Po drugiej stronie  - Diana Palmer - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Po drugiej stronie - Diana Palmer

Agent FBI Kilraven wciąż nie uporał się z bolesną przeszłością. Po tym jak zamordowano jego żonę i córeczkę, odsunął się od świata i postanowił nie dopuścić do swojego serca żadnej innej kobiety. Nie wszystko jednak układa się po jego myśli. Przeniesiony do Jacobsville, małego miasteczka w Teksasie, poznaje śliczną Winnie Sinclair, dyspozytorkę w Centrum Służb Ratunkowych. Zauroczony Winnie, próbuje walczyć z rodzącym się uczuciem i trzymać dziewczynę na dystans. Nie jest to łatwe, zwłaszcza że i on wywarł na Winnie duże wrażenie. Relacje tych dwojga jeszcze bardziej się komplikują, gdy okazuje się, że w teksańskim miasteczku ukryte są odpowiedzi na pytania dotyczące niewyjaśnionego morderstwa bliskich Kilravena. Kiedy Winnie odkrywa, że jej rodzina może mieć związek z tą sprawą, postanawia pomóc agentowi. Niebezpieczne dochodzenie przybiera coraz bardziej nieoczekiwany obrót, a życie Winnie jest zagrożone. Kilraven musi stawić czoło swojej przeszłości i zaryzykować wszystko…

Opinie o ebooku Po drugiej stronie - Diana Palmer

Fragment ebooka Po drugiej stronie - Diana Palmer

Strona tytułowa
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI

Diana Palmer

Po drugiej stronie

Przełożyla: Natalia Kamińska-Matysiak

Harlequin

Warszawa 2011


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kilraven nie znosił poranków, a już szczególnie wtedy, kiedy zmuszony był do wzięcia udziału w świątecznej imprezie i wymiany prezentów. Razem z innymi policjantami, strażakami i pracownikami pogotowia z Jacobsville w Teksasie ciągnął losy przy wielkiej choince ustawionej w Centrum Służb Ratowniczych, a dziś nadeszła chwila rozpakowywania anonimowych podarunków.

Sącząc kawę na posterunku, marzył, żeby wykręcić się od przyjęcia. Dostrzegł domyślny uśmieszek Casha Griera, ale postanowił go zignorować.

Święta były dla niego bolesnym czasem. Przywoływały wspomnienia sprzed siedmiu lat, kiedy jego życie legło w gruzach. Wciąż prześladowały go koszmary. Gdy tylko zamykał oczy, tamte chwile wracały. Kilraven tak często, jak się dało, brał dodatkowe dyżury i zastępował kolegów, którzy w świątecznym okresie chcieli wykorzystać urlopy. Pogrążał się w pracy, nienawidził wolnych dni, nie lubił własnego towarzystwa, ale jeszcze gorzej znosił publiczne zgromadzenia. W dodatku ten dzień zaczął się źle.

Musiał oddać swojego wielkiego, puchatego chowchow, bo w jego mieszkaniu w San Antonio, dokąd niedługo wracał, nie wolno było trzymać zwierząt. Na szczęście miał pewność, że Bibb trafi w dobre ręce.

Chłopiec z sąsiedniego domu niedawno stracił swojego pupila, a bardzo lubił psa Kilravena. To było jak zrządzenie opatrzności, ale i tak bolało.

A teraz oczekiwano, że weźmie udział w idiotycznym przyjęciu i będzie zachwycał się durnymi prezentami.

Dostanie krawat, którego nigdy nie włoży, albo koszulę za małą o dwa rozmiary. W grę mogła też wchodzić książka, której nigdy nie przeczyta. Ludzie zwykle wręczali takie prezenty, jakie sami chcieliby otrzymać. Rzadko kiedy ktoś potrafił zdobyć się na to, by zastanowić się choć przez chwilę i kupić coś, co sprawi przyjemność drugiej osobie.

W swojej pracy – prawdziwej pracy, a nie w roli małomiasteczkowego policjanta, czego wymagała tajna operacja w południowym Teksasie, blisko granicy z Meksykiem – Kilraven często nosił garnitur. Tutaj nigdy.

Krawat będzie stratą pieniędzy. Był jednak pewien, że to będzie krawat. Nie cierpiał ich.

– Może niech mnie od razu powieszą i podpalą – warknął, spoglądając nieprzychylnie na kolegę.

– Świąteczne imprezy są fajne – odparł Cash. – Musisz tylko wczuć się w nastrój. Sześć czy siedem piw powinno wystarczyć.

– Ja nie piję – przypomniał szefowi, oczywiście tymczasowemu szefowi.

– Popatrz, jaki zbieg okoliczności. Ja też nie!

– To po co idziemy na zabawę, skoro żaden z nas nie gustuje w zalewaniu pały?

– Po pierwsze i tak nie będzie alkoholu, a po drugie, to dobre dla stosunków towarzyskich.

– Nie miewam stosunków i nienawidzę towarzystwa – odburknął Kilraven.

– Przecież widujesz się ze swoim przyrodnim bratem, Jonem Blackhawkiem, z macochą podobno też – przypomniał przebiegle, ale Kilraven tylko się krzywił. – Daj spokój. To tylko godzina czy dwie. Nie chcesz chyba popsuć ludziom świąt.

– Właśnie że chcę.

– Winnie Sinclair będzie zrozpaczona, jeśli nie przyjdziesz. I tak zaraz wyjeżdżasz do San Antonio. Zrób dziewczynie przyjemność.

Kilraven nie odpowiedział, tylko zadumany spojrzał w okno. Sznur samochodów ciągnął wokół miejskiego ronda, na środku którego pyszniła się ogromna choinka oraz Święty Mikołaj z saniami zaprzężonymi w renifery.

Między latarniami rozpięto kolorowe łańcuchy i sznury lampek. Na posterunku również stało drzewko, choć akurat tu dekoracje były wielce oryginalne. Wesoła ekipa przystroiła choinkę kajdankami, miniaturowymi pistoletami i replikami policyjnych samochodów. Wśród gałęzi, zamiast łańcucha, połyskiwała policyjna taśma.

Kilraven nie miał ochoty myśleć o Winnie Sinclair.

W ostatnich miesiącach w niewytłumaczalny sposób wtargnęła w jego życie, zawłaszczyła tą cząstką, z której ciężko mu było zrezygnować. Problem w tym, że Winnie tak naprawdę go nie znała i nic nie wiedziała o jego przeszłości. Ktoś musiał jej jednak coś napomknąć, bo nieśmiałe uśmiechy i ukradkowe spojrzenia, które mu posyłała, urwały się jak nożem uciął. Teraz, kiedy rozmawiali, była grzeczna i oficjalna. Rzadziej też ją widywał.

