Pierwiastek buntu - Emilia Przyczyna - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 390 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pierwiastek buntu - Emilia Przyczyna

 

Dzień, w którym mała japonka Ochiyo trafiła do akademii sztuk walki był spełnieniem wszystkich jej marzeń. Los nie mógł być bardziej łaskawy dla nieco wyobcowanej chłopczycy, która pragnęła stać się wielką wojowniczką. Niestety, jej szczęście nie trwało długo. Z biegiem czasu nauczyciele stali się kapryśni, niesprawiedliwi i agresywni. Ochiyo szybko przekonała się, że walka to nie tylko kopnięcia, ciosy i przerzuty. Żeby przetrwać, będzie musiała stoczyć niejeden bój, pokonać własne lęki, a także zaufać przyjaciołom.

 

Ale czy w takich warunkach może rozwinąć się prawdziwa przyjaźń? Czy można być niezależnym, kiedy zewsząd otacza cię przemoc i strach? I jak walczyć z wrogiem, który nie odczuwa nic prócz nienawiści?

 

Opinie o ebooku Pierwiastek buntu - Emilia Przyczyna

Fragment ebooka Pierwiastek buntu - Emilia Przyczyna





Strona redakcyjna


Rozdział 1
Niezwykły testament

Dzieciństwo spędziłam w małej rybackiej wiosce, znajdującej się na zachodnim wybrzeżu Okushiri [1] – japońskiej wysepki, należącej do prefektury Hokkaido.

Pamiętam szum morza i ten specyficzny zapach powietrza oraz dźwięk, jaki wydają fale rozbryzgujące się o brzeg. Kiedy patrzyłam na – w moim pojęciu – absolutnie bezkresne Morze Japońskie, czułam się całkowicie zjednoczona ze światem, ogarniał mnie spokój, poczucie wewnętrznej równowagi. Nie trzeba było rozumieć wielkich mądrości z „Dialogów konfucjańskich” ani całymi dniami medytować, by osiągnąć nirwanę, wystarczyło posiedzieć przez chwilę na jednej ze skalistych plaż, żeby zrozumieć sens życia. W dużej mierze tym właśnie było moje wczesne dzieciństwo – harmonią, spokojem i wpatrywaniem się w świetliste refleksy, jakie tworzyło słońce w zetknięciu z lekko turkusową taflą wody.

Wraz z rodzicami i starszym bratem Kiko mieszkałam w jednokondygnacyjnym, pokrytym strzechą drewnianym domu, pochodzącym z epoki Edo [2], który mój ojciec odziedziczył po swoim dziadku.

Mój dom rodzinny był duży i przestronny, bardzo przytulny i ciepły, ale jednocześnie czuć w nim było powiew dawnych czasów. Atmosferę epoki, z której pochodził. Klimat samurajów [3], stalowych mieczy i rządów szogunów [4], na który byłam szczególnie wrażliwa, co z kolei dostarczało mnóstwa pomysłów na kolejne zabawy. Wspólnie z bratem stoczyliśmy niejeden pojedynek na krótkie drewniane kijki wyobrażając sobie, że walczymy na prawdziwe katany [5]. Odpowiednio rozłożone prześcieradło bardzo często zmieniało się w namiot, w którym jako dowódcy japońskiej armii planowaliśmy kolejny atak na wspólnego wroga. Kilka jenów było cesarskim skarbem, który trzeba było chronić, a cień drzewa padający na ziemię mógł być strasznym, ziejącym ogniem potworem albo dobrym duchem, który przybył z zaświatów, aby pomóc dzielnym bohaterom.

Nastrój dawnych czasów odczuwalny w naszym domu potęgowany był faktem, że nasi rodzice praktycznie nie uznawali postępu ani rozwoju technologicznego Japonii. Właściwie tylko kilka nowoczesnych przedmiotów pozwalało mi zorientować się, że żyję w drugiej połowie dwudziestego wieku. Rodzice nie inwestowali swoich skromnych zarobków w urządzenia opierające się choćby na najprostszych technologiach uważając, że skoro ich przodkowie mogli obejść się bez bieżącej wody czy elektryczności, to oni też mogą. Praktycznie wszyscy mieszkańcy naszej wioski wychodzili z takiego założenia, dlatego też nasza osada przypominała krainę, o której zapomniał czas, wolną od nowoczesnych wynalazków. To było przepiękne miejsce na końcu świata, całkowicie od niego wyizolowane, tylko w niewielkim stopniu zmienione przez ludzką rękę.

Niewątpliwą zaletą mieszkania w takim miejscu jest uczucie spokoju i rodzaj duchowego połączenia z całym światem. Mieszkańcy tej malutkiej wspólnoty byli naprawdę szczęśliwi, mieli proste, poukładane życie, wypełnione żmudną pracą i małymi przyjemnościami. Radowały ich naprawdę bardzo drobne, codzienne sprawy, takie jak: udany połów, dobra pogoda czy delikatny smak zielonej herbaty. Umieli cieszyć się z tego, co przyniósł im los, nie mając żadnych większych ambicji ani celów. Raz na zawsze uwolnili się od pogoni za sukcesem spędzając życie na wykonywaniu prostych, ale niezwykle potrzebnych czynności służących wspólnemu dobru. Życie na takiej wsi było sielankowe w swej prostocie, w pewien sposób doskonałe poprzez oderwanie od wielkich spraw i konfliktów gwarnej i chaotycznej miejskiej rzeczywistości.

Jako kilkuletnie dziecko nie potrafiłam pojąć, że poza granicami wioski znajduje się gdzieś inny świat, a opowieści o telewizorze czy innych wynalazkach XX wieku, zasłyszane od nielicznych ludzi, którzy odważyli się wyściubić nosy poza nasz hermetyczny świat, traktowałam na równi z japońskimi mitami. Niemniej jednak od zawsze fascynował mnie ten wielki świat, który wiele starszych osób wprost demonizowało starając się wytłumaczyć mi, że życie tutaj jest o wiele lepsze i wygodniejsze niż syzyfowe zmagania z monstrualnymi wielkomiejskimi problemami.

Czułam, że dorośli coś przede mną ukrywają, tak jakby nie chcieli mi powiedzieć jak naprawdę wygląda ten „niedostępny ląd”. Ja natomiast byłam bardzo ciekawa tego innego świata, ruchliwa, wojownicza i niepokorna, nad czym ubolewały niemal wszystkie kobiety z wioski współczując mojej matce, że urodziła jej się taka niedobra córka.

Nienawidziłam tych wszystkich starszych pań, przyjaciółek mojej mamy, które upominały mnie, kiedy zbyt głośno się zaśmiałam lub spoglądały na mnie nieprzyjaznym wzrokiem, kiedy umorusana od stóp do głów wracałam z kolejnej błotnej bitwy.

Uwielbiałam wspinać się po drzewach, biegać czy pomagać ojcu w naprawie sieci i łowieniu ryb. Nie rozumiałam, dlaczego niektórzy dorośli patrzyli na mnie z taką wrogością i pogardą w oczach, skoro robiłam dokładnie to, co mój starszy brat. Kiedy pojęłam, że ja jestem dziewczynką, a on chłopczykiem, przez kilka miesięcy uparcie prosiłam mamę o to, żebym też stała się chłopcem. Dostawałam za to surowe upomnienia, które wprawiały mnie w jeszcze większą konsternację.

Już od wczesnego dzieciństwa miałam w sobie bardzo silnie zakorzeniony męski pierwiastek. Dorośli w kółko mówili: jesteś zła, zachowujesz się niegrzecznie, nie powinnaś tak robić, bo to nie przystoi. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego jestem taka okropna ani tym bardziej niczego zmienić. Starałam się wynagrodzić moją „złą naturę” pomocą w gospodarstwie. Próbowałam zasłużyć na ich pochlebstwa i pochwały. Jednak wszystkie moje wysiłki były z góry skazane na przegraną, ponieważ w mojej zacofanej wiosce termin „chłopczyca” po prostu nie istniał, moja osobowość była pewnego rodzaju wynaturzeniem.

