Portki Odysa - Jan Józef Szczepański - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Portki Odysa - Jan Józef Szczepański

Malownicza opowieść o życiu i przygodach Wicentego, obieżyświata i rodzimego barona Münchhausena z Kasinki Małej. W jego soczystych i barwnych historiach kryje się znacznie więcej prawdy na temat ludzkiej natury, niż tego moglibyśmy się spodziewać. Wkrótce jednak idylla górskiego azylu oraz ostatniej przystani Wicentego zostanie zmącona przez dziejową burzę.

"Dawniej wierzyłem w niebywałe historie Wicentego. Wierzyłem skwapliwie – tak, skwapliwie, oto właściwe określenie – ponieważ bardzo chciałem wierzyć. Nie każdemu zdarza się spotkać romantyczną postać na swojej drodze, toteż kiedy ją człowiek wreszcie spotka, chętnie zamyka oczy na wszystko, co mogłoby zniweczyć nimb niezwykłości i przygody. Jako chłopak wyrastający dopiero z krótkich spodeniek, byłem, jak się to mówi, słuchaczem mało wymagającym, co jest o tyle nieścisłe, że wymagania moje wcale nie były małe; szły tylko w innym kierunku niż wymagania ludzi, dla których życie przestało być czarowną i emocjonującą wyprawą w nieznane. Muszę sobie oddać sprawiedliwość: jeżeli chodzi o te moje ówczesne wymagania, byłem nienasycony. I muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Wicentemu: nikt nie potrafił zaspokoić mojego głodu tak jak on. Poza tym, i to jest najważniejsze, byliśmy przyjaciółmi. W momentach uniesienia przechodził z ceremonialnego »szanowny panie« na »kochany przyjacielu«, a wtedy fakt, że którejś burzliwej nocy zawinął do jednego z chińskich portów na grzbiecie wieloryba, nie wydawał się tak bardzo nieprawdopodobny."

Jan Józef Szczepański

Opinie o ebooku Portki Odysa - Jan Józef Szczepański

Fragment ebooka Portki Odysa - Jan Józef Szczepański





Jak nie powstał pamiętnik Wicentego

Dawniej wierzyłem w niebywałe historie Wicentego. Wierzyłem skwapliwie – tak, skwapliwie, oto właściwe określenie – ponieważ bardzo chciałem wierzyć. Nie każdemu zdarza się spotkać romantyczną postać na swojej drodze, toteż kiedy ją człowiek wreszcie spotka, chętnie zamyka oczy na wszystko, co mogłoby zniweczyć nimb niezwykłości i przygody. Jako chłopak wyrastający dopiero z krótkich spodeniek, byłem, jak się to mówi, słuchaczem mało wymagającym, co jest o tyle nieścisłe, że wymagania moje wcale nie były małe; szły tylko w innym kierunku niż wymagania ludzi, dla których życie przestało być czarowną i emocjonującą wyprawą w nieznane. Muszę sobie oddać sprawiedliwość: jeżeli chodzi o te moje ówczesne wymagania, byłem nienasycony. I muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Wicentemu: nikt nie potrafił zaspokoić mojego głodu tak jak on. Poza tym, i to jest najważniejsze, byliśmy przyjaciółmi. W momentach uniesienia przechodził z ceremonialnego „szanowny panie” na „kochany przyjacielu”, a wtedy fakt, że którejś burzliwej nocy zawinął do jednego z chińskich portów na grzbiecie wieloryba, nie wydawał się tak bardzo nieprawdopodobny.

Przyjaciółmi pozostaliśmy zresztą po dziś dzień, mimo że fantazja Wicentego przywiędła z latami, a moje wymagania, naturalną rzeczy koleją, stały się znacznie bardziej prozaiczne. Dziś nie czerwienię się już z oburzenia i nie zaciskam pięści, kiedy ktoś powie: „Wicenty to stary łgarz!” Skłonny jestem raczej przytaknąć z uśmiechem, z uśmiechem, który trochę jest zdradą, a trochę żalem za tym wszystkim, co straciłem już nieodwołalnie. Bo wina – rozumiem to doskonale – leży wyłącznie po mojej stronie. Gdybym dziś, tak samo jak dawniej, potrafił z szeroko otwartymi oczyma i bez sceptycznego skrzywienia warg słuchać jego opowieści, świat stałby się znów dla nas obu łaskawszy. Wicenty ze steranego emigrancką poniewierką nędzarza przedzierzgnąłby się z powrotem w bohatera kolorowej powieści, a ja z szarego obywatela codzienności – w największego bogacza losu, któremu życie nie uchyliło jeszcze na cal wrót swego skarbca i któremu wolno delektować się bezkarnie nadzieją wszystkich przyszłych zdobyczy. Niestety, nie umiem już tak słuchać, choćbym chciał i chociaż czasami naprawdę chcę bardzo. Trudno. Nie będę nawet próbował wskrzeszać tych naszych dawnych rozmów w pustym domu, rozmów prowadzonych o zmroku, kiedy po belkach kuchennego pułapu skakały czerwone błyski, na dno popielnika opadały co chwila syczące krople żaru, a za oknem, w niebieskawym zmierzchu, pęczniała sterta ciszy – wielka zaspa śniegu, który osunął się z okapu. Nie będę próbował, bo Wicenty, z intuicją właściwą ludziom prostym, odgadłby, że pragnę już tylko bawić się jego kosztem.

Muszę więc zaufać swojej pamięci i swojej dobrej woli, starając się odtworzyć życie Wicentego takim, jakim może nie zawsze w rzeczywistości było, ale jakim stało się dla niego i dla mnie w wymiarze, że tak powiem, artystycznym, a więc doskonalszym i bardziej trwałym. Myślę, że nie będzie mi to poczytane za herezję, bo ostatecznie świat Dickensa czy świat Edgara Allana Poe ma dla nas byt rzeczywistszy niż potwierdzone dokumentami dzieje królestw, zamarynowane w tomach dzieł historycznych. Fakty można magazynować na sucho. Nie mają zapachu i smaku lub tracą je prędko, jeśli postępować z nimi higienicznie. Inaczej jest z przygodami wyobraźni i serca... Ale nie chcę być nudziarzem. Wszyscy o tym wiemy i jeśli chcemy komuś oddać pełną sprawiedliwość, nie możemy zadowolić się tymi pierwszymi, bo byłby to dowód małoduszności.