Sam zresztą nie był pewien, czy chciałby to zmienić. Skoro narzuciła dystans, mój wyjazd mniej ją dotknie, uznał.

– Cóż, myślę, że kilka kolęd nie powinno mi nadmiernie zaszkodzić – skapitulował w końcu z ciężkim westchnieniem.

– Świetnie. Poproszę sierżanta Millera, żeby zaśpiewał ci tę, którą skomponował specjalnie dla nas – radośnie oznajmił Cash.

– Słyszałem ją. Proszę, nie!

– Nie ma aż tak fatalnego głosu.

– Nadawałby się z nim do baletu.

– Jak sobie chcesz, Kilraven – odparł ze śmiechem Cash. – Aha, jeszcze jedno, tak z ciekawości. Czy ty naprawdę nie masz imienia?

– Mam, ale nigdy nie używam i nie zamierzam ci go zdradzać.

– Więc sobie nie zdradzaj, ale w płacach na pewno je znają, a także w banku.

– Nic ci nie powiedzą. Wiedzą, że mam broń.

– Ja też! A mój pistolet jest większy!

– I tak dobrze, że nie nosisz rewolweru jak Dunn.

– Z dezaprobatą wskazał kolegę, który siedział na brzegu biurka.

Na biodrze Dunna pyszniła się czarna skórzana kabura nabijana srebrem jakby rodem z westernu.

– On należy do Towarzystwa Jednostrzałowców – przypomniał mu Cash. – Dziś po południu są zawody, a on jest naszym najlepszym strzelcem.

– Najlepszym po mnie.

– Dunn jednak zostaje Jacobsville, a ty jesteś u nas tylko przejazdem.

– Nie wyjeżdżam znów tak daleko – mruknął jakby do siebie Kilraven. – Podobało mi się tutaj. Mniejsza presja.

Cash przypuszczał, że chodzi o to, iż w Jacobsville mniej rzeczy wywołuje wspomnienia. Siedem lat wcześniej rodzina Kilravena zginęła w krwawej strzelaninie. Ta myśl przywołała szczegóły sprawy, którą zajmował się ostatnio wraz z innym detektywem z sekcji zabójstw w San Antonio, Alice Mayfield-Jones, narzeczonej tutejszego ranczera Harleya Fowlera.

– Wspomniałeś Winnie Sinclair o możliwych powiązaniach dochodzenia z jej wujem? – spytał, ściszając głos.

– Nie wydaje mi się to dobrym pomysłem na tym etapie sprawy – zdecydowanie odparł Kilraven. – Jej wuj nie żyje i nikt nie będzie z jego powodu groził Winnie, Boone’owi czy Clarkowi Sinclairom. Nawet nie wiemy, co go wiązało z ofiarą. Wolę na zapas nie martwić Winnie.

– Czy skontaktowano się ponownie z jego dziewczyną?

– Z takim samym skutkiem jak za pierwszym razem.

Jest tak naćpana, że nie wie, czy to dzień, czy noc. Nie pamięta nic, co mogłoby się nam przydać. Jak na razie policjanci chodzą od drzwi do drzwi w sąsiedztwie domu ofiary, starając się znaleźć kogoś, kto coś wie. Morderca zostawił okropny bałagan.

– Tak samo jak w tej sprawie sprzed siedmiu lat, kiedy zginęła młoda kobieta – westchnął Cash.

– Pamiętam. To było... niedługo potem straciłem bliskich – z trudem wykrztusił Kilraven. – Okoliczności bardzo podobne, ale żadnego punktu zaczepienia. Poszła na przyjęcie i zaginęła. Goście utrzymywali, że w ogóle nie dotarła, a facet, z którym się umówiła, w ogóle nie istniał.

– Wiesz, że nie dojdziesz do siebie, dopóki od serca nie porozmawiasz z kimś o tym, co cię spotkało? – zapytał cicho Cash.

– A o czym tu gadać? – rzucił Kilraven z gniewem.

– Chcę dorwać sprawcę!

Potwierdził to, co Cash podejrzewał od dawna: Kilraven marzył tylko o jednym, o zemście, a to nie wróżyło dobrze.

– Wiem, jakie to uczucie...

– Gówno wiesz! – ryknął Kilraven i zerwał się z miejsca.

Cash nie obraził się za jego wybuch. Widział zdjęcia z autopsji. Było mu szczerze żal kolegi. Nikt nie mógł mu pomóc.

Kilraven jednak przyszedł na przyjęcie.

– Wybacz mi moje zachowanie – mruknął, stając obok Casha, ale nie patrząc na niego.

– Nie reaguję już gniewem na takie prowokacje. Złagodniałem.

– Czyżby? – spytał Kilraven z błyskiem w oku.

– To był wypadek.

– Przypomnij, jak to było? Chlusnąłeś w gościa pianą z wiadra czy wepchnąłeś mu gąbkę do ust?

– Nie powinien mnie wyzywać, kiedy myłem wóz – z krzywym uśmieszkiem odparł Cash. – I to nie ja go aresztowałem, tylko inny patrol.

– I tak domyślił się twojego udziału. Zapewne nie był zachwycony, kiedy policjanci wyprowadzali go w kajdankach z gabinetu dentystycznego.

– Pewnie nie, skoro był jego właścicielem. Ale takie aresztowanie to dla niego nie nowina, bo nie miał czystej kartoteki. Kiedyś uśpił pacjentkę do zabiegu i się z nią zabawiał. Pielęgniarka go nakryła. Dlatego musiał zwinąć praktykę w metropolii i zaszyć się w takiej dziurze jak Jacobsville. Nic mu to jednak nie dało, bo u nas też długo nie zagrzał miejsca. Klimat naszego miasteczka jakoś mu nie posłużył.

– Tak to się kończy, gdy ktoś drażni psa na jego podwórku.

– No właśnie. Mam nadzieję, że dotarło do niego, jaki błąd popełnił, i wyciągnie z tego odpowiednie wnioski.

– Być może, ale i tak musiałeś mu odkupić garnitur.

– A jakże, z tym że choć sędzia nakazał, by był w tej samej cenie, to nic nie wspomniał o kolorze – oznajmił z błogim uśmiechem Cash.

– Skąd ty wytrzasnąłeś ten cytrynowołajnowaty koszmar? – Kilraven parsknął śmiechem.

– Ma się te znajomości w przemyśle odzieżowym.

A wspominałem, że nawiązałem kontakt z dwiema ofiarami naszego dentysty erotomana?