To właśnie przez nią byłam niejednokrotnie wyśmiewana i szykanowana, mimo iż starałam się robić też to, co inne dziewczynki w moim wieku. Mój sposób zachowania i styl bycia nie pasowały do żadnego wzoru i kanonu. Według ludzi z wioski byłam zbyt impulsywna, za mało powściągliwa i opanowana. Już wtedy miałam czelność wyrażać jasno i otwarcie swoje poglądy i przekonania oraz bronić ich, kiedy zaszła taka potrzeba, co było niedopuszczalne w moim społeczeństwie. Z drugiej strony bardzo ceniłam sobie honor, byłam lojalna i szanowałam starszych, a więc wykazywałam cechy typowo japońskie. Krótko mówiąc, nie można mnie było ani stawiać za wzór, ani wyklinać, byłam elementem niepasującym do żadnej kategorii, a oryginalność w naszej wiosce nie była brana za dobrą monetę.

Byłam inna. W ludziach starszej daty budziłam strach, przypominałam im o tym, że Kraj Kwitnącej Wiśni idzie z duchem czasu i niektóre tradycje, zwyczaje, a nawet nieadekwatne do czasów współczesnych wartości, muszą ewoluować lub odejść w zapomnienie.

Nie miałam przyjaciółek, bo znacznie różniłam się od moich rówieśniczek. Zamiast bawić się we fryzjerkę, chodziłam na żaby. Zamiast piec ciasteczka, przypatrywałam się starszym chłopcom uprawiającym sztuki walki i próbowałam naśladować ich ruchy. Upatrzyłam sobie nawet taki specjalny klif, z którego dobrze było ich widać i kiedy mi się nudziło, wdrapywałam się na niego i po kryjomu powtarzałam te wszystkie ciosy i kopnięcia.

To był mój azyl, oaza spokoju. Jednostajne powtarzanie określonych ruchów przynosiło mi ulgę i przywracało spokój duszy. Nie śmiałam nawet marzyć, by mieć jakąkolwiek szansę kształcenia się w tym kierunku, bo przecież byłam dziewczyną. Poza tym, żeby pójść do dobrej akademii sztuk walki, trzeba było mieć bardzo dużo pieniędzy, których oczywiście nie miałam, ale od czasu do czasu lubiłam gdybać. Często wymyślałam sobie różne historyjki opowiadające o tym, że w jakiś sposób zdobywam pieniądze i idę do dobrej akademii sztuk walki, a następnie staję się mistrzynią w tym, co robię. Lubiłam sobie w ten sposób marzyć, chociaż dobrze wiedziałam, że są to mrzonki.

Żyłam we względnej harmonii i spokoju. Od czasu do czasu doświadczałam ludzkiej złośliwości i uszczypliwości, ale było mi dobrze z samą sobą i nie zamierzałam niczego zmieniać. Nie cierpiałam z powodu braku towarzystwa. Miałam mamę, tatę i Kiko, a poza tym w naszym gospodarstwie zawsze było coś do roboty, więc nie miałam czasu na prowadzące donikąd rozmyślania czy użalanie się nad sobą. Byłam szczęśliwa z tym, co miałam i święcie przekonana, że będę żyła w tej wiosce aż do późnej starości i codziennie robiła dokładnie to samo, co zawsze.

Jednak, kiedy miałam mniej więcej pięć lat, wszystko się zmieniło. Na początku choroba mamy była niezauważalna, nawet lekarz patrząc na nią nie powiedziałby, że jej coś dolega. Była jasna, pogodna i często się śmiała. Pozornie wszystko było w porządku. Choroba bezszelestnie jak wąż i brutalnie jak lew wśliznęła się do organizmu i życia mamy, powolutku burząc dawny ład i porządek.

Patrzyłam na to, jak mama bezskutecznie walczy z chorobą. Żaden lekarz nie mógł nic zrobić, aby jej pomóc, ponieważ nowotwór był zbyt późno wykryty. W jej oczach codziennie przygasał płomień radości i nadziei, który niegdyś był tak mocny. Mama każdego dnia czuła się odrobinę gorzej, tak jakby codziennie ulatywała z niej odrobina energii i siły, odrobina... duszy.

Przez jakiś czas razem z tatą i Kiko udawałam, że wszystko jest tak jak dawniej, że tak naprawdę nic się nie stało i nie widzę tego, co dzieje się z mamą. Nie da się długo tak siebie oszukiwać, nie można wmawiać sobie, że problem nie istnieje. To nie była żadna znana mi zabawa ani gra czy też łamigłówka. To była dziwna rozgrywka między Bogiem a ludźmi, był tylko jeden problem: nie znałam zasad tej makabrycznej zabawy i rodzice też najwyraźniej nie znali. Nie podobała mi się ona.

Po jakimś czasie zdecydowałam, że nie dam rady dłużej grać i udawać, więc postanowiłam unikać mamy. Teraz bardzo żałuję tych straconych chwil, ale nie potrafiłam inaczej. Nie mogłam na nią spojrzeć, żeby nie uronić łzy. Nawet nie zauważyłam, kiedy jej twarz stała się bardzo smutna, a oczy szare i puste. Wszystko w niej stało się jałowe i przygnębiające, chociaż próbowała z tym walczyć. Udawała, że wszystko jest w porządku, że choroba jej nie zmieniła, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że to nieprawda.

Gdy na nią patrzyłam czułam się tak, jakbym patrzyła na całkiem obcą osobę, a nie na moją matkę. To wcale nie chodzi o to, że przestałam ją kochać, ja po prostu nie rozumiałam. Nie rozumiałam, dlaczego tak jest, dlaczego mama jest chora. Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego Bóg z dnia na dzień mi JĄ coraz bardziej odbiera, skoro jest mi jeszcze potrzebna?”. Bardzo potrzebna! Nienawidziłam za to Boga, świata i ludzi. Nienawidziłam samej siebie za to, że jestem taka mała, taka słaba, że nie mogę zrobić nic, aby powstrzymać bieg wydarzeń. W takich sytuacjach zwykle szłam na klif. Nie patrzyłam już jednak na ćwiczących kopnięcia i przerzuty chłopców ani też nie powtarzałam ciosów. Wlepiałam oczy w jeden punkt, starając się zapomnieć o wszystkim. Moje myśli krążyły wokół tego jednego pytania. Jednak nie znałam na nie odpowiedzi. Nikt nie znał odpowiedzi na pytania, które wtedy krążyły w mojej głowie.

To wszystko było dla mnie szalenie trudne. Wspólne rodzinne obiady, w czasie których nikt nie miał odwagi wypowiedzieć ani słowa. Nagle wszystkim zabrakło tematów do rozmowy, codzienne życie zeszło na drugi plan, kiedy ona umierała. Bardzo ciążyło mi to milczenie i niezbyt szczera atmosfera. Ta gra pozorów, która w pewnych momentach stawała się nie do zniesienia, a którą rodzice prowadzili po to, by uchronić nas przed niesprawiedliwością i złem tego świata. Niestety, nie byli nas w stanie uchronić przed rzeczywistością, a rzeczywistość była taka, że mama umierała. Dzień po dniu, dzień po dniu... W końcu przyszedł ten najgorszy.

To było jakieś dwa lata od momentu, w którym dowiedzieliśmy się o jej chorobie. Od rana na dworze było szaro i pochmurno, a mama tego dnia czuła się tak źle jak jeszcze nigdy. Żebym nie musiała patrzeć na mamę i po raz kolejny udawać, że wcale nie zauważam tego, co naprawdę się dzieje, poszłam na klif. Jak zwykle straciłam poczucie czasu, zatapiając się w ciemnych jak niebo myślach. W pewnym momencie moje rozmyślania przerwał mój starszy brat. Minęło kilka minut nim, zdyszany po szybkim biegu, zdołał wymamrotać:

– Z mamą jest bardzo źle, prosi żebyś przyszła...

