Pokolenie Ikea - Piotr C - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 6 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokolenie Ikea - Piotr C

Pokolenie Ikea to opowieść o ludziach, którzy pracują po to, aby spłacać kredyty, rozczarowani rygorystycznym, sprzedanym za namiastki szczęścia życiem.

Jak zabawia się w piątkowy wieczór młody gwiazdor warszawskiej palestry?
O czym śni Olga, grzeczna dziewczynka z dobrego domu, codziennie wbijająca się w garsonkę?
Za czym tęsknią ludzie w szklanych wieżowcach?
Co jeszcze można sprzedać?
Czy życie trwa przez dwa tygodnie w roku?

Znam ten typ. Taki, kurwa, emocjonalny dusiciel. Dusi i dusi, i dusi. Gdzie idziesz? O której wrócisz? Pamiętaj, mamy jechać do mamy! Czemu tyle pijesz? Inni tyle nie piją. Zabaw mnie. Jesteś taki nudny.
 Nie pójdziesz grać w kosza. Wszystko ja muszę robić. Czy ty mnie jeszcze kochasz? Dlaczego Cię jeszcze nie ma, co Ty sobie myślisz? Zmień pas! Stań tutaj!
Kiedy pojedziemy na zakupy do Ikei? Gdzie wchodzisz, dopiero myłam podłogę! Dlaczego ciągle siedzisz przy komputerze? Kiedyś byłeś inny.
Dawniej żona Ufa robiła mu laskę w parku o dwunastej w południe. Teraz robi mu co najwyżej pranie.
Man is incomplete, until he is married. Then he is finished.

Opinie o ebooku Pokolenie Ikea - Piotr C

Cytaty z ebooka Pokolenie Ikea - Piotr C

Z dietą jest tak, że jesz to samo co przed dietą, ale masz wyrzuty sumienia. Jak Olga za dużo przytyje, idzie do kibla i rzyga. Albo kupuje pastylki na sranie. W dzisiejszych czasach kobiety są chyba pod presją.
Nie chcesz mieć kobiety, dziecka, psa? Rodziny? Kogoś, kto będzie za tobą tęsknił, kogo będziesz obchodził? Chcesz zdechnąć jako pusty, egoistyczny gnojek? Zeżarty przez owczarka alzackiego? Czego ty chcesz w życiu? – Pięćdziesięcioprocentowych
Na szczęście w torbie miałem zapasową koszulkę. A&F. Model muscle. Bliski odpowiednik push-upa dla kobiet. Założyłem ją zgrabiałymi łapami. Ot, potęga marki. Jak kobieta na dupę założy stringi od Palmersa, to choćby na zewnątrz miała workowaty kostium i tak będzie się czuła sexy. Ja założyłem koszulkę A&F i zgodnie z filozofią marki poczułem, jak moje oczy stają się bardziej błękitne, rosnę o co najmniej cztery centymetry,
POKOLENIE IKEA – ludzie, których stać na kupno mieszkania na kredyt, ale już nie stać na jego urządzenie. Pokolenie Ikea zamiast na łóżku sypia na materacu rzuconym na podłogę, zamiast szafy używa papierowych kartonów, a za kuchnię starcza mu elektryczny czajnik i zestaw chińskich zupek błyskawicznych.
MĘŻCZYZNA – nazwa samca gatunków z rodzaju Homo . Współczesna cywilizacja wymaga od mężczyzny atrakcyjnej pracy, wysportowanej sylwetki, gotowania, dużego, ciągle stojącego kutasa, powodzenia u kobiet, niebanalnego hobby (latem deska, zimą deska, skakanie na bungee, gra w krykieta, poker, bourbon i cygaro do późnych godzin porannych), miłości do dzieci,
czytania im bajek do poduszki, błyskotliwej ars amandi , znajomości komputera, czterech języków (w tym robienia minety w stylu kota chłepczącego mleczko), Tysona z prawej, wielkich bicepsów, bycia przystojniejszym od diabła i bycia złotą rączką. Po pracy, czyli od 22 do 24, powinien ubierać się w kostium Supermana i ratować świat. Ze względu na porę – na drugiej półkuli.
Wszyscy w tym mieście wszystko kupują na kredyt. To kolejna z rzeczy, które cię maksymalnie udupiają. Bierzesz kredyt i wiesz, że nie możesz pozwolić sobie na stratę roboty, bo twoje następne miejsce zamieszkania będzie na ławce przy Centralnym.
Tak samo jest w korporacji. Możesz dokonywać cudów, możesz brać na klatę coraz więcej, mogą dawać ci zadania niemożliwe do wykonania, które ty rozwalisz w 48 godzin z przerwami na lunch, a prędzej czy później i tak dochodzi do sytuacji, że nie dasz rady. I nieważne, na jak wyjebanym w kosmos zadaniu poległeś i co robiłeś z sukcesem do tej pory. I tak usłyszysz: „Brutus pedał”. Więc lepiej się zrelaksuj już dziś, a walkę zostaw tym, którzy chcą umrzeć wcześnie i przekonać, się że tak, w rzeczywistości są do dupy.
Pokolenie Ikea to zazwyczaj mieszkający w dużych miastach element napływowy z małych miasteczek. Większość czasu spędza w pracy. Więzi międzyludzkie utrzymuje za pomocą komputera. Jego marzenia to stały i niczym nieograniczony dostęp do internetu. W sieci spotyka swoich partnerów seksualnych, w sieci się z nimi kłóci i przez sieć ich rzuca.
Kiedy jesteś w podstawówce, spotykasz ludzi z różnych środowisk. Złodziei, kurwy i bandytów. Żuli, nie żuli. Później to się kończy. Jak idziesz na studia, dookoła wyrastają tony nudziarzy. Kasa, blachy, kasa, znowu kasa i ile będę zarabiał, jak skończę aplikację.
Bo co ja bym bez żony zrobił – pyta. – No, kto mi rzeczy na siłownię wypierze, wyprasuje? Kto posprząta? Tak to budzisz się rano i cała torba przygotowana. Koszulka, skarpetki, spodenki, ręcznik, bidon z odżywkami, tabletki. Wszystko poukładane. Śniadanie zrobione. Tylko dziecko do przedszkola musisz odwieźć.
Musisz być stuprocentową pewnością siebie. Jebaną gwiazdą socjogramu. Musisz patrzeć i rozbierać ją wzrokiem jak dziki pierdolony jaskiniowiec. Musi się odbić od twojej pewności siebie jak polska reprezentacja w piłce nożnej od wejścia do ćwierćfinałów mistrzostw Europy. Wtedy wygrasz.
Nie widzę w byciu prawnikiem niczego specjalnego. Pierwszego dnia zajęć na prawie, kiedy staliśmy jak freshman year na amerykańskim uniwersytecie, wyszedł wykładowca, który już nie żyje, i powiedział: „Witam tych, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić”. Dostał oklaski, bo uchwycił moment.
A 39 i pół, bo to jest pierwszy moment, kiedy facet osiąga zen. Stan równowagi pomiędzy swoim penisem i swoim mózgiem. Co prawda za dwa – trzy lata zaczyna się kryzys wieku średniego i znowu zacznie nim rządzić penis, ale ze trzy lata jest spokój. Aha, i czasami wystarczy, że facet sobie kupi nowy samochód i to kryzys załatwia.
AVANTI (mieć w domu AVANTI) – sytuacja w relacjach damsko-męskich. Kobieta robi wyrzuty mężczyźnie, z którym jest w stałym związku, oskarżając go o nieczułość i niechęć do wspólnego spędzania czasu. Popularnie określa się je również jako „strzelanie focha”.
MĘŻCZYZNA – nazwa samca gatunków z rodzaju Homo . Współczesna cywilizacja wymaga od mężczyzny atrakcyjnej pracy, wysportowanej sylwetki, gotowania, dużego, ciągle stojącego kutasa, powodzenia u kobiet, niebanalnego hobby (latem deska, zimą deska, skakanie na bungee, gra w krykieta, poker, bourbon i cygaro do późnych godzin porannych), miłości do dzieci, czytania im bajek do poduszki, błyskotliwej ars amandi , znajomości komputera, czterech języków (w tym robienia minety w stylu kota chłepczącego mleczko), Tysona z prawej, wielkich bicepsów, bycia przystojniejszym od diabła i bycia złotą rączką.

