Polska jesień - Jan Jozef Szczepański - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 419 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Polska jesień - Jan Jozef Szczepański

Jak wygląda prawdziwa wojenna rzeczywistość, odarta ze złudzeń i mitów walki narodowowyzwoleńczej? „Polska jesień” to jedna z najważniejszych książek na temat kampanii wrześniowej. Szczera relacja bezkompromisowego autora, który bez względu na okoliczności pozostaje wierny swoim przekonaniom.

Opinie o ebooku Polska jesień - Jan Jozef Szczepański

Fragment ebooka Polska jesień - Jan Jozef Szczepański




Uwaga, nadchodzi...

Kilka dni temu spotkałem na ulicy pana Domana. To przyjaciel mojego ojca. Dawno go nie widziałem, bo od czasu, jak ojciec umarł, pan Doman przestał odwiedzać nasz dom. Dziwny człowiek z niego. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo go lubię, ale nie mogę też zaprzeczyć, że imponuje mi i budzi we mnie rodzaj lęku. Jest chyba bardzo mądry, a jeszcze bardziej zarozumiały. Ze wszystkiego kpi. Każdą teorię naukową uważa za mistyfikację, każde państwowe przedsięwzięcie – za szwindel. Uznaje, jak sam kiedyś powiedział, tylko dwa autorytety: Konfucjusza i Einsteina. Czy nie za dużo ekstrawagancji?

Otóż wpadłem na niego w chwili, kiedy stojąc na środku chodnika na ulicy Dworcowej, dumał nad czymś przed witryną księgarni. Jego wspaniały łeb podstarzałego Mefista zwisał ponad solidną wypukłością brzuszka, krótkie ręce splecione były na plecach, dłońmi na zewnątrz. Chciałem ominąć go niepostrzeżenie, ale poznał mnie i złapał za rękaw.

– No i co? No i co, panie kolego? – zapytał, trzęsąc ryżą, równo przystrzyżoną bródką. Głęboko wycięte nozdrza bardzo krótkiego i prostego nosa były drapieżnie rozdęte, wypukłe szarozłote oczy patrzyły na mnie z natarczywą ciekawością.

Na ulicy sprzedawano właśnie nowy dodatek nadzwyczajny – znów jakieś zajścia graniczne, jakaś prowokacja. W upale, zgiełku i kurzu ludzie tłoczyli się, potrącali nas, pędząc gdzieś w bezsensownym pośpiechu. Byłem mocno zakłopotany.

– Gdzie pan idzie? – badał mnie głosem nie znoszącym sprzeciwu.

– Tak... – rozejrzeć się po świecie – odparłem blado. Rzeczywiście nie miałem przed sobą żadnego konkretnego celu.

Rozciągnął szeroko wargi we właściwym sobie dziwnym grymasie, wyrażającym ironiczną aprobatę.

– Dobrze – powiedział – niech się pan rozgląda. Niech pan patrzy uważnie i niech pan wszystko zapamięta. A jeśli doczeka się pan kiedyś potomstwa, w co osobiście bardzo wątpię, opowie pan młodzieży, jak to wszystko wyglądało. To jest ostatnia okazja. Bo ten nasz świat ginie. Za dwa, trzy miesiące już go nie będzie. Mówię poważnie. Jutro, pojutrze cała ta niezgrabna budowla zacznie się walić, zacznie się nam sypać na głowę... – Przygarbił ramiona, jakby przeczuwając już lecące z góry cegły.

Byłem oburzony. – Pan nie wytrzymuje wojny nerwów – zawołałem.

Roześmiał się zjadliwie i wyciągnąwszy niespodziewanie zza siebie rękę, uderzył mnie twardym palcem prosto w pierś.

– Brawo! Silny, zwarty, gotowy, brawo! Więc i z pana potrafili już zrobić pozytywkę. Może to i lepiej, panie kolego... może i lepiej dostać w łeb pod narkozą. W każdym razie niech pan patrzy uważnie. O, jakie ładne wystawy. Ta księgarnia na przykład... widzi pan? Pruszyński, Anatol France, Tuwim, Ibanez, Tomasz Mann, Huxley... Nowy wspaniały świat – widzi pan? Zna pan Nowy wspaniały świat, panie kolego? Może go pan jeszcze pozna. – Uciekłem.

Teraz notuję tę rozmowę dlatego, że jednak przez kilkanaście godzin byłem mimo wszystko pod wrażeniem i pamiętam, że owego dnia świat miał dla mnie smak dziwnie ostry, a zachowanie się znanych mi od dawna ludzi wydawało mi się co najmniej tajemnicze.

Po południu było u nas parę osób na herbatce. Akurat zerwała się jedna z tych krótkotrwałych, gwałtownych burz, które w ostatnich czasach przecinały co parę dni męczące pasmo lśniącej, dusznej pogody. Siedzieliśmy w naszym ładnym, czystym saloniku, słuchając z ulgą pośpiesznego szumu deszczu i rozkoszując się chłodem płynącym od ogrodu szerokimi falami poprzez otwarte okna, poprzez falujące w nich miękko siatkowe firanki.

Był dyrektor biblioteki miejskiej, młody, zdolny socjolog, był gruby, jowialny inżynier z syndykatu hut żelaznych, człowiek znany z trzeźwości i niezawodnego humoru, była przyjaciółka matki, wielce uspołeczniona postępowa katoliczka, o usposobieniu narowistym i trudnym, pełnym niepokojącej słodyczy i bezkompromisowej surowości. Matka mimo nurtujących ją wątpliwości i przeczuć starała się nadać odpowiednią wagę ostatniemu tworowi Weroniki, wspaniałemu serowcowi, którego kruchy spód dosłownie „rozpływał się” w ustach. Herbata i kawa miały aromat doskonały, czekoladki były od Wedla. Naginając się mimo woli do rady Mefista, słuchałem, patrzyłem, smakowałem i wąchałem uważnie. Rozmowa dotyczyła Nowego średniowiecza Bierdiajewa, zapuszczała się w porównania między faszyzmem a socjalizmem, poruszała ostrożnie problemy funkcji społecznej sztuki, zadań korporacyj i przyszłości Kościoła.

Musiałem jednak mimo całego skupienia uwagi przeoczyć jakieś ogniwo, bo nie pamiętam, co skłoniło nagle postępową katoliczkę do otwarcia w pewnym momencie torebki, z której nerwowym ruchem wyciągnęła poskładaną wielokrotnie kartkę „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”.

– A to? Czytali już państwo? – zapytała, szczerząc długie, wystające zęby. I nim zdołaliśmy się zorientować, o co chodzi, zaczęła recytować pełen tajemniczych symbolów i nieudolnych rymów poemat, zatytułowany Przepowiednia Z Tęgoborza.

Od razu zrobiło się jakoś dziwnie. Wstydliwie i niezręcznie z początku, potem zaraz duszno i mroczno. Buchnęło w nas aurą tego świata, w którym żyliśmy potajemnie, kryjąc się z tym i strojąc na zewnątrz sceptyczne miny. Socjolog spróbował zrazu opanować niebezpieczny wybuch.

– Tak, tak... – uśmiechnął się uczenie i kwaśno – znane zjawisko. W podobnych momentach zawsze pojawiają się proroctwa i znaki. Tak... to byłby nawet ciekawy temat do opracowania. – Zakaszlał jakoś nieważnie, poprawił się na krześle i strzepnąwszy miękko wąską dłonią, zacytował:

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!

Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,

A żołnierz rokiem wojny...

– tak, tak. Znana historia.

Kiedy pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę,

Uważano, że chociaż zgłodniałe i chude,

Nie biegło na ruń, co już umaiła grudę...

Jego rozwlekły i nudny głos, kołysany rytmem wiersza, prowadził nas łagodnie na grzeczne, jałowe grządki literackiej krytyki, zażegnywał uprzejmie skandal naiwnego mistycyzmu.

Ale postępowa katoliczka nie dała się zbić z tropu.

– To zupełnie inna sprawa! – wykrzyknęła zaczepnie. – To jest interpretowanie wypadków, które już miały miejsce. A tutaj są naprawdę zdumiewające antycypacje. Niech pan słucha: „Krzyż splugawiony na wschodzie upadnie”... Co on mógł wiedzieć o swastyce? I to jest autentyczne. Moja matka widziała tę przepowiednię jeszcze przed wojną światową. To jest fakt...

Socjolog zgasił nagle swój krzywy uśmieszek, zatarł niezgrabnie ręce, przyczesał włosy. – Tak, istotnie... nie mogę zaprzeczyć – wyjąkał. – Ja też zwróciłem kiedyś na to uwagę... Mam nawet, zdaje się, przy sobie tekst nie pochodzący z „Ikaca”; zanotowany kiedyś dawniej... hm... można by porównać...

W osłupieniu przyglądaliśmy się, jak chudymi palcami przeszukiwał kieszenie marynarki, jak z miną zawstydzonego sztubaka rozkładał na kolanach cienki świstek maszynopisu.

Mruczał przy tym jakieś usprawiedliwienia, mające jakoby ratować jego powagę i honor... – Dla socjologa to jest bardzo interesujące, tak, znamienny, bardzo znamienny objaw... pewne nie całkiem jeszcze zbadane dziedziny... tak, zgadza się: „Krzyż splugawiony na wschodzie upadnie”. A to znowu odnosi się do wojny światowej. „W dwa lat dziesiątki nastaną te pory”.

