Pokój światów - Paweł Majka - ebook
Wydawca: MORGANA Katarzyna Wolszczak Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 509 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 14 godz. 34 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokój światów - Paweł Majka

Najlepsza powieść Pawła Majki, autora bestsellerowego "Metro 2033: Dzielnica Obiecana"


Ziemia po Kresie


I wojna światowa była tragedią, ale nie skończyła się tak, jak mówią podręczniki historii. Na Ziemi wylądowali Marsjanie. Inwazja została odparta, a uwięziony na powierzchni planety najeźdźca zasymilowany, jednak odtąd nic już nie było takie jak dawniej.


Sprowadzone przez Obcych mitbomby uwolniły energię wiary, która ożywiła postaci z mitologii, baśni i legend. Domy otoczono ochronnymi barierami, boscy patroni strzegą poszczególnych miast, po ulicach przechadzają się upiory i magowie. Miejsce dawnych państw zajęły spółki handlowe, Republika Narodów i na pół świadome państwa-organizmy: Wieczna Rewolucja, Wiekuista Puszcza czy Matka Tajga.


Czego poszukuje zorganizowana przez Nowakowskiego – bogatego krakowskiego Marsjanina – ekspedycja na wschód? Trwają lata Pokoju, ale wyprawa sterowcem nad Kresami Rzeczypospolitej nigdy nie należała do bezpiecznych… Czy barwna zbieranina indywidualności – opętany przez nienawiść Mirosław Kutrzeba, stworzony w laboratorium ślepy bóg Szuler Losu, uzależniony od czarciego mleka były inspektor kolejowy Grabiński, cyganka Sara, olbrzym Burzymur i naiwny Jasiek – wie, na co się porwała?


Zamieszkująca ciało Kutrzeby zmora dopilnuje, żeby nie zapomniano o zemście.
Brawurowa powieść Pawła Majki to fantastyka przygodowa na najwyższym poziomie, która zachwyca dynamiką wydarzeń, spójnością opisywanego świata i rozmiarem kreacji. Od czasów H.G. Wellsa wojna światów nie została nakreślona z takim rozmachem!

 

Pokojem światów" Paweł Majka udowadnia, że znakomicie rozumie popkulturę. Wie, co ludzie chcieliby czytać. Co ważniejsze - wie, jak o tym pisać. Jego książka to rozrywka dla tych, którzy potrafią docenić zgrabną historię, doskonały język, a także poczucie humoru. Jednej rzeczy brak "Pokojowi światów" - na szczęście. Brak jest bowiem banalności.
Emil Strzeszewski - autor bestsellerowej Ektenii

Świetna i wciągająca lektura na długi wieczór.
Maciej Frączyk - autor Zeznań Niekrytego Krytyka i Nie przejdziemy do historii

 

Patronat:
MadBooks | Esensja
| Katedra | Nowa Fantastyka

Recenzje (kliknij, aby przeczytać):

Dzika banda (8/10)

Katedra (polecamy)

Nowa Fantastyka (5/6)

 

Opinie o ebooku Pokój światów - Paweł Majka

Fragment ebooka Pokój światów - Paweł Majka









Prolog

Gdy wieźli ich odkrytym ku uciesze gawiedzi wozem, ten mały i gruby kulił się przerażony nienawiścią tłumu. Próbował uchylać się przed pomidorami i zgniłymi ziemniakami, przed nieforemnymi pociskami z błota czy kamieniami rzucanymi przez najzuchwalszych. I cały czas szlochał. Wykrzykiwał urywane zdania o swojej żonie i dzieciach i zapewniał płaczliwie o swej niewinności. Przekonywał, że zaszła straszna pomyłka, jakby wierzył, że ogarnięta furią masa ludzka zechce go wysłuchać.

Wyższy od niego, siwiejący złodziej w resztkach płaszcza uszytego z dziesiątek szmat wdał się w pojedynek ze spragnionymi widoku śmierci mieszczuchami. Pluł na ich głowy, śmiejąc się, ilekroć trafiał w czyjąś zaczerwienioną twarz. Na obelgi odpowiadał obelgami jeszcze wulgarniejszymi i nie szczędził sprośności kobietom. Trzeci ze skazańców milczał.

Elegancki, młody, ale o pełnej dostojeństwa twarzy, zamknął oczy, jakby spał. Nie reagował nawet, gdy trafiały go pociski. Jednych jego postawa zniechęcała, innych irytowała, trudno więc ocenić, czy wybrana przezeń strategia okazała się skuteczna. Istotnie, ciskano weń zgniłymi owocami rzadziej – ci jednak, którzy uparli się pokonać jego obojętność, starali się celować dokładniej i dotkliwiej.

Ostatni z wiezionych ku szafotowi mężczyzn osłaniał twarz, jednak była to jedyna forma uwagi, jaką poświęcał tłumowi. Czasem odzywał się do złodzieja. Zapłakanego grubasa i wyniosłego młodzieńca ignorował. Unosił głowę, wyglądając placu, jakby oczekiwał na nim ratunku, a nie kaźni. Być może miał już dość udręki przedzierania się przez tłum i wolał wreszcie umrzeć, niż dalej pełnić rolę zabawki motłochu.

Gdy dotarli nareszcie na środek placu, strażnicy pomogli skazańcom zejść z wozu i poprowadzili ich pod szubieniczne pętle. Grubasa musieli zaciągnąć siłą, pozostali przyjmowali los ze spokojem. Grubas trafił pod pierwszą, złodziej pod następną, a wciąż nieotwierający oczu, pogrążony jakby w letargu milczek pod trzecią. Gdy i pod czwartą ustawiono jej oblubieńca, sędzia wystąpił, by odczytać wyrok. Tłum zamilkł niemal w jednej chwili. Choć prawie wszyscy znali już plugawe występki osądzonych, wysłuchanie, jak sędzia w majestacie prawa odczytuje ich opis, dostarczało specyficznego dreszczyku, a i należało do rytuału. Nie istnieli zaś na świecie ludzie, którzy nie zdawaliby sobie sprawy z wagi wszelkich rytuałów.

Grubasa skazano za uduszenie kochanki. Złodziej padł ofiarą pecha – nakryty na włamaniu zabił gospodarza pamiątkową szablą stanowiącą część łupu. Milczek okazał się seryjnym zabójcą, któremu udało się brutalnie zaszlachtować cztery prostytutki, nim schwytano go na próbie zarżnięcia piątej. Ostatniego ze skazańców stryczek czekał za zamordowanie czcigodnego pana Burtowieckiego, znanego i poważanego prezesa kompanii kupieckiej, który niejednokrotnie i na wiele sposobów przysłużył się miastu. Na tę jedną chwilę, gdy odczytywano wyrok, tłum przerwał milczenie, by złorzeczyć mordercy.

W ostatnim słowie grubas raz jeszcze błagał o litość, czym wzbudził niesmak zarówno współskazańców, jak i publiczności. Tłum zagłuszył go gwizdami i wyciem. Kat za to został nagrodzony wiwatami, gdy założył skazańcowi na głowę worek z czarnego płótna, jeszcze nim ów zakończył przemowę. Nieszczęśnik krzyknął przestraszony i popuścił w spodnie, wywołując radość obserwatorów, w tym złodzieja. Ten, zapytany o ostatnie słowo, przeklął sędziego, kata i wszystkich mieszkańców. Przeklinałby pewnie jeszcze długo, ale i jemu nie pozwolono dokończyć. Milczek swoim zwyczajem nie powiedział nic.

– A ty, łotrze? – Sędzia zwrócił się do ostatniego ze skazańców. – Co ty masz do powiedzenia? Przeprosisz może mieszkańców tego miasta za to, że odebrałeś im dobroczyńcę, najszczodrzejszego człowieka pod słońcem?

Mężczyzna przez moment wyglądał, jakby rzeczywiście chciał podzielić się uwagami na temat dobroczyńcy miasta. Zrezygnował jednak i oznajmił tylko:

– Zostało jeszcze trzech.

Sędzia odczekał chwilę, ponieważ jednak zbrodniarz najwyraźniej nie miał już nic do powiedzenia, dał znak katu, a ten nałożył worek na głowę mordercy.

Cokolwiek znaczyły jego słowa, straciło wkrótce znaczenie.

Wszyscy czterej skazańcy zawiśli równocześnie na naprężonych linach ku uciesze tłumu i zaspokojeniu sprawiedliwości. Odtańczyli taniec wisielców i akompaniując sobie charkotem, zrosili deski płynami fizjologicznymi. Pod workami ich twarze siniały, języki wysunęły się z otwartych szeroko ust. Złodziej umarł szybko, podobnie zabójca prostytutek. Grubas pomęczył się trochę, ale najdłużej, ku powszechnej radości, umierał zabójca kupca, walczący o życie tak wściekle, że męczył się jak żaden wcześniej znany zacnym mieszczanom skazaniec. Nikomu nie zrobiło się go żal, a kat nie skrócił męki.

Gdy wreszcie skonał, kat odciął i jego. Czeladnicy katowscy okradli trupy ze wszystkiego, co mogło się im przydać, po czym wrzucili ciała na wóz i wywieźli je daleko za miasto, na samotne wzgórze pod lasem. Tam porzucili wszystkich czterech wisielców, nie grzebiąc ich, lecz składając w ofierze cieniom. Mordercy nie zasługiwali na litość, a cienie, łase ludzkiego mięsa i krwi, okazywały nieco wdzięczności tym, którzy je dokarmiali. Spłynęły z nieba i wychynęły spod ziemi, ledwie zapadł zmrok. Czeladników nie było już wtedy nawet w okolicy wzgórza.

Cienie najpierw rzuciły się na zabójcę prostytutek. Te, które przybyły później, pożarły złodzieja. Jeszcze bardziej spóźnione ścierwojady niechętnie skosztowały mięsa grubasa, dowodząc jego niewinności niepochlebnym parskaniem i narzekaniem na plugawy smak.

