Pokój ludziom dobrej woli - Leopold Tyrmand - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 237 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokój ludziom dobrej woli - Leopold Tyrmand

Zbiór nigdy dotąd nie publikowanych w formie książkowej tekstów Leopolda Tyrmanda drukowanych w latach 1946 – 1963 w prasie polskiej. W Przekroju („Pokój ludziom dobrej woli...” oraz „Ziutek nie chce spekulować”), Tygodniku Powszechnym („Zatoka dobrych kąpieli” oraz „Żegluga na jachcie – Cudowne zmęczenie Nr 3”), a także w Dziś i jutro („Błyskawicę słychać w Olsofiordzie”), Przeglądzie kulturalnym („Kolacja”) czy Dialogu (projekt scenariusza „Niebo”).

Opowiadania te, jak większość prozy Tyrmanda, można odczytywać jako zbeletryzowane fragmenty jego biografii. W pierwszym okresie, po powrocie do Polski, pisarz wracał do swoich przeżyć wojennych. Potem coraz bardziej angażował się w to, co go otaczało. Wraz z tą zmianą odchodził od formy realistycznej na rzecz pastiszu i purnonsensu. Ale niezależnie jaki temat obierał, zawsze było to pisanie wbrew regułom. Może dlatego do dziś tak znakomicie się go czyta.

Opinie o ebooku Pokój ludziom dobrej woli - Leopold Tyrmand

Fragment ebooka Pokój ludziom dobrej woli - Leopold Tyrmand







NA ATLANTYKU
WZDŁUŻ WYBRZEŻY NORWEGII…

W pierwszej połowie lipca 1944 roku pływałem jeszcze po Atlantyku, wzdłuż zachodnich wybrzeży Norwegii, na niemieckich frachtowcach pośledniejszego gatunku. Przyznać trzeba, iż nie byłem nazbyt ceniony jako wybitna siła robocza: gubiła mnie skłonność do lekkiego rezonerstwa.

– Wyczyść sidolem wszystkie klamki na śródokręciu – mówił mi czasem drugi oficer.

– Po co? – zastanawiałem się. – Wieziemy cement. Po godzinie cały mosiądz jest od nowa pokryty cementowym pyłem. Czy warto?

Rozumowaniu temu trudno było coś przeciwstawić, prócz zgrzytania zębów i najróżniejszych przypuszczeń odnośnie walorów moralnych mych przodków po kądzieli. Ponadto odgrywałem pewną rolę jako rzeczoznawca sportowy o dość destruktywnym znaczeniu: głównym tematem rozmów na pokładzie było, czy ci, którzy przeżyją ewentualne storpedowanie, dopłyną wpław do brzegu. Górzyste brzegi Norwegii utrzymywały się stale w naszym polu widzenia: tylko płynąc w konwoju, odbijaliśmy się nieco od pasa przybrzeżnego, ale konwoje ściągały brytyjskie samoloty torpedowe i kapitanowie mniejszych jednostek unikali konwojów jak ognia. Jako namiętny dyskutant na tematy pływackie, cieszyłem się dużą popularnością wśród załóg artylerii przeciwlotniczej, stacjonowanych na każdym niemal frachtowcu: na pierwszy odgłos syreny alarmowej chłopcy ci łapali co najcenniejsze ze swego skromnego dobytku, naciągali szwimwestki i siadali w karnym ordynku na relingu, gotowi w każdej chwili do skoku do wody. Do głowy nie przyszłoby im nigdy, aby ściągnąć pokrowce z działka czy karabinów maszynowych i postrzelać; uważali to za bezcelowe.

Nie mogłem się skarżyć, robiłem pewną karierę. Na „Charlotte Cords”, niewielkim frachtowcu z Rostocku, zostałem nawet stewardem. Podawałem do stołu w oficerskiej messie i zmywałem talerze. Do wyczynów należała wędrówka z kubkiem kawy na mostek przy nieco większej fali; kapitan z „Charlotte Cords” lubił, aby kubek był pełny i kawa gorąca.