Teraz i inżynier się ożywił. – Zaraz, zaraz... – zahuczał – z jakiej to daty? Obliczmy. – Wydobył pośpiesznie notes i ołówek.

Zrezygnowawszy z Bierdiajewa i pogardy dla wojny nerwów, przystąpiliśmy wszyscy do analizy tęgoborskiej wyroczni.

To wszystko działo się chyba w niedzielę. Tak. Bo tego samego wieczoru miałem iść z Leszkiem do kina. Ale kiedy zatelefonowałem do niego, służąca poinformowała mnie, że „pan Leszek już w wojsku”. Powołali go. Pierwszy raz odczułem tego dnia tak zupełnie dosłownie owo „naprężenie”, o którym tyle pisze się w gazetach.

Właśnie zupełnie podobna była sytuacja rok temu w związku z Zaolziem. Teraz jestem już niemal przekonany, że jak i wtedy skończy się na krzyku, a pan Doman ku mojej wielkiej uciesze znajdzie się wśród galerii proroków, wieszczących od dwóch tysięcy lat koniec świata. Już tej samej niedzieli, kiedy w dzienniku wieczornym przytoczono oświadczenie Chamberlaina potwierdzające gwarancje brytyjskie dane Polsce, zrozumiałem, że tym razem bluff Hitlera trafi w próżnię. To, że jestem w tej chwili w koszarach, wcale nie umniejsza mojego optymizmu. Byłem na to przygotowany i raczej dziwiłem się, że tak długo pozostawiono mnie w domu. Te jakieś manipulacje z obwieszczeniami mobilizacyjnymi, które rozlepiano i znowu zdejmowano, były irytujące. Naprawdę odetchnąłem z ulgą, kiedy policjant przyszedł wreszcie z kartką. Mobilizacja to była jedyna logiczna odpowiedź na niemieckie próby zastraszenia. Teraz, kiedy obie strony trzymają już rewolwer w garści, można będzie rzeczowo i rozsądnie porozmawiać.

Ale nie mam prawa twierdzić, że łatwo i prędko uporałem się z niepokojącymi sugestiami Mefista. Jeszcze wczoraj, żegnając dom, miałem momenty przykrych niepewności.

Czekając na czas odejścia mojego pociągu, siedzieliśmy z matką i siostrą na tarasie wielkiej kawiarni koło dworca. Bardzo to było właściwie dziwne. Bo i zabawne, i kłopotliwe, i nie całkiem poważne, mimo niewątpliwie pożegnalnej atmosfery. Miasto mrowiło się i huczało jakimś nie znanym dotąd, odpustowym ruchem. Cywile poprzebierani w mundury, spoceni, kusztykający pośpiesznie w nowiutkich, prosto z mob butach, których sam widok przywodził na myśl nagniotki, tłoczyli się na chodnikach i jezdniach; samochody brały nieprzepisowo zakręty i nikt już nie zwracał uwagi na biednego policjanta, który wczoraj jeszcze z wyżyn swej asfaltowej wysepki z taką łatwością jednym płynnym gestem rzucał w lewo lub w prawo posłuszne szeregi pojazdów.

Co chwila ktoś zatrzymywał się u balustrady tarasu z wesołym pozdrowieniem lub ukłonem, i wtedy pod zielonym daszkiem polówki rozpoznawaliśmy poprzez nowy uśmiech znaną dobrze cywilną twarz. Siedzieliśmy nad czarną kawą, matka, siostra i ja, pełni głębokiej sympatii i jakiegoś wewnętrznego nienasycenia. Bo ten moment wspólnego istnienia w naszym mieście, w naszej rzeczywistości, czuliśmy – wymyka się i mija, jest już jak gdyby poza nami i nie ma sposobu wysmakować go do gruntu. Nie bardzo wiedzieliśmy, o czym mówić i co myśleć o całej tej awanturze. Siostra przyniosła mi piękne, czerwone goździki, które wąchałem pomiędzy jednym łykiem kawy a drugim, pomiędzy jednym a drugim uśmiechem.

I wtedy przydarzyła mi się mała, głupia przygoda: przy sąsiednim stoliku ktoś powiedział półgłosem: „Patrzcie, mały Strączyński idzie na wojnę”. Wyprężyłem się na krześle, szczęknąłem głośno ostrogami, zacząłem pośpiesznie recytować wszystkie optymistyczne frazesy na temat „masła i armat”, „okrążenia”, „gwarancji” i „hitlerowskiej polityki bluffu”. Ale matka i siostra dosłyszały tamto zdradliwe zdanie. Uśmiechami pełnymi łagodności i cierpliwej nieuwagi kwitowały pustotę moich słów, a czułość ich spojrzeń pogrążyła ostatecznie wszystkie moje wysiłki. W tym krytycznym momencie, kiedy tak przyjemnie było czuć się obrońcą, wtłoczono mnie z powrotem w dzieciństwo.

Sama chwila wyjazdu była jak gdyby zanurzona w gumie arabskiej. Rozciągała się i trwała, rodziła nieskończone „jeszcze”, i jeszcze, jeszcze, jeszcze byłem tutaj, jeszcze widziałem te dwie najbliższe kobiety, połączone ze mną cieniutkim gestem pożegnania. Pociąg toczył się już pod blaszanym dachem peronu i okno mojego przedziału wyprzedzało je nieubłaganie.

Czułem sercem, oczyma, ustami, jak więź łącząca nas wydłuża się, wydłuża, wyciąga... Jeszcze, jeszcze, jeszcze...

Stały tam na peronie, coraz dalej, dalej, dalej, stały obie, matka drobna i czarna, z twarzą stroskaną, z palcami lewej ręki przyłożonymi bezradnie do warg, siostra wysoka, szczupła, z podniesioną śmiało piękną głową, jaśniejącą wdziękiem odważnego uśmiechu. Za nimi chwiał się i kłębił bezładny gąszcz kapeluszy i chustek.

W sąsiednim oknie kilku pijanych rezerwistów ryczało na całe gardło: „Hej, koledzy, dajcie ręce”. Jeden z nich, wychylony karkołomnie w stronę umykającej stacji, wrzeszczał w zwinięte w trąbkę dłonie: – My tam jadymy! My jadymy, same śwarne chłopoki! Pokażymy pierońskim hitlerom droga do domu.

Stały tam ciągle. Malutkie już, ledwie widoczne, ale jeszcze ciągle prawdziwe na cieniutkiej strunie spojrzenia.

Zapragnąłem nagle zerwać tę nić, zanim sama pęknie. Obróciłem się. Już!

W przedziale oprócz mnie siedziała tylko jakaś skromna szara panienka, wyglądająca na nauczycielkę. Z zupełną obojętnością zdawała się odczytywać nad moją głową treść brudnej tabliczki: „Nie pluć, nie zanieczyszczać wagonu”.

Pociąg nabierał coraz szybszego, pewniejszego rytmu. Rozkołysany swą mechaniczną pieśnią, mknął zapamiętale w rudy blask zachodu, w mrok świetlisty jeszcze, ale stygnący prędko, nasiąkający pustką i chłodem. U samego już progu nocy mignęła mi mgliście wielka, leśna polana z pasącym się spokojnie stadem saren. I nie wiem dlaczego ten właśnie widok przypomniał mi raz jeszcze apokaliptyczne proroctwa Mefista.

Trudno mi to wyrazić, ale wydało mi się, że za tę jakąś katastrofę, jeżeli ona nastąpi, odpowiedzialni będziemy my, ludzie, wobec owych saren, poruszających się bezgłośnie w niewinności i ciszy świata, który wypadnie nam może rozsadzać i burzyć.

 

Tak więc wczoraj przybyłem do pułku, do tych odmienionych koszar, które nic nie mają wspólnego z dawnym przybytkiem rygoru i ładu. Nawet ów specyficzny nastrój wojska, tęsknota wielu setek mężczyzn za pełnią własnej indywidualności, nawet to znikło. Mam ciągle uczucie, że znalazłem się w obozie jakiejś koczującej bandy lub raczej pospolitego ruszenia. Dziwne to jest wszystko razem. Niepoważne. Niepoważne jest to wojsko łazikujące, sejmikujące, żłopiące piwo w kantynie od rana do zmroku. Niepoważne są cywilne, nędzne szkapy na koniowiązach i niepoważni są starzy oficerowie, reprezentanci najbardziej wysłużonej rezerwy, usiłujący zmusić do sprężystego kroku swoje zreumatyzowane nogi. Z fotografii w podręcznikach historii nowożytnej, z opowiadań i filmów zrodził się w mojej wyobraźni obraz, zatytułowany „mobilizacja”. Ogromny tłum mężczyzn w nędznych, szarych paltocikach, w wygniecionych kapeluszach tłoczy się u jakiejś kraty, będącej pewnie ogrodzeniem koszarowego dziedzińca. Wzniesione w górę twarze krzyczą coś, wybiegają ku czemuś szeroko otwartymi oczyma. Ręce potrząsają niecierpliwie kartkami wezwań. Cały ten rozruch niemego podniecenia zamazany jest bezbarwną mgłą deszczu, a w tyle, na odrapanym, ślepym murze samotnej kamienicy bieleje natrętnie płachta mobilizacyjnego afisza.