Fragment ebooka Pokolenie Ikea - Piotr C

Piotr C

Pokolenie IKEA

Section0001

Rozdział 1 Blind Date

MĘŻCZYZNA – nazwa samca gatunków z rodzaju Homo. Współczesna cywilizacja wymaga od mężczyzny atrakcyjnej pracy, wysportowanej sylwetki, gotowania, dużego, ciągle stojącego kutasa, powodzenia u kobiet, niebanalnego hobby (latem deska, zimą deska, skakanie na bungee, gra w krykieta, poker, bourbon i cygaro do późnych godzin porannych), miłości do dzieci, czytania im bajek do poduszki, błyskotliwej ars amandi, znajomości komputera, czterech języków (w tym robienia minety w stylu kota chłepczącego mleczko), Tysona z prawej, wielkich bicepsów, bycia przystojniejszym od diabła i bycia złotą rączką. Po pracy, czyli od 22 do 24, powinien ubierać się w kostium Supermana i ratować świat. Ze względu na porę – na drugiej półkuli.

KOBIETA – określenie samicy z rodzaju Homo. Współczesna cywilizacja wymaga od kobiety: nienagannego wyglądu, wagi poniżej 55 kg, dużych cycków, które sterczą niczym piramida Peia w Luwrze, długich, nieporośniętych szczeciną nóg, umiejętności robienia loda porównywalnej z Jenną Jameson, bycia dziwką w sypialni i damą w salonie, bioder poniżej 90 cm, talii poniżej 63 cm, braku cellulitu, orientacji w najnowszych trendach mody, prenumeraty „Cosmo”, braku rozstępów po dzieciach (Tytus i Szymon, Maja i Ksawery), braku odruchu wymiotnego przy zmienianiu pieluch, bielizny Palmersa bądź chociaż Triumpha, dwóch przyjaciółek, z których jedna jest dziennikarką i pali, stałego fryzjera geja, spa, gdzie jest traktowana po znajomości i ma trzydziestopięcioprocentową zniżkę, iPada, znajomości malarstwa, stałego faceta o wyglądzie Brada Pitta (z nowym modelem BMW i bez wąsów).

Idealny mężczyzna i idealna kobieta są bardzo samotni w swoim świecie, gdzie nie ma miejsca na najmniejszą pomyłkę. Ratować ich może tylko picie i dragi.

