Podwójna intryga  - Stella Cameron - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Podwójna intryga - Stella Cameron

Anglia, XIX wiek

John Elliot, markiz Granville, doświadczony wykonawca tajnych misji angielskiego rządu, zdobywa informację, kto stoi za tragedią jego krewnych. To Bernard Leggit, który wzbogacił się na podejrzanych transakcjach, jest winny śmierci kuzyna i kuzynki markiza oraz traumy, którą przeżyła ich córeczka. John postanawia uwieść młodą i piękną żonę Leggita, po czym ujawnić romans. Uważa, że okrycie niesławą aspirującego do arystokratycznych kręgów nuworysza będzie na początek  najlepszą zemstą. Hattie, zmuszona szantażem do małżeństwa z Bernardem Leggitem, porzuciła marzenia o miłości. Z trudem znosi obecność bezwzględnego, dużo starszego od niej mężczyzny, który zagroził, że puści z torbami jej rodziców, jeśli ona nie zgodzi się na ślub. Hattie żyje nadzieją, że kiedyś zdoła uciec od męża. Gdy poznaje uprzejmego i przystojnego markiza Granville`a, rozumie, że oto los podsuwa jej szansę… 

Opinie o ebooku Podwójna intryga - Stella Cameron

Fragment ebooka Podwójna intryga - Stella Cameron






Rozdział pierwszy

Do diaska z wdzięcznością! Natychmiast po opuszczeniu nieszczęsnej trumny zamierzał zeskoczyć z karawanu, powożonego przez ich, pożal się Boże, wybawcę, i pięścią wymierzyć mu sprawiedliwość. Pytanie tylko, czy zdoła wyjść z tego żywy.

A niech to czarci! – zaklął w duchu na następnym wertepie. Jeśli miał umrzeć, to przynajmniej znalazł się w odpowiednim miejscu o właściwym czasie.

Wzdrygnął się w ciemnościach, kiedy koła podskoczyły na kolejnej nierówności. Pojazd zatrząsł się tak mocno, jakby lada moment miał się rozpaść na drobne kawałki, grzebiąc pod sobą Johna Elliota, markiza Granville, wraz z jego małą kuzynką. Było słychać szum zacinającego deszczu i donośne zawodzenie porywistego wiatru. Wielki, czarny karawan ciągnęły konie, których kopyta hałaśliwie stukały na kamieniach.

Przytulona do piersi markiza dziewczynka nerwowo przycisnęła dłonie do uszu. John wiedział, że musi za wszelką cenę uchronić kuzynkę przed obrażeniami, które jej groziły podczas podróży tak niefortunnym środkiem transportu. Nie wolno mu było dopuścić do wyziębienia Chloe, a przecież oboje byli przemoknięci po przymusowej kąpieli w kanale La Manche, omal nie zakończonej ich utonięciem.

John objął Chloe w nadziei, że dzięki temu mała zdoła się uspokoić i nie wybuchnie płaczem. Musieli zachowywać się jak najciszej, gdyż nieustannie groziło im śmiertelne niebezpieczeństwo.

– Chloe? – wyszeptał jej do ucha. – Wujek John obiecuje, że niedługo będziemy bezpieczni. Zaufaj mi i trzymaj buzię na kłódkę.

John Elliot i Chloe Worth, jego sześcioletnia kuzynka, trafili do morza z winy pewnego bezlitosnego przemytnika, a następnie pod osłoną mgły zostali wyciągnięci z wody przez wyjętego spod prawa marynarza, samozwańczego herszta innej przemytniczej bandy. Młodzian ten, wysoki i chudy jak patyk, przedstawił się jako Albert i oznajmił im, że najlepszym sposobem ocalenia skóry jest udawanie trupa. Gdyby John był sam, po wyjściu na brzeg natychmiast salwowałby się ucieczką, lecz w zaistniałych okolicznościach wolał nie narażać dziecka na dodatkowe niebezpieczeństwo.

Albert zostawił niedoszłych topielców, lecz prędko powrócił i obiecał, że ich uratuje. Był przekonany, że nikt poza nim nie wie o tym, iż John i jego podopieczna nadal żyją. Przetransportował ich wozem do gospody na uboczu, gdzie kazał im położyć się w załadowanej na karawan trumnie i oświadczył tubalnym głosem, że „nikt nie ośmieli się zatrzymać umarłego w drodze na cmentarz”.

Trumna wydawała się niewymiarowa. Co prawda, John był ponadprzeciętnie wysoki i mocno zbudowany, a na dodatek podróżowało z nim dziecko, nie mógł jednak wyobrazić sobie, by którykolwiek znany mu dorosły wygodnie zmieścił się w tej skrzyni. Po krótkim namyśle przyszło mu do głowy, że tę nietypowo głęboką trumnę zbito zapewne z myślą o niezwykle ciężkiej niewieście.

W drodze Albert nieustannie mamrotał bez sensu o tym, jak to niejaka Śnieżynka da mu nauczkę, bo nie przytaknął innym, kiedy twierdzili, że „cholerny stary Leggit” zrobił, co trzeba.

W pewnej chwili karawan wyraźnie zwolnił i mocno się zakołysał.

– Stój! Stój, powiadam! – rozległ się agresywny męski głos i dodał coś, czego nie dało się zrozumieć.

Tyle tytułem poszanowania majestatu śmierci, pomyślał John.

Karawan zatrząsł się ponownie, koła zazgrzytały na wybojach, a John poczuł, że pod dnem trumny przetaczają się jakieś ciężkie przedmioty. Czyżby to były beczułki z przemyconym alkoholem? Przeklęty Albert! Najwyraźniej przy okazji ratowania Johna i Chloe postanowił skorzystać ze sposobności i przeszmuglować część towaru. Jego chciwość mogła przekreślić szanse dwójki uciekinierów.

John dopiero teraz uświadomił sobie coś, co powinno być oczywiste od początku. Trumna była niezwykle głęboka po to, żeby pod jej dnem dało się przewozić kontrabandę. Nic dziwnego, że Albert zaproponował im właśnie tę drogę ucieczki.

Drgnął, słysząc huk wystrzału, i mocniej przytulił kuzynkę.

– Kazałem stać, do diaska! – ryknął nieznajomy głos. – Następnym razem poślę ci kulkę między oczy, nie nad głową!

– Nie masz szacunku dla zmarłych?! – zawołał

Albert. – Z drogi! Z drogi, człowieku!

– Kogo tam wieziesz, czyżby króla Jerzego z Bożej łaski?

John delikatnie przycisnął głowę małej do swojej szyi.

