Piekło Gabriela - Sylvain Reynard - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 822 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 23 godz. 39 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piekło Gabriela - Sylvain Reynard

Fascynująca, wciągająca opowieść o próbie ucieczki przed demonami dręczącymi człowieka, który, folgując swoim żądzom i realizując wymyślne fantazje seksualne, jednocześnie w głębi duszy pragnie wybaczenia i prawdziwej miłości.

Profesor Gabriel Emerson, cieszący się sławą i poważaniem ekspert od twórczości Dantego, prowadzi podwójne życie: za dnia jest ustatkowanym, szacownym uczonym, zgłębiającym tajniki utworów włoskiego mistrza, nocami oddaje się wyuzdanym przyjemnościom, poszukując rozkoszy wszędzie, gdzie można ją znaleźć. Jednocześnie w jego duszy trwa zacięta walka między jasnymi i mrocznymi cechami jego charakteru; pamiętając o swojej niechlubnej przeszłości i zdając sobie sprawę z niemoralnego postępowania w teraźniejszości, profesor popada w coraz głębszą frustrację, lęka się bowiem, że szansa na zbawienie jego grzesznej duszy oddala się z każdym dniem.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy w jego życiu pojawia się słodka i niewinna Julia Mitchell. Zafascynowana dystyngowanym profesorem studentka, uczęszcza pilnie na jego wykłady, ale los sprawia, że pewnego dnia ich wzajemne relacje przenoszą się na inny, znacznie bardziej intymny, poziom. Sytuację komplikuje fakt, że Julia i Gabriel zetknęli się już wcześniej, przed wielu laty; tamto spotkanie, pozornie nieistotne i mało znaczące, okazuje się punktem zwrotnym w życiu obojga. Teraz, kiedy ich drogi ponownie się przecięły, rozpoczyna się nierówna gra, w której dzika namiętność i mroczne pożądanie muszą się zmierzyć z dziewczęcą naiwnością i szczerą, choć starannie skrywaną, miłością.

Sylvain Reynard jest niezwykle tajemniczą osobą; choć utrzymuje ścisły kontakt z czytelnikami za pośrednictwem swojej strony internetowej, nie wiadomo nawet, czy jest mężczyzną, czy kobietą. „Piekło Gabriela” ukazało się najpierw jako self-published book; książka odniosła tak ogromny sukces w sieci, że prawa do niej, oraz do drugiego tomu cyklu, zatytułowanego „Ekstaza Gabriela”, kupiło wydawnictwo Penguin. Książka natychmiast stała się wielkim hitem także w postaci papierowej.

Opinie o ebooku Piekło Gabriela - Sylvain Reynard

Cytaty z ebooka Piekło Gabriela - Sylvain Reynard

do sufitu. Julia wpatrywała się w książki – nowe i rzadko spotykane już tytuły, przeważnie w twardej oprawie, po włosku, łacinie, francusku, angielsku i niemiecku. Pokój – podobnie jak reszta apartamentu –
teren łowiecki, było miejscem, gdzie przychodził, by zaspokoić swoje pragnienia. Zbyt wielu ludzi znało go tu, a przynajmniej wiedziało, kim jest – obawiał się jakiejś wpadki, słów wymykających się z uszminkowanych, krwistoczerwonych ust. Ale czuł się tutaj doskonale, królując nad otoczeniem. Nigdy w życiu nie zabrałby Rachel i Julianny tam, gdzie by nie mógłby mieć wszystkiego pod kontrolą. Przez tę jedną noc nie będzie Dantem, lecz skandynawskim Beowulfem, a więc nie poetą, lecz wojownikiem. Obnażonym mieczem zarąbie potwora Grendela [15] i jego wszystkich krewniaków,
Ale były to chwile tak ulotne: zrywały się jak pajęczyna od podmuchu wiatru. I nagle zaczęła nie dowierzać sobie samej. A może jej pierwsze spotkanie z Gabrielem było tylko snem? Może zakochała się w jego fotografii, a to wszystko, co stało się potem, gdy Rachel uciekła z Aaronem, to tylko wytwór jej wyobraźni? A może po prostu śniła w sadzie – smutna ofiara rozpaczliwego marzenia dziewczynki z rozbitej rodziny,
chwiać… i tę właśnie chwilę wybrał elektryczny czajnik, aby głośno dać o sobie znać. Gabriel ucałował niewinnie oba policzki Julii i poszedł zrobić herbatę. Dziewczyna usiadła na krześle, nadal drżąc z emocji. Serce biło jej tak głośno, że miała wrażenie, iż przechodzi zawał. Pochyliła głowę, podtrzymując ją obiema dłońmi. Jeżeli tak się rozklejam pod
uprawiałeś z nią seks. Nie obchodzi mnie, że nie zostawiła śladów. Nie mogę znieść myśli o tym, że ktoś cię skrzywdził, zwłaszcza że sam tego chciałeś. Gabriel zacisnął usta, ale nic nie powiedział. – Sama myśl o tym, że ktoś cię uderzył, wywołuje we mnie mdłości. Gabriel zacisnął szczęki, obserwując dwie samotne łzy toczące się po jej policzkach. – Powinieneś być z kimś, kto będzie dla ciebie dobry. – Julia otarła twarz
poruszając się niespokojnie. Mężczyzna leżał nieruchomo, ciesząc się jej bliskością. Mógł ją stracić. Leżąc obok niej, był świadomy, że ostatni wieczór mógł się skończyć zupełnie inaczej. Wcale nie musiała mu wybaczać. Wcale nie musiała
Mmmm – jęknęła głośno. Gabriel uśmiechnął się i powtórzył swoje ruchy, tym razem pozwalając językowi zbadać powierzchnię jej skóry. Tylko najlżejszy dotyk, szept, niemal nieuchwytna obietnica. Julia wiedziała, że tylko jego usta mogą to uczynić. – Czy sprawia ci to przyjemność? Odpowiedziała, sięgając ku jego włosom. Była to cała zachęta, której potrzebował. Odwrócił ją
do końca sadu, zatrzymali się. Wydawał się mniejszy, niż go zapamiętała. Przestrzeń pokryta trawą wyglądała tak samo, skała i jabłonie też były identyczne, jednak nie tak duże i wyjątkowe jak w jej wspomnieniach. I smutniejsze, jakby wszystko zostało zapomniane. Gabriel poprowadził dziewczynę do miejsca, które wtedy, przed
pragnienie zawsze było odczuwalne w jego pocałunkach, ale tak łatwo pomylić granicę między pragnieniem a uczuciem. Teraz już jej nie wyczuwała. Istniało tylko jego ciało, przyciśnięte do niej, i ich połączone usta, podczas gdy ręce delikatnie badały się nawzajem. W sadzie, który był ich rajem, była tylko dwójka przyszłych kochanków i nikt inny. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej

Fragment ebooka Piekło Gabriela - Sylvain Reynard

Sylvain Reynard

Piekło Gabriela

Tytuł oryginału: Gabriel’s Inferno

Projekt okładki: Irina Pozniak

Redakcja: Julia Celer, Sławomira Gibka

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Marzena Cieśla

Copyright © 2011 by Sylvain Reynard

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with the Berkley Publishing Group, a member of Penguin Group (USA) Inc.

For the cover illustration copyright © iStockphoto.com/egorr

For the cover illustration copyright © iStockphoto.com/egeeksen

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Joanna Grabarek, Anna Dorota Kamińska, Ewa Morycińska-Dzius

ISBN 978-83-7758-356-2

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2013

Wydanie I

Prolog

Florencja, rok 1283

Poeta stał na moście, patrząc na zbliżającą się młodą kobietę. Gdy dostrzegł jej ogromne ciemne oczy i wytwornie ufryzowane włosy barwy głębokiego brązu, jego świat niemal zatrzymał się w biegu.

W pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Była piękna urodą zapierającą dech w piersi; poruszała się pewnie i z wdziękiem. Niemniej w jej twarzy, w jej postaci było coś, co przypomniało mu dziewczynę, w której dawno temu kochał się bez pamięci. Każde z nich poszło własną drogą, ale zawsze bolał nad ich rozstaniem: była jego aniołem, jego muzą, jego ukochaną Beatrycze. Życie bez niej było samotne i nie miało żadnego sensu.

Ogarnęła go błogość.

Kiedy się zbliżyła wraz ze swoimi towarzyszkami, spuścił głowę i pochylił się w rycerskim ukłonie. Nie wierzył, że zwrócą na niego uwagę. Ta kobieta była równie doskonała co nietykalna ciemnooki anioł, odziany w niepokalaną biel, podczas gdy on był już stary, zmęczony życiem i spragniony spokoju.

Już go niemal minęła, gdy kątem oka dostrzegł pantofelek, który jakby się zawahał i zatrzymał tuż przed nim. Wstrzymując oddech, czekał, co będzie dalej; serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Nagle się odezwała, a jej miękki, łagodny głos obudził w nim całe morze wspomnień. Podniósł na nią zaskoczony wzrok. Czekał na chwilę już tak długo, tyle lat marzył o niej, ale nigdy, w najśmielszych marzeniach, nie sądził, że spotka tak przypadkiem! I nigdy nie ośmielił się mieć nadziei, że jej powitanie będzie pełne słodyczy!

Przejęty i wzruszony mamrotał jakieś uprzejmości; pozwolił sobie nawet na uśmiech, na który jego muza odpowiedziała równie pięknym, o nie!, dziesięciokrotnie piękniejszym uśmiechem. Poczuł, że miłość, którą zawsze darzył, spotęgowała się; radość wezbrała mu w sercu, które zapłonęło piekielnym ogniem.

Niestety! Ledwie zaczęli rozmowę, oświadczyła, że musi już iść.

Skłonił się głęboko, gdy przechodziła obok, po czym się wyprostował i patrzył w ślad za jej niknącą w oddali postacią. Radość ze spotkania ustąpiła miejsca smutkowi: zastanawiał się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy…

Rozdział 1

…Panno Mitchell?

Głos profesora Gabriela Emersona rozszedł się echem po całej sali wykładowej; słowa niewątpliwie były skierowane do siedzącej w ostatnim rzędzie młodej kobiety o pociągającym wyglądzie. Pogrążona w myślach czy też może w lekturze z pochyloną głową zapisywała coś szybko w notatniku.

Dziesięć par oczu utkwiło spojrzenie w jej bladej twarzy, długich rzęsach i szczupłych białych palcach ściskających pióro. Następnie te same dziesięć par oczu zwróciło się na twarz stojącego w milczeniu, lekko zniecierpliwionego profesora. To antypatyczne zachowanie nie pasowało do miłej aparycji: klasycznych rysów, dużych oczu i pełnych warg. Ten przystojny facet miał zgorzkniały wyraz twarzy, co, niestety, kompletnie psuło ogólne wrażenie.

Uhm!…

Lekkie kaszlnięcie z prawej strony zwróciło uwagę dziewczyny. Zaskoczona popatrzyła na siedzącego obok barczystego mężczyznę. Uśmiechnął się i spojrzał na katedrę i profesora.

Powoli także jej wzrok podążył w samą stronę i… napotkał przenikliwe spojrzenie pary błękitnych oczu. Głośno przełknęła ślinę.

Oczekuję odpowiedzi na moje pytanie, panno Mitchell. Oczywiście, o ile będzie pani łaskawa dołączyć do nas… jego głos był lodowaty, podobnie jak oczy.

Pozostali słuchacze studenci ostatniego roku wiercili się na krzesłach, spozierając na siebie ukradkiem. Ich zachowanie wyrażało bez wątpienia: „Co też tego bubka ugryzło?”.

Nikt się jednak nie odezwał (ogólnie wiadomo, że studenci roku dyplomowego unikają konfrontacji z profesorem na jakikolwiek temat, a już na pewno nie z powodu jego grubiańskiego zachowania).

Młoda kobieta lekko rozchyliła wargi, po czym je przymknęła, wpatrzona w te nieruchome niebieskie oczy. Jej własne były szeroko otwarte: przypominała wystraszonego królika.

Czy angielski jest pani ojczystym językiem? kpiąco spytał profesor.

Siedząca po jego prawej stronie kruczowłosa dziewczyna próbowała stłumić śmiech, starając się zastąpić go nieprzekonującym kaszlem. Wszystkie oczy znów skierowały się na wystraszonego króliczka, który poczerwieniał gwałtownie; dziewczyna pochyliła głowę, próbując uniknąć spojrzenia profesora.

Skoro panna Mitchell, jak się wydaje, odbywa w tej chwili seminarium w obcym języku, może ktoś inny będzie łaskaw odpowiedzieć na moje pytanie?

Tego tylko było trzeba piękności siedzącej po prawej stronie Emersona. Z rozjaśnioną twarzą, wpatrzona w profesora, szczegółowo odpowiedziała na pytanie; po prostu zrobiła z siebie widowisko, wymachując rękami, gdy cytowała Dantego w jego ojczystym języku. Kiedy skończyła, z przekąsem uśmiechnęła się do tylnych rzędów sali, po czym wlepiła wzrok w profesora i… słodko westchnęła. Brakowało tylko, żeby się rzuciła na podłogę i, ocierając o jego stopy, demonstrowała, jak bardzo chciałaby być jego pieszczoszką… na zawsze! (co nie znaczy, że on przyjąłby taki gest z radością).

Profesor niemal niedostrzegalnie zmarszczył brwi i odwrócił się, by napisać coś na tablicy. Wystraszony królik ledwo powstrzymał łzy i powrócił do pisania; na szczęście udało mu się nie rozpłakać.

Po kilku minutach, gdy profesor ględził coś tam o walce pomiędzy Gibelinami a Gwelfami, na słownik języka włoskiego należący do przestraszonego króliczka spadła nagle złożona we czworo kartka papieru. W pierwszej chwili dziewczyna jej nie zauważyła, dopiero delikatne kaszlnięcie zwróciło jej uwagę na siedzącego obok przystojnego młodzieńca. Tym razem uśmiechnęła się szeroko, niemal serdecznie, i zerknęła na papier.

Zamrugała gwałtownie powiekami. Wpatrzona w plecy profesora, który w tej chwili zakreślał kołami niekończącą się liczbę włoskich wyrazów, zsunęła kartkę na kolana i ostrożnie rozwinęła.

Emerson to dupek.

Nikt nic nie zauważył, bo nikt na nią nie patrzył z wyjątkiem sąsiada. Gdy przeczytała, znów oblała się rumieńcem, ale tym razem innym: dwie różowe chmurki osiadły na jej policzkach. Uśmiechnęła się lekko. Nie na tyle, by pokazały się dołeczki w policzkach lub zmrużyły oczy… niemniej był to uśmiech.

Podniosła wzrok na sąsiada i spojrzała na niego nieśmiało. Szeroki, serdeczny uśmiech rozjaśnił mu twarz.

Co panią tak rozśmieszyło, panno Mitchell?

Ciemne oczy rozwarły się szeroko z przerażenia. Uśmiech w jednej chwili zniknął z oblicza jej nowego przyjaciela. Popatrzyła na profesora.

Wiedziała, że lepiej nie patrzeć w te jego zimne, niebieskie oczy. Opuściła głowę, co chwila przygryzając zębami pełną dolną wargę.

To moja wina, profesorze. Pytałem po prostu, na której stronie jesteśmy. Nowy przyjaciel za wszelką cenę starał się jej pomóc.

Nie można powiedzieć, żeby to było pytanie godne studenta-doktoranta, Paul. Skoro jednak nie wiesz, zaczęliśmy właśnie pierwsze canto. Mam wrażenie, że potrafisz je znaleźć bez pomocy panny Mitchell… Aha… panno Mitchell?!

Koński ogon zadrżał delikatnie, kiedy wystraszony króliczek podniósł głowę.

Po wykładzie czekam na panią w moim gabinecie.

Rozdział 2

Kiedy seminarium dobiegło końca, Julia Mitchell pospiesznie wetknęła do słownika języka włoskiego pod hasło asino[1] złożoną kartkę papieru, którą dotąd trzymała na kolanach.

Przykro mi z powodu tej całej awantury. Jestem Paul Norris.

Barczysty sąsiad przyjaźnie wyciągał do niej swoją wielką łapę. Potrząsnęła nią delikatnie, a on patrzył z tkliwością na jej dłoń, która wydawała się maleńka w porównaniu z jego ręką. Gdyby choćby lekko ścisnął, mógłby zmiażdżyć…

Cześć, Paul. Jestem Julia. Julia Mitchell.

Cieszę się, że cię poznałem, Julio. Przykro mi, że profesor tak się zachował. Jak głupi jełop. Nie mam pojęcia, co go ugryzło.

Paul nie bez sarkazmu obdarzył Emersona swoim ulubionym epitetem.

Julia zaczerwieniła się lekko i wróciła do składania książek.

Jesteś nowa? dopytywał się Paul, pochylając głowę, jakby chciał złowić jej spojrzenie.

Dopiero co przyjechałam. Z Uniwersytetu Świętego Józefa.

Kiwnął głową, jakby to mu coś mówiło.

A tutaj będziesz robić dyplom?

Tak. Ręką wskazała pustą już salę seminarium. Może cię to zaskoczy, ale mam się specjalizować w poezji Dantego.

Paul gwizdnął przez zęby.

Więc przeniosłaś się tu dla Emersona?

Przytaknęła, a on zauważył, że żyły na jej szyi zaczęły delikatnie pulsować. Ponieważ jednak nie potrafił sobie tego wytłumaczyć, zbagatelizował to. Ale nie zapomniał.

