprzednie światy, lecz, że jest mniej od nich szczęśliwy. Bogowie Grecji w wolnym tempie przechodzili od rozkoszy do rozkoszy”. Po czym, sięgnąwszy do skarbca literatury, zawołał do siebie: Das Leben ist doch schön.

Joasia tymczasem położyła się na szezlongu w usposobieniu mniej podniosłem. Nie była w stanie oddać się całkowitej radości z posiadania nowej roli, dziesięcioarkuszowej roli, wierszem trzynastozgłoskowym, roli Alcesty w „Powrocie zza świata”. Tę rolę ma, posiada, umie ją na pamięć, studiuje ją z autorem od miesiąca, i w pismach ukazało się o tym kilkanaście już wzmianek. Ale do szczęścia brak jej małej formalności: rolę dostała od autora, urzędowego rozdawania ról jeszcze nie było, a dyrektor milczy, jak pień, choć parokrotnie usiłowała go sprowokować... Wydaje się jej nie dość tego, że ma autora za sobą. Flor jest może genialnym poetą?! Tak jej mówią Najmłodsi, którzy tyle hałasu umieli podnieść wokoło „Powrotu zza świata”, i tak ją zapewnia sam Flor. Ale Joasia pamięta o tym, że to jest pierwsze jego zetknięcie z teatrem. A teatr – trzeba znać, mój Boże... Przy tym Joasia posiada w temperamencie swoim zmartwienie łatwe. Krytyk Niezdarski, jeden z tych, którzy niemało się napocili, aby jej zrobić stanowisko na scenie, mawiał, że ona się martwi chętnie. Istotnie, należy ona do typu pesymistów, którzy zwlekają z radością aż do chwili, gdy wszystkie bez wyjątku szanse staną po ich stronie. I żyją w stałej obawie przykrej niespodzianki. Książę Miecio powiedział jej raz trafnie: Tu es une amante triste... Joasia pewno by się z tego wyleczyć nie mogła, choćby i pragnęła, bo takie usposobienie jest najczęściej karą, którą nosimy w sobie za głębszy jakiś błąd życia. Ale ona raczej przechwalała się swoim brakiem zdolności do radości. Zdaje się jej, że zna równie dobrze życie, jak i teatr i mniema, że jedno do drugiego jest bardzo podobne, a jedno tyle warte, co i drugie.

W ciągu dnia otrzymała wiadomość, która ją pokrzepiła. Flor poszedł, instynktem wiedziony, po obiedzie, do teatralnej kawiarni i spotkał się z dyrektorem, który powiedział mu, że „od miesiąca za nim goni”, i że czas obsadzić sztukę. Flor zapewnił go, że obsada jest od miesiąca gotowa i zaraz na stojący mu tę obsadę wyrecytował. Dyrektor grzecznie zapytał, czy to jest już ostateczne? Flor odrzekł na to: „Ja myślę”. W istocie niemało się nad tą sprawą napracował zarówno z Joasią, która nie szczędziła mu dobrych rad, starając się pozyskać najwięcej ról dla tych, co mieli dla niej w teatrze prawdziwą, czy obłudną życzliwość, i nie myśląc przy tym ani odrobiny o interesie sztuki lub autora, jak i z Najmłodszymi, neoklasykami, odrodzicielami kunsztu dramatycznego przez powrót do tradycji greckich, którzy w kawiarni „Pod Nieskończonością” (tam się ci tradycjonaliści zbierali przez powszednią ironię losu) długie nad obsadą „Powrotu zza świata” odbywali dyskusje, forytując tych aktorów, którzy możliwie największa ilość klas spędzili w przymusowym kulcie łaciny i greki. Dyrektor odrzekł na zapewnienia Flora z całą swobodą: „Doskonale!” – pomyślawszy sobie przy tym, że takiego młodego szpaka nietrudno będzie nauczyć jakiej się podoba ptasznikowi melodii. Więc naznaczył mu tylko schadzkę na jutro, bo trzeba przecież pogadać o sztuce. Dyrektor był niegdyś złym aktorem na scenie, po czym przeniósł działalność swą aktorską w życie, uważając, że tu jest znacznie mniejsza konkurencja i że tu potrzeba daleko mniej talentu do powodzenia. Z minimum sztuki i względów też zmieniał swój ton sto razy w ciągu dnia, w zależności od tego, z kim mówił, i coraz to inaczej traktował te same osoby, w stosunku do zmian w ich sytuacji, nie kierując się nigdy niczym innym, oprócz swego prostego, nagiego, ordynarnego interesu chwilowego. W cynizmie i ironii nawet nie znajdował żadnego upodobania i tylko w razie potrzeby się nimi posługiwał, interesownie i bez żadnego artyzmu.