Tylko najwięksi desperaci spróbowali zdobyć kawałek mięsa ostatniego ze skazańców. Siedząca okrakiem na jego piersi zmora odganiała każdego śmiałka. Przybrała postać kobiety o czarnej skórze, włosach i oczach. Jej zakończone szponami dłonie stanowiły groźną broń nawet przeciw cieniom. Większość ścierwojadów szanowała jej prawo do żarła, toteż musiała walczyć tylko z nielicznymi, przybyłymi zbyt późno, by zdobyć choć strzęp mięsa. Ci daremnie skradali się ku ostatniemu ze skazańców – zmora okazała się czujna, szybsza i potężniejsza od nich. Najzuchwalsze uciekały z piskiem, ilekroć spadały na nie razy czarnych szponów. Wreszcie, niedługo przed świtem, odeszły wszystkie. Wtedy zmora pochyliła się ku ustom swego wybranka i pocałowała go – długo, namiętnie. Nie oderwała ust, póki ciało powieszonego nie zadrżało, póki mężczyzna nie poruszył ręką, nie wiadomo, czy próbując odruchowo objąć demonicę, czy przeciwnie, odepchnąć ją.

Charczał, usiłując coś powiedzieć. Położyła mu jedną dłoń na ustach, drugą na piersi.

– Cicho, mój miły. Musisz nabrać sił.

Skinął głową. Dopiero teraz rozwarł powieki, by spojrzeć prosto w jej oczy: czarne, z kręgami głębszej ciemności w miejscu źrenic. Znów wydała mu się piękna, jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Przezwyciężając słabość, uniósł dłoń, by pogłaskać jej policzek, jedwabisty i zimny.

– Zostało jeszcze trzech – szepnęła i dostrzegając pierwsze promienie słońca, pocałowała mężczyznę raz jeszcze, długo, aż cała, poprzez usta, wniknęła w jego ciało i duszę.


Pierwszy


Rozdział 1

czerwiec 1972 roku starego kalendarza, pięćdziesiąty siódmy rok Kresu, dwudziesty rok Pokoju

Pociąg wjechał na Dworzec Główny w Krakowie, jak zwykle dowodząc punktualnością potęgi połączonych sił technologii i mocy. Maszynista oznajmił przybycie przeciągłym gwizdem lokomotywy wypuszczającej sprężony strumień pary. Ucałował zawsze chłodny amulet kolejowy, wiszący nad kotłem, i pokłonił się patronowi. Usmarowana sadzą istota, przypominająca nieco skrzaty, jakie spotkać można w kopalniach, pisnęła radośnie i dała nura z powrotem w dogasający ogień. Potężna lokomotywa aż zadrżała od przypływu mocy.

Drżenie przeniosło się na wagony – i te ekskluzywne, należące do pierwszej klasy, i te najtańsze, w których tłoczyli się biedacy w towarzystwie wyjątkowych skąpców. Maszynista uśmiechnął się, pogroził palcem patronowi. Ten odpowiedział z wnętrza kotła radosnym chichotem.

– Pan Kutrzeba? Pan Kutrzeba? – Krzyczał biegnący wzdłuż wagonów siwowłosy mężczyzna. Najwyraźniej nie nawykł do dworcowego zgiełku. Rozglądał się nerwowo na wszystkie strony i odskakiwał, gdy któraś ze zniecierpliwionych lokomotyw szykujących się do odjazdu wypuszczała pióropusze pary.

Dworzec krakowski należał do największych w kraju, toteż ruch panował na nim wyjątkowy. Choć w Europie ocalało niewiele linii kolejowych i widok więcej niż jednego pociągu na raz należał do niezwykłych, w niektórych miastach lokomotywy zdawały się wręcz tłoczyć. Dworzec w Krakowie pęczniał od przybywających bądź szykujących się do drogi pasażerów, od patronów kolei, od strażniczych cieni miejskich, a także drobnych, migoczących półistnień towarzyszących rozbłyskom emocji. To właśnie nad dworcem krążyły duchy i demony przyciągane niezwyczajnym nagromadzeniem wszelkich rodzajów mocy.

Ludzi strzegły przed nimi smukłe wieże strażnicze. Każda ich cegła wzmocniona została znakami, ściany każdego piętra uginały się od talizmanów. Dyżurów w nich nie potrafiliby pełnić zwyczajni ludzie, toteż zamurowywano w wieżach tych, którzy zdecydowali się poświęcić służbie miastu i poddać przemianom. Trudno było nazwać ich jeszcze żywymi i w ogóle trudno było powiedzieć o nich cokolwiek, mało kto bowiem zdobywał się na odwagę nawiązywania z nimi kontaktu. Bezimienni i groźni, trwali na posterunkach, zadowalając się ofiarami składanymi każdego świtu przez zawiadowców. Nie interesowała ich żywność, a jedynie oznaki szacunku i okruchy miasta znoszone ze wszystkich jego dzielnic. Przyjmowali koralik z rozerwanej biżuterii nobliwej mieszczki, strzęp chusteczki z krwią dorożkarza albo kamyk kopnięty przez rozkrzyczanego podgórskiego urwisa. Każdy przedmiot muśnięty tętnem miasta dodawał im sił.

– Pan Mirosław Kutrzeba? – Krzyczał siwowłosy. – Pan Kutrzeba?

Wydawało się, że wszyscy pasażerowie opuścili już wagony, kiedy na progu jednego z nich stanął wreszcie ten, którego siwowłosy coraz mniej spodziewał się znaleźć.

– Tutaj – odezwał się ochrypłym głosem. Odchrząknął i powtórzył głośniej.

Siwowłosy ruszył ku niemu. Oczekiwał, że Kutrzeba przyjedzie jednym z wagonów pierwszej klasy, a nie ostatnim, najtańszym, w którym zdarzało się upychać ludzi z bydłem i towarami. Czy naprawdę o tego właśnie człowieka mogło chodzić jego pryncypałowi?

Kutrzeba okazał się wysoki, postawny. Skórzana kurtka poprzecierana do granic możliwości, kiedyś chyba ciemnobrązowa, mogła sugerować, że należał do włóczęgów zaopatrujących się na śmietnikach. Nie lepsze wrażenie sprawiał kapelusz wymięty ponad ludzkie pojęcie, ciemny zapewne od brudu, nasunięty głęboko na oczy. Z kolei lniany szal owinięty wokół szyi pomimo upału wskazywałby, że Kutrzeba to albo dziwak, albo mizerota marnego zdrowia. Jednak torby przybysza należały do znakomitych wyrobów pierwszej jakości, wykonanych ręcznie i na zamówienie. Oczywiście mógł ukraść je komuś po drodze.

– Pan Mirosław Kutrzeba? – Upewnił się siwowłosy. Uzyskawszy w odpowiedzi jedynie niechętne skinienie, uznał, że nie do niego należy ocenianie decyzji chlebodawcy, którego i tak nie spodziewał się nigdy całkowicie zrozumieć. – Nazywam się Franciszek Czus, pracuję dla pana Nowakowskiego, który zdecydował się pana zatrudnić. Proszę mi wybaczyć, spodziewałem się, że skoro pokrywamy pańskie wydatki, znajdę pana w lepszych wagonach.

– Nie pasowałbym tam – odparł nieprzyjemnie zachrypniętym głosem Kutrzeba.

Z tym Czus nie mógł się nie zgodzić. Zaproponował, że poniesie część bagaży, Kutrzeba jednak spojrzał na niego w sposób, który sprawił, że służący odchrząknął tylko, po czym odwrócił się pospiesznie i jak mógł najprędzej zaprowadził tego niewydarzonego mruka do oczekującego przed dworcem pojazdu. Nie zobaczył, że Kutrzeba zatrzymał się jeszcze na chwilę, by popatrzeć na lokomotywę. Coś trudnego do określenia zaszło między nim a potężną maszyną. Maszynista wzdrygnął się, jakby dotknęło go złe przeczucie. Patron wychylił się z kotła i poprzez metalowe ściany spojrzał Kutrzebie prosto w oczy. Warknął, otrzepał się odruchowo i wyrzucił z siebie litanię ochronnych zaklęć.

Tacy ludzie nie powinni wsiadać do pociągów. Zbyt mocno rozsiadło się w ich duszach nieszczęście. Patron wyczuwał jego niepokojącą obecność od początku podróży i poświęcił wiele sił, by zniwelować jej wpływ. Teraz wreszcie mógł przyglądnąć się nosicielowi. Rozpoznał go, zadrżał i czym prędzej schował się do kotła. Czekało go więcej pracy, niż się spodziewał, jeśli pociąg miał bezpiecznie wyruszyć w dalszą drogę.

***

Choć krakowianie najchętniej zaprzęgali swoje powozy w konie, pryncypał Czusa okazał się jednym z zamożnych ekscentryków lubujących się w nowoczesnych technologiach. Zamiast eleganckiego powozu czy choćby gustownej dorożki na Kutrzebę oczekiwał pokraczny samochód o wyłupiastych reflektorach i sylwetce, która przybyszowi skojarzyła się z napęczniałą żabą obarczoną garbem dodatkowej kabiny, przeznaczonej wedle zamierzeń producenta do transportu towarów, przerobionej jednak tak, by mogli podróżować nią pasażerowie.

Czus wydawał się zadowolony, prezentując owo szkaradzieństwo i obserwując, jakie wywarło wrażenie na przybyszu. Wyprężył się jak struna i otworzył szerokie, okrągłe drzwiczki prowadzące do kabiny pasażerskiej.

– Co to jest, na bogów? – Kutrzeba zatrzymał się, jakby rozważając, czy nie zawrócić.

– Och, pan może być nieprzywykłym do widoku nowoczesnych pojazdów. Nic nadzwyczajnego, niewiele ich w naszym kraju. To, szanowny panie, samochód. Citroen Acadiane, wersja luksusowa, dopasowana do potrzeb mego pana. Zapraszam do środka. Zapewniam, że nie ma obaw. Jestem znakomitym kierowcą.

– Obyś miał też dobrego patrona – mruknął Kutrzeba, niechętnie gramoląc się do wnętrza. Czus zajął miejsce w kabinie kierowcy.

