Podróż za granicę - Aleksander Mańkowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 284 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podróż za granicę - Aleksander Mańkowski

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Aleksander Mańkowski (1855–1924) był polskim pisarzem. Studiował w Karlsruhe, Dreźnie i Krakowie. W jego twórczości znalazły się m.in. utwory fabularne, jak „Niedobrana para” (1879), „Pan Wojciech” (1889), „Hrabia August” (1890), „Moja Helenka” (1897), oraz utwory dramatyczne, jak „Dziwak” (1887), „Jadzia” (1901), „Dwużeniec” (1906), „Złodziej” (1906). „Podróż za granicę” to powieść wydana w 1903 roku.

Opinie o ebooku Podróż za granicę - Aleksander Mańkowski

Fragment ebooka Podróż za granicę - Aleksander Mańkowski





Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. ROZDZIAŁ XVIII
  19. ROZDZIAŁ XIX
  20. ROZDZIAŁ XX
  21. ROZDZIAŁ XXI
  22. ROZDZIAŁ XXII
  23. ROZDZIAŁ XXIII
  24. ROZDZIAŁ XXIV
  25. ROZDZIAŁ XXV
  26. ROZDZIAŁ XXVI
  27. ROZDZIAŁ XXVII
  28. ROZDZIAŁ XXVIII
  29. ROZDZIAŁ XXIX
  30. ROZDZIAŁ XXX
  31. ROZDZIAŁ XXXI
  32. ROZDZIAŁ XXXII
  33. ROZDZIAŁ XXXIII
  34. ROZDZIAŁ XXXIV
  35. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Dzierżący w powiecie monopol rozumu i nauki z niemieckich czerpanej książek, pan Rafał Obuchowski mylić się nie mógł, a pan Rafał Obuchowski sceptycznie się zapatrywał na mrówczą, wytrwałą pracę młodego Zdzisława Burskiego, któremu umierający ojciec, prócz błogosławieństwa, zostawił niewielki majątek i dość znaczne długi. Naturalnie, pan Obuchowski o tyle tylko mógł widzieć, co robi Burski, o ile z wysokiej góry można dostrzec, co się dzieje na dole. Zażyłości pomiędzy nimi nie było.

– Ten nigdy, panie dzieju, nie powie – mawiał pan Rafał – Rotszyld i ja! Ja i Rotszyld! I chociaż nie był pochopny do śmiechu, rad się śmiał, ubawiony ciętością swojego określenia.

Trudno było nie potakiwać człowiekowi, który tyle zasług położył, tyle niemieckich przeczytał książek, a subtelnością swojego sądu, wytrawną radą i szerokimi poglądami po prostu wprawiał w zdumienie. Jeżeli w co, lub w kogo nie wierzył pan Rafał – nie mogła wierzyć okolica – i – każdy szedł spać spokojny i oswojony z myślą, że się Burski przy Podpałkach nie utrzyma.

Wtem gruchnęła po świecie zupełnie pewna wiadomość, że ciocia Maniusia całą swoją fortunę przeznacza jednemu tylko Zdzisławowi i, dla łatwiejszego pominięcia innych krewnych, sprzedaje majątek.

W prędkim przeto czasie Burski został chłopcem interesującym, który uczciwą pracą na ojczystym zagonie dawał najmocniejsze na przyszłość gwarancje utrzymania się przy ziemi i wykierowania się na pożyteczną jednostkę w społeczeństwie. Nawet p. Obuchowski począł z zajęciem przypatrywać się Zdzisławowi. O tym, że miał pokierować się dobrze, nie wątpił, bo praca tylko do dobrego doprowadzić musi, ale go zainteresowało, w jaki sposób rozporządzi swoją osobą. Czy dalej bawić się zechce, dając się obałamucać czarnym oczom i białym zębom pierwszych lepszych kokietek bez urodzenia, pozycji, majątku i stosunków – czy też w końcu wskutek zmienionych losów, poważniej się zastanowi nad życiem i jego obowiązkami.