Nieraz usiłowałem namówić Wicentego, żeby spisał swoje przeżycia. Nie odmawiał wprost – godziłoby to w jego dumę – ale wysuwał liczne obiekcje. A że to nie ma czasu albo że „na wołowej skórze by nie spisał”, albo, najczęściej, że musiałby pisać po angielsku, bo po polsku „niezwyczajny”. Proponowałem mu nawet usługi sekretarza, które przyjął z wdzięczną kurtuazją, ale z których nigdy nie skorzystał. Tak więc pamiętnik Wicentego pozostał w sferze nie zrealizowanych projektów, rozproszył się nieuchwytnie w mnóstwo anegdot, które rozsiewałem wśród moich znajomych – dawniej z miną serio, później ze śmiechem i próbując naśladować styl oraz mimikę mojego starego przyjaciela.

Porą opowieści Wicentego była przede wszystkim zima. Latem dom na Kopieńcu był pełen ludzi. Wicenty wstawał o świcie i szedł kamienistą, stromą ścieżką do źródła po wodę. Potem rąbał drwa pod balkonem, przerywał i podlewał jarzyny na spadzistym pólku w górze, spełniał różnorodne gospodarskie czynności lub zahaczywszy o przedramię ostrze siekiery i bez względu na pogodę nacisnąwszy na brwi barankową czapę, znikał na długie godziny w „lessie” (to słowo zawsze szeleściło w jego wargach, jak wąż umykający między paprocie), skąd wracał z koszem pełnym grzybów i z suchym chojakiem lub naręczem chrustu na plecach. Do wieczora miał pełne ręce roboty i jeśli nawet udało się wyciągnąć go na krótką pogawędkę, nie miał ani sił, ani czasu, żeby zabłysnąć swym prawdziwym talentem.

Inaczej w zimie. W zimie zamykano werandę zbitymi z desek żaluzjami, okiennice na parterze umacniano żelaznymi sztabami, a z tyłu, koło szopki, powstawał dziwny płot, rodzaj parawanu z gałęzi zawieszonych na przybitej między świerkami żerdzi. Urządzenie to miało stanowić zaporę dla wiatrów i śnieżyc szturmujących od północnego zachodu łysym zboczem poręby. Dom zasklepiał się, odgradzał od świata, zdawało się, że sosnowymi węgłami zapada głębiej w jałowce, jakby mościł się wśród nich do długotrwałego snu. Na łączce przed gankiem śnieg pokrywał się niespokojnym deseniem zajęczych tropów – widomym znakiem, że jest to jeszcze dziedzina lasu. Jakieś ślady z dołu, prowadzące ze wsi lub w jej kierunku, pojawiały się rzadko i wyjątkowo. Chyba że wydeptał je z trudem sam Wicenty idąc do sklepiku po sól, po cukier, po „tabak” albo „arbatę”. Jeśli na tym odludziu pojawił się zimą odcisk ludzkiej stopy, zawsze było wiadomo, kto szedł. Ale najczęściej ślady prowadziły z góry, z „Libogosca”: rozklapane kierpce leśnego, z posłusznym sznureczkiem psich łapek obok, lub niezgrabne zagłębienia po owiniętych w szmaty butach jakiegoś kłusownika, który zaszedł z „lassa” zagrzać się przy Wicentowym kominie.

Przyjeżdżałem zwykle koło Bożego Narodzenia na tydzień lub dziesięć dni. Czasem sam, częściej w towarzystwie któregoś z przyjaciół – Andrzeja, Jerzego lub Wacka. Byliśmy jedynymi narciarzami na całej górze – wielkie polany pod szczytem i strome leśne holwegi przyjmowały nas nie naruszoną jeszcze bielą. Wieczorny powrót do domu był zjazdem, który kończył się u samych drzwi. Minąwszy żywopłot z gęstych świerczków, skręcaliśmy w ścieżkę między czereśniami, które zdaniem Wicentego były „wscypiane”, ale uparcie rodziły tylko dziczki, i ostatnią krystianię robiliśmy na wprost kuchennego okna. Zanim jeszcze zdążyliśmy w nie zapukać, za szybą ukazywała się wielka, porośnięta rzadkimi szarymi kłakami głowa, przypominająca swym kształtem pogniecione stare wiadro. Wokół małych oczek zbierały się zmarszczki życzliwego uśmiechu.

– Jak powodzenie, panowie? – wołał szukając rozbawionym spojrzeniem śladów śniegu na naszych wiatrówkach i spodniach.

– Herbaty, mister Vincent – mówiłem, kiedy otrzepawszy deski wchodziliśmy do sieni – prosimy o gorącą herbatę.

Formułka tej rozmowy była ustalona raz na zawsze.

I Wicenty nigdy nie omieszkał uraczyć nas niezmiennie tym samym dowcipem.

– Jes, jes arbata, panowie – odpowiadał – gorąca, ino ze mokra, bestyja!

Śmieliśmy się, trochę przez grzeczność, a trochę dlatego, że zwykle zakładaliśmy się po drodze, czy nie zapomni; ale Wicenty cieszył się ze swego kawału całym sercem, rechotał i wzdychał, ocierał kułakiem łzawiące powieki, przyciskał dłonią chudy brzuch. Po odprawieniu tej ceremonii zasiadaliśmy w kuchni przed dymiącymi kubkami, w które Wicenty dolewał z flaszki borówkowego soku o nieco sfermentowanym, winnym smaku. Koniec dnia należał już do niego. Te leniwe godziny odpoczynku spędzaliśmy zwykle przy kuchennym stole, rzadziej w świetlicy, gdzie kominek, stawiany przez miejscowego zduna, nienawykłego do takich dziwactw, dymił niemiłosiernie.