Odezwał się po chwili przez interkom, upewniając się, że jego pasażer czuje się wygodnie. Kutrzeba zapewnił go nieszczerze, że tak właśnie jest, choć nijak nie potrafił usadowić się wygodnie w nieprzystosowanych dla ludzi fotelach. Ich kształt powiedział mu wszystko o tajemniczym panu Nowakowskim. Okrągłe fotele o dwunastu rozłożonych centrycznie niskich oparciach mogły świadczyć tylko o jednym.

Nowakowski był Marsjaninem.

***

Gdy przybyli na Ziemię, początkowo zignorowano ich, choć nie zamierzali się ukrywać. Sferyczne statki spadły na miasta wszystkich kontynentów, by otworzyć wrota hangarów i wypuścić na ludzkość furię przybywającą z przestrzeni. Marsjańska technologia przewyższała wszystko, co byli w stanie wyprodukować nawet najzdolniejsi ludzcy inżynierowie.

Kłopot w tym, że na Ziemi trwała wówczas w najlepsze największa z wojen w historii. W ogarniętym nią świecie wszyscy podejrzewali siebie nawzajem i w niezwykłych machinach zagłady upatrywali przede wszystkim podstępu Prus, Francji bądź Rosji, czy choćby i Ameryki, ale nie inwazji z kosmosu.

Nawet kiedy część prawdy wyszła na jaw, wojna między ludźmi nie wygasła. Rozbawieni, ale i zaintrygowani Marsjanie obserwowali, jak kolejne strony ludzkiego konfliktu próbują zawiązywać z nimi sojusze przeciw swoim braciom. Dopiero nieprzejednanie przybyszów sprawiło, że ludzkość zawarła kruchy rozejm i zmieniła losy wojny, jednocząc się przeciw obcym.

Koniec końców porozumieli się wszyscy. Nawet Marsjanie musieli skapitulować wobec kataklizmu, jaki mimowolnie wywołali, i zjednoczyć się z niedoszłymi ofiarami, by przetrwać. Dwadzieścia lat po zakończeniu wojny i opanowaniu nowego żywiołu przyjmowali już nawet ludzkie zwyczaje i nazwiska oraz próbowali zrekonstruować technologie, które znacznie podupadły od czasu inwazji. Między innymi z upodobaniem inwestowali w fabryki nowoczesnych silników i samochodów.

Wnętrze kabiny citroena przygotowano pod kątem marsjańskiej estetyki. Najprawdopodobniej pracował nad nim sam Nowakowski, Marsjanie upierali się, że ludzie nie są zdolni pojąć tajników ich sztuki. I rzeczywiście, Kutrzeba obojętnie przyglądał się szalonym nieforemnym łukom podtrzymującym sklepienie kabiny, splecione w chaotyczną plątaninę drutu pomalowanego na trzy ulubione przez Marsjan kolory: granatowy, jaskrawożółty i fioletowy. Nie dostrzegał w dziele Marsjanina ani urody, ani w ogóle niczego szczególnego.

Marsjanie nie dziwili go już ani nie zatrważali. Spotkał w życiu kilku, z dwoma nawet pracował, a u jednego terminował przez rok, ucząc się postępowania z mocami. Choć wielu ludzi wciąż pielęgnowało gniew przeciw najeźdźcom i żaden Marsjanin nigdy nie mógł czuć się do końca bezpieczny, Kutrzeba nie żywił do nich żalu. Od początku inwazji upłynęły dziesięciolecia. Świat zmienił się radykalnie, a Marsjanie stali się jego częścią. Kutrzeba urodził się wprawdzie jeszcze w świecie ogarniętym wojną, jednak to nie Marsjan obwiniał za najgorsze, co spotkało go w życiu. Listę winowajców miał zapisaną w pamięci. Znajdywali się na niej wyłącznie ludzie. Obecnie trzech z nich.

Zawsze wahał się, gdy przychodziło mu korzystać z pociągu. Teoretycznie linie kolejowe ustabilizowały już swoje pozycje, mówiło się nawet o ich rozwoju, ale Kutrzeba wciąż pamiętał czasy, gdy każdego pociągu musiały strzec oddziały kapłanów i szamanów. Czasem nawet oni nie potrafili pomóc. Choć moce poddały się wreszcie wobec sojuszu ludzi i Marsjan i wojna dobiegła końca, wciąż istniało na świecie wystarczająco wiele potworów, by nikt nie mógł czuć się bezpiecznym.

Linia Kraków – Lwów przetrwała i początek ludzkiej wojny, i inwazję, i nawet Kres. Pociągi padały na niej ofiarami napadów, jak wszędzie, jednak niegdysiejsze Oesterreichische Staatsbahn im Gebiet Galiziens, które w trakcie Kresu zmieniły się po prostu w Koleje Galicyjskie i stały samodzielną, niezależną od konających państw instytucją, zawarły osobny pokój tak z Marsjanami, jak i z mocami. Stało się to na długo przed tym, jak podobny sukces udało się osiągnąć cesarstwu. W 1947 roku, kiedy Republika Narodów, aspirująca do przejęcia spadku po upadłych monarchiach, dopiero zaczynała podejmować negocjacje z Marsjanami, Kolej Galicyjska – wzorem innych niezależnych instytucji – przewoziła już marsjańskich dygnitarzy, zatrudniała marsjańskich obrońców, a nawet zaopatrywała pociągi w pierwszych patronów.

Wszystko to nie zapobiegło katastrofie.

Resztki blisko czterystu ciał wymieszały się wtedy z drewnianymi fragmentami wagonów i strzępami wyrwanej z lokomotywy stali. Jedna z szyn, złamana i wygięta, unosiła się ku niebu, spływając krwią owiniętego wokół niej korpusu pozbawionego głowy. Chyba tylko krzyk patrona dało się słyszeć, bo nikt z garstki ocalałych nie potrafił powiedzieć choćby słowa. Kutrzeba nie słyszał skarg i nawoływań rannych. Wygrzebał się z przełamanego wpół wagonu, odczołgał od torów i długo, długo po prostu leżał, wpatrując się w niebo.

Nie od razu dotarło do niego, co się stało. W uszach wciąż słyszał przeciągnięty do niemożliwości grzmot, po którym nastąpił huk i trzask miażdżonego drewna. Krzyki ginących pasażerów docierały do niego z trudem, dopowiadał je sobie, widząc wykrzywione w przerażonych grymasach twarze. Nie pamiętał, kim był i skąd się wziął na trawie nieopodal resztek pociągu.

Gdy wiele dni później oprzytomniał, wszystko się zmieniło.

Od katastrofy niechętnie korzystał z pociągów czy jakichkolwiek innych pojazdów mechanicznych. A i one chyba niezbyt go lubiły. Jeśli był zmuszony podróżować koleją, wybierał zawsze najgorszy wagon, wiedząc, że wyższe klasy promieniują odpowiednio wyższymi aspiracjami i puchną od dumy swoich pasażerów, przekonanych o własnej nietykalności i nadzwyczajnej roli do spełnienia. Nauczył się już, że uczucia i emocje zyskały na znaczeniu w świecie Kresu i nie zamierzał kusić licha, siedząc w buzujących od energii nieskrępowanego samozadowolenia wagonach. Ściśnięty między szepczącymi ochronne litanie biedakami, lękającymi się stalowych potworów, był bezpieczniejszy. A i tak drażniły go swędzące tatuaże i kłuły amulety pobudzone technologią.

Niewiele lepiej było w samochodzie Nowakowskiego, dlatego niecierpliwie wypatrywał domu potencjalnego klienta.

Jak na złość Nowakowski zamieszkał na Podgórzu, oddzielonym od Krakowa rzeką i stosunkowo odległym od Dworca Głównego. Choć dzielnica ta posiadała własną, raczej ubogą stacyjkę kolejową, docierało do niej niewiele pociągów. Dom Nowakowskiego mieścił się w forcie odziedziczonym po cesarstwie, wzniesionym na jednym z najwyższych wzgórz Podgórza. Marsjanin wybrał to miejsce, jak przez interkom wyjaśnił Kutrzebie Czus, ze względu na bogate złoża pozostałej po pogańskich czasach energii, którą Marsjanie potrafili czerpać z obłaskawionych cieni bądź bezpośrednio z wiary, której pokłady odkładały się tu od tysiącleci. Nowakowski transformował ją przy pomocy stareńkiego kościółka wzniesionego jeszcze w trzynastym wieku jako pieczęć, której celem było powstrzymanie pogańskich rytuałów i zatrzymanie złego pod ziemią.

Marsjanin przelewał wysysaną z cieni energię i przesyłał ją przez nabrzmiały od wiary kościółek, wzmacniając potęgę fortu. Energię bijącą od rotundy z czerwonej cegły czuć było już u stóp wzgórza. Gdy samochód zatrzymał się wreszcie przed bramą fortu, Kutrzeba odczuwał moc skupioną w budowli niemal jak fizyczny ból. Skulił się, wysiadając, obrócił na palcu pierścień różańca, potarł kciukami tatuaże na wewnętrznych stronach dłoni. Pomogło.

Służący Marsjanina wybiegli po rzeczy gościa. Nie pozwolił im dotknąć toreb zawierających broń i mimo protestów Czusa nie rozstał się z nimi, gdy ruszył na spotkanie z Marsjaninem. Doskonale rozumiał zakaz stawania przed gospodarzem z bronią i celowo go zignorował

– Zawsze mogę odwrócić się i wyjść – warknął, udając, że nie zależy mu na pracy dla Nowakowskiego. – Nie prosiłem się tu.

– W takim razie będzie pan łaskaw zaczekać – odrzekł wyraźnie urażony Czus i wystudiowanie powolnym krokiem ruszył poradzić się przełożonego.

Kutrzeba, ignorując potępiające spojrzenia służby, usiadł na podłodze, oparł się o ścianę i przymknął oczy. Interesowało go, na ile zdesperowany był Nowakowski i na ile skuteczne okazały się kontakty Kutrzeby, od pewnego czasu zapewniające Marsjanina, że właśnie on okaże się najwartościowszym członkiem planowanej wyprawy. Wykorzystał, kogo mógł, by się tu dostać i postawił na tę grę niemal wszystko, co miał.