Pan Obuchowski miał córkę. Wyprowadzając swoją rodzinę od książąt Ostrogskich, dla tradycji nazwał ją Halszką, jak starszego syna nazwał Teodorem, czyli Fedką. Pamiątkowe imiona w danym razie służą za legitymację.

Oczy Halszki nie były czarne, a zęby także nie były zbyt białe. Rodzice takich rzeczy nie widzą.

Przez tyle lat zżyty z biedą, Burski w swojej pokorze nigdy by się nie ważył podnosić oczu na córkę pana Obuchowskiego. Wypadało go przeto ośmielić.

Bo Burscy – to, bądź co bądź, szlachta dobra. Są wprawdzie Burscy pod Berdyczowem, którzy Bóg wie skąd się wzięli, a do których dawniej pan Rafał zaliczał Zdzisława. Ale się dowiedział, że humańscy Burscy nic wspólnego nie mają z berdyczowskimi, a nawet, że się wyprowadzają od Kmitów.

– A Ostrogskiej wolno jest Kmicie wiarę ślubować – konkludował pan Obuchowski.

Nie tylko wypadało, ale należało chłopca ośmielać, tym bardziej, że w widokach podniesienia rodu, pan Rafał wydzielał córce jak najmniej posagu.

Zarzucano wprawdzie Zdzisławowi pewien brak towarzyskiej ogłady, zanadto czysty akcent polski, kiedy po francusku rozmawiał z damami i – absolutną nieznajomość winta. Młodo objąwszy po ojcu zawikłane interesy, Burski nie znalazł czasu na wykończenie zaniedbanej trochę edukacji.

Prawdziwy szlachcic powinien umieć grać w winta. Sam pan Rafał, pomimo poważnych zajęć, nie gardził partyjką, przy czym, z powodu tuszy, rad poprawiał się w krześle, co pozwalało mu strategicznym spojrzeniem obejmować karty sąsiadów. W ten sposób kombinacja staje się trafniejszą, a gra – nieporównanie śmielszą. W wincie ważniejszą od wygranych pieniędzy jest reputacja dobrego gracza, według której mierzą jego zdolności i jego inteligencję. Pan Obuchowski o swoją reputację był dbały.

Braki wykształcenia Zdzisław okupywał junacką fantazją i wrodzonymi zdolnościami do figlów i facecyjek, których fama szybko rozbiegała się po okolicy, rozweselając ciepłe, serdeczne, wiejskie zebrania. To on lakiem przypieczętował do stołu brodę śpiącego żyda, a potem mu nad uchem wypalił z obu luf dubeltówki. Żyd wprawdzie brodę zostawił na stole, ale biedny Burski długo się potem męczył z wygojeniem palca skaleczonego szarpnięciem strzelby. To on, zakradłszy się w nocy do piekarni, śpiącym dziewczętom pomalował wąsy i brody. Przez tydzień się odmyć nie mogły, jedna z nich potem urodziła dziecko z połową twarzy czarną, ale biedny Zdzisław tak się zaziębił podczas nocnej do piekarni wyprawy, że długo potem kaszlał i nie mógł wychodzić z pokoju. To on...

Zważywszy wszystkie pro i contra, dotyczące młodego sąsiada, pan Rafał przymknął oczy i podniósł palce do góry.

– Tak – wyrzekł – bogaty, pracowity, uczciwy, bystry... Ostrogska odda swoją rękę Kmicie.

Jedna przeto strona w interesie była dojrzała i gotowa.

Ale pomimo całego szacunku dla wieku, rozumu i zasług pana Obuchowskiego, Zdzisław nie był ani gotów, ani dojrzały.

Przede wszystkim lubił oczy czarne, a zęby zupełnie białe.

