Podróż do Nowego Orleanu - Jakub Gordon - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podróż do Nowego Orleanu - Jakub Gordon

Jakub Gordon był polskim podróżnikiem, autorem książek o tematyce związanej z jego wędrówkami. Pochodził z rodziny o szkockich korzeniach, co tłumaczy jego obcobrzmiące nazwisko. „Podróż do Nowego Orleanu” to XIX-wieczna literatura reporterska opisująca wrażenia z podróży polskiego szlachcica do USA. Podróżnik przygląda się różnym aspektom życia na kontynencie amerykańskim. Opisuje rzekę Missisipi, miasto Nowy Orlean, różne gałęzie przemysłu i gospodarki. Zdaje relację ze spotkań z napotkanymi ludźmi. Referuje poglądy i przekonania, z którymi się zetknął. Bardzo ciekawa lektura, której siła tkwi w zderzeniu odległych miejsc i kultur, między którymi zachodzą jednak zadziwiające podobieństwa. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Podróż do Nowego Orleanu - Jakub Gordon

Fragment ebooka Podróż do Nowego Orleanu - Jakub Gordon




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I Widok Missisipi – „Help yourself” – Szlachcic polski i plantator amerykański
  2. ROZDZIAŁ II Przemysł wojenny
  3. ROZDZIAŁ III Nowy Orlean – Żółta febra – Cmentarz i mogiły
  4. ROZDZIAŁ IV Cukrownie – Murzyni – Ptaszek przedrzeźniaczem zwany (l’oiseau moqueur)
  5. ROZDZIAŁ V Niewolnicy
  6. ROZDZIAŁ VI Bazary z niewolnikami, ich śpiewy, muzyka i tańce – Kreolki
  7. ROZDZIAŁ VII Jeszcze o niewolnikach – Przemytnicy
  8. ROZDZIAŁ VIII Skład rządu w Stanach Zjednoczonych
  9. ROZDZIAŁ IX Rodak generał Karge
  10. ROZDZIAŁ X Kantor i belferka
  11. ROZDZIAŁ XI Kościół czarnych metodystów i uniwersalistów – Pagoda chińska
  12. ROZDZIAŁ XII Kazanie Kongbegacjonistów
  13. ROZDZIAŁ XIII Poglądy
  14. ROZDZIAŁ XIV Więzienie w Filadelfii – Grobowiec Franklina
  15. ROZDZIAŁ XV Podróż – Pralnia praktyczna – Indianie
  16. ROZDZIAŁ XVI Podania o Indianach – Hymn do śmierci
  17. ROZDZIAŁ XVII O kolonizacji
  18. ROZDZIAŁ XVIII O kolonizacji (ciąg dalszy)
  19. ROZDZIAŁ XIX O kolonizacji (dokończenie)
  20. ROZDZIAŁ XX Powrót do Nowego Orleanu – Przyroda na rzece Missisipi – Niemcy demokraci
  21. ROZDZIAŁ XXI Powrót do Europy – Uwagi nad przyszłością Ameryki – Życie na statku i tajemnice morza
  22. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Widok Missisipi – „Help yourself” – Szlachcic polski i plantator amerykański

Parochód „Cincinnatus” z belwederem na wierzchu i powiewającą na nim flagą amerykańską, sunął się poważnie po rzece Missisipi, zostawiając za sobą błyszczącą bruzdę. Statek ów był wspaniały, bogaty, bez płócien i masztów, z kolumnadą po obu stronach. Po zewnętrznych jego galeriach przechadzali się podróżni goście, przypatrując się brzegom Missisipi, zwanej „Ojcem wód”.

Znakomita ta rzeka wydała mi się na pierwszy rzut oka nazbyt jednostajną. Ma ona brzegi równe i niskie, wodę mętną i żółtą, bieg szybki; tylko szerokością swą, przybierającą stopniowo coraz większe rozmiary, staje się imponującą dla widza.