– Owszem. I dałeś im namiary na wyjątkowo upierdliwego prywatnego detektywa z Houston.

– Nawet oni bywają użyteczni. A ten rzeczywiście jest królem upierdliwców. – Nawet nie próbował ukrywać złośliwej satysfakcji.

– Jednego możesz być pewien. Za żadne skarby nie zagadam do ciebie, kiedy będziesz pucował swoje ukochane autko.

– No, no, dobrze kombinujesz – skomentował Cash ze śmiechem.

Główna sala Centrum Służb Ratowniczych była pełna ludzi. Na trzymetrowej choince wesoło migały kolorowe światełka, pod nią ustawiono stosy prezentów. Kilraven znów pomyślał o niechcianym podarunku.

– To z pewnością będzie krawat – mruknął.

– Co? O jakim krawacie mówisz? – spytał Cash.

– O moim prezencie. Wszystko jedno, kto mnie wylosował, z pewnością kupił mi krawat. To zawsze jest krawat. Mam ich pełną szafę. Nienawidzę cholerstwa.

– Nigdy nic nie wiadomo. Może tym razem czeka cię niespodzianka?

Między kolędami powitano gości, a także wygłoszono kilka krótkich przemówień i podziękowań. Pogratulowano skutecznych akcji strażakom, policji, straży miejskiej oraz personelowi dyspozytorni. Potem zaproszono wszystkich do bogato zastawionych stołów. Dopiero na koniec wręczono prezenty.

Kilravena zdumiał duży karton, na którym widniało jego nazwisko. O ile ktoś dla żartu nie schował małego pudełka do większego pudła, to nie mógł być krawat.

Z drugiej strony pakunek był długi i szeroki, ale bardzo płaski, więc taka zabawa była raczej niemożliwa. Przez chwilę, nie kryjąc ciekawości, obracał tajemniczy prezent, jakby zwlekając z jego rozpakowaniem.

Winnie Sinclair, niewysoka blondynka, przyglądała się mu spod oka. Miała rozpuszczone, spływające falami na ramiona włosy, bo ktoś powiedział jej, że Kilraven nie lubi kucyków i koka. Ubrała się w klasyczną, czerwoną sukienkę i naszyjnik z pereł. Żałowała, że tak niewiele wie o Kilravenie. Szeryf Carson Hayes wspomniał, że jego najbliższych zamordowano przed laty, ale nie udało się jej dowiedzieć niczego więcej. A ostatnio krwawa zbrodnia, a nawet dwie, zawitały do hrabstwa Jacobs. Krążyła pogłoska, że zamordowana kobieta z San Antonio znała ofiarę, a dawno temu odłożona ad acta sprawa może wreszcie doczekać się wyjaśnienia.

Cokolwiek miało się zdarzyć, Kilraven nie będzie już brał w tym udziału, bo wyjeżdża po świętach, pomyślała Winnie. Od kilku dni nie mogła sobie znaleźć miejsca.

Przypuszczała, że koledzy tak ustawili losowanie, by wyciągnęła kartkę z jego imieniem. Wiedzieli, co do niego czuła.

Długo rozważała, co powinna mu dać. Wiedziała, że nie krawat. Wszyscy wręczali krawaty, apaszki albo zestawy kosmetyków. Chciała podarować mu coś, czego nie znajdzie się na sklepowej półce. W końcu zdecydowała, że namaluje dla niego coś specjalnego. Wybrała kruka, by zaś dodać nieco kolorów, otoczyła go jak ramką splecionymi różami. Nie bardzo wiedziała, skąd wpadł jej do głowy ten pomysł, ale uznała go za wspaniały temat na obraz. Kruki to samotniki, a przy tym bardzo inteligentne i tajemnicze ptaki. Te cechy wydawały się idealnie pasować do Kilravena. Dokupiła ramkę i opakowała prezent. Miała nadzieję, że mu się spodoba. Oczywiście nie mogła zdradzić, że to ona jest autorką, bo prezenty miały być anonimowe, natomiast Kilraven sam z siebie nie domyśli się tego, bo nie wiedział o jej hobby.

Pojawienie się Kilravena bardzo ożywiło życie Winnie. Pochodziła z bogatej rodziny, ale zarówno ona, jak i jej bracia nigdy tego nie okazywali. Lubiła swoją pracę, a przede wszystkim lubiła na siebie zarabiać. Za niewielką pensję kupiła małe, czerwone autko, o które sama dbała.

Dawało jej to wiele radości i satysfakcji. Z początku obawiała się, że Kilraven będzie onieśmielony jej statusem, ale zdawał się w ogóle na to nie zwracać uwagi. Raz, kiedy brał udział w jakiejś konferencji, widziała go w garniturze. Wyglądał szalenie elegancko i zdawał się tam tak samo na miejscu co w dżinsach na posterunku.

Wiedziała, że będzie nieszczęśliwa po jego wyjeździe, ale tak na pewno będzie lepiej, tłumaczyła sobie. Owszem, szalała za nim, jednak Cash Grier twierdził, że Kilraven nie uporał się jeszcze z duchami przeszłości i nie jest gotowy do nowego związku. To ją przygnębiło i zmieniło jej stosunek do niego, jednak uczuć nie zabiło.

Obserwowała go z zachwytem, kiedy otwierał prezent.

Stał nieco z boku, z pochyloną głową. Wreszcie zdarł wstążkę i papier, po czym zwężonymi oczami przyjrzał się obrazkowi, a po chwili uniósł wzrok i przeszył Winnie gniewnym spojrzeniem szarych oczu. Skąd wiedział, pomyślała w popłochu, patrząc bezradnie, jak Kilraven wtyka prezent pod pachę i z zaciętą miną opuszcza przyjęcie.

Winnie poczuła się okropnie. W jakiś sposób musiała obrazić Kilravena... Był dotknięty do żywego, wściekły, nawet rozjuszony. Łykając łzy, skubała ciasteczka i sączyła poncz, udając, że świetnie się bawi.

Kilraven z trudem dotrwał do końca zmiany, potem wsiadł w samochód i pojechał do San Antonio, do przyrodniego brata Jona Blackhawka.

Jon oglądał akurat powtórkę meczu. Otworzył drzwi ubrany jedynie w spodnie od dresu, a rozpuszczone, czarne, lśniące włosy sięgały do pasa.

– Ćwiczysz swój indiański wizerunek? – zapytał kąśliwie Kilraven.

– Po prostu tak mi wygodnie. Właź. Nie za późno na braterską wizytę?

Kilraven rzucił podróżną torbę na podłogę i wyciągnął obraz.