Wiecie, że dzieci, które urodzą się w tym roku, będą rocznikiem 2011? To, kurwa, przygnębiające. Kiedy się rodziłem w 1976, ludzie myśleli, że w 2011 to co jak co, ale świat będzie lepszy. Mieliśmy już latać regularnie w kosmos. Misje załogowe miały kolonizować Marsa. Ba, w 2011 może dostałbym pierwsze mieszkanie. Po piętnastu latach czekania w spółdzielni. A tu co? Dupa. Chuja tam, chuja, a nie intergalaktyczne misje.

W 1987 to mnie nie interesowało, co będzie w 2010. Moja świadomość czasu i miejsca była niewielka. Chciałem sobie po prostu kupić gumę donald w Peweksie. Ewentualnie gumkę do wycierania z nadrukiem cycatej laski na desce windsurfingowej.

W 1989 wydawało mi się, że w 2000 będę już straszliwie stary, bo skończę studia. Poza tym w 2000 roku miał nastąpić koniec świata, więc i tak nic nie miało znaczenia. W 2000 kończyłem studia. I nadal, kiedy myślałem o 2011, ta data była dla mnie abstrakcją.

Przez dziesięć lat można zrobić naprawdę sporo rzeczy. Dużo wypić. Poznać parę kobiet. Zapomnieć o paru kobietach. Zrobić kilka, kilkanaście, kilkaset imprez. Obejrzeć pięćdziesiąt cztery razy Psy, kilka razy Chłopaki nie płaczą, dwa razy Sztosa i zasnąć w połowie Quo vadis. A nawet doktorat zrobić. A teraz co? Jest 2011. I co dalej? Na co mam czekać? Hę? Na Open’era raz do roku, bo wszyscy na niego jeżdżą?

Sorry. Nie przedstawiłem się. Nazywam się Piotr C********.

Dobra, okłamałem was. W rzeczywistości nazywam się inaczej. Ale to jest świat, w którym każdy nazywa się inaczej albo chociaż chce być kimś innym. Obiecuję w każdym razie, że będę kłamał rzadziej niż inni. Trochę rzadziej, no bo nie przesadzajmy, nie? Umowę zawieramy na piśmie. Chętni mogą sobie strzelić autograf gdzieś z boku.

Piotr C.

Ksywa: Czarny.

Wzrost: 180 cm.

Waga: 83 kg.

Zamieszkały: Warszawa-Ochota.

Włosy: blond.

Studia: ukończone prawo. Średnia: 4,7.

Rekord na klatę: 125 kg.

Planowana kariera zawodowa: kopro.

Hobby: emocjonalne popapranie, lęk przed śmiercią i zapomnieniem, częste i nietrwałe związki.

Urodziłem się w czasach pana Gierka, który wziął duże kredyty, a później sobie poszedł. Gdybym mógł wybrać, kim chcę być, chciałbym być Petroniuszem. Titus Petronius Niger. Rzymski wyczynowiec. Petroniusz miał stado niewolników (i, co ważniejsze, niewolnic), całymi dniami pił wino ze swojej winnicy i był masowany. Uprawiał seks. Pisał ironiczne i złośliwe traktaty o moralności, co sprawiało mu przyjemność. Wozili go w lektyce. Miał Eunice, która dla niego popełniła samobójstwo. Sam popełnił samobójstwo, bo uznał, że ktoś musi to zrobić w imię idei. Nikt inny się do tego nie nadawał. Zorganizował ucztę. Otworzył sobie żyły. Słuchał wierszy. I rozdzielał majątek.

Myślę, że dzisiejszy Petroniusz to senior copywriter z agencji reklamowej z początku lat dziewięćdziesiątych, który, kiedy na początku XXI wieku wyrzucają go z pracy, wyprowadza się na wieś i prowadzi gospodarstwo agroturystyczne.

A tak w ogóle to jest piątek. Dzień dobry. Właśnie stoję przed kobietą, z którą mam zamiar tego wieczoru uprawiać seks. W różnych pozycjach.

– Nie spieprz tego – powiedziałem do niej i usiadłem na krześle.

Z ciałem umówiłem się przez internet. Poznałem ją na chacie w pokoju: „Miłośnicy czarnych kotów”. Zaczepiła mnie dwa dni temu, żądając spotkania i obiecując między słowami szalony seks w ubikacji.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem komputer, nie przypuszczałem, że to automat do wydawania prezerwatyw.

Spóźniłem się piętnaście minut, aby mogła poprawić materiał na twarzy i skruszeć. Ciało miało wyrabiać w sobie odpowiednią dawkę zaangażowania. Ona jest psem, ja kotem. Ona ma sierść, ja futro. Ona się łasi, ja pozwalam głaskać. Ona daje, ja korzystam. I odchodzę własna drogą. Czysty układ. Nie twierdzę, że sprawiedliwy.

To w końcu ona miała pisać na forach: „Czarny to skurwiel, który bajeruje kobiety dla seksu”.

Ciało nic nie odpowiedziało. Być może ją zamurowało. Albo Bóg ją intelektualnie opuścił. Albo jedno i drugie. Spróbowałem jeszcze raz. Przedstawiłem się grzecznie.

– Czarny.

– To ty?

Na przydługich i zatłuszczonych jak cerata włosach miałem okulary od Oakleya, przywiezione przez kumpla z wojskowej bazy w Iraku. Włosy mogłem umyć. Mogłem, ale wybrałem dziesięć minut dłużej w łóżku.

Buty... aaa, buty miałem za to czyste. Zasługa automatycznej czyszczarki przy windzie.

– No ja – przyznałem.

– Maja.

– Elo, Maja.

