Polska na cztery ręce  - Praca zbiorowa - ebook
Wydawca: Charaktery Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 127 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polska na cztery ręce - Praca zbiorowa

Jakie jest miejsce, w którym żyjemy? Czy Polska to kraj, w którym nic nie jest do końca, naprawdę, a wszystko tylko na niby, na chwilę i prowizorycznie? Jaka jest rzeczywistość, która nas otacza?

W tej opowieści o „tu i teraz” spotykają się cztery osoby, cztery wymiary i spojrzenia. Ta, pisana na „cztery ręce”, książka daje pełnię obrazu: Jerzy Maksymiuk (wybitny muzyk), Leszek Mądzik (wybitny plastyk),
Ignacy Karpowicz (znakomity pisarz) i Tomasz Różycki (doskonały poeta), w krótkiej formie, jaką jest felieton, opowiadają o świecie, który jest za oknem, na wyciągnięcie ręki.

To oglądanie świata, przefiltrowane przez różne biografie i różne doświadczenia autorów tej opowieści, daje wielowymiarowy, różnorodny obraz świata „zwykłego”, takiego, jaki zna każdy z nas. To jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny komentarz do rzeczywistości, widzianej oczyma wrażliwych artystów.

Opinie o ebooku Polska na cztery ręce - Praca zbiorowa

Fragment ebooka Polska na cztery ręce - Praca zbiorowa










Redaktor Piotr Brysacz

 

Projekt graficzny okładki Radosław Kaszyński

 

Zdjęcia na okładce

Zorka Project, Zbigniew Pławski, Elżbieta Lempp, Slav Zatoka

 

W książce wykorzystano felietony

publikowane na łamach magazynu psychologicznego „Charaktery” w latach 2000–2010

 

Skład i łamanie Jarosław Głowacki

 

Korekta

Anna Zdonek, Marta Majewska

 

Copyright © by Charaktery Sp. z o.o. Kielce 2012

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

ISBN 978-83-934376-2-7

 

Charaktery Sp. z o.o.
25-502 Kielce, ul. Paderewskiego 40
tel. 41 343 28 44
www.charaktery.eu

 

Wydanie pierwsze

 

Druk i oprawa
Drukarnia im. A. Półtawskiego
25-950 Kielce, ul. Krakowska 62


Wstęp

„Jan Karski, gdy słyszał krzyczących «Polska, Polska», zwykł pytać za Słowackim: «Polska, ale jaka?». Gdyby mógł zobaczyć, że występuję tu dziś jako specjalny wysłannik Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, byłby zadowolony z takiej Polski" – takimi słowami Marek Edelman żegnał w ambasadzie RP w Waszyngtonie 18 lipca 2000 roku Jana Karskiego – Wielkiego Polaka, jak to się zwykło mawiać, gorącego polskiego patriotę, wybitnego syna polskiej ziemi etc., itp., itd.

Wcześniej Jan Karski w liście do łódzkiego lekarza, bohatera powstania w warszawskim getcie, pisał: „Chcę, aby Pan Doktor wiedział, że jest mi bliższy duchowo, niż inni Polacy, z którymi się przyjaźnię. Pana życie zarówno podczas wojny, jak i po wojnie świadczy o Pana szlachetności i – właśnie – tych tzw. polskich wartościach".

Ani Edelman, ani Karski nie używali w odniesieniu do siebie lub innych, podobnych sobie ludzi, takich słów jak: patriota, ojczyzna, naród („my, naród…”). Wszystko, co mieli do powiedzenia w tej sprawie, wyrażali czynami.

Po co o tym piszę we wstępie do zbioru felietonów czterech artystów i twórców, przez przypadek (czyżby?) piszących felietony do magazynu psychologicznego „Charaktery”? Gdzie tu sens? Co łączy Edelmana i Karskiego z poetą Różyckim i pisarzem Karpowiczem, twórcą teatralnym Mądzikiem i dyrygentem-kompozytorem Maksymiukiem? Można powiedzieć, że łączy ich wszystko i nic. Intuicja podpowiada mi, że prędzej wszystko niż nic.

Polska na cztery ręce, na cztery różne wrażliwości. Na cztery wyobraźnie. Na cztery duchowości. Na cztery języki. Na cztery cierpienia. Na wszystkie strony świata.

Bo Polska to przede wszystkim kultura oraz jej moc i moc jej twórców. Reszta to dzisiaj już tylko polityka, pokrzykiwania i wiece. Nic specjalnego.