Niepokoiła go ilość zmiennych niezbędna do powodzenia jego planu. Ile już razy próbował szukać innych rozwiązań! Spędzał całe noce, rozmawiając z Wężem, modyfikując plany, szukając sposobów na pozyskanie nowych sojuszników. Wąż śmiał się z niego, kpił, ale widać było, że i jego pociągała intryga. Kutrzeba nie mówił mu wszystkiego i nawet jego starał się wykorzystać. Zakładał, że bóstwo zdradzi go w końcu i próbował uwzględnić i to. Mimo to zdawał sobie sprawę, że plan miał zbyt wiele słabych punktów, że wszystko mogło zawalić się w dowolnym momencie. Na przykład teraz, jeśli Marsjanin wzgardzi jego umiejętnościami.

– Pan Nowakowski przyjmie pana – uraza w głosie Czusa tylko się pogłębiła. – Może zdejmie pan choć kapelusz?

– Może zdejmę – burknął Kutrzeba i wstał. Postanowił grać kogoś niechętnie przyjmującego ofertę Marsjanina. Czy nie przeszarżował? Na ile mógł eksperymentować z cierpliwością klienta i swoim szczęściem?

Parsknął mimowolnie.

Szczęściem – też coś.

Jestem z tobą – przypomniała o sobie zmora. Szczęście się nie liczy. Tylko ty i ja mamy znaczenie. Czy kiedyś cię zawiodłam?


Rozdział 2

Ponad brudnym, podniszczonym kapeluszem, ciśniętym niedbale na biurko dzielące Marsjanina od człowieka, Melizzath’l Nowakowski wszystkimi czterema jawnymi oczami i jednym ukrytym przyglądał się mężczyźnie, którego zamierzał wynająć.

Słyszał o nim tyleż dobrego, co złego, jednak większość jego agentów zgadzała się, że Kutrzeba był dokładnie takim człowiekiem, jakiego potrzebował. Twierdzili tak zarówno ci, których intencje wydawały się podejrzane, jak i ci, którym ufał. Pochlebiał sobie, że potrafił trafnie oceniać tubylców. Przybył na Ziemię z pierwszą falą inwazyjną, jako dowódca grupy szturmowej zaopatrzony w ciało przystosowane do działań bojowych. Prawie od początku, od nieszczęsnej katastrofy, gdy okręty na orbicie zaczęły eksplodować jeden po drugim a dziesiątki tysięcy żołnierzy zginęło w kilkanaście sekund, zrozumiał, że ocalałym przyjdzie żyć między tubylcami i traktować ich jak partnerów. Przez ostatnie lata zmieniał zatem sukcesywnie ciało, dopasowując je do nowych czasów i wyzwań. Choć oficjalnie siły inwazyjne podpisały pokój z większością instytucji reprezentujących ludzi, wojna w pewnym sensie wciąż trwała. Rywalizowano o wpływy i prestiż, sięgając wcale często po krwawe rozwiązania. Różnica polegała jedynie na tym, że obecnie konflikt nie miał wyłącznie podłoża rasowego. Przedstawicieli każdego gatunku można było spotkać po dowolnej ze stron. To pociągało za sobą pewne konsekwencje.

Nowe zasady najwyraźniej widać było na przykładzie twarzy, którą Nowakowski przystosował do kontaktów z ludźmi. Ukształtował ją, dopasowując do norm akceptowalnych przez tubylców: wykształcił nos i usta, wyhodował wypustki przypominające czarne włosy, symulujące rzadką czuprynę na głowie, oraz przygotował gustowne krótkie wąsy i bródkę. Nie zrezygnował z budzących w ludziach odruchowy strach i obrzydzenie dwunastu kończyn, przekształcił je jednak nieco, tak by połowa z nich mogła kojarzyć się z nogami, a połowa z rękami. A następnie ukrył je pod garniturami szytymi na zamówienie wedle aktualnie obowiązującej mody. Od trzydziestu lat medytował również nie nad tradycyjnymi sposobami prowadzenia wojny, ale nad modelami biznesowymi. Przejmował kopalnie i nawiedzone wzgórza, stał się udziałowcem Kolei Galicyjskich, a nawet, przez kilka lat, zasiadał w krakowskiej Radzie Miasta. Zdobywał wpływy i wykorzystywał je, lecz przede wszystkim wtopił się w otoczenie tak bardzo, jak tylko było to możliwe dla istoty wciąż nazywanej „Marsjaninem”.

Nauczył się nawet pić koniak i palić cygara, a także czuć ich smak i delektować się nimi, choć wymagało to znaczącej ingerencji w budowę mózgu. Jako niegdysiejszy oficer floty mógł sobie pozwolić i na to.

Czas względnego spokoju minął jednak bezpowrotnie.

– Pragnę wynająć pana – oznajmił łagodnym barytonem, którego wykształcenie zajęło mu pięć lat ciężkiej pracy nad formowaniem krtani, jamy gębowej i płuc – ponieważ mówiono mi o panu wiele dobrego.

Kutrzeba uśmiechnął się krzywo. Nowakowski uznał, że warto okazać poczucie humoru i odpowiedzieć uśmiechem.

– Naturalnie mówi się o panu także wiele złego. Przy okazji, sądziłem, że powieszono pana w Kielcach?

– Plotki.

– Bardzo mnie to cieszy. Zależy mi na pańskim uczestnictwie w mym przedsięwzięciu. Wiem, że ceni pan sobie konkrety, będę więc mówił krótko. Zdaję sobie sprawę, że tu i ówdzie ciążą na panu wyroki śmierci i że nie brak panu wrogów. Słyszałem, że jest pan zabójcą, kłamcą, oszustem i złodziejem. To dobrze. To oznacza, że jest pan zaradny, oraz że przyda się panu moja pomoc i opieka. Ponadto szacowny Htteph’en’erh von Paulsen bardzo pana chwalił.

– A sądziłem, że gadanie, iż wy, Marsjanie, wszyscy znacie się nawzajem, to rasistowska propaganda.

– Wszyscy nie. Ale z Krakowa do Wiednia jest, przyzna pan, niedaleko. Widzi pan, zależy mi na kimś z pańskim doświadczeniem. Posiada pan pewne umiejętności związane z mocami i umie współpracować z naszą rasą. Potrafi pan biegle posługiwać się bronią, ma też spore doświadczenie w ochronie karawan. Co najważniejsze, jako jeden z nielicznych zapuścił się pan niegdyś na terytorium Wiecznej Rewolucji i stamtąd powrócił.

– Jeśli chce pan przewodnika po tamtej fabryce grozy, pożegnamy się od razu. Nie zamierzam tam wracać. Za żadne pieniądze.

– Nie zabieram pana tam. Powiedziałem to, by podkreślić, jak bardzo cenię pana umiejętności. Dokładnie takiego człowieka mi potrzeba – łączącego cenne umiejętności z otwartym umysłem. Potrafiącego przy tym zachować się bezwzględnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, a także posiadającego wiedzę o terytoriach Wiecznej Rewolucji. By nie tracić czasu na zbędne przekomarzanie się, powiem od razu, że oferuję panu sto tysięcy marek, listy uwierzytelniające ode mnie oraz moją cichą opiekę na przyszłość. Czy jest pan zainteresowany taką propozycją?

– To znaczna suma – odpowiedział powoli Kutrzeba, jakby już obliczając, na co może przeznaczyć wynagrodzenie. – Czego oczekuje pan w zamian?

– Ochrony. Przyjęcia roli przewodnika po znanych panu terenach, jeśli zajdzie taka potrzeba. Niezbędnej bezwzględności. Oczywiście nie byłby pan sam. Zabiorę ze sobą odpowiednią liczbę ludzi, a i panu pozwolę zabrać kilku pomocników, jeśli pan sobie tego zażyczy.

– Dokąd ta karawana i co przewozi?

– Przewozi mnie. Pozwoli pan, że coś wyjaśnię. To nie jest wyprawa handlowa, raczej odkrywcza. Być może nie zdaje pan sobie z tego sprawy, ale zapasy, które moja rasa przywiozła ze sobą, wyczerpują się. Oczywiście dostosowaliśmy się do lokalnych warunków, potrafimy przyswajać ziemską żywność, a nawet cieszyć się jej smakiem. Jednak nasze tworzywa… To skarby, panie Kutrzeba. Na wewnętrznym marsjańskim rynku byle kontener zachowany od czasów inwazji wart jest fortunę.

– I pan zna położenie jakiegoś zapomnianego magazynu?

– Mniej więcej. Nieco ponad siedemdziesiąt lat temu jeden z okrętów zwiadu miał awarię i rozbił się na Ziemi. Do tej pory wszyscy sądziliśmy, że uległ całkowitej zagładzie. Planowaliśmy poszukać jego szczątków po zwycięstwie, tyle że ono nigdy nie nadeszło. Ostatnio trafiły w moje ręce poszlaki wskazujące, że zapasy z tamtego okrętu mogły ocaleć.

– Jakieś części? Fragmenty kadłuba?

– Skądże. Właśnie towar pochodzący z zachowanych kontenerów! Nie ulega wątpliwości, że ktoś dobrał się do zapasów tamtego okrętu, ale albo nie wie, czym dysponuje, albo wprowadza je na rynek bardzo niedbale. Ewentualnie może być bardzo sprytny. Jeśli zachowałby się nawet tylko jeden kontener, panie Kutrzeba, zysk ze sprzedaży jego zawartości pokryłby koszty mojej wyprawy ze znaczącą nadwyżką. A jeśli skarbów byłoby więcej… Sądzę, że premia od zdobyczy, którą wypłaciłbym panu w takim przypadku, zapewniłaby panu dostatek do końca życia.

– A dokąd konkretnie mielibyśmy się wybrać?

– Drogi panie Kutrzeba, to powiem panu po podpisaniu kontraktu.

Człowiek i Marsjanin przypatrywali się sobie dłuższą chwilę. Nowakowski uśmiechał się. Miał nadzieję, że wyglądało to przyjacielsko i zachęcająco.

– Sto tysięcy i pięć procent udziału w zyskach – podbił stawkę Kutrzeba.

