Piąte: Nie zabijaj - Alicja Róg - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piąte: Nie zabijaj - Alicja Róg

Kiedy szaleństwo staje się normą?

 

Klara Mars to młoda dziewczyna, która widzi świat tylko tak, jak chce go widzieć. Chora psychicznie, bezustannie walczy sama ze sobą – z poczuciem odrazy, brzydoty i nieatrakcyjności. Jako córka pracującej w hipermarkecie alkoholiczki, przymusowo zamykana w domu, całe dnie spędza na obserwowaniu przez okno smutnej, ludzkiej rzeczywistości. Co jakiś czas jest również dręczona wizytami niewyżytej seksualnie pani psycholog. Jej jedynym powiernikiem jest Pająk – robak o ogromnej żądzy mordu, którego mowę słyszy tylko dziewczyna.

 

Wszystko zmienia się, gdy Klara poznaje Alicję – swoje przeciwieństwo, osobę otwartą i towarzyską. Kobieta chce wprowadzić pannę Mars w nowe, ekscytujące życie i proponuje jej interesujący sposób na zarabianie pieniędzy.

 

Nic jednak nie jest takie piękne, jakie wydawało się być na początku...

Opinie o ebooku Piąte: Nie zabijaj - Alicja Róg

Fragment ebooka Piąte: Nie zabijaj - Alicja Róg








Strona redakcyjna


1

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Kiwając się w przód i w tył, Klara rozkłada ręce, dotykając kolejno czoła, mostka i obu ramion. Jej kościste palce drgają, a żyły na dłoniach i przedramieniu zdają się przebijać przez skórę. Temperatura na dworze przekracza dwadzieścia pięć stopni, ale Klarze jest zimno. Trzęsie się. Pod łóżkiem leży torebka z McDonalda z podwójnym cheeseburgerem i frytkami w rozmiarze XXL.

Zapomniałabym. Boże, proszę, niech oni smażą to mięso dłużej.

Pokój z widokiem na szary blok i plac zabaw. Na ławkach dwóch facetów z butelkami po tanim winie w podartych marynarkach. W oknach naprzeciwko staruszki, które potrafią wytrzymać w jednej pozycji przez kilka godzin. Niesamowite. Nad śmietnikiem unosi się zapach zgniłego jedzenia. W śmietniku grzebie bezdomny, szukając puszek.

Klara siedzi w wąskiej klitce.

Trzy pokoje z kuchnią. Wąskie i brudne, zakurzone, obślizgłe. Szare ściany, odrywająca się tapeta, dziury po gwoździach i brak obrazów. Cisza. Przy stole w salonie stoją dwa niedopasowane do siebie krzesła. Jedno bez oparcia, drugie w zgniłozielonym obiciu modnym w latach osiemdziesiątych. Cisza. Cisza i pustka. Z kuchni słychać kapanie z kranu.

To mieszkanie nie musi być takie duże, po co dwóm chudym osobom trzy pokoje z kuchnią. Ale w tym mieszkaniu mieszka też kurz, syf, pająki i dziwne robaki, nie karaluchy, tylko jakieś pluskwy i rybiki. I Klara z matką.

Boże, posprzątaj mi dom.

Ale Bóg tego domu nie sprząta. Rzadko w ogóle ktoś go sprząta.

Klara rozmawia z nim codziennie. Co godzinę, co chwila. Zdarza się, że nigdy nie przestaje.

Siada wieczorami na łóżku, składając dłonie w tym kretyńskim geście i unosi czoło do sufitu.

Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie i tak dalej, i tak dalej, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi i tak dalej, i tak dalej, a gdy kończy, dodaje zawsze Boże, spraw, by coś się wydarzyło, coś dobrego.

Boże, proszę, zabij mnie.