Wicenty wiedział dobrze, że oczekujemy jego występu, i – podejrzewam – już za dnia musiał się do niego przygotowywać, bo bez najmniejszego trudu nawiązywał do pierwszego lepszego tematu.

– Jakem robił na sifak*... Ale panowie może nieciekawi?

Ależ owszem! Byliśmy ciekawi, jeszcze jak! Już od rana czekaliśmy na tę chwilę, bojąc się, że tym razem wyczerpie się wreszcie bogaty zasób wspomnień Wicentego. Nie było się jednak czego obawiać, a i Wicenty nie potrzebował lękać się, że zabraknie nam kiedyś ochoty do słuchania jego opowieści. Wiedział zresztą o tym doskonale i wszelkie zastrzeżenia były tylko kokieterią rasowego bajarza.

„Jakem robił na sifak...” Nie był wprawdzie kapitanem na tych „sifak” ani sternikiem, ani nawet majtkiem, ale funkcja jego była nie mniej ważna, w przekonaniu Wicentego najważniejsza i najbardziej odpowiedzialna ze wszystkich. Jeśli oprócz mnie był jeszcze ktoś nie wtajemniczony, nie zapomniał objaśnić go z powściągliwą dumą człowieka, któremu niedziwne są zaszczyty, że pomiędzy San Francisco a Szanghajem, pomiędzy Tangerem a Buenos Aires, na wszystkich morzach świata, w czasie burz i ciszy, w upałach i chłodach, piastował godność „siefa”, czyli kucharza. Rozkołysane w rytm fal brytfanny i garnki nie potrafiły mu jednak zasłonić bajecznych dziwów Wschodu i Zachodu, Północy i Południa. Widział przeróżne potwory lądowe i wodne, ludzi rozmaitej barwy i obyczaju, drzewa i kwiaty, owoce i potrawy, o których nam się nie śniło. Gdzieś w dżunglach Afryki spotkał ród niesamowitych karłów o ogromnej stopie, którą w razie deszczu osłaniali się leżąc na grzbiecie, niczym parasolem. Musiały to być zapewne te same dziwadła, o których istnieniu jeszcze Pliniusz usiłował przekonać swoich współczesnych.

Ale kariera Wicentego nie ograniczała się do pitraszenia na „sifak”. Przez długie lata pracował w sławnych i osławionych rzeźniach chicagowskich, robił użytek ze swej kulinarnej wiedzy po restauracjach i probostwach całej Ameryki, harował na farmach, prowadził taksówkę, żył z prohibicji pędząc potajemnie gorzałkę, rozwoził mleko, rąbał lasy w Kanadzie i poświęcał się mnóstwu innych zajęć, których sam nie potrafiłby nawet wyliczyć. Zakosztował emigranckiej doli i niedoli – głównie niedoli, jak zacząłem się z czasem domyślać – i wreszcie, po głośnym krachu trzydziestego pierwszego roku, wrócił do rodzinnej wsi, nie wiadomo: umrzeć tu czy olśnić swojaków resztką uciułanych „dularów”. „Dulary” te przepuścił zresztą zaraz po powrocie, usiłując zademonstrować „rozmach” amerykańskiego biznesmena na przykładzie kolonialnego sklepiku, który założył nieopatrznie w zamieszkanym przez krewniaków osiedlu. „Bidusia”, ta sama, przed którą jako wyrostek uciekł w szeroki świat, czekała na niego cierpliwie w starych opłotkach i przygarnęła z powrotem jak marnotrawnego syna. Zanim znalazł schronienie na Kopieńcu, tułał się od zagrody do zagrody, pracował na cudzych polach, sypiał po cudzych stodołach – wyśmiewany i lekceważony: cudak, „hamerykański bogac”.

O tym wszystkim Wicenty mówił niechętnie, najwyżej wspomniał nawiasowo od czasu do czasu, żeby uwydatnić kontrastem blask minionej wspaniałości. W opowieściach swych, jakkolwiek obfitujących w dramatyczne momenty, „mister Vincent” był zawsze zwycięzcą, wychodził szczęśliwie ze wszystkich opresji, wyprowadzał w pole nieprzyjaciół i tryumfował niezmiennie nad przeciwnościami losu. Ożywiony wciąż tą samą niezłomną wolą sukcesu, która kazała mu ongiś porzucić kamienisty ojcowski zagon, zdawał się nie dostrzegać, że wrócił do punktu, z którego wyszedł, i wierzył mocno, że zdobył po drodze bogactwa i zaznał „dobrego życia”. Gdyby nie to przekonanie, byłby prawdopodobnie człowiekiem nieszczęśliwym, ponieważ zaś nikt dobrowolnie nie skazuje się na nieszczęście, osłaniał się swym mitem jak tarczą, bezpieczny od pocisków rzeczywistości.