– Cichutko – szepnął. – Bądź cicho i nie płacz.

Dziecko zachowywało się wyjątkowo spokojnie, nawet nie pisnęło, odkąd znaleźli się na brzegu w jakimś nieokreślonym miejscu w południowej Anglii. John nie miał pojęcia, gdzie są teraz.

– Dobrze, że król cię nie słyszy – odezwał się Albert. – Lepiej nie kpij sobie z najjaśniejszego pana, bo pożałujesz. Zresztą, ja tam nie wiem, kto odszedł na łono Abrahama, tylko powożę. Krewni w żałobie czekają i dopiero dadzą mi do wiwatu, jak się spóźnię. Na pewno po mnie poślą – Młody człowiek wymownie zawiesił głos. – Skoro szanowny pan sobie życzy, to niech zajrzy, trumna jeszcze nie zabita gwoździami.

John uśmiechnął się półgębkiem, podziwiając tupet Alberta. Pistolet zgubił w wodzie, więc w razie problemów mógł jedynie udawać trupa, a następnie

„powstać z martwych”, wyjąc ile sił w płucach.

Liczył na to, że jeśli do tego dojdzie, element zaskoczenia zadziała na jego korzyść.

Chloe rozluźniła i ponownie zacisnęła drobne palce na koszuli Johna, który niezdarnie pogłaskał dziewczynkę po włosach i zaczął szeptać uspokajające słowa. Deszcz tłukł o przesłonięte kirem okna karawanu, lecz mimo to usłyszał, jak ktoś zeskakuje z konia na ziemię.

– Przemyślałem to i zrobię tak, jak mówisz, przyjacielu – oświadczył nieznajomy. – Oddam honory temu, który odszedł z tego świata. Powiem ci jeszcze, że nigdy w życiu nie widziałem tak dziwacznego konduktu pogrzebowego. Nie ma sznura powozów, a ze służby jest tylko jeden młodzian, co to mu się ledwie wąs sypie.

John poruszył się i ułożył tak, jak w jego mniemaniu powinien spoczywać trup.

– Nawet nie drgnij – wyszeptał bez przekonania do Chloe.

Wiedział, że nic ich nie uratuje, jeśli jego podejrzenia okażą się słuszne i karawan wypełniony jest beczułkami z przemytu.

Rozległ się stukot kroków, po chwili drzwi z tyłu skrzypnęły i John zrozumiał, że wszystko zależy od niego. Był aż nadto świadom, że w grę wchodzi wyłącznie siłowe rozwiązanie. Ułożył się wygodnie na boku i lekko uniósł kolano, dotykając nim wieka trumny. Modlił się, by nie zabrakło mu sił w nogach, gdyż bardzo jej potrzebował, żeby raptownie wyskoczyć ze skrzyni i obezwładnić przeciwnika.

– Albercie! – rozległ się kobiecy krzyk. – Zaraz mi się będziesz tłumaczył z tego, co wyprawiasz.

Czyś ty postradał zmysły? Pozwalasz jakiemuś nicponiowi zakłócać spokój zmarłego? Trafisz prosto do piekła, a ja nieszczęsna razem z tobą. Ejże, ty tam!

Stój, człowieku! Ty... Ty hieno cmentarna, czarci pomiocie, ty...

– Śnieżynko... – wykrztusił bezradnie Albert, który ani na moment nie opuścił kozła. – To nie miejsce dla ciebie, ptaszyno...

– Trzymaj język za zębami i siedź, gdzie siedzisz, Albercie Parkerze – nakazała kobieta zwana Śnieżynką. – A ty, złoczyńco, trzymaj się z dala od karawanu. Mów, jak cię zwą, tylko nie kłam i nie kręć, bo mój ojciec i jego ludzie jadą tuż za mną i zjawią się lada moment. Spojrzą na twoją facjatę i od razu zapragną drzeć z ciebie pasy, zobaczysz...

– Nie musisz znać mojego imienia, dobra kobieto – przerwał jej nieznajomy. – Wiedz jednak, że pracuję jako wysłannik kapitana statku, napadniętego przez wyjętego spod prawa zbiega, który zwie się John Elliot.

Za jego głowę wyznaczono zacną nagrodę.

Śnieżynka zamilkła, a John westchnął z rezygnacją. Rzecz jasna, nie był winien żadnego przestępstwa. Cisza się przedłużała, nawet poczciwy Albert nie odzywał się ani słowem. Intuicja podpowiadała Johnowi, że Albert i Śnieżynka zachodzą teraz w głowę, czy przypadkiem nie połakomić się na nagrodę za jego schwytanie.

Nagle drgnął, słysząc rżenie podenerwowanego konia. Rozległy się odgłosy szamotaniny, ktoś wskoczył na konia, który ponownie zarżał, a zaraz potem pogalopował wraz z jeźdźcem.

– Śnieżynko! – krzyknął Albert. John drgnął i mocniej przytulił Chloe. – Coś ty zrobiła, ptaszyno?

Jak sobie dałaś radę?

– Nie zadawaj pytań, Albercie Parkerze, a nie usłyszysz kłamstw. Wścibski jesteś jak nie wiem co!

Tamten dżentelmen uznał, że powinien udać się do ważniejszych osób niż my. Powiesz mi wreszcie, co się tutaj dzieje?

– To na pewno robota Leggita, wspominałem ci już o nim – odparł Albert. – Ponoć zainwestował pieniądze w ten statek, co się dziś na niego natknąłem. Pewnie płaci też za inne statki i zgarnia majątek. Kapitan „Gratki” to człowiek Leggita i teraz trzęsie portkami ze strachu, bo widać już wie, że John Elliot żyje i wcale nie utonął. Z Leggita niegodziwiec nie lada, i w dodatku majętny.

– Albercie...

– Powiedz mi, co to było, Śnieżynko. Uczyniłaś coś koniowi, że uciekł?

– Może tak, może nie. Ruszaj z tą zawalidrogą i ukryj ją wśród drzew, łamago, a potem jazda do domu.

– Muszę dopilnować, żeby oni... Obiecałem, że będą bezpieczni. Powiedz lepiej, jak mnie znalazłaś?

– Dowiedziałam się od jednego z twoich opryszków, że będziesz jechał tą drogą, i to bynajmniej nie sam, ale ze zbiegiem. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby cały świat wiedział, którą trasę obrałeś. Ukryj karawan za domem Locka, a konie zostaw w jaskini.

– Już się robi – odparł Albert potulnie.