Trudno się z nim pracuje, więc nie ma wielu studentów. Ja piszę pracę właśnie u niego, poza mną także Christa Peterson, którą już poznałaś.

Christa…? Rzuciła mu pytające spojrzenie.

No, ta kokietka z pierwszego rzędu. Ona też pisze u niego pracę, ale właściwie to planuje zostać panią Emerson. Ledwie zaczęła chodzić na wykłady, a już kombinuje, wprasza się do niego na herbatkę, co chwila wpada do jego gabinetu, zasypuje go SMS-ami… To niewiarygodne!

Julia znów skinęła głową, lecz się nie odezwała.

Christa nie wie chyba o polityce niebratania się, która ściśle obowiązuje na uniwersytecie w Toronto. Paul komicznie przewrócił oczami i został nagrodzony cudownym uśmiechem. Tak pięknym, że postanowił, musi sprawić, by Julia Mitchell uśmiechała się częściej. No, ale to trzeba będzie odłożyć na później.

Chyba powinnaś do niego pójść. Chciał się z tobą zobaczyć po wykładzie… będzie czekał.

Julia szybko zapakowała swoje rzeczy do podniszczonego plecaczka firmy L.L. Bean, którego używała od początku studiów.

Hm… właściwie to nie wiem, gdzie jest jego gabinet…

Po wyjściu z sali idź na prawo, potem w lewo. Jego gabinet jest w rogu, na samym końcu korytarza. Wszystkiego dobrego, trzymaj się! Do następnego wykładu… a może szybciej?

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Kiedy skręciła za róg, zobaczyła, że drzwi do gabinetu profesora uchylone. Zatrzymała się na chwilę, niepewna, czy powinna zapukać, czy wsunąć głowę do środka. Po chwili zastanowienia zdecydowała się na to pierwsze. Wyprostowała ramiona, wzięła głęboki oddech, wstrzymała go i kostkami palców dotknęła drzwi. Usłyszała jego głos.

Przepraszam, że nie oddzwoniłem. Prowadziłem seminarium! fukał głośno za dobrze jej znanym gniewnym głosem. Nastąpiła chwila ciszy, po czym znowu się odezwał: Dlatego, że to pierwsze seminarium w tym roku, ty dupku, i dlatego, że kiedy z nią ostatnio rozmawiałem, powiedziała, że wszystko jest w porządku!

Julia natychmiast się wycofała. Wyglądało na to, że Emerson rozmawia z kimś przez telefon. Nie chciała, żeby wrzeszczał i na nią, więc postanowiła się ulotnić; potem jakoś sobie poradzi z konsekwencjami. Gdy jednak usłyszała wyrywający się z gardła profesora raniący serce szloch, nie była w stanie uciec.

Pewnie, że chciałem tam być! Kochałem przecież… Naturalnie, że chciałem tam być! Usłyszała kolejne łkanie. Nie mam pojęcia, kiedy zdołam do was dotrzeć. Powiedz im, że niedługo będę! Jadę prosto na lotnisko i wsiadam do samolotu, tyle że nie wiem, na który lot się dostanę tak w ostatniej chwili…

Przerwał na chwilę.

Wiem. Powiedz im, że przepraszam. Że bardzo mi przykro…

Szloch zastąpiło miękkie, drżące łkanie; Julia usłyszała, jak Emerson odwiesza słuchawkę.

Nie zastanawiając się, ostrożnie wsunęła głowę do pokoju.

Trzydziestoparoletni mężczyzna obejmował głowę rękoma o długich palcach; oparty na łokciach o biurko, żałośnie płakał. Dziewczyna widziała, jak dygocą jego szerokie ramiona. Słyszała, jak z piersi wyrywają się ból i rozpacz. Naprawdę bardzo mu współczuła.

Miała ochotę podejść, pocieszyć go, objąć ramionami za szyję… Pragnęła głaskać jego włosy, chciała mu powiedzieć, jak bardzo jest jej przykro. Przez chwilę próbowała sobie wyobrazić, jak to jest ścierać łzy z tych wyrazistych szafirowych oczu i ujrzeć dobroć w jego spojrzeniu. Myślała o szybkim pocałunku w policzek… ot tak, po prostu, żeby zapewnić go o swojej sympatii.

Widok tego mężczyzny płaczącego, jakby mu serce pękało z bólu, momentalnie jednak otrzeźwił. Odrzuciła wszystkie poprzednie myśli. Czym prędzej ukryła się za drzwiami, na oślep wyjęła z plecaka kartkę papieru i napisała na niej:

Przepraszam

Julia Mitchell

Potem, nie wiedząc właściwie, co robi, wsunęła papier za framugę, mocno go wcisnęła, po czym cichutko zamknęła za sobą drzwi.

Nieśmiałość nie leżała w naturze Julii. Jej największą zaletą była umiejętność wczuwania się w przeżycia innych osób cechy tej nie odziedziczyła zresztą po żadnym z rodziców. Jej ojciec, z gruntu porządny człowiek, zawsze starał się być surowy i nieustępliwy. Matka kiedy jeszcze żyła nie potrafiła okazać współczucia nikomu, nawet swojemu jedynemu dziecku.

Osobę Toma Mitchella można by opisać w niewielu słowach; był jednak znany i ogólnie lubiany. Pracował jako woźny na Susquehanna University, a także jako szef straży pożarnej w Selinsgrove Boroughs w Pensylwanii. Ponieważ to drugie zajęcie miało charakter wyłącznie ochotniczy, on i jego koledzy strażacy bez przerwy telefonowali do siebie. Tom był bardzo dumny ze swojej roli szefa i oddawał sie jej z wielkim poświęceniem, co znaczy, że w domu bywał rzadko.

Tego wieczoru, po jej pierwszym wykładzie u Emersona, zadzwonił do Julii z posterunku straży, zadowolony, że w końcu dodzwonił się do niej na komórkę:

Jak ci tam jest, córeczko? głos ojca, pozornie beznamiętny, niemniej pełen życzliwości, rozgrzał serce Julii jak ciepły okład.

Westchnęła.

W porządku. Pierwszy dzień był… no, pełen wrażeń, ale w porządku.

Jak cię traktują Kanadyjczycy? Dobrze?

O, tak! Wszyscy dla mnie bardzo mili.

To Amerykanie zachowują się jak świnie. No, w każdym razie jeden Amerykanin pomyślała.

Tom odchrząknął raz czy dwa razy i Julia wstrzymała oddech. Lata doświadczeń mówiły jej, że ojciec chce powiedzieć coś ważnego. Ciekawa była, co to takiego.

Wiesz co, kochanie… Grace Clark umarła dzisiaj.

Julia usiadła na swoim podwójnym łóżku i wlepiła wzrok w dywan.

Słyszałaś, co powiedziałem?

Tak. Tak, słyszałam…

Miała nawrót raka. Już myśleli, że wszystko będzie dobrze. Ale choroba wróciła, a zanim to odkryli, miała już przerzuty do kości i na wątrobę. Richard jest zupełnie roztrzęsiony, dzieciaki także.

Julia przygryzła wargę, starając się opanować łkanie.

Wiedziałem, że ta wiadomość bardzo cię zmartwi. Była dla ciebie jak matka… no i Rachel tak się z tobą przyjaźni, jeszcze od liceum! Odzywała się do ciebie?

Hm… nie. Nie odzywała się. Dlaczego do mnie nie zadzwoniła?

Wiesz, nie jestem pewien, kiedy zrozumieli, że Grace znowu choruje. Byłem u nich dziś z samego rana, chciałem się zobaczyć ze wszystkimi; okazało się, że Gabriel jeszcze nie dojechał. A to poważny problem. Nie mam zresztą pojęcia, gdzie on się zatrzymuje, kiedy przyjeżdża. Ileż złej krwi jest w tej rodzinie! Tom cicho zaklął.

Posyłasz kwiaty, tato?

Chyba tak… nie znam się właściwie na tych sprawach, ale spytam Deb, może ona mi pomoże.

Deb Lundy była przyjaciółką Toma. Na jej wspomnienie Julia przewróciła oczyma, lecz swoje raczej negatywne zdanie o pomocnej Deb zatrzymała dla siebie.

To poproś także o wysłanie kwiatów ode mnie. Grace uwielbiała gardenie. Tylko niech Deb dołączy kartkę z moim imieniem.

Zrobi się. Potrzeba ci czegoś?

Nie, mam wszystko.

Pieniędzy?

Nie, tato. Jeżeli będę oszczędna, stypendium wystarczy mi na życie.

Tom milczał chwilę; Julia wiedziała, co powie, zanim znów się odezwał.

Przykro mi z powodu Harvardu. Może ci się uda w przyszłym roku…

Wyprostowała plecy i zmusiła się do uśmiechu, mimo że ojciec nie mógł go przecież widzieć.

Może… Zadzwonię do ciebie.

Pa, kochanie.

Następnego ranka Julia szła na uniwersytet trochę wolniej; muzyka z iPoda pomagała jej zebrać myśli. Układała sobie w głowie treść e-maila do Rachel z kondolencjami i przeprosinami: co chwila na nowo przerabiała jego treść.

W Toronto wiał ciepły wrześniowy wiaterek, co Julii bardzo odpowiadało. Cieszyła się, że w pobliżu jest jezioro, podobało jej się, że jest tu tyle słońca; lubiła tutejszą atmosferę ogólnej życzliwości. Fajne też były czyste, niezaśmiecone ulice. Cieszyła się, że może być w Toronto, a nie w Selinsgrove czy w Filadelfii że dzięki temu jest oddalona od niego o setki mil. Miała nadzieję, że tak już będzie zawsze.

Wciąż myśląc o e-mailu do Rachel, weszła do biura Wydziału Italianistyki, aby sprawdzić swoją przegródkę na listy. Nagle ktoś poklepał po ramieniu i zaraz się odsunął.

Zdjęła słuchawki z uszu.

Paul… cześć!

Uśmiechnął się do niej z wysoka. Julia była dość niska, zwłaszcza w tenisówkach, tak że czubkiem głowy ledwie sięgała mu do piersi.

Jak tam twoja rozmowa z Emersonem?

Uśmiech zniknął Paulowi z twarzy; patrzył na nią uważnie.

Przygryzła wargę; nie potrafiła pohamować tego nerwowego przyzwyczajenia. Przede wszystkim dlatego, że nie zdawała sobie z niego sprawy.

Hm… wcale u niego nie byłam.

Przymknął oczy i odrzucił głowę w tył. Mruknął cicho:

To… niedobrze.

Julia próbowała wyjaśnić sytuację.

Drzwi jego gabinetu były zamknięte. Chyba telefonował… ale nie wiem na pewno. Zostawiłam mu kilka słów na kartce.

Paul zauważył jej zdenerwowanie i to, jak ściągnęła delikatnie zarysowane łuki brwi. Było mu za nią przykro i w duchu przeklinał profesora za to, że tak zirytował. Julia wyglądała na osobę, którą można łatwo zranić, a Emerson nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo swoim zachowaniem potrafi dotknąć studentów. Paul postanowił zatem, że będzie jej pomagać.

Skoro telefonował, pewnie nie chciał, żeby mu przeszkadzano. Miejmy nadzieję, że to dlatego! Inaczej powiedziałbym, że po prostu sama zadecydowałaś o swoim życiu. Wyprostował się i jakby od niechcenia złożył ręce na piersi. Mam nadzieję, że w razie jakichś kłopotów powiesz mi o tym, a ja pomyślę, co zrobić. Na mnie może sobie krzyczeć. Ale nie chciałbym, żeby krzyczał na ciebie.

Bo wygląda mi na to, że taki wstrząs mógłby cię zabić, Wystraszony Króliczku dodał w duchu.

Miał wrażenie, że Julia chce coś powiedzieć, ale milczała. Ze słabym uśmiechem skinęła głową, jakby godząc się na jego propozycję. Następnie podeszła do skrzynek i wyjęła listy ze swojej przegródki.

W większości były to foldery i reklamy. Kilka ogłoszeń z wydziału, w tym zawiadomienie o otwartym wykładzie profesora Gabriela Emersona na temat „Pożądanie seksualne w Piekle Dantego: grzech śmiertelny wobec własnego Ja”. Julia musiała przeczytać ten tytuł kilka razy, zanim treść do niej dotarła. Kiedy to się stało, zanuciła coś cicho pod nosem.

Nuciła jeszcze, gdy zauważyła drugie ogłoszenie mówiące, że wykład profesora Emersona został odwołany i że odbędzie się w późniejszym terminie. A także czytając trzecie, oznajmiające, że wszystkie seminaria, spotkania i kolokwia profesora Emersona anulowano do odwołania.

I gdy w swojej przegródce znalazła kartkę papieru. Rozłożyła i przeczytała:

Przepraszam

Julia Mitchell

Nadal nucąc pod nosem, zastanawiała się, co oznacza znalezienie własnej kartki następnego dnia po tym, jak wsunęła w drzwi profesora Emersona. Zamarła jednak a jej serce na chwilę przestało bić kiedy odwróciła kartkę i przeczytała:

Emerson to dupek.

Rozdział 3

Był taki okres, kiedy Julia, w reakcji na tak żenującą sytuację, rzuciłaby się na podłogę i zwinęła w kłębek na podobieństwo ludzkiego embrionu i pewnie pozostałaby w tej pozycji na zawsze. Ale teraz, w poważnym wieku dwudziestu trzech lat, czuła, że jest już kimś zrobionym z mocniejszego materiału. Zatem, zamiast zastygnąć nieruchomo przed przegródką na listy i rozmyślać, jak jej krótka kariera akademicka odpływa w niebyt, jak płonie na stosie i jak pozostaje z niej jedynie kupka popiołu załatwiła swoje sprawy na uniwersytecie i spokojnie wróciła do domu.

Odsuwając na dalszy plan myśli o karierze naukowej, Julia zrobiła cztery rzeczy:

Po pierwsze wyciągnęła kilka banknotów z pieniędzy „na wypadek awarii”, które swego czasu ulokowała w plastikowym pojemniku pod łóżkiem.

Po drugie poszła do najbliższego sklepu z alkoholem i kupiła wielką butlę najtańszej tequili.

Po trzecie wróciła do domu i napisała do Rachel e-maila z kondolencjami. Rozmyślnie jej nie poinformowała, gdzie teraz mieszka i co robi; wolała go wysłać z prywatnego adresu gmail niż z uniwersyteckiej skrzynki.

Po czwarte poszła na zakupy. Ta czwarta czynność stanowiła właściwie pełen łez i bólu hołd zarówno dla Rachel, jak i dla zmarłej Grace: obydwie uwielbiały kosztowne rzeczy, a Julia była na to za biedna. Nie było jej stać na takie zakupy, kiedy jako uczennica pierwszej klasy liceum przybyła do Selinsgrove i poznała Rachel. Teraz także z trudem mogła sobie coś kupić żyjąc ze stypendium, ledwie wiązała koniec z końcem. Nie miała też żadnych możliwości na podjęcie jakiejkolwiek pracy poza uniwersytetem, dzięki której mogłaby podreperować budżet; jako Amerykanka ze studencką wizą nie miała prawie żadnych szans na zatrudnienie w Kanadzie.

Powoli wędrowała wzdłuż wystaw pięknych sklepów na Bloor Street. Myślała o dawnej przyjaciółce i o swojej zastępczej matce. Stojąc przed witryną sklepu Prady, przypomniała sobie, jak Rachel zabrała kiedyś ze sobą i kupiła jej najmodniejsze pantofle. Julia do tej pory miała te czarne szpilki: leżały w pudełku, w głębi jej garderoby. Włożyła je tylko raz, tego wieczoru, kiedy odkryła, że zdradzono i chociaż bardzo chciała je zniszczyć, tak jak zniszczyła sukienkę, którą wtedy nosiła, nie była w stanie tego zrobić. Rachel kupiła jej te buty w prezencie z okazji jej powrotu do domu, nie mając pojęcia, do jakiego domu Julia tak naprawdę wracała…

Teraz stała nieruchomo przed wystawą butiku Chanel, jakby miała tu zostać na zawsze, i chlipała, wspominając Grace; zawsze witała Julię uśmiechem i uściskiem, ilekroć ta wpadała do niej z wizytą. Kiedy matka Julii opuściła ten świat w tragicznych okolicznościach, Grace zapewniła o swojej miłości i obiecała być dla niej drugą matką, oczywiście, jeżeli dziewczyna się na to zgodzi. I była z niej o wiele lepsza matka niż kiedykolwiek z Sharon.

Wieczorem, gdy Julia wylała już wszystkie łzy, a sklepy pozamykano, wolnym krokiem wróciła do siebie i zaczęła się obwiniać o to, że była niedobrą córką dla swojej zastępczej matki, beznadziejną przyjaciółką dla Rachel i skończonym tumanem, któremu nawet nie przyszło do głowy, żeby sprawdzić, na czym pisze i co zostawia w drzwiach w dodatku komuś, komu właśnie umarła ukochana osoba!

Co też on musiał pomyśleć, kiedy znalazł notatkę?

Pokrzepiona łykiem no, może dwoma, najwyżej trzema tequili, Julia pozwoliła sobie na kilka prostych pytań.

I co on teraz o mnie myśli?