Najszybciej jak umiałam pobiegłam wraz z Kiko w stronę domu i byłam tam dosłownie po chwili, chociaż od domu do klifu było co najmniej dziesięć minut drogi.

Kiedy weszłam do pokoju, mama bezwładnie leżała na swoim futonie. Niezdrowy, żółto-zielonkawy odcień jej skóry wyraźnie odcinał się od bieli materaca. Ten kontrast mnie przeraził tak samo jak nerwowe zachowanie ojca, który co chwila kładł na jej czole nowy zimny okład łudząc się, że to może jej jeszcze jakoś pomóc. Tak jakby zmiana kompresów mogła zwalczyć raka płuc mamy. Jego ruchy były chaotyczne, miał potargane włosy i rozbiegane oczy pełne dzikiego bólu i rozpaczy, próbujące na ścianach i suficie naszego domu znaleźć choćby odrobinę nadziei. Ojciec nawet mnie nie zauważył, dla niego liczyło się tylko to systematyczne, szybkie zmienianie ręczniczków nasączonych zimną wodą. W tej monotonnej czynności zawarł całą swoją płonną, bezsensowną, szaleńczą wiarę w to, że mama wyzdrowieje.

Mama była bardzo słaba. Oddychała ciężko i nierówno, każdy ruch sprawiał jej wyraźny ból. Bałam się, że gdy tato położy na jej głowie kolejny kompres, delikatne ciało mamy rozpadnie się jak piaskowa rzeźba, którą ktoś nieostrożnie naruszył. Siłą woli odsunęłam od siebie te makabryczne obrazy obracającej się w proch mamy. Tej samej siły użyłam, aby nie wzdrygnąć się na widok fioletowych obwódek wokół jej oczu i zapadniętych policzków.

Nie wiedziałam, co zrobić ani co powiedzieć. Chciałam uciec na koniec świata, byleby tylko jej nie widzieć w takim stanie. Nie chciałam być świadkiem jej śmierci, nie umiałam patrzeć na jej agonię, ale przełknęłam łzy, zacisnęłam palce w pięści i w milczeniu obserwowałam twarz mamy. Jej wzrok co chwila spoczywał na czymś innym, a jej dłonie co jakiś czas odrywały się od pościeli ostatnimi siłami próbując unieść ciało do pozycji siedzącej, po czym znów bezwładnie opadały na kołdrę. Mama walczyła ze śmiercią, zachowywała się tak, jakby za wszelką cenę chciała ją od siebie odpędzić, ale nie potrafiła tego zrobić, była zbyt słaba.

Nie pamiętam momentu, w którym zaczęłam płakać. Zapomniałam o sobie. Zapomniałam nawet o swoim istnieniu wsłuchana w płytki, ciężki i świszczący oddech mamy, w myślach prosiłam Boga o to, aby mi jej nie odbierał. Moje błagania były bezładne i chaotyczne, ale nie przestawałam się modlić. Całym swoim dziecięcym sercem wierzyłam w to, że Bóg je zrozumie i że mnie wysłucha.

W pewnej chwili wzrok mamy spoczął na mnie. Nieznacznym ruchem dłoni przywołała mnie do siebie, a gdy podeszłam do niej i uklękłam przy jej łóżku, ona obtarła mi łzy i zapytała:

– Dlaczego płaczesz córeczko?

– Bo umierasz! – wykrztusiłam z siebie i rozpłakałam się jeszcze bardziej.

– Jakie to ma znaczenie, skoro już zawsze będę z tobą, będę tylko gdzie indziej...

– Ale ja ciebie potrzebuję tutaj, teraz, tak bardzo cię kocham... – mówiłam przez łzy.

– Wiem, ale musisz być dzielna. Jesteś moją córką, a to wielka odpowiedzialność – stwierdziła mama, po czym zamilkła na dłuższą chwilę. Zamknęła powieki, ale ciało jej delikatnie drżało i podrygiwało, jak w jakimś upiornym tańcu.

Nie mogłam na to patrzeć, chciałam wyjść. Chciałam wymknąć się z pokoju i dać mamie odpocząć. Jednak, gdy wstawałam z klęczek, mama gwałtownie otworzyła powieki i samym swoim spojrzeniem nakazała mi, abym pozostała przy jej łóżku.

– Nie powinnam! – niemalże krzyknęła. – Nie powinnam przekazywać ci takiego dziedzictwa! Mam nadzieję, że zrozumiał. Minęły lata, narodziły się dzieci...

– Nie rozumiem, o czym mówisz, mamusiu – powiedziałam płaczliwym tonem.

– Zrozumiesz. Będziesz musiała poznać prawdę. Nie mogę już nic zrobić. Po prostu bądź silna, uważaj na siebie i wybacz mi – powiedziała mama bardzo słabym i cichym głosem.

Spojrzałam niepewnie na tatę i Kiko, którzy stali przy przeciwległej ścianie pokoju. Na ich twarzach malowała się dziwna mieszanka głębokiego smutku i zaskoczenia. Ojciec posłał mi pełne powagi i surowości spojrzenie układając jednocześnie swoje usta na kształt słowa: „wybacz”.

– Wybaczam ci, mamo – powiedziałam zdecydowanie. Nie miałam pojęcia, co tak naprawdę jej wybaczam. Czułam tylko, że muszę tak powiedzieć, bo to jest adekwatne do sytuacji. Czułam, że muszę ją rozgrzeszyć niezależnie od tego, jakie błędy popełniła w przeszłości.

Kiedy wypowiedziałam te dwa słowa, na twarzy mamy pojawiła się ulga, po czym tak po prostu zamknęła oczy i zapadła w sen, z którego nigdy się nie obudziła.

Kiedy stało się jasne, że mama nie żyje, po prostu wstałam i wybiegłam z domu. Biegłam na oślep, zbyt mocno płakałam, by móc cokolwiek widzieć. Byle dalej. Dalej od wioski. Dalej od martwego ciała mamy. Dalej od życia. Serce bolało mnie tak bardzo, że zdawało mi się, że pęka na milion kawałeczków, po czym wraz z kolejnym oddechem regeneruje się i ponownie pęka. Nogi niosły mnie coraz szybciej. Coraz dalej. Bezgraniczna rozpacz całkowicie mnie wypełniła, dodała nowych sił. I nie było już nic poza nią i bólem. Pustka. Biegłam, po prostu biegłam pragnąc tylko tego, żeby nigdy się nie zatrzymać. Wszystko przestało mieć znaczenie. Wszystko straciło sens. Był tylko ten bieg! Więc biegłam, oddech za oddechem. Metr za metrem. Łza za łzą. Nie wiedziałam jak długo to robię ani gdzie się znajduję. Nic nie wiedziałam. Mój świat legł w gruzach, a ja razem z nim. Najgorsze było to, że czas płynął i mój organizm był coraz bardziej wyczerpany, a ja nie wyobrażałam sobie momentu, w którym się zatrzymam. Przecież biegłam prosto do raju, po to, aby złapać duszę mamy i wsadzić ją z powrotem do ciała. Świat po prostu nie mógł istnieć, kiedy jej już nie było. Nie miał takiego prawa. Tak samo jak ona nie miała prawa umrzeć.