– Domaga się pan fortuny! Jeden procent. Albo żeby nie tracić czasu na licytację, dwa i pół.

– Trzy.

– Odbiera pan jedzenie od ust moich dzieci!

– Wy, Marsjanie, nie macie potomstwa. Chce pan, żebym wszedł w to w ciemno. I z pewnością wolałby pan, żebym nie puścił pary z gęby. Ja – oszust, złodziej i kanciarz – jak był pan łaskaw zauważyć. Trzy procent zapewni moją całkowitą lojalność i pański stuprocentowy spokój. Niewiele rzeczy jest cenniejszych od spokoju.

Serdeczny, rubaszny śmiech Nowakowski ćwiczył od lat. Był bardzo dumny z efektów. Nauczył się nawet sugestywnie ocierać łzy z oczu.

– Ma pan całkowitą rację! – Zawołał, przestając się śmiać w chwili, gdy i Kutrzebie drgnęły wreszcie usta. – Spokój jest najcenniejszy. Zgoda! Skoro zostaliśmy wspólnikami, mój nieoceniony Czus wskaże panu pański pokój. Wieczorem, przed kolacją, podpiszemy umowę i będziemy mogli przystąpić do pracy.

***

Promieniowanie otaczających fort ochronnych fluidów rozprzestrzeniało się na całe wzgórze, a nawet spływało w dolinę, gdzie przy ulicy noszącej imię starożytnego księcia tych ziem rozkraczyła się narożna kamienica, obrastająca dobudowanymi byle jak oficynami. Służyła okolicznym mieszkańcom za przybytek rozrywek. Próżno byłoby spodziewać się w niej dam bądź gentlemanów. Ta okolica przyciągała raczej przedstawicieli niższych klas, szukających najczęściej zatrudnienia u zamożnego Marsjanina bądź jego wspólników.

Czasem przybywali tu nieszczęśnicy, ciężko chorzy, rozpaczliwie wierzący w jakikolwiek cud, bądź po prostu doświadczeni przez życie, spragnieni ratunku tajemnych mocy, żebrzący o wsparcie u starożytnych bądź nowych bogów. Zdarzali się i odmieńcy, przyciągający w Podgórzu mniejszą uwagę niż po drugiej stronie Wisły. Odkąd Nowakowski zamieszkał w forcie, dzielnica obrosła w manufaktury i fabryki, w warsztaty rzemieślnicze, a także w spółdzielnie usługowe, zakładane zwykle przez byłych pracowników Marsjanina. Podgórski kosmita stawiał na rozwój technologii, przyciągał więc inżynierów i badaczy o otwartych umysłach, którzy nie wybrzydzają przy zatrudnieniu. Dla Nowakowskiego pracowali przedstawiciele wielu ras. Niektórzy musieli nosić bransolety bądź pierścienie chroniące wrażliwą maszynerię przed ich nadnaturalnym wpływem, nikt jednak nie narzekał.

Najbiedniejsi zamieszkiwali domy robotnicze wzniesione przez Marsjanina bądź wynajmowali tanie pokoje w starszych, poaustriackich kamienicach. Inżynierowie i kadra kierownicza trzymali się własnych rejonów. Mieszkali w willach, pałacykach budowanych wzdłuż najelegantszej ulicy prowadzącej do fortu albo w odnowionych kamienicach otaczających Rynek Podgórski.

Kutrzeba nie potrzebował takich jak oni.

Zamówił kieliszek śliwowicy, oparł się o bar i przyglądał wnętrzu. W kącie sali pięciu mężczyzn grało w karty, ignorując otaczający ich wianuszek kibiców. Na lewo od nich wielkolud, którego łysy czerep lśnił pośród naftowych lamp, daremnie starał się uwieść znudzoną młodą Cygankę, recytując jej wiersze o komicznie koślawych rymach. Dziewczyna tasowała karty, rozkładała je przed sobą, przyglądała się im przez chwilę, wzdychała, zbierała i tasowała od początku. Nawet nie spojrzała na wielkoluda, który przerywał recytację wyłącznie po to, by napić się piwa bądź zamówić następne. Nie doczekał się choćby uśmiechu wybranki, ale wyglądał na cierpliwego.

Jego cień przyciągnął uwagę Kutrzeby, było w nim coś nienaturalnego. Może nad wielkoludem ciążyła klątwa? Jeśli tak, mógłby okazać się interesujący, klątwy dawało się wykorzystać. Jak wszystko inne, były kolejną formą energii.

Tak jak Ona. No, prawie.

Kutrzeba ujrzał Ją niedługo po tym, jak lekarze w szpitalu uznali wreszcie, że osiągnął stan, w którym zniesie wieści przyniesione przez pracownika kolei. Niewysoki, pulchnawy mężczyzna o szybkich, rozbieganych oczach i podejrzanie ponurej minie stanął nad łóżkiem pacjenta, odchrząknął i nie bawiąc się w ceregiele, oznajmił, że ogromnie mu przykro, ale żona i dwoje dzieci Kutrzeby nie przeżyły katastrofy.

Czy stracił wtedy przytomność na dłużej, czy tylko na chwilę? Czy wrzeszczał, złorzeczył, czy tylko mu się wydawało?

Gdy otworzył oczy, ten sam pulchnawy pracownik kolei z tym samym zafrasowanym wyrazem twarzy siedział przy jego łóżku. Po przeciwnej stronie stała pielęgniarka, panna Ania. Jej smutek wydawał się Kutrzebie szczery. Teraz zrozumiał, czemu uciekała dotąd przed jego spojrzeniami, czemu prędko go uciszała bądź umykała na korytarz.

– Najmocniej przepraszam – przedstawiciel kolei miał głos komicznie piskliwy – ale muszę zapytać, co pamięta pan sprzed wypadku. Usiłujemy wyjaśnić jego przyczyny. Zeznania świadków mogą nam bardzo pomóc.

Panna Ania wyglądała na oburzoną. Kutrzeba odwrócił od niej twarz, by znów spojrzeć na zafrapowanego pulchnego. Nie docenił go tamtego dnia, wziął za zwykłego, pewnie trochę tępawego urzędnika.

– Wyszedłem do wagonu restauracyjnego. Małgorzata z dziećmi mieli do mnie dołączyć… – urwał. – Nie, nie pamiętam nic szczególnego – skłamał.

Wtedy zobaczył Ją po raz pierwszy. Jeszcze niewyraźnie, jak zjawę. Stała za pulchnawym. Kutrzebie wydawało się, że uśmiechnęła się smutno tuż przed tym, zanim jej postać zblakła i rozwiała się.

Drugi raz spotkał Ją w domu dzień przed pogrzebem. Siedział przy stole naprzeciwko butelki wódki i dziwił się, że nie czuje potrzeby, by się upić. Sięgnął nawet po kieliszek, ale odstawił go zaraz. Nie chciał pić tylko dlatego, że tak powinien zachować się zrozpaczony wdowiec. Nigdy nie upijał się, ani ze smutku, ani z radości. Nie zwykł też pijać sam. Jedynie w towarzystwie przyjaciół i znajomych pozwalał sobie na nieco więcej. Na weselach, obchodach świąt poświęconych lokalnym bóstwom, urodzinach pił dla zabawy, dla towarzystwa, bo tak wypadało. Nigdy, by zabić żal.

Popatrzyli sobie w oczy, jego przekrwione od niewyspania, Jej ciemne, nieludzkie. Ona skinęła wdzięczną, trójkątną główką, on po chwili zastanowienia odpowiedział tym samym. Wtedy zniknęła. Zakręcił butelkę i odszedł od stołu. Zaczynało go już dręczyć inne pragnienie.

Trzeci raz spotkał Ją w knajpie podobnej do tej podgórskiej, tydzień po pogrzebie. Spotkali się wtedy po raz ostatni, bo już na zawsze.

Zostawił na razie wielkoluda w spokoju. Czekał na kogoś innego. Dzieciaka takiego jak on szukał od wielu tygodni, aż wreszcie usłyszał o chłopcu z Podgórza.

Dopiero pod wieczór wtoczył się do knajpy wysoki, lecz chudy jak tyka blondyn o gęstej rozczochranej czuprynie. Potoczył po wnętrzu łagodnym spojrzeniem oczu o białkach nabiegłych krwią, ale tęczówkach intensywnie błękitnych, niczym letnie niebo. Mlasnął grubymi, ciemnoczerwonymi ustami, zachwiał się, złapał równowagę, chwytając czyjegoś ramienia. Wymamrotał coś. Splunął, bardzo nieszczęśliwie, bo na buty mężczyzny, który przed chwilą służył mu za podporę. Tamten zawarczał, odwrócił się gwałtownie, ale rozpoznawszy widać przybysza, pokręcił tylko głową z politowaniem i odepchnął go od siebie.

Blondyn zatoczył się, oparł, tym razem o bar, tuż obok sączącego czwarte piwo Kutrzeby. Skinęli sobie nawzajem głowami i blondyn odtoczył się dalej. Los do spółki z grawitacją pchnęły go ku stolikowi wielkoluda. Ten przerwał na moment recytację i nawet młoda Cyganka odłożyła karty. Oboje obserwowali, jak niesiony siłą bezwładności i przeznaczenia młodzian mknie ku nim zakosami. Na moment przed tym, jak gruchnął na stolik, wielkolud złapał go w długie ręce, zmierzwił mu włosy i pchnął łagodnie ku schodom. Tam przechwyciła chłopaka czarnulka o twarzy jak księżyc w pełni: okrągłej, jasnej i pełnej blizn. Objęła chłopaka i wtaszczyła na piętno, gdzie zniknęli w półmroku, nim jeszcze połknął ich zapuszczony korytarz.

– Zawsze ten sam cyrk – znużeniem w głosie barmana można by zniechęcać całe armie. Sięgnął po przytulone do siebie i jednako puste kufel i kieliszek Kutrzeby. – Czego szanownemu panu nalać?

– Śliwowicy. Ten sam cyrk?