Rzeczywistość ani jednym rysem nie zbliżyła się do tego wyobrażenia. Przyjechałem do Bielska późnym wieczorem. Na pustej i ciemnej stacji samotny żandarm odliczał leniwie ciężkie kroki. Ulice wyludnione, szerokie, zapadały gdzieś w odległe perspektywy nocnej ciszy. Z daleka nadjechał maleńki, zapóźniony tramwaj, w którego pustym wnętrzu słaniał się, jak larwa w napełnionej niebieskim płynem probówce, senny konduktor. Nigdzie ani śladu owych imaginacyjnych tłumów. Wszystko zupełnie przeciwnie niż na moim obrazie.

Długo dzwoniłem do bramy, aż wreszcie z głębokiej nocy wyplątał się chrzęszczący i niemrawy wartownik. Przez chwilę przyglądał mi się poprzez żelazne sztachety, mrugając oczyma w flegmistym świetle zaciemnionej latarki. Potem furtka jęknęła boleśnie, brzęknęły mętnie kanonierskie ostrogi w ospałym ukłonie.

W kancelarii dowództwa, dokąd poszedłem się zameldować, panował taki sam półmrok, taki sam nastrój ni to snu – ni to spisku, jak na wartowni, jak na stacji, jak w mieście. Zalepione czarnym papierem okna ziały grozą ślepoty. W głębi, przy stole okrytym wodnistym światłem zielonej lampy siedziała jakaś wysoka, zgarbiona postać w rozpiętym mundurze.

Kiedy zatrzymałem się przy balaskach, przedzielających na pół obszerną izbę, ten ktoś wstał i wtedy poznałem Leszka. Ucieszyliśmy się sobą serdecznie.

– Co ty tu robisz? – spytałem.

– Ja? Jestem kancelistą.

Zatknął pióro za ucho i z wysiłkiem wypiął chudy brzuch. – Jestem najważniejszą osobą w pułku, stempluję papierki. – Wziął moją kartę mobilizacyjną i kreśląc jakieś znaki, przybijając z fachową pedanterią pieczątki, wyjaśnił mi sytuację.

– Ty i tobie podobne chojraki – mówił – pójdziecie na front, jako kanonenfutter. Ja, jako rutynowany tyłowiec, zostanę na „zapleczu” i będę knuł drobne kancelaryjne intryżki. Zostałem już przyjęty do cechu garnizonowych wypierdków, zawarłem sztamę z wszystkimi mendami, karakonami i szczypawkami, gnieżdżącymi się po intendenturach. W wolnych chwilach czytam Szwejka, żeby uzupełnić swoje wykształcenie.

Usiedliśmy na poręczy balasek opowiadając sobie pół żartem, pół serio dzieje tych ostatnich paru dni. Dowiedziałem się, że z naszego palu utworzono dwa pułki i że oba odeszły już na stanowiska. Gdzie – nie wiadomo. Wszystkie miejscowości podane są kryptonimami. W koszarach prócz całego niemal naszego rocznika podchorążych znajduje się teraz sama najstarsza rezerwa. Ludzie figurujący już od lat w kartotekach jako „martwe dusze”. To wszystko bez przydziałów, bez broni, niemalże bez nadzoru. Kółka mobu zacięły się po wyjściu za bramę ostatniego działa; w magazynach i biurach odkryto zadawnione złoża osłoniętych „tajemnicą wojskową” bałaganów, sięgających swą szacowną tradycją jeszcze kampanii dwudziestego roku. Nikt nie wie, co z nimi zrobić, i wszyscy po trochu liczą na to, że z chwilą wybuchu pierwszej bomby cały ten mętlik jakoś się sam rozwiąże.

Pod wrażeniem tych niezbyt wesołych rewelacji ruszyłem na poszukiwanie noclegu, bo nawet sala i łóżko nie były tutaj nikomu wyznaczone.

Poszedłem oczywiście do mojej dawnej baterii. Ale tu spotkała mnie najdziwniejsza tego wieczoru niespodzianka. Idąc ciemnym, wilgotnym korytarzem, cuchnącym swojsko zepsutą kanalizacją, wazeliną do czyszczenia broni i pastą do butów, nie podejrzewałem niczego. Z bezmyślną obojętnością nawyku otwarłem drzwi, i... to był naprawdę szok, przeżycie z jakiejś niesamowitej bajki.

Przede mną otwierała się mroczna, bezkształtna pieczara, wypełniona drgającym, monotonnym szmerem, rozczłonkowana na szereg równych, stożkowatych sklepień sinego blasku. Na wprost drzwi, w jednym z takich niebieskawych kloszów, czaił się milcząco wielki owad o twardej, polśniewającej matowo głowie. Tkał właśnie swoją sieć, wysnuwał z powietrza, łączył i rozłączał celowymi, pajęczymi, ruchami długie, oślizłe nici przędzy.

Po chwili dopiero odcyfrowałem francuski hełm, patki kaprala, mapnik, chlebak, ładownice i na stoliku ciężką skrzynię „centralki”. Pod ścianą, każdy w swoim mglistym namiocie, siedzieli inni. Pokraczne, blade gnomy w miękkich czepcach o polipim kształcie, każdy przykuty wybiegającym spod brody kablem do szumiących na stołach aparatów.

Urzeczony tym fantastycznym widokiem, stałem cicho, czekając zaklęcia. I wtedy jeden z potworków drgnął nagle pod wpływem jakiegoś tajemniczego nakazu i w skupionej, pełnej szmerów ciszy zaczął recytować śpiewnym szeptem swoją formułę: „Nikodem, tu Jerzy... Nikodem, tu Jerzy... Nikodem, tu Jerzy... Nikodem...” Cichutko zamknąłem drzwi.

Tu było centrum spisku. Tutaj, na samym dnie mroków sennego nieładu, odprawiało się tajemnicze misterium. Tutaj tkano sieć porozumienia i obrony.

Wczorajszy i dzisiejszy dzień zatarły jednak zupełnie wszelkie ślady niesamowitości tych pierwszych chwil. Niezmiennie trwa ta jakaś metaliczna, twarda pogoda, koszary drzemią w bezruchu upału i nudy.

Są tutaj prawie wszyscy koledzy z praktyki i z ćwiczeń: Buchta, Kowalski, Bednarz, Haniczek, Kozyra – poczciwe, rubaszne chłopaki. Jest z kim pogadać, pośmiać się i popsioczyć na cały ten bałagan.

Całymi godzinami przesiadujemy na ławkach koło wartowni, bo tam, bądź co bądź, czuć jeszcze trochę prawdziwym wojskiem. Z żołnierzy i oficerów nie znam prawie nikogo. Na razie zafasowaliśmy maski RSC i na tym skończył się nasz ekwipunek.

Wczoraj poprosiłem o przepustkę na miasto. Chciałem zobaczyć, jak wyglądają „przedwojenne nastroje” w pogranicznym garnizonie.

To, co widziałem, to był obraz najzwyklejszy małomiasteczkowej kanikuły. Po opustoszałych, spieczonych żarem ulicach snuli się niemrawo brzuchaci emeryci w melonikach, tu i ówdzie koścista bona w nakrochmalonym fartuchu pchała niechętnie dziecinny wózek. W chłodnych wnętrzach paru cukierni chłopcy w przedpoborowym wieku i opalone dziewczęta lizali lody, flirtując nieśmiało.

Jedyna znamienniejsza scena rozgrywała się pod bramą gmachu PKO. Stał tam długi ogonek mieszczuchów z książeczkami w dłoni. Podnieciło mnie to do takiej małej, głupiej w gruncie rzeczy manifestacji: wszedłem i przy opuszczonym przez wszystkich okienku wpłat zdeponowałem ku niezmiernemu zdziwieniu urzędnika i publiczności cały mój kapitał, sto złotych zabranych na wojnę.

Dzień dzisiejszy ma już jakieś bardziej określone kształty, zaczyna nawiązywać do tradycji dawnych dni koszarowego życia.

To wszystko dlatego, że przyjechał major J., nasz obecny dowódca. Jeździł do sztabu dywizji po instrukcje.

Mieliśmy z nim rano dosyć niemiłe, ale otrzeźwiające spotkanie. Staliśmy sobie całą bandą pod gankiem kantyny, plotkując beztrosko, kiedy niespodziewanie wynurzył się z cienia kasztanowej alei. Mały, zasuszony, w polowym mundurze i furażerce, szedł powolnym krokiem zwiedzającego folwark ekonoma. Cieniutkim palcatem bębnił drobno po cholewach, a jego zwiędła, pokryta czerwoną wysypką twarz wyrażała głęboki niesmak.

Poderwaliśmy się na baczność z tym samym dreszczem popłochu, co dawniej w czasie czynnej służby. Major przyglądał się nam krytycznie.

– Panowie podchorążowie w wielkiej gali – rzekł wreszcie – piórka, piórka... – Trącił końcem palca czapkę najbliżej stojącego Kozyry.

– A w stajni panowie byli?

– Tam same cywilne szkapy, panie majorze – wyrwał się pyskaty Bednarz. Oczy majora zwęziły się nieprzyjemnie. – Szkapy! – syknął. – Koń, o którego żołnierz nie dba, zawsze będzie szkapą, a żołnierz, który nie dba o konia, zawsze będzie dupą. Zrozumieli?