A jednak umarła, a ja przestałam biec. Wyczerpana do granic możliwości padłam na miękki piasek jednej z niewielkich dzikich plaż. Wciąż płakałam i krzyczałam, miałam ochotę porwać samą siebie na strzępy, wyrwać z siebie każdą część, którą odczuwałam ból po stracie matki. A odczuwałam go każdą najmniejszą cząstką ciała, duszy i umysłu, całą sobą. Zamknęłam oczy i zatkałam uszy, nie chciałam widzieć piękna świata ani słyszeć jego odgłosów. To było takie niesprawiedliwe, że pozostawał tak nienaruszalnie piękny, podczas gdy ja tak mocno cierpiałam. Tak, to wszystko było niesprawiedliwe, cały świat wydawał mi się wtedy jedną wielką niesprawiedliwością. Płakałam, krzyczałam i biłam pięściami w piasek, lecz to nie przynosiło mi żadnej ulgi. Chciałam na zawsze odciąć się od świata. Nigdy ponownie nie otworzyć oczu. Nigdy nie odetkać uszu. Nie chciałam już żyć. W duszy po tysiąckroć przeklinałam Boga za to, że pozwolił jej umrzeć. Specjalnie wstrzymywałam oddech w nadziei, że się uduszę, jednak zawsze po kilkudziesięciu sekundach nabierałam powietrza. Okrutny Bóg nie pozwolił mi umrzeć, serce uparcie pompowało krew, mimo iż tak bardzo pragnęłam, aby się zatrzymało.

Nie wiem jak długo byłam na dnie otchłani, zwanej rozpaczą, gdy przestałam w końcu płakać, na dworze zmierzchało. Powoli usiadłam na piasku. Nie czułam już nic, ogarnęła mnie całkowita pustka, jakbym już nigdy nie miała się zaśmiać ani zapłakać. Przez głowę nie przemknęła żadna myśl, po policzku nie spłynęła żadna łza. Wpatrywałam się niewidzącymi oczyma w zachód słońca, tak naprawdę wcale go nie zauważając. Tylko serce na znak protestu przeciw całkowitej pustce kłuło niemiłosiernie, zmęczone długim biegiem i jeszcze dłuższym płaczem. Gdyby nie ten ból, nie zdołałabym uwierzyć, że wciąż żyję, bo czułam się martwa. Czułam, jakby moje ciało wciąż się poruszało, mimo braku duszy. A skoro nie miałam już duszy, to skąd moje ciało miało siłę, aby funkcjonować dalej? Dlaczego przestałam płakać? Dlaczego żyłam i skąd wzięłam tyle siły, by nie umrzeć z bólu? Ktoś nade mną czuwał, inaczej serce po prostu pękłoby mi z bólu.

Długo siedziałam na piasku nie wiedząc, jak po śmierci mamy tak po prostu wrócić do domu i do życia, jak móc rozmawiać z tatą i Kiko, jak powrócić do codziennych obowiązków. Kiedyś, jeszcze za życia, mama powiedziała mi, abym po jej śmierci żyła normalnie. Nigdy nie byłam w stanie spełnić jej prośby, bo kiedy umarła nic już nie było tak jak przedtem. Zmieniło się wszystko, a najbardziej ja sama.

Nigdy nie byłam dostatecznie gotowa na to, aby wstać z wydmy i powlec się do domu, a jednak to zrobiłam. Nim postąpiłam pierwszy krok w kierunku domu ostatni raz spojrzałam w gwiazdy i powiedziałam do siebie i do całego wszechświata równocześnie:

– Mamusiu, gdziekolwiek teraz jesteś, wiedz, że zawsze cię będę kochać i nigdy o tobie nie zapomnę. Czuwaj nade mną i miej mnie w swojej opiece – powiedziałam, po czym poczłapałam do domu.

Na dworze było już ciemno, ale ja nie bałam się ciemności, drogę do domu znałam na pamięć. Jedyne czego się bałam, to życia. Choroba trwała długo i mogłoby się wydawać, że miałam dużo czasu, aby oswoić swój dziecięcy umysł z myślą o tym, że mama umrze, a jednak nie byłam na to w ogóle przygotowana. Nawet gdybym miała do dyspozycji całe wieki, nie zdołałabym się przygotować na utratę najważniejszej osoby w moim życiu. Jednak tamtej nocy, powoli wlokąc się w kierunku domu wiedziałam, że muszę żyć dalej, mimo wszystko. Wiedziałam, że muszę być silna, choć wtedy nie wiedziałam nawet co to znaczy „być silną”.

Kiedy w końcu dotarłam do domu, było już bardzo późno. Spodziewałam się awantury, bo rodzice zawsze ostro nas strofowali, kiedy straciliśmy poczucie czasu i zbyt długo bawiliśmy się za wioską, jednak tym razem tato po prostu mocno mnie przytulił. Nawet nie zdążyłam mu się ukłonić. W jego oczach błysnęły łzy. Nie wiedziałam, czy to z powodu śmierci mamy czy dlatego, że bardzo się o mnie martwił. Najprawdopodobniej jedno i drugie. Tak czy inaczej nie chciałam widzieć tych łez, z premedytacją odwróciłam wzrok i bez słowa pobiegłam do swojego pokoju tak naprawdę wcale nie wiedząc, dlaczego jestem taka zła.

Położyłam się na swój futon [6], jednak mimo potwornego zmęczenia nie potrafiłam zasnąć, przytłoczona zbyt dużą ilością wspomnień i czarnych myśli, pod wpływem których po moich policzkach znowu popłynęły łzy. Jakiś czas później do mojego pokoju weszli tato i Kiko, niosąc ze sobą koce i filiżanki ze świeżo zaparzoną Fukamushicha [7]. Potem usiedliśmy wszyscy troje na moim futonie i owinięci kocami zatopiliśmy się w myślach o mamie, w milczeniu sącząc słodką herbatę. Nie mogłam uwierzyć w to, że mama nie żyje. Jej ciało wciąż leżało w drugim pokoju. Wydawało mi się, że śpi. Chciałam wierzyć, że obudzi się za parę godzin i wszystko będzie jak dawniej.

Tamtej nocy nikt z nas nie zasnął ani nie wypowiedział słowa. Zresztą nie były nam one potrzebne, i tak wiedzieliśmy co myśli druga osoba, i tak wiedzieliśmy jak bardzo cierpimy. Śmierć mamy przeżywaliśmy wszyscy razem i każde z osobna. Rozpacz i ból może zarówno połączyć, jak i poróżnić ludzi, wspólne opłakiwanie zmarłej umocniło nasze relacje i więzy rodzinne. Mimo że nasza przyszłość nie rysowała się wtedy w różowych barwach, a największym naszym wrogiem był nadchodzący dzień, to jednak tamtej nocy mój dziecięcy umysł zdołał zrozumieć jedną z wielu uniwersalnych prawd dotyczących życia. Straciliśmy mamę, ale mieliśmy jeszcze siebie i właśnie to czyniło nas silnymi. Mimo że zrozumienie tej prawdy w żaden sposób nie ukoiło mojego bólu, to jednak czułam się lepiej wiedząc, że nie tylko ja cierpię i że mam oparcie w tacie i w Kiko.

I tak siedzieliśmy w milczeniu, tak bardzo zagubieni i bezbronni, bez osoby, która była elementem budującym i scalającym naszą rodzinę, a każda sekunda wydawała się wiecznością. Każde wspomnienie wywoływało nową falę bólu. Byliśmy jakby połączeni w jedność uściskiem dłoni i rozpaczą. Wydaje mi się, że każdy z nas poświęcając mamie swoje myśli, wspominając ją, składał jej w ten sposób specyficzny rodzaj hołdu, podziękowania za te wszystkie lata i za to, że przy nas była.