– Opowiedziałeś Winnie Sinclair o rysunku kruka! – rzucił z furią.

Jonowi po prostu odebrało mowę. Obraz nie tylko przedstawiał kruka, ulubionego ptaka Melly, ale nawet kwiatowa obwódka była namalowana najczęściej używanymi przez nią kolorami, czyli różnymi odcieniami czerwieni i pomarańczowym.

Już wiedział, o co oskarża go brat.

– Nie rozmawiałem z żadną Winnie Sinclair – oznajmił, patrząc mu prosto w oczy. – Skąd wiedziała?

– Ktoś inny musiał jej powiedzieć. Zabiję, kiedy dowiem się, kto!

– Coś mi przyszło do głowy. Czy to nie ta, która kiedyś wezwała dla ciebie wsparcie, choć wcale o to nie prosiłeś?

– Ta sama. – Kilraven powoli się uspokajał. – Ocaliła mi wtedy tyłek. To miała być zwykła rodzinna awantura, a okazało się, że koleś ma broń i wziął żonę z córką jako zakładniczki, kiedy żona przyjechała z papierami rozwodowymi. Kawaleria przybyła na sygnale. Hałas i błyski świateł odwróciły na moment jego uwagę, więc bez problemu go rozbroiłem.

– Skąd wiedziała?

– Sam chciałbym wiedzieć... – Kilraven zmarszczył brwi. – Aha, wspomniała, że miała przeczucie. Ten, kto zgłosił awanturę, nie mówił o broni, powiedział tylko, że mężczyzna wykrzykuje groźby.

– Nasz ojciec też miewał takie przebłyski – przypomniał Jon. – Nieraz ocaliły mu życie. Mawiał, że to taki specyficzny wewnętrzny niepokój.

– Tak, jak w tę noc, kiedy straciłem żonę i córkę.

– Kilraven usiadł na kanapie przed telewizorem. – Pojechał po benzynę, żeby zatankować wóz przed służbową podróżą, w którą miał wyruszyć następnego dnia. Kiedy wrócił...

– W domu byłeś ty i połowa miejskiej policji. Mogli ci tego oszczędzić – ze złością wtrącił Jon.

– Nie umiem wyprzeć tych obrazów z pamięci. Muszę z tym żyć dzień po dniu – w zadumie dodał Kilraven.

– Ojciec też. To dlatego zapił się na śmierć. Cały czas powtarzał, że gdyby nie pojechał na stację, mogliby przeżyć.

– Albo zginąłby z nimi... – Kilraven ciężko przetarł twarz. – Alice Mayfield-Jones dała mi niedawno wykład pod tytułem: „Zgubne aspekty słówka gdyby”. – Uśmiechnął się smutno. – Myślę, że miała rację. Nie można zmienić przeszłości. Można jednak co innego. Oddałbym dziesięć lat życia, żeby dostać tego, kto to zrobił.

– Wreszcie go dopadniemy, przysięgam – odparł Jon.

– Jadłeś już?

– Jakoś nie mam apetytu. – Zapatrzył się w obraz Winnie. – Pamiętasz rysunki Melly? Miała trzy latka, a już widać było niesamowity talent...

– Mac, pierwszy raz od siedmiu lat wypowiedziałeś jej imię – zauważył cicho Jon.

– Nie nazywaj mnie tak! – zaoponował ostro.

– Mac to doskonały skrót od McKuen – z uporem oświadczył Jon. – Dostałeś imię na cześć jednego z najbardziej znanych poetów połowy ubiegłego wieku, Roda McKuena. Gdzieś tu mam tomik jego wierszy. Wiele z nich stało się przebojami muzycznymi.

Zrezygnowany Kilraven pokręcił głową i rozejrzał się po wypchanych półkach i stertach książek na podłodze.

– Jakim cudem to wszystko przeczytałeś?

– Mógłbym cię spytać o to samo, przecież masz więcej książek niż ja. Jedyne, czego masz jeszcze więcej, to gier komputerowych.

– Zastępują mi towarzystwo. – Kilraven znów skupił się na prezencie Winnie. – Byłem wściekły, kiedy to zobaczyłem. Obwódka jest niemal identyczna jak ta, którą narysowała Melly.

– Była ślicznym, przemiłym dzieckiem. Nie możesz odcinać się od wspomnień o niej – prawie wyszeptał Jon.

– Wiem, ale poczucie winy ż zera mnie żywcem. Może Alice ma jednak rację. Może tylko nam się wydaje, że mamy kontrolę nad własnym życiem.

– Prawdopodobnie – przytaknął Jon. – Mam w lodówce resztkę pizzy i nagrałem niezły mecz.

– Przecież wiesz, że jeśli już komuś kibicuję, to na pewno przegrywa. A kto w ogóle gra?

Winnie miała wyrzuty sumienia. Rozwścieczyła Kilravena tuż przed jego wyjazdem z Jacobsville. Pewnie już go nie zobaczę, pomyślała z bólem.

– Co ci się stało? – zawołała szwagierka, widząc nieszczęśliwą minę wracającej z przyjęcia Winnie.

– Chodź, opowiesz mi wszystko. – Keely przytuliła ją.

– Podarowałam Kilravenowi obraz. – Winnie nie zdołała powstrzymać łez. – Nie powinien wiedzieć, od kogo jest prezent, ale się domyślił! Patrzył na mnie z taką nienawiścią... – Chlipnęła. – Wszystko zepsułam!

– Mówisz o obrazie kruka? Był cudny.

– Też myślałam, że jest niezły, ale Kilraven spojrzał na mnie tak, jakby chciał mnie udusić, a potem wyszedł bez słowa.

– Może nie lubi kruków? – snuła domysły Keely.

– Niektórzy wręcz się ich boją.

– Kilraven niczego się nie boi – prychnęła Winnie, przyjęła chusteczkę i wydmuchała nos.

– Pewnie nie, a tak często ryzykuje... Zaraz, czy to nie jemu podesłałaś wsparcie podczas jakiejś strzelaniny?

Słyszałam o tym, bo moja koleżanka jest spokrewniona z Shirley, która pracuje z tobą w Centrum Służb Ratowniczych.

Winnie westchnęła, odłożyła torebkę i usiadła na kuchennym krześle.

– Sama nie wiem, dlaczego to zrobiłam, po prostu czułam, że zdarzy się coś złego, jeżeli nie wyślę mu wsparcia. A przecież facet, który zgłosił zdarzenie, nie wspomniał, że podejrzany ma broń. Niestety miał, no i był w sztok pijany, więc w ogóle się nie przejmował, że może wszystkich pozabijać. Kilraven miałby kłopot, gdyby musiał go aresztować sam, bez wsparcia.