Trudno odmówić temu zdaniu lapidarności i przekonywającej siły. Muszę się przyznać, że zdolność formułowania tego rodzaju aforyzmów, będąca szczególnym darem liniowych oficerów, budzi we mnie prawdziwy podziw. Teraz, kiedy magiczne słowo padło już z autorytatywnych ust, wszystko nabiera z powrotem sensu. Okazało się, że jest dosyć zajęcia dla każdego z nas. Ja dokonałem właśnie ważnego dzieła uprzątnięcia alarmowego placu. Przydzielono mi w tym celu sześciu ludzi ze starym plutonowym rezerwistą. W miarę jak zbliżało się południe, czysta pogoda poranna zmieniała się w nużący upał. Koszule zamiatających żołnierzy świeciły surową, oślepiającą bielą. Spod grabi i mioteł unosiły się wątłe obłoczki rudego pyłu, który drgając stał w powietrzu. Od strony stajen dochodził suchy, metaliczny stuk. Czyszczono konie i jezdni wytrząsali zgrzebła o brzegi ścieków. Tuż za murem przeleciał zdyszany pociąg.

Stojąc oparty o ścianę działowni, wsłuchiwałem się w puls życia koszar, w ten puls, który po ciężkich zaburzeniach wracał teraz do zdrowia. Była to znowu normalna, nudna służba, stopniowe wykonywanie rozkazów, płynących z wyżyn dowództwa poprzez liczne instancje aż do zamiatających posłusznie rąk. Proces podobny do spokojnego, zdrowego trawienia. Czułem, że widmo wojny oddala się gdzieś poza granice zdrowego rozsądku.

Toteż kiedy otyły plutonowy, przecierając pałającą łysinę, zagadnął mnie znienacka: – No i cóż, panie podchorąży, co będzie dalej? – odpowiedziałem mu naiwnie, bez żadnej intencji dyplomatyzowania: – Dalej?... Będzie się segregować cywilne wozy.

– ...No, ale tak w ogóle, względem wojny. – Wzruszyłem ramionami. – Bo ja to sobie tak myślę – ciągnął uparcie – że oni się nie odważą. No nie? A jednak, to by była szkoda, panie podchorąży, bo to jest dla nas okazja. My o tym rozmawiali rano w kasynie. Popatrz pan: Gdańsk, Prusy Wschodnie, Opole, Bytom... Co? To nie to, co jakieś zakichane z przeproszeniem Zaolzie.

Teraz mam chwilę spokoju. Siedzę w ciemnej podoficerce, którą przydzielono podchorążym. Napisałem kartkę do domu. Kartka jest już zielonym druczkiem poczty polowej, pełnym niezrozumiałych cyfr i skrótów.

„Wy tam w cywilu denerwujecie się – napisałem – i czekacie jakichś strasznych katastrof. U nas spokój. Jestem w tzw. „baterii nadwyżek” i czeka mnie pewnie kilka tygodni koszarowych nudów. Wierzę jednak, iż to wszystko rozlezie się po kościach”.

 

Wielki wstrząs wybił mnie ze snu. Więcej: wyrzucił wprost z łóżka. Stałem boso na podłodze, wytrzeszczając nie rozumiejące nic oczy na postaci w bieliźnie, wyskakujące z sąsiednich łóżek. W uszach drgał mi wysoki dźwięk szarpniętych jak struny szyb; ale musiało to być wspomnienie sprzed paru sekund, bo właśnie poza trzeszczeniem prycz i tupotem nie było tu żadnych innych hałasów. Przez chwilę przyglądaliśmy się sobie wszyscy w milczeniu z głupimi uśmiechami, z wyrazem niedowierzania na twarzach.

Naprzeciw mnie stał Leszek, ze zmierzwioną czupryną, niezmiernie długi w swojej pasiastej piżamie.

– Co to jest? – zapytałem, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia. Uśmiechnął się. Wyraz zrozumienia i pewności siebie pojawił się w jego oczach.

– Wojna – odpowiedział stanowczym głosem.

– Wojna? – gruby Haniczek teraz dopiero zeskoczył z jednego z górnych łóżek, gdzie dotąd leżał cichutko wśród zbałwanionej pościeli.

– Wojna?... Co za bzdury – odezwał się jakiś oburzony głos.

– Bombardują koszary – stwierdził Leszek z akcentem zupełnej pewności.

Rzuciliśmy się do okien. Mogła być piąta i niebo pełne jeszcze było chłodnych porannych błysków. Gdzieś het, w górze, wysoką nutą grał motor samolotu. Nie mogliśmy go dojrzeć.

Puh! Puh! Za Cygańskim Lasem głucho detonowały korki z jakichś ogromnych butli.

– Przeciwlotnicza wali – powiedział Bednarz.

Nagle Kozyra roześmiał się hałaśliwie. – Ach wy, frajery! Dzisiaj miały być ćwiczenia OPL.

– A ten wybuch, to co? Też ćwiczenia?

– Dlaczego nie. Mało to razy były ostre strzelania na Błoniach.

– Łoś! Łoś! – zawołał ktoś od okna.

Wszystkie spojrzenia pobiegły za wyciągniętym w górę palcem. Coś tam łyskało w młodym słońcu, jakiś kształt nieuchwytny i płynny, dalekie źródło mruczących, zamierających co chwila dźwięków. Znad pobliskich drzew wyskoczył z nagłym warkotem ciemny, krępy myśliwiec. W pośpiesznym wysiłku wspinał się w górę, przechylając się gwałtownie, zataczał krótkie łuki i malał, malał... czerniał, stawał się podobny do jadowitej, złej muchy. Po chwili głosy motorów zlały się w niewyraźny szum i obie maszyny znikły nam z oczu. Powróciliśmy pod ciepłe koce, zawstydzeni, że tak łatwo daliśmy się nabrać. Zastanawiałem się właśnie, czy warto się już ubrać, kiedy całe miasto rozwrzeszczało się niespodziewanie przenikliwym, urywanym lamentem syren.

Trudno było tego słuchać. To miało w sobie życie jak krzyk napadniętej znienacka kobiety.

Znowu skoczyliśmy do okien, ale tym razem niebo było puste.

– To koniec alarmu – powiedział Leszek.

O śnie nie mogło już być mowy. Szukając ręcznika i mydła, otwarłem walizkę. Tchnęło ku mnie słodką goryczą pożegnań, uśmiechów, więdnięcia jakichś rzeczy bardzo bliskich, kochanych i pięknych. To moje goździki obumierały wymownie na białym płótnie koszuli.

Kiedy w chwilę potem szliśmy z Leszkiem do kasyna, zaczepił nas stary plutonowy Dubiel. Grube policzki drgały mu od niespokojnych uśmiechów, zacierał ręce z ożywieniem.

– No, mamy wojnę, panowie – powiedział.

– Zdaje się, że pańska radość jest przedwczesna – odparłem. Wiedziałem, że Dubiel od dziesięciu lat nie może się dochrapać ogniomistrza z powodu wódki i w tej chwili było mi go prawie żal. Ale on, nie mogąc opanować rozpierającej go energii, trzepnął mnie w plecy łapą ciężką jak pletnia.

– Ptaszki pan widział, co? Słyszał pan, jak do nich pukali?

– To były nasze Łosie.

– Tak, Łosie – wydął lekceważąco mięsiste wargi. – Więc niech się pan dowie, że to były Heinkle. Zresztą rozmawiałem przed chwilą z jednym ogniomistrzem z pelotki, który był z fonogramem w dowództwie. Był nalot na koszary, co tu dużo gadać. Słyszał pan chyba wybuch? No więc! Piguła była dla nas, tylko że myśliwce zagnały drania nad Błonia i tak mu dojeżdżały od góry, że już nie mógł się inaczej poderwać, ino musiał puścić bomby spod siebie. Ten lej, to mówi ogniomistrz, że cały budynek dowództwa by w niego wlazł.

Zasalutował rozpromieniony i podskakującym krokiem pośpieszył obnosić dalej między ludzi swoją radość i swoją nadzieję.

Weszliśmy do kasyna. Leszek triumfował po cichu, ja jeszcze ciągle nie mogłem uwierzyć.

W pokoju bilardowym ryczało radio. Kłębiło się tam od zgiełkliwych, charczących oberków. Nasza rozczochrana Madelon przyniosła nam kawę. Byliśmy na razie jedynymi gośćmi. Jaskrawe płaty słońca leżały nieruchomo i sztywno na przybrudzonych obrusach, w powietrzu unosił się przykry zapach wystygłego tytoniowego dymu. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, jedząc w milczeniu. Wrzask głośnika przeszkadzał nam mówić. Leszek co chwila spoglądał niespokojnie na zegarek. Zbliżał się czas dziennika porannego. Z brzękiem ostróg wszedł Kopczyński. Zdjął czapkę, przeciągnął dłonią po swej wielkiej, czerwonej twarzy i ciężko osunął się na wolne przy naszym stoliku krzesło.

– To drze się sukinsyn – rzekł ciągnąc z lwowska – oszaleć można, jak Boga kocham. – Nieznośna muzyka obrośnięta już i tak gąszczem skrzeków i gwizdów stała się teraz bezładnym wyciem. Kopczyński wstał gwałtownie, ale nim doszedł do drzwi bilardowego pokoju, coś w aparacie przesiliło się z trzaskiem i zaległa wezbrana elektrycznością cisza. – Szlag go trafił, chwała Bogu – powiedział Kopczyński. Leszek znowu spojrzał na zegarek.