Pakując swoje drobiazgi i potem wsiadając do autobusu Greyhound, jadącego do jej rodzinnego miasta Selinsgrove, zastanawiała się, czy uda jej się nie spotkać z nim oko w oko. Wstyd jej było, że od razu się nie zorientowała, że profesor Emerson tego koszmarnego dnia rozmawiał przez telefon właśnie o Grace! Ale przecież… nawet nie rozważała możliwości, że nastąpił nawrót choroby, a już na pewno nie przyszło jej do głowy, że Grace umarła! Naprawdę bardzo przygnębił zły humor profesora. Jego wrogość wręcz nią wstrząsnęła. Ale jeszcze bardziej poruszył widok jego twarzy, kiedy płakał. W tej okropnej chwili Julia myślała wyłącznie o tym, by go pocieszyć i to intensywne pragnienie sprawiło, że w ogóle nie rozważała przyczyny jego żalu.

Nie dość, że właśnie wtedy serce rozdarła mu wiadomość o śmierci matki a on nie miał możliwości pożegnać się z nią czy powiedzieć, jak bardzo kocha. Nie dość, że ktoś prawdopodobnie Scott, jego brat napadł na niego z pretensjami, że nie wraca do domu. Nie! Płacząc jak dziecko, złamany bólem, otworzył drzwi gabinetu, by pognać czym prędzej na lotnisko i oto wtedy spotkała go urocza niespodzianka: znalazł w drzwiach jej kartkę z wyrazami współczucia. I z tym, co Paul napisał na odwrocie…

Ślicznie.

Julia była zaskoczona, że profesor od razu nie wyrzucił jej ze swoich zajęć.

A może on mnie pamięta?

Kolejny łyk tequili sprawił, że Julia była w stanie sformułować ostatnią myśl… ale więcej już o tym nie myślała, bo straciwszy przytomność, osunęła się na podłogę.

Dwa tygodnie później Julia, sprawdzając na wydziale swoją przegródkę z listami, była już w nieco lepszym nastroju. To tak, jakby czekała na egzekucję bez cienia nadziei na złagodzenie kary. Chociaż nie wyleciała z uczelni ani nie pojechała do domu.

To prawda, że łatwo się czerwieniła, jak uczennica, i że była okropnie nieśmiała. Ale była też uparta. I wytrwała. Bardzo chciała studiować twórczość Dantego i jeśli nawet miało to oznaczać konieczność wezwania nieokreślonego współkonspiratora, była gotowa to zrobić.

Jak dotąd nie zwierzyła się z tego Paulowi. Jeszcze nie.

Julio! Możesz tu przyjść na minutkę? zawołała zza swojego biurka pani Jenkins, miła starsza pani z biura wydziału.

Julia podeszła posłusznie.

Czy miałaś jakiś… problem z profesorem Emersonem?

Ja…? Hm… ja… nie wiem. Oblała się rumieńcem i zaczęła zapamiętale przygryzać sobie policzek.

Dziś rano dostałam dwa pilne e-maile z prośbą, żeby koniecznie umówić cię z nim na rozmowę, gdy tylko wróci. Nigdy tego nie załatwiam dla profesorów. Wolą to robić sami. Ale on z jakiegoś powodu nalegał, żebym zaplanowała wasze spotkanie i żeby zostało ono zapisane w twoich aktach.

Julia skinęła głową i wyciągnęła z plecaka kalendarzyk, usilnie starając się nie wyobrażać sobie, co też profesor napisał o niej w swoich e-mailach.

Pani Jenkins przypatrywała się jej wyczekująco.

Wobec tego jutro?

Julia zamarła.

Jutro?

Profesor wraca dziś wieczorem i chce się z tobą spotkać w swoim gabinecie jutro, o czwartej po południu. Zgadzasz się? Muszę mu to zaraz potwierdzić e-mailem.

Julia ponownie skinęła głową i zapisała sobie godzinę w kalendarzyku, udając, że jeśli tego nie zrobi, to zapomni.

Nie mówił, o co chodzi… powiedział tylko, że to ważne. Ciekawe, co też to może oznaczać? w roztargnieniu szepnęła pani Jenkins.

Julia załatwiła swoje sprawy na uniwersytecie i wróciła do domu pakować się… z drobną pomocą señority[2] Tequili.

Do następnego ranka większość ubrań była już zapakowana do dwóch dużych walizek. Nie chcąc się przyznać przed samą sobą do porażki, czy też do tequili, Julia postanowiła nie zabierać wszystkiego co sprawiło, że teraz nerwowo kręciła młynka palcami i zastanawiała się nad jakimś zajęciem, które odwróciłoby jej uwagę.

Zrobiła zatem jedyną rzecz, którą powinien zrobić każdy szanujący się, odkładający wszystko na ostatnią chwilę, student ostatniego roku poza piciem i hulankami z innymi (też odkładającymi wszystko na ostatnią chwilę) studentami tego roku. Posprzątała swój pokój.

Nie zajęło jej to zbyt wiele czasu. Ale kiedy skończyła, wszystko było w idealnym porządku, w pokoju unosił się lekki cytrynowy zapach i zrobiło się czysto jak w pudełeczku. Julia była naprawdę dumna z tego drobnego osiągnięcia i z wysoko podniesioną głową zamknęła swój plecaczek.

W tym samym czasie profesor Emerson ciężkim krokiem przemierzał korytarze uczelni, a studenci roku dyplomowego, a nawet koledzy z wydziału kulili się ze strachu. Był w tak paskudnym nastroju, że nikt nie miał odwagi stanąć mu na drodze.

Ostatnio był ciągle w złym humorze, co pogarszały dodatkowo stres i brak snu. Bogowie linii lotniczych Air Canada wyklęli tego pasażera do siódmego pokolenia i ostatecznie, kiedy leciał z powrotem z Filadelfii, otrzymał miejsce obok ojca dwuletniego dziecka. Dzieciak darł się i moczył, nie tylko siebie, ale również profesora, a tymczasem jego ojciec najspokojniej w świecie chrapał. W półmroku samolotu Emerson, ścierając siuśki ze swoich spodni od Armaniego, rozmyślał o tym, jak pięknie byłoby, gdyby rząd ustawowo kastrował takich niedbałych ojców.

Julia stawiła się na spotkanie punktualnie o czwartej i z radością stwierdziła, że drzwi gabinetu zamknięte. Jej zachwyt jednak ustąpił, gdy się zorientowała, że Emerson jest wewnątrz i w dodatku beszta Paula.

Kiedy po dziesięciu minutach chłopak pojawił się wreszcie w drzwiach, nadal wysoki metr osiemdziesiąt osiem ale najwidoczniej wstrząśnięty, wzrok Julii pobiegł w kierunku schodów przeciwpożarowych. Pięć stopni i będzie wolna, za wahadłowymi drzwiami, uciekając przed policją ścigającą za nielegalne uruchomienie alarmu. Takie wyjście z tej okropnej sytuacji wydawało się doprawdy kuszące…

Paul pochwycił jej spojrzenie i potrząsnął głową: jego usta bezgłośnie rzuciły kilka przekleństw pod adresem profesora. Potem się uśmiechnął.

Pójdziesz kiedyś ze mną na kawę?

Julia uniosła głowę i spojrzała na niego, zaskoczona. I tak była już dostatecznie roztrzęsiona przed czekającą rozmową, więc niewiele myśląc, zgodziła się.

Pochylił się nad nią z uśmiechem.

Będzie łatwiej, jeżeli dasz mi swój telefon.

Zarumieniła się i szybko wyjęła kawałek papieru, sprawdziła, czy na pewno nic na nim nie jest napisane, i pospiesznie naskrobała numer swojej komórki.

Paul wziął kartkę, zerknął na nią i poklepał Julię po ramieniu.

Poślij go do diabła, Króliczku.

Julia nie zdążyła spytać, dlaczego uważa, że jej pseudonimem jest czy raczej powinien być Króliczek, bo w tym momencie usłyszała piękny, ale zniecierpliwiony głos:

No, już, panno Mitchell!

Weszła do gabinetu i stanęła niepewnie tuż przy drzwiach.

Profesor Emerson wyglądał na zmęczonego. Pod oczyma miał sińce i był niezwykle blady, przez co sprawiał wrażenie jeszcze szczuplejszego. Szperając w aktach, wysunął język i wolno oblizywał dolną wargę.

Julia wpatrywała się w jego zmysłowe usta. Po chwili z ogromnym wysiłkiem oderwała od nich wzrok i spojrzała na jego oczy w okularach. Przedtem ich nie zauważyła; być może nosił je tylko wtedy, gdy był zmęczony. Akurat dzisiaj jego przenikliwe, szafirowe oczy skrywały się pod ciemnymi, słonecznymi okularami od Prady. Czarne oprawki ostro kontrastowały z ciepłym brązem włosów i błękitem oczu, okulary stały się centralnym punktem jego twarzy. Julia natychmiast zrozumiała, że nigdy przedtem profesor nie wydał jej się równie atrakcyjny: nigdy nie widziała, by był równie starannie ubrany. Mógłby występować w kampanii reklamowej Prady robić coś, czego żaden ze znanych jej profesorów z pewnością nie mógłby wykonać.

Co prawda należy zauważyć, że profesorów uniwersyteckich na ogół się nie podziwia z powodu zainteresowania modą.

Znała go dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że jest bystry i dowcipny. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że w każdym razie ostatnio pedantycznie przestrzega zasad dobrego wychowania i własnej godności. Wiedziała, że prawdopodobnie najlepiej będzie, jeżeli nieproszona usiądzie w jednym z wygodnych skórzanych foteli, zwłaszcza jeżeli on pamięta. Jednak ze względu na ton, jakim wezwał, stała nieruchomo.

Proszę usiąść, panno Mitchell.

Powiedział to zimnym, ostrym głosem i wskazał niewygodne, metalowe krzesełko.

Julia, ciężko wzdychając, podeszła do jednego ze sztywnych krzeseł z Ikei, ustawionych wzdłuż masywnej, wbudowanej w ścianę szafy na książki. Byłoby lepiej, gdyby pozwolił jej usiąść gdzie indziej, ale wolała mu się nie sprzeciwiać.

Proszę ustawić to krzesło przy moim biurku. Nie będę wyciągać szyi, żeby panią widzieć.

Wstała i zrobiła, co polecił, nerwowo rzucając swój stary plecak na podłogę. Skrzywiła się i zaczerwieniła po cebulki włosów, kiedy z plecaka wysypały się drobiazgi, włącznie z tamponem, który potoczył się pod biurko profesora i zatrzymał o cal od jego skórzanej teczki.

Może tego nie zauważy… a potem już mnie tu nie będzie!

Ogromnie zakłopotana rzuciła się na kolana, by pozbierać swoje rzeczy z podłogi. Skończyła już, kiedy nagle ucho jej plecaka urwało się i wszystko, co w nim było, z głośnym hukiem wypadło na podłogę. Czym prędzej uklękła, ale tymczasem papiery, pióra, iPod, komórka, wreszcie duże zielone jabłko potoczyły się na piękny perski dywan profesora.

Bogowie wszystkich studentów-dyplomantów i ich pieprzonych wiecznych wpadek… sprawcie, żebym teraz umarła! Proszę!

Czy pani jest aktorką, panno Mitchell?

Julia zesztywniała wobec takiej złośliwości i spojrzała Emersonowi prosto w oczy. To, co zobaczyła, sprawiło, że niemal wybuchnęła płaczem.

Jak ktoś noszący anielskie imię może być tak okrutny? Jakim cudem ten melodyjny głos może być tak szorstki? Na moment utonęła w lodowatej głębi jego oczu, marząc o chwili, kiedy na nią popatrzą bardziej życzliwie. Nie dając jednak za wygraną, odetchnęła głęboko i uznała, że musi się pogodzić z jego zachowaniem, choćby było to dla niej ciężkim i bolesnym przeżyciem. W milczeniu potrząsnęła przecząco głową i dalej pakowała rzeczy do zniszczonego plecaczka.

Kiedy zadaję komuś pytanie, spodziewam się odpowiedzi. Mam nadzieję, że już się pani nauczyła lekcji? Gabriel obrzucił szybkim spojrzeniem, po czym zatopił wzrok w trzymanych w ręku aktach. Ale może nie jest pani tak bystra…

Pan wybaczy, doktorze Emerson!

Dźwięk głosu Julii zaskoczył nawet samą. Był cichy, a zarazem stalowy. Nie miała pojęcia, skąd nabrała takiej odwagi, ale w duchu podziękowała bogom studentów ostatniego roku za przyjście jej z pomocą… tak na wszelki wypadek.

Mówi się „profesorze Emerson” parsknął. Doktorów jest na kopy. Nawet kręgarze i specjaliści chorób stóp nazywają siebie „doktorami”.

Ostro skarcona Julia usiłowała zapiąć uszkodzony plecak. Na nieszczęście suwak też był zepsuty. Próbowała go zaciągnąć, wstrzymując oddech i klnąc w duchu.

Mogłaby pani przestać zawracać sobie głowę paskudną imitacją torby i usiąść spokojnie na krześle, jak człowiek?

Widziała, że jest wściekły, zatem odstawiła „tę paskudną imitację torby” na podłogę i bez pośpiechu usiadła na niewygodnym krześle. Skrzyżowała ręce żeby uniknąć wykręcania palców i czekała.

Pani chyba uważa się za aktorkę. Pewien jestem, że pani zdaniem to było śmieszne. Emerson rzucił w stronę Julii kartkę papieru, która sfrunęła na jej pantofel.

Kiedy się schyliła, by podnieść, zauważyła, że było to ksero tej koszmarnej notatki, którą mu zostawiła tego dnia, gdy umarła Grace.

Mogę to wyjaśnić. To nieporozumienie. Ja nie pisałam obu…

Nie interesują mnie pani wyjaśnienia! Poprosiłem panią o przyjście na rozmowę, a pani tego nie zrobiła! Tak czy nie?

Ale… pan wtedy rozmawiał przez telefon. Drzwi były zamknięte i…

Drzwi nie były zamknięte! Rzucił w jej kierunku coś, co wyglądało jak wizytówka. Przypuszczam, że to też miał być żart?

Julia podniosła rzucony przedmiot i jęknęła.

Była to mała kartka z kondolencjami, taka, jaką się posyła razem z kwiatami:

Bardzo mi przykro z powodu Pańskiej straty.

Proszę przyjąć wyrazy współczucia.

Z miłością

Julia Mitchell

Dziewczyna podniosła wzrok i zobaczyła, że profesor niemal zapluwa się ze złości. Zamrugała powiekami, próbując znaleźć słowa wytłumaczenia.

To nie to, o czym pan myśli. Chciałam powiedzieć, że mi przykro i…

Czy nie zrobiła pani już tego na kartce, którą mi pani zostawiła?

Ale… to miało być dla pańskiej rodziny, która…

Moją rodzinę niech pani łaskawie zostawi w spokoju! Odwrócił się do niej tyłem i zamknął oczy. Zdjął okulary i obiema rękami zaczął pocierać twarz.

W ten sposób Julia została wyrzucona ze sfery zaskoczonych i jednocześnie straciła prawo wejścia do krainy zdumionych. Nikt mu tego nie wytłumaczył. Emerson opacznie zrozumiał jej kondolencje i nikt mu niczego nie wyjaśnił. Czując piekący ucisk w dole brzucha, zaczęła układać w myślach usprawiedliwienie.

Nieświadom niczego profesor chyba chciał się uspokoić: w każdym razie czynił wszystko, żeby mu się to udało. Wreszcie zamknął jej teczkę i rzucił lekceważąco na biurko. Spojrzał ostro na Julię.

Z tych akt wynika, że zjawiła się tu pani jako stypendystka… i chce pani studiować dzieła Dantego. Jestem na tym wydziale jedynym profesorem, który się zajmuje pracami magisterskimi właśnie w tej dziedzinie. A skoro to wskazał palcem na siebie i na nią nie ma szans powodzenia, będzie pani chyba musiała zmienić temat magisterium i znaleźć sobie innego promotora. Albo się przenieść na inny wydział… a jeszcze lepiej na inny uniwersytet. O swojej decyzji poinformuję dyrektora pani programu. Ze skutkiem natychmiastowym. A teraz, jeżeli pani pozwoli…

Obrócił się na krześle w stronę laptopa i zaczął gwałtownie stukać w klawiaturę.

Julia była ogłuszona. Siedziała dalej na krzesełku, w milczeniu usiłując zrozumieć sens nie tylko tyrady, ale też ostatecznej decyzji, gdy profesor, nie fatygując się nawet, by podnieść oczy znad klawiatury, rzucił:

To wszystko, panno Mitchell.

Nie było sensu się z nim spierać. Oszołomiona Julia, z trudem wstała z krzesła i podniosła z ziemi nieszczęsny plecak. Niepewnie przytuliła go do piersi i powoli wyszła z gabinetu. Wyglądała jak żywy trup.

Kiedy opuściła budynek i przeszła na drugą stronę Bloor Street, zorientowała się, że wybrała sobie nieodpowiedni dzień na wyjście z domu bez żakietu. Temperatura znacznie spadła, a niebiosa były niełaskawe: lało. Ledwie przeszła pięć kroków od gmachu uniwersytetu, a jej cienka trykotowa bluzeczka z długimi rękawami była już kompletnie przemoczona. Nie pomyślała o tym, żeby zabrać parasolkę, i teraz, chcąc dotrzeć do mieszkania, miała w perspektywie przejście trzech długich przecznic w deszczu, wietrze i zimnie.

O, bogowie karmy[3] i błyskawic, zlitujcie się nade mną!

