Pokochać życie i jego niespodzianki - Valerio Albisetti - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 98 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pokochać życie i jego niespodzianki - Valerio Albisetti

Wiemy, że życie jest krótkie, więc pragniemy je przeżywać jak najpełniej. Jednak nie zawsze nam się to udaje. Valerio Albisetti przypomina, że tak naprawdę mamy bardzo mało czasu. Odwołując się do doświadczeń własnej choroby, opowiada o śmierci i przemijaniu, nie stroniąc od bezpośrednich sformułowań i szczerych wyznań. Dzięki serdecznemu, wręcz poufałemu stylowi, charakterystycznemu dla swego pisarstwa, pozostaje w bezpośredniej łączności z czytelnikiem, snując refleksje o upływającym czasie. Przez pryzmat osobistych doświadczeń pisze o wszystkim, co warto docenić w każdym kolejnym dniu, który dano nam przeżyć – o miłości, przyjaźni, bliskości innych ludzi, o wartości pracy, o pasjach, marzeniach i ich realizacji, o odnajdywaniu w sobie wiary i siły do walki z przeciwnościami, wreszcie o głębokim sensie żałoby i nadziei na życie po śmierci.

Valerio Albisetti, Jest jednym z najbardziej znaczących twórców współczesnej psychoanalizy. Z pochodzenia Szwajcar, profesjonalista odnoszący sukcesy także w dziedzinie przedsiębiorczości. Prowadzi konferencje i seminaria w największych miastach europejskich i amerykańskich. Twórca psychoterapii personalistycznej, autor wielu bardzo poczytnych książek.

Opinie o ebooku Pokochać życie i jego niespodzianki - Valerio Albisetti

Fragment ebooka Pokochać życie i jego niespodzianki - Valerio Albisetti








Valerio Albisetti

Pokochać życie i jego niespodzianki


Tytuł oryginału: Amare la vita e le sue sorprese


PAOLINE Editoriale Libri

© FIGLIE DI SAN PAOLO, 2006

Via Francesco Albani, 21-20149 Milano


© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2008


Przekład z języka włoskiego

Marek Myczkowski


Redakcja i korekta

Paulina Zaborek


Redakcja techniczna

Artur Czerwiec


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


Zdjęcie na okładce

Jupiter Images/EAST NEWS



ISBN 978-83-7660-521-0


Wydawnictwo JEDNOŚĆ

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży tel. 041 349 50 50

Redakcja tel. 041 368 11 10

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Pamięci Alfreda, mojego ojca,

którego obecność – mówiącą do mnie,

prowadzącą i wyzwalającą –

czułem podczas pisania tej książki.

Moim pragnieniem jest,

aby słowa tej książki przyniosły nadzieję

i pocieszenie wszystkim tym,

którzy patrzą z niepokojem na wiek średni,

na upływający czas, na życie, które przemija...


Wprowadzenie

Szpital, wiosna 2006.

W pierwszych miesiącach tego roku udzieliłem wywiadu (który później przybrał formę książki) w trzech miejscach: w eremie, nad jeziorem i nad morzem. Następnie powstała książka Note d’amore e di vita (Paoline, 2006), traktująca o bliskich mi tematach. Te dwie książki prawdopodobnie powinny były mnie zaalarmować, ostrzec... Dzisiaj, gdy je przeglądam, dostrzegam między wierszami subtelny smutek, dziwną świadomość czegoś, ukrytą za słowami.

I rzeczywiście: po zaledwie dwóch tygodniach od wywiadu poczułem ból w klatce piersiowej, blisko serca. Musiałem pójść do szpitala, gdzie dowiedziałem się między innymi, że mam poważne problemy kardiologiczne.

Prawdopodobnie będę musiał się leczyć przez resztę mojego życia. W pierwszej chwili bardzo mnie to dotknęło. Myślałem, że jestem o wiele silniejszy.

Potem, myśląc o tym, co się zdarzyło, zrozumiałem, że prawdziwym powodem mojego niepokoju była perspektywa ograniczenia, ciągłego pozostawania pod kontrolą lekarską, a więc życia pozbawionego swobody.

A może istniał inny powód?

Podczas tych miesięcy co tydzień odwiedzałem szpital, gdzie pobierano mi krew, żeby kontrolować dawkowanie leków. Siedząc w poczekalni i obserwując innych pacjentów, zorientowałem się, że jestem z nich najmłodszy. Wszyscy byli dużo starsi ode mnie. Oto inny powód mojego niepokoju: musiałem zdać sobie sprawę, że wszedłem w wiek średni i nie upłynie wiele lat, kiedy nadejdzie starość, ostatni okres mojej ziemskiej egzystencji.