Po drugie – od dzieciństwa był nauczony patrzeć na wszystko oczami cioci Mamusi – ostatniej z prawdziwych Faławskich. Prawdziwi Faławscy, jednego z Firlejami szczepu, wraz z nimi wywodzą się z Frankonii). A ciocia Maniusia nigdy w żyłach pana Rafała nie chciała dopatrzeć się szlachetnej krwi Ostrogskich. Przeciwnie, skłaniała się raczej ku innej, skromniejszej legendzie, która nie płynęła z Ostroga, ale z okolic Lipowca, przez co stawała się łatwiejszą do sprawdzenia. Nie imponowały jej koligacje pana Rafała, którego matka, Minoska z domu, primo voto była za Kopytkiewiczem z Podola. To wszystko może być sobie arystokracją inteligencji, zasług, nauki – ale nigdy nie zostanie arystokracją rodu. Mając się za Kmitę, a rodząc się z Firlejówny, Burski patrzał daleko wyżej, niż się panu Obuchowskiemu zdawało.

Po trzecie, a to najważniejsze, Zdzisław już miał serce zajęte.

Zresztą pana Rafała ubóstwiał i wobec niego języka zapominał w gębie. Chociaż się mógł popisywać przed człowiekiem, który tyle wiedzy posiadł, oddawał hojnie wszystko na usługi słuchaczy i mówił tak wzniośle, tak płynnie, tak długo, którego każdy ruch niemal zdawał się już czynem, ofiarą na polu służby społeczno-obywatelskiej.

Wszak nawet opowiadano sobie po cichu, że ten człowiek pisze... I na to umiał znaleźć czas.

Pisał, w istocie, rozprawy filozoficzne, polemiki teologiczne, traktaty podręczne z dziedziny rolnictwa, techniki, zoologii – wszystko mu z równą przychodziło łatwością. Głównie zaś dwom pracom swoje wczasy poświęcił: spisywał dziennik, czy też pamiętnik i – komentował Krasińskiego. Pierwszy mógł zostać cennym nabytkiem dla historii kraju, a może i Europy, drugi – pomnikiem naszej literatury. Uderzony tym do jakiego stopnia wielki poeta jest niezrozumiały, a więc i niedostępny, pan Rafał postanowił okalające go ciemności rozegnać, bo bądź, co bądź, dużo w nim znajdował dobrego. I dziwił się, że pomysł taki na pozór prosty ani samemu poecie, ani nikomu innemu nie przyszedł do głowy.

– Największe, panie dzieju, wynalazki są proste – myślał – a wieki całe na nie czekamy.

Praca to była wdzięczna, choć bardzo ciężka. Komentować całe ustępy, których się nie rozumie, to nie każdy potrafi.

Czasami zapomniawszy się, pan Obuchowski sam nawet o swoich pracach przebąkiwał, ale w ogóle o tym mówić nie lubił i przebierał w wyborze tych, przed którymi wolno mu było zapomnieć się.

– To nie dla każdego, panie dzieju, dostępne.

Zajęcia literackie dodawały tylko blasku i wzrostu jego postaci, wobec której Zdzisław czuł się marnym robaczkiem, pełnym niekłamanej pokory. Za tę pokorę nieraz mu dokuczała ciocia Maniusia, bo inteligentna i wykształcona sama, do tego bogata, miała prawo z lekceważeniem traktować niejedno, nawet i pana Rafała.

– Niemiecki pedant! – mówiła nieraz.

I miała słuszność. Gardząc Francuzami, jako narodem płochym, pan Obuchowski nic wierzył w ich naukę:

– Forma błyskotliwa, a gruntu, panie dzieju, żadnego.

Cenił tylko to, co przychodziło z Niemiec, co pisali i nauczali Niemcy, chętnie zapominając o tym, że do wojny z roku siedemdziesiątego, która mu otworzyła oczy – nieoględnie ciążył ku Francji, dając się unosić kłamliwym mirażom; prawda, że wówczas był jeszcze młody, a w młodości człowiek rad okłamuje samego siebie.

Za przykładem kilku rodzin, od kniaziów na Bracławiu wyprowadzają się Dymscy. O tym, czy wywodzą się słusznie, powątpiewać niewolno, bo panna Janina Dymska ma oczy tak czarne, usta – czerwone, a zęby białe, taka przy tym szykowna, pulchna, wesoła, że największego niedowiarka przekona. Sióstr wprawdzie ma kilka, posagu – niewiele, ale te oczy! te oczy!