John zamknął oczy i przygotował się na jeszcze mniej komfortową jazdę niż dotychczas, z dala od utartego szlaku. Po kilku minutach podskoków na wybojach drzwi z tyłu powozu się otworzyły, a porywisty wiatr trzasnął nimi o boki karawanu.

John zamarł, gdy wieko trumny zaczęło się wolno przesuwać.

– Tylko spokojnie i ani słowa – usłyszał głos Śnieżynki. – Rób pan, co mówię, a nikomu nie stanie się krzywda.

Wieko osunęło się na podłogę, a trumnę wypełniło cudownie świeże powietrze.

– Wyłazić i milczeć. – rozkazała Śnieżynka. – Nie ma czasu do stracenia. Musimy stąd zniknąć, nim tamten błazen postanowi wrócić.

John ostrożnie uniósł głowę i pomyślał, że wcale by się nie zdziwił, gdyby ktoś mu ją od razu odstrzelił.

– Pan wyłazi, szybko!

– Chodź, Chloe, wychodzimy – powiedział jak najspokojniej. – Poznamy parę osób, które nam pomogą.

Poruszył zdrętwiałymi kończynami i ostrożnie wygramolił się z trumny. Jego wcześniejsze podejrzenia od razu się potwierdziły na widok beczułek z brandy, które wysunęły się z krępujących je sznurów.

John wziął kuzynkę na ręce, odsunął na bok kontrabandę i wyskoczył z pojazdu prosto w błoto aż po kostki. Noc była ciemna, bezksiężycowa, ale zdołał dostrzec krętą dróżkę do lasu. Po obu jej stronach wznosiły się wysokie drzewa, z których skapywał deszcz. Panował przenikliwy chłód, a przecież zziębnięta i mokra Chloe bezwzględnie musiała się ogrzać.

– Och, a co tu robi ta kruszyna? – zdziwiła się Śnieżynka, młoda kobieta tak niewysoka i krucha, że sama wyglądała jak dziewczynka. – Albercie, jesteś niemożliwie beznadziejny! Dlaczego nie powiedziałeś, że wieziesz dziecko?

– Próbowałem ukryć ich przed wrogiem, kwiatuszku – usprawiedliwiał się.

Śnieżynka ściągnęła z siebie pelerynę i otuliła nią Chloe.

– Już, wskakujcie na konia – zakomenderowała.

– Przecież nie odbiorę pani wierzchowca – zauważył kurtuazyjnie John.

Drobna, blada istota odrzuciła czarne włosy na plecy i z politowaniem spojrzała na markiza. Kiedy gwizdnęła, zza drzew natychmiast przygalopował koń, a Śnieżynka bez zwłoki dosiadła go na oklep.

– W drogę – rzuciła, poganiając zwierzę.

John nie potrzebował dodatkowej zachęty. Posadził Chloe na siwku, na którym przyjechała Śnieżynka, wdrapał się na niego i ruszył w głąb lasu.

Mamrocząc pod nosem, Albert pozostał przy karawanie, by posłusznie wykonać rozkazy Śnieżynki.


Rozdział drugi

Dom, do którego zajechali, okazał się zaskakująco przytulny, a do tego jasny i schludny.

– Piękny jedwab – pochwalił John, wskazując czerwony dywan leżący na kamiennej podłodze.

Tak gustowne wyposażenie wnętrza zdumiało go, lecz po chwili przypomniał sobie, czym zajmuje się Albert, a być może i ojciec Śnieżynki. – Mosiądz też niczego sobie.

Popatrzył uważnie na lśniące przedmioty ustawione na drewnianej półce nad kominkiem.

– Dziękuję. – Śnieżynka skinęła głową i spojrzała na niego uważnie. – Wysoki z pana jegomość, a w dodatku przystojny. Zaraz widać, że dżentelmen, nawet w tych mokrych łachach.

Na białym obrusie, rozłożonym na dużym stole, nakryto dla dwóch osób. Za uchylonymi drzwiami, które prowadziły do niewielkiego, przyległego do dużego pokoju pomieszczenia, John zauważył wąs kie łóżko. Roztańczone płomienie w kominku ogrzewały dom, a unoszący się w powietrzu smakowity aromat przypomniał Johnowi, że najwyższa pora coś przekąsić.

– Niechże pan zdejmie to ubranie – poradziła mu Śnieżynka. – Ja się zajmę dzieckiem.

John przekazał jej śpiącą Chloe, ale nie miał najmniejszego zamiaru rozbierać się w towarzystwie nieznanej sobie kobiety. Śnieżynka najpierw cierpliwie czekała, ale kiedy to do niej dotarło, cmoknęła ze zniecierpliwieniem, po czym rzuciła mu koc, który John zręcznie złapał.

– Wstydliwy pan, co? – Pokręciła głową. – No, dalej, niech się pan zasłoni, a potem owinie kocem i usiądzie przy kominku. Wysuszę ubrania.

Lekko poirytowany John bez słowa zastosował się do polecenia. Tymczasem Śnieżynka rozebrała Chloe, owinęła ją troskliwie miękką kołdrą i posadziła na kolanach Johna, po czym zajęła się rozwieszaniem mokrej odzieży blisko ognia. Gdy skończyła, zniknęła w kuchni, skąd wyłoniła się z tacą, na której stały trzy kubki. John dostał całkiem sporo zacnej brandy, a Chloe ciepłe mleko.

Śnieżynka przyciągnęła stołek i usiadła nieopodal. Ciemne loki sięgały aż do pasa, cera była bardzo blada, oczy zaś duże i brązowe. Dziewczyna wydawała się niezwykle atrakcyjna, choć John zazwyczaj nie gustował w tak kruchych istotach. Tymczasem ona wzięła do ręki kubek, także pełen brandy, i wycelowała wskazujący palec w Johna.

– Zaraz powiem, jak to tam z nami i z panem jest – oznajmiła swoim charakterystycznym niskim głosem, który bardziej pasował do niewiasty znacznie potężniejszej postury. – Jak się pomylę, pan przerwie i poprawi, nie ma czasu na miłe pogaduszki.

Tylko najpierw proszę pomóc małej wypić mleko.

John posłusznie przytknął kubek do ust Chloe i skłonił ją do przełknięcia kilku łyków, a tymczasem Śnieżynka przedstawiła swoją wersję wydarzeń.

– Albert nie jest przemytnikiem z krwi i kości – zaczęła. – To znaczy, myśli, że szmugler z niego całą gębą, herszt groźnej bandy, ale po mojemu w ogóle się do tego nie nadaje. Za to nie brak mu rozumu i powinien coś z tym zrobić. Kiedy znajdzie sobie dobry zawód, kto wie, może za niego wyjdę.