Czułam ciężar dłoni taty na moim ramieniu. Myślałam o mamie i o wszystkich rzeczach, których nie zdążyłam jej powiedzieć, o chwilach, których nie zdążyłam z nią spędzić. Po raz pierwszy w życiu ani trochę nie wstydziłam się własnych łez, bo płakaliśmy wszyscy troje. Po raz pierwszy w życiu nie wstydziłam się swoich słabości, bo wszyscy troje byliśmy słabi. Każdy z nas, mniej lub bardziej świadomie, modlił się o to, aby słońce nigdy nie wzeszło. Wiedzieliśmy, że wtedy będziemy musieli wstać i zacząć żyć, a żadne z nas nie umiało sobie wyobrazić życia bez niej. Mimo że ta noc przyniosła nam tylko więcej bólu i cierpienia, wtedy oddalibyśmy wszystko, aby trwała wiecznie, aby na zawsze pozostać w tym jakże wygodnym letargu złożonym ze wspomnień i nigdy nie musieć zmierzyć się twarzą w twarz z rzeczywistością. Mama nie żyła i nikt z nas nigdy do końca nie zdołał się pogodzić z tym faktem.

Mimo naszych gorliwych modlitw słońce jednak wstało i zaczął się nowy dzień. Nowy początek. Byliśmy tak bardzo słabi, że byle podmuch wiatru mógł na zawsze zmieść nas z powierzchni ziemi. Do tej pory zadaję sobie pytanie, skąd wzięliśmy w sobie tyle siły, aby wstać z mojego posłania i tak po prostu zacząć nowe życie, tak jak każdego dnia zejść do kuchni i zjeść śniadanie, które przygotował tato i rozpocząć nowy dzień. Jak zdołaliśmy wykrzesać z siebie tę iskierkę nadziei i siły potrzebnej do życia? To właśnie jedno z tych pytań, na które nigdy nie poznam odpowiedzi, ale ona jest najmniej istotna. Najważniejsze było to, że zdołaliśmy żyć dalej.

Pogrzeb mamy odbył się dwa dni po jej śmierci, ale my pożegnaliśmy ją jeszcze zanim nastał świt. To była taka nasza prywatna, mentalna ceremonia pożegnalna, wspanialsza i smutniejsza niż niejeden oficjalny pogrzeb. Choć tamtej nocy zdołałam na swój sposób pożegnać mamę, dla mnie nigdy tak naprawdę nie umarła, bo ona zawsze była w moich myślach i w moim sercu.

Dzień po śmierci mamy do naszego domu zjechała się bliższa i dalsza rodzina, wszyscy zwarci i gotowi do pomocy w przygotowaniu oficjalnej uroczystości pogrzebowej. W domu zapanowała naprawdę dziwna i nieszczera atmosfera. Jacyś dalecy krewni, których widziałam po raz pierwszy w życiu klepali mnie po ramieniu i próbowali pocieszać. Stare ciotki szczypały mnie w policzek, próbowały oduczyć mnie pluć i raz po raz zachwycały się moją urodą. Wszyscy troje byliśmy nieco zagubieni i skołowani tą nagłą i niespodziewaną wizytą tylu krewnych, którzy ciągle pytali o testament mamy. Kultura Japonii nakazuje godnie przyjąć każdego gościa, nawet nieproszonego, więc nie mogliśmy tak po prostu kazać im wrócić tam skąd przybyli, choć chwilami mieliśmy na to wielką ochotę. Nawet ja czułam, że ci wszyscy ludzie nie są tu tylko i wyłącznie z powodu dobrych chęci, choć wtedy jeszcze nie potrafiłam zrozumieć, o co tak naprawdę im wszystkim chodziło. W chwilach największego zamieszania, gdy miałam już dość ciągłego przyjmowania kondolencji, aby uciec od tego całego zgiełku i od nieco zbyt natrętnych ciotek, szłam na klif. Nie próbowałam nawet zrozumieć tego, co się wokół mnie dzieje. Przerażali mnie ci wszyscy ludzie, którzy z uporem maniaka próbowali mi wmówić, że doskonale wiedzą jak się teraz czuję i traktowali mnie trochę jak kalekę. Po prostu powtarzałam ciosy chłopców lub pilnie studiowałam książkę o sztukach walki, którą znalazłam w naszej domowej bibliotece. W przeciągu zaledwie paru dni moje życie wywróciło się do góry nogami, a nasz dom zapełniły tabuny w większości kompletnie obcych mi ludzi, którzy zachowywali się tak, jakby poszukiwali ukrytego tu gdzieś cennego skarbu.

Po gorączkowych i bardzo nerwowych przygotowaniach, wreszcie nadszedł dzień pogrzebu. Moja mama, mimo iż z pochodzenia Japonka, nie była buddystką [8]. Była katoliczką, a swoją gorącą wiarą i umiłowaniem Boga zaraziła całą naszą rodzinę. Pragnęła, aby pochowano ją zgodnie z wiarą, jaką wyznawała. Ktoś wcisnął mnie w czarne kimono i niemalże siłą zaprowadził na miejsce pogrzebu. W naszej wiosce nigdy nie było cmentarza katolickiego, więc pochowaliśmy mamę pod jej ulubionym drzewem na skraju lasu dębowego, znajdującego się jakieś dwa kilometry za naszą wioską. Tato sprowadził księdza aż ze stolicy Hokkaido – Sapporo, więc wszystko odbyło się zgodnie z przyjętym przez katolików obyczajem.

Pamiętam, że nogi odmawiały mi posłuszeństwa i oddałabym wszystko, aby zamiast na pogrzeb mamy pójść na klif, pójść gdziekolwiek, byle nie tam. Nie chciałam się z nią żegnać, nie chciałam słuchać mowy księdza ani patrzeć, jak przysypują ją ziemią. Bałam się tak naprawdę zdać sobie sprawę z faktu, że mama nie żyje, a pójście na pogrzeb właśnie to oznaczało. Wolałam się łudzić, że to wszystko, co się wokół mnie dzieje to tylko zły sen, że za chwilę się z niego obudzę i znajdę się w ramionach mamusi, która będzie mnie głaskać i uspokajać. Bardzo za nią tęskniłam i bardzo jej potrzebowałam. Mimo iż wiedziałam, że mama umarła z powodu choroby, obwiniałam siebie za jej śmierć. Paradoksalnie tak było łatwiej, bo obwiniając siebie przynajmniej mogłam znaleźć jakieś wyjaśnienie, odpowiedź na pytanie dlaczego tak się stało. To było dla mnie bardzo dużo.

Gdy dotarłam na miejsce, zaskoczył mnie wielki tłum ludzi. Jedni z pokorą schylali głowy, drudzy płakali, a jeszcze inni robili zdjęcia i kręcili film. Byli tam panowie ubrani w eleganckie garnitury i kobiety ubrane w niewiele warte wyblakłe kimona. Europejczycy i Azjaci, grubi i chudzi. Tak wielkiego i zróżnicowanego tłumu ludzi, którzy połączyli się we wspólnym opłakiwaniu jednej osoby, nigdy przedtem nie widziałam. Myślałam, że cały świat przyszedł pożegnać się z mamą, co wydało mi się bardzo dziwne zważywszy na to, że mama nie była przecież kimś ważnym. Zapytałam jedną z ciotek, kim są ci wszyscy ludzie, ale upomniała mnie, bym bardziej skupiła się na pogrzebie i nie zadawała pytań. Uznałam więc po prostu, że skoro na tym pogrzebie jest tylu ludzi, to widocznie jest to normalne i tak być musi i powinno, a ja po prostu nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak liczną mamy rodzinę.

Świat był dla mnie wtedy bardzo wielki i niezrozumiały, a najłatwiejszą strategią przetrwania i jednocześnie największym przywilejem dzieciństwa była umiejętność przyjmowania do siebie rzeczywistości dokładnie taką, jaka jest, bez zbędnej przekory, pytań czy wątpliwości. Jak każde dziecko byłam oczywiście ciekawa świata, ale w wieku siedmiu lat nie było we mnie jeszcze tak dużo buntu. Było natomiast posłuszeństwo i szacunek wobec starszych. Trochę onieśmielali mnie ci wszyscy ludzie, tym bardziej,że miałam nieodparte wrażenie, że bacznie mi się przyglądają i obserwują każdy mój ruch, postanowiłam więc bardziej skupić się na pogrzebie mamy i na tym, aby nie uciec, gdzie pieprz rośnie, bo z każdą chwilą miałam na to coraz większą ochotę.