„Cincinnatus” pędził środkiem, obawiając się zbliżać do lądu, oprócz do znanych sternikom przystani; gdyż Missisipi pomimo swych zalet jest rzeką zdradziecką. Płynąc po gruncie gliniastym, nadzwyczajnie miękkim, zmienia często grunt koryta: woda ustępuje od jednego brzegu, a podrywa drugi – wynika stąd, że w wielu miejscach ogromne cedry i inne drzewa odwieczne zapadają się do rzeki, a wierzchołki ich, pokryte mułem, na pół skamieniałe z biegiem czasu, stanowią szeregi ostrokończastych pali, na które niejeden parochód wbitym już został z całym ekwipażem.

Z tym wszystkim odważne Amerykanki nie trwożyły się widokiem bliskiego niebezpieczeństwa. Gawędy i śmiechy brzmiały dokoła, zawiązywały się znajomości; płynące zgromadzenie miało cechę weselną. Żartowano z karła przybyłego ze Sztokholmu, który zdążał ze swą połowicą do miasta St. Louis, aby się pokazać tamecznym mieszkańcom. Nosił tytuł hrabiego. Gdy pan hrabia zanadto się dąsał, jejmość miała zwyczaj stawiania go na wysokiej skrzyni, skąd mu dopóty zejść nie pomogła, dopóki nie nastąpiła zgoda między małżonkami.

Znienacka dwaj podróżni przesunęli się na pokładzie. „Help yourself!” zawołał jeden do drugiego, a wyrazy te będące przysłowiem amerykańskim, oderwały mnie od otaczającego widoku, i wprowadziły na tor innych uwag i rozmyślań.

„Help yourself” znaczy: pomagaj sam sobie. W kraju wolnym, gdzie równość obywatelska jest zasadą zasad, gdzie nie ma arystokracji uprzywilejowanej, nie ma bitych i bijących, pracujących i używających; gdzie ludzie są zbyt dumni aby przyjmować protekcje od równych sobie istot, gdzie nie lubią się korzyć wyjąwszy przed jednym Bogiem, „Help yourself” jest charakterystycznym wyrażeniem.

Od kilku lat mnożą się stowarzyszenia wzajemnej pomocy pomiędzy wszystkimi klasami społeczeństwa. Jest to rodzaj ewangelii życia, która przekształca stosunki nasze; jest to zbratanie nabierające siły zbiorowej zjednoczeniem pojedynczych sił; z datków drobnych od każdego członka tworzy się pomoc potężna i niezawodna dla wszystkich potrzebujących. Nie ma niezaprzeczenie przezorniejszej instytucji na świecie!

Ale obok tych usiłowań wspaniałych, powinna zawsze przewodniczyć zasada: „Pomóż sam sobie!” Zasada ta jest zastosowaniem religijnej prawdy: Módl się i pracuj!

Im więcej podróżny płynąc po Missisipi zbliża się do miasta St. Louis, położonego na drodze do Nowego Orleanu, tym mniej postrzega brzegów rzeki, tak dalece są one niskie, niemal równe z wodą.

Nie widać tam nigdzie, jak w całej ogółem Ameryce, starożytnych zwalisk, owej kamiennej historii, która w Europie zwykła zajmować uwagę i wrażać się w pamięć wędrowca. Dla wielu cudzoziemców sławiona rzeka wydaje się nudną, szczególniej dla ludzi zepsutych wyuzdanym zbytkiem stolic europejskich, u których życie sztuczne zagłuszyło poczucie piękna przyrody; co do mnie, podobała mi się ona, taka jaką jest, bez ozdób natury i ręki człowieczej, w swej pierwotnej dzikości, wielkości i grozie.

Miłą rozrywkę sprawia przechadzka po nad nią, w czasie, gdy parowiec zatrzyma się na parę godzin dla nabrania węgli. Miriady różnobarwnych ptaków, podobnych do ruchomej tęczy, świegocąc wśród gałęzi stuletnich drzew dziewiczego lasu, uprzyjemniają, chwile takiego przystanku.