 

BOGDAN BIAŁEK

red. naczelny „Charakterów”,

prezes Stowarzyszenia im. Jana Karskiego


CZĘŚĆ I
POLSKA

Polska to obszar rozmywania się rzeczywistości, przechodzenia Europy w Azję, miejsce, gdzie Europa Azję, a Azja Europę wykańcza. To miejsce przejściowe, gdzie rzeczywistość traci swą rzeczywistość i tonie w przestrzeni i w czasie. To miejsce, gdzie nic nie jest do końca, naprawdę, a wszystko tylko na niby, na chwilę i prowizorycznie.

TOMASZ RÓŻYCKI


TOMASZ RÓŻYCKI
Trzy strefy

Europa dzieli się na trzy strefy. Granice tych stref nie są związane z różnicami politycznymi, systemowymi czy religijnymi, nie pokrywają się też z kresami zasięgu oddziaływania wielkich korporacji. Nie są to granice rasowe ani granice wpływów militarnych, a jednak istnienie tych granic uświadomi sobie bardzo wyraźnie każdy prawdziwy podróżnik, przemierzający Europę ze Wschodu na Zachód, czy z Zachodu na Wschód. Ale również z Północy na Południe i z Południa na Północ. Powtarzam: każdy prawdziwy, świadomy podróżnik. Otóż Europa dzieli się na strefę wina, strefę piwa i strefę wódki. Wszelkie pozostałe zaś różnice, odmienności, paradoksy i egzotyzmy europejskie są tego – w mniejszym bądź większym stopniu – pochodnymi. Europa dzieli się na trzy strefy i cała reszta jest tego efektem.

Wyruszając z Lizbony na Wschód, znajdziemy się przecież na samym skraju, ale też w miejscu, gdzie najbardziej esencjonalna, najgęstsza i najczystsza jest kultura wina – Vinho Verde albo porto to właśnie jej objawy. Ludzie są wyostrzeni i wyraźni, smak wyrafinowany, głęboki. Wino poczujemy w kwiecistości języka, w ostrości dźwięku wymawianych słów, w cerze i włosach mieszkańców. Przez całą Hiszpanię i całą Francję będziemy mogli smakować ogromną ilość smaków, posmaków, niuansów i bukietów. Nic nie będzie takie proste, wszystko będzie niespodzianką i grą, radosnym odkrywaniem. Będziemy zwodzeni, oszukiwani, mamieni i prowadzeni na manowce przez wino. Początki będą pospolite, ale finisz szlachetny. W winie zaklęte jest dużo, zbyt dużo czasem. Skondensowane uczucia, smaki, słońce i ciepły wieczór. Ciepła skóra. Będzie dużo gadania, opowiadania o smaku za pomocą skomplikowanych metafor. Będzie się nam wmawiać, że mamy do czynienia z czymś niezwykłym. Będzie się nam wmawiać smak, którego nie ma, którego nie czujemy. Będzie się go nam wmawiać tak długo, aż wreszcie go poczujemy. Wreszcie, przez Alzację i Nadrenię, wjedziemy do Belgii i tam okaże się, że przekraczamy granicę.

W Brukseli rozpocznie się strefa piwa. Setki nazw i smaków, kriek, faro, gueuze. Piwa pije się więcej, piwo jest gazowane, leje się i pieni. Jego energia nie kondensuje się, ona jest skierowana na zewnątrz, rozlewa się i ulatnia szybciej. Twarze są jaśniejsze, włosy jaśniejsze, okrąglejsze, pełniejsze, rozlewniejsze. Piwo króluje przez Niemcy, Czechy i Śląsk. Tu już głębokość ustępuje miejsca powierzchni, tu już ilość przeważa nad jakością i ten, który pije, nie zamacza w napoju języka – on tonie powoli w piwie, piwo wypełnia go całkowicie, stając się nim. Gaz rozsadza go od środka. Wodnistość i płynność króluje w spojrzeniu i w ruchu, świat gwałtownie więc potrzebuje konkretu, ponieważ gaz ulatnia się razem ze smakiem, bardzo szybko. Potrzebne są konkretne, solidne przedmioty, konkretne, solidne prawa, także te fizyczne i te cywilne, potrzebna jest przestrzeń poukładana i zorganizowana, odporna ulatniającemu działaniu czasu. Role społeczne i obywatelskie. Miejsce w szeregu i miejsce w knajpie. Knajpa bowiem jest ważniejsza niż tam, w strefie wina – liczba butelek piwa, potrzebnych do konsumpcji, wyklucza powoli możliwości transportu ich w miejsca przygodne. Liczy się duży stół, duży kufel. Ilość jest decydująca. Nie indywidualność każdego zbioru i każdej winnicy, nie „ja”, ale „my”, grupa, knajpa. Beczka. Śpiewanie jednym głosem.

