Podział ostateczny - Clive Staples Lewis - ebook
Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

Podział ostateczny ebook

Clive Staples Lewis

3.83333333333333 (72)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podział ostateczny - Clive Staples Lewis

C.S. Lewis, znany przede wszystkim z siedmiotomowego cyklu "Opowieści z Narnii", tym razem daje poznać się z innej strony.
"Podział ostateczny" to literacka, alegoryczna opowieść, która pozwala zrozumieć, czym jest zło. Ta autobusowa podróż z Piekła do Nieba, przypominająca nieco Boską Komedię, skłania do zastanowienia się nad życiem doczesnym, którego jakość decyduje, w którym kierunku złapiemy pośmiertny autobus. Lewis zastanawia się, czy nie jesteśmy zbyt przyzwyczajeni do naszego cielesnej egzystencji, by odjechać kiedyś we właściwą stronę.

Opinie o ebooku Podział ostateczny - Clive Staples Lewis

Fragment ebooka Podział ostateczny - Clive Staples Lewis







 
CLIVE STAPLES LEWIS
 
PODZIAŁ OSTATECZNY
 
Przełożyła
Magda Sobolewska
 
 
Poznań 2012

Tytuł oryginału: THE GREAT DIVORCE
Copyright © 1946 C.S. Lewis Pte Ltd
Copyright © 2005 for the Polish translation by Media Rodzina
Cover Art Copyright © 2005 by Media Rodzina
First published in English in 1952 by Geoffrey Bles, in 1955 by Fontana Books in 1955
and in 1977 by Fount Paperbacks, an imprint of HarperCollins Publishers
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki
– z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych
– możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Tekst na podstawie wydania Wyd. Misjonarzy Klaretynów „Palabra”, Warszawa 1994
Projekt okładki: ANDRZEJ BARECKI
Zdjęcie na okładce: Vario-Press
Wydanie I elektroniczne
ISBN 978-83-7278-784-2
Media Rodzina Sp. z o.o.
ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań
www.mediarodzina.pl
mediarodzina@mediarodzina.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Wstęp

Blake napisał kiedyś Zaślubiny Nieba z Piekłem, a ja zdecydowałem się napisać o ich rozwodzie nie dlatego, że uważam się za godnego przeciwnika tak wielkiego geniusza, jakim był Blake, ani nawet dlatego, że zrozumiałem choćby po części jego dzieło. Wydaje mi się jednak, że nadzieja dokonania podobnych zaślubin musi tak czy inaczej okazać się płonna. Nadzieja ta opiera się na założeniu, że rzeczywistość nigdy nie każe nam stanąć twarzą w twarz z nieuniknionym „albo – albo” i że, o ile nie zabraknie nam umiejętności, cierpliwości, a nade wszystko czasu, zawsze zdołamy jakoś pogodzić obie skrajności. Nadzieja ta każe nam sądzić, że wystarczy udoskonalić, zaadoptować lub uszlachetnić zło, aby przemieniło się ono w coś dobrego i że nie będziemy nigdy zmuszeni do odrzucenia tego, co chcielibyśmy zatrzymać. Według mnie żywienie podobnej nadziei jest katastrofalną pomyłką. Wyruszając w podróż, nie zawsze zabieramy ze sobą cały swój dobytek, a czeka nas i taka podróż, w którą być może nie będziemy mogli zabrać nawet własnej prawej ręki lub prawego oka. Nie żyjemy w świecie, w którym wszystkie drogi niby promienie okręgu schodzą się w jednym punkcie i gdzie po wyborze którejkolwiek z nich zawsze dojdzie się po wytrwałej wędrówce do tego samego celu. W naszym świecie każda droga po pewnym czasie rozwidla się, a każda z powstałych w ten sposób dróg rozwidla się ponownie i na każdym z takich rozwidleń musimy podejmować decyzje. Nawet życie biologiczne bardziej przypomina rozgałęziające się drzewo niż stojącą sadzawkę – nie zmierza ono ku jedności, ale oddala się od niej, a im wyższy stopień rozwoju, tym bardziej stworzenia różnią się między sobą. Prawdziwe dobro w miarę jak rośnie i osiąga dojrzałość, coraz bardziej różni się nie tylko od zła, ale także od innego, pozornego dobra.