Lecz oto gdzieś z głębin eteru wzniosła się rosnąca fala suchego szumu, a z niej wypłynął niespodziewanie obcy i szorstki głos: „Uwaga, uwaga nadchodzi! Lar-nia trzydzieści siedem... powtarzam: Uwaga, uwaga nadchodzi! Lar-nia trzydzieści siedem...” głos zapadł się między trzaski elektrycznych wyładowań, w szum, z którego powstał. Przestaliśmy jeść, siedzieliśmy oniemiali, czekając... na co? Nie wiem; ale czułem w tej chwili, jak coś niesamowitego i groźnego zbliża się, nadchodzi w bezgłośnym locie. Zdawało mi się, że czarne, nietoperzowate skrzydło owego zagadkowego Lar-nia przyćmiło swą błoną blask słońca.

Głośnik wypluł z siebie jakiś strzęp oberka i znowu zamilkł w popłochu. Tamten głos powracał z ciemnej, szumiącej dali: „Uwaga, uwaga!... przeszedł”. Twarze kolegów wygładziły się, oczy i usta szukały pośpiesznie swych zwykłych spojrzeń i wygięć. W nadziei, że wszystko wyjaśni się za chwilę, jak zawsze dotąd, tuszowaliśmy uśmiechami moment przeżytej paniki.

W trzasku głośnika czuło się teraz jakąś stłumioną krzątaninę, jakby ktoś przygotowywał się do zatarcia przykrego wrażenia, wywołanego niespodziewaną gafą. Wreszcie, płynny i gładki, trysnął z zawodową swadą głos spikera: „Przepraszamy państwa za chwilową przerwę, spowodowaną nadawaniem komunikatu obrony przeciwlotniczej. Zanim przejdziemy do wysłuchania wiadomości dziennika porannego, kończymy naszą audycję muzyki z płyt w wykonaniu kapeli ludowej Feliksa Dzierżanowskiego”. Buchnęła melodia jakiegoś kujawiaka z samego środka nuty i przeciągnęła się w długi, ochrypły jęk.

Korytarz kasyna podoficerskiego rozbrzmiewał teraz gwarem rozmów, łoskotem kroków. Przychodzono tłumnie słuchać dziennika. Madelon kłusowała ciężko między stolikami, roznosząc kawę i bułki. Spocona i zła, nie rozumiała zupełnie, co się do niej mówi.

Do nas przysiadł się jeszcze Mrozek. Podnieconym głosem opowiadał jakąś historię o naszym weterynarzu, poruczniku Mausie, który wrócił z komisji poboru koni w aucie podziurawionym kulami. W ogólnym zamęcie nie mogliśmy zrozumieć, o co chodzi.

– Co, co, bracie? Gadasz, jakbyś miał kluski w gębie! – krzyczał Kopczyński przykładając rękę do ucha.

Nagle muzyka urwała się, a z nią razem wszystkie rozmowy.

„Na wstępie naszego dziennika porannego...” – powiedział spiker i odchrząknął; jego głos był zupełnie zmieniony. Brzmiał tak, jak gdyby odprysła z niego cała aktorska politura. Zrozumiałem.

– „...Podajemy państwu treść orędzia Prezydenta Rzeczypospolitej do Narodu Polskiego: Obywatele, tej nocy wróg odwieczny przekroczył nasze granice”. Głos zaciął się raz jeszcze i potem popłynął już gładko, odnajdując drogę wieloletniej rutyny. Kilka krzeseł skrzypnęło w sali, ale cisza nabrzmiała i prężna zdławiła te dźwięki.

Słuchałem tych słów tak, jakbym znał je już dawno. Brzmiały jak zdania zjawiające się we śnie, owe zdania, którymi z uczuciem zawstydzenia i ulgi wypowiada sobie człowiek w najgłębszym odosobnieniu to, czemu przeczy uparcie na jawie.

Po orędziu nastąpił pierwszy komunikat wojenny.

„Na całej długości zachodniej granicy trwają od piątej rano zaciekłe walki. Lotnictwo nieprzyjacielskie dokonało szeregu lotów zaczepnych, obrzucając bombami drogi, stacje kolei żelaznej oraz szereg miast otwartych. Wskutek nalotów ucierpiały dworce w Trzebini, Sosnowcu, Częstochowie, Grudziądzu...”

W sali kasyna panował nastrój uroczysty. Z milczenia wszystkich zebranych tu mężczyzn emanowała powaga i braterstwo. Czuje się czasem coś podobnego na widowni teatru lub kina, kiedy sztuka przedstawia sprawy honoru, poświęcenia i walki.

W przypływie nagłej ciekawości rozejrzałem się dookoła. Ludzie siedzieli w zastygłych pozach, każdy wyodrębniony z tłumu, osobny w swoim skupieniu. Gdzieś w kącie mignęła mi obrzękła gęba plutonowego Dubiela. Odrzuconą w tył głowę oparł o ścianę, oczy miał zamknięte. W tej ciężkiej, nieruchomej masce tylko usta drgały nieznacznie. Od czasu do czasu koniec palcata, który trzymał w opartej o kolano dłoni, poszturchiwał w zadumie czubek wielkiego nosa.

Za drzwiami kasyna czekał nas znowu świat pogodny i błękitny, wykuty misternie w porannym blasku lata. Zdumiony, zamknąłem na chwilę powieki. Gdym je podniósł, wszystko wokół było różowe, nawet ciemna trawa kwietników lśniła liliowo.

Dzisiaj w piątek, pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, ja, Paweł Strączyński, liczący dwadzieścia lat życia, byłem świadkiem zjawiska, które nazywa się „wybuchem wojny”.

To trzeba zapamiętać.

 

Teraz to już naprawdę coś się dzieje. My jeszcze w tym nie bierzemy udziału, ale mimo że zapomniano chwilowo o naszym istnieniu, dosięga nas jak gdyby podmuch wzniecony przez jakąś ogromną nadbiegającą falę. W naszej mrocznej podoficerce siedzimy jak w łodzi podwodnej, starając się zabić czas, który gdzieś w górze huczy już łoskotem spełniających się losów.

W ciemniejszym kącie izby Kopczyński dyryguje zaimprowizowanym chórem. Z energią wybija takt palcatem o poręcz łóżka, a wokół tego miarowego trzasku kilka krzykliwych głosów skanduje wesołą melodię:

Stoi ułan na okopie,

A śmierć pod nim dołki kopie...

Granat trzasnął, ułan wrzasnął,

Nie ma głowy już!

Pod oknem, chlaszcząc kartami o brudny taboret, Bednarz, Buchta, Haniczek i jeszcze jakiś „żelazny podchorąży” grają w skata. Bednarz opowiada partnerom historię jakichś swoich amorów z czterdziestoletnią wdową. Pokładają się ze śmiechu, biją dłońmi w kolana i dopingują go do coraz intymniej szych zwierzeń. Fred Bednarz pęcznieje z głupiego zadowolenia. Szczypie się konfidencjonalnie w nos, wydłuża swoją wywiniętą górną wargę w kształt ruchliwego ryjka. – Gęba jak stary papuć – mówi – ale co tam gęba! Temperament, chłopaki, to jest ważne. O tu, widzicie – pokazuje mały strupek pod okiem – ugryzła mnie, jak Boga kocham. Ugryzła mnie ta cholera.

Niosą jego przez dąbrowę,

Jedni nogi, drudzy głowę...

ryczą tamci z kąta.

Nigdy jeszcze tak nie hałasowali. Ten gwar wybujał na jakimś nieznanym dotychczas podnieceniu.

W pewnej chwili pomiędzy karciarzami wybucha sprzeczka. I kiedy Bednarz z palcem wymierzonym oskarżycielsko w pierś Buchty woła doń: – Józek, Józek! – z jednego z górnych łóżek odzywa się nagle zawoalowany, rozwlekły głos: – Jó-zef, Jó-zef! Cze-ko-la-da!

Wszystko przycicha na moment, a czyjś śmiech, mający być komentarzem tego krzyku, brzmi jakoś niepewnie.

Bo reminiscencje audycji wysłuchanej w czasie obiadu w kantynie są niepokojące. Głosy obłąkanych spikerów, nawołujących się w cieniu dalekiej burzy poprzez jazgot optymistycznych frazesów oraz sapiący rytm marszów... Nieprzyjemnie. Wprawdzie komunikat był rewelacyjny – generał Abraham podchodzi pod Gdańsk. Westerplatte broni się bohatersko. Zniszczono szesnaście czołgów, dwadzieścia trzy samoloty. Włochy pozostają neutralne. Hitler oświadcza, że rozpoczyna wojnę sam... W pierwszej chwili byliśmy oszołomieni. Tchórzliwy, podobny do żaby „Erdal” Haniczek wypiął bohatersko brzuch i oświadczył, że niedługo „bydymy szpacirować po Unter den Linden ze śwarnymi dzieuszkami”. Ale jakoś nikt nie podchwycił tego tematu. Nie wiem skąd powiało nagle dziwną nieufnością.