W początkach lipca zamustrowany zostałem na statek dziwny i sympatyczny. Był to duży półpasażerski linii Hamburg-Süd, nazywał się „Harvestehude”. Największym jego urokiem było, że nie pływał; leżał w Nordstrand, w Oslofiordzie, z wyrwaną przez torpedę burtą, i czekał na remont. Kiedy pojawiłem się na pokładzie, czekał już z pół roku i nic nie wskazywało na to, że niebawem pójdzie do doku, co stanowiło życiowy numer góry oficerskiej tego statku. Gentlemani z „Harvestehude” postanowili przeżyć wojnę, czekając na remont; na razie udawało im się to bezbłędnie; większość dnia spędzali w szezlongach na przednim pokładzie, rozkoszując się pogodą, słońcem, widokiem fiordu i lekturą o posmaku łagodnego epikureizmu. Potrzebowali stewarda, pasowałem wybornie do ich życzeń: z właściwym poczuciem dystansu i należnego szacunku, ustawiałem swój leżak na lukach tylnego pokładu; rozumiałem, że pełną rezygnację z opalania przełożeni moi uznaliby za nietakt.

Na pokładzie było tylko trzech ludzi załogi dyspozycyjnej, między innymi pewien bosman imieniem Georg, o grubo zheblowanych rysach twarzy, pochodzący z Gdańska. Nie uważał się za Niemca, żywił duże przywiązanie do statutu wolnego miasta, jakim był Gdańsk w dwudziestoleciu, i cenił sobie jego tradycyjne związki z Polską. Patriotyzm i przekonania polityczne bosmana były jednak dość ekonomicznie uwarunkowane: Georg prowadził przez długie lata kwitnące przedsiębiorstwo szmuglerskie, oparte o przemyt różnych rzeczy do Polski. Zmiany granic, jakie nastąpiły w roku 1939, uznał za akt wrogi, wymierzony przeciwko sobie i nie zamierzał się z nim pogodzić. W związku z tym słuchał pilnie londyńskiego radia i niecierpliwie czekał końca wojny, przywracającego dawną sytuację. O utworzeniu rządu w Lublinie i ogłoszeniu manifestu dowiedzieliśmy się z szyderczej notatki w „Deutsche Zeitung in Norwegen”.

– Co o tym myślisz? – spytałem Georga; siedzieliśmy w kambuzie, jedząc kompot morelowy z puszki, ostatecznie nie wszystko należało się oficerom.

– Może być numer propagandowy – oświadczył Georg. – Że niby więcej nie będzie można szmuglować do Polski różnych rzeczy.

– Nie rozumiem – przyznałem szczerze. – Nie rozumiem, o co ci chodzi?

– Te hitlerowskie świnie chcą nam wmówić – wyjaśnił spokojnie, skręcając papierosa w sękatych paluchach – że w Polsce rządzić będą bolszewicy, a więc cały przemyt artykułów luksusowych automatycznie upadnie. Nie będzie odbiorców na holenderski tytoń po zniżonej cenie ani na dobrą bieliznę damską. Wiesz, specjalizowałem się w fildekosowych kombinacjach, miły towar. Ale nie do mnie takie mowy. Polska zawsze będzie normalną Polską i uczciwy przemytnik z Gdańska zawsze coś przy niej zarobi.

Właściwie nie pamiętam, co mu odpowiedziałem. Wydaje mi się, że żywiłem już wtedy dość mocne przekonanie, że Gdańsk nie będzie już więcej wolnym miastem. Natomiast co do przemytu nie miałem wyrobionego zdania: wydawało mi się niejasno, iż ta gałąź życia nigdy nie uwiędnie. Poza tym nie chciałem mu wyrządzać przykrości, wzruszył mnie swą nietypową, lecz niezachwianą wiarą w majestat Rzeczypospolitej. Powiedziałem, zdaje się, bardzo mętnie i wymijająco:

– Wiesz, Georg, przypuszczam, że fachowiec od dobrej damskiej bielizny nigdy w Polsce nie zginie…

„Nowa Kultura”, 1959 (napisane w 1944)


„BŁYSKAWICĘ” SŁYCHAĆ W OSLOFIORDZIE

„Harvestehude” leżał storpedowany w fiordzie, gdy przyszliśmy na pokład jako ekipa rozbiórkowa.

Był to duży 5000-tonowiec angielskiego pochodzenia, zagarnięty przez Niemców w jakimś francuskim porcie, który od 1940 roku pływał pod banderą hamburskiej linii Hamburg-Süd. Na początku 1944 dostał w przednie partie, gdzieś przy Kristiansand. Odtąd leżał przyholowany w Oslofiordzie, pomiędzy Nordstrand a Oslo, i tu reszta załogi, która pełniła funkcje Wachmannschaftu, której nie zajęto jeszcze do pływania, żywiła cichą nadzieję, że „Harvestehude” nie popłynie już w żadnym konwoju do końca tej wojny.

