Powieści dla moich przyjaciół - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 182 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Powieści dla moich przyjaciół - Zuzanna Morawska

Zbiór, wydany w 1892 roku, zawiera dwie powieści Zuzanny Morawskiej: „Ciężka dola” oraz „Pamiątka”. Zuzanna Morawska (1840–1922) była polską pisarką dla dzieci i młodzieży, działaczką oświatową. Jej utwory odznaczają się wysoką wartością pedagogiczną. W latach 1886–1898 prowadziła z W. Rafalską tajną pensję pod nazwą Szkoły Rzemiosł. W 1905 roku została aresztowana i więziona do 1906 roku. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Bluszczem”. Autorka powiastek dla małych dzieci: „Z życia małych dzieci”, „Nasi znajomi”, „Lalka panny Gosi” oraz poczytnych powieści historycznych dla młodzieży: „Wilcze gniazdo” (1885), „Giermek książęcy” (1890), „Jerzy Jaszczur-Bażeński” (1898), „Król kurkowy” (1899), „Na zgliszczach Zakonu” (1911), „Rotmistrz wybraniecki”, „Złota ostroga” (1901), „Na posterunku”, „Nigdy”, „Waterloo”, „Na straży” (1917). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Powieści dla moich przyjaciół - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Powieści dla moich przyjaciół - Zuzanna Morawska






Spis treści

  1. CIĘŻKA DOLA
  2. ROZDZIAŁ I Rzucone słówko
  3. ROZDZIAŁ II Przyjacielska rada
  4. ROZDZIAŁ III Stary domek w nowej szacie
  5. ROZDZIAŁ IV Wielki magazyn towarów
  6. ROZDZIAŁ V Niespodziewana wiadomość
  7. ROZDZIAŁ VI Dziadunio i wnuczka
  8. ROZDZIAŁ VII Grom z jasnego nieba
  9. ROZDZIAŁ VIII Ustąpił
  10. PAMIĄTKA
  11. ROZDZIAŁ I Wyjazd na święta
  12. ROZDZIAŁ II Na popasie
  13. ROZDZIAŁ III Zasadzka
  14. ROZDZIAŁ IV Uratowani
  15. ROZDZIAŁ V W domu
  16. ROZDZIAŁ VI W pokoju dziadunia
  17. ROZDZIAŁ VII Michaś
  18. ROZDZIAŁ VIII Niespodziewane spotkanie
  19. ROZDZIAŁ IX Opiekun Michasia
  20. ROZDZIAŁ X Smutne odkrycie
  21. Kolofon

CIĘŻKA DOLA


ROZDZIAŁ I

Rzucone słówko

– No, panie Łubek, ten wasz dom, to codziennie mniejszy! Kurczy się i kurczy, a wkrótce zupełnie wlezie w ziemię! – odezwał się po niemiecku Hans, bogaty mieszczanin gnieźnieński, do siedzącego przed niskim domkiem, przy ulicy Farnej, staruszka.

– Ha, prawda – odpowiedział mu tenże po polsku – przy waszym domu, panie Hansie, mój jest malutki, ale to już teraz taki obyczaj, że co nowe, to się puszy i nadyma, a co stare, siedzi cicho, skulone, ale bodaj, czy nie dłużej tego starego niż nowego.

– Ho, ho, gadanie, panie Łubek, aby gadać, ale sami musicie przyznać, że nasze nowe budynki daleko są piękniejsze od waszych niskich i pogarbionych domków – rzekł Niemiec i pyknął z fajeczki.

Łubek pociągnął także z fajki, a potem wypuścił taki potężny kłęb dymu w sam nos stojącemu w dumnej postawie Hansowi, że się ten aż zakrztusił. Splunąwszy więc, zawołał:

– No, co pan Łubek tak dmucha, tu ani dym, ani ciemność wieczorna nie pokryje tych szram, co się na wszystkie strony na waszym domu porysowały.