Nagle z pewną przyjemnością Julia zdała sobie sprawę, że jej nędzna imitacja torby znalazła wreszcie właściwe zastosowanie, mianowicie zakryła jej przemoczoną i prawdopodobnie już zupełnie przejrzystą bluzeczkę i bawełniany staniczek.

Masz tobie, profesorze Emerson!

Idąc, rozmyślała nad tym, co przed chwilą wydarzyło się w jego gabinecie. Już poprzedniego wieczoru spakowała swoje dwie walizki tak na wszelki wypadek. Ale skrycie liczyła, że sobie przypomni. Wierzyła, że będzie dla niej miły. Cóż… nie był.

Nie pozwolił jej wytłumaczyć idiotycznego nieporozumienia z notatką. A potem zupełnie opacznie zrozumiał fakt, że posłała mu kwiaty i kondolencje. I ostatecznie wyrzucił ze swoich zajęć.

Wszystko skończone. Będzie teraz musiała podkulić ogon i wrócić do małego domku Toma w Selinsgrove… W dodatku on na pewno odkryje, dlaczego wróciła, i będzie się z niej śmiał. Oni wszyscy będą się z niej śmiać! Durna Julia! Pomyśleć, że chciała wyjechać z Selinsgrove i próbowała do czegoś dojść! Pomyśleć, że pragnęła skończyć studia i zostać profesorem… Kogo chciała oszukać? Teraz już wszystko skończone… w każdym razie w tym roku akademickim.

Spojrzała na zniszczony, a teraz jeszcze w dodatku przemoczony plecak, jakby to było dziecko w beciku, i przytuliła go z miłością do piersi. Po tym koszmarnym pokazie braku poczucia przyzwoitości i niekompetencji straciła już resztki godności. A strata tego wszystkiego w jego obecności po tych wszystkich latach była naprawdę ponad jej siły.

Julia pomyślała o samotnym tamponie pod biurkiem Emersona. Kiedy o piątej po południu profesor się pochyli, żeby wziąć teczkę jej upokorzenie będzie całkowite. Wyobraziła sobie, że to znalezisko, leżące na pięknym perskim dywanie zdobiącym jego gabinet, doprowadzi go do szewskiej pasji, zaryczy jak krowa rodząca w bólach cielątko.

Kiedy miała do przejścia jeszcze dwie przecznice, jej długie ciemne włosy spływały z głowy w mokrych strąkach. Tenisówki przy każdym kroku przeraźliwie skrzeczały i piszczały. Deszcz lał tak, że miała wrażenie, stoi pod rynną. Obok przejeżdżały samochody i autobusy, a ona nawet nie próbowała schodzić z drogi, gdy ogromne fale brudnej wody ochlapywały strumieniami, padając na chodnik z ruchliwej jezdni. Po prostu się z tym godziła, podobnie jak z innymi życiowymi niepowodzeniami.

W tym momencie podjechał kolejny samochód; tym razem przyzwoicie zwolnił, tak że jej nie ochlapał. Był to błyszczący nowością czarny jaguar.

Auto zwolniło jeszcze bardziej, wreszcie stanęło. Kiedy Julia je mijała, drzwiczki od strony pasażera się otwarły i usłyszała męski głos:

Proszę wsiadać!

Zawahała się: nie, z pewnością kierowca mówił do kogoś innego. Rozejrzała się, ale była jedyną na tyle głupią osobą, żeby iść ulicą w tej piekielnej ulewie. Zdziwiona zrobiła krok naprzód.

Dobrze wiedziała, że nie należy wsiadać do nieznajomego samochodu nawet w Kanadzie. Gdy jednak zajrzała do środka i napotkała parę wpatrzonych w nią świdrujących błękitnych oczu, powoli podeszła bliżej.

Dostanie pani zapalenia płuc i umrze. Proszę wsiadać. Zawiozę panią do domu.

Jego głos był teraz miękki, bo pozbawiony złości. Niemal taki sam, jakim go zapamiętała…

Wobec tego, wyłącznie przez wzgląd na te wspomnienia (i na nic innego!), wsiadła do samochodu i zamknęła drzwiczki, w duchu przepraszając bogów wszystkich jaguarów za pobrudzenie nieskazitelnych siedzeń z czarnej skóry i czyściuteńkich mat na podłodze.

Po chwili w uszach Julii zabrzmiały dźwięki dziewiątego nokturnu Chopina, opus nr 2. Uśmiechnęła się do siebie. Zawsze lubiła ten utwór.

Obróciła się twarzą do kierowcy.

Bardzo panu dziękuję, profesorze Emerson.

Rozdział 4

Profesor Emerson znalazł się w tym miejscu, ponieważ skręcił w nieodpowiednią ulicę. Być może jego całe życie można by opisać jako serię mylnych zakrętów, ale tym razem to był zwykły przypadek. Prowadząc jaguara w godzinie szczytu i ulewnym deszczu po ulicach Toronto, odebrał właśnie nieprzyjemny SMS od brata. Kiedy go odczytywał, zamiast skręcić w prawo na Bloor Street od strony Queen’s Park, skręcił w lewo. To oznaczało, że jechał teraz w odwrotnym kierunku i oddalał się od domu, w którym mieszkał.

Na Bloor w godzinach szczytu nie było mowy o zawróceniu, a ruch panował taki, że Gabriel miał nawet trudności ze zmianą pasa, aby móc zawrócić, kiedy tylko nadarzy się okazja. W ten sposób natrafił na doszczętnie przemoczoną i doprawdy sprawiającą żałosne wrażenie pannę Mitchell, wlokącą się ulicą i tak przygnębioną, że przypominała bezdomną żebraczkę. W nagłym odruchu poczucia winy zaprosił do auta swojej dumy i radości.

Strasznie mi przykro… zniszczę panu obicia szepnęła niepewnie.

Palce profesora Emersona zacisnęły się mocniej na kierownicy.

Och, mam kogoś, kto je czyści, kiedy się zabrudzą.

Julia spuściła głowę; ta odpowiedź zabolała. Najzwyczajniej porównał do brudu, który trzeba oczyścić; no, ale przecież naprawdę tak o niej myślał. Była tylko grudką błota pod jego stopami.

Gdzie pani mieszka? zapytał, starając się wciągnąć do grzecznej, konwencjonalnej rozmowy przez ten miał nadzieję krótki czas wspólnej jazdy.

Na Madison. To niedaleko, zaraz na prawo. Wskazała ręką przed siebie.

Wiem, gdzie jest Madison burknął.

Obserwując go kątem oka, Julia przysunęła się najbliżej jak mogła do okienka pasażera. Pomału odwróciła głowę, by wyjrzeć na zewnątrz, i gwałtownie przygryzła dolną wargę.

Profesor Emerson klął w duchu. Nawet z gęstwiną mokrych ciemnych włosów była śliczna brązowooki anioł w dżinsach i tenisówkach. Ten opis go zastanowił: określenie „brązowooki anioł” wydało mu się dziwnie znajome, ponieważ jednak nie mógł sobie przypomnieć, o co chodzi, przestał o tym myśleć.

Który numer Madison? mówił teraz o wiele ciszej, tak że Julia ledwie go słyszała.

Czterdzieści pięć.

Skinął potakująco głową i za chwilę zatrzymał się przed dwupiętrowym domem z czerwonej cegły, w którym urządzono niewielkie mieszkania.

Dziękuję szepnęła dziewczyna i czym prędzej złapała za klamkę, chcąc uciec.

Proszę zaczekać! rozkazał Emerson i sięgnął na tylne siedzenie po wielki czarny parasol.

Zaczekała i o mało nie zemdlała, widząc, jak profesor obchodzi samochód, żeby jej otworzyć drzwiczki, a potem czeka z otwartym parasolem, Julia ze swoimi nędznymi manatkami wysiądzie. Podprowadził do samych drzwi wejściowych.

Dziękuję powtórzyła, ciągnąc za suwak plecaka i starając się go otworzyć, żeby znaleźć klucze.

Profesor próbował ukryć obrzydzenie na widok tego ohydztwa: po prostu nic nie mówił. Przypatrywał się tylko działaniom Julii, po czym spojrzał jej prosto w twarz, tak że cała oblała się pąsem, zawstydzona, bo suwak nie ustępował. Emerson przypomniał sobie wyraz jej twarzy, kiedy klęczała na jego perskim dywanie, i przyszło mu do głowy, że obecny kłopot wynika najprawdopodobniej z jego winy.

Bez słowa wyjął plecak z jej rąk, wręczając jej w zamian zamknięty już parasol. Szarpnął suwak, otworzył i podsunął jej torbę, żeby poszukała kluczy.

Znalazła je, ale że była ogromnie zdenerwowana, wypadły jej z rąk. Kiedy je podnosiła, ręce tak się jej trzęsły, że nie potrafiła wybrać odpowiedniego.

Kompletnie straciwszy cierpliwość, profesor odebrał Julii klucze i próbował każdy po kolei. W końcu mu się udało, otworzył drzwi i zanim oddał dziewczynie klucze, polecił jej wejść do budynku.

Wzięła od niego swoją odrażającą sakwę i wyszeptała podziękowanie.

Wejdę z panią do mieszkania oznajmił, idąc za nią korytarzem. Pewnego razu w holu mojego domu zaczepił mnie jakiś bezdomny. Nigdy nie jest się zbyt ostrożnym.

Julia w duchu modliła się do bogów swojego domu, by pomogli jej jak najszybciej znaleźć właściwy klucz do mieszkania. Modły zostały wysłuchane. Kiedy już miała wsunąć się do środka i zamknąć drzwi mocno, ale grzecznie przed jego nosem, zatrzymała się nagle.

Następnie, jakby znali się od lat, uśmiechnęła się i uprzejmie zaprosiła profesora na filiżankę herbaty.

Mimo że był tym zaproszeniem naprawdę zaskoczony, Emerson znalazł się w jej mieszkaniu, zanim zdążył się zastanowić, czy to dobry pomysł. Kiedy rozejrzał się po małym, nędznym pokoiku, szybko doszedł do wniosku, że jednak nie.

Mogę prosić o pana płaszcz, profesorze?

Ocknął się na dźwięk jej pogodnego, cichego głosu.

A gdzie go pani położy? Pociągnął nosem, kiedy uzmysłowił sobie, że Julia nie ma garderoby ani nawet wieszaka przy drzwiach.

Spuściła oczy i pochyliła głowę. Profesor zauważył, że nerwowo zagryza dolną wargę, i nagle pożałował swojej szorstkości.

Proszę mi wybaczyć rzekł, podając jej swój trencz firmy Burberry, z którego był, chyba przesadnie, dumny. I dziękuję.

Julia ostrożnie powiesiła płaszcz na przymocowanym do drzwi haku i pospiesznie rzuciła plecak na podłogę.

Proszę się rozgościć. Zaraz będzie herbata.

Profesor Emerson podszedł do jednego z dwóch krzeseł w pokoju i usiadł, starając się ze względu na dziewczynę ukryć obrzydzenie.

Mieszkanie było mniejsze od jego łazienki dla gości: stały w nim tylko małe łóżko, na dzień podnoszone i ustawiane przy ścianie, stolik do gry w karty, dwa krzesła, malutki regalik z Ikei i komoda. Poza tym była jeszcze malutka szafka w ścianie i łazienka; mieszkanie nie miało kuchni.

Jego wzrok wędrował po pokoiku, szukając śladów jakiejkolwiek działalności kulinarnej, i zatrzymał się w końcu na mikrofalówce i maleńkiej płytce kuchenki elektrycznej, ustawionych raczej prowizorycznie na komodzie. Tuż obok na podłodze stała niewielka lodówka.

Mam czajnik elektryczny! oznajmiła Julia radośnie, jakby ogłaszała mu fakt, że posiada brylant od Tiffany’ego.

Widział, że nadal spływa po niej woda, spostrzegł jej przemoczone ubranie, wreszcie to, co pod nim… a przecież było zimno… Pospiesznie i jakoś chrypliwie zaproponował, żeby, zanim zrobi herbatę, trochę się wysuszyła.

Spuściła głowę i zarumieniona po cebulki włosów wymknęła się do łazienki po ręcznik. Po paru sekundach wyszła, na przemoczoną bluzkę zarzuciwszy śliwkowy ręcznik, drugi trzymała w ręku. Zrobiła gest, jakby chciała nim wytrzeć podłogę, bo od drzwi do środka pokoju płynęła strużka wody, ale profesor wstał i powstrzymał ją.

Proszę mi pozwolić to zrobić powiedział. A na siebie proszę włożyć coś suchego, zanim pani złapie zapalenie płuc.

…I umrze dodała, bardziej do siebie niż do niego, znikając w łazience i starając się przy tym nie przewrócić o dwie wielkie walizy.

Profesor przez chwilę zastanawiał się, dlaczego dotąd się nie rozpakowała, ale uznał, że nie warto pytać o coś równie błahego.

Ze zmarszczonymi brwiami ścierał wodę ze zniszczonej, odrapanej podłogi. Gdy skończył, popatrzył na ściany i zauważył, że kiedyś prawdopodobnie były białe, teraz jednak miały kolor brudnoszary, poza tym były spękane i obłaziły z farby. Obejrzał sufit i znalazł na nim kilka wielkich plam wilgoci, w jednym rogu zaś coś, co wyglądało na początki grzyba. Emerson zadrżał na myśl, dlaczego, u diabła, taka miła dziewczyna jak panna Mitchell musi mieszkać w tak okropnych warunkach. Musiał jednak przyznać, że w mieszkanku było bardzo czysto i schludnie. Coś niezwykłego.

Ile pani za to płaci? spytał, krzywiąc się lekko, gdy musiał zgiąć w harmonijkę swoje, mierzące metr osiemdziesiąt pięć, ciało, by znów przycupnąć na tym ohydztwie, udającym składane krzesełko.

Osiemset miesięcznie, razem z prądem i wodą zawołała, wychodząc z łazienki.

Profesor Emerson z pewnym żalem myślał o swoich spodniach od Armaniego, których się pozbył zaraz po powrotnym locie z Pensylwanii. Nie mógł pogodzić się ze świadomością, że ma na sobie coś, co zostało zmoczone uryną, nawet gdyby potem było wyczyszczone, zatem po prostu je wyrzucił. Ale suma, jaką Paulina wydała na te spodnie, mogłaby pokryć całomiesięczne koszty mieszkania panny Mitchell. I jeszcze trochę by zostało.

Kiedy przyglądał się tej malutkiej kawalerce, uświadomił sobie bolesną i żałosną prawdę, że dziewczyna usiłowała zrobić z niej prawdziwy dom. Nad łóżkiem wisiała wielka reprodukcja obrazu Henry’ego Holidaya Dante spotyka Beatrycze przy moście Świętej Trójcy. Profesor wyobraził sobie Julię z głową na poduszce, z kaskadą długich lśniących włosów okalających jej twarz widział, jak patrzy na Dantego, zanim zaśnie… Natychmiast jednak odsunął myśl i zastanowił się tylko, że to trochę dziwne, w ich mieszkaniach wisi ta sama reprodukcja. Przyjrzał się uważnie obrazowi i zaskoczyło go, że Julia jest niezwykle podobna do Beatrycze że też dotąd tego nie zauważył. Ta myśl świdrowała mu w mózgu jak korkociąg, w końcu jednak uznał, że nie ma sensu tego rozpamiętywać.

Na łuszczących się ścianach mieszkania dostrzegł też inne, mniejsze obrazki ze scenami z Włoch: Duomo, czyli katedra we Florencji, szkic bazyliki Świętego Marka w Wenecji, czarno-biała fotografia bazyliki Świętego Piotra w Watykanie. Zauważył na parapecie okna rząd doniczek z ziołami, a obok nich małą odnóżkę filodendronu, z którego Julia najwyraźniej miała zamiar wyhodować dużą piękną roślinę. Dostrzegł poza tym, że zasłony w oknie ładne, w pięknym śliwkowym kolorze, pasującym do kapy i poduszek na łóżku. Regalik był pełen książek w językach angielskim i włoskim. Profesor szybko przebiegł wzrokiem tytuły: zawartość tej amatorskiej kolekcji wywarła na nim duże wrażenie. Ale co tu gadać mieszkanie było stare, ciasne, w złym stanie i bez kuchni. Emerson nie zgodziłby się, żeby nawet jego pies mieszkał w podobnych warunkach (oczywiście, gdyby miał psa).

Tymczasem pojawiła się Julia w czymś, co wyglądało jak strój do biegania: czarna bluza z kapturem i długie, obcisłe spodnie. Swoje piękne włosy zwinęła w węzeł i spinką umocowała je niemal na czubku głowy. Nawet w tym kompletnie nieformalnym stroju wyglądała bardzo ładnie: była niezwykle pociągająca i jakaś taka jakby to powiedzieć? smukła i wiotka, jak sylfida.

Może być English Breakfast albo Lady Grey rzuciła przez ramię; musiała przełożyć wtyczkę z elektrycznego czajnika z powrotem do jakiegoś urządzenia pod komodą. W tym celu uklękła, opierając się łokciami o podłogę.

Profesor z podziwem patrzył na klęczącą dziewczynę dokładnie tak samo klęczała u niego w gabinecie i w milczeniu potrząsnął głową. Była kompletnie pozbawiona tupetu i zarozumialstwa: wiedział, że to dobrze, ale… było mu przykro, widząc stale na kolanach, chociaż doprawdy nie mógłby powiedzieć dlaczego.

English Breakfast. Dlaczego pani tu mieszka?