Pogoda była wspaniała. Fiord leżał jak szklana tafla dookoła statku, słońce prażyło niemiłosiernie. Byliśmy zakwaterowani na statku i notorycznie niewyspani, gdyż trzeba było najprzód przyzwyczaić się do spania w białe norweskie noce. W czasie pracy spaliśmy więc, zaszyci w rozgardiasz rozwalonych nadbudówek pokładowych, chaos lin, rur, spojeń, desek, wantów, belek i pogiętego żelaziwa. Oficerowie i wachmani spali po kabinach, prosząc Boga o to tylko, aby prace reperacyjne jak najdłużej trwały. Nie uśmiechały się im bynajmniej konwoje koło wyspy Hitra, angielskie łodzie podwodne i samoloty obrony wybrzeża.

Byłem jedynym Polakiem na pokładzie, chociaż było tam dwóch marynarzy – Niemców, którzy wykazywali lekkie skłonności do polskości. Jeden nazywał się Kowalski, wyglądał jak cwaniak z Warszawy, nie umiał słowa po polsku i pochodził z Królewca. Zaklinał się, że miał czysto polskich rodziców, którzy urodzili go przypadkiem w Królewcu, a potem zostawili w powijakach jeszcze na jakimś nadbrzeżu portowym. Wychował się przeto sam, i nie mając innej rady, nauczył się po niemiecku. Tym niemniej głos krwi przemawiał przezeń często, Niemców i Hitlera nienawidził serdecznie, przeważnie po pijanemu i w tym stanie też udowadniał mi kiedyś, że najlepszym sposobem zniszczenia narodu niemieckiego jest robienie z niemieckimi dziećmi tego, co zrobiono z nim.

Drugim był jakiś zwalisty Kaszub z Pucka, który na imię miał Georg i też nie umiał po polsku, natomiast jak relikwię pielęgnował stary paszport obywatela Wolnego Miasta Gdańska. Twierdził poza tym, że z dwojga złego lepiej mu się w Gdańsku kombinowało z Polakami, jak z hitlerowskimi świniami, dosłownie: mit dieser hitler’schen Schweinehunde, co często bez żenady akcentował na pokładzie.

Właśnie ten Georg odnalazł mnie w pierwszych dniach sierpnia śpiącego gdzieś na perseninngu i przebudziwszy, zapytał:

– Was ist denn los in Warschau?

– Skąd ja mogę wiedzieć – burknąłem.

– To słuchaj radia. Jakieś powstanie. Aufstand.

Podniosłem się zaciekawiony.

– Skąd wiesz?

– Słuchaj radia. Przez nasz Rundfunk jeszcze nie podali. Wiesz przecież, skąd o tym mówię…

Nie było innej rady. Trzeba było słuchać radia.

W oficerskiej messie był aparat, zaś w godzinach popołudniowych i wieczornych oficerowie spali po kabinach albo jechali do Oslo na dziewczynki. Już tego samego popołudnia słuchałem Londynu. „Tu mówi Londyn” – donosiło obszernie, optymistycznie i podniośle. W komunikaty oficjalne wplecione były apele członków rządu, cytowane wypowiedzi anglosaskich mężów stanu, odezwa Mikołajczyka i raporty Delegata na Kraj. Wszystko nastrajało dobrze. Na koniec dowiedziałem się, że radiostacja powstańcza „Błyskawica” nadaje codziennie na krótkich falach. Nazajutrz wymacałem i słuchałem już „Błyskawicy”. Wypucowana messa oficerska i widniejący przez iluminator szarozielony fiord, zalane słońcem stalowobłękitne niebo i fioletowe góry – wszystko to utonęło w kurzu walących się kamienic. Świeżość i spokój norweskiego krajobrazu stłamsił skwar sierpniowej walki ulicznej, huk bomb, pot zalewający oczy pod hełmem, biała chmura tynkowego pyłu zranionej ulicy. Tak odbijało się to na ekranie wyobraźni, a przecież wyobraźnia była jedyną dziedziną przeżywania, gdy z uchem przy głośniku chłonąłem pierwsze dni Powstania.

– Dlaczego mnie tam nie ma? – kołowało bezustannie w mózgu i nie dawało spać w nocy. Było się z nimi całym sercem, aż do krzyku, gdy spiker „Błyskawicy” młodzieńczym, pełnym entuzjazmu głosem wyrzucał w eter:

– „Wczoraj zdobyliśmy niemiecki czołg. Warszawscy mechanicy i robotnicy w ciągu kilku godzin pracy doprowadzili go na powrót do stanu gotowości. Do akcji wchodzi dziś polski czołg!