– Dlaczego Czarny?

– Bo nie biały.

To se błyskotliwie pogadaliśmy.

Poprawiłem się na krześle, spoglądając, jak wstrząsające wrażenie zrobiła na Majce moja facjata.

– Jak się masz?

– Dziwne miejsce. Zimne jakieś.

Więc – nie zaczyna się zdania od więc... Więc zdjęcia kłamią. Zdjęcia w sieci zawsze kłamią. Kłamią ujęcia, które mają być najlepsze i tajemnicze. Zawsze jest pół głowy. Pół dupy. Kawałek cycka. Kolo przed monitorem ma mieć Zygmunta Wazę III w spodniach. Dlatego zdjęcie laski ocenia się minus dwa w dół. Jeśli przesyła czarno-białe z przepalonym światłem na twarzy – minus trzy w dół. Ciało oceniałem po redukcji na sześć. I co? I jest sześć. No, nawet sześć i pół, czyli o te pół jestem do przodu.

Bruneta. Czarne włosy. Grzywka asymetrycznie opadająca na twarz. Tapir. Coś pomiędzy irokezem a pejsami. Oczy? Oko jedno czarne, wysmarowane eyelinerem. Panda. Drugiego nie widać. Twarz blada. Usta różowe, paznokcie czarne. Kolczyk w nosie, trzy niebieskie w uszach, dwa w brwi. Duże czarne korale na szyi. Czarna koszulka na ramiączkach. Na to biała koszulka w czarne kropki.

Wieeeeelki cyc. Niczym maciora przy warchlakach. Inaczej bym się z nią nie umówił. W sumie trochę za tłusta. Mogłaby spuścić z pięć kilo. Czy to uczyniłoby ją szczęśliwą? Nie wiem. Czy to by uczyniło mój orgazm pełniejszym? Z całą pewnością.

Siedzieliśmy w Słodki – Słony. Dobre miejsce na łowienie szprota. Otwarte długo. Niskokosztowe, bo za ciastko i coś do picia dasz pięć dych. Góra. Jest piętro. Jest antresola. Zdecydowanie polecam antresolę. Domek dla lalek. Milusińsko-pokemonowato przytulny. Drewniany sufit. Różowe obicia kanap. Zielone obicia krzeseł. Czerwone lampki. Milusińskie obrazki na ścianach. Szprot wchodzi i od razu czuje się polany lukrem.

Knajpa jest niezobowiązująca, bo jeśli laska ci się nie spodoba, to zjesz makowca, wypijesz kawę, zasalutujesz i pójdziesz do domu.

Skoro jesteśmy przy podrywie, to mam w zapasie trzy historie, kiedy dyskusja pada i zapada głucha cisza.

Numer jeden: ślub. Podkreśla moje internacjonalistyczne korzenie.

Znajomy Angol powiedział kiedyś: „Life is a bitch and then you marry one”. Sam żeni się w kwietniu, bo taki wiek. Miesiąc temu był na wieczorze kawalerskim u kumpla w Londynie. Jak tradycja przykazała, schlali się w barze ze striptizem. Pan młody tańczył na stole i wtulał twarz w solidne argumenty pani pochodzącej z dolnych części proletariatu. Później rzygali na ulicy, a na samym końcu, koło 6 nad ranem, panu młodemu jeden z uczestników, lekarz z zawodu, zagipsował prawa rękę. Dla jaj wyrzucili go na drugim krańcu Londynu. Kościół, w którym miał się żenić, znajdował się w zupełnie innej części miasta. Ślub o 10.00. O godzinie 9.30 panna młoda zaczęła się niepokoić. O 9.40 wezwała organizatora wypadu kawalerskiego, czyli mojego znajomego Angola. O 9.43 organizator miał podbite oko i łzy w oczach. O 9.56, czyli cztery minuty przed czasem, dotarł na miejsce pan młody. W dżinsach, zafajdanej koszuli i z ręką w gipsie. Oczy miał przekrwione, a na ubraniu ślady rzygowin. Ślub się odbył. Mimo to. Ale teraz ten szczęśliwy małżonek będzie organizował mojemu znajomemu wieczór kawalerski...

Numer dwa: strój zuluski (autopromocja).

– Wiesz, dostałem wczoraj od kumpla z RPA oryginalny strój zuluski. Przypomina wydrążoną główkę czosnku. Strój jak strój, mały jest, a tam gorąco, więc nakłada się go tylko na fiuta. Zulus wstaje rano i nie musi przeszukiwać szafy w poszukiwaniu jakichś sensownych ubrań, na zasadzie: gdzie moje skarpetki, chcę dwie czarne skarpetki, tylko robi sobie przedziałek na głowie, wyjmuje strój spod poduszki, zakłada jednym pociągnięciem ręki i dalej ma... fajrant.

Tutaj obowiązkowo pada pytanie:

– I co, założyłeś go?

– Nie da rady. Dziura jest dla mnie za mała...

Numer trzy: jak zesrałem się w kalesonki, wracając z przedszkola. Bardzo pouczające.

Wstawić śmiech. Wstawić poprawienie włosów, wstawić odpięcie kolejnego guzika celem powiększenia dekoltu, wstawić wypięcie biustu, wstawić kolejnego drinka, wstawić szamotanie z rozpięciem biustonosza.

– Jak tam? Trafiłaś bez problemu?

– Źle mi tu.

– Eee... w sensie: nie podoba ci się miejsce – zdziwiony rozejrzałem się dookoła.