Ten proces przedwczesnego starzenia się dotknął mnie boleśnie, przybliżając być może do śmierci. Zacząłem się nad nim zastanawiać, przyswajać go sobie. W tym samym czasie instynktownie ogarnęło mnie uczucie strachu.

Teraz myślę coraz częściej o Was, drodzy Czytelnicy, ponieważ staliście się moją rodziną. Myślę też o moich książkach, które zostały wśród Was.

Dlatego mam zamiar pisać dalej – tak długo, jak będę mógł – żeby wypełnić swoje powołanie pisarza, świadka.

Niektórzy powiedzieli mi, że ranę ducha pogłębiła moja samotność.

Oczywiście, niełatwo żyć samemu.

Gdy leżałem na oddziale kardiologii, zapytano mnie o adres i numer telefonu osoby, którą należałoby powiadomić w razie komplikacji... Nie potrafiłem podać żadnego.

Nie miałem nikogo. I zostałem z ciszą.

Nie wydaje mi się jednak, żeby to właśnie było powodem mojego niepokoju. Myślę, że martwiła mnie perspektywa śmierci w stosukowo młodym wieku. Być może wszyscy spodziewamy się śmierci dopiero na starość, gdy dzieci już dorosną i kiedy zrealizujemy swoje marzenia.

Ale życie nie jest w naszych rękach.


Nauczyć się zostawiania

Zostawić ziemię

Teraz muszę przemyśleć swoje życie, poszukać domu, jakiegoś stałego punktu, miejsca, gdzie mógłbym żyć i pisać w spokoju. I znaleźć kogoś, kto się mną zaopiekuje.

Przede wszystkim muszę pozwolić sobie na odejście od świata, od tego wszystkiego, co zbudowałem, od rzeczy, które posiadałem… i nauczyć się tego.

Porzucić ziemię, pracę wśród pól, która stanowiła wspaniały kontrapunkt dla mojej pracy pisarza... Sprawia mi to ogromny ból.

Ból jest tak wielki, że mam ochotę ulec pokusie, zbuntować się i krzyczeć, że nie chcę, że to niesprawiedliwe. Prawdopodobnie będę musiał ograniczyć wysiłek fizyczny i pracę na roli. Nie będę też mógł, jak sądzę, dłużej kontynuować mojego pustelniczego sposobu życia, ponieważ nie da się go pogodzić z ciągłą opieką medyczną. Zostawić mój toskański erem, ziemię, pracę wśród oliwek – w ogóle nie brałem takiej możliwości pod uwagę!

Myślałem, że jestem na to gotowy, ale rzeczywistość mnie zaskoczyła. Życie – to prawda – musi być przeżywane, żeby można było o nim opowiadać.

Konieczność porzucenia życia na wsi sprawia, że jeszcze bardziej podziwiam piękno toskańskiego krajobrazu, z jego cyprysami, łagodnymi wzgórzami, umiarkowanym klimatem, zielenią lasów, oliwek i winorośli...

Nauczyć się umierać, oddalać się, to codzienna praca nad sobą. A ja nie zawsze tę pracę wykonywałem. Pracowałem nad sobą często, ale nieregularnie, w pewnych okresach, po pewnych spotkaniach, w pewnych sytuacjach, przede wszystkim zabarwionych emocjonalnie, uczuciowo. Zapominałem o codziennej praktyce.

W tych dniach zdałem sobie sprawę ze swoich zaniedbań. Zaniedbywałem pracę nad sobą w ostatnich latach. Mimo iż wiedziałem, że nic nie pozostaje niezmienne, że szczęście trwa tylko chwilę i że po spotkaniu z pięknem, z miłością, pewnego dnia trzeba wszystko zostawić... Mimo iż wiedziałem, że w każdej rzeczy istnieje jej nieodłączne przeciwieństwo: w młodości – starość, w szczęściu – smutek, w sukcesie – porażka, a w życiu – śmierć... Mimo iż wiedziałem, że w morzu życia każde istnienie umiera pewnego dnia...

Wiecie, że zawsze mówiłem o śmierci, zawsze miałem świadomość jej obecności. Mało tego, śmierć była stałym gościem w moich książkach – tak bardzo potrzebnym, że w książce Da Freud a Dio (Paoline, 2004) stwierdzam, że gdyby się nie pojawiła, należałoby ją zaprosić; ale napisałem tak piętnaście lat temu. Dzisiaj nie wiem, czy powtórzyłbym to stwierdzenie, chociaż doskonale pamiętam kontekst, w jakim użyłem takich właśnie słów.