Wreszcie wódka. W tę strefę wjeżdżamy w Polsce; im dalej na Wschód, tym bardziej widać, że to – mimo wpływów piwnych – jej królestwo. Tutaj sprawa jest inna. Tutaj rzadko chodzi o smak, smak odgrywa tu rolę stokroć mniejszą niż w tamtych strefach. Tu idzie o coś innego, poważniejszego i straszniejszego. To rzadko knajpa, częściej samotność albo picie w parach, picie z kimś wódki, kameralnie. Wódka jest szybsza. Szybciej wyprawia na tamten świat. I o to na pewno chodzi. Rozgrzewa. W mrozie Skandynawii czy Rosji wino i piwo nie działają, stają się raczej zimy niż naszym sprzymierzeńcem. Wódka działa jak lekarstwo, jak znieczulenie. Pozwala w miarę szybko oderwać się od rzeczywistości i rozpocząć podróż w nieznane, do nieba lub do piekielnych bram. Odbiera człowieczeństwo, przemienia człowieka w coś innego. To coś nie zajmuje się już pracą, rozmową, sztuką, miłością, to coś nie odczuwa zimna, bólu ani wstydu, to coś prowadzi zawzięty bój z własnym istnieniem, z własnym bytem. To coś próbuje wydostać się z błota, wydostać się z własnej skóry, wydostać się z mgły i ciemności, ze śniegu i z pustki. Wystarczy jadąc obserwować ową nieobecność w spojrzeniach mijanych ludzi, nieobecność działania na ulicach, w mieszkaniach, w urzędach, biurach, placach, w miastach i wsiach. Oni są gdzie indziej. Krótkie momenty, kiedy możesz ich spotkać, to zawsze pomiędzy jedną a drugą wyprawą w głąb siebie. Krótkie momenty, w których istnieje ich świat, są zawsze pomiędzy. Wtedy istnienie boli.


TOMASZ RÓŻYCKI
Tożsamość europejska

Jedność europejska, jak wiadomo, nie istnieje. Ktokolwiek miał kiedyś okazję przejechać Europę wszerz i wzdłuż, niewątpliwie może potwierdzić te słowa. Jakie bowiem wyznaczyć Europie terytorium, jakie granice? Jeśli geograficzne, okaże się wkrótce, jak dramatycznie odmienne jest to, co widać w Norwegii, od tego, co zobaczyliśmy w Gruzji, jak odmienne jest Powołże od Tyrolu, jak odmienna Kopenhaga od Stambułu, jak różne kulturowo, cywilizacyjnie i klimatycznie, religijnie i gospodarczo, politycznie i kulinarnie.

Ustrój europejski reprezentuje Francja czy Albania? Kuchnię europejską Włochy czy Islandia? Cywilizację Holandia czy Armenia? Charakter europejski Serb czy Niemiec? Sztuka europejska to raczej mauretańska Grenada czy pałac chana w Bachczysaraju na Krymie? A prawdziwy Europejczyk? Jak mogłoby takie dziwo wyglądać? Czy miałby to być Niemiec o tureckim, Francuz o senegalskim, Anglik o pakistańskim czy Bułgar o gagauskim pochodzeniu? A może Kurd, Tatar, Karaim, Retoromanin, Mordwin, Kałmuk? A jeśli Europa to wspólnota cywilizacyjna, należałoby włączyć do niej jej zamorskie kolonie i klony – Stany Zjednoczone, Australię, Argentynę itp. Jeśli Europę i jej granice wyznaczają wspólne wartości, to jest ona w takim razie dość rozsiana po świecie. Hellada czy nordyckie runy, cesarstwo rzymskie czy trzeci Rzym? I pytanie zasadnicze: czy Izrael jest, czy nie jest w Europie?

Oczywiście, Europa z perspektywy Ameryki jest całością, tak jak z perspektywy Azji czy Afryki. Oczywiście, ponieważ Europę widać tylko z zewnątrz, od środka nie widać nic.

Oczywiście, Europa Ojczyzn, Europa Narodów, Europa Regionów, Europa Wsi, Europa Dzielnic, Rodzin, Podwórek. Dla każdego jego Europa. Europa Dwóch Prędkości. Europa Trzech Króli. Europa Czterech Mocarstw i Siedmiu Krasnoludków. Wydaje się, że jedyna wspólnota europejska to wspólnota krwi rodzin arystokratycznych, skoligaconych jeszcze w feudalnych czasach, ponieważ o żadnych wspólnych interesach ekonomicznych czy handlowych mowy nie ma.

