Pod Różowym Kasztanem  - Monika Masztak-Buczyńska - ebook
Wydawca: Walkowska Wydawnictwo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 163 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pod Różowym Kasztanem - Monika Masztak-Buczyńska

Niestosowne, niepoprawne, rubaszne lub wręcz wulgarne, a przez to pełne uroku opowieści podsłuchane w otoczeniu budki z tanim alkoholem. Przesycone metafizyką i metanolem, erotyką i etanolem, zapachem potu i owocowego niby-wina. Poukładane w trzech szufladkach opowiadania, które rozbawią do łez. Obraz prowincji oznaczonej z literą z końca alfabetu...

TYLKO DLA DOROSŁEGO CZYTELNIKA!

Opinie o ebooku Pod Różowym Kasztanem - Monika Masztak-Buczyńska

Fragment ebooka Pod Różowym Kasztanem - Monika Masztak-Buczyńska











Copyright © by Monika Buczyńska
Copyright © for this edition by Walkowska Wydawnictwo / JEŻ

All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone

Projekt okładki: Leszek Michalski
Skład: Adrian Łaskarzewski

ISBN 978-83-61805-44-1 (e-book)

Wydanie I
Szczecin 2012

Walkowska Wydawnictwo / JEŻ
ul. Falskiego 29/8, 70-733 Szczecin


mały wydawca wielkich autorów
www.walkowska.pl


ukochanym synom


Z przedstawianiem fikcji jest ten problem,
że musi być wiarygodna,
natomiast rzeczywistość rzadko taka bywa.

Isabel Allende



Brunet

Wiesia od dwóch miesięcy była wdową. Spowita w czerń obnosiła swoją żałobę z udawaną dumą, zadzierając wysoko głowę. Wiedziała, że cała wieś plotkuje na temat śmierci jej męża.

Zdzicho, zwany Pięknym Zdzichem, dokonał żywota u panny Aldony, wypiwszy uprzednio ćwiartkę spirytusu i popijając ten szlachetny trunek bełtem. Ten bełt stał się przysłowiowym gwoździem do trumny i przystojniak wyzionął ducha omotany miękkimi ramionami Aldony z głową wtuloną w jej wielkie, falujące piersi.

– To była, kurna, piękna śmierć, każden jeden tak by chciał – mawiali kolesie spod Różowego Kasztana, zazdroszcząc Pięknisiowi efektownego końca.

Czterdziestoletnia panna Aldona mieszkała w małym domku na skraju wsi. Oprócz apetycznych krągłości i niebywale ponętnego biustu, miała wybitne umiejętności kulinarne. Sława jej mielonych kotletów z buraczkami dawno przekroczyła granice wsi i poszybowała do pobliskiego miasteczka. Aldona kręciła w pulchnych, zgrabnych rączkach mięsne kulki o wybornym smaku, soczystości i aromacie. Zapach smażonych kotletów rozchodził się po całej wiosce, wabiąc, niczym afrodyzjak, amatorów mielonych i ogromnego biustu, nie wspominając o pysznych buraczkach podawanych z czosneczkiem, jak mawiała pieszczotliwie gospodyni.

Wiesia z całego serca nienawidziła Aldony, przelała też nienawiść na kotlety z buraczkami. Obiecała sobie, że nigdy nie zanurzy rąk w mielonym mięsie i nie utrze buraczków, dodając do nich znienawidzonego czosneczku.

Na grób męża chodziła codziennie piaszczystą, krętą drogą obrośniętą dzikimi różami. Piękny zapach róż poprawiał Wiesi humor i na chwilę pozwalał zapomnieć o znienawidzonej woni mielonych. Na wiejskim cmentarzu otoczonym murem z polnych kamieni panowała cisza przerywana szumem starych drzew. Tu Wiesia odpoczywała od wiejskich plotek i terkotu maszyn do szycia. Pracowała w szwalni i od śmierci męża wsłuchiwała się w napięciu w stukot, żeby nie słyszeć szeptów i śmiechów koleżanek. Wiedziała, że plotkują o niej, Aldonie i jej Pięknisiu.