Pamiętały wcześniejszy incydent, kiedy Winnie dopiero zaczynała pracę. Wysłała Kilravena do awantury domowej, nie wspominając, że ktoś jest uzbrojony, co mogło skończyć się tragicznie. Po powrocie, nie przebierając w słowach, uświadomił Winnie jej błąd. Od tamtego czasu była bardziej ostrożna.

– Skąd wiedziałaś?

– Nie mam pojęcia. Takie przebłyski zdarzają mi się od dziecka. Czasem wiem o rzeczach, o których nie mam prawa wiedzieć. Zresztą moja babcia też tak miała. Nieraz nakrywała do stołu na więcej osób, mimo że nikt nie był zaproszony, i zawsze zjawiał się niezapowiedziany gość.

Nazywała to drugim wzrokiem.

– To dar. Podobno Tippy, żona Casha Griera, też czasem widzi przyszłość.

– Tak słyszałam, ale co do mnie to nie wiem na pewno.

Czasem po prostu mam przeczucia. Zazwyczaj nieprzyjemne. – Spojrzała na Keely. – Dziś też cały dzień coś mnie męczy. I raczej nie chodzi o reakcję Kilravena na mój prezent. Ciekawe, co...

– Czyj wóz stoi na podjeździe? – zapytał Boone Sinclair, wchodząc do kuchni i całując żonę w usta.

– Zapraszałyście kogoś?

– Nie.

– Ja też nie – wtrąciła Winnie. – To nie Clark?

– Rano poleciał do Dallas na spotkanie w sprawie sprzedaży bydła. – Boone podszedł do okna. – To stary samochód, choć dobrze utrzymany. W środku są dwie osoby. – Zmarszczył brwi, próbując coś dostrzec w ciemnościach.

Kobieta wysiadła, obeszła auto i nachyliła się do okna od strony pasażera. Przez chwilę rozmawiała z kimś, kto był w środku pojazdu, potem uśmiechnęła się, skinęła głową, wzięła podaną walizkę i z wahaniem podeszła do drzwi. Boone rozpoznał ją, gdy tylko weszła w krąg światła. Wyglądała jak starsza wersja Winnie. Jego spojrzenie stwardniało.

Keely domyśliła się po jego minie, że dzieje się coś niedobrego. Winnie podeszła do brata i z równie nieprzyjemnym grymasem wyglądała przez okno. Zanim szwagierka zdążyła zapytać, co się dzieje, wybuchła:

– Jak ona śmie tu przychodzić!


ROZDZIAŁ DRUGI

Wzburzona Winnie wybiegła z kuchni.

– Kto to jest? – chciała wiedzieć Keely.

– Nasza matka – wykrztusił gorzko Boone. – Nie widzieliśmy jej, odkąd porzuciła ojca i uciekła z wujem, żeby go poślubić.

– Och – jęknęła Keely, widząc zaciśnięte usta męża.

– Chyba pójdę na górę. Będzie lepiej, jeśli porozmawiacie z nią sami.

– Dziękuję. Też tak sądzę. Potem ci wszystko opowiem. – Delikatnie ją pocałował.

Winnie szarpnięciem otworzyła drzwi. Dysząc z wściekłości, spojrzała na intruza, którego sama tak bardzo przypominała z wyglądu.

– Czego tu szukasz? – wysyczała.

Wysoka, szczupła kobieta, w której bujnych blond włosach połyskiwały siwe pasma, popatrzyła na nią z zaskoczeniem.

– Winona?

Ona jednak bez słowa okręciła się na pięcie i jak burza wpadła do salonu.

– Jeśli chcesz pieniędzy... – zaczął Boone lodowatym tonem.

– Mam dobrą pracę – odparła powoli, nie kryjąc rosnącego zdumienia. – Dlaczego miałabym przychodzić do was po pieniądze?

Boone stał niezdecydowany przez chwilę, po czym odsunął się, robiąc jej przejście. Weszła, rozglądając się z zainteresowaniem, jakby nie poznawała otoczenia. Cóż, od tak wielu lat już tu nie mieszkała...

– Mam coś dla was – powiedziała z powagą, wskazując niedużą walizeczkę. – To rzeczy, które należały do waszego ojca, ale wuj wziął je, kiedy... – zawahała się na moment – stąd odchodziliśmy.

– Jakie rzeczy?

– Rodzinne dziedzictwo.

– Dlaczego z tobą nie przyjechał?

– Nic nie wiecie? – Uniosła brwi. – Nie żyje od miesiąca.

– Współczuję. Musi ci być ciężko.

– Rozwiodłam się z nim dwanaście lat temu – oznajmiła spokojnie. – Ostatnio mieszkał z kobietą, która handlowała narkotykami na ulicy. Sama jest uzależniona.

Powiedziałam, że rzeczy jej faceta muszą wrócić do rodziny, bo inaczej spotkamy się w sądzie. – Wskazała teczkę. – Należą do was.

Boone poprowadził ją do salonu. W bujanym fotelu sztywno siedziała Winnie, przyjazna niczym rozwścieczona kobra.

Jej matka z gracją usiadła na kanapie. Przez chwilę ze smutkiem wpatrywała się w portret ojca Winnie, Boone’a i Clarka, wreszcie położyła walizeczkę na stole, otworzyła ją i wyjęła garść złotej biżuterii wysadzanej drogimi kamieniami.

– To należało do waszej prababki. Pochodziła z dobrej, hiszpańskiej rodziny z Andaluzji. Przyjechała tu z ojcem, który kupił duży majątek i hodował konie.

Miał wartego fortunę ogiera, złotego medalistę, za pokrycie klaczy płacono ogromne pieniądze. Natomiast wasz pradziadek był biedny, miał tylko pracę. Prowadził ranczo bogatego farmera. Harował ciężko, lecz w duszy krył wielkie marzenia. Dążył do odmiany swego losu, chciał stać się kimś, a nie tylko najemnym pracownikiem. Wasza prababka zakochała się w nim z wzajemnością, pobrali się. Za jej posag kupili ziemię i postawili ten dom. – Zamilkła na moment, uśmiechając się do swoich myśli. – Podobno potrafiła jeździć lepiej od niejednego kowboja, była też bardzo odważna. Kiedyś odwróciła mantylą uwagę rozwścieczonego byka, który zaatakował jej męża, i uratowała mu życie.

– Jej obraz wisi na piętrze w gościnnej sypialni – powiedział cicho Boone.