– Mój panie, jak będę chciał pokryć szramy na moim domu, to zawołam murarzy, nie potrzebuję ich osłaniać dymem – odrzekł Łubek z godnością.

– A ja wam, panie Łubek, powiem, że tych dziur, w waszej nędznej chałupie, żaden już murarz nie zaklei. Pomaże po wierzchu, a gdy przyjdzie pierwszy lepszy deszcz, to wszystko rozklepie, wapno opadnie, a dziura, dziurą zostanie. To zupełna rudera.

– Co wam dziś do głowy przyszło, panie Hansie? – rzekł staruszek, tamując wewnętrzne wzburzenie. – Postawiliście piękny dom, cieszcie się z niego, a nie urągajcie sobie z mojej chudoby.

– Ja się wcale nie urągam, a kpin też nie stroję. Ja, poważny obywatel, nie mam czasu na takie rzeczy, tylko ja wam po przyjacielsku powiadam, że lepiej rozwalcie tę chałupę, bo ona wam runie na głowę, przygniecie i was, i całe wasze bogactwo, i waszą wnuczkę. Łubek zatrząsł się cały; wargi mu zadrżały i przez chwilę, z wielkiego wzruszenia, nie mógł przyjść do słowa, a Hans, nie czekając odpowiedzi, rzucił przeciągłe „auf Wiedersehen” i włożywszy ręce w kieszenie, poszedł z uśmiechniętą i zadowoloną miną.

– Żebyś się zapadł w ziemię, przeklęty Niemcze – zadrgały wreszcie szeptem usta staruszka. A potem, podpierając się drewnianą kulą, bo miał jedną tylko nogę, wstał i dotknął ręką muru swego, rzeczywiście małego i starego domku, a wreszcie zawołał:

– Józiu, Józiu!

Na głos ten ze drzwi sklepowych, które zarazem były wejściem frontowym do domku, wybiegła szesnastoletnia dziewczyna w ciemnej, skromnej sukience.

– Co ci to, dziaduniu? – zawołała, widząc starca, drżącą ręką dotykającego ścian domu.

– Moje dziecko, powiedz mi, czy to prawda, że nasz dom tak porysowany i poszczerbiony na wszystkie strony, iż lada chwila runie nam cały na głowę?

– Ale, cóż znowu! To pewnie Hans dziaduniowi coś takiego powiedział, bo słyszałam ze sklepu, że coś długo rozmawiał.

– A no, Hans, Hans – mówił, trzęsąc się dziadek. – Przypatrz się dobrze, czy tu gdzie na murze są takie dziury.

– Ależ dziur żadnych nie ma, wprawdzie domek nasz wygląda nieświeżo, w kilku miejscach tynk opadł, ale przecież ma zdrową cegłę. O! Niech dziadunio posłucha, przecież gdyby tam gdzie była jaka dziura albo się cegła usunęła, to by zaraz był inny odgłos. – To mówiąc, uderzyła dużym kluczem, który wyjęła zza fartuszka.

– Prawda, ale bo ty niewiele się na tym znasz, a ja niedowidzę – rzekł stary. – Oj, oj, źle się dzieje, byle przybysz, co go niedawno pies przywlókł do naszego poczciwego Gniezna, natrząsa się teraz ze starego, od dziada pradziada osiadłego, mieszczanina.

– Eh, niech dziadunio nie uważa, co on tam mówi. Hans zawsze musi nas czymś niemiłym poczęstować – rzekła dziewczyna i pobiegła do sklepu. Właśnie ktoś wszedł, nie chciała więc ostatniego kupującego przed zamknięciem sklepu pominąć.

Dziadek tymczasem usiadł na ławce i smutnym okiem spoglądał to na wnuczkę, która za drzwiami zniknęła, to na jedyne okno swego domku, które zarazem mieściło całą wystawę niewielkiego norymberskiego sklepiku.