Siadała na małej ławeczce i odpocząwszy chwilkę zaczynała swój monolog, patrząc głęboko w oczy Zdzicha wyzierające z nagrobnej fotografii. Zdzich miał urodę amanta niemego kina. Czarny wąsik, ulizane włosy i piękne oczy w kolorze letniego nieba, które za życia doprowadzały jego wielbicielki do szaleństwa.

Zdzich słuchał obojętnie żoninych żalów, pretensji i utyskiwań. Wiesia czuła, że wcale nie jest rad z jej wizyt i zapatrzony w siną dal, marzy o obfitym biuście Aldony, a może nawet o jej mielonych. Obojętność męża za życia i po śmierci raniły serce i duszę kochającej żony.

Pewnego dnia, kiedy zmęczona padła na ławkę, ujrzała na nagrobnej płycie rozciągniętego w całej okazałości pięknego, czarnego kocura, z lubością wygrzewającego się na słońcu.

– Ten okurwieniec zawsze znajdzie sobie towarzystwo! – ze złością krzyknęła Wiesia.

Kot nie zareagował na krzyk, nie przestraszył się Wiesi, tylko w poddańczym geście pokazał brzuch, patrząc jej głęboko w oczy.

– Jesteś taki czarny jak Zdzicho, brunecie. I masz takie samo bezczelne, niebieskie spojrzenie. O, Jezuńku! A może to ty, Zdzichu? – z przerażenia głos utknął jej w gardle i pędem zawróciła do domu.

Wiesia postanowiła udać się po pomoc do Gienia-Naukowca. Wiedziała, że Gienio jest najbardziej oczytanym chłopem we wsi. Od paru lat był zapisany do biblioteki i raz na dwa tygodnie wracał z miasteczka z koszem wypełnionym książkami. Zaczytywał się nimi do białego rana, a jego czerwone oczy angorskiej królicy świadczyły o niebywałej pazerności Gienia na wiedzę.

– Owszem. Jest karnacja, rekarnacja, czy coś takiego, ludzkie dusze zamieniajo się po śmierci w różniste zwierzaki. A ten twój lubiał za życia koty. Jeśli tak, to ani chybi, twój Zdzicho w kocura sie rekarnował. Bier, Wieśka, zwierzaka do domu, daj źryć i bendziem czekać co z tego wyniknie – perorował podniecony niecodzienną sytuacją Gienio. Wiesia pobiegła do domu jak na skrzydłach, podśpiewując radośnie:

– Wrócił do mnie, wrócił do mnie! Co z tego, że jest kocurem, ale to przecie mój Zdzicho, mój brunet kochany. Kochaniutki brunecik, tra, la, la.

Mijające nucącą wdowę sąsiadki z politowaniem kiwały głowami.

– Z tego nieszczęścia biedaczce pomieszało się w głowie – jęknęły.

Kocur siedział pod drzwiami Wiesinej chałupy, miaucząc przeciągle i waląc z impetem ogonem w słomiankę, z której unosił się kurz.

– To na pewno mój Zdzicho. Skąd by zwierzę wiedziało, gdzie mieszkam. I taki zawsze głodny jak on, no i taki niecierpliwy, i ma te ludzkie, Zdzichowe spojrzenie.

Znajdując w kocie podobieństwo do swojego ukochanego łajdusa, upewniała się Wiesia w domysłach, które potwierdzał uczony Gienio, poszukując stale odpowiedzi na dręczące ją pytanie. Tarł czerwone oczy i zagłębiał się w nowe książki przywiezione z miasteczka.

– No, chodź nerwusie do domu, no chodź Bruneciku. Tak właśnie będziesz miał na imię, przecie nie przystoi wołać do kota Zdzicho – gaworzyła wesolutka wdowa.

Wiesia po pracy, żeby być szybciej ze swoim ukochanym, pędziła na rowerze jak wiatr, energicznie kręcąc pedałami. Wiozła smakołyki dla Bruneta: świeżą wołowinkę, chrupki i Whiskasa. Brunet cierpliwie na nią czekał, wychodząc na powitanie przed furtkę. Witał ją radośnie, jak na kocura przystało, przeciągle miauczał i ocierał się o Wiesine nogi. Wiesia czuła, że cieszy się z jej powrotu do domu.