John odchrząknął. Brandy smakowała wybornie, a do tego poczuł niezrozumiałe zadowolenie, że Albert jeszcze nie dobrał się do Śnieżynki.

– Pozwalam mu czasem zrobić parę kursów, żeby zebrał trochę pieniędzy i się ustawił. Wieczorem był pan na statku, chyba się „Gratka” nazywa.

Widział pan coś, czego nie powinien, i postanowili pana zatłuc. Pewno ta mała to pańska córka i oboje wpadliście jak śliwki w kompot. Teraz pana ganiają, bo za dużo pan wie, i jeśli pan nie ucieknie, to pana ukatrupią.

– Całkiem nieźle – pochwalił ją John. – Tyle że to nie moja córka, a kuzynka. Ma na imię Chloe i nazywa mnie wujkiem.

– Płynął pan z Francji. – Zerknęła na Chloe. – Gdzie są jej...

John pośpiesznie przyłożył palec do ust, żeby uciszyć Śnieżynkę. Nadal było za wcześnie na rozmowę o rodzicach Chloe, czyli o kuzynach Johna. Śnieżynka w lot pojęła, w czym rzecz, i wyraźnie się zasmuciła.

– Dokąd się pan wybiera? – spytała po chwili.

– A gdzie mieszka Leggit?

Śnieżynka zrobiła wielkie oczy.

– Albert powiedział panu o Leggicie? Ani chybi – dodała, nie czekając na odpowiedź. – Bernard Leggit to nadęty pyszałek, kupiec z Bath, i tam właśnie mieszka, razem z młodą, piękną żonką. Nie widziałam jej, ale Albert mi mówił, że bardzo urodziwa. Jest tak młoda, że mogłaby być wnuczką Leggita, a on uważa ją za swoją najcenniejszą własność. Obnosi się z nią wszędzie tylko po to, by ludzie wiedzieli, że nic mu nie brakuje, rozumie pan?

John słuchał w milczeniu.

– Albert zna rozmaite historie – ciągnęła Śnieżynka. – Ma kompana, który wie to i owo o tym i o tamtym, i chętnie powtarza Albertowi, co trzeba.

Ludzie powiadają, że żona Leggita wyszła za niego dla pieniędzy. Ten cały Leggit umiera ze strachu, że ona go pohańbi przed tymi jego wypacykowanymi kompanami. Swoją drogą, ponoć niewiele się od niego różnią.

– Jak mogłaby go pohańbić?

– Tego akurat nie wiem – przyznała niechętnie Śnieżynka. – Albert kombinuje, że biedaczka musi udawać, jak to go strasznie kocha, bo inaczej stary cap grozi, że ją ukarze. Zmusza ją do tego, i tyle.

Drzwi wejściowe się otworzyły i do środka wszedł Albert, poprawiając przekrzywione na nosie okulary. Był szczupły i wysoki, miał inteligentną twarz, a jego proste, płowe włosy sterczały na wszystkie strony. Śnieżynka zerwała się z miejsca i podbiegła do niego, żeby podprowadzić go do kominka.

– To była twoja ostatnia wyprawa – zapowiedziała i uniosła rękę, kiedy otworzył usta, żeby zaprotestować. – Mówię poważnie. Teraz znajdziesz sobie przyzwoite zajęcie i chyba wiem, gdzie go szukać.

Albert i John popatrzyli na nią z wyraźnym zainteresowaniem.

– Pan... – Zawiesiła głos i skierowała wzrok na Johna.

– Elliot. John Elliot – pośpieszył z wyjaśnieniem.

– Otóż pan Elliot potrzebuje asystenta, człowieka uczonego w piśmie, o wielce przenikliwym umyśle. To, wypisz, wymaluj, ty, Albercie, i z tego względu pojedziesz razem z panem Elliotem do Bath. – Słusznie się domyśliła, że John nieprzypadkowo pytał o siedzibę Leggita. – Pan Elliot będzie urządzał sobie dom i chętnie skorzysta z twojej pomocy. Na miejscu znajdziesz mu stosowne pokoje, dobrego krawca, piastunkę dla małej. Poza tym czeka cię jeszcze mnóstwo innych obowiązków.

Dobrze mówię, szanowny panie?

John nie zamierzał sugerować, że w propozycji Śnieżynki nietrudno wyczuć nutę szantażu.

– Bardzo dobrze – odparł.

– Zamierza pan dostać się do Bath, czyż nie?

– Zdecydowanie. Szczęśliwie, mam w tym mieś cie dom. Co prawda, nie byłem w nim od roku, może dłużej, ale mieszkają tam moje dwie niezamężne ciotki.

– Och... – Najwyraźniej Śnieżynka nie spodziewała się, że John ma w Bath dom, w dodatku urządzony i zamieszkany. To niewątpliwie zmniejszało szansę Alberta na zdobycie dobrej posady.

– Ciotki są już w podeszłym wieku, podobnie jak służba – dodał John, nie chcąc Śnieżynki pozbawiać nadziei. – Rzeczywiście potrzebuję kogoś, na kim można polegać.

– Nie mogę tak po prostu wyjechać! – zaoponował Albert.

– Możesz i wyjedziesz. Masz okazję naprawić to, co zepsułeś. Dopiero wtedy pozwolę, żebyś poprosił mnie o rękę.

– Przecież już raz to zrobiłem – zauważył zdezorientowany Albert.

– Tak, ale teraz będziesz miał prawo poprosić mnie jeszcze raz i może tym razem przyjmę twoje oświadczyny – powiedziała. – Przede wszystkim jednak musicie ogrzać się i wyschnąć. Zapasy załadujemy do tego ładnego powozu, którym nie mogę jeździć, bo miejscowi by wydziwiali. Potem się pożegnamy. Ruszycie na północ, prosto do Bath, i to przed świtem.

Wyglądało na to, że Albert przestał racjonalnie myśleć, kiedy ukochana zasugerowała, że ich ślub jest możliwy. Stał niczym słup soli, z niemądrym uśmiechem na twarzy i rozmarzonym spojrzeniem wodził za dziewczyną.

– Dziękuję. – John popatrzył na Śnieżynkę. – Szybko przygotujemy się do wyjazdu.

Bernard Leggit, kupiec z Bath, był mu znany, gdyż doprowadził do śmierci jego kuzyna i kuzynki.