Domek ten rzeczywiście był mały i stary, a jeszcze mniej pokaźnie się wydawał wobec stojącego naprzeciwko wspaniałego, trzypiętrowego, o pięknej bramie i wielkich lustrzanych szybach, domu Hansa.

Bogaty Niemiec dumny był z tego domu, a widok nędznego domku Jakuba Łubka niemiłe widocznie na nim robił wrażenie, bo ile razy koło niego przechodził, spluwał z niechęcią, szepcąc coś do siebie.

Domek Łubka, od strony ulicy Farnej, miał tylko okno i drzwi sklepu. Za sklepem zaś były dwa niewielkie pokoiki, będące mieszkaniem staruszka i jego wnuczki. Lecz ten domek miał od drugiej strony maleńki ogródek, podwórko, wychodzące na wąską uliczkę, przecznicę głównego rynku. I dlatego to przejścia domek Łubka był solą w oku Hansowi.

– Gdyby tak tę ruderę zwalić, można by przeprowadzić ulicę do rynku, a wtedy by każdy widział mój dom, mógłbym w nim założyć piękny sklep i wielkie ciągnąć zyski! – myślał sobie Niemiec, ile razy przechodził koło domu Łubka.

– Te stare grzyby tylko szpecą nam miasto! – mówił do swoich. Hans, spoglądając na całą dzielnicę ulicy Farnej, przy której głównie mieściło się dawne mieszczaństwo polskie. Wszyscy zaś przybysze kiwali uroczyście głowami, a pykając z krótkich porcelanowych fajek, powtarzali uroczyście:

– Ja, ja wohl!

– Gdyby to tak można tę ruderę Łubka kupić za tanie pieniądze, a potem ją rozwalić i dać sobie wolny oddech na rynek – rzekł raz Hans przy piwku do swoich.

– Ja wohl! – powtórzono znowu – aber za tanie pieniądze i trzeba rozważyć dobrze, czy nam się to opłaci.

– Rozważcie więc – odrzekł im Hans – a ja wiem, że posesję kupimy za psie pieniądze.

– Gut, gut! – i na znak zgody szanowni obywatele podali sobie dłonie i pociągnęli piwa z kufelków.

Od tego czasu Hans, ile razy spotkał Łubka, zawsze mu coś o jego domku przykrego powiedział. To dachówka spadła i o mało nie zabiła przechodzącego, to mur od węgła jest tak miękki, iż można by go krajać nożem, jak chleb z bochenka, to rynnę dojrzał odrywającą się, i tak bez końca.

– A jak się rynna oderwie i spadnie komu na głowę, to będzie pan Łubek miał biedę – dodawał zwykle, ostrzegając. – Bo nie każdy będzie miał taki wzgląd na wasze stare lata, jak ja – mówił po przyjacielsku. – Ja, choć mi dachówka o mało ramienia nie przetrąciła, nie poszedłem jednak na skargę.

Tymczasem dachówce ani się śniło spadać, lecz Łubek po każdej rozmowie oglądał domek, posyłał na strych, aby zobaczono, czy czego nie brakuje, a często narażał się na sprowadzanie rzemieślnika i reparację, która najzupełniej nie była potrzebna. I teraz też zamyślił się nie pomału.

– Stary, bo stary ten domek, ja go jeszcze po dziadach odziedziczyłem... ale nie ma pieniędzy na gruntowną reparację... Sprzedać go przecie nie mogę, bo i gdzież byśmy się podzieli – mówił do siebie starowina. – A jak nam na głowę się zwali... oj, mnie tam już do mogiły, ale to biedne dziecko – wzdychał myśląc o Józi. – Toć jej dopiero na świat, a jedyna to moja pociecha... – I spuściwszy głowę, smutno się zadumał.

– Pójdźcie, dziadunio, do pokoju, chłód jakiś wieje – rzekła Józia, wybiegając ze sklepu. – A i sklep trzeba już zamknąć, potem musiałby dziadunio obchodzić całą ulicę, żeby się dostać do domu – dodała.