– Ten szczeniak. Zawsze jest ululany na najprawdziwszy, proszę szanownego pana, amen, zawsze wygląda, jakby nie mógł ustać na nogach, i zawsze ktoś mu pomaga, a dziewczynki dyżurują, żeby się nim zająć. Ja nie wiem, jakim on dysponuje czarem, ale chętnie bym poznał to zaklęcie.

– Nie pracuje, co?

– A kto go tam wie? To jeden z tych, proszę szanownego pana, co to zawsze się gdzieś kręcą, z kimś gadają. Wszyscy są mu za coś wdzięczni, ale żeby ktoś go kiedy przy robocie widział – co to, to nie. Ja tam nic nie wiem – westchnął. – Żebym to ja tyle wiedział, ile nie wiem, to mnie by tu już dawno, proszę szacownego pana, nie było.

Kutrzeba opróżnił kieliszek jednym łykiem, cisnął na bar o pół marki za dużo i ruszył w ślad za blondynem.

– A niech szanowny pan powie Śniadej Maryśce, że ja szanownego pana polecam! Ja, Marian z dołu! – Zawołał jeszcze barman, więc Kutrzeba machnął ręką na znak, że usłyszał i zrozumiał.

Śniada Maryśka też słyszała, też rozumiała i miała to gdzieś, o czym poinformowała Kutrzebę, ledwie dotarł na piętro. Stała w szerokim rozkroku, blokując przejście. Podparła się pod boki, które, prawdę mówiąc, owinięte były jedynie pozorem spódnicy, wbiła w potencjalnego klienta spojrzenie wielkich brązowych oczu i nawet nie mrugnęła, oznajmiając, że ten tam Marian z dołu to ani jej brat, ani swat, napiwkami się z nią nie dzieli, a w ogóle to jest jakiś podejrzany, bo nikt nie widział, żeby kiedy próbował się dobierać do dziewczynek. Głos miała aksamitny, kuszący, usta zmysłowe, a nieznacznie tylko przesłonięte piersi wyprężone ku przybyszowi. Gdy musnęła dłonią jego policzek, poczuł jak Ona zadrżała w nim, gotowa w każdej chwili wydrapać oczy kobiecie, która ośmieliła się dotknąć jej mężczyzny.

– Nie szukam zabawy – wyjaśnił, nim doszło do awantury. – Szukam takiego blondaska. Łatwo go poznać, nie umie poruszać się po prostej.

– Zajęty.

– Z pewnością. Mogę być hojny.

– To nie jest miejsce dla takich jak ty. Chcesz takiej rozrywki, idź na dół, zabaw się z Marianem.

– No, lala! – Chwycił ją za szyję, ścisnął lekko. – Nie zrozumieliśmy się. Blondasek. Który pokój?

– Niech no tylko krzyknę…

– A przyleci tu ten łysy syn Waligóry i połamie mi wszystkie gnaty, wiem. A wiesz ty, co potem jemu i tobie zrobi pan Nowakowski za to, żeście przeszkadzali jego człowiekowi w pracy?

– Och. Picuś, to trzeba było tak od razu, że ty dla naszego dobrodzieja robisz! No nawet ja bym ci za darmo…

– Nic nie chcę za darmo, Marysiu. – Puścił ją. – Pokaż mi, gdzie blondyn, a jeszcze zarobisz czwartaka.

– Daj mu czas, słodki. Zabaw się ze mną, pozwól młodemu poużywać życia. Sam poużywaj. Wszyscy będą zadowoleni.

– Znam takich. Jak skończy, to padnie do rana. Który pokój?

– Dwunastka.

Wcisnął jej ćwierć marki, choć wcale nie spieszyła się, by ją przyjmować. Odnalazł właściwe drzwi i otworzył je jak należy, bo po cichu i ostrożnie.

– Nie teraz, najsłodszy! – Pisnęła dziwka o księżycowej twarzy, siedząca na skraju łóżka. Wydłubywała nożykiem brud zza paznokci. – Zajęta jestem, zajęta! Niech ci Ruda Magda da. Albo Jola!

Blondyn siedział za nią, grzebiąc w sienniku. Wydawał się nie zwracać uwagi na nic innego na świecie. Kutrzeba mógłby tu wejść z orkiestrą, a nie rozproszyłby jego skupienia.

– Idź na spacer, piękna pani. – Wcisnął dziewczynie którąś z drobniejszych monet. – Nic nie zrobię twojemu kochasiowi. Porozmawiamy tylko trochę.

Opierała się, dąsała, ale wyszła. Zachichotała, gdy klepnął ją w obfity tyłek, a Ona w nim zawarczała i wbiła mu pazury w duszę, aż się wzdrygnął.

– Pewnie jesteś Jasiek, co? – Zagadnął blondyna.

– Cichajcie, panie, bo wszystko popsujecie. One się już prawie zgodziły.

– Zostaw pluskwy, Jasiek. Mam dla ciebie inną robotę.

– Cichajcież, panie, jeszcze ino chwila!

Kutrzeba uznał, że lepiej dać chłopakowi trochę czasu. Dzięki temu, nim minęło pięć minut, mógł oglądnąć, jak pluskwy równym rządkiem opuściły i bez nich niespecjalnie czyste łoże, po czym karnie wymknęły się na korytarz przez szparę pod drzwiami.

– Ze wszystkimi umiesz się dogadać, chłopcze?

– Dał mi ptak-dziad takie ziarno, panie. Kto je zje, ten mowę zwierząt rozumie i jak ładnie z nimi pomówi, to może i przekonać do pomocy.

– To dokąd wysłałeś to robactwo?

Chłopak zachichotał i poczerwieniał.

– Tego mi powiedzieć nie wolno.

– Masz na imię Jasiek, tak?

– Tak, panie. Skąd wiecie? Śniada wam powiedziała?

– Wszyscy macie na imię Jasiek – westchnął Kutrzeba, a chłopak wcale się nie zdziwił. Mógł nie należeć do najtęższych umysłów świata, jednak pewne jego zasady były oczywiste i dla niego.

Kiedy Marsjanie użyli swojej broni ostatecznej, spodziewali się, że wyzwolona mitbombami energia uderzy ostatecznie i w nich samych. Reakcja zwrotna następowała na wszystkich podbijanych planetach, bo nie było takiej cywilizacji, która nie miałaby własnych podań, religii i baśni. Toteż przybysze z planety leżącej faktycznie znacznie dalej od Ziemi niż Mars, szczując na Ziemian swoich bogów i swoje demony, podjęli zwyczajowe środki bezpieczeństwa. W miasta i wioski położone blisko frontów uderzyli mitbombami, niosącymi energię wiary ich własnej oraz podbitych dotąd światów. Równocześnie marsjańskie pełzacze i machiny kroczące przypuściły zmasowaną ofensywę, ostrzeliwując pozycje ludzi nie tylko pociskami konwencjonalnymi, ale też takimi, które pobudziły pokłady ludzkiej energii wiary.

Mitbomby uderzały precyzyjnie w wyznaczone cele: w pobliżu świątyń, cmentarzy i szkół. Wydawało się, że nie wyrządzały wielu szkód, bo też ich celem nie było niszczenie materii. Gdy saperzy przyjeżdżali rozbrajać, jak sądzili, niewybuchy, wokół nich wciąż niewidzialne dla ludzi ziarna już zasysały odkładającą się od wieków energię wiary. Skupiały ją w sobie, by obrodzić obcymi bogami i demonami, których zalążki Marsjanie upchnęli w mitbombach. I by przywoływać zastępy wciąż wspominanych ludzkich bóstw, wcielanych do inwazyjnej armii.

– Ważny był czas – tłumaczył Kutrzebie von Paulsen, gdy człowiek dotarł do niego, by zdobyć jak najwięcej wiedzy o bogu, którego naiwnie wówczas obwiniał. – Zawsze przychodziła kontra, dlatego zwykle spuszczaliśmy bogów ze smyczy, gdy już właściwie było po wszystkim. Wy jednak walczyliście tak zajadle swoją śmieszną, archaiczną bronią, że nie mieliśmy innego wyjścia, jeśli nie chcieliśmy obrócić w perzynę całej planety. Wydało się nam, że mitbomby będą bezpieczniejsze niż broń jądrowa albo ostrzał antymaterią z orbity. Jak widzisz, młody człowieczku, naiwność i głupota nie przynależą wyłącznie do rodzaju ludzkiego. A my mieliśmy mniej czasu, niż nam się wydawało. Wasze opowieści przebudziły się zbyt szybko.

Ludzka zwrotna zrodzona ze wszystkich kłębiących się w ziemskich religiach, przesądach i ideologiach wierzeń stworzyła prawa i istoty, których zaistnienia Marsjanie nie przewidzieli. Efekty oboczne w postaci lokalnych bogów pojawiały się zawsze i wszędzie, zwykle jednak następowało to nieco później, a powstałe bóstwa nie były w stanie stawić czoła bojowym bogom marsjański. Na Ziemi zdarzyło się inaczej. Ludzka zwrotna okazała się silniejsza niż wszystko, z czym Marsjanie zetknęli się wcześniej. Ogarnięty wojną światową glob był istotnie, jak spodziewali się obcy stratedzy, przesiąknięty wiarą, czy to niosącą przekleństwa, czy nadzieję. Czego nie przewidzieli, to tego, jak wielka i gwałtowna będzie siła rozbudzonych wierzeń i przesądów.

W okopach wszystkich frontów cierpiało zbyt wielu prostych chłopców, wyrwanych prosto ze wsi, w których przetrwały wierzenia sięgające średniowiecza, a czasem i starsze. Podczas gdy w miastach sufrażystki paliły już biustonosze, socjaliści głosili potrzebę wyzwolenia z jarzma bogaczy i wykrzykiwali hasła o „opium dla ludu”, zaś bogacze rozbudowywali i unowocześniali fabryki, na wsiach przestrzegano rytuałów, których znaczenia mieszczanie zapomnieli już dawno. Miasto wierzyło w postęp, ale wieś wierzyła w demony i duchy zamieszkujące każdą chałupę. To zderzenie nowoczesności z zacofaniem, technologii z archaicznymi przesądami, niezmiennymi od stuleci, sprawiło, że zuchwała strategia Marsjan przyniosła straszne owoce.