Nie ulegało wątpliwości, że gdy tylko Leggit dowie się o ucieczce Johna i Chloe, natychmiast wyda rozkaz ich zamordowania. Markiz Granville obracał się w kręgach arystokracji i miał świadomość, jak daleko mogą się posunąć chorobliwie ambitni i chciwi ludzie, aspirujący do wyższych sfer. Z natury nie był mściwy, lecz sprawiedliwości musiało stać się zadość, dlatego właśnie wybierał się do Bath.

Nadeszła pora, by Leggit poniósł konsekwencje swojej zbrodni.

– Z chęcią przyjmę twoją pomoc – zwrócił się do Alberta. Uważał się za znawcę charakterów, a młodzieniec nie zdradził go nawet wtedy, gdy pojawiła się perspektywa błyskawicznego zarobku. – Pośpieszmy się, wkrótce musimy być gotowi do drogi.

John bardzo liczył na to, że pani Leggit rzeczywiście jest tak urodziwa, jak powiadano, i że ulegnie jego męskiemu urokowi. Najwyraźniej to młoda żona jest piętą achillesową Leggita. Ktoś taki jak ona mógł ogromnie pomóc Johnowi w planie zemsty.

Nieświadomie, rzecz jasna.


Rozdział trzeci

– Beo, bardzo cię proszę, przestań się tu kręcić – poleciła Hattie Leggit. – Wprowadzasz nerwową atmosferę.

Pokojówka Bea nic na to nie odrzekła, lecz nie przestała krążyć dookoła swojej pani, która malowała akwarelę na ustawionym na niewielkich sztalugach płótnie. Co chwila podnosiła wzrok, by obserwować spacerujących po moście Pultney ludzi i jak najwierniej odtworzyć eleganckie suknie dam, ich kosztowne peliski, anglezy po obu stronach twarzy, słomkowe kapelusze przystrojone barwnymi piórami oraz wstążkami z atłasu, a także zdobione koronką parasolki. Damom zazwyczaj towarzyszyli przystojni, odświętnie ubrani dżentelmeni.

– Beo, czy nie rozumiesz, że zasłaniasz mi widok? Jak mam malować scenkę rodzajową, by zadowolić panią Dobbin, skoro zupełnie nie widzę, co robię?

Pani Dobbin była przewodniczką w tak zwanych poszukiwaniach artystycznych dla dam, ponadto pełniła rolę jej doradczyni i nauczycielki. Pokojówka nieprzerwanie dreptała w kółko, choć nieco zwolniła kroku i widać było, że stara się chodzić na palcach.

– Dość! – krzyknęła zniecierpliwiona Hattie. – Zechciej wreszcie usiąść tam, na murku, i koniecznie popraw czepek, by chronić twarz przed słońcem.

– Przykro mi, proszę pani. – Bea, krzepka, niebieskooka dziewczyna z Dorset, szerzej rozstawiła nogi w czarnych trzewikach. – Pan Leggit zmyłby mi głowę, gdybym nie została przy pani. Nie wypada, żeby dama samotnie tkwiła na ulicy.

Hattie spojrzała przed siebie. Po drugiej stronie wąskiej ulicy stał Mead, zwalisty stangret Leggita, i uważnie ją obserwował.

– Jestem mężatką – oznajmiła. – Poza tym wcale nie będę sama, skoro usiądziesz tuż obok, a Mead ani na chwilę nie spuszcza nas z oczu. Nie jest przy tym specjalnie dyskretny, sama przyznasz.

– Stara się, jak może, proszę pani. To porządny człowiek i poważnie traktuje obowiązki. – Bea zerknęła w górę, a potem na chlebodawczynię. – Musimy uważać na pani skórę.

– Dziękuję. – Hattie postanowiła jej nie przypominać, że siedzi w głębokim cieniu. – A teraz bardzo cię proszę, znieruchomiej wreszcie i pozwól mi się skupić.

Czuła, że lepiej będzie się nie kłócić i zachować daleko idącą ostrożność. Obecnie Leggit pozwalał jej wychodzić z domu, kiedy tylko chciała, pod warunkiem, że towarzyszyła jej Bea bądź pani Dobbin.

– Boję się, że biała suknia pochlapie się farbą – zauważyła zatroskana pokojówka.

Było to całkiem prawdopodobne, jednak Hattie nic nie mogła na to poradzić. Gdyby Leggit nie zabronił jej pojawiać się publicznie w malarskim fartuchu, z pewnością osłaniałaby nim strój. Westchnęła ciężko i doszła do wniosku, że wreszcie musi stawić czoło mężowi, który oczekiwał od niej absolutnego posłuszeństwa. Chciał, żeby podziwiali ją jego kompani, gotowi bezustannie powtarzać mu, jakim jest szczęściarzem, skoro w sześćdziesiątym piątym roku życia może cieszyć się dwudziestojednoletnią żoną. Nieraz słyszał od nich, że powinien ją rozpieszczać na każdym kroku i pilnować jak oka w głowie. Potem, dyskretnie wymieniając porozumiewawcze spojrzenia, dodawali, że całe Bath chętnie świętowałoby wiadomość o narodzinach jego syna. Naturalnie, nie kto inny, tylko właśnie Hattie miała urodzić dziedzica.

Poczuła, jak jej policzki czerwienieją, a ciało przeszywa zimny dreszcz. Musiała ciężej popracować nad planem przechytrzenia Bernarda Leggita i uwolnienia się od jego osoby. Nagle drgnęła, kiedy mijający ją powóz przejechał niebezpiecznie blisko chodnika, i wstała. Bea natychmiast do niej podbiegła.

– Czy uważasz, że Mead to atrakcyjny mężczyzna? – spytała Hattie, całkowicie świadoma, że jej słowa zabrzmiały raczej zuchwale.

– Mead? – Pokojówka wydawała się wstrząśnięta. – Sama nie wiem, proszę pani.

– Niewątpliwie sporo o tobie myśli.

Dziewczyna dyskretnie zerknęła na stangreta i od razu odwróciła wzrok.

– Widzisz? – triumfowała Hattie. – Bezustannie wpatruje się w ciebie. Weź, proszę. – Wydarła kartkę ze szkicownika i pośpiesznie coś na niej napisała, po czym wręczyła ją pokojówce. – Zanieś to Meadowi. Muszę dokończyć zadanie, które wyznaczyła mi pani Dobbin.

Niepewne spojrzenie pokojówki krążyło między stangretem a Hattie, jakby próbowała ona oszacować, ile czasu zajmie jej doręczenie wiadomości i powrót na stanowisko. Po chwili wahania ruszyła ku Meadowi, zręcznie lawirując między ludźmi i zaprzęgami.