– Prawda, moje dziecko – rzekł dziadek i z trudnością powoli podnosił się z ławki, tak go smutek przygnębił.

– Wiesz co, moja Józiu – rzekł, spoglądając znów na mury swego domostwa – trzeba będzie jutro sprowadzić Mikołaja, wiesz, tego murarza, niech dobrze obejrzy, a jeżeli tam co grozi naszemu domkowi, niech go podeprze.

– Dobrze, dziaduniu, powiem stróżowi, żeby szedł jutro, jak świt, do Mikołaja – rzekła dla uspokojenia dziadka, wiedziała bowiem, że dom był niedawno oglądany, nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, a cechy starości żaden murarz na świecie mu nie zdejmie.

Dziadek westchnął jeszcze kilka razy i powoli, oglądając się i próbując, to nogą, to kulą, schodków, to dotykając drzwi, dał się wreszcie poprowadzić na spoczynek.

Józia tymczasem, spoglądając, czy wszystko jest w porządku w sklepie i pilnując zamknięcia, myślała sobie:

– Co ten Hans ma w tym, że tak ciągle niepokoi dziadunia?

Sprytna jej główka jednak nie mogła się domyśleć podstępu, jaki tkwił w całej gadaninie Niemca.


ROZDZIAŁ II

Przyjacielska rada

Józia była rzeczywiście prawdziwą pociechą Jakuba Łubka, z dość licznej rodziny została mu ona tylko, a była córką jego córki. Niegdyś, lat temu siedemnaście, wydał on tę córkę za Krzaczkowskiego, nauczyciela gimnazjum w jednym z nadgranicznych miast Królestwa Polskiego. Łubek cieszył się szczęściem córki, lecz w rok potem Krzaczkowskiego przeniesiono w bardzo dalekie strony, żona z maleńką Józią nie mogła mu towarzyszyć, a w kilka miesięcy odebrała wieść, że mąż nie żyje. Nie mając co robić w obcym mieście, Krzaczkowska z Józią, nie mającą jeszcze roku, powróciła do rodziców, do Gniezna. Łubek serdecznie przywiązał się do wnuczki, zdawało się nawet, że od chwili jak ta mała dziecina ożywiła maleńkie pokoiki przy ulicy Farnej, jaśniej się w nich zrobiło, a w sklepie przybyło kupujących. I rzeczywiście interesy sklepowe lepiej szły teraz, aniżeli przez ten czas, gdy Łubek miejsce wydanej za mąż córki płatną pomocą musiał zastąpić. Józia, w miarę jak podrastała, była pomocą dziadkowi i matce. Wreszcie zaczęto ją uczyć, widząc jednak, że Józia nie miała zbyt wybitnych zdolności do nauk, nie kazali jej gwałtem ich sobie zdobywać.

– Józia jest sprytna dziewczyna, ale w każdym razie nauką nie zdobędzie sobie chleba – mówił dziadunio. – A zresztą, te nowomodne nauki... i nie kończąc myśli, kiwał zwykle ręką z lekceważeniem.

– Ja też nie myślę Józi zbyt wysoko kształcić – odpowiadała mu pani Krzaczkowska – a za to przyuczać ją będę do umiejętnego obracania się w sklepie, różnych robótek i porządnego prowadzenia gospodarstwa.

I jak mówiła, tak i czyniła. Józia do jedenastego roku nie chodziła na pensję, nie była jednak nieukiem. Mówiła dobrze i pisała po polsku, z rachunkami umiała sobie dać radę, w gospodarstwie zaś domowym i przy sprzedawaniu towarów była tak skrzętna, że wszyscy na nią z podziwem patrzyli. Z historii miała też nie mało wiadomości, bo dziadunio w bardzo obrazowy sposób obznajamiał ją z przeszłością. Gdy skończyła lat jedenaście, zaczęła chodzić na pensję, wybrano jednak taką, gdzie bez przeciążenia pracą kształcono umysły wychowanek. Józia nabyła tam wielu wiadomości, nauczyła się języka niemieckiego i koleżeńskiego życia, mimo więc skromnego zakresu nie była ograniczona, a skrzętność jej i żywość dodawała dziewczynce uroku.