***

Pod balkonem Klara widzi ludzi w dużych różowych kapeluszach. Nad ich głowami latają przerośnięte ważki i wróble o demonicznych oczach. Kobiety mają bordowe spódnice ze sztruksu i buty na obcasach stylizowane na lata dwudzieste. Mężczyźni spodni nie mają. Chodzą w majtkach. Brudnych, babcinych gaciach. Wszyscy w ogromnych okularach przeciwsłonecznych. Wszyscy bez ust i nosów. Ważki podlatują i szepczą im coś do uszu. Wróble wznoszą się wyżej, zataczając kręgi na niebie. Ludzie trzymają w dłoniach czarne torby z laptopami. Od chodnika rozbrzmiewa odgłos stukających obcasów. Klara słyszy szmery i słowa, których nie rozumie. Słyszy, jak chuda kobieta recytuje na głos liczbę pi.

***

Klara swoim wyglądem przypomina wychudzone zwłoki ludzkie. Zwiotczałe, nieprzyjemne, odrażające.

Kościste ręce i nogi, wystające barki i łopatki, wystające kości policzkowe, blada, prawie biała cera, wielkie oczy głęboko osadzone w oczodołach. Klara wygląda, jakby nie żyła. Od zwłok odróżnia ją to, że oddycha. I nie śmierdzi.

Je codziennie McDonalda albo chińskie jedzenie ze styropianowego opakowania. Wpieprza ciągle to śmietnikowe żarcie, ale nie tyje, jakby tłuszcz w jej ciele zdawał się mówić: „To na mnie nie działa, będziesz wiecznie chuda. I brzydka”.

Klara płacze nocami, tkwiąc w oknie sypialni w okularach przeciwsłonecznych. Trzyma je na nosie, delektując się podwójną ciemnością.

***

Można wstawać rano i siedzieć w jednym miejscu do wieczora, starając się przy tym nie zwariować. Można zwariować i nawet tego nie zauważyć.

Osoby w stanie psychozy nie wiedzą, że się w niej znajdują. Nie mają pojęcia, że funkcjonują nienormalnie. Są pozbawione krytycyzmu wobec własnych popieprzonych zachowań. Są zadziwiająco normalne w swoich szaleństwach. Są sobą całkowicie, sobą w najczystszej wersji. W jednej chwili mogą z kimś rozmawiać, w drugiej walić go po głowie metalowym prętem.

Klara nigdy nikogo nie uderzyła, nie pobiła, nie zepchnęła ze schodów, nie ciągnęła za włosy ani nie wsadzała głowy małego okularnika do kibla. Nigdy.

Bo Klara jest grzeczną dziewczynką.


2

Z jej okna widać plac zabaw, który już dawno został pozbawiony resztek dziecięcego ducha, resztek beztroski – słodkiego marnotrawstwa czasu. Zardzewiałe huśtawki kiwają się od podmuchów wiatru, piaskownica pływa w kocich odchodach, drut kolczasty otaczający marne dwadzieścia metrów kwadratowych wygina się na zewnątrz, rozwalony niegdyś przez pijanych chłopców w sportowych ubraniach.

Tuż za zakrętem rozpościera się teren nowoczesnego osiedla mieszkaniowego. Z ochroną, małym boiskiem i innymi bajerami. Żeby wejść do środka, trzeba minąć ochronę, drzwi zabezpieczone kodem, a potem następne z tym samym idiotycznym domofonem. A wszystko to, by cieszyć się ciasną kawalerką i windą z podświetlanymi guzikami.

Saska Kępa. Dzielnica artystów, malarzy, muzyków. Dzielnica kawiarenek, pseudointelektualizmu i pani Osieckiej nieruchomo siedzącej na kamiennej ławce.

Pieprzona Saska Kępa.

Do miejsc można się przyzwyczaić, można je pokochać, można je znienawidzić. Ludzie nienawidzą miejsc, w których mieszkają wtedy, kiedy są do nich przykuci żelaznym łańcuchem, takim, którego nie można przerwać i do którego kłódki nie pasuje żaden kluczyk. Klara była przykuta jak niewolnik albo wiejski pies przy budzie przywiązany do sznura nie dłuższego niż czterdzieści centymetrów. Ludziom się wydaje, że gdy taki pies szczeka to albo na widok ukochanego pana, albo w obronie przed intruzami. Ludziom wydaje się źle.