A może Europa to tylko wylęgarnia? Wylęgarnia demokracji, rewolucji, ideologii? Sztuki? A może Europa to tyran? Tyran zagarniający coraz to nowe terytoria najpierw politycznie, potem zaś kulturowo i mentalnie? Podporządkowujący sobie świat? Rozlewający się na pół Azji, Afrykę, Oceanię, Arktykę i Ameryki?

Może Europa więc to jakaś idea, myśl? Ale jaka? Wspólny rynek? Wolny handel? Globalizacja? Wspólna waluta? Komunizm? Socjaldemokracja? Anarchia? Chrześcijaństwo? Herezje? Protestantyzm i prawosławie? Judaizm? Ateizm? Fundamentem myśli europejskiej jest demokracja, praworządność, sprawiedliwość, wolność, równość. I kapitalizm. I egalitaryzm. I socjalizm. Integracja poprzez edukację i przyswojenie sobie wspólnych wartości i idei tolerancji. Gdyby to nastąpiło, może powstrzymałoby wreszcie zmorę Europy: europejskie wojny. Europejskie wojny światowe. Pax Romana. Czyżby więc Nowe Stany Zjednoczone, Prawdziwy Związek Radziecki?

Na razie musimy zgodzić się w jednym: Europa to kontynent zamieszkany przez setki milionów osób, a każda z nich jest inna. Europa to terytorium, nazwa geograficzna – jej część, niestety mniejsza, tworzy teraz Unię Europejską, twór polityczny, cywilizacyjny. Druga część, większa, pozostaje Europą bez unii. Nie wiadomo, niestety, która z tych części jest bardziej europejska. Nie wiadomo też, która jest bardziej zróżnicowana.

Czy jest więc coś, co rzeczywiście charakteryzuje Europejczyków i Europę, wyróżnia ją i nadaje jej wyjątkowy charakter, niespotykany nigdzie indziej? Czy nie jest to właśnie uparta, absolutnie niespotykana na innych kontynentach chęć poszukiwania własnej tożsamości, podkreślanie własnej odmienności, różnic, przywiązanie do własnych tradycji i własnego podwórka? Wreszcie – czy nie jest to mania granic? Spójrzcie na Europę z oddali – i zobaczycie podzielony na dziesiątki kawałków kontynent, jeden z mniejszych, mozaikę barw i kształtów. To my.


TOMASZ RÓŻYCKI
Polska

Niestety, pojęcie to nie jest jasne. Dominuje tu raczej brak wyrazu, mglistość i niepewność, niepełność barw i kształtu. Jeśli definiujemy ją w oparciu o terytorium, to będziemy w kłopocie, ponieważ atlas historyczny powie nam szybko, że to, co teraz z nią utożsamiamy, w bardzo małym stopniu pokrywa się z terytorium, które ją określało przez wieki. Gorzej – nie uda się nam prawdopodobnie ustalić stałego terytorium, takiego kawałka ziemi, który by ją oznaczał zawsze. Tym bardziej, że nazwa tego państwa nie jest oczywista – zdarzały się już w dziejach Europy długie okresy, kiedy Polski nie było. Gorzej – powiedzmy to: dłużej jej nie było niż była w dziejach kontynentu. Polska więc jako coś nieoczywistego. Rację więc przyznajmy Alfredowi Jarry, który napisał: „W Polsce, czyli nigdzie”. Mapa polityczna zaczyna się nam więc rozmywać.

Dalej – krajobraz. Nie ma, niestety, nic wyraźnego w krajobrazie. Równiny, pagórki, pola i lasy. Błoto. Polska to czy już Ukraina? Meklemburgia czy Pomorze? Kujawy czy Litwa? Podlasie czy Polesie? Europa się rozrzedza, osłabia, wpada w błoto, w równinę, w pole. Zaczyna się terytorium przejściowe, jakieś ogromne kresy przechodzące w Azję, Rosję, step. Już nie Europa, jeszcze nie Azja, albo inaczej – jeszcze trochę Europy, ale już osłabionej, nijakiej i już początki Azji.

Wreszcie naród. Naród. O tak, tego możemy być pewni. To naród właśnie Polskę ową własną piersią zasłonił, na własnej piersi wykarmił i wyniósł z nicości. Polska – byłżeby to więc kraj zamieszkiwany przez Polaków i wciąż przez Polaków stwarzany od nowa, odnawiany z niczego, na nowym terytorium i na nowych zasadach. Ale cóż Polacy? Najnowsze badania genetyczne, przeprowadzane w Europie całej, dowodzą, że Polacy to mieszanka genetyczna: mamy geny ruskie, niemieckie, mongolskie, żydowskie, skandynawskie, węgierskie. Najsilniejsze zaś mongolskie. Naród więc przejściowy, naród w drzwiach Europy. Bez właściwości. Dokładnie taką samą mieszanką charakteryzują się wszyscy nasi sąsiedzi. Oprócz Węgrów.