Nie sądzę, że wszyscy wybierający złe drogi muszą zginąć. Uważam jednak, że ratunek dla nich jest tylko jeden: powrót na właściwą drogę. Otrzymawszy zły wynik dodawania, możemy go poprawić tylko wtedy, gdy cofniemy się do miejsca, gdzie popełniliśmy pomyłkę, i zaczniemy liczyć od nowa. Na nic się nie zda brnięcie w błędnych obliczeniach. Zło może zostać zniweczone, ale nie może „rozwinąć się” w coś dobrego. W tym wypadku czas nie jest dobrym lekarzem. Zły czar można przełamać „mruczanym wspak zaklęciem pełnym mocy” albo pozwolić, by działał dalej. Jest to wciąż wybór „albo – albo”. Jeśli zechcemy zatrzymać piekło (lub choćby ziemię), nie ujrzymy nieba, a jeśli przyjmiemy niebo, nie zabierzemy z piekła nawet najmniejszych i najbardziej osobistych pamiątek. Wierzę, rzecz jasna, że każdy, kto osiągnie niebo, przekona się, iż pomimo odrzucenia wszystkiego (nawet własnego oka), niczego nie stracił: że to, czego naprawdę pożądał w swoich najpodlejszych nawet pragnieniach, czeka na niego w „Górnej Krainie” o wiele wspanialsze niż to, czego się spodziewał. W tym sensie dla tych, którzy doszli do końca drogi (i dla nikogo innego), powiedzenie, że dobro jest wszystkim, a niebo jest wszędzie, okaże się zgodne z prawdą. Nam jednak, którzy wciąż jeszcze jesteśmy w podróży, nie wolno przyjmować ich punktu widzenia. Moglibyśmy bowiem narazić się na niebezpieczeństwo przekręcenia prawdziwego znaczenia ich słów i uznać, że wszystko jest dobre, a każde miejsce jest niebem.

A co z ziemią? – zapytacie zapewne. Nie sądzę, by ziemia okazała się dla kogokolwiek miejscem wyjątkowym. Jeśli wybierzemy ją zamiast nieba, wyjdzie na jaw, że ziemia zawsze była częścią piekła. A jeśli niebo postawimy wyżej, okaże się, że ziemia zawsze do niego należała.

Chciałbym powiedzieć jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, muszę wyrazić moją wdzięczność wobec pisarza, którego nazwiska nie pamiętam, a którego opowiadanie czytałem wiele lat temu w bardzo kolorowym czasopiśmie z dziedziny – jak to mówią – „fantastyki naukowej”. Zapożyczyłem od niego tę niezwykłą właściwość niebiańskiej materii – to, że niczego nie da się tam zgiąć ani złamać. Autor opowiadania wykorzystał ten efekt, aby osiągnąć inny cel, o wiele bardziej od mojego pomysłowy. Jego bohater przeniósłszy się w przeszłość, odkrywa tam krople deszczu przeszywające go jak kule, i kanapki, których nie da się ugryźć – zupełnie słusznie, bo nic w przeszłości nie może przecież ulec zmianie. Ja natomiast, mniej umiejętnie, ale (mam nadzieję) równie słusznie posłużyłem się tym samym efektem, aby opisać wieczność. Jeżeli autor tamtego opowiadania kiedykolwiek przeczyta te słowa, przyjmie, mam nadzieję wyrazy mej najgłębszej wdzięczności. Po drugie, proszę wszystkich czytelników, aby pamiętali, że książka jest wytworem fantazji. Zawiera ona oczywiście morał – w każdym razie taki miałem zamiar. Jednak opisy tego, co spotyka ludzi po śmierci, są wyłącznie dziełem wyobraźni; nie są one próbą odgadnięcia czy też domyślenia się, co nas naprawdę czeka. Ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął, jest rozbudzenie wśród czytelników ciekawości dotyczącej szczegółów życia na tamtym świecie.

C.S. Lewis

Kwiecień 1945


1

Zdawało mi się, że stoję w kolejce na przystanku autobusowym. Nad długą, nędzną ulicą zapadał zmierzch. Padało. Już od kilku godzin włóczyłem się podobnymi ulicami w mokrym, wieczornym półmroku. Czas jakby się zatrzymał w tej nieprzyjemnej chwili, kiedy światła sklepów dopiero się zapalają, ale nie jest jeszcze dość ciemno, by ich widok rozweselał przechodniów. Czas płynął, a wieczór nie zmieniał się w noc i mijane przeze mnie dzielnice wciąż wyglądały tak samo. Wszędzie widziałem tylko odrapane kamienice, nieduże trafiki, tablice ogłoszeniowe ze strzępami plakatów, pozbawione okien magazyny, stacje towarowe bez pociągów i księgarnie wystawiające na sprzedaż Dzieła Arystotelesa. Nie spotkałem nikogo. Jeśli nie liczyć gromadki ludzi na przystanku, miasto zdawało się zupełnie wymarłe. Chyba właśnie dlatego przyłączyłem się do kolejki.