Biedny pies szczeka, bo to jedyne, co może zrobić.

Klara szczeka, choć po naszemu nazwalibyśmy to płaczem.

Chlip, chlip. Tak przez całą noc. „Boże, proszę, zabierz z kibla te robale”.

Ma często wrażenie, że słyszy tysiące drobnych robaczych kroczków i ich poruszające się po podłodze odwłoki. Te odgłosy niczym gigantyczne wiertła wiercą jej w głowie, rozsadzając mózg. Ma wrażenie, że pluskwy rozmawiają ze sobą, prowadzą nocne, popieprzone konwersacje.

Dobranoc, Boże, tęskno mi do Ciebie, jeśli chcesz, mogę Cię odwiedzić nawet dziś.

Klara już nie chce wstawać rano, pić mleka, jeść płatków. Nie chce siadać przy oknie w ciemnych okularach i szlochać.

Gdyby nie ta idiotyczna teoria o potępieniu samobójców, jej świat wyglądałby całkiem inaczej. Wiara bardzo ogranicza.

Klara spędza dnie na obserwacji. Na parapecie.

Klara spędza dni, śpiąc.

***

Sen. Błogosławieni ci, którzy go rankiem nie pamiętają. To znaczy jeśli w nocy śni się o białych króliczkach biegających po łące albo o przeskakujących przez płot owcach, to w tym wypadku dobra pamięć jest jak najbardziej na miejscu. Co jednak mają zrobić ci biedni ze świetną zdolnością zapamiętywania, którzy w nocy widzą ostre kształty, zmieniające się jaskrawe kolory, słyszą wrzaski, odgłos rozdzieranej skóry, łamanych kości i czują na skórze dotyk ostrza albo ciepło własnej krwi spływającej po rękach? Ci przeklinają pamięć. Przeklinają wspomnienia. Rankiem Klara zawsze pamiętała. Kiedy się budziła, dyszała, a pot skapywał jej po czole.

Boże, a myślałam, że to już.

Najgorsze były te sny, gdy przed kimś uciekała, a ten ktoś gonił ją z nadzwyczajną prędkością i zdawało się nawet, jakby unosił się w powietrzu, jakby latał, szybował. Klara biegła, potykając się o wystające korzenie i nagle wyrastała przed nią niewidzialna ściana. Ta, która tak często występuje w koszmarach sennych. Człowiek chce się ruszyć, macha rękami i nogami, ale stoi w miejscu, jest unieruchomiony. Tymczasem psychopata z siekierą zbliża się w tempie błyskawicznym i jedynym, co można zrobić jest sranie po gaciach i krzyk. Można krzyczeć we śnie. Taki krzyk często przedostaje się do świata rzeczywistego i słyszą go osoby trzecie, te prawdziwe i żywe.

Klara krzyczy, wydziera się tak głośno, że robaki wślizgują się pomiędzy szpary płytek w łazience. Wtedy do Klary przychodzi matka. Dawniej tuliła ją do siebie, ręką przeczesywała jej cienkie blond włosy. Teraz przychodzi, chwyta za ramiona i szturcha. Cztery, pięć razy.

Klara zastanawiała się czasem, czy matka ją jeszcze kocha i czy w ogóle kochała ją kiedykolwiek. Pluskwy w łazience mówią, że miłość może się skończyć, może zniknąć na zawsze, tak jak gaz z otwartej butelki wody mineralnej, który jeśli ucieknie, to nigdy nie powróci. Pluskwy mówią, że nawet matki mogą przestać kochać swoje dzieci. Klara uważała jednak, że matka ją przynajmniej lubi. Inaczej nie przychodziłaby w nocy, nie potrząsałaby nią, waląc rękami po twarzy. Od lat Klara budziła się zlana potem, siadała na łóżku, kiwając się, a pod brodę wsadzała trzęsące się kolana i ściskała je mocno, zamykając oczy. Odganiała senne wspomnienia. Była to mozolna i wyczerpująca praca, bo widok noża nigdy szybko nie znikał. Klara miała często wrażenie, że krew z koszmarów zostaje na jej rękach do wieczora. Wtedy potrafiła myć ręce co kilka minut. Szorowała je szarym mydłem i szczoteczką do zębów swojej matki, a i tak często niewidzialna krew zdawała się nie schodzić. Jakby była częścią skóry albo istniała pod jej powierzchnią. Woda leciała z kranu, a przy mydelniczce spacerowały robaki. Klara już nawet nie strącała ich palcami ani nie piszczała, tak jak to zwykła robić kiedyś. Robaki chodziły, rozmnażały się, niektóre zostawiały za sobą dziwny śluz. To mieszkanie było dla nich ostoją spokoju, pieprzonym Edenem, luksusowym sanatorium.