Do mostu zbliżał się ciemnozielony powóz, ciągnięty przez dwa piękne wierzchowce. Hattie od razu zwróciła na niego uwagę, gdyż był równie szykowny jak pojazd jej męża, a do tego widniał na nim rodowy herb. Nagle uświadomiła sobie, że pasażer bacznie się w nią wpatruje, więc pośpiesznie skierowała spojrzenie na obraz.

Ekwipaż zatrzymał się przy Meadzie i Bei, całkowicie ich zasłaniając. Drzwi od strony Hattie się otworzyły i ze środka wychylił się atletycznie zbudowany, wysoki mężczyzna w eleganckim surducie. Nie czekał, aż stangret opuści schodki, lecz od razu zeskoczył na chodnik. Hattie ponownie skupiła wzrok na akwareli, gdyż znienacka przyszło jej do głowy, że odrobina złota na dachu kościoła zdecydowanie rozjaśni kompozycję. Zanurzyła pędzel w farbie i zabrała się do poprawiania obrazu.

– Dzień dobry pani – rozległ się niski głos za jej plecami. – Mam przyjemność z panią Leggit, prawda?

Po namyśle odgadła, kim jest nieznajomy z powozu. To markiz Granville, o którego przyjeździe do Bath plotkowano już od ubiegłego tygodnia. Ten młody, bogaty i przystojny kawaler rozbudził emocje i wyobraźnię wielu matek i córek, marzących o doskonałej partii.

Markiz czekał cierpliwie na jej odpowiedź, choć bez wątpienia wiedział, że bez przyzwoitki żadna zamężna dama nie powinna wdawać się w rozmowę z człowiekiem nieznanym jej małżonkowi.

Hattie uważała jednak, że pewne siebie kobiety cieszą się znacznie większym szacunkiem otoczenia niż potulne trusie, które boją się otworzyć usta.

– Dzień dobry, wasza lordowska mość – odrzekła rezolutnie. – Z herbu na powozie wnioskuję, że mam do czynienia z markizem Granville’em. Nie mylę się, prawda? Na mieście dużo się mówi o panu.

Pozwolę sobie zasugerować, aby już teraz przygotował się pan na odebranie licznych zaproszeń.

– Wygląda pani niezwykle – oświadczył nieznajomy, jakby nie dotarło do niego ani jedno jej słowo. – Do tej pory nie widziałem włosów o podobnej barwie. Nie są ani miedziane, ani brązowe, ani blond. Prezentują się po prostu wspaniale.

Hattie pochyliła się nad paletą, by ukryć rumieniec. Cóż interesującego mógł ujrzeć w niej ten wytworny arystokrata? Czyżby przystanął wyłącznie po to, żeby prawić jej dusery? Wiedział przecież, że jest mężatką. Może kierowały nim niskie pobudki?

Z pewnością nie...

John stał z założonymi rękami i wpatrywał się w czubek słomkowego kapelusza pani Leggit, z zielonym piórkiem w takim samym odcieniu jak peliska. Ta młoda kobieta albo miała świetny gust, albo pierwszorzędnego doradcę. Zdjął kapelusz, a wtedy łagodny wiatr potargał jego gęste, ciemne włosy i jednocześnie musnął loki pani Leggit, które naprawdę wydały mu się fascynujące. Nieszczery flirt nie leżał w naturze Johna i dlatego musiał przypomnieć sobie, w jakim celu tak się zachowuje.

Miał do czynienia z kobietą pozbawioną wyższych uczuć, zwykłą oportunistką, która sprzedała swoje wdzięki zamożnemu starcowi.

– Znakomicie wygląda pani w zieleni i bieli – zauważył. – Jakiego koloru są pani oczy?

Hattie spojrzała prosto na Johna.

– Nie zostaliśmy sobie przedstawieni, a jednak wnioskuję, że nie jestem panu zupełnie obca, wasza lordowska mość – oświadczyła.

– To prawda – przyznał. – Znamy się z tych samych źródeł, droga pani, a mianowicie oboje znaleźliśmy się na językach zacnych mieszkańców Bath. Proszę mi wybaczyć obcesowość, ale gdy panią dostrzegłem, w porywie serca postanowiłem zatrzymać powóz, aby skorzystać z okazji i się przedstawić. Ze wstydem przyznaję, że pragnąłem na własne oczy się przekonać, czy rzeczy wiście jest pani tak piękna, jak głosi stugębna plotka.

Teraz już wiem, że uroda pani nie ma sobie równych.

Pomyślał, że niespecjalnie przesadził, i uśmiechnął się do Hattie.

– Proszę sobie darować te zbędne komplementy. Jestem tu w towarzystwie pokojówki oraz stangreta – oznajmiła. – W tej chwili zasłania ich pański powóz – pospieszyła z wyjaśnieniem.

– Czy mam ich przywołać? – zapytał.

Był świadom, że nie wolno mu posuwać się za daleko. Zdołał wzbudzić zainteresowanie tej kobiety, czyli początek znajomości należało uznać za udany.

– Nie trzeba, wasza lordowska mość. – Hattie machnęła ręką i zaśmiała się szczerze, choć z lekkim zakłopotaniem. – Pragnęłam jedynie, by miał pan świadomość, że nie jestem tu zupełnie sama.

– Dba pani o konwenanse. – Pochylił się ku niej i dodał cicho: – Z mojej strony nic pani nie grozi.

Jestem nudnym jegomościem, podobno łatwym do rozgryzienia i całkowicie niezdolnym do flirtu.

Zaśmiała się ponownie, choć tym razem zabrzmiało to nieco pogardliwie. John doszedł do wniosku, że musi uważać na każde słowo. Ta młoda osóbka myślała szybko i trzeźwo, co znaczyło, że jeśli sama nie zechce, trudno ją będzie schwytać w pułapkę.

– Tak, tak, proszę się ze mnie naśmiewać – rzekł z udawanym przygnębieniem. – Moje kruche poczucie własnej wartości przywykło do bolesnych ciosów.

– Niech pan przestanie robić taką zbolałą minę, wasza lordowska mość. Być może jest pan świa dom, skąd się wywodzę. Dlatego brak mi niezbędnej ogłady i popełniam gafy. Usłyszałam od pana wiele komplementów, za które dziękuję.

John wyciągnął rękę i zaczekał, aż pani Leggit położy palce na jego dłoni. Wtedy delikatnie uniósł je do ust i pocałował, nie zważając na kolorowe plamy farby na bladej skórze.

– Proszę pani! – zawołała Bea z drugiej strony ulicy. – Już idziemy!

– A to pech – szepnęła Hattie.