Miał pod ręką kilka dowodów rzeczowych, którymi posługiwał się dyskretnie, gdy zaszła potrzeba poparcia czymś ustnej relacji. Był wśród nich staromodny kołnierzyk, wysoki i sztywny, o zaokrąglonych, szeroko rozwartych rogach. Wraz z czarną muszką stanowił on strój światowca, bardzo godny, choć będący przedmiotem kpin nieokrzesanych mieszkańców wsi. Wicenty wkładał te insygnia w niedzielę, a demonstracja owa miała charakter wzruszająco intymny, bowiem do kościoła nie chodził, twierdząc, że nie ma dość „honornej przyodziewy”. Myślę, że nie był to jedyny powód, ale istotnie wchodziły tu w grę sprawy raczej świeckiej niż religijnej natury. Po pierwsze, Wicenty był na bakier z wsią i starał się ograniczyć swoje z nią kontakty do niezbędnego minimum. Po drugie, od czasu kiedy gotował na plebaniach, postawił księżom wotum nieufności i chociaż nie przestawał wierzyć na swój sposób, doszedł do przekonania, że obejdzie się bez ich pomocy. Po trzecie, o czym dowiedziałem się znacznie później, nie był w porządku z Kościołem, a nie umiejąc uzgodnić swego osobistego wypadku z ogólną zasadą, wolał pozostawić rzeczy w zawieszeniu, do rozstrzygnięcia ostatecznych, najwyższych instancyj. Ale to są już sprawy niewiele mające wspólnego ze sztywnym kołnierzykiem i muszką, toteż nie będę roztrząsał ich w tym miejscu. Wracając do rekwizytów Wicentego, nie mogę pominąć blaszanego budzika, nabytego za dolara w chicagowskim Woolworcie, ani przede wszystkim „potografii”, która zdaniem jej posiadacza stanowiła najwymowniejsze świadectwo dawnej chwały. W czasie wojny, równie ciężkim dla Kopieńca jak dla całego kraju, budzik zniknął pewnego dnia, gdy pasza dla krowy była już na wyczerpaniu. Wicenty jednak, powodowany wrodzoną dumą, do tej pory twierdzi uparcie, że został okradziony z tej cennej pamiątki. Jeżeli chodzi o „potografię”, pokazuje ją obecnie coraz rzadziej, ale był czas, kiedy na jej podstawie kazał mnie i moim zimowym gościom wierzyć, że za dni swego „siefowania” ważył sto dwadzieścia kilo – dwieście czterdzieści funtów, ani mniej, ani więcej. Ponieważ zdjęcie ukazywało tylko jego tors, trzeba było logicznie wnioskować, że owa zasobna tusza zaczynała się od pasa w dół, bowiem twarz była równie koścista jak tu, „w starym kraju”.

Nasze wieczorne posiedzenia w kuchni lub w świetlicy, zasnutej gryzącym dymem kominka, kończyły się z reguły kilkoma partyjkami warcabów. Wicenty grał dobrze, a wygrana sprawiała mu taką radość, że za każdym razem zaśmiewał się do łez. Przez długi czas był dla mnie przeciwnikiem nie do pokonania. Nie będąc zbyt bystrym z natury, potrzebowałem dobrych kilku lat, żeby zorientować się, że Wicenty posługuje się niezmiennie paru prostymi schematami i że wychodząc w nieoczekiwanego przezeń pionka, można łatwo pokrzyżować jego szyki. Na skutek tego odkrycia zacząłem z kolei ja odnosić zwycięstwa, co z czasem położyło ostateczny kres naszym turniejom. Wicenty bardzo nie lubił przegrywać. Kiedy dostrzegł w swych liniach niebezpieczny wyłom i poczuł, że zbliża się klęska, stawał się niezwykle skupiony i małomówny. Jego wyjątkowo długa górna warga wydłużała się jeszcze bardziej, zaczynał mruczeć jakieś niezrozumiałe wyrazy, drapać się w głowę i jedną dłonią wyciągać w zadumie palce drugiej z głośnym chrzęstem zreumatyzowanych stawów. Nad każdym ruchem zastanawiał się bez końca, wysuwał ostrożnie rękę i cofał ją wiele razy, nim wreszcie zdecydował się wejść w przygotowaną przeze mnie zasadzkę. Gdy było z nim już całkiem krucho, wyciągał z kieszeni oprawne w niklowy drut okulary i umocowywał je na nosie z miną człowieka, który ucieka się do ostatnich swoich środków. Przegrawszy, prosił natychmiast o rewanż i ożywiony wspaniałym sportowym duchem, walczył do upadłego, dopóki nie przekonał się ostatecznie, że i tym razem los jest przeciwko niemu. Wtedy podnosił się z godnością, sękatymi paluchami zgarniał z szachownicy krążki, wzdychał głęboko i modelując wśród zmarszczek uśmiech pełen bohaterskiego samozaparcia, mówił: „No, panie szanowny, dziękuję pięknie za wyćwikę”. Zbyt jednak przywykł opuszczać plac jako gwiazda wieczoru, by móc wycofać się pod bezpośrednim wrażeniem porażki. Toteż po przegranej następowała zwykle jeszcze jedna, nadprogramowa opowieść, barwniejsza i bardziej sensacyjna niż poprzednie.

Pamiętam, jak kiedyś, gdy passa moich zwycięstw nabrała cech kłopotliwej stałości, dałem mu wygrać popełniając rozmyślnie szereg błędów. Spostrzegł to i wyraził swoje podejrzenia. Pośpieszyłem uspokoić go potokiem niezdarnych zaprzeczeń, ale wieczór zakończył się pod znakiem obopólnego zażenowania i Wicenty poszedł spać do swojej izdebki markotny, zrezygnowawszy z kompensacyjnych efektów dodatkowej historyjki. Był dumny, a ja nieopatrznie zraniłem jego dumę.

Spisywanie czyichś słów na gorąco wymaga specjalnego nastawienia. Trzeba zgodzić się na pewien dystans, trzeba przytłumić odbiorcze wibracje serca, a wzmóc baczność chłodnego mózgu. Czując, że nie oprę się pokusie utrwalenia w jakiś sposób bogatych doświadczeń Wicentego, nie mogłem jednak zdobyć się na ograniczenie bezpośredniości naszych stosunków i nieustannie odkładałem na później zamierzoną robotę. Zdawało mi się, że przecież nigdy nie będzie za późno. Sztywny kołnierzyk i muszka, pojawiające się na jego szyi w każdą niedzielę, były dla mnie czymś na kształt gwarancji, że Wicenty pozostanie zawsze taki sam. Nie zauważyłem nawet, kiedy zaczął zmieniać skórę.

Działo się to bardzo powoli i stopniowo. Bajał wciąż po dawnemu, ale w jego bajaniach rok w rok ubywało „sifów”, egzotycznych zwierząt, dalekich portów i gangsterskich awantur. Zamiast tego coraz częściej wkradały się w nie sprawy wsi, dawne i nowe, jakby z dołu podnosiła się niedostrzegalnie jakaś fala, której nie potrafił stawić oporu. Z odmętów niechętnego zapomnienia wynurzały się postaci krewnych Wicentego, zawiłe dzieje miejscowych rodów, majątkowych kombinacji, zadawnionych zawiści i sporów.