Obiad jedli o tej samej porze. On swoją wołowinkę, a Wiesia pomidorową. Spali razem w małżeńskim łożu. Brunecik właził pod kołdrę, tulił się do swojej pani, mrucząc z rozkoszy.

Szczęście uśmiechniętej, wesołej Wiesi trwałoby zapewne wiecznie, gdyby nie znienawidzony zapach mielonych kotletów, który pewnej nocy wdarł się brutalnie wraz z Brunetem do ich małżeńskiego łoża. Przez pół nocy zrozpaczona wdowa obwąchiwała winowajcę, który z oburzeniem prychał, gulgotał i wyrywał się, drapiąc swoją panią.

Załamana Wiesia wąchała Bruneta każdego wieczoru i wezwała do pomocy Gienia.

– Najsampierw oczyszcze kanały nosowe, muszem mieć lepsze powonienie – powiedział Gienio, głośno trąbiąc w wielką chustkę do nosa. Obwąchiwał Bruneta sukcesywnie, jak na naukowca przystało. Jeździł po kocie wielkim nochalem, zanurzając go w gęstym, błyszczącym futrze. Wciągał hałaśliwie w nozdrza wszystkie Brunetowe zapachy. Po czym wydał werdykt.

– Tak, to Aldonine kotlety, tylko one tak waniają. Za uchem czuję zapach czosnku, a na upartego buraków. Musiała go głaskać i hołubić, bo czuć tyż mydło rumiankowe, co go Aldona używa do mycia. – Gienio chlapnął o jedno słowo za dużo i zmieszany pobiegł szybko do swoich książek.

Od tego dnia Wiesia śledziła Bruneta i prawie natychmiast poznała całą prawdę. Brunet, z dumnie zadartym ogonem, maszerował prosto do położonego na skraju wsi białego domku. Aldona witała kota radośnie, piszcząc z zachwytu:

– Oj, ty mój Pięknisiu kochaniutki, przyszedłeś do swojej Aldonki. Pewnie głodniuśki jesteś, już rzucam mielone na patelkę.

Obejmowała go swoimi miękkimi ramionami, a Brunet tulił się do niej, wciskając łeb w przedziałek pomiędzy wielkimi piersiami. Łasił się, ocierał o policzki i szyję miaucząc, gruchając i przeciągle mrucząc. Po porcji zalotów i pieszczot kocur z apetytem pochłaniał mielonego i udawał się na sjestę. Zwinięty w kłębek kładł się na kołyszącym się w rytm Aldoninych oddechów biuście i mrucząc głośno, zasypiał.

– Ty okurwieńcu, łajdusie, zdrajco! To ja ci wołowine i Whiskasa kupywałam, a ty mielone żresz. Lubieżniku, zboczeńcu jeden, na cyckach tej ździry się huźdarz – biadoliła popłakując, ukryta w krzakach Wiesia.

Ponownie zdradzona podjęła natychmiastową decyzję. Spakowała cały dobytek do przepastnej walizy, złożyła w pracy wymówienie i opuściła wieś.

Gienio przywoził z miasteczka coraz to nowe wieści o zaginionej wdowie. Opowiadał z przejęciem:

– Wieta co? Wieśka wcale nie zaginęła i się znalazła. Mieszka w miasteczku i prawdopodobnież zapoznała płowego blondyna z facjatom w kolorze rabarbaru, alergena, czy cóś takiego. Nie bierze do giemby mielonych ani buraków, a ponoć po czosnku robi się dropiaty. Puchnie tyż na sam widok kotów.


Konkobinat z damkom

Tego jeszcze we wsi nie było, żeby od Różowego Kasztana niósł się rozdzierający płacz. Wzbijał się nad krzakami dzikiego bzu i ulatywał w chabrowe niebo. To pijany Właduś szlochał i zawodził niczym stara płaczka. Z jego małych, kaprawych oczu wytryskiwały fontanny łez, płynąc wartkim potokiem po pobrużdżonej, niedomytej twarzy.