John wyprostował się i popatrzył na nią uważnie.

– Proszę przekazać mężowi, że spotkaliśmy się dzisiaj i że chętnie spędzę z nim trochę czasu – powiedział. – Mieszkam w Worth House, razem z kuzynką i dwiema siostrami matki. Nadszedł czas, bym zajął się domem i zadbał o krewne.

– Och, ma pan na myśli dziecko, które z panem przyjechało. – Pokiwała głową. – Uprzedzałam, że ludzie dużo o panu plotkują.

– Dziecko ma na imię Chloe. Sprowadziłem ją z Francji, żeby popracowała nad angielszczyzną.

Z pewnością panią polubi. Zachwyci ją pani niezrównana uroda i czarująca osobowość.

– Ej, ty tam! – zagrzmiał z oddali Mead. – Lepiej się odsuń, człowieku! Nie próbuj nic robić, jeśli wiesz, co dla ciebie dobre!

– Właśnie! – zawtórowała mu Bea.

– To stangret i pokojówka. – Hattie zerwała się z taboretu, a John poczuł zapach wody różanej. – Proszę się nie obawiać, wasza lordowska mość, zaraz oboje utemperuję.

Mead potknął się o krawężnik, zachwiał i wyglądało na to, że upadnie na kamienne płyty chodnika. W ostatniej chwili zatrzepotał rękoma i odzyskał równowagę. Bea ukryła się za jego szerokimi plecami. Niewiele brakowało, a John wybuchnąłby gromkim śmiechem.

– Ani słowa – rozkazała służbie Hattie. – Lepiej, żebyście nie przynieśli mi wstydu.

– Proszę pani, znam swoje obowiązki – usprawiedliwiał się stangret. – Pan Leggit płaci mi, żebym przeganiał wszystkich, co się ośmielą zagadać do pani.

– To najszczersza prawda, proszę pani – przytaknęła Bea. – Pan Leggit właśnie tak polecił.

John milczał, choć zrobiło mu się żal wyraźnie zakłopotanej młodej kobiety. Musiał grać narzuconą sobie rolę, jeśli chciał zaprzyjaźnić się z Leggitem i doprowadzić plan do końca.

– Jestem zażenowana waszym zachowaniem.

Macie przed sobą markiza Granville’a, który przyjechał do Bath, by odwiedzić ciotki. Pan Leggit ma nadzieję, że markiz zechce zajrzeć do Leggit Hall.

Przeproście za swoją nieuprzejmość, jeśli nie chcecie dostać zasłużonej bury od pana Leggita. Jak wiecie, potrafi być nieprzyjemny.

– Przepraszam, jaśnie panie – wykrztusił skonfundowany stangret, ale nie ośmielił się spojrzeć markizowi w oczy.

– Tak, jaśnie panie, najmocniej przepraszamy – zapewniła Bea, ani na moment nie opuszczając bezpiecznej kryjówki za plecami Meada.

– Powinniśmy się pospieszyć, nim po nas poślą – oświadczyła pani Leggit.

Powiodła wzrokiem po blaszanych wiadrach pełnych kwiatów, sprzedawanych przed pobliskim sklepem. John zerknął na chłopca, który poprawiał kwiaty i dolewał wody do pojemników. Skinął na niego i wskazał wiadro pełne żółtych róż. Młody sprzedawca natychmiast zabrał się do wyciągania jednego kwiatu po drugim, lecz John pokazał mu na migi, że chce wziąć cały bukiet. Kwiaciarz sprawnie owinął pęk róż papierem i podbiegł do Johna, który przyjął wiązankę, zapłacił i wręczył kwiaty pani Leggit. Nie był pewien, czy nowa znajoma odda mu róże, czy też ciśnie je na chodnik. Na szczęście nie zrobiła ani jednego, ani drugiego.

– Dobrze pan wie, że nie mogę przyjąć bukietu – powiedziała z westchnieniem. – Dziękuję za miły gest, wasza lordowska mość, ale lepiej będzie, jeśli zabierze pan róże.

– Co z nimi pocznę? Gwarantuję, że pan Leggit nie będzie miał nic przeciwko temu.

Hattie zmarszczyła brwi i głęboko odetchnęła, jakby zabrakło jej powietrza. John domyślił się, że ujrzała coś niepokojącego za jego plecami, wolał się jednak nie odwracać, by nie pogarszać sytuacji.

– Czy pani dobrze się czuje? – spytał.

Skinęła głową, ale był pewien, że to nieprawda.

Oboje służący wyciągnęli szyje, żeby sprawdzić, na co patrzy ich pani, i gwałtownie pobledli.

– Proszę pani? – wymamrotała pokojówka. – On coś powie, dobrze pani wie, że tak zrobi.

– Co racja, to racja – przytaknął Mead. – Pani wie, jaki jest.

John bardzo pragnął się dowiedzieć, kogo dotyczy rozmowa, lecz taktownie milczał.

– Na nas już czas, wasza lordowska mość – oznajmiła pani Leggit i zabrała się do pakowania pędzli i farb. – Z pewnością przekażę pańskie ukłony mężowi. Życzę miłego dnia.

Bea pośpieszyła jej z pomocą, ale Mead nawet nie drgnął, zapatrzony w dal.

– Nic dobrego z tego nie wyniknie – powiedział. – Obym się mylił.

John uznał, że nie pozwoli się tak łatwo zbyć.

Odwrócił się w poszukiwaniu osoby, która sprowokowała tak nerwową atmosferę, i natychmiast zauważył powożony przez piękne konie ekwipaż o barwie burgunda, stojący za jego powozem.

Zgarbiony stangret trzymał luźno wodze i wpatrywał się w ziemię. W oknie powozu John ujrzał bladą twarz mężczyzny, który uważnie na niego spoglądał

– Któż to taki? – zwrócił się John do pani Leggit.

– Nie wiem, o kim pan mówi – oświadczyła, błyskawicznie odwróciwszy wzrok od zaprzęgu.

– Mead, zechciej zabrać taboret oraz sztalugi, i nie zapomnij o stoliku. Farby wezmę sama. Nie miałam pojęcia, że zrobiło się tak późno.

– Dopiero minęło południe – zauważył John. – Przelękła się pani mężczyzny w powozie.

– Proszę zamilknąć, wasza lordowska mość. Jeśli dobrze mi pan życzy, niech pan natychmiast odej dzie. Być może już jest za późno, ale niech pan nie pogarsza sytuacji.

– Wobec tego życzę miłego dnia. Mam nadzieję, że cieszy się pani na... Och, przecież nie było pani w domu, więc nie ma pani o niczym pojęcia.