Którejś zimy przywędrowałem na Kopieniec sam. Było już ciemno i Wicenty otworzył mi drzwi ze stajenną latarnią w ręku. Swoim zwyczajem zapewnił mnie, że się mnie spodziewał, bo śniło mu się „wielgie bydło”, nieomylny znak mojego przyjazdu. Jak zwykle przy niedzieli, wystrojony był w nieśmiertelny kołnierzyk i muszkę, ale gdy postawił latarnię na ziemi, by podeprzeć drzwi drągiem, spostrzegłem ze zdumieniem, że ma na sobie białe sukienne portki obowiązującego w tych stronach, luźnego kroju, oblamowane skromnie czerwoną taśmą, bez ozdób, na które pozwalają sobie tylko grubsi gazdowie. Zauważył moje badawcze spojrzenie i uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– W miejskik portkak dużo tu nie nachodzi – rzekł – a to, panie szanowny, jes mocne. Mocne jak fras.


Na sifak

Każdy chyba chłopiec część swego dzieciństwa przepływa na imaginacyjnym okręcie. Czasem jest to wysiedziana przez ciotki poczciwa kanapa albo dywan żeglujący po spokojnej tafli posadzki; czasem skrawek trawnika w ogrodzie, z rosochatym masztem jabłoni.

Dom na Kopieńcu cały był okrętem. Kiedy bił w niego halny wiatr, kołysał się i skrzypiał; łatwo można było sobie wyobrazić, że kładzie się na bok pod naporem fali. Dach łopotał wtedy jak żagiel, a gałęzie świerków grały przejmującą pieśń szarpanego wichurą takielunku. Nagłe ulewy napełniały każdy kąt szumem i pluskiem wzburzonych wód, które rzeczywiście pieniły się w kamienistych parowach dróg górskich. Ale najbardziej łudząca była mgła. Albo wypełniała doliny i tylko ciemne grzbiety wzgórz wynurzały się z niej pojedynczo, niczym bezludne wyspy jakiegoś archipelagu, albo stawała nieruchomym ekranem tuż za oślizgłą barierą kapitańskiego mostku, w który zamieniał się balkon, i wówczas trzeba było sterować na chybił trafił po nieodgadnionych głębinach ciszy. W takie dni nozdrza napełniały się słonawą wilgocią, a na rękawach swetra osiadały gęsto maleńkie srebrne kropelki.

Kiedy pierwszy raz przyjechałem tu z Andrzejem na samotne narciarskie wakacje, nie bawiliśmy się już oczywiście w takie głupstwa. Byliśmy na to zbyt dorośli. I jemu, i mnie szedł już piętnasty rok życia. W Poem szukaliśmy nie złudzeń, lecz metafory, a Gandhi był naszym politycznym bożyszczem. Wiadomo, myśleliśmy i o podróżach, ale myśleliśmy o nich trzeźwo. Wiedzieliśmy, ile kosztuje budowa dalekomorskiej żaglówki, potrafiliśmy obliczyć, ile trzeba nam będzie zabrać prowiantu: sucharów, solonego mięsa, cebuli, czekolady i skondensowanego mleka. Nie wątpiliśmy, że to wszystko „da się jakoś wykombinować”, i ufnie spoglądaliśmy w niezmiernie jeszcze rozległy horyzont naszej młodości.

Mimo upodobania do „narkotycznej” literatury i do społeczno-politycznych utopii konflikt między marzeniem a rzeczywistością rozstrzygaliśmy zdecydowanie na korzyść tej drugiej. Myśleć i mówić realnie – to była nasza dewiza. Czyż można nas winić za to, że tak mało rzeczy nierealnych widzieliśmy przed sobą?

Nasze rozmowy z Wicentym miały w tym czasie zupełnie określony cel: wybieraliśmy marszrutę. Dokąd?

Nęciła nas Sumatra. Nieprzebyte dzikie puszcze, plemiona nietknięte cywilizacją (a wówczas cywilizacja była dla nas synonimem fałszu), niebezpieczeństwo i przygoda na każdym kroku. Wicenty odradzał.

– Dy tam straśna wilgoć, panowie! A robactwa, a muchów, niek ręka boska broni! Bagna, gąstwina, gorąc, do krzty paskudny kraj. A najgorsze to już wąże. Co tam tego, to niepodobnie. Jakem robił na sifak, zajeżdżalimy tam pora razy z towarem. Ej, jak ja ty Samatry nie lubił! Najbardziej skrony tyk wążów. Nie uwierzylibyście, panowie, jakie to potrefią być smoki. Ja się sam dziwił, choć jużem ta niejedno widzioł. Roz stalimy tam cosi dłużej, no i jak był czas, chodzilimy po okolicy. Kiedysi idziemy w piąci brzegiem morza, aż tu lecą ku nam dzicy. Brzydźkie to, czorne, gołe; machają ręcami, krzycą, pokazują cosi na migi. Był pomiędzy nami jeden taki, co się potrefił z nimi smówić. Opytuje ik, co się stało. Ano, wąż ik napod, proszą, coby my go zabili. Mielimy przy sobie broń, lewerwery i noże. Dobra, idziemy. Wiedą nas ku swojej wiosce. Liche to było, chałupiny z jakichsi patyków, trawą powiązane, u nas ani pies by w takim nie mieszkoł. Za oną wioską był pagórek, taki powiedzieć, jak hań Kopieniec z ty strony. Pozieramy, a tu pod drzewem leży na nim bestyja. Ej, panowie, co to był za pieron! Pozwijany, pierzcień na pierzcieniu, ino łeb sterczy do góry na jaki meter. Kie nas uwidzioł, nadon się, ozwarł paszce, zębiska takie straśne wystawia, syczy, jaże cliwo. Po sobie cały był krasiaty, a na wierchu mioł czorną pręgę od głowy aż do ogona. Podeszlimy ku niemu na jakie dwadzieścia kroków, tak co my już czuli jego oddek. Bosman, co był z nami, strzelił pierwszy. Jak ten ancyjas nie skoczy, rany boskie! W jedno mgnienie bylimy na dole. Tele my mieli szczęścia, że dostał przecie kasi za uchem i już nie mioł ty siły. Jednak my się strachu najedli, bo jak zaczon ogonem bić, to krzoki, gałęzie, kamienie tak furkały w powietrzu, jakby nie wiedzieć jaki wicher don. Zastanowilimy się na kwilkę i dalej do niego strzelać. A i dzicy chycili się drągów, dzidów, wideł, no, przecie my go wreście ubili. Był to też ogrom, panowie kochani... Piętnaście metrów duźki, a pośrodku gruby jak najtąższy chłop w barak. No, tele wam powiem, że jak my mu brzuk ozkroili, mioł tam dwie kozy, z rogami, z kopytkami, ze wszyćkim. Ci dzicy mieli z tego straśną uciechę. Już tak nam przecie dziękowali, że niepodobnie. Zaroz zaczeni koło tego tańcować, hipkać, śpiewać, inni zaś bierą się ogień polic, kroją na miejscu, noszą. Mieli takie kosze jak to u nas ducki do ziemioków. Trzydzieści takik ducek naładowali z kopą. Mięso nawet piękne było, bielućkie, jak z ryby. Kcieli koniecznie, coby my z nimi jedli, ale my się wymówili, bo smród od tego szedł jak fras. Nie, panowie, Samatra to nie jes kraj dla takik ludzi jak my. Dziki, co niczego nie widzioł, to se tam może lubuje, ale bioły nie wytrzyma i tygodnia.