Jeżeli chodzi o mnie, to mam konkretne powody do niepokoju. Kiedyśmy wychodzili z kasyna, cali jeszcze wzburzeni radością nieoczekiwanie szybkich sukcesów, Leszek złapał mnie za łokieć i odciągnął dyskretnie na bok. – Nie powtarzaj nikomu – dyszał mi w ucho – dziwne rzeczy dzieją się w koszarach. Major kazał spalić całą ewidencję. Sam widziałem, jak nasze nominacje obracały się w popiół. Zresztą nominacje... Pal je licho. Ale i wszystko inne: kartoteki, książki stanów ludzi, koni, sprzętu, raporty, spisy, wszystko. Cały kram, cała pamięć pułku. Ogień był jak jasna cholera.

Wyobraziłem sobie majora, grzebiącego palcatem w stosie płonących papierków, i wydało mi się to niesamowite.

– Dlaczego on to zrobił? – wykrzyknąłem.

– Ba! Dlaczego? Myślałeś, że go zapytam?... Zresztą wiesz, jak to jest: pali się to, co nie powinno wpaść w ręce nieprzyjaciela. – Mimo woli roześmiałem się. Takie rzeczy dzieją się tylko w wojennych powieściach i filmach.

– Daj pokój – rzekłem – słyszałeś przed chwilą: „Abraham podchodzi pod Gdańsk”, rano mówiono, że nasi są w Gliwicach...

Wzruszył ramionami. Zrobiło mi się nagle całkiem nieswojo. Szare budynki koszar tkwiły niewzruszenie, wkomponowane w jaskrawy błękit nieba i brutalną zieleń drzew. Może major zwariował. A może... – Słuchaj, czy myślisz, że komunikaty są fałszywe?

Uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Nie, nie sądzę... ale komunikaty podają tylko sukcesy... lokalne sukcesy. Tymczasem odwrót jest przewidziany w planie. Odwrót na Wisłę. Słyszałem jeszcze o tym przed wybuchem wojny.

– No dobrze... to z tą ewidencją też powinno być przewidziane.

Znowu wzruszył ramionami.

– Jakaś gwałtowna ewakuacja?

Zatrzymaliśmy się na skraju małego skwerku przed dowództwem.

– Słyszałeś historię o poruczniku Mausie? – zapytał.

– Jak go ostrzelali przy braniu koni na Zaolziu? Tak. No więc co?

– Wiesz, ile czasu jechał od miejsca, w którym nadział się na niemiecką piechotę? Dwie godziny! Dwie godziny, Pawełku. – Radzę ci, pakuj walizkę – dodał po chwili.


Nadwyżki

Staliśmy już pewnie dosyć długo. Było mi bardzo wygodnie. Nie mogłem zdecydować się na otwarcie oczu, ale poprzez powieki czułem wesoły, różowy blask. Naciągnąłem koc na ramiona i czekałem, aż sen wróci. Gdzieś pode mną zbełtany gwar głosów. Później rżący, gwałtowny wybuch śmiechu.

– Jeszcze jeden okaz... – wykrzykuje głos „żelaznego podchorążego” – ale śpi. Kochany idiota. Prześpi najpiękniejsze chwile wojny.

Otwarłem oczy. Co za wściekłe słońce. Znad krawędzi górnego legowiska widać okno, w dwóch trzecich zapchane grzbietami kolegów. „Żelazny”, oparty na ramionach Bednarza i Buchty, trzęsie swoim nieforemnym łbem i rechoce. – Nie, nie, dziękujemy za chleb. To, jak będziemy wracać z frontu. Na razie my sami możemy panie poczęstować. – Siadam, żeby lepiej widzieć. Wśród czerwieni ubitego żużlu błyszczy niebiesko tor kolejowy. W lewym rogu okna kawałek jakiejś nieporządnej konstrukcji: stos starych podkładów. Bliżej, pod samą ścianą wagonu dwie dziewczyny w mundurach PW z opaskami Czerwonego Krzyża na rękawach. W dłoniach trzymają lśniące, blaszane bańki.

– Przydałoby się co innego – mówi Bednarz dwuznacznie. – Pani już wie, o co mi chodzi.

Jedna z dziewczyn, którą lepiej widzę, kryguje się głupio. Ma dużą, zdrową i wulgarną twarz.

– Iii, skądże mam wiedzieć, o co panu chodzi. Panowie w ogóle tacy wymagający.

– Strączku, nie napiłbyś się kawy? – woła Buchta.

– Owszem, z przyjemnością.

– Jak tylko o kawie mowa, zaraz się obudził. Wiadomo, jak do niego trafić.

– Hi, hi, hi, hi – dziewczyny uważają to za świetny dowcip. Letnia, zbożowa kawa w aluminiowym kubku. – Dziękuję bardzo.

– Może jeszcze kubeczek?

– Nie, dziękuję. Czy to na każdej stacji będziemy dostawać kawę?

– Chyba. Ale musicie się za to dobrze bić.

– Za to. To znaczy za tę kawę?

– Hi, hi, hi, hi! Nie – no przede wszystkim za nas.

– To co innego. Trzeba było zaraz tak mówić.

Z długim, bolesnym zgrzytem pociąg ruszył. Stłoczeni w oknie, machaliśmy rękami w stronę malejących na peronie dziewcząt.

 

Nie umiem grać ani w „skata”, ani w „oko”, więc patrzę i staram się pamiętać; notuję zmienne, intensywnie kolorowe obrazki, które pewnie mało są ważne i zbledną jeszcze wobec kiełkujących w pogodnym niebie wydarzeń, ale które zachowają raz na zawsze prawo pierwszeństwa.

Jeżeli dane mi będzie dożyć chwili, kiedy będę mógł spokojnie przerzucać w pamięci widoki owego albumu zatytułowanego „wojna”, czuję, że znajdę je świeższe, barwniejsze od innych, błyszczące beztroskim urokiem nowości, ostre w każdym błahym szczególe rysunku, jak naiwne, naturalistyczne pocztówki.

Nasz przedział wylakierowany jest upałem i pachnie kurzem nagrzanych kanap. Siedzimy w rozpiętych mundurach, bez żabotów. Z poprzednich wagonów, połamany ospałym turkotem kół i szczękiem buforów, płynie rozgwar chóralnego śpiewu. Za oknem dobrze znany krajobraz: góry porośnięte błękitnym futrem lasu, szerokie zielonoszare doliny zaśmiecone mnóstwem śmiesznych chatek o niebieskich ścianach. Niespodziewanie wyrasta nam ponad głowami stromy stok z nienaturalnie pochyloną ku nam spiczastą budką. Koło tego dziecinnie uproszczonego domku pręży się w postawie na baczność kolejarz z dziecinnej czytanki. Ogromnie przejęty, przyciska wzdłuż swojej ukośnej postaci dwie czerwone chorągiewki i z miedzianej twarzy wypucza czernione wąsy austriackiego feldfebla. Sunie, mija coraz bardziej pochyły i marionetkowy. Kurtyna stoku odsłania łagodnie głęboki parów, kołyszący w swym wnętrzu zieloną rzeczkę, upstrzoną jaskrawymi plamkami słońca. W niektórych miejscach woda tak przezroczysta, że widać każdy kamień na dnie.

„Żelazny” położył sobie na głowie chustkę do nosa. – Ja kolego, jestem wrażliwy na słońce – powiedział. – Dwa lata temu miałem udar. Słaba przyjemność.

Nad rzeką droga. Kiepska droga; zjeżdżona, pełna dziur, z szarymi od kurzu wierzbami po bokach. Chłopskie półkoszki naładowane kopiato betami ciągną nieprzerwanym sznurem. Wszystkie w jednym kierunku, wszystkie wyciągniętym kłusem. Rozwalony mostek. Zmurszałe okrąglaki porozrzucane naokoło w promieniu kilkunastu metrów. Co to jest?

Chłopi przeprawiają się tutaj w bród. Zaraz za mostkiem połamany, wywrócony wóz. To nie pierwszy. Widziałem już dwa czy trzy na tej drodze. Ciekawa rzecz. Znowu jeden. Sama tylko tylna część, stercząca żałośnie z rowu.

– Bombardowali uciekających cywilów – powiedział „Żelazny”.

– Nonsens. Jak można bombardować cywilów? Po co?

– Chodziło im pewnie o tor – rzekł Buchta – ale mają kiepski cel. To nie jest łatwo trafić w tor.

– W Krakowie wypiję całą beczkę piwa – oświadczył „Żelazny”. – Będę się kąpał w piwie, będę chłeptał zimne piwo w wannie, w ciemnej, wilgotnej piwnicy. – Wyciągnął z walizki flaszeczkę wody kolońskiej i skropił nią swoją chustkę.

Pociąg z mozolnym sapaniem wspinał się w górę. Przez chwilę zdawało się nam, że stanie. Uff. Najcięższy kawałek. Potem na szerokim zakręcie widzieliśmy z okna naszą małą, dychawiczną lokomotywę, jak znowu nabierała rozpędu, tocząc się lśniącą ścieżką toru w rozległą, płaską dolinę. Czaa-szah, czaa-szah, czaa-szah, coraz szybciej, coraz płynniej. Ostry, długi gwizd wypuszczonej pary. – Patrzcie państwo, jakiego to głosu dobywa nasz samowar.