Julia zerwała się, zaniepokojona ostrym tonem jego głosu. Odwrócona do niego tyłem, ustawiała na stole duży brązowy czajniczek do herbaty i dwie zaskakująco piękne porcelanowe filiżanki ze spodeczkami.

Ulica jest spokojna, a towarzystwo sympatyczne. Nie mam samochodu i muszę mieszkać tam, skąd mogę chodzić na zajęcia piechotą. Przerwała, układając na każdym spodeczku małe srebrne łyżeczki. To mieszkanie było najlepsze ze wszystkich w tej cenie, które oglądałam. Nie patrząc na profesora, ustawiła eleganckie filiżanki na stoliku i ponownie podeszła do komody.

A dlaczego się pani nie przeniosła do domu akademickiego dla studentów-dyplomantów przy Charles Street?

Julia coś upuściła; profesor nie mógł dostrzec, co to było.

Planowałam pójść na inny uniwersytet, ale nie wyszło. A kiedy się zdecydowałam na ten, w akademiku już nie było miejsc.

A dokąd się pani wybierała?

Znowu zaczęła maltretować zębami dolną wargę.

Panno Mitchell?

Na Harvard.

Profesor Emerson o mało nie spadł ze swego wybitnie niewygodnego krzesełka.

Harvard? To co, u licha, robi pani tutaj!?

Julia stłumiła uśmiech, jakby wiedziała, co się kryje za tym wybuchem gniewu.

Toronto to przecież Harvard północy.

Niech się pani nie wymiguje, panno Mitchell. Zadałem pani pytanie.

Tak, profesorze. I wiem, że zawsze pan oczekuje odpowiedzi. Uniosła brwi, a on odwrócił wzrok. Ojciec nie był w stanie pokrywać kosztów mojej edukacji, a stypendium nie starczało, poza tym koszty utrzymania w Cambridge o wiele wyższe niż w Toronto. W dodatku mam ciągle tysiące dolarów niespłaconych kredytów studenckich na Uniwersytecie Świętego Józefa i postanowiłam ich już nie powiększać. Dlatego jestem tutaj.

Znowu uklękła i opierając się na łokciach, wyłączyła czajnik.

Profesor potrząsnął głową, zdumiony.

Tego nie ma w aktach, jakie mi dała pani Jenkins powiedział z pretensją w głosie. Powinna pani była coś o tym powiedzieć!

Julia wsypywała listki herbaty do czajniczka, nie zwracając na niego uwagi.

Emerson przechylił się do przodu na krześle, gwałtownie gestykulując.

To przecież okropne miejsce, tu się nie da mieszkać! Nie ma nawet porządnej kuchni. Co pani jada?

Ustawiła czajniczek z małym srebrnym sitkiem na stoliku i usiadła na drugim krzesełku. Nerwowo zatarła ręce.

O, ja jem bardzo dużo warzyw. Na tej kuchence robię sobie zupę i kuskus. Kuskus jest bardzo pożywny jej głos drżał lekko, ale starała się mówić pogodnie.

Ależ nie może pani żyć takim… dziadostwem! Pies się lepiej odżywia!

Julia spuściła głowę, zaczerwieniona po uszy. Z trudem powstrzymywała łzy.

Profesor przypatrywał się jej przez chwilę: nareszcie naprawdę zobaczył. Rozpacz na jej pięknej twarzy sprawiła, że zrozumiał, on, profesor Gabriel O. Emerson, jest po prostu samolubnym sukinsynem. Zarzucał jej, że jest biedna. A przecież bieda to żaden powód do wstydu! Przecież i on był kiedyś biedny ba, nawet bardzo biedny! Ona zaś jest inteligentną i pociągającą kobietą, w dodatku jego studentką. W tym przecież nie ma nic wstydliwego! Tymczasem on wtargnął do jej mieszkanka, które starała się upiększyć i uczynić możliwie najwygodniejszym nic dziwnego, przecież nie miała innego miejsca, do którego mogłaby się udać! A tymczasem on jej powiedział, że nie nadaje się ono nawet dla psa. Sprawił, że poczuła się bezwartościowa i głupia, a przecież taka nie była. Co powiedziałaby Grace, gdyby go teraz mogła usłyszeć?

Profesor Emerson był dupkiem. Ale przynajmniej teraz o tym wiedział.

Proszę mi wybaczyć rzekł z wahaniem. Nie mam pojęcia, co mnie napadło. Zamknął oczy i zaczął je trzeć.

Dopiero co stracił pan matkę w cichym głosie Julii była niepokojąca wyrozumiałość.

Miał wrażenie, jakby w mózgu coś mu kliknęło. Jak wyłącznik.

Nie powinienem tu teraz być. Podniósł się szybko. Muszę już iść.

Julia odprowadziła go do frontowych drzwi. Podniosła jego parasol i wręczyła mu płaszcz. Potem stała z oczyma utkwionymi w ziemię i z płonącymi policzkami, czekając, wyjdzie. Żałowała, że pokazała mu swoje mieszkanie: najwyraźniej było ono bardzo, ale to bardzo poniżej jego poziomu. O ile jeszcze kilka godzin temu czuła się naprawdę dumna ze swojej małej, lecz czystej hobbickiej norki, teraz była ogromnie zażenowana. Nie mówiąc już o tym, że kolejne upokorzenie jeszcze bardziej pogarszało sytuację.

Skinął głową czy coś w tym rodzaju, wymruczał coś pod nosem i wyszedł.

Oparła się plecami o zamknięte drzwi i nareszcie pozwoliła sobie na żałosny płacz.

Puk. Puk.

Wiedziała kto to. Po prostu nie miała ochoty otwierać.

Proszę was, bogowie przepłaconych, nieodpowiednich-nawet-dla-psa hobbickich norek, każcie mu zostawić mnie w spokoju!

Cicha spontaniczna modlitwa Julii pozostała jednak bez odpowiedzi.

Puk, puk, puk.

Czym prędzej otarła łzy i tylko lekko uchyliła drzwi.

Migotał jej przed oczyma jak wigilijna choinka: najwyraźniej nie zauważył, że cały ten czas pomiędzy jego wyjściem a powrotem Julia przepłakała.

Odchrząknęła i wpatrywała się w jego włoskie buty z ozdobnie naszywanymi noskami, którymi lekko szurał.

Kiedy ostatni raz jadła pani stek?

Julia się roześmiała i potrząsnęła głową. Nie potrafiła sobie przypomnieć.

No to dziś wieczorem pani zje. Umieram z głodu, a pani dzisiaj zje ze mną kolację.

Pozwoliła sobie na luksus leciutko złośliwego uśmiechu.

Jest pan tego pewien, profesorze? Myślałam, że to tu powtórzyła gest, jaki wykonał wtedy w gabinecie nie ma szans powodzenia!

Lekko poczerwieniał.

Teraz to nieważne. Z wyjątkiem… Jego wzrok błądził po ciele Julii, zatrzymując się cokolwiek za długo na jej ślicznych piersiach.

Spuściła oczy.

Mogłabym się przebrać.

Tak by było najlepiej. Niech się pani ubierze… odpowiednio.

Bardzo urażona, podniosła na niego wzrok.

Mogę być biedna, ale mam kilka ładnych rzeczy. I żadna z nich nie jest nieskromna, jeżeli się pan obawia, że mogłabym narobić panu wstydu!

Profesor znowu się zaczerwienił. W duchu wymierzył sobie solidnego kopniaka.

Miałem na myśli tylko… żeby to było coś odpowiedniego do restauracji, w której ja na przykład muszę być w krawacie i marynarce. Zaryzykował lekki, przepraszający uśmiech.

Wzrok Julii błądził po jego koszuli z kołnierzykiem z guziczkami i po swetrze: teraz ona patrzyła odrobinę za długo na tarczę jego pięknej piersi.

Zgadzam się… pod jednym warunkiem.

Naprawdę nie powinna się pani ze mną spierać.

Wobec tego do widzenia, profesorze.

Zaraz! Wsunął kosztowny włoski but pomiędzy drzwi i nie pozwolił ich zamknąć. Nie pomyślał nawet o tym, że but się może porysować!

Niech mnie pani wysłucha.

Przechyliła głowę na bok i po chwili milczenia spytała:

Proszę mi powiedzieć, dlaczego po tym wszystkim, co mi pan powiedział, mam iść z panem na kolację?

Chwilę patrzył na nią tępo. Potem się zaczerwienił po cebulki włosów i wyjąkał:

Ja… hm… to jest, myślę, że… że pani powie, że my… to znaczy pani…

Julia uniosła jedną brew i powoli zaczęła zamykać drzwi… na jego stopie.

Zaraz! Wyciągnął gwałtownie rękę, żeby przytrzymać drzwi i uwolnić swoją, w tej chwili już solidnie przyciśniętą, prawą stopę. Bo… to, co napisał Paul, to była prawda. Emerson to dupek. Ale teraz przynajmniej sam o tym wie.

W tym momencie dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a on mimo woli odpowiedział jej tym samym. W takich chwilach była naprawdę prześliczna! Będzie musiał pamiętać, żeby się uśmiechała jak najczęściej, oczywiście wyłącznie ze względów estetycznych.

Poczekam tu na panią. Nie chcąc, żeby mu się znów sprzeciwiła, Gabriel wyszedł na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.

Gdy Julia została sama, zamknęła oczy i jęknęła.

Rozdział 5

Przez kilka minut profesor Emerson spacerował po korytarzu, następnie oparł się o ścianę i potarł twarz rękami. Nie miał pojęcia, co mu się stało ani co nim kierowało, by zachowywać się po dyletancku. Czuł, że zabrnął w jakiś ogromny… pierdolnik. W swoim gabinecie zachował się wobec panny Mitchell bardzo nieprofesjonalnie, był o krok od werbalnego molestowania. Podwiózł swoim autem, bez przyzwoitki, i wszedł do jej mieszkania. Każde z tych zachowań było co najmniej niewłaściwe.

Gdyby zaprosił do samochodu pannę Peterson, prawdopodobnie od razu nachyliłaby się nad nim i rozpięła mu rozporek… zębami! A teraz planował zabrać pannę Mitchell na kolację… ni mniej ni więcej, tylko na steki. Jeśli to nie jest objawem pogwałcenia zasad polityki uniwersytetu, które mówią o niebrataniu się ze studentami, to co to właściwie jest? Nie miał pojęcia.

Odetchnął głęboko. Panna Mitchell jest jego Calamity Jane[4] ucieleśnieniem klęsk. Ciągnie za sobą długi łańcuch niepowodzeń, poczynając od tego, że nie mogła pójść na Harvard; wygląda na to, że pozostawia za sobą pasmo zniszczeń choćby to, jak wpłynęła na jego spokojne, zrównoważone usposobienie. Co prawda było mu przykro, że dziewczyna mieszka w takim żałosnym miejscu, ale przecież nie miał zamiaru ryzykować własnej kariery tylko po to, by jej pomóc. Jako studentka miała pełne prawo pójść jutro do dziekana wydziału i wnieść skargę na niego, obwiniając o molestowanie. Na to jednak nie mógł pozwolić.

Dwoma długimi krokami przemierzył korytarz i podniósł rękę, żeby zapukać. Planował jakąś kiepską wymówkę: to będzie lepsze, niż po prostu zniknąć. Ale słysząc kroki, zatrzymał się.

W otwartych drzwiach, ze wzrokiem wbitym w ziemię, w prostej, lecz eleganckiej, sięgającej do kolan czarnej sukience, stała panna Mitchell. Oczy profesora omiotły jej delikatnie obłe kształty i zaskakująco długie, bardzo zgrabne nogi. A jej szpilki…

Julia nie mogła o tym wiedzieć, że profesor Emerson ma wręcz obsesję na punkcie kobiet w pięknych pantofelkach na wysokim obcasie. Głośno przełknął ślinę na widok jej zapierających dech w piersiach i niewątpliwie pochodzących od znanego projektanta czarnych szpilek. Nagle zapragnął je dotknąć…

Hm… Julia lekko zakasłała, on zaś niechętnie przeniósł wzrok z jej butów nieco wyżej. Patrzyła na niego, rozbawiona.

Upięła włosy, ale kilka niesfornych loczków delikatnie okalało jej twarz. Leciutko się podmalowała: jej porcelanowa cera była blada, lecz rozświetlona, a na policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Rzęsy wydawały się teraz jeszcze ciemniejsze i dłuższe, niż to zapamiętał.

Panna Julia Mitchell była naprawdę bardzo pociągająca.

Na ramiona zarzuciła granatowy trencz i szybko zamknęła drzwi na klucz. Profesor przepuścił przodem i w milczeniu poszedł za nią korytarzem. Kiedy wyszli na zewnątrz, otworzył parasol i stanął niezdecydowany.

Spojrzała na niego, zdziwiona.

Będzie mi łatwiej osłonić nas oboje, jeżeli weźmie mnie pani pod ramię. Podsunął jej lewy łokieć; w tym samym ręku trzymał parasol. Oczywiście, jeżeli nie ma pani nic przeciw temu dodał.

Julia wsunęła rękę i spojrzała na niego miękko.

W milczeniu dojechali do portu; słyszała o tym miejscu, ale jeszcze nigdy tu nie była. Profesor, zanim oddał kluczyki parkingowemu, poprosił, żeby dziewczyna ze schowka na rękawiczki wyciągnęła jego krawat. Usłuchała, uśmiechając się pod nosem; rozbawił fakt, że profesor trzyma w samochodzie zapakowany w pudełko, nieskazitelny jedwabny krawat.

Kiedy do niego podeszła, poczuł jej zapach i na ułamek sekundy przymknął oczy.

Wanilia szepnął.

Co takiego? spytała, nie dosłyszawszy.

Nic.

Ściągnął sweter przez głowę; przez odpięty gors koszuli mogła podziwiać jego tors i kilka kędziorków ciemnych włosów.

Profesor Emerson był seksownym mężczyzną. Miał pociągającą twarz, a Julia była pewna, że to, co kryje się pod ubraniem, jest równie atrakcyjne. Usilnie starała się nie myśleć o tym zwłaszcza przez wzgląd na siebie.

Nie przeszkodziło jej to jednak patrzeć na niego z zachwytem, gdy bez trudu zawiązywał krawat bez używania lusterka.

Cóż z tego, kiedy wyszło krzywo!

Nie wydaje mi się… nie widzę dobrze… denerwował się, usiłując wyprostować węzeł, niestety, bezskutecznie.

Czy mogę…? zaproponowała nieśmiało, nie chcąc zrobić czegoś wbrew jego woli.

Dziękuję!

Zwinne palce Julii szybko wyprostowały i wygładziły krawat; następnie poprawiła mu kołnierzyk, by dobrze leżał na szyi, i naciągnęła go, zasłaniając tył krawata. Oddychała szybko i była bardzo zarumieniona.

Profesor nie zauważył tego; zastanawiał się, dlaczego dotyk jej palców wydał mu się znajomy, a dlaczego na przykład dotyk palców Pauliny nigdy znajomy nie był. Zdjął marynarkę z wieszaka za siedzeniem kierowcy i szybko włożył. Dopiero wtedy, uśmiechnięci, oboje wysiedli z auta.

Harbour Sixty Steakhouse była charakterystycznym miejscem Toronto: słynna bardzo droga restauracja, popularna wśród biznesmenów, polityków i VIP-ów. Profesor Emerson bywał tam, ponieważ uważał, że ich steki najlepsze ze wszystkich, jakie kiedykolwiek jadł, a już dawno miał dosyć wszelkiej bylejakości. Dlatego nawet mu nie przyszło do głowy, żeby pannę Mitchell zaprosić gdzie indziej.

Kierownik sali, Antonio, przywitał go serdecznie silnym uściskiem dłoni i potokiem włoskich słów.

Profesor odpowiedział mu równie serdecznie także po włosku.

A kimże jest ta piękność? Antonio ucałował dłoń Julii, w typowo włoski sposób zachwycając się jej oczyma, włosami i cerą.

Julia spłonęła rumieńcem i podziękowała nieśmiało, lecz zdecydowanie w jego ojczystym języku.

Panna Mitchell miała piękny głos, to prawda, ale panna Mitchell mówiąca po włosku to było coś po prostu boskiego! Jej otwierające się i zamykające rubinowe usta, ten delikatny sposób, w jaki niemal wyśpiewywała włoskie słowa, jej język, wysuwający się od czasu do czasu, by zwilżyć wargi…

Profesor Emerson słuchał z rozdziawionymi ustami: to, że powinien je zamknąć, dotarło do niego dopiero po chwili.

Antonio natomiast był tak zaskoczony i zachwycony jej odpowiedzią, że ucałował dziewczynę w oba policzki nie raz, ale dwa razy i czym prędzej poprowadził ich w głąb restauracji, proponując najlepszy i najbardziej romantyczny stolik dla dwojga.

Profesor niechętnie zerknął na proponowane mu miejsce. Siadywał przy tym stoliku już nieraz nawet całkiem niedawno z kimś innym… Sytuacja wydała mu się niezręczna; kiedy jednak odchrząknął i nabrał tchu, żeby wyjaśnić, Antonio już pytał Julię, czy zechciałaby spróbować specjalnego rocznika wina z jego rodzinnej winnicy w Toskanii.

Dziewczyna wylewnie podziękowała, ale zaraz dorzuciła, że Il Professore wolałby, być może, coś innego? Wobec tego Emerson czym prędzej usiadł przy stoliku i, nie chcąc nikogo urazić, powiedział, że z przyjemnością przyjmie wszystko, co Antonio zaproponuje. Ten uśmiechnął się promiennie i błyskawicznie zniknął.