– Czegój wyjesz? Blekotu żeś sie nażar, a może któś ci umarł, czy cóś takiego? – dopytywali się kumple.

– Eeee, Władusia taka żałość wziena, bo nachlany jebnął damko w płot i sie rozpierdzieliła. A tera arie wyprawia i gada, że bez niej nie bedzie żyć – informował kolesiów Gienio-Naukowiec, z zachwytem wpatrzony w wędrówkę dwóch pokaźnych gili wysmykujących się i chowających w czeluściach Władusiowego nochala.

– Przecie ja z niom od osiemnastu lat w konkobinacie żyje – szlochał chłop, a jego ciałem wstrząsały spazmy.

Właduś był we wsi bardzo lubiany. Słynął ze swej damki i rymowanek, które klecił na poczekaniu. Stanowili nierozłączną parę wtopioną w krajobraz wiejskiej drogi. Wierszokleta wszedł w posiadanie roweru dokonując transakcji wymiennej. Pijus z sąsiedniej wioski opchnął żoniny rower za litr wódki i kosz soczystych klapsów. I tak Właduś stał się właścicielem nowiutkiego, pachnącego świeżym lakierem jednośladu. Pokochał swoją Danuśkę, jak ją pieszczotliwie nazywał, od pierwszego wejrzenia.

Nigdy w życiu nie posiadał nic równie pięknego i błyszczącego. Żeby rower naprawdę stał się jego własnością, musiał stoczyć jeszcze mrożącą krew w żyłach walkę w obronie ukochanej.

Pewnego dnia pojawiła się prawowita właścicielka damki i zażądała zwrotu roweru. Właduś wpadł w szał. Rzucił się na babę z widłami i łopatą. Z gębą czerwoną jak pomidor, ziejąc niczym rozjuszone zwierzę, bronił dostępu do swojej konkubiny.

– Wont z mojego obejścia. Zara cie, ty złodziejko, sztukne łopatom w przedziałek. Po cudze przylazła i łapska wyciąga! Transakcjo jezd transakcjo, ja żem uczciwy chłop. Zapłacił twojemu nie moniakami, ale gorzałom. Bo tako była umowo – wrzeszczał, nacierając na wystraszoną babę z widłami i łopatą, którymi wymachiwał nad jej głową.

Przerażona kobieta przekonana, że ma do czynienia z fiksatem, uciekała zadzierając wysoko kieckę, bluźniąc przy tym na wszystkich pijaków, jakich nosi ziemia.

Od lat, każdego ranka Właduś pędził co rower wyskoczy pod Różowego Kasztana na ulubione śniadanko. Stosował tak jak kumple sprawdzoną dietę. Chleb i wino, cudowny chrześcijański posiłek zapewniający dobry nastrój i świetny humor na pierwszą połowę dnia.

– Ciepłe winko to przysmak wielki, lepszy na śniadanko niż grube serdelki – oznajmiał wszystkim kolesiom znany kiper napojów wyskokowych.

– Witam, witam ludkowie! – pohukiwał Właduś. – To co dziś wlewamy w mordeczkę? Kto pije ten w ciągłej radości żyje – pokrzykiwał, witany głośno przez kumpli.

Na śniadanie Właduś lubił wlać w mordeczkę wino malinowe, tak zwany maligniak, po którym, jak sama nazwa wskazuje, maligna i błogi stan otumanienia były zapewnione.

– Bełt orzeźwi z rana, jak woda źródlana – mawiał smakosz win, zagryzając słowa ćwiartką chleba. Po chwili błyskał starym dowcipem. – Wino to twój wróg, więc lej go w dziób.

I na dowód silnej wiary w treść utartego powiedzonka, znawca tematu wlewał do gardła kolejnego jabola.

Przysysał się do butelki jak głodne niemowlę do mlecznego cycka matki. Grdyka na cienkiej szyi z niebywałą szybkością podrygiwała w takt potężnych łyków eliksiru szczęścia.