Mitbomby obudziły siłę, która zadała Ziemi rany poważniejsze niż nawet najbardziej niszczycielska broń oparta na nowoczesnej technologii.

Efekty rozpętanego kataklizmu widać było choćby na przykładzie Jaśka, należącego do wielkiej rodziny trzecich synów.

– Czemu to robisz? – Zapytał Kutrzeba, choć znał odpowiedź. Musiał się upewnić, czy znalazł właściwego Jaśka.

– Bo tak trzeba, panie. Pomóc ludziom w potrzebie.

– Za wdzięczność?

– Wdzięczność to najcenniejsza moneta.

– A dziewczynki ci, Jaśku, nie odpłacają inną monetą?

Chłopak zaczerwienił się po same końcówki uszu.

– Ja… ja, panie, nigdy! One chciały, ale ja nie.

– Czekasz na lepszą?

Jasiek skinął głową. Szybko, nerwowo; zawstydzony, ale szczery.

Nada się, uznał Kutrzeba. Prawiczek przekonany, że czeka na niego serce księżniczki, rodowej, albo kapitałowej, był w sam raz. Odkąd ludzka zwrotna po mitbombach wypaliła zdumionym Marsjanom prosto w wielookie twarze, trzeci synowie rodzili się zawsze prostaczkami, chętnie niosącymi pomoc innym i w głębi duszy przekonanymi, że czeka ich wspaniałe małżeństwo. Tak przecież działo się w opowieściach. A od czasu inwazji opowieści stały się co najmniej równie ważne jak fizyka.

Większość z trzecich synów kończyła kiepsko. Póki jednak zachowywali czystość, ludzie tacy jak Kutrzeba mogli korzystać z ich prostolinijności i mocy. Nie bez ryzyka oczywiście.

Człowiek nigdy nie mógł być pewien, czy wykorzystywana moc nie strzeli go niespodziewanie w pysk.


Rozdział 3

wrzesień 1964 roku starego kalendarza, czterdziesty dziewiąty rok Kresu, dwunasty rok Pokoju

Trzaśnięty na odlew w twarz Kutrzeba odleciał pod ścianę, jakby trafiony karabinową kulą, a nie otwartą dłonią. Ale też przyłożył mu nie byle kto, bo sam Żelazny Marcin, chwat nad chwaty, prawdziwy mistrz zmiękczania pechowców, którzy narazili się jego nowemu panu.

– Mirku, Mirku, czemu pyszczysz? – Wysyczał Złoty Wąż, zwinięty wygodnie na nigdy niestygnącym kamieniu ustawionym pośrodku izby. Gwizdnął krótko i Żelazny Marcin podszedł do oszołomionego Kutrzeby, by postawić go na nogi i zaraz przyłożyć mu raz jeszcze, w drugi policzek.

Trafiony osunął się wzdłuż ściany. Jęknął. Językiem sprawdził, czy zęby nie wybite. Ku jego zaskoczeniu, trzymały się.

Prawdziwego imienia, jak i prawdziwej postaci Węża, nie znał. Był to jeden z nawróconych marsjańskich bogów wyzwolonych spod władzy dotychczasowych zwierzchników, nazywany przez nich teraz „zdrajcą i renegatem”. Kiedyś Marsjanie słali za takimi jak on listy gończe bądź zabójców. Po zawarciu pokoju z ludźmi zaniechali zemsty. Niemniej bogowie, którzy porzucili służbę u Marsjan w ciężkiej dla nich chwili, nie mogli liczyć na ich przyjaźń. I nie liczyli. Rozeszli się po całym świecie, szukając wyznawców wśród ludzi. Kutrzeba szukał któregoś z nich, by ten pomógł mu zrozumieć istotę przyniesionych przez Marsjan mocy. Ludzkich magów się obawiał, a na spotkanie z Marsjanami nie był jeszcze gotowy. Natomiast zbuntowany marsjański bóg mógł wiele go nauczyć, być może za stosunkowo niewielką cenę. Choć potężni, marsjańscy bogowie wciąż nie czuli się na Ziemi wystarczająco pewnie i chętniej niż lokalne bóstwa wchodzili w układy ze śmiertelnikami.

Złoty Wąż uznał górę Turbacz wraz z okolicą za własne królestwo, a górale przekazujący sobie od wieków opowiastki o gwiżdżącym królu węży przyjęli jego panowanie, choć nie przestali kłaniać się starym świętym. Wężowi święci najwyraźniej nie przeszkadzali. Przyjmował hołdy i dary, układał się z lokalnymi władzami i podobno pomagał tym, którzy oddali mu się pod opiekę.

– Przyszedłem tylko porozmawiać – wyjęczał Kutrzeba.

– Z pałką niewidką-samobijką? – Prychnął Żelazny Marcin i wyraźnie szykował się do kolejnego ciosu, ale Wąż zabronił mu gwizdnięciem.

– Zwyczajna ostrożność.

– Znowu pyszczysz, Mirku. Wiesz przecież, jak się do mnie zwracać.

Godzinę wcześniej Kutrzeba oświadczyłby pewnie, że prędzej zdechnie, albo rzuciłby kąśliwy komentarz. Jednak starania Żelaznego Marcina błyskawicznie wyrobiły w nim odruchy dyplomatyczne.

– Zwyczajna ostrożność, wasza wysokość – powiedział więc. – Nie wybrałbym się przecież z takim byle czym na boga.

– Nie doceniasz siły tej broni. Tym bardziej ci się ona nie należy. Marcinie, masz nową zabawkę.

Dyplomatyczne odruchy zaszczepiono w Kutrzebie zbyt niedawno, toteż nie zapanował nad sobą i zaprotestował. Kiedy Żelazny Marcin przestał okładać go niewidzialną pałką, ani przez chwilę nie korzystając z jej samobijności, Kutrzeba był już dyplomatą stuprocentowym.

– Bardzo się cieszę, że wasza wysokość zgodził się przyjąć mój mały podarunek – wystękał.

Wąż przyglądał mu się uważnie złotymi oczami, aż wreszcie westchnął zrezygnowany.

– Sprytne, Mirku. Teraz jestem ci coś winien, prawda? Mógłbym uznać, że darowanie ci życia wyrównuje rachunki, ale nie jestem pewien, jak by to pasowało do tych waszych zasad. Jeszcze ich do końca nie rozgryzłem. Masz pojęcie, jakie to denerwujące, że ledwie wyrwałem się z niewoli tych, których nazywacie Marsjanami, a już wpadłem w niewolę waszych reguł? Świat jest zasadniczo i dogłębnie niesprawiedliwy. Marcinie, zostaw nas.

Ledwie ochroniarz wyszedł, wąż zsunął się z kamiennego tronu, podpełzł do wciąż leżącego pod ścianą człowieka i owinął mu się wokół ramienia.

– Wiem ja, co w tobie siedzi, Mirku – zagwizdał. – Znam ja takie panny. Chciałbyś, bym ją z ciebie wydobył?

Nawet kiedy Kutrzeba potrząsał głową, bolało.

– Ośmielam się prosić, wasza wysokość, żebyś pomógł mi ją nasycić.

Gwizd węża zabrzmiał jak śmiech.

***

Niespełna osiem lat później Kutrzeba przyglądał się, jak Jasiek rozmawiał z innym wężem. Ponieważ gad był, na oko, normalny, Kutrzeba nic nie rozumiał z jego syczenia, ale Jasiek wydawał się zadowolony. Kiwał głową, uśmiechał się i coś mamrotał. Wreszcie wypuścił stworzenie i z uśmiechem oznajmił Kutrzebie, że i owszem, pan Grabiński mieszka w domu pod Kolejarską Panią, zaraz obok kościoła. I że zdaniem wężusia, przyjaciela kochanego, lepiej będzie, jak się do niego pospieszą, bo ci inni panowie, co tam szli, mieli dusze posępne i mroczne.

Popędzili konie pożyczone ze stajni Nowakowskiego. Rumak Jaśka starał się oczywiście bardziej po tym, jak chłopak porozmawiał z nim po swojemu – szczerze a serdecznie. Wedle zapewnień Jaśka przydzielona mu kobyła bardzo przypominała jakiegoś siwka złotogrzywka, z którym pozostawał w dobrej znajomości jego dziad, też Jasiek. Koń Kutrzeby okazał się znacznie mniej rozmowny, ale na tyle dobrze wychowany, by nie próbować zrzucić jeźdźca. Zależało im, by dotrzeć do Bieżanowa szybko i bezpiecznie, a do Krakowa wrócić przed zmrokiem.

Choć wojna oszczędziła stare miasto chronione przez potężne siły, okoliczne wsie nie miały już tyle szczęścia. Jedna z mitbomb uderzyła ledwie trzy kilometry od Bieżanowa i w krótkim czasie rozpętała w okolicy prawdziwe piekło. I tak od czasów wojny żerowały w tych rejonach stwory, które zazwyczaj w dzień pozostawiały ludzi w spokoju, o ile nie zapuszczali się w okolice zrujnowanych domów stanowiących ich siedliska. Po zmroku jednak świat wyglądał zupełnie inaczej.

Odbudowano wprawdzie linię kolejową łączącą Kraków z Wieliczką i w Bieżanowie odrestaurowano starą stacyjkę, chronioną teraz zaklęciami i duszami spętanych cieni. Jednak ścieżki prowadzące do wsi i stojące przy nich nawiedzone gospodarstwa pozostawiono nietknięte. Toteż Kutrzeba z Jaśkiem jechali wśród ruin porośniętych ciemną, ponurą i odkształconą złowrogimi mocami roślinnością. Mijali koślawe drzewa nachylające się nad ścieżkami i sięgające konarami ku podróżnym. Nabrzmiałe nienaturalnie napuchłą korą pnie obrastały pnącza drżące i prężące się, ilekroć mijali je ludzie. Czasem jeźdźcy dostrzegali nabite na nie kości małych zwierząt i ptaków. Tutejsza roślinność nie gardziła mięsem.