Ponieważ jesteśmy w miejscu publicznym, myślę, że będzie najlepiej, jeżeli nie będzie się pani do mnie zwracać per „profesorze Emerson”.

Julia z uśmiechem skinęła głową.

A zatem proszę mi mówić po prostu „panie Emerson”.

Pan Emerson był zbyt zajęty studiowaniem menu, by widzieć, jak oczy Julii otwierają się szeroko; po chwili znów spuściła wzrok.

Pani ma toskański akcent zauważył z roztargnieniem, nadal nie patrząc na nią.

Tak…

W jaki sposób go pani nabrała?

Kiedy byłam na trzecim roku, mieszkałam we Florencji.

Ależ… pani włoski jest zbyt zaawansowany, jak na roczny pobyt za granicą… i to na trzecim roku!

Uczyłam się włoskiego już w liceum.

Spojrzał na nią ponad małym, kameralnie ustawionym stolikiem i zauważył, że Julia robi wszystko, aby uniknąć jego wzroku. Teraz studiowała menu, jakby to był test egzaminacyjny, i znowu maltretowała zębami dolną wargę.

Jest pani zaproszona, panno Mitchell!

Spojrzała na niego pytająco.

Proszę czuć się moim gościem i zamówić to, na co ma pani ochotę, ale bardzo o to proszę! niech będzie to jakaś mięsna potrawa! Czuł, że musi to dodać, bo przecież celem ich wspólnej kolacji było nakarmienie jej czymś bardziej pożywnym niż kuskus.

Nie wiem, co wybrać…

Jeżeli pani pozwoli, ja to zrobię.

Skinęła głową i zamknęła kartę, wciąż przygryzając dolną wargę.

Pojawił się Antonio, z dumą demonstrując butelkę Chianti z ręcznie opisaną nalepką. Kiedy otworzył butelkę i nalał odrobinę wina do jej kieliszka, Julia uśmiechnęła się promiennie.

Emerson ze zdumieniem obserwował, jak sprawnie zakręciła kieliszkiem, po czym uniosła go i dokładnie obejrzała płyn w blasku świecy. Potem przysunęła kieliszek do nosa, zamknęła oczy i długo wąchała. Wreszcie przyłożyła do niego swoje pełne wargi i spróbowała; zanim jednak przełknęła, przez dłuższą chwilę trzymała wino w ustach. Otworzyła oczy, uśmiechnęła się jeszcze radośniej i podziękowała kierownikowi sali za jego cenny dar.

Twarz Antonia promieniała z dumy; nader entuzjastycznie zaczął komplementować pana Emersona za wybór towarzyszki kolacji, po czym napełnił ich kieliszki swoim ulubionym trunkiem.

Profesor tak bardzo wiercił się na krześle, że w pewnym momencie musiał dyskretnie poprawić spodnie, gdyż widok degustującej wino panny Mitchell był chyba najbardziej erotyczną sceną, jakiej kiedykolwiek był świadkiem.

Julia była nie tylko piękna, ale też zmysłowa i hipnotyzująca, a równocześnie taka niewinna! Jej prześliczne oczy wspaniale wyrażały głębię uczuć, a przy tym promieniały czystością, jakiej dotąd nie zauważył u żadnej kobiety.

Zmusił się, by przestać na nią patrzeć… na wszelki wypadek poprawił się na krześle… Nagle poczuł ogromne skrępowanie: zawstydziła go męska reakcja, jakiej właśnie doświadczał.

Poradzi sobie z tym: jeszcze tego wieczoru, ale później, kiedy będzie już sam.

Odurzony zapachem wanilii…

Zamówił dania dla nich obojga, upewniwszy się, że porcje polędwicy będą odpowiednio duże. Kiedy panna Mitchell zaczęła protestować, machnął ręką, by przestała, i wpadł na pomysł, że jeżeli nie zje wszystkiego, resztę zabierze do domu i będzie miała na kilka dni.

Paliła go ciekawość, co też będzie jadła później, ale doszedł do wniosku, że to nie jego sprawa. Była to jednorazowa przygoda i to tylko dlatego, że wcześniej skrzyczał i upokorzył. Później ich relacje staną się wyłącznie zawodowe. Julia sama będzie musiała stawiać czoło przeciwnościom.

Dziewczynę bardzo cieszyło przebywanie z profesorem. Miała ochotę porozmawiać z nim, tak od serca, wypytać o rodzinę i o pogrzeb. Chciała go pocieszyć po stracie matki. Pragnęła powierzyć mu swoje tajemnice i usłyszeć jego zwierzenia wypowiadane szeptem. Teraz jednak, widząc w jego oczach determinację i wyczuwając dzielący ich dystans, wiedziała, że to wszystko nie może się zdarzyć. Uśmiechała się więc i nerwowo bawiąc się srebrnymi sztućcami, miała nadzieję, że nie znuży go sobą.

Dlaczego już w liceum zaczęła się pani uczyć włoskiego?

Julia się zachłysnęła. Szeroko otworzyła oczy i rozchyliła piękne czerwone wargi.

Emerson zmarszczył brwi. Jej gwałtowne zachowanie nie było adekwatne do zadanego pytania: przecież nie indagował jej w sprawie rozmiaru biustonosza! Bezwiednie skierował spojrzenie na wypukłość piersi, po czym utkwił wzrok w jej twarzy. Oblał się rumieńcem, gdyż nagle pojawił mu się w głowie zarówno rozmiar miseczek, jak i obwód pod biustem.

Hm… zainteresowałam się wtedy literaturą włoską. A właściwie… Dantem i Beatrycze. Składała i rozkładała leżącą na kolanach lnianą serwetkę; jej owalną twarz okalało kilka luźno opadających loków.

Pomyślał o obrazie w pokoju Julii i jej wyjątkowym podobieństwie do Beatrycze. Ta natrętna myśl znów przemknęła mu przez głowę.

Niezwykłe zainteresowania u młodej dziewczyny powiedział zachęcająco, starając się wyryć w pamięci jej cudowny obraz.

Miałam kiedyś… przyjaciela; to on pierwszy mnie tym zainteresował.

W jej głosie rozbrzmiewały ból i wielki smutek.

Nie wolno rozdrapywać niezagojonych ran, więc profesor szybko zmienił temat, próbując znaleźć lepszy przedmiot rozmowy.

Zauroczyła pani Antonia.

Podniosła roześmiane oczy.

Był dla mnie bardzo miły.

A pani wobec dobroci rozkwita, prawda? Jak róża…

Słowa wyrwały mu się z ust, zanim zdążył pomyśleć, a kiedy Julia w odpowiedzi spojrzała na niego, było za późno, żeby się wycofać.

Dosyć tego dobrego!

Profesor Emerson skupił uwagę na swoim kieliszku wina; zachmurzył się i jakby zamknął w sobie. Natychmiast zauważyła nagłą zmianę, ale przystała na nią i zamilkła.

Oczarowany Antonio spędzał przy ich stoliku więcej czasu, niż było trzeba, szczebiotał po włosku do pięknej Julii, a wreszcie poprosił ją, by w następną niedzielę koniecznie zjadła kolację razem z jego rodziną w Klubie Włosko-Kanadyjskim. Z wdziękiem przyjęła zaproszenie.

Szczerze wdzięczny Antonio szczodrze wynagrodził. Przed dziewczyną pojawiały się po kolei: deser tiramisu, kawa espresso, biszkopty, kieliszek grappy, wreszcie czekoladka Baci.

Profesor Emerson nie dostąpił zaszczytu otrzymania tych wszystkich wspaniałości, siedział więc zamyślony i obserwował zajadającą z apetytem pannę Mitchell.

Po kolacji Antonio wcisnął Julii coś, co wyglądało jak duży kosz piknikowy, i surowo zabronił odmawiać przyjęcia podarunku. Podając jej płaszcz, kilkakrotnie ucałował w oba policzki, po czym zaczął błagać profesora, żeby jak najprędzej, a w ogóle jak najczęściej, zaprosił dziewczynę do jego restauracji.

Emerson wyprostował się jak świeca i obrzucił Antonia ostrym spojrzeniem.

To niemożliwe.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł z lokalu, pozwalając, by Julia powlokła się za nim, przygnębiona, z ciężkim koszem w ręku.

Kiedy zajechali pod dom panny Mitchell, profesor uprzejmie otworzył drzwi auta i wyjął koszyk z tylnego siedzenia jaguara. Z ciekawością zajrzał do środka, sprawdzając zawartość.

Wino, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny, biszkopty, sos „marinara”… na pewno roboty żony Antonia… no i to, co zostało z pani kolacji. Na jakiś czas starczy tych pyszności.

Dzięki panu! Julia z uśmiechem wyciągnęła rękę po prezenty.

To ciężkie. Zaniosę go.

Odprowadził do frontowego wejścia, poczekał, otworzy drzwi i dopiero wtedy wręczył jej kosz.

Julia utkwiła wzrok w swoich pantofelkach: policzki paliły na samą myśl o tym, co powinna teraz powiedzieć.

Profesorze Emerson! Dziękuję serdecznie za ten cudowny wieczór… To naprawdę z pana strony było…

Panno Mitchell! przerwał. Nie komplikujmy jeszcze bardziej tej sprawy. Przepraszam, że byłem… nieuprzejmy. Usprawiedliwiają mnie tylko… no, powody raczej prywatnej natury. Więc uściśnijmy sobie ręce i… dalej, do przodu!

Wyciągnął do niej dłoń, którą ujęła. Bardzo się starał, by nie ścisnąć jej boleśnie, ale pod dotknięciem miękkiej, delikatnej skóry poczuł ogromne podniecenie.

Dobranoc, panno Mitchell.

Dobranoc, profesorze Emerson.

I zniknęła za drzwiami, a on poczuł się odrobinę lepiej niż tego popołudnia.

Godzinę później siedziała na łóżku, wpatrzona w fotografię, którą od zawsze trzymała pod poduszką. Przyglądała się jej bardzo długo, niezdecydowana, czy powinna zniszczyć, zostawić na dotychczasowym miejscu, czy może schować do komody. Zawsze kochała to zdjęcie. Uwielbiała uśmiech na jego twarzy. Był to najpiękniejszy portret mężczyzny, jaki kiedykolwiek widziała, ale też jego widok sprawiał jej ogromne cierpienie.

Podniosła wzrok na piękną reprodukcję wiszącą nad łóżkiem i starała się powstrzymać płynące łzy. Nie wiedziała, czego właściwie oczekuje od swojego Dantego, ale z pewnością tego nie dostała. Dlatego z mądrością osoby, której złamano serce postanowiła, że raz na zawsze pozwoli mu odejść.

Myślała o swojej wyładowanej produktami prowizorycznej spiżarni i o tym, jak dobry dla niej okazał się Antonio. Rozmyślała o wiadomościach zostawianych przez Paula na jej komórce, o tym, jak się martwił, że została sama z profesorem, i jak błagał, żeby dzwoniła do niego o każdej porze tylko po to, by powiedzieć, że wszystko jest w porządku.

Podeszła do komody, otworzyła górną szufladę i zdecydowanym ruchem wsunęła fotografię na samo dno, pod seksowną bieliznę, której zresztą nigdy nie nosiła. I, zastanawiając się nad tym, jak bardzo różnią się od siebie ci trzej mężczyźni, wróciła do łóżka, zamknęła oczy i zasnęła.

Śnił jej się stary, opuszczony sad, pełen jabłoni.

Rozdział 6

W piątek w przegródce na listy Julia znalazła oficjalną informację, że profesor Emerson zgodził się zostać promotorem jej pracy magisterskiej. Zdumiona, przypatrywała się druczkowi, zastanawiając się, skąd taka zmiana, gdy nagle za jej plecami stanął Paul.

– Idziemy?

Powitała go uśmiechem i wsunęła powiadomienie do niezdarnie zacerowanego plecaka. Wyszli z gmachu i idąc Bloor Street, skierowali się do najbliższej, mieszczącej się zaledwie o pół przecznicy od uniwersytetu, restauracji Starbucks.

– Chciałem spytać o spotkanie z Emersonem, ale zanim to zrobię, muszę ci coś powiedzieć.

Głos Paula brzmiał poważnie.

Julia zerknęła na niego z obawą.

– Nie bój się, Króliczku. To nie będzie bolało.

Poklepał ją po ramieniu. Serce Paula było niemal tak wielkie jak on sam, więc bardzo współczuł innym.

– Wiem, co się stało z naszą notatką.

Julia przymknęła oczy i zaklęła w duchu.

– Paul, tak mi przykro! Już dawno chciałam ci powiedzieć, że coś pochrzaniłam i napisałam do profesora na naszej kartce… cóż, kiedy nie było okazji. Ale nie powiedziałam mu, że to ty pisałeś!

Paul położył rękę na jej ramieniu.

– Wiem. Ja sam mu to powiedziałem.

Podniosła na niego okrągłe ze zdziwienia oczy.

– Ale… dlaczego?

Kiedy tak patrzył w głąb wielkich smolistych oczu Króliczka, nie miał cienia wątpliwości, że zrobiłby wszystko, byle nikt jej nie zranił. Nawet za cenę swojej kariery naukowej. Nawet, gdyby musiał zaciągnąć tego całego Emersona na tyły gmachu Wydziału Italianistyki i dać mu solidnego kopniaka, na który ten pompatyczny drań w pełni zasłużył.

– Pani Jenkins powiedziała mi, że Emerson zaciągnął cię do siebie, i pomyślałem, że będzie cię chciał ochrzanić. Znalazłem kopię tej naszej kartki w stercie kserówek, które mi zostawił… – Wzruszył ramionami. – Ryzyko zawodowe; co zrobić, kiedy się jest asystentem takiego totalnego kutasa!

Paul lekko pociągnął Julię za sobą. Wrócił do rozmowy dopiero wtedy, gdy podał jej wielki kubek kawy z mlekiem i wanilią, bez cukru. Kiedy zwinięta jak kotek siedziała w aksamitnym śliwkowym fotelu, z zadowoleniem stwierdziwszy, że jest jej wygodnie i ciepło, zwrócił się do niej ze współczuciem:

– Wiem, że to była kompletna wpadka. Po seminarium byłaś taka rozdygotana. Powinienem był pójść z tobą do jego gabinetu. Naprawdę, Julio, dotychczas nie widziałem go takim jak tamtego dnia! Może i jest przemądrzały i przewrażliwiony, ale nigdy przedtem nie był taki agresywny w stosunku do studentki. To niedopuszczalne!

Julia piła kawę i czekała, co Paul powie dalej:

– Więc… kiedy znalazłem kopię tej notatki, wiedziałem, że solidnie zmyje ci głowę. Sprawdziłem, kiedy masz z nim rozmawiać i zaplanowałem swoje spotkanie tuż przed twoim. A potem się przyznałem, że to ja. Chciałem nawet skłamać i próbowałem mu wmówić, że podrobiłem twój podpis… ale tego już nie kupił.

– I… zrobiłeś to wszystko… dla mnie?

Paul z uśmiechem niedbale napiął potężne bary.

– Próbowałem być… żywą tarczą. Pomyślałem, że jeżeli wyładuje się na mnie i wyrzuci z siebie złość, nie będzie już miał siły krzyczeć na ciebie. – Zamyślony, badał wyraz jej twarzy. – Ale… nie udało mi się, prawda?

Spojrzała na niego z wdzięcznością.

– Jeszcze nikt nigdy nie zrobił dla mnie czegoś podobnego. Jestem ci naprawdę wdzięczna.

– Daj spokój! Chciałem tylko, żeby wyładował wściekłość na mnie. Co ci mówił?

Julia skupiła całą uwagę na kubku z kawą; sprawiała wrażenie, jakby nie dosłyszała pytania.

– Aż tak źle? Hm… – Paul w zamyśleniu potarł podbródek. – No, ale wszystko chyba rozeszło się po kościach… na ostatnim seminarium był dla ciebie nawet dość grzeczny.

Julia zachichotała.

– Chyba tak… Ale nie pozwalał mi odpowiedzieć na żadne pytanie, nawet gdy podnosiłam rękę. Był za bardzo zajęty zabierającą bez przerwy głos tą… Christą Peterson.

Paul z rozbawieniem obserwował ten nagły wybuch niechęci.

– O, nią się nie przejmuj. Ma trochę kłopotów z Emersonem… chodzi o jej pracę magisterską. Nie podoba mu się jej podejście. Mówił mi.

– Ale… to okropne! Ona wie o tym?

Wzruszył ramionami.

– Powinna się już zorientować. Ale… kto wie? Jest tak zaabsorbowana uwodzeniem go, że kompletnie zaniedbuje pracę. To żenujące.

Julia, słuchając go, notowała uwagi w pamięci, na przyszłość. Rozsiadła się wygodniej i odprężyła. Towarzystwo Paula sprawiało jej prawdziwą przyjemność: był uroczy, troskliwy i sprawił, że poczuła się dobrze w Toronto. O piątej usłyszała, jak burczy jej w brzuchu: zakłopotana zacisnęła na nim dłonie.

Paul wybuchnął śmiechem, ale robił wszystko, żeby nie czuła się zażenowana. Była taka rozkoszna! Nawet to burczenie w brzuszku go wzruszało.

– Lubisz tajską kuchnię?