Oprócz księdza jakiś bardzo elegancki pan wygłosił długą mowę, z której nic nie zrozumiałam. Zresztą to wszystko działo się jakby obok mnie, bo ja wpatrywałam się tylko i wyłącznie w twarz mamy, chyba specjalnie dla mnie ktoś otworzył wieko trumny, abym mogła po raz ostatni nasycić się tym widokiem.

Jej twarz była taka jasna i spokojna, że wydawało mi się, że za chwilę otworzy oczy i wyskoczy z tego dużego drewnianego pudełka. Prawie słyszałam w uszach jej dźwięczny śmiech. „To był tylko żart Ochiyo, tylko żart skarbie, tak naprawdę nie umarłam” – mówiła postać z mojej wyobraźni. Taką ją właśnie zapamiętałam: spokojną, pewną siebie i radosną. W najtrudniejszych momentach mojego życia wystarczyło, że przypomniałam sobie tamtą twarz, a od razu czułam się lepiej. Stała się dla mnie symbolem dobra, szczęścia i nadziei, jednocześnie będąc najpiękniejszym wspomnieniem związanym z mamą. Do tej pory potrafię określić odcień, jaki miała jej skóra i dokładnie opisać spinkę, jaką wpięto jej we włosy. Zapamiętałam każdy najdrobniejszy szczegół tego oblicza i gdybym umiała malować, z tego jednego wspomnienia powstałoby najpiękniejsze dzieło sztuki na świecie.

Wiele lat później to wspomnienie stało się dla mnie czymś więcej niż tylko pięknym obrazem, pełniło rolę drogowskazu, przypominało mi o tym, co tak naprawdę jest ważne i o wartościach, które wyznawałam. Przypominało o tym, kim jestem i skąd pochodzę, o tym, że gdzieś na świecie jest nadzieja i dobro. Przeżyłam w życiu całe mnóstwo złych i tragicznych chwil, jednak to wspomnienie zawsze było swego rodzaju promyczkiem rozświetlającym mroki rzeczywistości. Pocieszeniem lub skarceniem, czymś co w jakiś magiczny sposób uświadamiało mi moje błędy i przypominało mi o sensie życia i wartości podejmowania walki.

Wiem, że to wszystko brzmi trochę metafizycznie i niezrozumiale, ale naprawdę nie potrafię znaleźć prostszych słów, aby opisać, jak bardzo czułam się związana z tym jednym wspomnieniem, z tą jedną twarzą. Zresztą wszystko, co było związane w jakikolwiek sposób z mamą, czy to wspomnienie, czy jej słowa albo przedmiot należący do niej, wszystko po jej śmierci nabrało dla mnie nowego znaczenia. Stało się właśnie takie metafizyczne. Tych wspomnień i przedmiotów było po prostu bardzo niewiele, może właśnie dlatego każdy z nich był dla mnie prawie świętą cząstką mamy.

Potem zamknięto wieko trumny, którą następnie opuszczono do dużego dołu. Serce rozrywało mi się na strzępy, gdy rzucałam na tę ogromną skrzynię grudę ziemi, gdy składałam kwiaty i uświadamiałam sobie, że to już koniec, że nigdy więcej jej nie zobaczę, że nigdy więcej się do niej nie przytulę. W tamtej chwili byłam gotowa oddać wszystko, by móc znaleźć się w tej ogromnej skrzyni razem z nią, ale to było niemożliwe, bo ona umarła, a moje życie toczyło się dalej.

Oboje z Kiko patrzyliśmy jak pojazd ostatniego z krewnych znika w mroku nocy, kiedy tato przywołał nas do swojego gabinetu, w którym według rodzinnej tradycji odbywały się ważne rozmowy i dyskusje. Lubiłam przebywać w tym schludnym i poważnym, ale jednocześnie bardzo przytulnym pomieszczeniu, między innymi dlatego, że dość rzadko miałam ku temu okazję. Zawsze czułam powagę sytuacji, kiedy siadając naprzeciwko taty spoglądałam mu w oczy i próbowałam zrozumieć, o czym rozmawiają dorośli. W tym miejscu czułam specyficzną atmosferę podniosłości i powagi, podobną do tej, jaką czuje się na przykład w kościele czy świątyni. Zawsze czułam się dumna, podekscytowana i jednocześnie przestraszona, bo kiedy byłam małą dziewczynką wejście do tego gabinetu najczęściej oznaczało poważną rozmowę na temat moich zasług lub przewinień.

– Zawołałem was, ponieważ wasza matka zostawiła nam do równego podziału dość dużą sumę pieniędzy. Musimy wspólnie ustalić, co chcecie z nimi zrobić – wyjaśnił nam tato.

– Jak dużo jest tych pieniędzy? – zapytał cicho i nieśmiało Kiko, tak jakby nie miał prawa zadać tego pytania.

– Wystarczy, aby kupić całą naszą wioskę – wyjaśnił spokojnie i łagodnie tato.

– W takim razie chciałbym pójść do miasta, do szkoły. Chciałbym uczyć się języków, poznawać świat.

– A jeśli taka szkoła byłaby daleko od domu, poradziłbyś sobie z rozłąką? – zapytał rozsądnie tato.

– Myślę, że tak – odparł Kiko bardzo poważnie.

Od zawsze był bardzo samodzielny, zresztą oboje byliśmy. Od początku rodzice uczyli nas hartu ducha i woli walki, a życie na wsi i dziecięca pomysłowość dostarczały nam wielu dziwnych i ekstremalnych sytuacji, w których byliśmy zdani na siebie. Oboje byliśmy z natury bardzo odważni i ciekawi świata. Kiko, będąc trochę starszym ode mnie, zaczynał powoli rozumieć, że szkoła i nauka mogą być jego przepustką do lepszego życia. Ja wciąż jeszcze byłam bardzo przywiązana do rodziców i swojej wioski, która była moim mikrowszechświatem, chociaż miałam już swoje plany i marzenia, o których nikomu nie mówiłam z obawy, że mogą się wydać śmieszne czy dziecinne.

– A ty Ochiyo, co chciałabyś zrobić ze swoją częścią? – zwrócił się do mnie tato.

– Część zostawię sobie, a część oddam chorym albo biednym dzieciom – stwierdziłam bez większego namysłu.

– Nie chcesz iść do szkoły tak jak Kiko, nie chcesz się uczyć?

– Ty nauczysz mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć.

– Zastanów się dobrze, może masz jakieś marzenia, coś, co chciałaś zawsze zrobić?

– A jeśli mam głupie marzenia?

– Nie ma głupich marzeń kochanie! Głupi jest tylko strach przed ich spełnieniem. Możesz mi powiedzieć o wszystkim.

– Chcę zostać z tobą.

– Dobrze, ale obiecaj mi, że jeszcze pomyślisz nad tym, czego pragniesz. Zawsze możesz zmienić zdanie. Rozumiesz?

– Tak.

– Dobrze, a teraz umyjcie zęby i wyciągnijcie z szaf futony. Zaraz przyjdę i poczytam wam Konfucjusza – odparł tato.

– Ojcze, a dlaczego mama nie może poczytać mi z nieba? – zapytałam.

– Bo musi prosić Pana Boga, żeby nad nami czuwał i żeby nie wystawiał naszej wiary na zbyt wiele prób.

– Brakuje mi jej ojcze – powiedziałam cicho.

– Mnie też kochanie, ale ona nad nami czuwa, już zawsze będzie czuwać – odparł tato drżącym głosem, skinieniem ręki dając nam znak, abyśmy wyszli.