Dzięki obietnicom ciotki, Zdzisław mógł dzisiaj śmielej w tych oczach topić swoje spojrzenia, więc je topił, nie śpiesząc z oświadczynami i wyczekując, aż się w sercu Janinki obudzi wzajemność. Musiał przy tym o swoich zamiarach uprzedzić ciocię Maniusię i jej zezwolenie uzyskać.

Panna Dymska nie wyróżniała może specjalnie młodego Burskiego, ale ponieważ się śmiała do niego jak i do innych, był rad i czasem myślał, że ona do niego najwięcej się śmieje, i sam nie wiedział, czy też jest bardzo dowcipnym, czy po prostu śmiesznym.

Młoda jeszcze, Janinka, nie spieszyła się do ołtarza. Po co? Na to, żeby się kłaniać jednemu, kiedy teraz jej się kłania dziesięciu? Chciała się bawić, śmiać się i błyskać białymi zębami. Wtedy na ładnej twarzy panienki ukazywały się dołki, a koniec zadartego noska bardzo przyjemnie się marszczył. Patrząc na nią, Zdzisław czuł, że byłby ją mógł zjeść.

Poważny wdowiec, pan Obuchowski nie lubił panny Dymskiej. Irytowała go jej wesołość, drażnił go nieprzyjemnie jej śmiech.

Zresztą Obuchowscy z góry patrzyli na Dymskich i żadnych bliższych stosunków pomiędzy dwiema rodzinami nie było. Spotykano się czasem u wspólnych sąsiadów, nic więcej.

Ale pomimo różnicy wieku i braku zażyłości, ta bezczelna Janinka poufale się śmiała do poważnego obywatela, jakby do jakiego młokosa ze swojej sfery.

Więc jeszcze więcej się irytował pan Rafał, bo nie był przecie pierwszym lepszym kawalerem, wykręcającym zaściankowymi gąskami w mazurze. Zresztą nigdy się nie dobijał o zaszczyt śmieszenia panien i w ogóle kobiet. Jeżeli był z natury cięty – nie pragnął śmieszyć, lecz – smagać.

– Ekonomska koza! – mówił, określając Janinkę.

– Dlaczegóż ekonomska! – protestowano nie bez hipokryzji.

– Wiem, wiem – odpowiadał – kniaziowie na Bracławiu! Słyszałem! W moim, panie dzieju, wieku, już maskarady nie bawią i, wolę by każdy, zostając sobą, nie przebierał się w pożyczane, panie dzieju, płaszcze i mitry.

I chociaż był mało pochopny do śmiechu, śmiał się przy tych słowach, smakując całą ich ciętość.

– Zresztą – dodawał – ja tam o tym wszystkim gadać nie lubię, ale po mojej śmierci przeczytacie, panie dzieju, niejedno.

Przyjemnie jest opowiadać sobie poufnie, że dziad pana X. był fagasem albo ekonomem, który nakradł, przyjemnie jest boleć nad tym, że pan Y. młodszy nie jest synem pana Y. starszego, lecz młodego studenta, który panią Y. zrozumiał, ale najprzyjemniej jest czytać to wszystko w druku i czarno na białym, bo wtedy to już przestaje być plotką i wkracza w dziedzinę historii. Życzliwie przeto słuchając pana Obuchowskiego, każdy się oblizywał, zawczasu smakując ważniejsze ustępy jego historycznego dzieła. Miłe wrażenie trwało jednakże niedługo, bo wnet ogarniał niepokój o własną skórę. O nieżyczliwych tak łatwo! Zmylony złośliwą plotką, bez gruntownego wyświetlenia prawdy, pan Rafał mógł o każdym ze słuchających tak samo umieścić historyczną wzmiankę.

E, nie! Obcowanie z literatami nie jest rzeczą bezpieczną.

– Lepiej by na swoim Krasińskim poprzestał – odzywał się nie jeden. – To pożyteczne, to dawno było potrzebne, a przynajmniej nie dotyka niczyjej reputacji.

– E, Krasiński! – z lekceważeniem mówiła dama bardzo sympatyczna – ja wolę Ohneta.