– Poczta powstańcza funkcjonuje bez zarzutu. Harcerze w najtrudniejszych warunkach donoszą listy na miejsce przeznaczenia. Harcerze i cała nasza młodzież to w ogóle duma Powstania!”.

Mówił to głos człowieka, mogącego liczyć lat dwadzieścia jeden. Ale on był już pokoleniem. W jego pokoleniu bohaterstwo było rzeczą zwykłą, samo przez się zrozumiałe. Nikt go nie chwalił. Młodzież – to dziesięć, dwanaście, czternaście lat. Ich bohaterstwo wzruszało nawet jego.

Trudno to było nerwowo wytrzymać. I to, że oni się tam bili, i tę tragiczną, rogatą „Warszawiankę” z radiostacji powstańczej „Błyskawica”. Musiałem coś uczynić, zrobić coś za wszelką cenę, nawet jakieś głupstwo, aby iść noga w nogę i ramię w ramię z Warszawą. Z jej wzruszającym, szlachetnym głupstwem.

Toteż gdy przyszedł dla całej naszej ekipy rozkaz okrętowania się na pewien frachtowiec idący do Kirkenes, zawiadomiłem odpowiednie ośrodki norweskiego ruchu oporu, że urywam się z pokładu. Głupio i niepotrzebnie, ale nie czas tu wyjaśniać, dlaczego głupio i dlaczego niepotrzebnie. Właśnie kiedy szedłem na jedno z umówionych spotkań, zaraz po zniknięciu ze statku zostałem aresztowany na głównej ulicy stolicy Norwegii i przewieziony do słynnego obozu koncentracyjnego Grini, pod Oslo.

Nie tutaj miejsce ani czas na analizy, opisy ani porównania Grini z innymi kacetami. Zarejestrowano, nawymyślano, ostrzyżono i zaprowadzono na barak. Jedyna różnica, że nie dano pasiaków, ale dość szykowne mundurki byłej norweskiej gwardii królewskiej, w których paradowali wszyscy Griniacy. Może i dlatego, że nie było tej podłej, nieforemnej ohydy pasiaka, a opięta, dość zgrabna, eks-mundurowa powierzchowność – Grini było bardziej zadzierzyste.

W kacecie, gdzie by on się nie znajdował: w północnej Grecji czy wschodniej Francji, środkowych Niemczech czy zachodniej Jugosławii – jednym słowem, gdzie tylko istniała ogrodzona naelektryzowanym drutem przestrzeń do siedzenia – byli Polacy. W baraku nr 1 dla „niebezpiecznych”, w Grini, 14 kilometrów na północny zachód od Oslo siedziała ich osiemdziesiąteczka. Jak ulał. Chłopaki równe, w ogromnej większości Warszawa. Schemat „przewiny” jednakowy: zapis na roboty do Norwegii, tylko dotknął nogą lądu, zaraz chodu i na szwedzką granicę. Jednym się udało, inni „poleżeli” i za druty. Uciekali i zza drutów i w najfantastyczniejszych warunkach, na dalekiej północy, poprzez skandynawskie lodowce okolic Nordcapu, trasami, których nie powstydziłby się Amundsen, Nobile i Byrd. Ale teraz to nieważne, nie czas na opowiadanie tych epopei, których się potem nasłuchałem. W każdym razie, gdy tylko zobaczyli na baraku nowego, z wielkim „P” na gwardyjskim mundurku, podeszli do mnie – grupa i jeden „taki”, co mu trzykartowa robota w mordzie, głosie i ręku leżała, zagadnął mnie:

– Ty, co z Warszawą?

Już wiedzieli.

Opowiedziałem im, jak i co mogłem. Słuchali w skupieniu, w końcu jakiś zawyrokował:

– Na drobne, tłuczone cegłe tym razem Warszawe Krzyżaki porozprowadzają, kij im w oko… Ale jak już do końca, to do końca – kurwa ich mać!

Końcowy akcent odbił się nieswojo o ściany gór norweskich, otaczających dolinę Grini i poszybował ku Warszawie. Bo była w nim zawarta cała miłość do Miasta i nienawiść do Niemców – prawdziwego warszawiaka.