Myjąc zęby i układając się do snu nie poświęciłam już ani jednej myśli testamentowi mamy. Nie rozumiałam powagi ani nietypowości sytuacji, bo przecież jak często się zdarza, żeby biedna kobieta mieszkająca w małej chatce w biednej rybackiej wiosce zostawiała swojej rodzinie w spadku tak wielką sumę pieniędzy. Po raz kolejny skorzystałam jednak ze zbawiennego prawa dzieciństwa, po krótkich rozważaniach przyjmując ten fakt jako całkowicie oczywisty.

Tej nocy, pod wpływem kojącego głosu taty, zasnęłam kamiennym snem nie przypuszczając, że niedługo moje życie zmieni się na zawsze.


Rozdział 2
Chwytając wiatr w żagle

Od pogrzebu mamy minęło kilka miesięcy i wszyscy zdążyliśmy się pogodzić z jej śmiercią, choć nadal bardzo za nią tęskniliśmy i często ją wspominaliśmy.

Wyjazd Kiko był dla taty bodźcem mobilizującym do działania, źródłem nowej energii i radości. Postawił sobie za punkt honoru, aby posłać swojego syna do najlepszej szkoły w Tokio i jak najlepiej przygotować go do życia w placówce z internatem. Z tego powodu udzielał mojemu bratu mnóstwa rad, często rozmawiał z nim na osobności i był wiecznie zajęty załatwianiem różnych ważnych spraw.

Czułam się osamotniona i nieważna. Zaczęłam być bardzo zazdrosna o to, że tato poświęca więcej uwagi Kiko niż mnie. Relacje między mną a moim ojcem od początku były skomplikowane. Zawsze traktowałam go jak guru, jak idola, człowieka, który zna odpowiedź na każde pytanie. Jak gąbka chłonęłam każde jego słowo, gest i spojrzenie. Byłam zazdrosna o jego uwagę, nie rozumiałam, dlaczego muszę się nią dzielić. Chciałam, aby tato był tylko mój, tylko dla mnie. Pragnęłam być jego ulubionym dzieckiem.

Zazdrość opanowała mnie z wielką siłą. Starałam się walczyć z tym uczuciem, wiedziałam, że jest złe, ale nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem Kiko jakiejś przykrości za każdym razem, gdy byliśmy sami. Nie miałam odwagi powiedzieć tacie o swoich ukrytych marzeniach, więc mój gniew, bezsilność i tchórzostwo zaczęły się okrutnie odbijać na moim bracie. Potem miałam wielkie wyrzuty sumienia z powodu mojego zachowania, ale nie mogłam znieść, gdy tato po raz kolejny wychwalał swojego syna przed krewnymi. Gotowało się we mnie ze złości, gdy widziałam, jak bardzo jest z niego dumny.

Ponadto zaczęłam powoli uświadamiać sobie, że Kiko znalazł jedyne możliwe rozwiązanie na to, aby wyrwać się z naszej, pochłoniętej nudą i rutyną, zacofanej wioski. Zdałam sobie także sprawę z tego, że ja również rozpaczliwie pragnę, aby ojciec był ze mnie dumny i chwalił się posiadaniem takiej córki przed krewnymi i znajomymi. Od tamtej chwili chęć wyrwania się z wioski i zaimponowania ojcu rozwijała się we mnie coraz bardziej, niemalże spędzając mi sen z powiek.

Mimo to, wciąż nie mogłam zdobyć się na odwagę, aby wyjawić ojcu swoje prawdziwe pragnienia, coś mnie przed tym blokowało. To było poczucie obowiązku. Po śmierci mamy w akcie najwyższego masochizmu wmówiłam sobie, że moim zadaniem jest wypełnienie pustki po niej i przejęcie większości jej obowiązków. Wbrew samej sobie usiłowałam odnaleźć się w roli przykładnej gospodyni domowej i schować swoją buntowniczą naturę pod starodawnym wzorcem idealnej w każdym calu japońskiej kobiety, która żyje po to, aby swoją pracą zadowolić mężczyzn. Próbowałam zapomnieć o sztukach walki, wyeliminować tak bardzo silnie zakorzeniony we mnie męski pierwiastek, zmienić swoją naturę.

Niestety, mimo wielu wysiłków, nie potrafiłam zapomnieć o swojej pasji. Była ona moją jedyną prawdziwą wolnością w chwili, kiedy sama siebie zniewoliłam udając kogoś, kim nie jestem. Narzuciłam sobie ogromną presję i przysporzyłam mnóstwa stresu. Czułam się w tym wszystkim ogromnie zagubiona. Byłam małą dziewczynką udającą kobietę po to, aby nikt nie zarzucił jej dziwactwa, aby nikt jej nie wyśmiał. Potrzebowałam wzorca, celu, czegoś, w czym mogłabym się bez końca realizować, co byłoby moim wytchnieniem od toczącej się we mnie zajadłej bitwy.

Sztuki walki były wszystkim, czego potrzebowałam. Jednak uprawiając je miałam poczucie, że robię coś niewłaściwego, wręcz nagannego, więc ukrywałam swoją pasję nie chcąc dać moim rówieśnikom kolejnego powodu do śmiechu i docinków. Czułam, że zawiodłabym tatę, gdyby dowiedział się o moim nietypowym hobby, które nijak nie pasowało do modelu matrony sprawującej pieczę nad domem, a przecież właśnie taką idealną kobietą chciałam być. W moim umyśle niemalże nieustannie toczyła się bitwa, a ja w miarę upływającego czasu byłam nią coraz bardziej zmęczona. Potrzebowałam cudu, aby uwolnić się z pułapki, w jaką sama siebie zamknęłam.

Kiko wyjeżdżał do Tokio prawie miesiąc przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, aby mieć czas na zaaklimatyzowanie się w wielkim mieście. Na Hokkaido płynął promem, następnie przesiadał się w pociąg ekspresowy relacji Sapporo – Tokio. Na dworcu miała go odebrać nasza ciotka, która zgodziła się tymczasowo nim zaopiekować i pokazać mu, jak wygląda życie w tak wielkiej metropolii.

Tego dnia nie przyszłam się z nim pożegnać, mimo iż wiedziałam, że minie sporo czasu zanim znowu się zobaczymy. Nie pozwoliły mi na to gorycz, zazdrość, ból i wstyd. Nie wiedziałam jak mu spojrzeć w oczy po tych wszystkich z pozoru niewinnych, ale bolesnych słowach. Drobnych, ale znaczących przykrościach. Nigdy niezrealizowanych intrygach i niewypowiedzianych złorzeczeniach. Czułam wyrzuty sumienia, bo nareszcie zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam okrutna w stosunku do brata, jednocześnie zazdrość wciąż niemiłosiernie paliła mnie od środka, uniemożliwiając tym samym jakiekolwiek udawanie czy zachowywanie pozorów.

Nie widząc lepszego rozwiązania tej niekomfortowej sytuacji uciekłam na klif, by odzyskać spokój myśli i stłamsić w sobie gorycz. Bez reszty zatopiona w utrwalaniu nowych ciosów, jakie podpatrzyłam u wiejskich chłopców straciłam poczucie czasu i dosłownie wyłączyłam się ze świata zewnętrznego będąc w pełni skupiona na swoim ciele. Nawet nie zauważyłam, kiedy tato stanął obok mnie i w milczeniu zaczął przypatrywać się moim poczynaniom.

– Gdzie się tego nauczyłaś córeczko? – zapytał tato, kiedy skończyłam ćwiczenia, tym samym dając mi znać o swojej obecności.

– Lubię patrzeć jak ćwiczą chłopcy, potem powtarzam ich ruchy. Przepraszam, wiem, że nie powinnam – wyznałam drżącym ze strachu głosem.