Będąc od wielu lat na rencie, jak większość szacownych obywateli wioski, Właduś miał ustalony rytm dnia. Bez względu na porę roku pędził na swoim welocypedzie na randkę z ukochaną flaszką. Nie przeszkadzała mu jesień z anemicznie świecącym słońcem, ani szarugi z kąśliwym wiatrem i deszczem. Nie straszne mu były zimowe śniegi i zamiecie, kiedy docierał do celu zmarznięty i biały od śniegu jak bałwan. Wiosenne roztopy zmuszały Władusia do pedałowania w gumofilcach. Breja rozchlapywała się na wszystkie strony, oblepiając konkubentów błotnistą mazią.

Kiedy we wsi rozpanoszyła się wiosna, Właduś oddychał z ulgą. Uszczęśliwiony robił bezpośredni przelew renty do gardła i z zachwytem powtarzał:

– O kurwa, jak ja lubiem mieć taki karuzel w głowie.

Oczy miał pełne pijackiego rozmarzenia i snu. Wielkie brzęczące muchy obsiadały Władusia jak świeże gówno i obsrywały wielbiciela wesołych miasteczek.

Po chrześcijańskim śniadanku nastawiony optymistycznie do życia Właduś, wesoło pogwizdując, maszerował do pracy. Władusiowa robota polegała na zbieraniu drewna na opał. Nie stać go było na kupowanie węgla, a musiał zgromadzić spore zapasy na zimę. W tym celu przeprawiał się po grube gałęzie na drugi brzeg rzeki. Płynął małą łódeczką, energicznie wywijając własnej produkcji wiosłem. Zakończony rakietkami do ping-ponga kostur rozchlapywał wodę, a skąpany w jej strugach Właduś docierał na miejsce. Zmęczony swoistymi regatami osuwał się na kępę mchu i wbijał zęby w metalowy kapsel Perszinga. W pośpiechu zraszał winem wyschnięte gardło. Łykał łapczywie eliksir biologicznej odnowy, przymykając z rozkoszy oczy. Czekał, aż procenty dotrą do każdego zakamarka ciała.

– Siara w winie konserwuje, człowiek zdrowieje i od środka się nie psuje – szeptał z szerokim uśmiechem na ustach.

Dopiero teraz zabierał się ochoczo do pracy. Wyciągał piłkę i rżnął drzewo na małe szczapki. Kiedy procenty wyparowywały, ciągnął z flaszki kolejnego jabcoka. Nazywany kwasiorem, noszący drobiową nazwę „cip-cip”, był popołudniowym napojem dla koneserów. Picie z rana należało do złego tonu, a poza tym kwasior o tej porze stanowczo źle wchodził.

– Kwasior to orzeźwiające winko, zalatuje trochuj siaro, a trochuj cytrynko – nucił żeglarz swoją szantę.

Wyczerpany pracą ładował wypełniony drewnem jutowy worek do kanu i wracał, bezładnie machając wiosłem, które bełtało wodę.

W domu zgłodniały Właduś zabierał się do gotowania obiadu. Czuł, że stanie przy garach okrada go z męskości.

– Babów mam już dosyć, a wina ciągle mało, tak mi się na starość w życiu pojebało – burczał usprawiedliwiając się sam przed sobą.

Obiad składał się z talerza kaszy manny i klusek na mleku z solidną łyżką miodu.

– Miód krzepi, ale wino lepij – mruczał pod nosem. Po obiedzie walił się z łoskotem na łóżko, stękając głośno:

– Ciężka praca wcale się nie opłaca.

Po drzemce odparowany, zregenerowany żeglarz przeistaczał się w cyklistę i wskakując na rower pędził co tchu pod Różowego Kasztana. Nim ruszył w drogę, czyścił miękką szmatką wszystkie Danuśkowe wypukłości i zaokrąglenia. Na poobtłukiwane miejsca kładł olej, delikatnie go wklepując.

– Muszem dbać o ciebie miła, żebyś za szybko sie nie rozpierdzieliła.

Konkubina uwielbiała Władusiowe masaże. Prężyła metalowe rurki i wyciągała ramiona, pobrzękując z rozkoszy dzwonkiem.