Na to z politowaniem uśmiechała się młodziutka panienka spod Taraszczy, znana w okolicy z tego, że dużo miała wiedzy i smaku. I rzeczywiście nic jej obcym nie było – mogła decydować o rzeźbie, malarstwie, literaturze, architekturze, czym zawsze w zachwyt wprawiała matkę i dwóch braci. Nieomylność swojego sądu zawdzięczała przeważnie temu, że nigdy się nie wydaliła z powiatu. Podróże bałamucą, rozpraszają uwagę, nasuwają cudze poglądy, wpływy, wykoszlawiają pojęcia, odejmują swobodę myślenia...

– Chociażbym Krasińskiego nie znała – rzekła – już by we mnie zaufania nie budził dlatego, że jego nazwisko zaczyna się od k i r. Litery, składające nazwisko, mają niewątpliwy wpływ na los, charakter, czyny, przymioty, wady i kierunek talentu. Gdy widzę z sobą zestawione litery k i r, doznaję wrażenia nudy albo wstrętu. Krokodyl, kruk, kret, budzą wstręt, gdy Krasiński, Kraszewski, Krupiński, Korzeniowski nudzą, choć w tym ostatnim k i r rozdzielone są samogłoską o, która jest płaczliwa, a więc także nudna. Nudzą mnie nawet krowy swoimi masywnymi kształtami, głupim spojrzeniem i głupim rykiem.

– Poetów i krokodyle daruję pani – zaprotestował jakiś rumiany obywatel – ale co byśmy robili bez krów i bez mleka.

Młodziutka panienka spod Taraszczy pobłażliwie się uśmiechnęła.

–Lubiłabym – rzekła – mieć w ogrodzie obłaskawione różowe sarny, które by liliowo przystrojone, bosonogie pasterki doiły blado-zielonymi rękami, ściągając opałowe mleko. Lubiłabym wzrokiem tonąć w tym słabo barwnym obrazie, rozuśmiechnionym na tle żółtawego nieba, nierozwichrzonego żadnymi atmosferycznymi prądami, nierozkłębionego w brutalne obłoki, rozerwane ogniem i gromem. O! niebo moje jasne, o moja pogodo!

Inny znowu, zjedzony troskami obywatel, uważał, że bez poetów obejść się można. Żaden z nich jeszcze nie nauczył nikogo, co zrobić, żeby żuczki nie jadły buraków albo, żeby sprzedać pszenicę po rublu, kiedy jej cena w miasteczku trzyma się siedemdziesięciu kopiejek.

Słowem, pomimo szacunku, jakim otaczano pana Obuchowskiego, bardzo rozmaite wygłaszano poglądy na jego literackie zajęcia.


ROZDZIAŁ II

Owoc pracy każdego człowieka powinien się stać monumentem, świadczącym o tym, że był, żył i czynił. Trudno przeto, żeby już za życia człowiek przykładał rękę do burzenia tego, co przez długie lata wznosił, żeby za życia kruszył swój pomnik na drobne atomy, z których nie pozostanie śladu.

Nie zadziwiło przeto nikogo, że pragnąc swój majątek od rozdrobnienia ochronić, ciocia Maniusia przeznaczyła go jednemu tylko Zdzisławowi, z pominięciem innych siostrzeńców. Zdzisław najwięcej przedstawiał gwarancji, że nie zmarnuje spuścizny. Przy tym jego tylko ciocia Maniusia lubiła i znała.