– To nic złego, nie musisz za to przepraszać – wyjaśnił spokojnie tato. Na jego twarzy kwitł uśmiech. Nie rozumiałam tego, od zawsze byłam przekonana, że nie będzie mi dane ujrzeć bram nieba przede wszystkim z powodu zamiłowania do walki. Nie mówiąc już o tym, że moment, w którym tato odkryłby moją pasję w wyobraźni porównywałam z biblijną apokalipsą. – Uważam, że masz spory talent – dodał.

– Naprawdę tak uważasz? – zapytałam retorycznie. Z mojej twarzy zniknął strach, zamiast niego pojawił się szeroki uśmiech.

– Tak, powinnaś rozwijać swoje umiejętności, pójść do specjalnej akademii.

– Muszę zostać z tobą, pomóc ci w gospodarstwie teraz, kiedy nie ma mamy, a Kiko wyjechał...

– Najwyższy czas, abyś pomyślała o sobie i o swoich pragnieniach, ja dam sobie radę. Zrozum, że uprawianie sztuk walki to twoja szansa na lepsze życie – przerwał mi tato. Z jego twarzy dało się wyczytać, że jest lekko zdenerwowany.

– Wyśmieją mnie, za mało potrafię, nie nadaję się. A poza tym tu jest mi dobrze – odparłam, rozpaczliwie broniąc się przed prawdą, którą od zawsze chciałam usłyszeć.

Mój sen właśnie zaczynał się spełniać, a ja nie wiadomo dlaczego bardzo chciałam się z niego obudzić. Bałam się dalszych zmian, rozczarowania. Bardzo kochałam sztuki walki i nie wiedziałam, czy będę w stanie znieść krytykę. Poza tym w domu czułam się bezpiecznie, a idąc do szkoły wkroczyłabym w nowy, nieznany świat, w którym byłabym zdana tylko i wyłącznie na siebie. Pójście do akademii było dla mnie wielką szansą, ale oznaczało diametralną zmianę w moim życiu, zmianę wszystkiego.

– Jeśli tylko w siebie uwierzysz, masz szansę dostać się nawet do Zakonu, ale nie mogę za ciebie podjąć tej decyzji. Sama musisz dowiedzieć się, czego tak naprawdę pragniesz. Mama miała rację nakazując ci, abyś zawsze słuchała swego serca, tylko czy wystarczy ci odwagi, aby to zrobić? – odparł tato i odszedł, pozostawiając mnie w rozterce.

W tym momencie na chwilę przerwę opowieść mojego życia, by wytłumaczyć wam, czym jest wspomniany przez tatę Zakon, ponieważ nie ma on nic wspólnego z żadnym zgromadzeniem duchowym.

Zakon Słońca i Cienia – zwany również Zakonem Kwitnącej Wiśni – jest to tajna organizacja, do której należy ponad połowa populacji Japonii i niewielki odsetek osób spoza niej. Ludność do niej należąca tworzy wspólnotę mającą odrębną, niezależną od cesarza władzę, służbę zdrowia, skarb, system administracyjny, media i sądownictwo. Jest to państwo w państwie i mimo, że to sformułowanie nasuwa dosyć pejoratywne skojarzenia, gdyby nie ta organizacja na świecie powstałby wielki chaos.

polityka w zakonie

Ustrój polityczny w Zakonie to monarchia konstytucyjna. Zakon nie współdziała z władzami Japonii. Jest organizacją niezależną.

Najważniejszą osobą w Zakonie jest Wielki o-sensei [9] (Mistrz Zakonu), jednak większość decyzji związanych z samą organizacją podejmuje Wielkie Zgromadzenie – odpowiednik sejmu i Rada Starszych – odpowiednik senatu.

Kadencja Wielkiego o-sensei jest dożywotnia, jest on wybierany przez Radę Starszych. Musi być bardzo dobrym politykiem i wojownikiem. W przypadku jego śmierci lub abdykacji jego stanowisko zajmuje Wielki sensei [10] (Wicemistrz Zakonu) lub inna osoba przez niego wyznaczona, która zostanie zaakceptowana przez parlament.

Wielkie Zgromadzenie – organ władzy i główny organ sądownictwa. Ustala nowe prawa dotyczące Zakonu i pilnuje przestrzegania praw już ustanowionych. Powołuje i mianuje wszystkich sędziów oraz jest ich bezpośrednim zwierzchnikiem. Kadencja członka Wielkiego Zgromadzenia trwa od pięciu do dwudziestu pięciu lat. Do Wielkiego Zgromadzenia mogą dostać się tylko osoby z wykształceniem prawniczym.

Rada Starszych – składa się ze stu najmądrzejszych i najbardziej doświadczonych członków Zakonu. Pilnuje zgodności ustaw z tradycją Japonii i bierze czynny udział w sprawowaniu rządów nad organizacją. Kadencja członka Rady Starszych jest dożywotnia. Aby zostać członkiem Rady Starszych trzeba być profesorem lub doktorem habilitowanym w jakiejś dziedzinie życia, jednocześnie będąc członkiem Zakonu.

Wielki sensei (Wicemistrz Zakonu) – druga najważniejsza osoba w organizacji, posiada część przywilejów Mistrza. Mieszka razem z nim w jego pałacu. Reprezentuje go w czasie, gdy on niedomaga lub przebywa poza Japonią. Jego kadencja nie jest dożywotnia. Aby dostać się na to stanowisko kandydat oprócz wygranej w tak zwanym bezpośrednim starciu musi być zaakceptowany przez parlament. Wicemistrz musi ustąpić ze sprawowanego stanowiska w przypadku, gdy ktoś inny pokona go w walce.

historia zakonu

Na początku Zakon był pierwszą darmową szkołą sztuk walki dla ludności wiejskiej i małomiasteczkowej, założoną przez samuraja – dezertera – Atsumomo Nagivoto niedługo po klęsce tak zwanych buntów ryżowych, które miały miejsce w Epoce Edo w tysiąc siedemset osiemdziesiątym siódmym roku.

Bunty ryżowe to były powstania ludności przeciwko wysokim cenom ryżu. Zostały one krwawo stłumione przez ówczesne władze. Niewyszkoleni w walce wieśniacy nie mieli szans z zahartowanymi w boju wojownikami.

Atsumomo był jednym z nielicznych samurajów, którzy stanęli po stronie powstańców. Aby pomóc ludności wiejskiej stworzył pierwszą darmową i ogólnodostępną akademię sztuk walki.

Atsumomo widział potrzebę kształcenia prostego ludu nie tylko z dziedziny walki, ale z różnych dziedzin życia, dlatego też jego akademia niedługo po założeniu poszerzyła zakres swojej działalności o ziołolecznictwo, sztukę medytacji i wiele innych.

Wieść o darmowej akademii bardzo szybko rozeszła się po całej Japonii i zaczęły do niej napływać coraz liczniejsze grupy osób. Akademia przekształciła się w wielką tajną organizację zrzeszającą większą część ludności japońskiej.

czym zajmują się członkowie zakonu?

Płynęły lata. Świat i Japonia zmieniły się. Szogunat upadł, pełnia władzy cesarskiej wyparła ustrój feudalny. Kraj Kwitnącej Wiśni przestał być obszarem wyizolowanym od świata.

Zakon jako ogromna organizacja również musiał ulec transformacji. Milowym krokiem w rozwoju organizacji było ograniczenie dyktatorskiej i niemal absolutnej władzy Mistrza poprzez stworzenie nowego, stabilnego ustroju politycznego. Aby utrzymać w ryzach ogromną populację ludzi należących do Zakonu stworzono prostszy i bardziej zrozumiały system prawny, oparty na legislacji japońskiej, zasadach panujących w Zakonie oraz spisanym i unowocześnionym Bushido [11]. Trzeba było również zadbać o dobre wykształcenie oraz sprecyzować i ustalić rolę, jaką powinien pełnić każdy z członków Zakonu. Utworzono szereg szkół i akademii, które wpajały podstawy sztuk walki, medytacji, ziołolecznictwa, polityki oraz wiedzę ogólną.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.