Pod kioskiem czekał zbity tłumek kumpli okupujących krzywe ławki.

– J 23 – dysponował Właduś, patrząc łakomie na flaszkę. Wino lało się wartkim strumieniem w spragnione gardło. Głośne bekanie przeszywało powietrze niczym grzmot.

– No, bełcik się przyjął, przyszła pora na drugiego jabola. Owoc zakazany jest zawsze wskazany – bełkotał pijak, zerkając z wielbieniem na Danuśkę i gaworząc wesoło.

– Kochana znowusz sie uchlałem, a ty jezdeś mojo najlepsiejszo dziewczyno.

– Bo nie dziamgoli, jak każdo babo – dopowiadali kolesie.

Po suto zakrapianej kolacji droga powrotna do domu była istną golgotą. Pijany Właduś nie potrafił utrzymać się na rowerze i z trudem go ciągnął. Nieposłuszne nogi rozjeżdżały się na boki. Trzymał się kurczowo ramion ukochanej, która starała się doprowadzić oblubieńca do domu. Nie zawsze kończyło się to sukcesem. Właduś darł się i udzielał przyjaciółce ostrej nagany. Używał przy tym całej gamy wyzwisk i przekleństw, które niosły się po okolicy.

– Ty cierpki gnoju, jebańcu zawszony, suko pospolita, nie bede cie kurwo do domu ciongał!

Czasami pijacki bełkot zamieniał się w szał. Rzucał się wówczas na damkę kopiąc ją zawzięcie w metalowe części, które w odwecie pobrzękiwały, kpiąc z razów uchlanego konkobenta.

Ochlapus często opadał z sił, leciał wprost w ramiona ukochanej i tuląc policzek do dzwonka, zasypiał. Po drzemce ruszali dzielnie w stronę domu. Ale nie zawsze udało się Władusiowi spędzić noc we własnym łóżku. Czasem, przykryty rowerem, chrapał smacznie rozwalony na środku drogi.

Jego okraszone przekleństwami zmagania były już codziennością. Ciągnąc z wysiłkiem welocyped, dodawał sobie otuchy głośno bełkocząc:

– Sen we własnym łóżku i picie, to jest życie. Muszem pomodlić się do butelki, żeby nigdy mi nie zbrakło wina kropelki.

Wystraszeni rozpaczą Władusia kumple zastanawiali się, jak mu pomóc. Wszyscy liczyli na Gienia-Naukowca, który słynął z dobrych pomysłów i rozległej wiedzy.

Gienio, drapiąc się w rozczochraną głowę, wykrzyknął:

– Umarł król, niech żyje król!

– Genek! Czy cie pogieło, co ty pierdolis? O Jezuńku, następny jobla dostał. Jaki król, przecie tu o naszego Władusia chodzi.

– Oj nie znata sie chłopaki, to taka mentafura.

Chłopy wybałuszyły oczy na Gienka, nic nie rozumiejąc.

– O jakich mendach on znowusz gada!

– Nie mendach, tylko furze – jęknął Stefuś. – Jak nic bełt za dużo siary posiadał i tera wszystkie sfiksujem – dodał z rozpaczą w głosie.

Gienio cierpliwie tłumaczył kumplom, że trzeba natentychmiast skumpinować następny galantny rewerek i Właduś szybko zapomni o damce. Do tej roboty wyznaczono Kazka Chachmenta, który siedział wiele razy w pierdlu za złodziejstwo. Dla niego skubnięcie rowerku było pestką.

Pod Różowym Kasztanem zapanowała wielka radość, wesołość i poruszenie. Wyprawiano chrzciny nowej Władusiowej konkobiny, prezentu od kumpli. Oparta o drzewo stała nieco sfatygowana „ekstra nówka”, jak ją reklamowali kolesie.

Dla zatarcia śladów przestępstwa uchlany Kazek przemalowywał rower przez całą noc.

– Ręka trochuj mię dygotała, a maznołem jom tym kanarem, co mi sie w chaupie ostał – tłumaczył malarz, pokazując dzieło kumplom.