– Bardzo. W Filadelfii było takie fajne miejsce… chodziłam tam z… – przerwała, zanim wymówiła głośno jego imię. To było miejsce, do którego ciągle chodziła z nim. Zastanawiała się, czy oni teraz też tam chodzą, jedzą przy ich stoliku, zaśmiewają się, czytając menu, kpią sobie z niej…

Paul delikatnie odchrząknął; starał się grzecznie zwrócić uwagę Julii.

– Przepraszam. – Spuściła głowę i zaczęła grzebać w plecaku, jakby czegoś tam szukała.

– Na tej ulicy jest fantastyczna tajska knajpa. O parę przecznic stąd… no, będziemy musieli się trochę przejść. Ale jedzenie mają naprawdę dobre. Jeżeli nie masz innych planów, pozwól, że cię zaproszę na kolację.

Jego zdenerwowanie zdradzało jedynie wolne, delikatne stukanie prawą stopą w podłogę; Julia dostrzegła to kątem oka. Podniosła wzrok na pełne żaru ciemne oczy i błyskawicznie pomyślała, że najważniejsza w życiu jest dobroć… W każdym razie powiedziała „tak”, zanim przyszło jej do głowy, że mogłaby powiedzieć „nie”.

Uśmiechnął się szeroko, jakby jej zgoda była dla niego czymś więcej niż sekretną przyjemnością. Podniósł jej plecak i lekko zarzucił go sobie na ramię.

– To za ciężkie dla ciebie – powiedział, patrząc Julii w oczy i troskliwie dobierając słowa. – Pozwól, że ci go trochę poniosę.

Julia uśmiechnęła się pod nosem i podreptała za Paulem.

Profesor Emerson wracał do domu. Był to co prawda krótki spacer, ale kiedy miał ciężki dzień w pracy albo gdy był umówiony na wieczór, wtedy jechał samochodem.

Idąc, myślał o wykładzie, jaki miał wygłosić na uniwersytecie – na temat zagadnienia pożądań cielesnych w twórczości Dantego. Pożądanie było grzechem, o którym on sam często myślał, i to z wielkim upodobaniem. W gruncie rzeczy myśl o pożądaniu, i wynikających z niego niezliczonych przyjemnościach, była niezwykle kusząca i zarazem niebezpieczna. Do tego stopnia, że profesor musiał otulać się ściślej połami trencza, żeby niezwykle spektakularny widok jego spodni na wysokości kroku nie przyciągnął niepożądanych spojrzeń.

I właśnie wtedy ją zobaczył. Gwałtownie zatrzymał się i zapatrzył na ciemnowłosą dziewczynę po drugiej stronie ulicy.

Calamity Julia.

Tyle że tym razem nie była sama. Szedł z nią Paul: niósł na ramieniu tę jej karykaturę torby na książki. Beztrosko gawędzili, śmiali się… w dodatku szli niebezpiecznie blisko siebie.

Nosisz jej książki, Paul? Jakie to dziecinne!

Profesor Emerson patrzył, jak ręce tej pary ocierają się, co wywołuje lekki, ale ciepły uśmiech na twarzy panny Mitchell. Z gardła Emersona wydobył się niski pomruk; przygryzł wargi.

Co to takiego, u diabła? – pomyślał.

Za wszelką cenę starał się zebrać myśli; oparty plecami o wystawę butiku Louis Vuitton, próbował sobie wyobrazić, co też, u diabła, przed chwilą się wydarzyło. Był rozsądnym człowiekiem. Ubierał się po to, by okryć nagość, prowadził samochód, jadł nożem i widelcem, używał lnianej serwetki. Pracował i zarabiał, a jego zajęcie wymagało dużych zdolności intelektualnych i bystrego umysłu. Kontrolował swoje potrzeby seksualne na rozmaite – cywilizowane – sposoby i nigdy mu się nie zdarzyło posiąść kobiety wbrew jej woli.

Niemniej, kiedy patrzył na pannę Mitchell i Paula, zdał sobie sprawę, że jest tylko zwierzęciem. Istotą prymitywną. Dzikusem. To „coś” w nim sprawiło, że nagle zapragnął przejść na drugą stronę ulicy, odrąbać Paulowi ręce, porwać pannę Mitchell i zabrać ją stamtąd. Całować ją nieprzytomnie, przesuwać wargami po jej szyi, pochłaniać ją…

Co to jest, do kurwy nędzy?

Ta myśl śmiertelnie wystraszyła profesora. Był nie tylko dupkiem i pompatycznym kutasem, ale też przypominającym małpę neandertalczykiem z rozdziawioną gębą, który nagle poczuł, że ma prawo posiąść tę młodziutką kobietę, której prawie nie znał, a która w dodatku go nie cierpi. Nie wspominając o tym, że jest jego studentką.

Czuł, że powinien czym prędzej pójść do domu, położyć się i głęboko oddychać, aż ustąpi to cholerne uczucie. Ale dzisiaj będzie potrzebował czegoś innego, czegoś mocniejszego… by ukoić pożądanie.

Z wielkim bólem oderwał wzrok od pary młodych ludzi i ruszył w stronę do domu; wyjął komórkę i szybko wcisnął kilka cyfr.

Po trzecim dzwonku usłyszał kobiecy głos:

– Halo?

– Halo, to ja. Czy możemy spotkać się dziś wieczorem?

Kiedy w następną środę po seminarium u Emersona Julia wychodziła z gmachu wydziału, usłyszała znajomy głos:

– Julia? Julia Mitchell? To ty?

Błyskawicznie obróciła się i wpadła w czyjeś objęcia; uścisk był tak silny, że myślała, iż się zaraz udusi.

– Rachel! – zdołała wykrztusić, z trudem łapiąc powietrze.

Szczupła blondynka pisnęła radośnie i ponownie chwyciła Julię w ramiona.

– Tak mi ciebie brakowało! Trudno uwierzyć, że to było tak dawno! Co tu robisz?

– Rachel, tak mi przykro… Przykro ze względu na wszystko i na twoją mamę, i… tak w ogóle.

Przyjaciółki, połączone wspólnym bólem, długą chwilę milczały.

– Przepraszam, że nie byłam na pogrzebie. Jak się miewa tata? – spytała Julia, ocierając łzy.

– Jest bez niej taki… zagubiony. Zresztą my wszyscy też. Ma teraz urlop z uniwerku Susquehanna: próbuje uporządkować niektóre sprawy. Ja też mam wolne, ale niedługo będę musiała stąd uciekać. Czemu mi nie powiedziałaś, że tu studiujesz? – zapytała Rachel z wymówką, przez łzy.

Julia z wysiłkiem przeniosła wzrok z przyjaciółki na Emersona, który akurat wychodził z budynku i gapił się na nie z bezgranicznym zdumieniem.

– Nie byłam pewna, czy tu zostanę. Pierwsze tygodnie były, hm… dość przykre.

Rachel, zdaniem wszystkich bardzo inteligentna osoba, zauważyła już dziwne i niezdrowe iskrzenie między jej przybranym bratem a przyjaciółką, ale na razie przymknęła na to oczy.

– Właśnie mówiłam Gabrielowi, że mu dzisiaj przygotuję kolację. Zapraszam cię do nas!

Oczy Julii zrobiły się wielkie i okrągłe; wyglądała na przestraszoną.

Emerson odchrząknął.

– Ach, Rachel… jestem pewien, że panna Mitchell jest zajęta… że ma inne plany.

Julia pochwyciła jego znaczące spojrzenie i posłusznie zaczęła przytakiwać.

Rachel zakręciła się na pięcie.

– Panna Mitchell? Przecież już w liceum była moją najlepszą przyjaciółką i nadal się przyjaźnimy! Co, nie wiedziałeś o tym?

Spojrzała bratu w oczy, lecz nie znalazła w nich zrozumienia.

– Zapomniałam! Przecież wy nigdy się nie spotkaliście! Ale wszystko jedno, zachowujesz się trochę zanadto… Bardzo cię proszę, wyciągnij wreszcie ten kij z tyłka!

Zauważyła, że Julia chce coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnowana zamyknęła usta. W każdym razie tak to wyglądało. Potem zsiniała i zaczęła kaszleć.

– Może… zamiast tego, zjemy kiedyś razem lunch? Jestem pewna, że profe… że twój brat chce cię teraz mieć tylko dla siebie. – Zmusiła się do uśmiechu, świadoma, że ponad głową Rachel Gabriel utkwił w niej ostry jak sztylet wzrok.

Rachel zmrużyła oczy.

– On ma na imię Gabriel, Julio. Co z wami jest?

– Ona jest moją studentką… Takie są zasady – głos Emersona był coraz chłodniejszy i bardziej nieprzyjazny.

– Ale to moja przyjaciółka, Gabrielu! Pieprzyć takie zasady! – Rachel stała pomiędzy nimi i widziała, jak Julia wpatruje się we własne buty, a Gabriel spogląda wilkiem na obydwie dziewczyny. – Czy któreś z was łaskawie wyjaśni mi, o co chodzi?

Kiedy żadne z nich nie odpowiedziało, Rachel skrzyżowała ręce na piersiach i zmrużyła oczy. Szybko przypomniała sobie uwagę Julii na temat trudnych pierwszych tygodni na uczelni i równie szybko wyciągnęła z tego wnioski.

– Gabrielu Owen Emerson! Zachowałeś się wobec Julii jak dupek?

Przyjaciółka stłumiła śmiech, brat zmarszczył brwi. Mimo że oboje milczeli, ich reakcja wystarczyła, by Rachel pojęła, że jej podejrzenie było słuszne.

– Oj, nie mam czasu na takie bzdury. Macie się ucałować i pogodzić. Jestem tu tylko tydzień i chcę spędzić jak najwięcej czasu z wami… z obojgiem. – Chwyciła każde z nich pod rękę i zaciągnęła do jaguara.

Rachel Clark w niczym nie przypominała swojego przybranego brata.

Była asystentką sekretarza prasowego burmistrza Filadelfii: to brzmiało poważnie, ale w gruncie rzeczy wcale takie nie było. Większość dni spędzała albo na wertowaniu lokalnych gazet w poszukiwaniu jakichkolwiek wzmianek o burmistrzu, albo na robieniu fotokopii wycinków prasowych. W dni szczególnie pomyślne wolno jej było uaktualniać stronę internetową burmistrza. Rachel miała delikatne rysy, smukłą i wiotką sylwetkę; długie proste włosy, piegi i szare oczy. Poza tym była niezwykle towarzyska, co często doprowadzało do szału jej o wiele starszego i zdecydowanie zamkniętego w sobie brata.

Przez całą drogę do jego mieszkania Gabriel miał mocno zaciśnięte wargi. Tymczasem siedzące z tyłu dwie młode kobiety szczebiotały bez przerwy jak uczennice, chichocząc i wspominając. Niespecjalnie podobała mu się perspektywa spędzenia wieczoru z nimi dwiema, ale siostra niedawno straciła przecież matkę, on zaś nie miał zamiaru przysparzać jej cierpień.

Wkrótce potem rozradowane w dwóch trzecich trio jechało windą na szczyt Manulife Building, wspaniałego, luksusowego wieżowca przy Bloor Street. Kiedy wyszli z windy na najwyższym piętrze, Julia zauważyła, że na korytarzu są tylko cztery pary drzwi.

Uaaa! Te mieszkania muszą być ogromne!

Gdy weszła do mieszkania i postępowała za Gabrielem przez niewielki hol do ogromnego, wielofunkcyjnego salonu, zrozumiała, dlaczego jej mieszkanko tak bardzo zraniło jego uczucia. Ten wielki apartament pysznił się oknami, sięgającymi od sufitu do podłogi, ozdobionymi bladoniebieskimi jedwabnymi zasłonami; rozpościerał się z nich widok na wieżę telewizyjną CN Tower i na dalekie jezioro Ontario. Podłogi z ciemnego twardego drewna pokryte były perskimi dywanami, a ściany miały jasnopopielatą barwę.

Meble w salonie na pewno kupiono w najbardziej ekskluzywnym magazynie, począwszy od wielkiej kanapy, pokrytej ciemnobrązową skórą z niklowanymi ozdobami, aż do dwóch skórzanych klubowych foteli i wyściełanego czerwonym aksamitem fotelika z wysokim oparciem, stojącego przy kominku.

Julia z prawdziwą zazdrością patrzyła na ten piękny czerwony fotel i pasującą do niego otomanę. Byłoby cudownie siedzieć tu w deszczowy dzień, sącząc herbatę i czytając ulubioną książkę. Co nie znaczy, że kiedykolwiek będzie miała taką możliwość…

Kominek miał gazowy wkład, a tuż nad nim Gabriel zawiesił płaski telewizor plazmowy, jak obraz. Ściany i niektóre meble zdobiły dzieła sztuki. Były tutaj wręcz muzealne okazy sztuki starożytnej: szkło rzymskie, wazy greckie – a wszystko to przemieszane z reprodukcjami sławnych rzeźb, włącznie z Wenus z Milo i Apollinem i Dafne Berniniego.

Właściwie, jak osądziła Julia, Gabriel ustawił tu zdecydowanie za dużo rzeźb, zresztą wyłącznie aktów kobiecych.

Nie było natomiast żadnych rodzinnych zdjęć. Julia uznała za bardzo dziwne, że na ścianach wiszą czarno-białe widoki Paryża, Rzymu, Londynu, Florencji, Wenecji i Oksfordu, a nie ma ani jednego zdjęcia rodziny Clarksów, nawet Grace!

W kolejnym pokoju, blisko wielkiego stołu, stał hebanowy niski kredens. Julii podobały się jego bogaty wygląd i rozmiary. Był pusty, nie licząc wielkiej kryształowej wazy i ozdobnej srebrnej tacy, zastawionej karafkami z bursztynowym płynem, pojemnika na lód i staroświeckich kryształowych kieliszków. Całość uzupełniały srebrne szczypce do lodu, ułożone na stercie lnianych białych serwetek z wyhaftowanymi inicjałami G.O.E. Zachichotała w duchu na myśl, jak to by wyglądało, gdyby nazwisko Gabriela brzmiało, powiedzmy, Davidson![5]

Krótko mówiąc, apartament profesora był przyjemny, gustownie ozdobiony, idealnie czysty, męski – rozmyślnie… i potwornie, ale to potwornie zimny. Julii przemknęło przez myśl pytanie, czy Emerson kiedykolwiek sprowadza kobiety do tego lodowatego pałacu. Natychmiast jednak wytężyła wszystkie siły, by nie wyobrażać sobie, co z nimi robi, kiedy już je tutaj przyprowadzi. A może ma specjalny pokój, żeby mu nie pobrudziły tych wszystkich cudowności… Przeciągnęła dłonią po zimnym, czarnym granitowym blacie kuchennym i zadygotała.

Rachel, błyskawicznie rozgrzawszy piekarnik, myła ręce.

– Gabrielu! Czemu nie oprowadzisz Julii po całym mieszkaniu? Ja tymczasem zabiorę się za kolację.

Julia kurczowo przycisnęła do piersi swój plecaczek, obawiając się położyć ten odrażający przedmiot na jakimkolwiek meblu. Ale Gabriel wyjął jej go z rąk i umieścił na podłodze, pod niskim stolikiem. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, on zaś – po chwili – złapał się na tym, że też się do niej uśmiecha.

Bynajmniej nie miał ochoty oprowadzać panny Mitchell po swoim apartamencie. A już na pewno nie miał zamiaru pokazywać jej swojej sypialni i czarno-białych fotografii zdobiących jej ściany. Ale teraz, kiedy była tu Rachel, która bez przerwy przypominała mu o obowiązkach uprzejmego, choć z oporami, pana domu, nie widział innego wyjścia, jak tylko pokazać Julii pokoje gościnne.

I tak pokazał jej swój gabinet, będący niegdyś trzecią sypialnią, przerobioną na wygodny pokój do pracy z biblioteką wypełnioną ciemnymi drewnianymi półkami sięgającymi do sufitu. Julia wpatrywała się w książki – nowe i rzadko spotykane już tytuły, przeważnie w twardej oprawie, po włosku, łacinie, francusku, angielsku i niemiecku. Pokój – podobnie jak reszta apartamentu – był urządzony zdecydowanie po męsku. Te same jasnoniebieskie zasłony, ta sama ciemna podłoga ze starym perskim dywanem pośrodku.

Gabriel stanął za wielkim dębowym biurkiem.

– Podoba się pani? – Wskazał bibliotekę.

– O, bardzo! – przyznała Julia. – Bardzo tu pięknie.

Wyciągnęła rękę, by pogłaskać czerwony aksamit fotela z wysokim oparciem – takiego samego jak ten, który podziwiała przy kominku. Pomyślała jednak, że Emerson zapewne byłby niezadowolony, więc w porę się powstrzymała. Pewnie trzepnąłby ją po łapach, bojąc się, że zabrudzi mu fotel swoimi małymi, i na pewno brudnymi, paluszkami.

– To mój ulubiony fotel. Jeżeli ma pani ochotę usiąść… jest dosyć wygodny.

Julia poczuła sie, jakby ofiarował jej piękny prezent – skwapliwie usiadła, podciągając nogi pod siebie i zwijając się w kłębek jak mały kotek.

Gabriel mógłby przysiąc, że słyszy, jak Julia mruczy po kociemu. Ten widok sprawił, że się uśmiechnął, nareszcie poczuł się odprężony i niemal zachwycony tym – nieco trywialnym – wydarzeniem. Pod wpływem chwili postanowił pokazać jej jeden ze swoich drogocennych skarbów.

– Mam tu coś, co powinna pani zobaczyć. – Przywołał ją ruchem ręki, więc wstała i podeszła do biurka.