Cywilizacja? Ha! Czy nie jest czasem cywilizacją wytracania, cywilizacją ostatków, rozmywania się? Może więc kultura? Kultura i sztuka? Czy nie jest właśnie tak, że tylko literatura, tylko muzyka, tylko poezja i kino dają nam powód istnienia? Nagrody Nobla? Istniejemy tylko dlatego, że istnienie nasze mogą opisać poezja i kino, coś absolutnie niematerialnego, coś absolutnie nierzeczywistego, coś, co stwarza inną rzeczywistość, coś, co okłamuje nas o świecie.

Reasumując: Polska to obszar rozmywania się rzeczywistości, przechodzenia Europy w Azję, miejsce, gdzie Europa Azję, a Azja Europę wykańcza. To miejsce przejściowe, gdzie rzeczywistość traci swą rzeczywistość i tonie w przestrzeni i w czasie. To miejsce, gdzie nic nie jest do końca, naprawdę, a wszystko tylko na niby, na chwilę i prowizorycznie. Ten właśnie stan to stan poezji. Ten właśnie rodzaj istnienia to żywioł sztuki. To istnienie sztuki. Nie chcę mówić za dużo, nie chcę wmawiać nikomu, że Polska to metafora. Tego doświadczyć powinien każdy sam.


CZĘŚĆ II
MIEJSCA

Gdy liczba nocy spędzonych w hotelach zaczyna się niebezpiecznie równać z liczbą nocy spędzonych we własnym łóżku, człowiek zaczyna dokonywać – początkowo bezwiednie – klasyfikacji i katalogować wedle własnej miary miejsca, w których niegdyś przyszło mu spędzić czas od zmierzchu do świtu.

TOMASZ RÓŻYCKI


LESZEK MĄDZIK
Patyna

Wędrówka czasu po obiektach, rzeczach, ciele ludzkim jest prawie niezauważalna. Zostawia swój ślad dyskretnie, po cichu, ale skutecznie. Planuje swoją misję na dni, lata, trwa dotąd, aż osiągnie swój cel. Każda pora roku sprzyja temu zadaniu. Nawet pory dnia mają tu swoje znaczenie. Światło i noc, wilgoć i susza wprzęgnięte są w to pozornie bezduszne działanie.

Natura rodzi nowe istoty, jednocześnie skazując je na korozję. Czas zachwytu nad nieskazitelnością tego, co jeszcze dziewicze, nie trwa długo. Można sądzić, że proces unicestwiania rozpoczął się już w momencie, kiedy zaistnieliśmy. To takie wolne zabieranie, prosi się, by powiedzieć: odchodzenie. Równolegle towarzyszy temu procesowi przyroda, ale do czasu, bo kiedy nasz żywot ma swój kres, to ona, choć uboższa o to, co zmarło w swej jesieni, budzi się witalnie każdej wiosny. Jedyna pociecha, że możemy – oby jak najdłużej – towarzyszyć i przeżywać te witalne powroty.

Najsilniej i bardzo czytelnie zostawia swój ślad na skórze ludzkiej. Ciało jest obrazem, który unaocznia różne fazy obumierania. Nawet największa troska o jego konserwację jest tu bezradna. Szczególną misję ma ciało kobiece, które w swoim czasie nas zdobywa, a po latach wyzwala jeszcze inny rodzaj emocji. Przeczuwam, że pełniejszych, głębszych i dotykających tajemnicy i sensu przemijania. Do dziś mam w pamięci ogrody japońskiej Kamakury. Utrwaliłem je w fotografiach. Siła i fenomen tego pejzażu unaoczniły mi cudowność kłaniających się ku odejściu drzew. Ta jesień skąpana w promieniach słońca, które podkreślało wymowę korozji, patyny i faktury samotnych konarów, gałęzi i resztek liści, dotykała fenomenu i sensu nieodwracalnych zmian.

To nie depresyjny pejzaż, paradoksalnie w swym tragizmie był bardzo ludzki, pozbawiony lęku. Można się było w niego zanurzyć, być jego częścią.

Sakralność i dostojność śmierci, bo wreszcie trzeba wypowiedzieć to słowo, dawała poczucie logiki trwania na tym padole.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com