– Nigdzie mi się nie podoba. Chyba zrobię sobie kolczyk w ustach.

– Możemy iść gdzie indziej – zaproponowałem.

– Gdzie indziej też będzie źle.

Tośmy pogadali. Cisza. Miałem rozdziawioną ze zdumienia gębę niczym pelikan. Spróbujmy jeszcze raz.

– Okay. Kiedy chcesz zrobić ten kolczyk?

– Chyba w lutym.

– To chyba boli?!

– Tak, tak boli – Maja się ożywiła. – Nie mogę się doczekać. A jak zrobię sobie w wardze, to później będę miała w języku!

– No cóż, kolczyk w języku może się przydać do paru ciekawych rzeczy. Napijesz się czegoś? Może coś do jedzenia?

– Nie chce mi się pić. Nic mi się nie chce!

– A na co masz ochotę?

– Pocięłabym się.

Spojrzałem na laskę, myśląc, że żartuje. Wyglądała śmiertelnie poważnie. Okay, panie Freud, to było niezłe, dowcipne całkiem, ale teraz już dajemy sobie spokój. Tak?

– W sensie seksu czy rżnięcia – zaryzykowałem dowcip.

– Każdy dzień przynosi nowy ból.

Zrobiłem się delikatnie nerwowy.

– Dwie herbaty, dwa makowce poproszę – powiedziałem do kelnerki. – Ból?

– Ból – potwierdziła. – Wszystko jest bez sensu. Życie jest bez sensu.

– Ja bym znalazł kilka plusów.

– W ogóle mnie nie rozumiesz! – Maja podniosła głos tak, że kilka osób siedzących nieopodal spojrzało się w naszym kierunku.

– Okay, okay. Spokojnie – obejrzałem się nerwowo. – Chodzi mi o to, że we wszystkim należy szukać dobrych stron. Spójrz tak: kiedy byłem małym chłopcem i miałem coś koło sześciu lat, wracałem z przedszkola do domu. Piękna scena. Naprawdę wzruszająca. Trzymałem matkę za rękę. Wszystko dookoła wyglądało jak z Misia UszatkaPszczółki Mai. Nie licząc tego, że potwornie chciało mi się... Zasłoń uszy. Kupę mi się chciało. Bardzo. Bardzo! Gdy wychodziłem z przedszkola, już mi się chciało, ale wtedy starsza powiedziała mi, że wytrzymam, więc ścisnąłem zwieracze i wsiadłem z mamą do autobusu. W autobusie ścisk jak cholera, ja przestępuję z nogi na nogę. Czujesz to napięcie?

Mina Majki była równie obojętna jak Anity Werner w trakcie prowadzenia Faktów.

– „Mamo, ja muszę!” (wstawić błagalny głos). A starsza każe mi poczekać jeszcze chwilę. „Mamo, ale ja naprawdę muszę!”. Starsza odpowiada, żebym poczekał jeszcze piętnaście minut. Nie poczekałem. I... zesrałem się prosto w kalesonki (tu koniecznie musi być dużo wykrzykników). I co, zesrałem się to źle, nie? Ale tłok koło nas się zmniejszył i już do końca drogi jechaliśmy we względnym luzie. Ja też już stałem spokojnie...

Maja nadal nie reagowała.

Kelnerka przyniosła herbatę i makowiec.

– Dzięki! I rachunek od razu poproszę – dodałem zapobiegawczo do kelnerki. – Jak widać, życie ma swoje plusy.

Kątem oka zlustrowałem kelnerkę.

Była niezła.

– Życie jest gówniane!

– Tylko w kalesonkach – błysnąłem.

Nadal nic.

– Co ci się w życiu nie podoba? – zapytałem zrezygnowany.

– Wszystko. Coraz częściej mam myśli samobójcze. Mam już plan, jak chciałabym popełnić samobójstwo!

– Jak?

– Potnę się. Małą srebrną żyletką. Mam taką żyletkę pod poduszką. Trzymam ją w srebrnym pudełku. Srebrnym, jak na wampiry. Oglądasz Zmierzch? Nie? Szkoda. To jest bardzo pouczający film. Dobry, bardzo dobry. Kocham Pattisona. Pattison jest taaaki przystojny. I ma takie fajne włosy. Nie to, co ty. A taka żyletka uzależnia. Tniesz się raz i cię boli, ale ci tego brakuje i później masz ochotę jeszcze raz i jeszcze raz...

– To tak jak z seksem. Ale seks jest zdecydowanie mniej bolesny – zauważyłem. – I kiedy się zabijesz? Bo mi chyba umknęło?

– Nie wiem. Wkrótce. Muszę jechać wpierw na wakacje. Rodzice wysyłają mnie do San Francisco.

– Super! Zajebiste miasto. Byłem tam.

– Nic nie rozumiesz!!! To tragedia!!!

– Yyy???

– Po co mam tam jechać? Tylko sobie uświadomię, że już nigdy nie zostanę sławną piosenkarką! Że nie będę światową gwiazdą! Że moje marzenia nigdy nie staną się rzeczywistością! Czuję ból! Rozpacz!

Majka znowu zaczęła wchodzić w wysokie rejestry, co, przyznaję, napawało mnie pewnym niepokojem.

– Życie to nie bajka – stwierdziłem uspokajająco i poklepałem ją po dłoni.

– Żebyś wiedział! Kurwa, co za życie. I jeszcze wszyscy na mnie się w szkole gapią. Głupie ciule. Szczeniaki.