Skrzętność tę i gospodarność bardzo wcześnie musiała biedaczka spożytkować, bo zaledwie zaczęła rok piętnasty, gdy umarła jej matka. Józia bolejąc nad stratą, nie miała nawet czasu żalom się oddawać, bo dziadunio tak był złamany i zbolały, że go trzeba było pocieszać i troskać się o niego jak o dziecko. Od śmierci więc matki Józia musiała zaprzestać chodzenia na pensję, a objęła zarząd domu i sklepu, w czym jej dziadunio dopomagał, siedząc przy kasie i odbierając pieniądze; równa zaś wiekiem Józi sklepowa w obsługiwaniu gości. Kupujących nie brakowało, a zarobek ze sprzedaży wystarczał im na skromne utrzymanie. Powoli więc, mimo smutku i tęsknoty za zmarłą, wracało wszystko do dawnego porządku. Nowa jednak troska zaczęła gnębić mieszkańców starego dworku. Przy ulicy bowiem Farnej, zajmowanej przeważnie przez ludność dawną, polską, przybywało coraz więcej sklepów niemieckich, a ci przybysze, stawiając wielkie kamienice, chcieli zgnębić owe małe, kryjące swoją starość i biedę domki. Widziała to Józia doskonale, czuła zmniejszającą się ilość kupujących, ukrywała jednak, jak mogła, wszystko przed dziaduniem, który coraz smutniejszą przewidywał przyszłość i trapił się, że nic nie mógł zaradzić.

W chwilach, też troski wolał zwykle Józię i mawiał sobie w duszy: „Jeżeli ta moja pociecha nie znajdzie na to rady, to już Niemcy zjedzą nas ze szczętem”. I teraz też, uspokojony słowami Józi, zasnął sobie spokojnie, sprowadzony zaś nazajutrz murarz uspokoił go do reszty mówiąc:

– Tak, dom stary, ale żeby się miał zwalić, daleko mu jeszcze do tego. Ho, ho, panie Łubek, on nie tylko nas, ale i pannę Józefę przeżyje.

Łubek poczęstował tabaką murarza i wynagrodził za fatygę, a pokręcając wąsa myślał sobie:

– Ho, mój panie Hansie, nie dam ja się tak zjeść w kaszy! Chociaż ty wystawiłeś dom pod same niebo, a mój dworek jak ja pomarszczony, damy sobie jednak jakoś radę!

Hans jakiś czas nie zaglądał wcale do Łubka, za to w kilka tygodni po owej rozmowie, przed domkiem pana Jakuba zjawił się urzędnik z magistratu wraz z budowniczym i murarzem Niemcem, którzy z polecenia rady miejskiej od stóp do głów obejrzeli mały dworek, naradzając się długo między sobą. Nie orzekli wprawdzie, że domek grozi zawaleniem, lecz w kilka dni potem Łubek otrzymał nakaz, aby dach na dworku przełożył, rynny dał nowe, w piwnicy poprawił sklepienie, a cały domek od stóp do głów otynkował i pobielił.

– Józia – przeczytaj no to wszystko – zawołał stary, podając jej otrzymany rozkaz.

Józia przejrzała pismo i mimowolnie twarzyczka jej posmutniała.

– Czytaj głośno, bo to tam po niemiecku, to może nie wszystko zrozumiałaś – rzekł dziadek.

Józia mówiła i rozumiała dobrze po niemiecku, zrozumiała więc i owe pismo, uczyniła jednak zadość żądaniu dziadka.