Flor natychmiast po rozmowie z dyrektorem podleciał do telefonu i zadzwonił Joasi nowinę: „Sztuka już obsadzona ostatecznie. Właśnie dokonałem tego przed chwilą z dyrektorem. Jutro narada nad innymi, ostatnimi szczegółami!”... Nie miał on na myśli uspokojenia Joasi, bo te niepokoje nie były mu pokazywane. Joasia uważała za mądrą politykę traktowanie roli Alcesty jako swej osobistej własności i strzegła się naruszyć we Florze dumnej, a nieco naiwnej jego pewności w kwestii praw autorskich. Pragnęła wytworzyć w nim najgrubszy możliwie grunt pewności siebie. Uzbrajała go w ten sposób do walki za nią innym, oprócz miłości jego do niej, orężem, na wypadek, gdyby walka o Alcestę była potrzebną.

Teraz więc Joasia odetchnęła i wzięła w rękę rolę z głęboką miłością, jaką się ma do przedmiotów drogich i koniecznych, a dopiero po długiem utęsknieniu otrzymanych do użytku.

Ale w chwilę potem przyszedł do niej Filipko, kolega teatralny, zwany popularnie Fipką, i cały ten błogi, a tak rzadki u Joasi nastrój doszczętnie zepsuł. Należeli oni do jednego naturalnego stronnictwa niezadowolonych, które powstaje samorzutnie w każdym ludzkim społeczeństwie, gdzie są pokrzywdzeni, lub choćby tylko zawiedzeni. One to, stronnictwa te, wywiązują nastroje tak krytyczne dla tych, co stoją na wyżynach powodzenia, i sprawiają prędkie i często nagłe upadki wszystkiego, co szansą a nie siłą się utrzymuje. Fipka, po krótkich i przypadkowych tryumfach, odsunięty do dalszych szeregów, żył w ciągłym i tragicznym niemal strachu przed życiem. Lada moment oczekiwał dymisji i wysilał się na ratowanie swej pozycji przez subtelne, imaginacyjne i bezpłodne intrygi. Aby utrzymać ciągłość stosunków z teatralnym światkiem, który od niego stronił instynktownie, jako od istoty bezużytecznej a mogącej lada moment zażądać usług, rozpowszechniał w stronnictwie niezadowolonych wieści tajemnicze a zawsze nieprzyjemne. Miał jakby dar zdobywania fatalnych informacji i stawał się ich pierwszym gońcem dla tych, którym mogły zepsuć życie. I, niby tchórz w momentach niebezpieczeństwa, zatruwał złymi odorami i tak już mało wonną atmosferę teatru. Fipka był komikiem w swych kreacjach. Ten i ów z kolegów, odetchnąwszy na moment powierzam jego duszy i uderzony skowyczącym tam strachem życia, mówił mu: „Fipka, mnie się zdaje, że ty jesteś tragik... To Fipkę sugerowało i pokrzepiało nadzieją. Marzył o roli tragicznej. W sztuce Floriana nie sposób było mu jej wyrobić jednak, choć Joasia za nim parę razy przemawiała, ponieważ Fipka otrzymał wychowanie handlowe i neoklasycy słyszeć o nim nie chcieli.

– Wiesz już nowinę? – rzekł Fipka od progu, rozstrojony (był takim zawsze) i ziejący robionym oburzeniem.

– Co za nowinę? – pyta Joasia, owładnięta natychmiast przez niepokój.

– Cóż?! rolę Alcesty dali, naturalnie, Nieciemskiej.

Ta młodziutka, śliczniutka, głupiutka i bardzo przebiegła aktoreczka uchodziła za kochankę dyrektora.

Joasia osłabła najpierw, potem nabrała prędko sił i nie słuchając dalej Fipki, zaczęła wymyślać nieobecnemu dyrektorowi słowami tak energicznymi, że nie poznałby jej w tej chwili żaden z bywających u niej znajomych i przyjaciół z literatury, prasy i „świata”. Żądała ona bowiem od nich form dobrych i miała sama dużo smaku w przestrzeganiu granicy, oddzielającej inteligentny wybryk języka a choćby gestu od nieopłaconej niczym brutalności. Ale tu szło o rolę, a więc o rzeczywistość i o poezję, o teraźniejszość i przyszłość, o stanowisko, o życie aktorki. Wobec tych rzeczy staje się taką, jaką się jest, nagą. Tym bardziej, gdy patrzą na to tylko teatralne oczy z tego rodzaju nagością otrzaskanego kolegi. Czas jakiś dawała więc sobie szczerą folgę. A Fipka przyświadczał tej jej piosence, grającej unisono z dźwiękami jego duszy, i dogadywał: „Widzisz... widzisz...”.