– Eeee... Ile ty właściwie masz lat?

– Siedemnaście.

– Pisałaś, że dwadzieścia jeden?

– Nie mam nastroju na takie rozmowy. Jestem tylko ja i moje problemy!!! Poza tym muszę iść. Jestem jeszcze z kimś umówiona.

– Koleżanka? Zawsze możesz ją wziąć ze sobą – zaproponowałem.

– Nieee. Mam jeszcze spotkanie z jednym facetem.

– Jeśli nie jest mną, to szybko pójdzie – wyraziłem przypuszczenie graniczące z pewnością. – Chyba że to jakiś nekrofil. Albo chociaż sadysta.

– Później są jeszcze dwaj – stwierdziła dumnie.

– Masz tempo – przyznałem.

– Pół godziny na jednego. Wystarczy, by dowiedzieć się czegoś.

– To cześć – pomachałem jej z rogu kanapy.

Odsiedziałem jeszcze trzydzieści sekund, czekając, aż zejdzie po schodach. Dokończyłem makowiec, który w Słodki – Słony był zajebisty. Wyciągnąłem iPhone’a, wszedłem na swoje konto mailowe i znalazłem numer telefonu kandydatki numer dwa.

Wyznam szczerze: straszliwie chciałem coś przelecieć dzisiaj wieczorem. Okay, zabijcie mnie.

– Hej. Czarny z tej strony. Nadal chcesz mnie poznać?

– Późno jest.

– Dwudziesta druga. Wcześnie. Zresztą, mogę po ciebie podjechać.

– Gdzie?

– Słodki – Słony?

– Mokotowska, niedaleko Kruczej. Będę za trzydzieści minut – powiedziała. I się rozłączyła.

Nie ukrywam, zaskoczyła mnie. Mężczyzna jest mężczyzną, jak wstanie z łóżka. Ale kobieta, powiedzmy sobie szczerze, potrzebuje z godzinę, zanim będzie jako tako zrobiona na swoją płeć. Skrobanie, tynkowanie, malowanie, golenie. A tu trzydzieści minut? Jakaś wyjątkowo szybka sztuka. Chyba że pracuje gdzieś w pobliżu. Pijąc doppio, przejrzałem jej profil. No, dupa jak dupa. Blond włosy wpadające w rude, kończące się w okolicach ramion. Twarz pucułowata. Oczy za małe. Usta za duże. Ale rysy, powiedzmy, regularne, bo kości policzkowe są wystające, a nos niewielki. Na zdjęciach nie ma całej sylwetki, więc pewnie ma dużą dupę.

Dupa z faktycznie dużą dupą pojawiła się nie po trzydziestu, ale po czterdziestu pięciu minutach, co i tak było jak na kobietę wynikiem przyzwoitym. Miała spódnicę ołówkową, w której ponoć każda kobieta wygląda dobrze, i zero dekoltu, co przyjąłem z rozczarowaniem, ale godnie.

Wstałem.

– Hej. Czarny.

– Cześć. Monika.

Panna siadła i ścięła mnie wzrokiem, niczym biolog niezwykle interesującą bakterię pod mikroskopem. Ładna kelnerka podeszła i spojrzała złośliwie w moją stronę.

– To co zwykle?

Zignorowałem ją. Cóż miałbym za godność osobistą, jeśli padałaby pod jednym kobiecym spojrzeniem.

– Zjesz coś? Napijesz się czegoś? Mają naprawdę dobry makowiec.

– Wiem. Znam to miejsce. Często się tu spotykam z... Ze znajomymi się spotykam. Nie wiem, czy coś powinnam zjeść. Jestem na diecie. Herbatę poproszę. Zieloną.

– Ja to samo.

– I może coca-colę. Aaa, zaszaleję. Poproszę tort kajmakowy. Jakiś mały kawałek.

Kelnerka: – Wszystkie ciastka są takie same.

Monika (głośniej): – Ja życzę sobie jednak mniejszy.

Kelnerka (w myśli): „Co za sucz!”.

Zebrana dookoła publiczność przy stoliku obok, razem z pewną sympatyczną brunetką, na którą zwróciłem uwagę od razu, gdy wchodziłem do knajpy (w myśli): „Co za sucz!”.

Ja (w myśli): „Co za sucz! Ciekawe, czy ma cellulit. Te nogi pod spódnicą wyglądają całkiem nieźle”.

Monika: – Przyznaję, że miałam wątpliwości, czy się z tobą spotkać. Mam ważne pytanie.

– Tak?

– Czy jesteś katolikiem?

– Wydaje mi się, że nie jestem jeszcze ateistą. A co?

– Nie mogę się spotykać z mężczyzną, który nie zgodzi się wychowywać dzieci w wierze katolickiej.

– Wiesz, z całym szacunkiem, ale chyba trochę za wcześnie na dzieci. Dopiero się spotkaliśmy – zauważyłem ostrożnie.

– Nie chcę tracić czasu.

– Poza tym nawet jeszcze nie poszliśmy do łóżka.

– Jestem katoliczką. Nie uprawiam seksu przed ślubem.

– Nawet oralnego?

– Słucham???

– To jak masz wiedzieć, że facet, którego wybrałaś, jest dobry w łóżku? – zaciekawiłem się.

– Seks służy do prokreacji.

– Może wpierw poćwiczmy, hę? Żeby się lepiej przygotować. Proponuję duet synchroniczny, ćwiczenia na puzon i waltornię...