– Po co to przywiozłaś? – zapytała Winnie chłodnym tonem.

– Gdybym tego nie zabrała, ćpunka przehandlowałaby klejnoty za narkotyki, a ja czułam się za nie odpowiedzialna. Bruce był wściekły, kiedy dziadek go wydziedziczył, przekazując ranczo waszemu ojcu. Zabierając rodowe klejnoty, chciał wyrównać rachunki.

– Więc cię zmusił, żebyś z nim uciekła? – ironicznie zapytała córka.

– Do niczego mnie nie zmuszał – wyznała ze smutkiem. – Byłam naiwna i głupia. I nie oczekuję, że mnie przyjmiecie z powrotem do rodziny z powodu kilku błyskotek. – Wstała. – Czy Clark jest w domu?

– Wyjechał w interesach – odparł Boone.

– Szkoda. Chętnie zobaczyłabym również jego. Minęło tyle czasu. – Uśmiechnęła się smutno.

– To był twój wybór, prawda? – W głosie Winnie brzmiał tłumiony gniew. – Ojciec cię za to znienawidził, a ja byłam do ciebie za bardzo podobna i zapłaciłam za jego ból. – Przymknęła na moment oczy. – Płaciłam każdego dnia, póki żył.

– Tak mi przykro.

– Przykro ci? – Winnie zadarła bluzkę i odwróciła się tyłem. – Chcesz zobaczyć, jak naprawdę powinno ci być przykro?

Boone aż syknął, widząc ślady na plecach siostry. Dwie srebrne krechy biegły długimi bliznami wzdłuż kręgosłupa.

– Nie mówiłaś, że tak cię potraktował! – zawołał z wściekłością.

– Zagroził, że jeśli go wydam, ty i Clark dostaniecie jeszcze lepsze pamiątki – wyznała cicho, obciągając bluzkę. Patrzyła na przerażone miny brata i matki. – Od lat marzyłam o spotkaniu z tobą – rzuciła z furią Winnie, jej twarz poczerwieniała. – Żeby powiedzieć, jak bardzo cię nienawidzę za to, co zrobiłaś!

– Rozumiem, Winono – odparła spokojnie, lecz w jej oczach czaił się niewysłowiony ból. – Wyrządziłam ogromną krzywdę wam wszystkim. – Odetchnęła głęboko. – Zapewne nie uwierzysz, ale i ja zapłaciłam swoją cenę.

– Dobrze ci tak! – odgryzła się Winnie. – A teraz się wynoś i więcej tu nie wracaj! – Wybiegła z pokoju.

Boone odprowadził matkę do drzwi. Na jego twarzy nie było współczucia, ale w oczach można było dostrzec zaciekawienie. Intensywnie się zastanawiał, kim jest pasażer matki, w ogóle jak mogło wyglądać jej życie.

Ciemny kostium nie był markowy, kosztował jednak trochę. Buty na płaskim obcasie były wypastowane na glanc. W ogóle matka prezentowała się doskonale, dobrze ubrana, zadbana. Sprawiała wrażenie osoby rozsądnej, zapewne kompetentnej w swoim zawodzie. Zastanawiał się, jak zarabia na życie, bo przecież musiała gdzieś pracować.

– Dziękuję, że przywiozłaś nasz spadek – powiedział.

– Przypominasz swojego ojca z pierwszych lat małżeństwa. – Gail Rogers-Sinclair spojrzała na niego z dumą. – Czytałam, że niedawno się ożeniłeś.

– Tak. Moja żona nazywa się Keely i pracuje z miejscowym weterynarzem.

– Jej matka zginęła – przypomniała sobie Gail.

– Owszem.

– Przynajmniej ta kryminalna zagadka została szybko rozwiązana, natomiast nowe morderstwo w Jacobsville ściągnęło uwagę federalnych. Tylko że, jak sądzę, niełatwo będzie znaleźć sprawcę. – Spojrzała mu w oczy.

– Wasz wuj był powiązany ze sprawą – oznajmiła, nie okazując emocji. – Nie mam jeszcze pewności, ale może to oznaczać złą prasę dla waszej trójki. Postaram się wszystko wyciszyć, ale takie sprawy przyciągają dziennikarzy.

– Racja. – Zaskoczyła go jej wiedza o policyjnym dochodzeniu. – Ty też jesteś w to zamieszana?

– Nie musisz wiedzieć więcej, niż to konieczne. – Złagodziła sens tych słów uśmiechem. – Słyszałam, że Winnie jest dyspozytorem w Centrum Służb Ratowniczych. Jestem z niej dumna. Pracuje, chociaż nie musi. To szlachetne.

– Też tak uważam. A co wiąże wuja z morderstwem?

– Dokładnie nie wiadomo. To wciąż jeszcze jest przedmiotem śledztwa, ale robi się coraz goręcej, bo tropy prowadzą do paru osób ze świecznika. Wy jednak możecie spać spokojnie. – Zerknęła na zegarek. – Muszę iść.

Przyjechałam do znajomego i już jestem spóźniona.

Szkoda, że nie spotkałam się z Clarkiem. Czym się zajmuje?

– Pracuje razem ze mną na ranczu – odparł Boone, próbując zrozumieć jej brak zainteresowania ich majątkiem i jakoś powiązać go ze smutkiem w jej oczach.

– Myślę, że kiedyś powinniśmy się spotkać i porozmawiać – szepnął.

– Właściwie nie ma nic więcej do powiedzenia – odparła równie cicho. – Nie możemy zmienić przeszłości.

Popełniłam błędy, których się nie da naprawić ani odkupić. A co teraz robię? Pracuję i staram się pomagać ludziom. Trzymaj się. Dobrze było was zobaczyć... mimo tych wszystkich okoliczności... – Spojrzała na niego z nieskrywanym bólem, po czym ruszyła do samochodu.

Boone patrzył za nią z nagłym poczuciem winy. Gail wsiadła, powiedziała coś do swojego pasażera i odjechała.

Winnie wróciła na dół, dopiero kiedy zamilkł warkot odjeżdżającego samochodu. Miała zapuchnięte oczy i policzki mokre od płaczu, choć Keely starała się ją uspokoić.

– Nareszcie pojechała. Bezczelność!

– Żałuję, że wcześniej nie wiedziałem, jak potraktował cię ojciec – niemal szepnął pogrążony w myślach Boone.

– Chciałam ci powiedzieć, ale bałam się jego reakcji – wyznała drżącym głosem. – Naprawdę mnie nie znosił.

Mówił, że choć wyglądam jak matka, to dopilnuje, żebym nie poszła w jej ślady.