Ale uspokoiwszy się nieco, Joasia poczęła pytać Fipkę o bliższe informacje i wtedy się pokazało, że informacji nie miał Fipka w ogóle żadnych. Role nie były wcale jeszcze rozdane. Nieciemska do nikogo się nie odzywała z żądaniem Alcesty. I cała historia sprowadzała się do przypuszczenia, wyrażonego przez starą jakąś aktorkę, że komuż by ten stary rozpustnik dał tak świetną, chociaż wierszem napisaną, rolę, jeśli nie swej nałożnicy?!

Wtedy Joasia wybuchnęła nowym oburzeniem, tym razem na Fipkę, nie, mogąc mu darować tego najpierw, że ją tak nastraszył bez powodów, a potem, że była tak głupia, iż go nie wysłuchała dokładnie i odsłoniła się w swej moralnej nagości, tak kompletnie bez potrzeby.

Powiedziała mu więc po prostu:

– Idź do diabła!

I nie chciała z nim więcej gadać.

Gdy została sama i wykipiała z reszty gniewu na niego i siebie, zaczęła znowu wątpić. Radosny nastrój, jaki przepełnił ją pod wpływem telefonicznej wiadomości od Flora, nie powrócił już, niby ptak spłoszony a pierzchliwy. W usposobieniu melancholijnym wyczekiwała przyjścia Flora, aby od niego dowiedzieć się w końcu, że wszystko, czym jej dusza dziś była tak głęboko poruszona, zarówno ból i gniew, jak i radosne uniesienia, były jakimś oszukaństwem i igraszką losu, że nic na pewno nie jest ustalonym jeszcze, i że za długo, doprawdy, coś złowieszczego, nad nią zawieszonego, a mającego wpływ na jej dolę, morduje ją torturą niepewności.

Flor jednak o niczym z tego wszystkiego nie wiedział i nic a nic jej nie rozumiał. Nosił on się od pewnego czasu z myślą wspaniałą, którą właśnie dziś postanowił wypuścić na próg urzeczywistnienia.

Jego obecnie jedyną, a głęboką troską były braki poważne, jakie zaobserwował w wykształceniu Joasi. Wiele, doprawdy, jej niedostawało w ogólności, ale pod względem klasycznych dyscyplin była to po prostu tabula rasa. Przechodząc z nią rolę Alcesty, miewał Flor dla niej prawdziwe wykłady historii, literatury i archeologii starożytnej. Ledwo wypoczęli po uściskach, już miał do powiedzenia Joasi coś pożytecznego, mającego czasem związek z „Powrotem zza świata”, a coraz to częściej takiego związku nie mającego. Namawiał ją, żeby uczyła się łaciny i greki, tłumaczył, że to będzie konieczne dla niej, jako dla aktorki, ponieważ za lat parę klasycyzm ogarnie scenę bezwzględnie, i układał z nią podróż do Rzymu i Aten. Joasia słuchała tego czasem inteligentnie, czasem roztargniona, czasem pieszczotliwie, nie przywiązując do słów jego wielkiej wagi i nawet nie podejrzewając, iż ją mają. Tuliła się czasem do Flora, szepcąc: „Joasia będzie się uczyła po łacinie i po grecku, a pan profesor będzie ją stawiał do kąta...”. Ale w głębszy sposób ze wszystkich tych projektów brała tylko plan podróży do Aten i do Rzymu.

Dziś właśnie Flor przyniósł w kieszeni gramatykę łacińską i ułożył sobie rozpocząć z Joasią lekcje bez zwłoki. Joasia jednak podniosła na niego zdziwione oczy i rzekła:

– Co? ja? po łacinie? Na co?...

Flor się zdziwił jeszcze więcej, bo mu się wydawało, że to było między nimi zupełnie już ułożone. Dotknięty do żywego i nie umiejący sobie zdać sprawy z otrzymanego przytyka, umilkł, schował gramatykę łacińską do kieszeni i nie podnosił tej sprawy. Joasia innego dnia, przy większej równowadze ducha, z pewnością znalazłaby się bardziej inteligentnie w obliczu gramatyki łacińskiej, jakkolwiek wykluczoną musi być z zasadniczych względów wszelka zażyłość między tymi dwiema istotami. Dziś była zbyt zdenerwowaną. Tym się zabezpieczyła od dłuższej wizyty Flora, który wcześnie wrócił na łono neoklasyków, do knajpy „Pod Nieśmiertelnością”, uniewinniając Joasię z jej szorstkiego i dziwnego: „na co?”, i nie utraciwszy jeszcze nadziei wprowadzenia jej w świat klasyczny, gdzie wszystko jest tak wyraźne, proste i mocne.