Z resztą rodziny panna Faławska dawno już żadnych nie utrzymywała stosunków; a była liczna, uboga, nieciekawa i dosyć zagadkowa w sposobach utrzymania się. Faławskich było sióstr cztery, najstarsza za ojcem Zdzisława, który, choć posag żony stracił i własny mająteczek zaszargał, potrafił do końca utrzymać się w sferze obywatelskiej. Druga siostra, Zuzanna, zakochawszy się w nauczycielu domowym, wykradła się z nim i wyszła za niego. On zaś przez całe życie goły i nienauczony szanować pieniędzy, prędko się z funduszem żony uwinął, ale że się oboje kochali i w uczuciu szukali pociechy, dużo dzieci zostawili po sobie. O tej Zuzannie nie wspominało się wcale. Chciała wyjść ze swojej sfery, miała do tego prawo, będąc już pełnoletnią, nie przeszkadzano jej, ale z nią stosunki zerwano. Trzecia z kolei Idalia, z początku bardzo szczęśliwie wyszła za mąż, za człowieka zdolnego, rzutkiego, umiejącego obracać pieniędzmi. Rzucał się w prawo, w lewo, zarabiał na placach, na zbożu, na cukrze, żonę otaczał zbytkiem, sam sobie nie odmawiał niczego i trwało tak aż do krachu, który go przerzucił za granicę. Wtedy okazało się, że był człowiekiem lekkomyślnym i niepraktycznym, którego na serio brać nie można, i że panna Idalia Faławska najgłupszy zrobiła wybór.

– A ostrzegałam – mówiła ciocia Maniusia, zapominając, że jeszcze niedawno była pod urokiem szwagra. – Ładna pozycja! Żona, dzieci, wierzyciele w kraju, a mąż za granicą, bez grosza! W takich wypadkach zawsze o dzieciach i żonie pomyśleć trzeba.

Prosta rzecz, że w podobnych okolicznościach przestało się mówić i o pani Idalii, ale ponieważ ze swojej sfery nie wyłączyła się dobrowolnie, ciocia Maniusia posyłała jej czasem w sekrecie stare suknie i starą bieliznę (stare suknie i stara bielizna cioci Maniusi były bardzo stare).

Najmłodsza z sióstr, z jedną łopatką trochę wyższą od drugiej, ciocia Maniusia, żadnego nie miała powodzenia pomiędzy tą młodzieżą, w pośród której wybrałaby męża dla siebie, a za domowych nauczycieli, chociażby mieli dyplomy, ani za wojażujących bankrutów wychodzić nie miała zamiaru. Została panną, ale za to została Faławską.

– Takiego nazwiska – mówiła – nie zmienia się na byle jakie.

Z latami, przywykła do swoich nierównych łopatek i nawet, zamiast swój defekt maskować, sama o nim wspominała.

– To u nas rodzinne – mówiła. – To po Firlejach.

Nie wiadomo, gdzie wyczytała wzmiankę o tej rasowej odznace Firlejów, o której historia milczy. Być może, że ją odnalazła w archiwach rodzinnych, które nie są dostępne dla publiczności. To pewne, że wobec takiego namacalnego świadectwa wspólności rodu, nie miała potrzeby wstydzić się swojej łopatki wyższej albo niższej.

Czynna z natury, praktyczna, patrząc na zmienne koleje sióstr, powiedziała sobie, że takimi kolejami chodzić nie będzie i energicznie zaprzęgła się do swego gospodarstwa. Bardzo oszczędna, mało wydawała na siebie, jeszcze mniej na innych, a z sąsiadami prawie żadnych nie utrzymywała stosunków, bo to i strata czasu i naraża na koszta. Wieczorami czytywała książki poważnej treści, których dość znaczny zbiór odziedziczyła po ojcu, a także i gazetę, tę, która, najtaniej kosztując, najwięcej była zadrukowana. Czytywała wszystko, specjalnie się interesując losami Anglii, którą szanowała za jej bogactwo i potęgę. Lubiła wszystko, co angielskie, a dla arystokracji angielskiej miała cześć fanatyczną.

Na ostatniej stronicy gazety zajmowały ją ogłoszenia żałobne. Rachując lata umarłych, wyliczała dla siebie cyfrę prawdopodobnej długości życia, dodając do niej lat dziesięć, a czasem piętnaście, bo Faławscy żyją długo. Potem liczyła dalej, ciekawa, do jakiej też sumy urośnie jej majątek, kiedy dla niej wybije ostatnia godzina. Wtedy wzdychała, bo przykro jest rozstawać się na wieki z bardzo dużymi pieniędzmi.

Nadzwyczaj nabożna, żywo się zajmowała sprawami kościoła i w rzeczach religii ogniste nieraz miewała z panem Obuchowskim dyskusję, bo, kiedy on szerokim polotem ogarniał wszystko, ona się zaciekała w drobiazgi. I tłumaczył jej, że nie na formułkach stać musi wiara, ale na pojmowaniu ducha.