Zmiana powietrza jest nader wydatną, w tej podróży i przyczynia się także niemało do jej urozmaicenia. Wyjechałem z Cincinnati przed rozpoczęciem wiosny, gdy drzewa były ogołocone z liści, pola ze zboża, łąki z trawy, gdy okolice miasta były pokryte białym się uśmiechać i zmieniać swe szaty z wdziękiem wzrastającym stopniowo. Najprzód ukazała się w stroju szmaragdowym wiosny, następnie ujrzałem ją pokrytą bogatą i kwiecistą roślinnością. Słowem, przebyłem zimę, wiosnę i lato w przeciągu dni dziewięciu mej podróży do Nowego Orleanu.

W okolicy St. Louis powiększył liczbę wędrowców pewien obywatel amerykański, należący do sekty Mormonów. Wiadomo, że w bliskości St. Louis było główne siedlisko sekciarzy. Najbardziej rozległe ich kolonie wraz ze stolicą znajdują się tam dotąd nad Jeziorem Słonym. Stolica ta przed piętnastu laty składała się zaledwie z kilkunastu chałup, dzisiaj ma świątynie, zakłady wszelkiego rodzaju, drukarnie i dzienniki: za zbyt wiele dzienników, lecz wszyscy je czytają. W Ameryce każdy wieśniak umie czytać.

Mormoni, wedle zdania ich nieprzyjaciół nawet – a mają ich wielu – uchodzą za najpierwszych kolonizatorów na świecie.

Podróżny zapytany o całun śniegu. W miarę jak płynąłem w stronę południową z biegiem rzeki, przyroda zdawała się tego, przypisywał ją wielożeństwu, które stanowi główny artykuł księgi ustawodawczej sekty. Twierdził, że wielożeństwo jest wielce użyteczne dla domu, z powodu rozdziału gospodarstwa pomiędzy małżonki, o które zresztą zdawał się wcale nie troszczyć. Proszę sobie wystawić, czym by się stała Europa pod względem dobrobytu, gdyby poświęcono w niej pracy ów czas, co się marnuje na próżnych zalecankach kobietom?...

Lecz z drugiej strony godne jest zastanowienia, że u wszystkich ludów rządzących się prawem wielożeństwa, im więcej mężczyzna posiada żon, tym częściej nosi dziurawe pończochy i pantalony z poobrywanymi guzikami.

To się pojmuje; człowiek mający dziesięć lub więcej kobiet, nie jest kochany od żadnej i samo przez się rozumie się, że rzadko ma wszystkie guziki. Niech co chcą mówią filozofowie, atoli przyszycie guzika do sukni mężowskiej oznacza wielki stopień miłości!

Biedni ci Mormoni! Usiłowano ich zgładzić ze świata za to, że mają po kilka żon – szkoda że p. Smith, założyciel sekty, nie skreślił, na złość wrogom, wyznania swej wiary na wywrót, to jest: iż nie nakazał każdej Mormonce mieć po kilku mężów. Może by wówczas nie był wtrącony do więzienia i tam zamordowany.

Dziwne zaprawdę to bractwo Mormonów – mieszanina izraelityzmu z mahometanizmem, barbarzyństwa z najwyższą cywilizacją, oligarchii religijnej z demokracją przemysłową! Przy spójni jednakowych dążności i usiłowań, sekciarze rozwinęli energię, przedsiębiorczość i pracę do najwyższego stopnia. Są oni groźnymi sąsiadami dla przybyszów, kolonizujących się na około ich posiadłości.

Rząd stanów Zjednoczonych toleruje ich dotąd przez obawę wywołania zamieszek wewnętrznych. Gdy kongres wysłał do sekciarzy rządcę ze swego ramienia, wypędzili go obelżywie z terytorium, jakkolwiek to należy do Unii. Gabinet waszyngtoński zmuszonym się wówczas ujrzał, chcąc zachować choć pozornie swą zwierzchność nad Mormonami, nadać tytuł rządcy ich naczelnikowi politycznemu i religijnemu, prorokowi Brigham Joung. Jest atoli do przewidzenia, iż przyjdzie czas, w którym Mormoni, uciśnieni będąc i prześladowani przez gromadzącą się w ich okolicach ludność kolonizatorów, ustąpić im muszą swego okręgu; co się jednak obejdzie bez straszliwego krwi rozlewu.