Dzisiejszego ranka odwiedziłem zacnego męża pani, który przyjął ode mnie zaproszenie na sobotnią kolację. W towarzystwie moich bliskich, rzecz jasna.


Rozdział czwarty

Lionel Smythe zjawił się przed głównym wejściem do Leggit Hall tuż przed Hattie. Ukryta w eleganckim powozie, podarunku od pana Leggita, patrzyła, jak Smythe wysiada z ekwipażu.

– Czy coś powie, sama pani wie o czym? – zaniepokoiła się Bea.

– Pan Smythe stanowi poważny problem – orzekła po namyśle Hattie. – To zwykły drań i szpieg, gotów pleść panu Leggitowi bzdury na mój temat, byle tylko zaskarbić sobie jego wdzięczność.

Z pogardą wpatrywała się w Smythe’a, który znieruchomiał w połowie schodów przed drzwiami wejściowymi do budynku. Był wysoki i chudy, a jego rzadkie siwe włosy wystawały spod ronda kapelusza. Odwrócił się i popatrzył na nią z nieskrywaną niechęcią, po czym wszedł do domu. Cienkie jak patyki nogi w niemodnych spodniach w paski kojarzyły się jej ze szczudłami.

– Trzeba się pozbyć róż – poradziła pokojówka. – Pan Smythe powie pani mężowi, od kogo je pani dostała.

– Tak właśnie uczyni. A ja podkreślę, że to szczera prawda. Nie potrafię kłamać, wolę mówić prawdę prosto w oczy, nawet jeśli kłamstwo byłoby lepsze dla nas wszystkich.

– Wiem, proszę pani – odrzekła z westchnieniem Bea.

Z domu wybiegł lokaj w liberii, by otworzyć drzwi powozu i pomóc Hattie wysiąść. Wydawał się przygnębiony, co było najzupełniej normalnym stanem wszystkich służących pana Leggita.

– Dzień dobry pani – powiedział. – Ufam, że obraz wypadł doskonale, a pogoda sprzyjała pracy.

– Rzeczywiście, było bardzo ładnie – przyznała Hattie.

Wręczyła bukiet żółtych róż lokajowi, a następnie przygładziła piórko u kapelusza i obciągnęła rękawiczki. Ogromny gmach Leggit Hall piętrzył się przed nią złowieszczo, strzeżony przez gargulce o szeroko rozwartych paszczach. Budynek ożywał tylko wtedy, gdy jego właściciel wyprawiał słynne na całe Bath przyjęcia. Wówczas zjawiały się tutaj tłumy hałaśliwych gości, ubranych niegustownie, choć z przepychem. Trunki lały się strumieniami, a co poniektórzy rozochoceni biesiadnicy dochodzili do wniosku, że powinni jak najszybciej uwolnić się od niewygodnej odzieży. Tak przynajmniej Hattie słyszała od pokojówki, gdyż mąż nalegał, by przy tych okazjach młoda żona pozostawała w swoich pokojach.

– Chodź, Beo – powiedziała Hattie, biorąc róże od lokaja.

– Może zabiorę kwiaty i je wyrzucę? Jak mnie kto spyta, powiem, że jakiś obcy wepchnął je nam na siłę.

– Nie ma potrzeby. Przed chwilą tłumaczyłam ci, jak bardzo nie znoszę kłamstw. Poza tym pamiętaj, że pan Leggit dowie się o kwiatach od pana Smythe’a, a wtedy wyszłoby na to, iż mam coś do ukrycia.

Podążyła za lokajem po marmurowych schodach, minęła dębowe, wykończone mosiądzem drzwi i weszła do przepastnego holu.

We wczesnej młodości, a nawet na krótko przed złowieszczym ultimatum pana Leggita, Hattie marzyła o ślubie i dzieciach z ukochanym małżonkiem.

Wyobrażała sobie, że pozna przyzwoitego mężczyznę, który obdarzy ją miłością i dla którego najważniejsze w żonie będzie to, jaka jest, a nie, jak się prezentuje. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna od jej oczekiwań. Pan Leggit oznajmił bez ogródek, że Hattie wpadła mu w oko i że jeśli nie zgodzi się go poślubić, jej rodziców czeka bankructwo. W takiej sytuacji nie pozostało nic innego, jak ulec szantażowi.

Drzwi wejściowe zatrzasnęły się z donośnym hukiem.

– Och, jest pani nareszcie! – zawołała pani Sylvia Dobbin, ubrana w elegancką czarną suknię. Z wyciągniętymi rękami podbiegła do Hattie. – Wszędzie hałas i harmider, służący biegają po schodach na górę i na dół, krawcowa i jej pomocnice na panią czekają, a jubiler zjawi się lada moment. Och, cóż za zamieszanie! Poza tym pan Leggit życzy sobie, żeby pani natychmiast do niego przyszła.

W rzeczy samej, służba pośpiesznie przemierzała szerokie schody, dźwigając bele drogich materiałów, a także tace pełne pomad i eliksirów. Jeden z lokajów uginał się pod ciężarem butelek ulubionego koniaku pana Leggita oraz talerzy zapełnionych piramidami ukochanych przez niego bułek z tłustą szynką.

– Chciałabym udać się do swoich pokojów na odpoczynek.

– Odpoczynek? – zdumiała się pani Dobbin, wybałuszywszy na Hattie duże niebieskie oczy. – Zamierza pani odpoczywać w tak ważnym dniu?

Wspomniałam już, że pan Leggit panią wzywa, a poza tym musi pani spotkać się z krawcową.

Hattie powoli ściągnęła zielone rękawiczki.

– Żadną miarą nie mogę się z nikim spotkać – oznajmiła stanowczo. – Jestem ogromnie zmęczona i muszę odpocząć.

Naturalnie nie wspomniała, że przede wszystkim potrzebuje czasu na zebranie myśli. W tej samej chwili spod schodów wyłonił się kamerdyner Bartholomew.

– Dobrze, że pani jest! – wykrzyknął. – Kucharka pyta, czy mogłaby pani przejrzeć jadłospis.

Zważywszy na to, że kucharka robiła, co chciała, a jej prośba o akceptację jadłospisu była jedynie formalnością, Hattie postanowiła nie ingerować w dobór potraw. Nie miała najmniejszej ochoty wkraczać na terytorium tej groźnej kobiety.

– Zechciej przekazać pani Sweet, iż wierzę w jej doskonały smak i pozostawiam jej wszelkie kulinarne decyzje, gdyż mam na głowie całe mnóstwo pilnych spraw.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com