– To nie lokomotywa, to jakiś tartak – rzeki Bednarz.

Znowu długie, długie, tętniące strachem rżenie. Tak, to nie jest lokomotywa. Ale oto i ona z swoim histerycznym, cienkim głosem: hiii-hiiiih. Słupy za oknem zwolniły biegu. Przechodzą w coraz większych odstępach, przystają... zgrzyt hamulców.

Wyszedłem na korytarz pogapić się na tamtą stronę. Przejazd przez drogę i żółta budka blokowego. Ale teraz, kiedy ustał monotonny klekot pociągu, usłyszałem dalekie, senne mruczenie, takie samo, jak wczorajszego ranka.

– Wysiadać, wysiadać – krzyczał młody kolejarz, biegnąc korytarzem. – Wysiadać i kryć się. Alarm lotniczy.

Z wnętrza pociągu wyroiła się ruchliwa chmara ludzi. Jak robaki z ciała zdechłego węża. Wszystko to mrowiło się przez chwilę gorączkowo w miejscu, potem rozlazło się wzdłuż nasypu i wsiąkło pomiędzy polne bruzdy i krzaki.

Leżałem w cieniu małej tarniny o błyszczących liściach, wypatrując ciekawie samolotu. Słyszałem coraz bliższy jego warkot, ale nie mogłem dojrzeć go pod słońce. Czyjaś dłoń oparła się ciężko o moje ramię. To Kopczyński. Wyciągnął się w trawie koło mnie.

Głos motoru zbliżał się gwałtownie i szybki, ulotny cień przemknął ponad drogą. Spojrzeliśmy w górę: długa, niezgrabna maszyna o prostokątnych płatach ze znakiem czarno-białego krzyża.

– Stara czeska Slavya, gruchot – zawyrokował Kopczyński. Ośmielony tą opinią obserwowałem z pogardą lotnika, który na bardzo małej wysokości szedł teraz prosto na nas. W rosnącym warkocie śmigła rozpruło się coś nagle nierównym, urywanym trzaskiem i sznur małych kulek pyłu zakwitł na ściernisku za przejazdem. Potem dźwięczne gling, gling, gling o dachówki budki blokowego i ostre dziah, dziah po blachach wagonów.

– Partacz, partacz – krzyczał Buchta pod niedaleką gruszką – doigra się, że go zestrzelę. – Ze śmiechem zaczął pukać ze swego maleńkiego browninga. Szuuuu. Posypały się liście z drzewa.

Gruby cień musnął moją głowę z wysilonym warkotem.

Gdym się obejrzał, maszyna była już wysoko. Wesoło zamigotała w słońcu. Ładny wiraż na skrzydle. Raz jeszcze wracała nad tor. Kilka kobiet i jakiś chudy, szary cywil poderwali się z kartofli i biegli w popłochu ku wagonom.

– Stać, stać! Kryć się! Ludzie, nie traćcie głowy!

Mężczyzna upadł w bruzdę, kobiety dobiegły nasypu i ukryły się pod pociągiem.

Bbbah! Fontanna kurzu i ziemi za rzeką. Śmieszne. Więc to jest bombardowanie. Od tego się umiera nawet w taki pogodny dzień. Jakiś jegomość we wnętrzu tej niezgrabnej machiny uwziął się (z beztroskim zapewne spokojem) pourywać nam tutaj ręce, nogi i głowy. Nie można było brać tego zbyt serio. Kanciasta Slavya pełzła dosłownie, chwiejąc się ponad bezradnym pociągiem. Spod jej brzucha oderwała się mała, ciemna cząsteczka... leci... Bah! – Bliżej i miękcej gdzieś w polu koło lokomotywy. I jeszcze raz, dalekie już łłłuh! aż het za lasem.

– Dupa – powiedział Kopczyński – tak to i ja potrafię.

 

W Kalwarii Lanckorońskiej przesiedliśmy się na lory. Nasz pociąg ugrzązł w ogromnym zatorze, ciągnącym się na przestrzeni całych kilometrów. Kolejarze mówili, że ściągają cały tabor do Krakowa. Trzeba było wybrać najbardziej do przodu wysunięty zestaw, inaczej czekanie mogłoby trwać dni i tygodnie. Zaczynam już przyzwyczajać się do nalotów, chociaż na razie każdy z nich ma jeszcze swój indywidualny charakter i swoje osobliwe emocje.

Na stacji w Kalwarii zaczęło się od dzwonków. W momencie, kiedy zdobywaliśmy szturmem bufet i walczyliśmy z zapałem o szklanki zimnego, gorzkiego piwa, rozdźwięczało się, rozszumiało, zagrało słonecznie, czysto, szeroko. Ale tylko w pierwszej chwili była to radosna, zawsze tak samo wzruszająca muzyka świątecznych uniesień. Zaraz potem harmonia zmąciła się, połamała w zgiełkliwy łomot. Grube, spiżowe głosy, głuche od pośpiechu, tępy, blaszany klekot, a na tym tle dziecinny pisk sygnaturek z kalwaryjnych stacji.

Parowozy dołączyły do tego swój wielorybi lament. Wojskowy komendant stacji wypędził nas energicznie z budynku.

Tym razem jednak lotnik przeszedł wysoko. Nie skorzystał z okazji. Nie wiem dlaczego, bo to naprawdę okazja taka zakorkowana stacja.

Jeżeli chodzi o mnie, to jazda na lorach bardzo mi dogadza. Nie jest już tak beznadziejnie duszno.

Pod naszymi nogami wygładza się z wolna i rozlewa w bujną, falistą dolinę piękne, zielone pogórze. W pobliżu białych i niebieskich osad czekają przy torze grupy chłopów z drewnianymi kuferkami w rękach. Zmobilizowani. Zachęceni ślimaczym tempem naszego pociągu, gramolą się na stękające lory. Przez chwilę krzątają się i sadowią wśród chropawych nawoływań, a potem powracają spokojnie do przerwanych, chłopskich rozmów.

– Wyście już omłócili, Michale?

– Ale gdzie... omłócili! Jeszcze wszystkiego ani nie zwiózem.

– Jakże to byndzie?

– Jak mo być? Dy jakosi byndzie.

Kiwają beznamiętnie głowami w swoim gospodarskim strapieniu.

– Zły cas na wojnę. Najpilniejso robota w polu i pogoda chwalić Boga dobro.

– Może tyz to długo nie potrwa.

– Ale! Wojna to je wojna.

– Skurwysyńskie hitlery. Swojego nie majom, cy kie licho?

Na moment zapalają się najprawdziwszym, zupełnie rzeczowym oburzeniem. Przeklinają, grożą. Nie dlatego, że Gdańsk, że suwerenność i honor, ale dlatego, że w polach stoją nie zebrane kopy, dlatego, że młodziutkie zasiewy stratuje czołg, że bomba zmiażdży może oborę razem z krasulą albo i nawet, co nie daj Boże, chałupę, w której została kobieta i dzieci.

Kiedy ich słucham, mam dziwne wrażenie podpatrywania czegoś, zaglądania do wnętrza jakichś spraw, znanych dotychczas jedynie od strony mądrze wycyzelowanej powierzchni.

Pewnie: wie się o „ekonomicznych”, „demograficznych” i jakichś tam jeszcze przyczynach i skutkach wojny, słyszało się i czytało bardzo dużo, dużo czuje się i zgaduje, a jednak jest w tym szok, mający nawet cechy olśnienia. Krowy, gumna pełne nie wymłóconego zboża, kupy gnoju, którego nie ma kto rozrzucić. Idzie od tych spraw niepokojąca woń surowej krwi historii. Tkwią w nich jak instynkt zmierzchłe wspomnienia: plagi tatarskich rajdów, szwedzkich przemarszów! Polska ziemia odwija się po obu stronach pociągu, obraca się dwoma ogromnymi, barwnymi i plastycznymi płytami, puszczonymi w przeciwnych kierunkach.

Myślałem, że my wszyscy tutaj, na tych lorach, jedziemy na tę samą wojnę. Ale tych wojen jest więcej. Rozumiem teraz. I cieszę się. Jak przyjdzie do walki, chciałbym pamiętać, że bronię nie tylko niepodległości politycznej, demokracji, wolności słowa, honoru, ale i krów, gumien, ciężkich, pachnących nawozem skib ziemi...

 

– Hola! Gdzie wy jedziecie? Front jest z drugiej strony! – drwiący i rubaszny głos kobiecy. Poniżej nasypu na ścieżce hoża kumoszka z koszykiem.

– Jesteśmy ranni! – odkrzykuje Kopczyński.

– Nie widać tego po was. Chłopy jak smoki!

– Jedziemy bronić Krakowa!

– Nie trza, damy se sami radę!

Wjeżdżamy miedzy niechlujne zabudowania Płaszowa. Wokół toru ślepe, tylne ściany bezładnie porozrzucanych domów. Szare fabryczki w oknach opalizujących mętnie kwadracikami drobnych, zapleśniałych szybek. Labirynt czarnych podwórek, walących się parkanów, uwiędłych ogródków. Sterty rdzewiejącego żelastwa, śmietniki i znowu skrawki zagonów, bardzo żałosne, nie wiejskie już, zatrute i wyjałowione oddechem nadciągającego miasta.