W Grini każda sztuba barakowa otrzymywała codziennie niemiecką gazetę „Deutsche Zeitung in Norwegen”. Niemcy pisali już wtedy o Powstaniu i tak zaczęła się walka o Powstanie. Niemcy pisali, myśmy nie wierzyli. Pod koniec sierpnia Niemcy pisali o zgnieceniu Powstania. My nic nie wierzyliśmy. Jeszcze przed Powstaniem grupka Polaków w porównaniu do kilku tysięcy Norwegów traktowana była najgorzej. Wykonywała najcięższe i najbrudniejsze roboty i szykanowana była w sposób specjalny. W czasie Powstania prześladowania wzrosły wielokrotnie. W czasie najgorszych ćwiczeń karnych śmialiśmy się Niemcom w mordy. Warszawa biła się. Maszerowaliśmy godzinami po placu i doszliśmy do takiej wprawy w niemieckiej mustrze, że SS-mani spędzali Norwegów, aby ci uczyli się, jak należy maszerować. A my waliliśmy drewniakami w kilkugodzinnych paradach i ktoś w głębi czwórszergu cichuteńko gwizdał „Warszawiankę”. Tak, abyśmy tylko my słyszeli.

Przez wrzesień – to sami Niemcy znów kilka razy ogłaszali klęskę i kapitulację Powstania. My śmieliśmy się. Lipa.

Aż wreszcie nadszedł dzień. Znajomy Norweg, łącznik ruchu oporu na terenie kacetu, wywołał mnie z baraku i powiedział, że Radio Londyn podało o upadku Warszawy.

Tym razem uwierzyłem. Wszedłem na sztubę i rąbnąłem bez ogródek:

– Chłopcy! Warszawa poddała się…

Próbowali protestować. Jak to? Jeszcze wczoraj i dziś domyślaliśmy się wyimaginowanych sukcesów i śmieli z niemieckich komunikatów, a teraz – taka wiadomość…

Ale uwierzyli. Nie było rady. Musiało się uwierzyć. Potem, przez całą noc słyszałem ciężkie westchnienia. Nikt nie spał, ale też nikt nic nie mówił. Gorzko dławiła w gardle klęska Miasta.

Nazajutrz przy robocie chłopcom jakby kości powyjmowano. Apatia i zrezygnowany bezwład ogarnął wszystkich. SS-mani wymierzali ciosy kolbami na prawo i lewo. Nic nie pomagało. W końcu skopali i skatowali jednego z nas, typowego warszawskiego złodzieja, zbudowanego jak gladiator, twardego jak hipopotam (był porżnięty na całym ciele z niezliczonych rozpraw nożowych), zdolnego zazwyczaj wytrzymać gorsze uderzenia losu niż kilka kopnięć w brzuch i uderzeń kolbą w twarz.

Gdyśmy się nad nim pochylili, na twarzy spływała mu krew zmieszana ze łzami.

– Boli cię? – pytałem. – Dobrze ci tym razem, cholery, dali.

Otworzył z trudem zapuchnięte oczy i spojrzał na mnie jakby z wyrzutem i jakby z ironią, po warszawsku.

– G… tam mi dali… Jak zwykle… ale ta Warszawa… boli…

„Dziś i Jutro”, 1946


POKÓJ LUDZIOM
DOBREJ WOLI…

Yan był Holendrem, nałogowcem fajki, miał dobrze ponad czterdziestkę, pochodził z Leeuwarden, był w jednej osobie pierwszym mechanikiem i maszynistą, siedział cały dzień w maszynowni i tylko dwa razy w ciągu naszej dotychczasowej znajomości odezwał się całym zdaniem. Raz – gdy dostał w mordę od niemieckiego marynarza z patrolu, który zastał go pijanego z Bronxem na terenie strefy zakazanej w porcie Kopenhagi. Według późniejszej relacji Bronxa, Yan miał jakoby sformułować ze swadą następującą deklarację po holendersku:

– Jak się wojna skończy, to ja wam, sukinsyny, pokażę!…

Podobnie długie przemówienie byłoby dla mnie nie do wiary, gdyby nie moje własne doświadczenie. Otóż idąc ze mną kiedyś, późną porą, po nadbrzeżu portu w Oslo, Yan na widok mijającej nas właśnie, z lekka zrujnowanej aparycyjnie i zmęczonej życiem córy Koryntu, szepnął nabrzmiałym uczuciem barytonem:

– Jaka piękna kobieta!…

Ale to były rzadkie zjawiska, zachodzące pod wpływem wyjątkowego wzruszenia. Na co dzień Yan mówił wyłącznie monosylabami.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.