– Nie dewocji żądam od ludzi – powtarzał – ale religijności.

W tym jednym tylko wypadku pan Obuchowski patrzał na rzeczy z francuska, gdy ciocia Maniusia wyjątkowo przytrzymywała się niemieckiej drobiazgowej metody.

Mając lat zaledwie czterdzieści, panna Faławska była żwawa w ruchach i mowie. Przy chudej, kościstej budowie, zadziwiał u niej dosyć wydatny, śpiczasty brzuszek. Za co ten brzuszek?

– To po Firlejach, rodzinne... – powiedziała raz dziwiącemu się Zdzisławowi. Lubiła go, więc chętnie z nim poruszała poufne nawet kwestie.

Lubiła go, ale trzymała krótko i prowadziła ostro choć bez powodu, bo od dzieciństwa okazywał dla niej wielką powolność – zawsze jej wdzięczny za wszystko, co już dla niego uczyniła moralnie, jak i za to, co zamierzała uczynić materialnie.

Kiedy był dzieckiem, kłopotała się jego interesami; kiedy podrósł, nie żałowała mu rad ani pomocy, jeżeli widziała, że go ktoś może oszukać albo wyzyskać. Grosza nie pożyczyła nigdy, ale zawsze była chętna, gdy tylko chodziło o jej czas albo pracę.

Toteż Zdzisław ją czcił jak świętość, wierzył w nią i nie zadawał sobie nawet pracy myśleć lub dyskutować, gdy jaki wyrok ostatecznie wyrzekła, chyba, że chodziło o wielkość pana Obuchowskiego.

Dla ochronienia fortuny od parcelacji, należało majątek sprzedać. Markotno robiło się cioci Maniusi na myśl opuszczenia tego, w co tyle pracy włożyła. Szkoda folwarcznych budynków i pól, nawożonych tak regularnie, szkoda zarybionego stawu i młyna, szkoda ogrodu własną zasadzonego ręką, w którym się pochowało wisielca, żeby po nocach straszył złodziei, szkoda wreszcie starego cmentarzyska, na którym szparagi rosły tak bujne i takie ogromne, że się wszystkie corocznie korzystnie wyprzedawały w mieście. Szkoda!

– Toteż go zedrę porządnie! – mówiła panna Faławska, myśląc o przyszłym nabywcy majątku.

Nie żałowała tylko dworu, w którym tyle lat przemieszkała. Zupełnie obojętna na osobiste wygody, nie przywiązywała się specjalnie do jakiegoś pokoju albo kąta. Ruchliwa i czynna wszędzie przysiadała tylko na chwilkę, jej kątem był cały majątek.

– Byle na głowę nie kapało! – powtarzała nieraz filozoficznie.

– Własny kąt ma swój urok – protestował Zdzisław.

– Romanse! Głupstwo! – odpowiadała ciotka. – Zresztą, nie wątpię, że ty mi jakiś kącik urządzisz.

Mieszkając daleko od wszelkiej cukrowni, ciocia Maniusia nie mogła plantować buraków, a na inne produkty ceny tak pospadały, że każdy mógł się do rolnictwa zniechęcić. Stąd w jej mózgu zrodziło się i dojrzało przekonanie, że trzymanie kapitału w ziemi jest marnowaniem jego produkcyjnej siły. Dobrze jest kochać ziemię, ale nie do tego stopnia, żeby dla niej wyzuwać się z takich dochodów, jakie by się mieć mogło, lokując w inny sposób pieniądze.

Wyliczając naprzód, ile za majątek weźmie gotówki, dodając do niej rozmaite ciche kapitaliki, o których, jak i siostrach, nie lubiła wspominać, dochodziła do wcale pokaźnej sumy, a ta suma rozlokowana po ludziach i w akcjach... Ho, ho!