Od razu mi się poszczęściło. Gdy tylko zająłem miejsce, stojąca przede mną mała, zła jak osa kobieta naskoczyła na towarzyszącego jej mężczyznę:

– A więc dobrze! Mogę wcale nie jechać. Proszę bardzo. – Z tymi słowami opuściła kolejkę.

– Nie wyobrażaj sobie, proszę – odparł mężczyzna dystyngowanym głosem – że zależy mi choć trochę na tym wyjeździe. Starałem się tylko dla świętego spokoju spełnić twoje zachcianki. Moje odczucia nie mają oczywiście najmniejszego znaczenia. Przynajmniej to jedno jest zupełnie jasne. – I aby pokazać, że nie rzuca słów na wiatr, on także odszedł z kolejki.

Nieźle, pomyślałem, o dwa miejsca do przodu. Znalazłem się teraz za małym człowieczkiem o gniewnym spojrzeniu, który przyjrzał mi się nad wyraz nieżyczliwie i odezwał, trochę za głośno, do dużego, muskularnego mężczyzny stojącego przed nim:

– W tej sytuacji nie wiadomo, czy w ogóle warto jechać.

– W jakiej sytuacji? – odburknął tamten.

– No, prawdę mówiąc, nie jestem przyzwyczajony do tego rodzaju towarzystwa – odparł Człowieczek.

– Aha! – powiedział Osiłek i patrząc w moją stronę, dodał: – Nie pozwól pan sobie tak ubliżać. Co, strach pana obleciał? – Doszedłszy jednak do wniosku, że nie zamierzam zareagować, napadł nagle na Człowieczka: – Nie podobamy ci się, co? A mnie się nie podoba, jak pyskujesz! – I wymierzył mu taki cios w szczękę, że tamten wylądował w rynsztoku.

Zostawcie go, niech sobie poleży – kontynuował Osiłek; tym razem nie zwracał się do nikogo konkretnego. – Prosty chłop ze mnie, ale mam swoje prawa jak każdy, nie?

Ponieważ Człowieczek nie okazywał chęci powrotu na swoje miejsce i po chwili kulejąc, oddalił się, postąpiłem ostrożnie w stronę Osiłka i pogratulowałem sobie kolejnego kroku naprzód. Niedługo potem dwoje rozchichotanych młodych ludzi stojących przed nami odeszło, trzymając się pod rękę. Nie mogłem odróżnić ich płci, oboje bowiem byli szczupli, ubrani w spodnie i rozmawiali falsetem, jednak niewątpliwie w tej chwili bardziej interesowali się sobą niż możliwością zajęcia miejsc w autobusie.

Wszyscy na pewno się nie zmieścimy – odezwała się płaczliwym głosem kobieta stojąca cztery osoby przede mną.

– Ustąpię pani miejsca za pięć szylingów – odparł ktoś inny.

Usłyszałem brzęk monet, a potem wrzaskliwy kobiecy głos zmieszany z wybuchami śmiechu czekających. Oszukana kobieta wyskoczyła z kolejki, żeby rzucić się na nieuczciwego sąsiada, ale inni natychmiast zwarli szereg i w ten sposób straciła miejsce... Tak oto zanim nadjechał autobus, kolejka znacznie zmalała.

Był to cudowny, lśniący złociście pojazd o heraldycznych barwach. Wydawało się, że nawet Kierowca promieniuje światłem. Do prowadzenia autobusu używał tylko jednej ręki, drugą natomiast wymachiwał przed sobą, jakby chciał rozpędzić lepkie opary deszczu. Na jego widok kolejka wydała gniewny pomruk:

– Wygląda na to, że przynajmniej  o n  się dobrze bawi, co?...

– Cholernie zadowolony z siebie...

– O, Boże! Czy ten facet nie mógłby zachowywać się  n o r m a l n i e? 

– Nawet nie raczy na nas spojrzeć... Za kogo on się uważa?... I jeszcze te złocenia i fiolety, według mnie to karygodne marnotrawstwo. Dlaczego nie dadzą chociaż części tych pieniędzy na potrzeby miasta?...