Ludzie, grzebiący się w tej zepsutej ziemi, porzucili swoje motyki i wsparci łokciami o płot przyglądają się nam ciekawie. Jest wśród nich dziewczyna o złoto opalonej twarzy. Wspięła się na sztachety. Kolanami przyciśniętymi do ich szczytów utrzymuje równowagę. Smukła i gibka, włosy ma pełne słońca.

– Panowie żołnierze! – Wychylamy się ku niej wszyscy, oczarowani wesołą śmiałością tego wezwania, wdziękiem uśmiechu. Bednarz przesyła dłonią pocałunek filmowego lowelasa. Paskudny typ z tego Freda. Co kobiety w nim widzą?

– Panowie żołnierze! Nasi rozbili w Poznańskiem sto czołgów, siedemdziesiąt samolotów strącono. Nasza kawaleria weszła trzydzieści kilometrów w głąb Prus Wschodnich!

Krzyczymy do niej i kiwamy już z daleka.

Sto... siedemdziesiąt... trzydzieści... to chyba przybliżone cyfry. Czemu takie okrągłe?

Nasz pułk, a właściwie surowiec na nasz pułk: ludzie, konie i wozy, wszystko to poszło marszem. Dowództwo i intendentura (oczywiście licząc w to Leszka) pojechali samochodami. Została nas zaledwie garstka podchorążych bez przydziału. Mamy się zameldować w szóstym palu. Umówiliśmy się, że pójdziemy tam dopiero wieczorem.

Kiedy ze stacji płaszowskiej ruszyliśmy w kierunku miasta, obskoczyła nas zgraja ulicznych urwisów.

– Halo, panowie! – przekrzykiwali się gorliwie – nasi rozbili sto czołgów niemieckich i strącili siedemdziesiąt samolotów.

– „Tempo Dnia”, najnowsze wydanie! – Zatrzymałem kolportera.

– Nie ma innych gazet?

– Nie, tylko „Tempo Dnia”. Inne nie wychodzą.

Znowu to niepokojące uczucie, że coś jest nie w porządku. Kupiłem numer. Dwie marne kartki pełne sensacyjnych tytułów.

W śmiesznym, niebieskim tramwaju wszystko na pozór normalne. Spokojne, szare mieszczuchy w ławkach, baby z koszami, policjant. Rozłożyłem moją gazetę: „Sto czołgów niemieckich rozbitych w czasie działań w Poznańskiem i na Pomorzu. Siedemdziesiąt samolotów nieprzyjacielskich strąconych przez naszą artylerię przeciwlotniczą. Anglia i Francja gotowe do wystąpienia”.

Pobieżnie przebiegłem wzrokiem komunikaty. Na samym dole ostatniej strony notatka: „Prosimy wszystkich czytelników o podawanie powyższych wiadomości napotkanym transportom i oddziałom wojskowym”. Aha, więc to dlatego!

Tramwaj zahamował gwałtownie. Nierównym staccatem ogarnęła nas fala drobnego, metalicznego tupotu.

Ogromny tabun koni przecinał ulicę. Tłuste, górskie kuce o długich grzywach, ława ruchliwych grzbietów, zadzierzystych łbów, tryskających ku górze w niespokojnych podrzutach.

Ponad tym zwierzęcym pochodem tu i ówdzie malownicza postać jadącego oklep parobka. Spieczone słońcem twarze, śmiejące się spod szerokich, góralskich kapeluszy, luźne koszule rozpięte na opalonych torsach.

Nieco z boku, na krótkim, mięsistym siwku dowódca całej karawany: wspaniałe orle pióro u kapelusza, biała gunia puszczona z fantazją z ramienia i jak płomienny kwiat, rzucony w szarzyznę miasta, czerwona kokarda na piersi.

Myślałem, że na ulicach Krakowa zobaczę ponure kolumny stalowych czołgów, długie szeregi ciężarowych samochodów. Ale to jest piękne w swoim barwnym anachronizmie, godnym Michałowskich i Kossaków. I to ci sami chłopi od młocki, gumien i stodół; ci sami, co jechali z nami na lorach!

 

Wczorajszy i dzisiejszy dzień, tak bardzo od siebie różne, oba powleczone są tym samym szklistym werniksem, pod którym gdzieś głęboko ukrywa się ich istotny sens. Nie wiem, jak to wyrazić. Jest tak, jakby świat cały zalano jakąś gorącą przezroczystą cieczą. I ja patrzę na wszystko poprzez tę powierzchnię, i żadne prawa konsekwencji nie wiążą mnie z faktami. To tak, jak we śnie. Ciągle coś się dzieje, coś się zaczyna, ale wszystko rozłazi się, rozpływa niepostrzeżenie w jednym, nieustającym momencie teraźniejszości. Nie czuję na twarzy tego powiewu, który zawsze towarzyszy chłonącemu nas w przyszłość pędowi godzin.

Wczoraj do wieczora chodziłem po Krakowie jak po dziwacznym panopticum.

Pozaklejane skrzyżowanymi paskami papieru szyby nadają miastu wygląd makiety do filmu o średniowieczu. Gdziekolwiek przystanąć, rozgrywają się maleńkie przedstawienia, nawiasowe moralitety bez morału i bez konkluzji.

Jadłem jajecznicę w Bristolu, rozkoszując się leniwie chłodem ciemnej sali. Całe znużenie spłynęło w ciasne cholewy i pulsowało tam powolnym rytmem. Między stolikami o marmurowych blatach kręcił się stary kelner z miną czekającego na wezwanie wyżła. Poruszyłem się na mojej kanapce – natychmiast podbiegł usłużnym truchcikiem. – Dla pana podchorążego...?

– Nic, dziękuję. – Stał dalej w leciutkim półukłonie z siwą głową przekrzywioną uważnie.

– Czy były jakie naloty? – spytałem.

– Tak jest. Były, były. Od samego rana latają – poinformował mnie skwapliwie i stał dalej, jak gdyby domagał się następnych pytań.

– Nasi strącili którego?

– Podobno dwa, panie podchorąży. Ja nie widziałem. Za to oni zburzyli dom Sióstr Miłosierdzia na Warszawskiej. Kawusia smakuje panu podchorążemu?

– Yhm.

– A pan podchorąży na front, można wiedzieć?

– Taak...

– Hm... ja też mam syna w wojsku. Pierwszy dyon T. K... tak się niepokoję... – służalcza maska rozprężyła się nagle w prawdziwą, stroskaną twarz starego człowieka. – Tak, tak... wojna. – Chrząknął, uśmiechnął się profesjonalnie i końcem serwety strącił z mojego stolika jakieś niewidoczne okruszki. Potem szybkim, rozchybotanym krokiem odbiegł w stronę bufetu.

Ostre świdry syren wwierciły się nagle w zieleń Plant, w biel spieczonego nieba. Ludzie z kawiarni stłoczyli się przy szeroko otwartych drzwiach ciekawym, niespokojnym stadkiem.

Po chwili zajadły warkot buchnął jak gdyby zza rogu najbliższej ulicy. Zagrzmiało, przecwałowało nad samymi naszymi głowami.

Ludzie przycupnęli, uskoczyli. Ktoś przebiegł przez salę i znowu wrócił kłusem ze szklanką wody w ręku. Parę chustek zatrzepotało w powietrzu, a potem dwóch mężczyzn wyniosło z tłumu sztywną i bladą kobietę w czarnej sukni. Zemdlała. Więc nie wszyscy patrzą na świat przez ten jakiś pokost nierealności. Niektórych zdarzenia dotykają brutalnym ostrzem.

Bah, bah – dalekie detonacje, pewnie gdzieś za Wisłą. Spod liliowego cienia markiz wyszedłem w blask słońca, niemal czerwony. Granatowa rzeka asfaltu, zdawało się, ruszy zaraz leniwym, bagnistym nurtem, pochłaniając lśniące auta i zmęczone dorożki. Szkliste powietrze drga nad nią jak wyziew podzwrotnikowego trzęsawiska.

Postanowiłem wstąpić do znajomych, mieszkających niedaleko. Klatka schodowa pogrążona była w mroku: okna zaklejone czarnym papierem. Uff. Raz wreszcie pozbyć się walizy. Zadzwoniłem dyskretnie. Cisza. Może śpią po obiedzie. Jeszcze raz... nic. Przycisnąłem guzik z pasją – trrr – trrr... nic. Tego nie przewidziałem. Siadłem pod drzwiami na walizce, wyjałowiony z jakichkolwiek pomysłów. Stopy piekły mnie, a łydki pęczniały coraz bardziej w cholewach. Pak, pak, pak, pak – pulsowała w nich krew.

Przede mną zaciemnione okno, uchylone troszeczkę. Widać fragment małego podwórka. Postanowiłem siedzieć tutaj, dopóki mi się nie znudzi.

Oho. Znowu syreny.

Bim, bim, bim – to stróżka, gruba, przysadzista jejmość łomocze młotkiem w dyndający na stojaku do trzepania dywanów kawał żelaza.

Jedno z okien na pierwszym piętrze otwarło się. Jakaś służąca wystawiła rozczochraną głowę.

– Pani Anzelmowa. Będzie gaz?

– Ja wiem? Może i będzie. Zamknij pani okno.

– Gaz, gaz – wrzasnęła służąca piskliwie. Okno zatrzasnęło się z hałasem. Głupie baby.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.