Zdzisiowi miała zamiar płacić za utrzymanie, bo to się należało, ale – niedużo, tyle, ile rzecz warta. Resztę dochodów będzie mogła odkładać... i jeżeli z pomocą Bożą pożyje lat trzydzieści... a może i czterdzieści (bo Faławscy długo żyją), nazbiera dla Zdzisia...

I aż się mąciło w głowie od cyfry, która pod ołówkiem rosła, rosła...

Przechodzenie majątku z rąk do rąk jest zawsze poważnym faktem, ściągającym naganę. Szlachcic powinien trzymać się ziemi. Pozbyć się jej łatwo, ale do niej powrócić!

Ciocia Maniusia nigdy się nie oglądała na ludzkie gadanie. I życie nie wystarczyłoby, gdyby się chciało radzić każdego. Postanowiwszy sprzedać majątek, zajęła się szukaniem kupca... Zjawili się rozmaici, oglądali, targowali, odjeżdżali, wracali, a ponieważ pannie Faławskiej nie było pilno, doczekała się w końcu tego wyśnionego kupca, którego miała tak okrutnie obedrzeć. Za ziemię mu porachowała osobno, za młyn osobno, za staw jeszcze osobno. Porachowała i las, i starą słomę, i budynki, drób, bydło, powozy, meble, rupiecie, wyszacowała sad, szparagarnię, narzędzia rolnicze, uprząż... Oceniając dom pamiątkowy, w którym żyli i poumierali rodzice, w którym się sama rodziła, z którego siostry powychodziły za mąż – płakała...

Aż w końcu nowonabywcę zdarła daleko mocniej, niż sama się spodziewała.

Toteż w Kijowie, dokąd z siostrzeńcem jeździła, dla ostatecznego uregulowania rachunków i odebrania reszty pieniędzy, powiedziała:

– Ot, gdybyś zamiast długów miał kapitały, pożyczyłbyś mi półtora tysiąca. Potrzebowałabym takiej sumy dla zaokrąglenia swego kapitaliku.

Ale nie wymieniła jego cyfry.

Wieczorem wyjechała z powrotem do domu, gdzie wymówiła sobie mieszkanie aż do zimy.

Okazało się, że miała słuszność, nie oglądając się na to, co ludzie będą gadali. Nic nie gadali, a przynajmniej gadali niewiele, nie mogąc się zorientować w tym całym zdarzeniu. Gdyby chodziło o szablon, o zwyczajnego zbankrutowanego szlachcica, który wyzuwa się z ojcowizny, każdy znalazłby pod ręką gotową formułkę, według której mógłby potępiać, napadać, krzyczeć, wytykając nieład, życie nad stan, niedołęstwo, lenistwo. Tutaj zaś nic podobnego nie było. Bez najmniejszego musu, oszczędna, rządna kobieta, siedząca na kapitałach, dobrowolnie sprzedała majątek... Diabli wiedzą, jak o tym sądzić.

Pan Obuchowski otwarcie i głośno chwalił ciocię Maniusię. Naprzód, prędzej, czy później zawsze by wypadło sprzedać majątek z powodu działów, a po drugie, skoro dzielić nie chciała, nie mogła inaczej postąpić.

W końcu dodał:

– To kobieta, która ma prawo wypocząć – kobieta przy tym rozumna, która rozumny, panie dzieju, zrobiła wybór. Zdzisław Burski swoją rolę w społeczeństwie odegra. – I w duchu sobie pomyślał, że może by mógł wcale córce nie dawać posagu?

– Mało inteligentny – zauważył ktoś.

– Swoją rolę odegra – powtórzył z naciskiem i z podniesionym palcem pan Rafał, który nie lubił kiedy mu przerywano. – Bezinteresowny, szlachetny, dużo ma w sobie zalet, a na nich mocniej oprzeć się można, niż na błyskotliwym salonowym dowcipie... Przestańmy w końcu być Francuzami! Niech już o wartości obywatela nie decydują salony i kobiety! Ja, panie dzieju, od człowieka wymagam pracy i nieposzlakowanej delikatności w interesach pieniężnych. Kto zadaje?

Zadawał sam pan Obuchowski, wiec, poprawiwszy się na krześle, rzucił na stół siódemkę karową.