Nawet i tu jednak Jasiek potrafił odnajdywać przyjaciół. Pozwolił odpocząć na swoim ramieniu zmachanemu drozdowi. Żartowali w sposób niezrozumiały dla Kutrzeby, nierozumiejącego nic z ptasich trelów.

Im bliżej znajdowali się Bieżanowa, tym wyraźniej przerzedzał się mroczny las. Pojawiły się pierwsze zbudowane od nowa domostwa, zadbane, otoczone wysokimi płotami na podmurówkach albo i murami. Można było dostrzec wyryte w drewnie bądź wymalowane krwią na kamieniu prymitywne rysunki zwierząt, które składano w ofierze podczas budowania domu, by strzegły jego przyszłych mieszkańców.

Kutrzebę zawsze zastanawiało, jakim sposobem podobne znaki otaczały zwykle także nawiedzone budynki, choć nikt nie przyznawał się do ich wykonywania. Czy to możliwe, że upiory także posiadały swoich patronów? Może składały w ofierze zwierzęta i ludzi, by duchy strzegły ich przed łowcami? Daleko na wschodzie dzikie plemiona przybijały do drzew czaszki zabitych wrogów, związując ich dusze z granicami swych terytoriów. W miastach porzucono ten zwyczaj, choć w trakcie Upadku używano wszelkich sposobów i pętano nawet dusze zmarłych krewnych. Ludzie nieco się ucywilizowali, ale czy to samo można było powiedzieć o potworach?

Nie spotkali żadnego człowieka, choć widać było, że wieś powracała do życia. Nikt nie był ciekaw spraw, z jakimi przyjeżdżali przybysze. W okolicach takich jak ta obcy prawie zawsze oznaczali kłopoty. Z braku ludzi, których można by spytać o drogę, Jasiek zagadywał do ptaków i owadów, aż wreszcie znalazł dobrze zorientowanego węża.

Niewielki parterowy domek przycupnął obok kościoła Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Podobno od wojny proboszczował w nim ten sam ksiądz, jakimś cudem utrzymujący się przy życiu. Kutrzeba chętnie poznałby opiekujące się staruszkiem moce, jednak zaniepokojony słowami węża wolał najpierw znaleźć człowieka, po którego tu przybył.

Zastali dom pusty. Więcej: porozrzucane i połamane krzesła, wywrócony stół i drzwi wyrwane z zawiasów – wszystko wskazywało, że mieszkający tu człowiek został napadnięty. Bronił się chyba, ale nie poradził sobie.

Kutrzeba wypadł na zewnątrz szukać śladów, natomiast Jasiek pozostał w środku. Przyglądał się nie śladom walki, ale ścianom i sufitowi.

Odnalazł Kutrzebę, gdy ten daremnie dobijał się do wrót kościoła. Albo staruszek proboszcz zabarykadował się w środku, albo sam uciekł.

– Są jakieś ślady, ale niewyraźne – rzucił Kutrzeba na widok Jaśka. – A ty co znalazłeś?

– Pająk powiedział, że było trzech bardzo złych ludzi. Wyważyli drzwi, poszarpali się trochę z gospodarzem, a potem pociągnęli go ku Wieliczce. Jakieś pół godziny temu.

– Znasz wszystkie pająki w okolicy, że ci tak pomagają?

– Gdzieżby. One jakoś gadają między sobą. Jak zaszkodzicie panie jednemu stworzeniu, czy to pająk, czy to ptak, to pozostałe o tym wiedzą i odpłacą wam za to, jeśli będą mogły. Ale wiedzą też, jak im dobry człowiek pomaga.

– Zupełnie jak baby i żebracy. Pół godziny? W konie!

Dopadli tamtych, gdy wspinali się traktem na wzgórze, za którym kończyły się duchowe granice Krakowa, a rządy obejmowały cienie i bogowie wieliccy. Porywacze wędrowali pieszo, spowalniał ich dodatkowo uprowadzony. Z rękami związanymi na plecach, prowadzony na sznurze, którego pętlę obwiązano mu wokół szyi, stawiał kroki niezdarnie, potykał się co chwila i w ogóle starał się iść powoli, czy to spodziewając się jakiejś pomocy, czy tylko uprzykrzając wędrówkę tym, którzy go zniewolili.

Usłyszawszy zbliżające się konie, porywacze zatrzymali się, spojrzeli ku nadjeżdżającym. Nie wyglądali na zaniepokojonych. Kutrzeba z Jaśkiem zbliżyli się więc do nich bez kłopotu. Dopiero gdy wstrzymali konie, twarze prowadzących więźnia sposępniały.

– Nie ma tu co oglądać – warknął brodacz o brzuszysku proporcjonalnie pokaźnym do wzrostu. Choć lekko przygarbiony i niemłody, imponował szerokością ramion i wielkością zaciśniętych teraz w pięści dłoni. – Jedźcie swoją drogą!

Kutrzeba nie bawił się w chytre rozmowy. Nim tamci zdążyli zareagować, wyjął rewolwer i zastrzelił brodacza. Jeden z jego kompanów sięgnął za pazuchę, jak się okazało, gdy przeszukiwali jego zwłoki, jedynie po nóż. Trzeci, widać najrozsądniejszy, próbował uciec. Ten dostał kulę w plecy.

Więzień zachichotał nerwowo.

– Panie, panie, jakże to! – Zawołał zdumiony Jasiek. – Nie godzi się!

– Jakbyśmy ich puścili, mogliby wrócić. I byliby przygotowani.

– Ale ludzi zabijać! Ja z wami dalej nie pójdę!

– Pójdziesz, Jaśku. Wczoraj podpisałeś papier. Trzema krzyżykami, ale zawsze. Wiesz, jaką moc ma taki dokument?

Jasiek, jak wielu niepiśmiennych wierzący w magiczną moc słowa pisanego, pobladł. Uświadomił sobie nagle, że znalazł się w mocy złego człowieka, wtulił twarz w końską grzywę, zapłakał. Koń parsknął pocieszająco i posłał Kutrzebie bardzo nieprzychylne spojrzenie. Coś tam prychnął po końsku. Wierzchowiec Kutrzeby, ku niezadowoleniu jeźdźca, odpowiedział rżeniem, brzmiącym złośliwie a podejrzanie.

Na wszelki wypadek mężczyzna czym prędzej zeskoczył z siodła.

– To byli źli ludzie, Jaśku – tłumaczył, podchodząc do przypatrującego mu się z uwagą więźnia: niewysokiego, posiwiałego już, niegdyś najwyraźniej pulchnego mężczyzny. – Napadli człowieka w domu, związali i wlekli ku Wieliczce. Myślisz, że w dobrych zamiarach?

– Ale zabijać, panie? Ludzi zabijać?

– Jeszcze się napatrzysz zabijania, Jaśku.

Wyciągnął nóż i przeciął więzy niewysokiego mężczyzny.

– Kopę lat, Mirku – wychrypiał piskliwie tamten. – Ale przybyłeś w samą porę. Nie masz może gorzałki?

Oczy miał wciąż zielone, ale jakby ciemniejsze, niż Kutrzeba pamiętał. Na twarzy przybyło mu zmarszczek, lecz nie wszystkie były córkami wieku. Część z nich narodziła się z frasunku, część z marnowania życia. Wiele się zmieniło, odkąd widzieli się po raz ostatni, choć teraz – jak i wtedy – czuć było w powietrzu prochem.

Stali wówczas oparci o siebie plecami – młody wdowiec, który ledwie miesiąc wcześniej porzucił służbę u księcia Czartoryskiego, i niedoceniany przezeń początkowo grubawy inspektor kolejowy. Kutrzeba ściskał w rękach pistolety zdobyte na łajdakach, których przyszli dopaść, a Grabiński dwa identyczne, czarne jak noc rewolwery. Kutrzebie zdarzyło się chybić kilka razy i to jego kule odrywały kawałki tynku ze ścian, Grabiński trafiał za każdym razem. Ten człowiek, jak powiadali ci, którzy znali go lepiej, urodził się z rewolwerem w ręce.

Wokół nich konali na podłodze ludzie, którzy stanęli im na drodze. Dwaj oparci o siebie mężczyźni milczeli, póki nie ucichły jęki. Przez chwilę nasłuchiwali, czy nie nadchodzi ktoś jeszcze. Zmora w Kutrzebie oddychała szybko, gwałtownie, jak po biegu, upojona smakiem pierwszej przelanej dla niej krwi. Broń przeładowali wcześniej, szybkimi automatycznymi ruchami. Kutrzeba uważał się za nie lada praktyka, jednak szybkość, z jaką Grabiński opróżnił bębny swoich rewolwerów z łusek, by załadować je ponownie, zrobiła na nim wrażenie. Płynność i szybkość ruchów pracownika kolei wydawała się niemal nienaturalna.

– To robota nie dla mnie – odezwał się był wtedy wreszcie Grabiński. – Myślałem, synku, że ci pomogę do końca, ale to nie dla mnie. Wybacz. Stary już jestem, mam żonę, dwoje dzieci. Nie chcę już zabijać. Nawet drani. Nie tak. Zrozum.

Kutrzeba, któremu niewiele ponad miesiąc wcześniej też wydawało się, że nie chce już zabijać, zrozumiał.

– Pomógł mi pan więcej niż inni. Dziękuję. Dalej dam już radę sam.

– Jeszcze jedno, synku. Ta dziewczyna, którą czasem przy tobie widzę… Nic dobrego z tego nie będzie.

– Nic dobrego już mi nie zostało – odpowiedział wtedy i odszedł zabijać.

Stali teraz na wielickim trakcie, obaj starsi o osiem lat i znacznie więcej paskudnych doświadczeń. Przyglądali się sobie bez uśmiechu. W tle rzygał i płakał Jasiek, a konie parskały nerwowo.

– Ilu? – Zapytał Grabiński, niegdyś inspektor kolejowy przepytujący tych, którzy ocaleli z katastrofy, czy nie zapamiętali czegoś szczególnego.

– Jeszcze trzech.

– Jak znam życie, to tych najgorszych, co?

– Znasz życie jak mało kto.

– I pewnie chcesz, żebym ci pomógł?

– A chciałem kiedy czego innego?

– To daj gorzałki!