– To znaczy?

– To instrumenty dęte – wyjaśniłem ochoczo. – Ich obsługa polega na intensywnym dmuchaniu... Wymagane jest też odpowiednie ustawienie języka.

– Cham!

– To sztuka. Ty będziesz puzonem sopranowym, ja basowym.

– Po moim trupie!!!

– Nie wiesz, co tracisz – westchnąłem boleśnie. – Rachunek poproszę!

– Myślałam, że jesteś inny. W opisie wyglądałeś na porządnego faceta.

– Tylko wyglądam. Miło cię było poznać.

Wstałem, zostawiłem pięćdziesiąt zeta na rachunek.

– Będę się za ciebie modlić!

– A ja wspominać twoje cycki. Szkoda, że takie skarby tak się marnują.

Wylazłem ze Słodki – Słony zły.

Telefon zadzwonił, gdy szedłem do samochodu. Oczywiście zaczynało padać. Jakby ktoś mnie pytał o zdanie, to ostatnio Polska przesunęła się do Azji, a w czerwcu startuje u nas pora deszczowa, która kończy się w listopadzie. Później jest zima.

Na ekranie pojawiła się postać Królowej Śniegu. Oznaczyłem nią Olgę.

Kim jest Olga?

Żoną moją jest.

Dobre, nie?

Okay, żartowałem.

Olga jest moim friendem z pracy.

Ma trzydzieści pięć lat, tak samo jak ja, i jest prawnikiem. Przepraszam, radcą prawnym. Też tak samo jak ja. Można powiedzieć, że sporo nas pod tym względem łączy. Tylko że ona kończyła prawo w Poznaniu, a ja w Warszawie. I miała średnią 5.0 (to też inaczej niż ja).

Olga jest ciągle wkurwiona.

Ale jest kobietą i musi się starać dwa razy bardziej, żeby ktoś zwrócił uwagę na coś więcej niż tylko cycki (których, moim zdaniem, nie ma).

Myśli, że nikt nie wie, że ma profil na sympatii (to, paradoksalnie, mała firma, a najbardziej plotkują sekretarki). Co piątek umawia się z facetami z neta gdzieś na mieście. Po tych spotkaniach jest jeszcze bardziej wkurwiona. Kasę, którą zarabia w korporacji, wydaje na brokat i błyszczyki do ust. Oraz fitness club. Z przykrością stwierdzam, że jest ładna. Ale...

„Gdzie się mieszka i pracuje, tam się chujem nie wojuje”.

Copyright by Leon Niemczyk.

Nacisnąłem „Odbierz”.

– Cześć, Czarny.

– Cześć, Królowo Lodów.

– Gdzie siedzisz, biały kozaczku?

– Słodki – Słony. Wpadniesz?

– Dali ci już tabliczkę przy stoliku z imieniem, nazwiskiem i napisem rezerwacja?

– Jeszcze nie. Kwestia czasu. Ale czekam na jakiś rabat. Przydałby się. Wpadniesz?

– Do twojej garsoniery? – prychnęła. – Chyba żartujesz. Rusz tyłek do Szpilki.

– Do tej lansiarni dla warszawki? A mam inne wyjście?

– Nie dramatyzuj.

– Jak tam twoja randka?

– Nie chcę o tym gadać.

– Dobra, to będę za pięć minut.

Podjechałem najważniejszą kobietą swojego życia. Jest czarna. Na imię ma Honda. A na nazwisko Civic Type R VTEC. Jej znak zodiaku to dwa litry pojemności, a ulubionym dniem tygodnia jest 201 koni pod maską (teoretycznie mógłbym się ścigać z porsche, ale jakoś nie było okazji).

Jak zwykle był mrok z zaparkowaniem, mimo że minęła dwudziesta trzecia. Stanąłem pod PAP-em, tarasując 9 / 10 chodnika. Straży miejskiej odbierało mowę od takiej bezczelności i rzadko dawała mi mandaty.

W Szpilce można lansować się na dole albo siedzieć na górze.

Olga siedziała na górze. Piła kawę.

Podszedłem niczym Bogart. Znaczy się nie jestem niski, nie mam prochowca, nie piję łychy zamiast śniadania, ale powiedzmy, że mam styl.

– Yo, yo, pretty lady. Can I join in?

– Nie wiem, co masz gorsze: akcent czy gramatykę. Siadaj, prostaku. Królowa łaskawie zezwala.

Usiadłem na poobijanym krześle.

Olga spojrzała na mnie jak krowa na pociąg.

– Jak wychodziłem z pracy, spotkałem w windzie Stefana.

Stefan to nasz szef. Będzie o nim później.

– Mów!

– Spokój mi tutaj! Chwila dla pracownika była. Opowiadał mi o kumplu z Konstancji, Aleksie. Afro Aleks jest menago i CEO. Się wytuczył na polskich bigosach, pierożkach i goloneczkach. Kolo zmienił wymiary. Przeskoczyć go łatwiej niż obejść. Stefan spotkał go wczoraj na leśnej dróżce, a ten... szczupły jak slim fast.

– How?!

– Wybrał się na dwa tygodnie na wczasy odchudzające. Nie jadł nic. Kąpał się w zimnym strumieniu. Miał dwa razy dziennie lewatywę. Nawet pielęgniarka mu jej nie robiła, tylko sam ją sobie trzaskał. Zrobili mu czyszczenie jelit. Dwa razy! I za te wszystkie przyjemności zapłacił... Ile? Strzelaj!