Otworzył szufladę i wyjął dwie pary białych bawełnianych rękawiczek.

– Proszę je włożyć. – Podał jej jedną parę, którą wkładała, naśladując jego ruchy, gdy wciągał rękawiczki na swoje długie palce.

– To jedna z moich najcenniejszych rzeczy – wyjaśnił, wyciągając z otwartej szuflady duże drewniane pudło. Ustawił je na biurku; przez jedną straszną chwilę Julię ogarnęło przerażenie na myśl, co mogło być w środku.

Skurczona ludzka głowa? A może czaszka dawnego studenta dyplomanta?

Gabriel otworzył pudełko i wyjął coś, co przypominało książkę. Kiedy ją otworzył, zobaczyła, że to wiele kartek sztywnego papieru, złożonych razem; na każdej była nalepka w języku włoskim. Ostrożnie je przeglądał, aż znalazł tę, której szukał, po czym coś rozwinął i ujął w obie ręce.

Julii aż tchu zabrakło.

Gabriela rozpierała duma.

– Rozpoznaje pani?

– Naturalnie! Ale to… to chyba nie może być oryginał?

Zaśmiał się cicho.

– Niestety, nie. Oryginały są poza zasięgiem moich skromnych możliwości finansowych. Pochodzą z piętnastego wieku, a to są kopie… z szesnastego.

Trzymał w ręku kopię słynnej ilustracji: Dante i Beatrycze i stałe gwiazdy Raju. Oryginał, namalowany piórkiem i tuszem, był dziełem Sandro Botticellego. Ilustracja miała wymiary 32×50 cm i chociaż była wykonana na pergaminie tylko tuszem, zapierała dech w piersi.

– Jak pan to zdobył? Nie miałam pojęcia, że takie kopie istnieją.

– To najprawdopodobniej duplikaty wykonane przez ucznia Botticellego. Ale ten zestaw jest kompletny. Botticelli wykonał sto ilustracji do Boskiej Komedii, ale do naszych czasów przetrwały tylko dziewięćdziesiąt dwie. A ja mam wszystkie!

Coraz większe oczy Julii błyszczały z przejęcia.

– Pan żartuje!

Gabriel się roześmiał.

– Wcale nie!

– Oglądałam oryginały, kiedy je wypożyczono do Galerii Uffizi we Florencji. Watykan ma osiem – tak myślę – a reszta jest w posiadaniu muzeum w Berlinie.

– Mniej więcej. Tak sobie pomyślałem, że je pani doceni.

– Ale… ja nigdy nie widziałam tych pozostałych ośmiu.

– Nikt ich nie widział. Pokażę pani.

Czas płynął błyskawicznie, kiedy Gabriel pokazywał Julii swoje skarby, ona zaś podziwiała je w kompletnej ciszy. Nagle Rachel zawołała ich do salonu.

– Gabrielu, przygotuj drinka dla Julii, dobrze? I przestań ją zanudzać starociami!

Rachel komicznie przewróciła oczami, a Julia zachichotała.

– Jak pan je zdobył? Czy nie powinny być w muzeum? – pytała, patrząc, jak wsuwa ilustracje do odpowiednich koszulek.

Zacisnął usta.

– Nie są w muzeum, bo nie mogę się z nimi rozstać. Poza tym nikt o nich nie wie, oczywiście poza moim prawnikiem, agentem ubezpieczeniowym… no i teraz… panią.

Zacisnął szczęki, jakby ucinał dalszą dyskusję, zatem Julia postanowiła nie naciskać.

Możliwe, że te ilustracje skradziono z jakiegoś muzeum, a Gabriel je kupił na czarnym rynku… To by wyjaśniało jego powściągliwość w ujawnianiu światu ich istnienia. Aż zadrżała na myśl, że oto widziała coś, co dotychczas oglądało mniej niż tuzin ludzi na świecie. No i były tak nieprawdopodobnie piękne – aż dech zapierało! Prawdziwe arcydzieła.

– Gabrielu… – Rachel stała w drzwiach z groźną miną.

– W porządku, w porządku! Czego się pani napije, panno Mitchell? – Wyszli z gabinetu. W kuchni Emerson podszedł do lodówki z napojami.

– Gabrielu!

– Czego się napijesz, Julianno?

Na dźwięk swojego imienia w jego ustach Julia aż się zerwała, takie to było dziwne. Rachel zauważyła jej dziwną reakcję i zniknęła w kuchni w poszukiwaniu garnków i patelni.

– Wszystko jedno, pro…. Gabrielu.

Przymknęła oczy z rozkoszy, że nareszcie może go tak nazwać. Usadowiła się na jednym z wytwornych stołków przy blacie śniadaniowym.

Gabriel zdjął z półki butelkę Chianti i postawił na kontuarze.

– Musi nabrać pokojowej temperatury – wyjaśnił, nie zwracając się właściwie do nikogo. Przeprosił i wyszedł, zapewne, żeby się przebrać w coś bardziej domowego.

– Julio…! – syknęła Rachel, wkładając warzywa do jednej z komór zlewozmywaka. – Co jest pomiędzy tobą a Gabrielem?

– To jego powinnaś o to spytać.

– Mam taki zamiar. Ale dlaczego się tak dziwacznie zachowuje? I dlaczego mu po prostu nie powiedziałaś, kim jesteś?

Julia wyglądała, jakby za chwilę miała wybuchnąć płaczem.

– Myślałam, że mnie pamięta. Ale on… nie – głos jej zadrżał; wpatrywała się we własne kolana.

Rachel była zdziwiona zarówno słowami przyjaciółki, jak i jej przesadnie emocjonalną odpowiedzią. Błyskawicznie podbiegła i objęła ją mocno.

– Nie przejmuj się! Teraz ja tu jestem i wszystko mu wyjaśnię. Bo wiesz, on ma serce, tyle że gdzieś tam pod wszystkim innym, ale ma! Wiem o tym. Kiedyś to odkryłam. A teraz pomóż mi myć te warzywa. Jagnięcina już się piecze.

Kiedy Gabriel wrócił, z ochotą otworzył butelkę, uśmiechając się szelmowsko. Wiedział, że czeka go zaraz wielka przyjemność. Pamiętał obraz degustującej wino Julii, a teraz miał zobaczyć powtórkę tego erotycznego występu. Kilka razy poczuł wewnętrzny ból oczekiwania i pomyślał, że chciałby mieć kamerę ustawioną gdzieś w sekretnym miejscu mieszkania albo z ukrycia robić jej zdjęcia.

Najpierw pokazał jej butelkę i z uznaniem zauważył, że wielkie wrażenie zrobiła na niej nalepka. Przywiózł to wyjątkowe wino z Toskanii i z pewnością wypicie go przez kogoś nieznającego się na rzeczy uznałby za marnotrastwo. Nalał trochę do jej kieliszka i odsunął się o krok, bacznie obserwując Julię i starając się ze wszystkich sił jej nie spłoszyć.

Tak jak poprzednio dziewczyna powoli zakręciła kieliszkiem. Obejrzała kolor w świetle halogenowej lampy. Zamknęła oczy i wąchała aromat. Wreszcie stworzonymi do pocałunków wargami dotknęła brzegu kielicha i pomału sączyła, trzymając trunek jakiś czas w ustach, zanim go połknęła.

Gabriel westchnął, obserwując, lekkie drgnienia na jej długiej, wytwornie wygiętej szyi.

Gdy otworzyła oczy, ujrzała stojącego przed sobą Gabriela: chwiał się nieco na nogach, błękitne oczy pociemniały, oddychał niespokojnie, a… przód jego ciemnoszarych spodni…

Zmarszczyła groźnie brwi.

– Dobrze się czujesz?

Przeciągnął ręką po włosach i zmusił się do opanowania.

– Tak… Przepraszam.

Dolał wina najpierw jej, potem sobie i zaczął powoli je sączyć, wpatrując się zmysłowo w Julię znad kieliszka.

– Pewnie umierasz z głodu, Gabrielu. Wiem, jaka bestia w ciebie wstępuje, gdy jesteś głodny! – zawołała Rachel przez ramię, mieszając sos.

– A co będziemy jedli do tej jagnięciny? – Patrzył na Julię jak jastrząb za każdym razem, kiedy podnosiła kieliszek z winem do zmysłowych ust i wypijała duży łyk.

Rachel postawiła na barze duże pudełko.

– Kuskus!

Julia parsknęła. Na białą koszulkę Gabriela prysnęły kropelki wina. Przerażona tym, co zrobiła, dziewczyna upuściła kieliszek, oblewając winem siebie i jego piękną drewnianą podłogę. Kryształ uderzył o nogę barowego stołka i roztrzaskał się na drobne kawałki.

Gabriel zaklął i zaczął strzepywać krople wina ze swojej (bardzo drogiej) sportowej koszulki. Julia upadła na kolana i gołymi rękami próbowała pozbierać rozsypane okruchy szkła.

– Przestań… – powiedział spokojnie, patrząc na nią przez kontuar baru.

Ale Julia nie słuchała, z jej oczu płynęły łzy.

– Przestań! – powtórzył głośniej. Wstał, obszedł barek i zbliżył się do niej.

Przesypała okruchy do drugiej ręki i próbowała zbierać pozostałe, jeden po drugim, czołgając się po podłodze, jak ranne szczeniątko ciągnące za sobą złamaną łapkę.

– Stop! Na rany boskie, kobieto, przestań! Poharatasz sobie kolana! – Gabriel stał nad nią i patrzył groźnie, a jego złość spadała na nią niczym Gniew Boży.

Pociągnął ją za ręce i postawił na nogi, po czym zmusił, by wrzuciła uzbierane resztki szkła do miski stojącej na kontuarze, a następnie zaprowadził dziewczynę do łazienki (dla gości).

– Siadaj! – rozkazał.

Julia usiadła na zamkniętej pokrywie toalety i wybuchnęła stłumionym, ale rozpaczliwym szlochem.

– Pokaż ręce!

Dłonie były poplamione winem i kilkoma strużkami krwi. W paru miejscach błyszczały wbite w skórę okruchy szkła. Gabriel zaklął kilka razy; potrząsnął głową, otwierając szufladkę z lekarstwami.

– Ty chyba nie bardzo lubisz słuchać, co?

Julia zamrugała; oczy miała pełne łez. Żałowała, że nie może ich otrzeć rękami.

– No… i nigdy nie robisz tego, co ci radzą…

Popatrzył na nią i nagle przerwał.

Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Gdyby go potem o to spytać, wzruszyłby tylko ramionami i niczego nie wyjaśnił. Kiedy jednak popatrzył na tę nieszczęsną istotkę, skuloną i łkającą w kącie, poczuł coś… zupełnie innego niż irytację, złość, poczucie winy czy podniecenie seksualne… Poczuł, jak bardzo jej współczuje. I że mu strasznie przykro, bo to przecież on doprowadził ją do płaczu.

Pochylił się i opuszkami palców zaczął ocierać jej łzy z oczu – delikatnie i czule. Zamruczała, a on znów poczuł, że dotyk jej skóry jest bardzo znajomy. A kiedy już otarł łzy, ujął twarzyczkę Julii w obie ręce, unosząc jej podbródek… po czym nagle się cofnął i zaczął opatrywać jej rany.

– Dziękuję… – szepnęła, widząc, z jaką troską Gabriel usuwa szkło z jej rąk. Robił to pincetką, systematycznie wyszukując najdrobniejsze kawałeczki, tkwiące w skórze dłoni.

– Nie ma za co!

Zmoczył wacik w jodynie.

– Będzie piekło.

Patrzył, jak Julia kuli się przed dotknięciem, i lekko się skrzywił. Nie chciał sprawiać jej bólu. Była taka delikatna i krucha! Trwało to całe półtorej minuty, zanim zebrał się na odwagę, by dotknąć skaleczeń jodyną. A ona siedziała z szeroko otwartymi oczyma, zagryzając wargę i czekając, aż wreszcie to zrobi.

– Nooo! – rzucił szorstko, kiedy zatamował krew. – Teraz już w porządku.

– Przepraszam, że stłukłam kieliszek. Wiem, że był kryształowy – jej cichy głos wyrwał Gabriela z zamyślenia, kiedy chował do szufladki środki pierwszej pomocy.

Machnął ręką.

– Mam ich całe tuziny. Zresztą na dole jest sklep ze szkłem. Jeśli będę potrzebował, kupię sobie nowe.

– Chciałabym go zwrócić…

– Nie stać cię! – słowa wyrwały mu się z ust mimo woli. Patrzył z przerażeniem, jak twarz Julii najpierw czerwienieje, a następnie strasznie blednie. Spuściła głowę i przygryzła wargę.

– Panno Mitchell, nie przyszłoby mi do głowy brać od pani pieniądze! To byłoby naruszenie zasad gościnności.

A na to sobie nie możemy pozwolić – pomyślała Julia.

– Ale… poplamiłam też pańską koszulkę. Proszę mi pozwolić… oddam ją do pralni chemicznej.

Gabriel popatrzył na swoją piękną, ale teraz niewątpliwie zniszczoną białą koszulkę i zaklął w duchu. Lubił ją wyjątkowo. Dostał ją od Pauliny… w Londynie. I z pewnością plamy z Chianti nigdy nie dadzą się wywabić.

– Mam kilka takich samych – skłamał gładko. – Poza tym jestem pewien, że plamy da się usunąć. Rachel mi w tym pomoże.

Julia co chwilę zagryzała dolną wargę.

Gabriel obserwował ten tik, który wywoływał w nim uczucie mdłości… ale jej wargi były tak czerwone i zapraszające, że nie mógł od nich oderwać oczu. Miał wrażenie, że stojąc na pokładzie kołyszącego się statku, jest świadkiem wypadku samochodowego.

Pochylił się i poklepał ją po dłoni.

– Wypadki się zdarzają. W dodatku z niczyjej winy. – Uśmiechnął się i został nagrodzony bardzo pięknym uśmiechem: nareszcie przestała gryźć wargę.

Popatrz na nią. Pod wpływem dobroci rozkwita. Zupełnie jak róża… rozchyla płatki.

– Jak tam, Julio, w porządku? – spytała Rachel, która nagle stanęła obok.

Gabriel szybko cofnął rękę i westchnął.

– Tak. Ale najwyraźniej nasza Julia nie cierpi kuskusu… – Mrugnął chytrze do niej i dostrzegł rumieniec oblewający najpierw jej policzki, a potem całą porcelanową twarz. Naprawdę była brązowookim aniołem…

– Nic nie szkodzi. Zrobię zatem pilaw z ryżu.

Rachel zniknęła. Gabriel poszedł za nią, zostawiając Julię samą. Próbowała uspokoić bicie serca, które najwyraźniej postanowiło wyskoczyć jej z piersi.

Kiedy Rachel pakowała wzgardzony kuskus z powrotem do lodówki, Gabriel poszedł do sypialni, zmienić poplamioną koszulkę: wrzucił ją – co prawda z wielkim żalem – do kosza. Następnie dołączył do siostry, by sprzątnąć potłuczone szkło i zmyć resztki wina z podłogi.

– Wiesz, jest parę rzeczy, które muszę ci powiedzieć o Julii… – zaczęła. Stała do niego tyłem i mówiła przez ramię.

Gabriel wynosił właśnie okruchy szkła do kubła.

– Wolałbym tego nie słuchać.

– Co się z tobą dzieje? Mówię ci wyraźnie i głośno: to moja przyjaciółka!

– A moja studentka. I nie powinienem nic wiedzieć o jej życiu osobistym. Wystarczy jej przyjaźń z tobą. To jest konflikt interesów – tyle że ja o tym nie wiedziałem.

Rachel wyprostowała się i uparcie potrząsnęła głową; jej szare oczy pociemniały.

– Wiesz co? Nic mnie to nie obchodzi! Bardzo ją kocham. I mama też ją kochała. Więc pamiętaj o tym, kiedy znów będziesz miał ochotę na nią krzyczeć. Była kompletnie załamana, ty ośle. Dlatego przez cały ostatni rok się do mnie nie odzywała. A teraz, kiedy nareszcie zaczęła wyłazić ze skorupy, z której, myślałam, że już nigdy nie wyjdzie, ty z powrotem ją w nią wpychasz swoją… swoją arogancją i wywyższaniem się! Tak, najlepiej będzie, jeżeli porzucisz ten nadęty, bzdurny, brytyjski ton Pana-Rochestera-Pana-Darcy-Heathcliffa[6] i potraktujesz ją jak skarb! Bo ona nim jest! Albo tu wrócę i wsadzę ci obcas w tyłek!

Gabriel wyprostował się i rzucił siostrze piorunujące spojrzenie.

– Czy używając określenia „obcas”, miałaś na myśli damskie pantofelki na wysokim obcasie?

Nie dała się sprowokować. Nawet nie drgnęła. Wyglądało, jakby urosła. Była niemal groźna.

– W porządku, Rachel…

– Dobrze. Trudno mi uwierzyć, że nie dało ci do myślenia jej nazwisko… tyle razy ci opowiadałam, jak bardzo kocha Dantego! A w ogóle… – ilu entuzjastów poezji Dantego znałeś w Selinsgrove?

Pochylił się nad nią i wycisnął pocałunek na jej groźnie zmarszczonej brwi.

– Musisz mi darować, Rach. Jeżeli tylko mogę, staram się nie myśleć o niczym, co jest związane z Selinsgrove.

Po tych słowach jej gniew szybko stopniał. Mocno uścisnęła brata.

– Wiem…