– A co? Czy ty rozumiesz teraz, czego oni chcą od nas? – pytał trzęsąc się Łubek.

– Rozumiem dziaduniu – odpowiedziało dziewczę, siląc się na spokój.

– I cóż ty na to?

– Ha i cóż, trzeba będzie zamówić majstrów i wziąć się do reparacji – odrzekła Józia.

– Tatatata! Zamówić majstrów i wziąć się do reparacji! – wybuchnął dziadek. – Ot to mi rada! Tego się, panie, nie spodziewałem – I sapał gniewnie.

– Zamówić majstrów i wziąć się do reparacji! – powtórzył udając głos Józi. – Powiedziała, co wiedziała! Tej dziewczynie się widać zdaje, że ja przybysz jakiś znad Spirei, łatwo dorobiłem się pieniędzy i mogę nimi szastać na upiększenie i ozdobę domu!

I burzył się, i szumiał dziadunio, który mimo szczerego przywiązania do wnuczki, w chwilach złego humoru cały gniew spędzał na nią.

Józia milczała składając towary do pudełek i sprzątając jak zwykle przed zamknięciem sklepu.

Gdy zaś poprowadziła sapiącego ciągle dziadunia do jego pokoju, ten zawołał łagodniejszym już głosem.

– No, bo czy to jest zdrowy rozum, żebym ja dom tak odnawiał, no powiedz sama.

– Zapewne, dziaduniu, to bardzo kosztowne, ale i cóż robić? Dziadunio wie doskonale, że z magistratem żartować nie można, bo się płaci karę...

– Ale skąd ja wezmę na to pieniędzy, skąd? Skąd? No powiedz, może masz jakie skarby?

Dziewczę milczało chwilę, następnie odezwała się nieśmiało:

– Może by pan Babecki pożyczył.

– Pożyczył, pożyczył! może by i pożyczył, ale skąd oddać? Domek i tak obciążony długiem, z tego sklepu i z ogródka ledwie można wyżyć i opędzić najpilniejsze potrzeby, a tu jeszcze nowa reparacja – zrzędził stary.

– Mamy z zeszłego roku sto talarów oszczędności – wtrąciła jeszcze nieśmiało Józia.

– Sto talarów! Wielki mi kapitał, już ja powiadam, że tym dziewczętom to zawsze pstro w głowie. Żebym ja raz mógł jaką oszczędność zrobić bez jej wiedzy, ale gdzie tam! Sto talarów! Już ją świerzbi ten grosz odłożony, a chciałem, żeby to było dla niej na czarną godzinę, prawda była, chybaby rogi miały i tak by się nie obroniły. Ona teraz je wyciągnie na reparację – mruczał stary na poły do siebie. – Ale i cóż zrobić, trzeba i to naruszyć! Potem może im się zachce, żeby piętro wybudować! A ona zawsze będzie mi doradzała: Trzeba, trzeba, mój dziaduniu! Oj pstro w głowie, pstro!

I zrzędził, i zżymał się stary, a Józia, przywykła widocznie do tego zrzędzenia, nie odpowiadała nic, dziadek też powoli przestał zrzędzić i stroskaną głowę do snu ułożył.

Na drugi dzień wzdychał, był chmurny, nic jednak nie mówił. Józia też zajęła się cichutko pracą w sklepie, której, chociażby nikogo z kupujących nie było, nigdy nie brakło.

– Józia! – zawołał dziadek, w chwili południowej, kiedy kupujących nie było – trzeba posłać po Mikołaja, on przecie swój, to najlepiej doradzi, a też i swoich weźmie do pomocy, przecież Niemcom rąk naplatać nie będę: ba, ba, może oni i tego chcieli.

Przybył więc znowu Mikołaj i rozpoczęło się odnawianie domu, według żądania magistratu. Łubek zrzędził, stękając, wydobywał talary i odnawiał domek, przyglądając mu się z zadowoleniem.