– Aż się prosi, żeby mu przyłożyć!

W twarzy Kierowcy nie dostrzegłem niczego, co mogłoby usprawiedliwiać wszystkie te uwagi, chyba że spowodował je majestatyczny i skupiony jej wyraz.

Moi współpasażerowie przepychali się do drzwi jak stado kur, chociaż miejsca było dla wszystkich pod dostatkiem. Wsiadłem ostatni. Tylko połowa miejsc w autobusie była zajęta; usiadłem na końcu, z dala od innych. Natychmiast jednak przysiadł się do mnie jakiś rozczochrany młodzieniec. Ruszyliśmy.

– Pomyślałem sobie, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu, jeśli się do pana przyłączę – powiedział. – Ma pan chyba do tego towarzystwa taki sam stosunek jak ja. Po co, u licha, jadą, nie mogę tego pojąć. Nie spodoba im się tam i na pewno byłoby im o wiele wygodniej w domu. Pan i ja to co innego.

Czy im się  p o d o b a  w tym mieście? – zapytałem.

– Jeżeli w ogóle może im się coś podobać – odparł. – Mają tu kina i bary z frytkami, i reklamy, i wszystko, czego chcą. Przerażający brak życia intelektualnego i m w ogóle nie przeszkadza. Jak tylko się tu dostałem, zrozumiałem, że zaszła jakaś pomyłka. Powinienem wyjechać od razu pierwszym autobusem, ale zamarudziłem trochę, bo starałem się jakoś obudzić tych ludzi. Odnalazłem kilku starych znajomych, żeby stworzyć coś w rodzaju klubu, ale oni wszyscy zniżyli się już do poziomu otoczenia. Nawet zanim się tu znalazłem, miałem pewne wątpliwości co do takich ludzi jak Cyril Blellow. Zawsze mi się wydawało, że używa niewłaściwych środków wyrazu. No, ale był przynajmniej inteligentny; można było od niego usłyszeć cenne uwagi, mimo że jego twórczość pozostawiała wiele do życzenia. Ale teraz nie zostało z niego nic oprócz zarozumiałości. Ostatnim razem, kiedy próbowałem przeczytać mu coś swojego... ale chwileczkę, chciałbym, żeby rzucił pan na to okiem.

Wzdrygnąłem się na widok grubego maszynopisu, który młodzieniec właśnie wyciągał z kieszeni. Wykrztusiłem coś o braku okularów i wykrzyknąłem:

– A to ci dopiero! Lecimy!

I tak było rzeczywiście. Sto czy dwieście metrów pod nami, na wpół ukryte za mgłą i strugami deszczu, ciągnęły się jak okiem sięgnąć dachy domów.


2

Nie byłem długo skazany na towarzystwo Rozczochranego Poety, bo inny pasażer przerwał nam rozmowę. Zdążyłem jednak dowiedzieć się całkiem sporo na jego temat. Okazał się człowiekiem wyjątkowo pokrzywdzonym przez los. Rodzice nigdy go nie doceniali, a w żadnej z pięciu szkół, do których uczęszczał, nie potrafiono zapewnić warunków odpowiednich dla jego wyjątkowego talentu i usposobienia. Na domiar złego należał do tego typu chłopców, wobec których system egzaminacyjny działa niesprawiedliwie i daje zupełnie absurdalne wyniki. Dopiero na uniwersytecie zaczął sobie zdawać sprawę, że jego cierpienia nie były dziełem przypadku, lecz wiązały się ściśle z panującym ustrojem. Kapitalizm nie tylko zniewalał robotników, ale także wypaczał gusty i wulgaryzował umysły, co przejawiało się w złym systemie oświaty i braku uznania dla młodego geniusza. To odkrycie spowodowało, że stał się komunistą. Jednak wybuch wojny i sprzymierzenie się Rosji z rządami kapitalistycznymi sprawiły, że raz jeszcze poczuł się wyobcowany. Musiał się sprzeciwiać obowiązkowi służby wojskowej z przyczyn światopoglądowych. W tym okresie swej kariery doznał upokorzenia, które – jak wyznał – odarło go ze złudzeń. Zdecydował, że najlepiej przysłuży się sprawie, jeśli wyjedzie do Ameryki, ale niedługo potem Ameryka również przyłączyła się do wojny. To właśnie wtedy w nagłym olśnieniu ujrzał Szwecję jako ojczyznę naprawdę nowej, radykalnej sztuki, jednak jego liczni prześladowcy nie chcieli umożliwić mu wyjazdu. Nie ominęły go kłopoty finansowe. Jego ojciec, który w swoich poglądach nigdy nie wzniósł się ponad ohydne wiktoriańskie filisterstwo, dawał na utrzymanie syna śmiesznie małe sumy. Na dodatek dziewczyna Poety potraktowała go okropnie. Miał ją za naprawdę dojrzałą i nowoczesną, a tymczasem ona zupełnie niespodziewanie okazała się kłębkiem burżuazyjnych uprzedzeń i monogamicznych instynktów. Nigdy nie znosił ludzi zaborczych i zazdrosnych. W końcu wyszło na jaw także jej skąpstwo. Miarka się przebrała. Rzucił się pod pociąg...