– Nie lubię takich głupich zgadywanek. Mów, Czarny, nie onanizuj się mentalnie.

– Dziesięć dużych klocków.

– Ładnie – Olga gwizdnęła z uznaniem.

– To nie koniec. Na turnus zapisał się z rocznym wyprzedzeniem, bo chętni podobnież walą drzwiami i oknami.

– Każdy japiszon ma zatwardzenie.

– No. Chyba otworzę coś podobnego u siebie w domu. Ceny będą konkurencyjne. Zamiast strumienia – hydromasaż. Lewatywa wliczona w koszty...

Olga zaczęła się śmiać.

– Taki pensjonat to już masz. Tylko pacjentki są młodsze. I zabiegi lecznicze inne.

– Jassssne. Powiedz lepiej, jak twój kandydat do seksu.

– Który?

– Nie udawaj głupiej. Ten, którego spuściłaś na drzewo dzisiaj. Nie sądzę, abyś siedziała tu dla kawy. I mojej fascynującej osobowości.

– Nie przypomina Sawyera z Lost. Za dużo mówił o pracy i znajomych z pracy i znajomych znajomych z pracy. Miał brudne buty i za duży nos. I za długie włosy. I kiedy wracałam z łazienki, nie wstał na mój widok.

– Świnia! Gdzie pracuje?

– Media.

– Oooo! Pisze czy się pokazuje?

– Pisze. W „Wybiórczej”. Chcesz wiedzieć, jak się robi gazetę? I kto ją robi? Przez dwie godziny dowiedziałam się naprawdę dużo na ten temat.

– Nie, dzięki. Może innym razem.

– A ta twoja?

Podniosłem dwa palce do góry.

– Dwie?

– No.

– Nie marnujesz czasu.

– Staram się, jak mogę.

– I jak?

– Wpierw Milczenie owiec, a później Egzorcysta.

– Well, Czarny – have the lambs stopped screaming?

– Bardzo zabawne.

– What an excellent day for an exorcism... Sssały, połykały?

– Nie tym razem. Pierwsza od razu założyłaby mi na fiuta kilka ćwieków. Przy drugiej musiałbym go wpierw poświęcić.

– Powinieneś znaleźć sobie jakąś czterdziestolatkę. Nie miałbyś siły, żeby umawiać się z innymi laskami.

– Kogut cały czas mi to powtarza.

– Ten bandyta, z którym chodzisz zdziry zaliczać?

– Mhm.

– On skończy w pierdlu. Musisz mnie z nim poznać.

– Po co ci to?

– Czy ty wiesz, co taki mięśniak potrafi w łóżku?

– Tak się złożyło, że wiem.

– O, Czarny, nie znałam cię od tej strony. Passiv? Activ?

– Bądź damą, Scarlett.

– Powiedz, Rhett – Olga zrobiła kolibra rzęsami, a usta postawiła w ciup.

– Na policjantów to działa?

– Koliber?

– Tak.

– Zawsze.

– Szkoda, że ja tak nie potrafię. Miałbym z dziesięć punktów mniej.

Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu. Olga popijała latte. Wyglądała git. Chuda, wysoka, z małymi dramatycznie sterczącymi cyckami. Ciemne jak smoła włosy. Błyszczące, może trochę za wąskie usta. Jasna cera, bo Olga nienawidziła słońca, a wszystkie solaria w kraju by przymusowo pozamykała. („Nic tak nie postarza, Czarny, jak solarium. Pamiętaj. Posłuchaj Ireny Eris. Kto jak kto, ale ona zna się na tym, Czarny”).

Wielkie, granatowe, ciskające gromy oczy. Jej nogi uciekały spod kończącej się przed kolanem czerwonej sukienki, spiętej szerokim paskiem z jakiejś plecionki. Rozkloszowana? Tak chyba się mówi. Audrey Hepburn style. Redaktorek miał czego żałować.

– A jak tam alfabet? – zapytała.

– Załapałem ostatnio „R”.

– Respect.

– Żebyś wiedziała. Nie jest łatwo o „R”.

– Głównie Renata?

– Rachela, Regina, Romana, Rozalia. Czyli wycieczka do Izraela albo do domu starców.

Alfabet to pomysł Jara, kumpla Kury, który z kolei jest moim kumplem. Jaro jest fotografem, lat 47, który jest znany z tego, że jest znany. A oprócz tego pije dużo i kopci dużo panienek.

Najlepiej o nim mówi historia z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy przyjechał do Gdańska fotografować zjazd Solidarności. Zjazd jak zjazd. Wódka, obrady i Wałęsa. Jaro zrobił zdjęcia, czy co tam miał zrobić, i dalej pił. Za zdjęcia dostał później kilka nagród. Ale to było mimochodem, bo głównie pił. W intencji odzyskanej przez ojczyznę niepodległości, jak by woleli niektórzy, bądź dla płochej rozrywki, jak by woleli inni.

Na koniec pierwszego dnia zjazdu Jaro wtoczył się do hotelu naprany jak szpadel. Panienki wyprostowały się jak na defiladzie i zapiszczały: „Dzień dobry panie Jarku”. Jaro błędnym spojrzeniem zlustrował kurwy. Wszystkie w wytapirowanych włosach, mocnym makijażu i obłędnych mini. Blond tapir. Blond tapir. Rudy tapir. Blond tapir. Czarny tapir. Wybrał blond. „Tylko czekaj na mnie!” – powiedział i poszedł pić dalej.