Oprócz Mormona, zwróciło także na statku moją uwagę kilku obywateli, właścicieli plantacji na Południu. Posiadacze ci ziemscy, posługujący się niewolnikami, nazywani w swoim czasie książętami Południa, weseli, ożywieni, pełni wyobraźni, przy łatwym życiu jakie prowadzili, przypominali mi swą powierzchownością szlachtę polską. Też same przymioty i wady! taż sama gościnność i skłonność do pohulanki, gier i zabaw! z tą różnicą, że plantatorzy zdawali mi się być więcej wykształconymi umysłowo od naszych paniczów.

Ale jakże powierzchowność owych Południowców była różną od Amerykanów Północy, oddanych handlowi od lat dziecinnych! Gdy ujrzysz polskiego szlachcica z zakręconym wąsem, miną butną, z rumieńcem na licu i okrągłym podbródkiem, sprzedającego na pniu zboże przebiegłemu żydkowi, co za jednym rzutem oka oblicza wszystkie możebne dla się korzyści, będziesz miał obraz podobny do zestawienia Amerykanina plantatora, rasy hiszpańskiej, z jego ziomkiem, handlarzem z Północy, rasy anglo-saksońskiej.

Ten ostatni wziął już górę nad pierwszym. Zachodzi teraz pytanie, czy plemiona izraelskie i germańskie nie zawładną z czasem posiadaczami ziemi polskiej?

Rzecz jest prawdopodobną.

Szlachta w ogóle przy zmianie warunków swego istnienia, przy uwłaszczeniu włościan, przy wstrząśnieniach krajowych, nie zmieniła dawnego sposobu życia. Taż sama u nich dworskość co była i przedtem: lokaj dla pana, drugi dla jejmości, chłopiec w przedpokoju, panna respektowa, Niemka i Francuska do dzieci, kucharz, kuchta, dwie młodsze, itd.

Jakże płodną musiałaby być owa skiba, aby wyżywić i opłacić tak liczną drużynę! Dodajmy do tego wyjazdy za granicę, Towarzystwa Kredytowe, tudzież inne ciężary i wiedeńskie banki, które jeno czyhają na to, żeby przychodzić w pomoc Polakom za wielkie procenta, a nie trzeba być matematykiem iżby obrachować, że szlachcic co nie postępuje dziś z duchem czasu, co nie rzeknie: sam pan, sam  sługa, i nie pospiesza ze zmniejszeniem budżetu swoich wydatków, z góry chyba powiedzieć sobie musiał: „Apres moi le déluge!”

Lecz wróćmy do plantatorów. Byli oni nader uprzejmi, gdy wdałem się z nimi w rozmowę. Jeden z nich pokazywał mi swą willę kryjącą się zalotnie wśród parku. Po za tym rozpościerał się gaj cyprysowy, po drzewach którego rozpinał się z wdziękiem w kształcie wiszących festonów mech hiszpański.

Szczególniejsza ta roślina wielce jest użyteczną dla mieszkańców, dostarcza im bowiem wygodnej pościeli. Wysuszona i obrana sposobem łatwym z delikatnej kory, staje się podobną do włosienia końskiego i zastępuje wybornie jego użytek w wyrobie materaców.

Po długiej podróży przybyliśmy na koniec do krańcowego Kantonu czyli Stanu Luizjany. Stan ów, wielkiej dla Unii wagi, jako dotykający Oceanu, mieści w sobie najznaczniejszy port z przystanią: Nowy Orlean; jako też zbieg głównych rzek Ameryki północnej. Posiadanie Luizjany zapewnić może Stanom Zjednoczonym przewagę na zatoce Meksykańskiej, która wcześniej czy później stanie się ogniskiem handlu wewnętrznego dwóch światów. Są to dogodności, na które narody mają zawsze zwrócone oczy, i które starają się zdobyć za jaką by nie było cenę.