Aż podskoczyłem z wrażenia, ale on nie zwrócił na to uwagi.

Nawet wtedy, jak mówił, nie opuściła go zła passa. Wysłano go do tego szarego miasta. Oczywiście przez pomyłkę. Zapewnił mnie, że w drodze powrotnej spotkam w autobusie wszystkich pasażerów – ale jego wśród nich nie będzie. Miał zamiar „tam” zostać. Nie wątpił, że zmierza do miejsca, gdzie jego delikatny, krytyczny duch nie spotka się więcej z nieprzychylnością – tam nareszcie czeka go uznanie i zrozumienie. Tymczasem, ponieważ nie miałem przy sobie okularów, chciał mi przeczytać fragment, do którego tak bezdusznie odniósł się Cyril Blellow...

Przerwano nam w tej właśnie chwili. Jedna z przytłumionych kłótni, które stale toczyły się wśród pasażerów, rozgorzała na dobre. Wybuchła panika. Wyciągnięto noże i oddano kilka strzałów. Broń wydawała się jednak dziwnie niegroźna i gdy awantura ucichła, znalazłem się cały i zdrowy na innym siedzeniu, obok zupełnie innego podróżnego. Był to inteligentnie wyglądający człowiek o nieco bulwiastym nosie; jego głowę zdobił melonik.

Wyjrzałem przez okno. Znajdowaliśmy się teraz tak wysoko, że krajobraz pod nami zdawał się pozbawiony jakichkolwiek szczegółów. Nigdzie nie dojrzałem pól, rzek ani gór i miałem wrażenie, że szare miasto wciąż wypełnia pole widzenia.

– Diabelnie duże miasto – zagadnąłem. – Nic z tego nie rozumiem: dzielnice, które widziałem, były takie puste. Czy kiedyś mieszkało tu więcej ludzi?

– Och, nie – odparł mój sąsiad. – Rzecz w tym, że wszyscy są tacy kłótliwi. Jak tylko przyjeżdża ktoś nowy i osiedla się na którejś z ulic, wszczyna kłótnię z sąsiadami, i to zanim miną dwadzieścia cztery godziny od jego przyjazdu. Pod koniec tygodnia kłótnia jest już tak zawzięta, że nowo przybyły postanawia się przeprowadzić. Najczęściej przekonuje się, że ulica obok jest zupełnie pusta, bo wszyscy mieszkańcy też pokłócili się z sąsiadami i też się przeprowadzali. Tam więc zostaje. Jeżeli jakimś cudem na sąsiedniej ulicy jeszcze ktoś mieszka, nowo przybyły przenosi się dalej. Ale nawet gdyby został, i tak niewiele zyska, bo wkrótce znów się pokłóci i przeprowadzi gdzie indziej. W końcu wyniesie się na skraj miasta i zbuduje sobie nowy dom. Tutaj jest to bardzo proste: wystarczy tylko  p o m y ś l e ć  o domu i już jest. W ten sposób miasto wciąż rośnie.

– I coraz więcej ulic pustoszeje?

– Otóż to. I czas płynie tu jakoś dziwnie. Przystanek, na którym staliśmy, jest oddalony o tysiące kilometrów od Ratusza, gdzie trafiają wszyscy przybywający z Ziemi. Wszyscy, których pan tu widzi, mieszkają niedaleko przystanku, ale dotarcie w te okolice zajęło mi według tutejszego czasu całe stulecia: stulecia kolejnych przeprowadzek.

– A co z tymi, którzy przyjechali wcześniej? To znaczy, są przecież jacyś ludzie, którzy dotarli tu z Ziemi na długo przed wami?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com