Żyć pełnią życia, ale bez nadmiernego przywiązania do życia: oto cała tajemnica, mili, drodzy Czytelnicy. Do czterdziestego roku życia skrupulatnie przestrzegałem tej życiowej zasady; potem w końcu o niej zapomniałem. Kiedy śmierć po cichu wkrada się do żył, zaczyna czuć się jej obecność.

Osłabłem. Wtedy zapomniałem, czy też raczej odsuwałem coraz dalej od siebie myśl o dniu, w którym umrę.

I pomyśleć, że od mojej pierwszej książki, W poszukiwaniu szczęścia (WAM, 2001), całą wizję życia oparłem na decyzji uświadomienia sobie konieczności śmierci, jednocześnie nie chcąc nic o niej wiedzieć!

Jednak my, istoty ludzkie, wiemy, kiedy zbliża się nasz koniec. Śmierć zawiadamia nas o swoim przyjściu całe lata wcześniej. Wyda się wam to rzeczą niewiarygodną i paradoksalną, ale gdy nie czułem jeszcze obecności choroby i cierpienia, wiele o tym rozmyślałem; i przeciwnie, kiedy spostrzegłem, że się zbliżają, powoli, niepostrzeżenie przestałem się interesować tym tematem. W reakcji na tę sytuację, zacząłem chwytać się życia.

Nigdy nie posiadałem, a zacząłem posiadać.

Nigdy nie odczuwałem strachu, a zacząłem go odczuwać.

Nigdy nie byłem zbytnio do nikogo przywiązany, a zacząłem być przywiązany do drugiej osoby.

Zacząłem mylić się we wszystkim.

Dałem się wciągnąć światu, zwiodły mnie jego iluzje. Jego przyjemności.

Kilka lat temu przyszło smutne przebudzenie. Po dziesięciu latach zorientowałem się, że w tym okresie żyłem bez wolności.

Jako niewolnik potrzeb, ukrytych pod maską dobrych uczuć, przede wszystkim tak zwanej miłości.

Nie umiałem dłużej żyć w samotności.

Nie umiałem dłużej żyć o własnych siłach.

Nie umiałem dłużej mówić „dość”.

Nie umiałem dłużej żyć bez zatracenia się w drugiej osobie.

Zacząłem bać się życia.

Nie umiałem dłużej podejmować samodzielnych decyzji.

Nie umiałem dłużej brać na siebie ryzyka.

Nie umiałem dłużej sam stawiać czoła życiu.

Nie umiałem dłużej czuć się wolny.

Zacząłem odczuwać wielką potrzebę świata zewnętrznego, drugiej osoby, żeby czuć, że żyję.

Żyłem w sprzeczności z tym, co wiedziałem.

Właśnie wtedy spotkałem egoistyczne osoby, którym naiwnie zawierzyłem.

Im jesteś słabszy, tym słabsze osoby spotykasz. Szukasz takich osób bezwolnie, bezwiednie, nieświadomie.

Kiedy nie jesteś już panem siebie, stajesz się niewolnikiem innych, przede wszystkim tych nieświadomych psychicznie i duchowo.

Czytałeś Być przyjacielem czy mieć przyjaciela (Jedność, 2006)? W tej książce udowadniam, że słabe osoby są w rzeczywistości złe (wł. cattivo), od łacińskiego captivus: zamknięty, uwięziony w sobie.

Gdy pomyślę o osobach, z którymi byłem związany w okresie mojej słabości, widzę, że w innej sytuacji w ogóle bym ich nie zauważył, nie mówiąc już o jakichkolwiek kontaktach czy spotkaniach!


Kiedy serce opanowuje choroba

Czy to tylko przypadek, że zachorowałem na serce?

Że grubość mojego serca niestety przekroczyła normę?

Że badanie wykazało poszerzenie serca, jego nieustanne migotanie?

Że moje serce okazało się zestresowane, starsze niż wskazywałby jego biologiczny wiek, zranione?

Serce, symboliczna siedziba uczuć, emocji, miłości...

Pewnego dnia jeden z czytelników napisał mi, że mam wielkie serce, serce, które zniosło wiele trudu, przeżyło wiele bitew, wysłuchało wielu cierpiących i uleczyło wiele ran.

Ja natomiast nie wierzę w to, a jednocześnie wciąż wierzę, być może dlatego, że przywiązałem się zbytnio do świata i do pewnych osób.

Dobrze byłoby umieć rozróżniać.

Wiedzieć, jaki świat, jakie osoby kochać.

To jest problem.

To jest choroba, którą przeszedłem i, mam nadzieję, przezwyciężyłem.