– No, ale żeś jom wypacykował. Tera były właściciel za Chiny jej nie pozna i nikt już nie skubnie takiego wielkanocnego kurcaka – rechotało ubawione towarzycho.

Kanarkowa stała z dumnie wypiętym dzwonkiem i zawieszoną na kierownicy kartką: „Nazywam sie Józia i żem na wieki twoja jezd”.

Tym razem Właduś ronił łzy szczęścia, dziękując przyjaciołom za pomoc w niepomiernie trudnej, życiowej sytuacji, z radością fundując bełty.

– Dziś mom przymus wielki, stawiać następne kolejki – rymował na poczekaniu.

– Kto gada fraszki, potrzeba mu flaszki – dodawał Gienio.

– Watróbkie trzeba dziurawcem traktować, żeby następne flaszkie spróbować – odpowiadał Właduś.

Rymowanki latały w powietrzu jak brzęczące muchy, które zawsze chętnie dobierały się do słodkiego wina.

– U nasz we wsi nawet owady lubiejo zachlać – rzekł z powagą Gienio-Naukowiec, wywołując ogólną wesołość.

– No chłopaki, chlanie to rzecz pańska, a żarcie to rzecz chamska – zachęcał poeta spod Różowego Kasztana.

– Picie to jezd życie! – wykrzykiwał uszczęśliwiony Właduś, ponad krzakami dzikiego bzu.


Spiritus movens

Lufka miała Barnabę, krasnale i ogród, a Barnaba dźwig, kolesiów, baby, no i Lufkę. Była żoną Barnaby od kilkunastu lat. Wszyscy dziwili się, dlaczego właśnie ją wybrał. Chudą, małomówną, ponurą brzydulę. Wziął ją z litości. Miał dobre serce.

– Nikt się z nią przecież nie ożeni, a mnie tam wszystko jedno – tłumaczył matce.

– Zobacz, ona przypomina grzebień. Płaska, cycków nie ma, żebra wystają, jak sęki z deski – rozpaczała przyszła teściowa.

Pozostał nieugięty.

Barnaba był dźwigowym, pracował na budowach w pobliskim miasteczku. Dojeżdżał do pracy pierwszym rannym autobusem i jako jedyny spośród kumpli miał stałą robotę. Pazerny był na tę robotę jak mało kto. Szefowie go chwalili, dostawał nagrody i wyróżnienia.

Wracał do domu zmęczony i od progu wołał:

– Lufka, dawaj lufkę.

Żona biegła kłusem do sieni z kieliszkiem w ręku. Barnaba wypijał wódkę na stojąco, strzepując buciory z nóg. Mył ręce i zasiadał do stołu. Do jedzenia lubił wypić następną setkę. Po obiedzie zawsze ucinał sobie małą drzemkę. Lufka pomna nauk matki, że lepiej siedzieć za darnią niż ganiać po pustym polu, doceniała gest Barnaby i starała się być dobrą żoną. Był jej rodziną i kochała go na swój Lufkowy sposób. Nie mieli dzieci.

– Nasz Barnaś to niczego sobie chłopisko, a patrzta wiatr ma w jajkach i z dzieciów nici. A może i lepiej, bo jak miałyby być takie paskudne jak Lufka, to zgroza.

Małżonkowie porozumiewali się za pomocą krótkich, urywanych zdań. No bo o czym tu z babo gadać?

– Bede nazad wieczorem – komunikował krótko Barnaba i biegł pod Różowego Kasztana, gdzie popijając piwko bawił kumpli opowieściami o budowie, szefie i kolegach z pracy. Po skonsumowaniu paru butelek i porządnym odlaniu się rozmyślał, do której baby dzisiaj skoczyć.

– Dziś pójde do Zuli, może mnie przytuli, a kto pójdzie do Joli, to se popierdoli. W Aldonki ciało by się pchało – zastanawiał się, głośno się śmiejąc nad wyborem damy na noc.

Wieczorem wracał do domu podchmielony, przesiąknięty zapachem taniej wody kwiatowej i zadowolony, że znowu przyjemnie upłynął mu dzień. Walił się do łóżka. Godziny umykały szybko i nadchodził następny pracowity poranek.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.