– Pamiętam, że kazał ci stale siedzieć w kościele.

– I odstraszał każdego chłopca, który chciał się ze mną umówić. – Objęła się ramionami. – Przez to moje życie towarzyskie praktycznie nie istnieje. Za bardzo ciąży mi przeszłość.

Boone podszedł do siostry i mocno ją przytulił.

– Jak nam wszystkim, ale zobacz, że jednak wyszliśmy na ludzi.

– Ty z pewnością. – Uśmiechnęła się przez łzy.

– Uwielbiam Keely. Jest nie tylko moją najlepszą przyjaciółką, ale teraz i szwagierką.

– Ocaliłaś jej życie, kiedy ukąsił ją grzechotnik – powiedział z powagą. – Umarłaby przeze mnie – dodał z bólem. – Nie wiem, czemu uwierzyłem w te wszystkie kłamstwa o niej.

– Po prostu detektyw twojej byłej dziewczyny był bardzo przekonujący. Przestań już się tym zadręczać, nie powinieneś wciąż do tego wracać. Keely bardzo cię kocha. Nie przestała nawet wtedy, kiedy myślała, że jej nienawidzisz.

– Niełatwo ze mną żyć – rzucił Boone z uśmiechem.

– Cóż, wszystkim nam została trauma z dzieciństwa.

Ty też nie miałeś łatwo z ojcem.

– W każdym razie nigdy mnie nie uderzył. Wściekał się, ale musiał czuć przede mną respekt.

– To dlatego nie zaaplikował ci tego samego lekarstwa co mnie. Kiedy matka zostawiła nas dwanaście lat temu, ja miałam ledwie dziesięć lat.

– Ja byłem niemal dorosły, a Clark chodził do szkoły średniej. – Boone pokręcił głową. – Wciąż nie mogę pojąć, dlaczego zostawiła ojca dla wuja. On był płytki i bez charakteru. Nie dziwię się, że skończył, sprzedając prochy. Zawsze wolał łatwą forsę. Ojciec wiele razy wykupywał go z aresztu, gdy wpadał za kradzież.

– Wiem. – Winnie zapatrzyła się na biżuterię. – Dlaczego nam to przywiozła? Mogła wszystko sprzedać i nikt by się nie dowiedział.

– Kolejna tajemnica – mruknął Boone, zastanawiając się, czy powiedzieć siostrze o przypuszczalnym udziale wuja w przestępstwie. Uznał jednak, że to może poczekać.

Winnie miała dość emocji jak na jeden wieczór. – Ciekawe, kto z nią przyjechał?

– Jej facet? – podsunęła kwaśno. – Bo z piętra dostrzegłam, że to facet, choć raczej niezbyt wysoki.

– W sumie to nie nasza sprawa – zdecydował Boone, sięgając po medalion.

Po otwarciu go zobaczył miniaturowy portret pięknej, młodej kobiety w czerni. Jedynymi jaśniejszymi elementami była krwistoczerwona szminka i czerwona róża wpięta we włosy przykryte mantylą. Miała długie, lśniące czarne włosy, a na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech.

– Ciekawe, kim była?

– Zobacz na odwrocie, może będzie podpis lub chociaż inicjały.

– Sen~orita Rosa Carrera y Sinclair... – Aż gwizdnął z podziwu. – Powinienem był się domyślić, ale na naszym portrecie jest sporo starsza. To nasza prababka tuż po ślubie.

Winnie odebrała mu medalion i przyjrzała się pięknej twarzy prababki.

– Była śliczna. I pokonała byka koronkowym szalem!

Musiała być bardzo odważna.

– Z tego, co słyszałem o naszym pradziadku, lepiej, że taka była.

– Racja – przytaknęła, zanurzając ręce w kosztownościach. – Ile tu rubinów! Musiała je lubić.

– Weź sobie coś do noszenia – zaproponował Boone.

– Niby gdzie miałabym pokazać się w tak cennej biżuterii? W pracy dziewczyny pospadałyby ze stołków ze śmiechu.

– Powinnaś częściej gdzieś wychodzić.

– Nigdzie nie bywam, z nikim się nie spotykam, a po świętach Kilraven wyjeżdża – powiedziała ze smutkiem.

– Na przyjęciu w pracy pod choinkę dałam mu obraz z krukiem, a Kilraven popatrzył na mnie, jakbym popełniła pod jego nosem morderstwo, i natychmiast się zmył.

Nawet się do mnie nie odezwał – dodała z rumieńcem.

– Dawno nic mnie tak nie zabolało.

– Myślałem, że prezenty miały być anonimowe.

– Tak było. Nie wiem, skąd wiedział, że ten kruk jest ode mnie. Nawet mu nie mówiłam, że maluję.

– Dziwny z niego koleś – podsumował w zadumie Boone. – Podobno miewa przeczucia. Tak jak ty, kiedy posłałaś mu wsparcie do zwykłej domowej awantury – dodał z uśmiechem.

– Wtedy też się złościł, ale to uratowało mu życie.

– Naprawdę powinnaś pogadać z żoną Casha Griera.

Ona widzi przyszłość.

– Czymkolwiek są te dary, mój nie działa tak precyzyjnie jak jej – odparła Winnie. – Przez długie godziny męczy mnie niejasne, ale bardzo nieprzyjemne uczucie, jak na przykład dziś. Już wiem, dlaczego.

– Naprawdę jesteś do niej podobna. – Mógłby jeszcze dodać, że ich matka także miewała przeczucia, przemilczał to jednak.

– Wiem. – Popatrzyła na biżuterię. – Nie powinnam być taka wredna, bo postąpiła właściwie, choć przecież to zbyt mało, by wynagrodzić nam to, że nas porzuciła.

– Ona to rozumie. Powiedziała, że nie przyszła po nasze przebaczenie.

– To po co przyjechała?

– Podobno miała się z kimś spotkać.

– Ma faceta w Jacobsville?

– Nie, raczej chodziło o sprawy zawodowe. Wiesz, wygląda na to, że ona całkiem sporo wie o tym morderstwie – powiedział Boone, marszcząc brwi.

– Niby skąd?

– Miałem ci nie mówić, ale wujek był jakoś związany z tą sprawą.

– No to cudnie! Czyli nie tylko nam ukradł matkę, ale jest też mordercą!

– Nie chodzi o takie powiązanie – zaprotestował

Boone. – Raczej miał kontakty z kimś, kto jest zamieszany w sprawę. Podobno zażywał narkotyki.

– Wcale mnie to nie dziwi. Nigdy go nie lubiłam. Stale prowokował ojca, konkurował z nim o wszystko, a przecież już na pierwszy rzut oka było widać, że w niczym mu nie dorównuje.