Zazdrosna morskich zdobyczy Anglia zmuszoną się być widzi oszczędzać zawsze Stany Zjednoczone, bo znajduje w nich potężnego sąsiada, który w chwili danej może napaść z całymi siłami na przyległą sobie Kanadę angielską. Nie potrzeba i tego – dosyć aby Stany zamknęły swe porty dla handlu angielskiego, żeby wzniecić zamieszanie w łonie samejże Anglii i wyrządzić jej niepowetowane szkody.

Kanada jest angielską, ale czyż Stany Zjednoczone nie są Anglią w Ameryce – a nawet czymś więcej jak Anglią? gdyż utworzone później od niej, mogły, korzystając ze światła swych przodków, uorganizować się na lepszych podstawach. Wiele instytucji angielskich, jakkolwiek najlepszych w Europie, są przecież wynikiem epok mniej oświeconych od tych, które stworzyły pierwiastki Stanów Zjednoczonych.

Brzegi Missisipi w kantonie Luizjany, czarne i tłuste, dzięki częstemu niegdyś wylewowi tej rzeki, tak są żyzne, iż bez żadnego nawozu wydają, obficie trzcinę cukrową, palmy i inne wykwintne płody roślinności. Lecz najbardziej zajmujący widok dla Europejczyka przedstawia się tam w porze, gdy zielone pęki pełne bawełny z wystającymi na wierzchu jej rąbkami, na obszernych niwach, otoczonych do koła rzędami chat murzyńskich, zaczną mu się znienacka ukazywać po obu stronach Missisipi – gdy uwijające się tam i owdzie niewiasty z czarnym obliczem i jasną zawiązką na głowie, przeświadczają go, iż się znajduje w nieznanej krainie, w nowym zupełnie świecie – gdy miriady różnobarwnych motyli zdają się występować w świątecznych strojach na jego przybycie, bujając nad pachnącymi krzewami – gdy francuska mowa murzynek zalatuje do ucha podróżnego.

Luizjana jest królową białej, najdoskonalszej w świecie bawełny. Trzecią jej część zakupuje sama Anglia do rękodzielni swoich, jako surowy towar, który zamieniony w wyrób, sprzedaje później za drogie pieniądze innym narodom i samymże Amerykanom, nie mogącym wytrzymać konkurencji fabrycznej z Anglikami.

Często też na miękkim, gliniastym brzegu Missisipi ujrzy z daleka podróżny, w okolicy Nowego Orleanu, niby szarobrunatne ruchome kępki; dopiero gdy lepiej się w nie wpatrzy, pozna, że są to krokodyle wygrzewające się na słońcu.

Kraj ów z powodu niskiego i bagnistego położenia, jest ojczyzną krokodylów.

– Czy pan widzi – rzecze do mnie plantator – tę drogę świeżo zrobioną, co się wznosi pośród wąwozu w kierunku prostopadłym do rzeki? Proszę zauważać różnicę między jedną a drugą stroną wąwozu.

– Widzę tylko – odpowiedziałem – że jedna strona jest gładką, a druga rozkopaną.

– Otóż to! Nad tą gładką pracowali przez długi czas emigranci europejscy; drugą zaś, skąd bryły ziemi zdają się być wyrywane nadludzką siłą Tytanów, robili Amerykanie z Luizjany... co staną się kiedyś Tytanami dla  jankesów z Północy.

Charakter, potęga i pycha plantatorów odbiła się w tych słowach. Nigdy ich nie zapomnę. Były one niejako wróżbą przyszłych zapasów.

W owym czasie prezydent Unii Buchanan, poprzednik Lincolna, stary dyplomata z partii separatystycznej stał się narzędziem Południowców, gromadzących od dawna materiały, aby rozerwać świetnie urządzoną federację i sformować rząd oparty na bagnetach.

Późniejsza, a straszliwa wojna domowa, wykazała skutki śmiałych zamiarów, które początkowo nie dały się obrachować.