Kiedy czujemy w głębi naszych serc, że zostaliśmy zranieni, gdy zostajemy całkowicie odkryci, po tym, jak podarowaliśmy całą swoją nagość drugiej osobie, proszącej, żeby to zrobić, przychodzi zwątpienie w to, że można kiedykolwiek zaufać innemu człowiekowi.

Uzależnienie od miłości

Chciałbym przez chwilę pomówić z wami o miłości.

Albo lepiej, o czymś, co dzisiaj nazywa się miłością, ale miłością nie jest.

Często w moich książkach pisałem o różnicy między miłością i zakochaniem, między miłością i posiadaniem, między miłością i seksem, między miłością i niezdolnością do bycia samemu. Wszystko to służyło mnie i wam – tak mi się przynajmniej wydaje, gdy widzę zapotrzebowanie na książki, które piszę; ale być może, mimo że doceniamy słowa naszych lektur, często nie wprowadzamy ich w czyn.

Nieraz uważamy je za teorię, nie do zrealizowania w praktyce. Zauważyłem jednak, a potwierdziły to liczne e-maile od was, że jedną z przyczyn sukcesu moich książek jest właśnie ich realizm, praktyczny charakter zawartych w nich rad, ich prostota i wiarygodność.

Dlaczego jednak nie zajmujemy się w praktyce rzeczami, które nas interesują?

Ponieważ jesteśmy słabi, mamy nietrwałą naturę.

Potrzebujemy.

Zawsze podkreślałem, że najważniejszą rzeczą jest trwanie na drodze psychoduchowego wzrostu, na którą weszliśmy w pełni świadomi siebie. Możemy przeżywać kryzysy, zatrzymywać się, gubić kierunek, nie odróżniać przyjaciół od wrogów, natrafiać na osoby niebędące dobrym wzorem, ale w końcu, jeśli pozostaniemy w drodze, Bóg nas poprowadzi, i okaże się, że wszystko, co się nam przydarzyło, posłużyło do zmiany na lepsze: wzrośliśmy w mądrości.

Rzeczywiście, ta ziemia nie należy do nas.

Podobnie jak jej mieszkańcy, których spotykamy podczas naszego krótkiego istnienia. W rzeczywistości, osoby, do których się przywiązujemy, są często odbiciem naszych nierozwiązanych problemów, braków, słabości, potrzeb.

Tak się zdarza, kiedy wiążemy się z osobami, które sprawiają, że podświadomie wracamy do starych lęków, przeżywanych często w dzieciństwie i młodości, w okresie kształtowania się naszej osobowości, odciśniętych w naszej osobistej historii, w naszej pamięci emocjonalnej.

Podświadomie czujemy się lepiej, powtarzając wyuczone schematy, odpłacając za dawne zranienia, pozostając w zamknięciu nierozwiązanych relacji matka – syn, ojciec – córka.

Dopiero modlitwa, świadomość, że jesteśmy kochani przez Boga miłością doskonałą, przeznaczoną osobiście dla nas, jak już mówiłem w innych moich książkach, może rozbić ten neurotyczny krąg, w którym żyjemy.

Psychoterapia może pomóc w jaśniejszym i głębszym zrozumieniu rzeczywistych przyczyn naszych chorych zachowań, niezdrowych postaw, niekontrolowanych myśli.

I wreszcie seks. W epoce anarchii wartości, powszechnego braku moralności, seks służy ukryciu różnych neurotycznych sytuacji. Iluż ludzi, niestety, wierzy, że uprawianie seksu jest wyrażeniem uczucia drugiej osobie. Tymczasem, jeśli nie ma się jasnej wizji samego siebie, seks służy jedynie utrzymywaniu neurotycznych sytuacji.

Jakże wiele ludzi, których spotkałem, miało w zwyczaju wykorzystywać innych, bawić się ich uczuciami, rozkochiwać w sobie drugą osobę dla rozrywki, a potem rzucać, prawie zawsze dramatycznie zranioną. I wszystko po to, żeby chronić się przed traumatycznymi przeżyciami z przeszłości i zaspokajać skrzętnie ukrywane, nieopanowane żądze.

Zjawisko traktowane normalnie, bez poczucia winy, w kulturze, gdzie wszystko jest dozwolone, a winy zostały anulowane, przede wszystkim przez dominujący relatywizm kulturalny.

Osoby tego pokroju chodzą nawet do kościoła na niedzielną mszę, bo skoro wszystko jest relatywne, łatwo można też uzyskać przebaczenie od Boga, jak gdyby nie było już ani zła, ani diabła.

Jak gdyby istniał tylko raj, i co najwyżej czyściec, a po piekle nie został nawet ślad.

Wszechobecność złego samopoczucia

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com