– Stary, stary, to prawda, dawne lata pamięta, ale też i my nie od wczoraj siedzimy w Gnieźnie, a kto spojrzy, to zaraz pozna, że nie żaden przybysz w tym domku mieszka, tylko mieszczanin gnieźnieński, co z dawien dawna ma prawo do tej ziemi.

Gdy jednak Łubek podczas roboty przypatrywał się pracującym, Hans, przechodząc, spoglądał na tę całą krętaninę z drwiącą miną. Kilka razy nawet zapytał:

– To dużo kosztować będzie?

– Ha, będzie, ale co będzie, to będzie! – odrzekł niedbale Łubek.

Hans pokręcił głową i odszedł, widząc niechętnego do rozmowy staruszka. I znowu kiedyś się zatrzymał:

– Czy to warto, panie Łubek, tyle pieniędzy wydawać na taką ruderę?

Łubek zatrząsł się cały, odrzekł jednak, siląc się na spokój:

– Ha, warto, nie warto, ale kiedy magistratowi podobało się, żeby mój stary dom włożył nowy kubrak, to niechaj ustroję go!

– Zawsze i stary, gdy się ogarnie, to przystojniej jakoś wygląda – dodał po chwili Łubek.

– Hm, hm, niby to prawda, a niby i nie – rzekł Hans, siadając na ławce – bo pod tym ogarnięciem zawsze tam zgnilizna. Łubek nic nie odrzekł, tylko się poruszył na ławce, stuknął kulą i po swojemu, cały kłęb dymu w nos Niemcowi wypuścił.

– Wiecie co, panie Łubek – ciągnął dalej po niemiecku Hans – ja bym wam podał jedną radę...

Łubek nic nie odrzekł i palił dalej fajkę spokojnie.

– Gdybym ja był na waszym miejscu, panie Łubek, to bym, do diabła, tę całą ruderę sprzedał...

– Co? – zapytał Łubek przeciągle i takie spojrzenie zwrócił na Hansa, że ten się aż troszkę od niego odsunął.

– A no tak, sprzedałbym – ciągnął niezrażony Hans. – Zapłaciłbym długi i z reszty żyłbym sobie spokojnie.

Łubkowi wargi zadrżały, pohamował jednak wzruszenie, bo nie chciał gniewem wybuchnąć. Starał się nawet być, o ile można, grzecznym dla Niemca, bo wiedział, że Hans zasiadał w radzie miejskiej i jako bogaty obywatel, ma tam głos nie lada, mógł mu więc w niejednym szkodzić. Odezwał się więc ze spokojem, na jaki tylko mógł się zdobyć:

– Mój panie Hansie, nie prosiłem was o radę, a chociaż ona może być wielce pożyteczną, ja jednak za nią nie pójdę. My przyrastamy do miejsca i niełatwo je zmieniamy, bo nam każdy zakątek nie tylko ziemi naszej, ale i domku, w którym żyli nasi ojcowie, jest miłym. My, bo widzi pan Hans, jesteśmy od dawna mieszkańcami tej ziemi, niełatwo nam więc byle gdzie osiąść i przylepić gniazdo do cudzego dachu.

– No tak, tak, to bardzo piękne, co pan mówi, ale to, z przeproszeniem, głupia taka natura, ona nie da chleb! – dodał Hans po polsku. – No, nie sprzedawaj pan, nie, ja radziłem po przyjacielsku, gdy kto nie chce słuchać, sam sobie będzie winien! – I wzruszywszy ramionami, poszedł sobie, mrucząc coś jednak pod nosem i spluwając ze złością, potem zatrzymał się i rzekł:

– Er will nicht, aber er muss!

– Co ten bestia ma w tym za interes, żebym ja dom sprzedał! – rzekł po jego odejściu sam do siebie Łubek. – Ale niedoczekanie jego. – I zamyślił się staruszek.