Wicenty polecał nam raczej Egipt. Powietrze tam „jak śklanka”, wiaterek od morza chłodzi, ludzie „uprzejme”. Nad Nilem „to się widzi, że jeden ogród”. Owoce najrozmaitsze – daktyle, figi, pomarańcze, ananasy, wszystko za półdarmo. Albo Australia na przykład – też kraj bogaty, piękny. Co tam bydła, owiec, koni! Tylko brzegi „straśnie niedostąpne”. Skały takie okropne sterczą z morza, het, het ponad najwyższe maszty.

Nie interesowaliśmy się owcami ani bydłem, zamożność i uprzejmość ludzka wydawały nam się znacznie mniej zajmujące niż okrucieństwo łowców głów, a nawet słodycz wszystkich owoców Egiptu nie budziła w nas zbyt wielkich pokus. Indie to co innego. Indie wchodziły w program bez dyskusji. Wicenty zgadzał się z nami pod tym względem. Miał z Indii miłe wspomnienia. Nie wyjaśnił nam, jak do tego doszło, że zaproszono go w Bombaju na ślub córki pewnego maharadży, ale ceremonia ta zrobiła na nim bardzo dodatnie wrażenie. Stroje gości mieniły się od klejnotów i złota, muzykanci grali na fletach jak kosy, a kryty srebrem pałac tonął cały w oparach wonnego kadzidła. Wicenty z wielką skrupulatnością wyliczał nam najciekawsze pozycje menu. Czego tam nie było. Pawie duszone w winie, sarny, gazele, słoniowe trąby nadziewane ryżem i pieprzem, owoce smażone na liściach bambusu, lody zapiekane w kruchym cieście. To wszystko podane na złotej zastawie, na obrusach z najcieńszego jedwabiu. Potem każdy mógł sobie zabrać naczynie, z którego jadł; a weselników było około tysiąca.

Najwspanialszy wszakże był moment, kiedy rodzice udzielali młodym swego błogosławieństwa. Stary maharadża (Wicenty mówił o nim: „jakisi ich książę”) siedział na cudownie rzeźbionym tronie w pośrodku dziedzińca, otoczony najwyższymi dostojnikami swego dworu. Wszyscy oni mieli na sobie różnobarwne szaty, a broda maharadży pofarbowana była na czerwono. Wicentemu przypadł w udziale zaszczyt prowadzenia oblubienicy przed oblicze czcigodnego ojca. Jeszcze teraz głos drżał mu ze wzruszenia, gdy opisywał niezwykłą urodę panny młodej. Twarz zasłoniętą miała wprawdzie welonem, ale i tak wydała mu się najcudniejszą kobietą, jaką w życiu widział. Kiedy pod krużgankiem skrzyżowanych pałaszów gwardii zbliżali się do tronu, zagrzmiały nagle działa, ryknęły trąby, a wszyscy zebrani klasnęli w ręce i wydali okrzyk, od którego zatrzęsły się szyby w oknach pałacu. Deszcz kwiatów przyćmił na chwilę blask słońca, księżniczka zaś omal nie osunęła się na ziemię i Wicenty musiał użyć całej swej siły, by drżącą i słabą powierzyć ją rodzicielskim uściskom.

Gandhiego Wicenty nie widział. Jak wywnioskowaliśmy z jego relacji, mąż ten nie cieszył się szczególną popularnością wśród załóg amerykańskich towarowców. Marynarze uważali go za coś w rodzaju humorystycznej postaci z rysunkowych historyjek. Śmiali się z niego, że żyje ze swoją kozą. Barbarzyńcy! Ale mniejsza o to. Wiedzieliśmy przecież sami, co warto zobaczyć.

Więc Indie, nawet bez bogactw maharadżów: smutna i piękna ziemia mędrców, gdzie w toni lotosowych sadzawek odbijają się białe fasady odwiecznych świątyń. A potem Jawa. Nieprawdopodobnie bogate reliefy Borobuduru, pełne osobliwego rytmu ruchy tancerzy przy dźwiękach gamelanu; odurzający i słodki zapach sandału. Dymiąca oparem niezmierzonych lasów Burma, Chiny miłosierne i okrutne, miotające się jak wspaniały smok w tragicznej walce. Japonia – nie. Boże, czyż cały świat stanie się pastwą bezdusznego, pozbawionego poezji i wdzięku totalizmu?