– Ojciec miał parę zalet, ale to, co ci zrobił, niweluje je drastycznie – oznajmił chłodno. – Gdybym wiedział, rzuciłbym się na niego z pięściami.

– Wiem, ale na szczęście zdarzyło się to tylko raz. To było po tym, jak matka uciekła, a potem się spotkali.

Wrócił do domu wściekły i pił jak gąbka przez dwa tygodnie. Wtedy mnie zbił. Jak wytrzeźwiał, przysiągł, że więcej mnie nie tknie, jednak i tak mnie znienawidził, bo za bardzo ją przypominałam.

– Tak mi przykro.

– Wciąż sobie z tym nie radzę. – Westchnęła ciężko.

– To mnie skutecznie odstraszyło od związków.

– Ale nie w przypadku Kilravena.

– On się pewnie już do mnie nie odezwie – powiedziała ze smutkiem. – Nie rozumiem, co go tak zdenerwowało, ale nie wiem też, dlaczego namalowałam akurat kruka.

Zwykle wolę kwiaty albo portrety.

– O! W tym jesteś naprawdę dobra.

– Dzięki.

– Mogłabyś zostać portrecistką albo ilustratorką.

– Jakoś mnie do tego nie ciągnie. To tylko hobby.

Wolę swoją pracę.

– Tak samo jak Keely. To miłe pracować, chociaż nie musisz.

– Sam wiesz najlepiej! – Wreszcie się uśmiechnęła.

– Harujesz na ranczu ciężej niż twoi robotnicy. Ten biedny reporter musiał wsiąść na koński grzbiet i jechać z tobą na obchód, żeby w ogóle zrobić wywiad!

– Umieścili moje zdjęcie na okładce – rzucił z niesmakiem Boone. – Nie przeszkadza mi artykuł, to nawet sprzyja innym ranczerom, ale jakoś nie mogę pogodzić się tym, że moja podobizna wytrzeszcza na mnie gały z każdego kiosku z gazetami.

– Jesteś przystojny, a wywiad to dobra reklama, chociaż nawet humanitarne metody uboju bydła nie przekonają wegetarian do wołowiny – zauważyła.

– Póki ludzie chcą zjeść w restauracji soczysty stek, marne są szanse, by przerobić bydlątka na domowych pupili.

– O czym ty pleciesz?

– Zawsze możesz wziąć cielaczka do domu i założyć mu pieluchę...

– Idę spać. – Ze śmiechem pacnęła go w ramię. – A jak już wejdę na górę, opowiem Keely, co właśnie zaproponowałeś...

– Ani mi się waż! Tylko żartowałem! Zaraz będzie chciała sprawdzić to w praktyce!

– Nie mamy tu miejsca na kolejnego cielaka, Bailey wystarczy. – Z uśmiechem patrzyła, jak stary owczarek niemiecki, usłyszawszy swe imię, dostojnie podniósł łeb znad posłania przy kominku i zamerdał ogonem. – Widzisz? Wszystko potwierdził. Wie, że jest wielki jak cielak.

Boone ukląkł obok psa, żeby go pogłaskać, po czym spojrzał na siostrę.

– Miałaś ciężki dzień. Jak się czujesz?

– Dam sobie radę – odparła po chwili wahania.

– Dzięki.

– Za co?

– Za to, że jesteś moim bratem. Aha, nie zostawiaj biżuterii na wierzchu, bo Clark zaraz zacznie żebrać o jakiś drobiażdżek dla swojej aktualnej ukochanej.

– Prawda. – Boone posłał jej porozumiewawczy uśmieszek. – Zaraz to schowam, a w poniedziałek rano zawiozę do banku.

– Mogła to wszystko sprzedać i nikt by nic nie wiedział – powtórzyła Winnie. – Ciekawe, dlaczego tego nie zrobiła. Nie jeździ nowym autem, ubiera się porządnie i z gustem, ale do markowych ciuchów jej daleko.

– Nie mam pojęcia.

– Mówiła, dokąd jedzie?

– Tak, na spotkanie ze znajomym.

– O tej porze? Kogo może tu znać? Kiedyś przyjaźniła się z Barbarą z restauracji, ale już dawno mi się skarżyła, że straciła z nią kontakt.

– Może to ktoś z nowych mieszkańców? Och, i tak nic nie wymyślimy, zresztą to nie nasza sprawa.

– Masz rację. Idę spać. Dla mnie to był długi dzień.

– Wiem, Winnie. Najpierw ta sytuacja z Kilravenem, a potem jeszcze matka...

– Ale teraz może już być tylko lepiej, prawda?

– Mam taką nadzieję. Powiedz Keely, że zadzwonię w parę miejsc i też się kładę. Śpij dobrze.

– Ty też – odparła z uśmiechem.

Kilraven zaparkował przed swoim domem obok obcego auta. Jeszcze zanim wysiadł, poprawił czterdziestkępiątkę, jednak kiedy przekonał się, kim jest gość, szybko schował broń.

– Co, do diabła, robisz tu o tej porze?

– Nie złapałam cię na komórkę, więc pofatygowałam się osobiście. Niestety przynoszę złe wieści.

– Co jest grane, Rogers? – Wiedział, że bez poważnego powodu nie przyjechałaby tu aż z San Antonio.

Nie poprawiła go. Był czas, kiedy posługiwała się nazwiskiem Sinclair, ale po rozwodzie wróciła do panieńskiego. Znów była Gail Rogers.

– Chodzi o Ricka Marqueza. – Oparła się o samochód, krzyżując ręce na piersiach. – Ktoś napadł go w zaułku obok jego mieszkania i zostawił, sądząc, że nie żyje.

– Rany boskie! Jego matka wie?

– Jest z nim w szpitalu. Wystraszyła się na śmierć, ale on się wyliże. Jest tylko mocno poobijany i ma złamane żebro. No i, jak sam się domyślasz, roznosi go wściekłość.

Ktokolwiek tak urządził Ricka, powinien się modlić, żeby go nie spotkać.

– Przynajmniej nic mu nie jest – oświadczył Kilraven.

– Ta sprawa robi się coraz ciekawsza.

– Wygląda na to, że temu, kto za tym stoi, nie robi różnicy, jak wiele trupów za sobą zostawi.

– Albo zapędziliśmy go w kozi róg i zaczyna się miotać. – Spojrzał na nią z powagą. – Ty też powinnaś dobrze się pilnować. Jesteś tak samo narażona jak Marquez. Na jakiś czas powinni cię przesunąć do działu administracyjnego.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com