„Trzeba się śpieszyć – mówiliśmy sobie – niedługo nawet pingwiny zaczną ćwiczyć Parademarsch i uważać się za naród wybrany”.

To, co opowiadał Wicenty, nie zawsze trafiało nam do przekonania, ale miało wartość świadectwa. Ów ogromny, przebarwny świat istnieje naprawdę, a on przemierzył jego szlaki, widział, jak rozkołysane falą lądy wynurzają się z niebieskiej mgły oddalenia. To było najważniejsze. Niezależnie od treści obrazów, jakie roztaczał przed nami, miał tajemny, niczym nie dający się zastąpić udział w płynnej, szumiącej przestrzeni, w tchnieniu słonego wiatru, w połysku ogromnych gwiazd Południa.

Z największą zachłannością wypytywaliśmy go, jak to jest z samym pływaniem, jak żyje się na morzu. Nie potrafiliśmy wyjaśnić dokładnie, o co nam chodzi, rozumiał więc rzecz po swojemu i robił co mógł, żeby nam dogodzić. Chwalił sobie bardzo pływanie na „sifak”.

– Ej, nie poznalibyście mnie, panowie – mówił. – Człowiek inaczej wyglądał; nie to, co teroz. Tusty byłem jak słuń. Portki mi się nie kciały dopiąć na brzuku. I to nie tak skrony jedzenia, jak skrony powietrza. Nawet dziwili mi się poniektórzy: „Sief to nie je, a grubnie”. Bo jak my wyszli na morze, tom już mięsa albo konserwów nie brał do ust. Jakosi mnie to nie cieszyło. Całe moje utrzymanie to były jaja i wino. Sześć jaj rozkrąconyk w czerwonym winie na śniadanie, to samo na obiad i to samo na kolację. Dzień na dzień to samo. Ale mi to lepiej lubowało jak wszyćko warzone. I krzepki człowiek był z tego, że niepodobnie! Ja, życie na sifak było dobre, nie można powiedzieć.

Z trudem ukrywaliśmy nasze zniecierpliwienie, ale Wicenty wyczuwał, że nie zdołał zaspokoić naszych oczekiwań, i z najlepszą wolą rozwijał temat dalej.

Wszystko zależało od skippera*. Jak się trafił nudziarz i „zgrzęda”, umiał zatruć najpiękniejszą podróż. Najgorsi byli Niemcy. Taki do wszystkiego musiał nos wetknąć, wszystko mu było nie tak, o każde głupstwo „farfluchtował” i ubliżał. A jak się jeszcze dowiedział, że ma Polaka pod sobą, nie daj Boże! Nauczony smutnym doświadczeniem, Wicenty podawał się na wszelki wypadek za Irlandczyka, bo aż dziw, ilu kapitanów z San Francisco było niemieckiego pochodzenia.

No i pogoda – rozumie się – to też ważne. Na Atlantyku i na morzach północnych trudno było o rejs bez burzy. Wiatry tam dmą od bieguna, fala okropna, w kuchni to nieraz nie można sobie było rady dać, tak wszystko jeździło. A jeszcze jak droga wypadła ponad Norwegię, statek zaczynał obmarzać od strony bieguna, przechylał się. Trzeba było rąbać lód, każdego gnali do roboty, czy to zwykły marynarz, czy to oficer, czy nawet „sief”. Wicenty wolał Pacyfik. Jak się już wyjedzie poza Honolulu, to ku samym Filipinom woda taka „jak hań w tym cebrzyku”. Słoneczko świeci, wiaterek chłodny przewiewa, prawdziwa uciecha. Są i tu różne niebezpieczeństwa, oczywiście. Na przykład twelve-hand-buck*. Tak to marynarze nazywali.

– Jes to straśne paskudztwo, prosto powiedzieć: potwór. Łeb jak u barana, cielsko grube, okrąglate, a ku temu cała kupa ramion, takik jak wąże. Każde ramię duźkie na dwanaście metrów. Jak tym człowieka chyci, to już przepod. Obetnie mu taką jedną pijawicę, zaroz zarzuci drugą, a siłę taką w tym ma, że najtąższego chłopa zadusi w jedne kwili. I okropnie napastliwe diasectwo. Nieroz potrefiło porwać marynarza z pokładu w biały dzień.

Wicenty otrząsał się na samo wspomnienie. No, ale jak kto był uważny, nie gapił się, to zawsze dał radę uskoczyć na czas.

A znowu Morze Żółte okropnie niespokojne. Najwięcej katastrof przydarzyło się tam właśnie. Tam też Wicenty, jak sam mówił, „spotkał się ze śmierzcią”. U wybrzeży chińskich chwycił ich gwałtowny huragan. Niebo zmieszało się z morzem, nawałnica zgasiła blask słońca, nie można było odróżnić dnia od nocy. Poprzez ryk wichru ludzie nie słyszeli swych słów, obijali się o ściany bezsilni jak worki. Kapitana zmyły rozwścieczone fale wraz z mostkiem, nie miał kto wydawać rozkazów, ale i tak żaden rozkaz nie był w stanie uratować starego, okaleczonego burzą pudla. Nikt nie wiedział, ile czasu trwała ta mordęga. Zdawało się, że wieczność. Wreszcie woda chlusnęła w kominy i to był już koniec. Kotły eksplodowały. Wicenty pamiętał niesamowite wrażenie lotu, a potem bolesne plaśnięcie o wybiegającą ku niemu ścianę morza. Otrzeźwiło go dopiero silne uderzenie w głowę. Szukał z przerażeniem powietrza, chciał wypłynąć, ale jakaś zapora trzymała go pod wodą. Po wielu rozpaczliwych usiłowaniach natrafił na krawędź tego czegoś. Był to kawał pokładu huśtający się na fali jak tratwa. Wicenty wciągnął się na niego i legł bez sił. Burza trwała jeszcze trzy dni i trzy noce. Wicenty męczył się okropnie. Był tak osłabiony, że nie mógł usiąść, dręczył go głód i dojmujące zimno. Najgorsze jednak było pragnienie.

Muszę wyznać, że byliśmy tym oczarowani. Zupełnie tak samo jak w marynarskich powieściach: dookoła ogrom oceanu i ani kropli wody do picia. Fakt, że ten paradoks sprawdził się w przeżyciu Wicentego, zwracał nam zaufanie nie tylko do kompetencji autorów morskich awantur, ale i do samego istnienia przygody.

Ostatecznie rozbitek stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, świeciło słońce i jakiś biało ubrany człowiek pochylał się nad nim, powtarzając z uśmiechem łagodnie brzmiące niezrozumiałe słowa.

– Widziało mi się, panowie, że jużem jes w niebie i że to jakisi anioł wita mnie w swojej anielskiej mowie. Ale kie mi doł gorzołki, ażem się rzewecki ozpłakoł z uciechy: jeszcem przecie na ty ziemi, chwała Panu Bogu! Wyłowił mnie apoński krążownik, a ten bioły anioł to był Apończyk, żółty i brzydźki jak maupa, ale wtedy myślałem se, żem urodniejszego człowieka w życiu nie widzioł.

Owej zimy warunki śnieżne nie dopisywały nam zbytnio. Po zadymkach przyszły odwilże i gęste białe mgły, których ciszę pogłębiał monotonny stuk kropel spadających z okapu. Wilgotne, ciężkie buły nabijały się pod deskami, źle było podchodzić, jeszcze gorzej zjeżdżać. Całymi dniami przesiadywaliśmy w domu, słuchając opowieści o dalekich lądach i morzach. Nie nudziliśmy się. Dom płynął gdzieś z nami, może w cudowną, pełną niespodzianek przyszłość, a może dryfował tylko w nasze dzieciństwo, do którego wstydziliśmy się przyznać.

Któregoś ranka obudził nas jaskrawy, zimny blask. Wybiegliśmy na balkon. Ogromna rzeka wełnistej bieli płynęła doliną. Naprzeciw nas wynurzał się z niej roziskrzony niebieskim szronem garb Strzebla.

– Pogoda – powiedział Andrzej wciągając nosem mroźne powietrze.

– Pogoda – odparłem i zacisnąwszy dłonie na barierze kapitańskiego mostku, kontemplowałem rzeczowo górę, mgły, niebo, z miną bardzo zwyczajną, bardzo codzienną, żeby Andrzej nie domyślił się, że wewnątrz wołam radośnie: „Wszyscy na pokład! Ziemia, ziemia!”


Blizna Wicentego

Najlepszym kompanem do słuchania opowieści Wicentego był Andrzej, nawet wtedy, kiedy obaj zaczęliśmy już mieć pewne wątpliwości. Już sam skupiony wyraz jego twarzy o wydatnym nosie i wydatnych wargach wystarczał, żeby wprawić Wicentego w nastrój bohaterski. W obecności Andrzeja przypominał sobie zazwyczaj takie epizody ze swego życia, które świadczyły o jego niezwykłym harcie, wytrzymałości i odwadze. Andrzej, sam raczej nieśmiały i niezbyt sprawny fizycznie, potrafił zawsze okazać mu należyty podziw, będący słuszną nagrodą za trudy pamięci i wyobraźni. Umiał też, niby nic, zaczynać rozmowy dające Wicentemu znakomity punkt wyjścia do jego historii.

Pewnego zimowego wieczoru siedzieliśmy w świetlicy nad kopiastymi porcjami placków ziemniaczanych z sosem grzybowym i jedząc wsłuchiwaliśmy się w głęboki szum wzbierającego za oknami wiatru oraz w głuche postękiwania domu, który opierał się jego natręctwu ze zrzędnym uporem kogoś, komu nie dają usnąć spokojnie. Komentowaliśmy jakąś ostatnio przeczytaną książkę, bodajże Wielki głód Bojera. Wicenty przyniósł nam „arbatę”, jak zwykle „gorącą, ino ze mokrą”, i teraz, zasłoniwszy lewą ręką oczy przed dymem kominka, klęcząc poprawiał w nim płonące niespokojnie głownie.

– Człowiek to jest jednak cholernie wytrzymałe bydlę – powiedział Andrzej podnosząc nieco głos, jakby dla nadania specjalnej wagi owemu oświadczeniu.

Umilkliśmy obaj czując, że trudno byłoby o bardziej odpowiednie zaklęcie. Wicenty podniósł się powoli z klęczek, wrzucił w ogień niedopałek papierosa i zwracając się ku nam, oparł się plecami o kamienny róg kominka.

– Ja, panie szanowny, to jes prawda. Co człowiek potrefi znieść, to niepodobnie. Robiłem ja kiedysi w Kanadzie w jednej timber-kompanii*.

Z właściwą sobie dokładnością poinformował nas, w jaki sposób owe kanadyjskie przedsiębiorstwa werbują robotników w Stanach, jak korzystnie przedstawiają w prasie swoje warunki i jak on sam dał się skusić, zgłosił się do agenta i wysłany został na północ z całą partią Greków, „Talianów”, „Aryśmanów”* i Czechów. Był i jeden krajan stąd, ze wsi, nawet krewniak Wicentego; pisał się Mucha. Jechali najpierw „sifem” przez jeziora, potem koleją, a później wąskotorówką przez takie „straśne lassy i pustynie, że aż cliwo”. Na końcu tej podróży załadowali ich „do autów” i powieźli „kajsi”, ale było to nocą, tak że ciężko się było rozeznać w okolicy.

Niech ręka boska broni, co to była za robota! W zupełnym pustkowiu stał obóz: kilkanaście drewnianych baraków z rzędami twardych „pryciów”, będących całym urządzeniem. Stąd każdego dnia o świcie wychodzili robotnicy rąbać las. Drzewa w tym lesie były okropne, jodły i smreki, „poniektóre takie, że jak się śtyrek chłopów chyciło za ręce, to jeszcze nie potrefili objąć”.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.