Nie lubiła też, gdy pluskwy ją zaczepiały. Ledwo rozumiała, co mówiły. Coś mamrotały, cicho i niewyraźnie.

Zostawcie mnie. Już. Zostawcie.

A potem znowu płakała. Obejmowała rękami głowę i kiwała się na łóżku, z nogami wsadzonymi pod tyłek. Zostawcie mnie.

Klara była nieświadoma. Każdej sekundy młodość mówiła jej „papa”, a zgorzknienie starości nadjeżdżało szybkim, podrasowanym karawanem. I ona nawet o tym nie wiedziała.


3

Hipermarket gdzieś na Targówku. Wokół stare budynki i zmarnowanie ludzkie łażące po ścianach. Tu nigdy nie jest cicho. W dzień można usłyszeć klaksony samochodów, w nocy krzyki i głośne „kurwy” odbijające się echem w powietrzu. Cały syf miasta zbierał się w jednym miejscu i gnił, i śmierdział stęchlizną. Jakby bród i wszystkie okropieństwa zbierały się właśnie po tej stronie Warszawy.

Hipermarket gdzieś na Targówku. Wielka hala z półkami, zamrażalnikami i wózkami jeżdżącymi po włożeniu złotówki, stosy makaronów, papierów toaletowych, słoików majonezu, ketchupów, zamrożonych warzyw, podpasek i szamponów. Wielka hala ludzkiej konsumpcji. Pod sufitem zawieszone ogromne lampy halogenowe. I ten dźwięk wydobywający się z lodówek, jednostajny, sprawiający, że człowiek może czuć się jak we wnętrzu zepsutej maszyny. Szelest papierków, płacz dzieci, bo rodzice nie chcą im kupić najnowszych Kinder Niespodzianek z figurkami dinozaurów, szemranie, kroki, odgłos zderzających się ze sobą wózków sklepowych, odgłos ocierania się ciał, gdy dwie osoby nie mieszczą się w przejściu pomiędzy przyprawami a sosami, tłumy matek zastanawiających się, które papki dla niemowlaków wybrać, kobiety czytające tyły opakowań, żeby dokładnie sprawdzić ilość kalorii i gigantyczne billboardy zawiadamiające o promocjach. I te cholerne końcówki 99. Serek wiejski: 1,99 zł, ćwiartka z kurczaka: 4,99 zł, rolki papieru toaletowego (rumiankowego): 9,99 zł. Jakby ten grosz miał cokolwiek zmienić, jakby dzięki niemu tysiące ludzi codziennie zaoszczędzało pieniądze życia. Ale zmieniał. Prosty Nowak szedł do sklepu i widział piwo za 2,99 zł. Przecież to nie trzy złote, tylko dwa. Fantastycznie.

Klara niesie w jednym ręku czerwony koszyk wypchany dwoma litrami wody, trzema kajzerkami, słoikiem ogórków konserwowych, paczką tamponów i kartonem 2% mleka. Wszyscy mają wózki – ona koszyk. Czuje się lepsza, mniej masowa, wyjątkowa. Kolejka do kasy wychodzi daleko za czarną taśmę i skręca przy gumach do żucia i zamrażalnikach z lodami. Setki oddechów, nieświeżych oddechów w jednym miejscu, kichanie i pokasływanie, niewidzialny bród przemierzający klimatyzowane powietrze. Gorąc i ten specyficzny ból głowy zarezerwowany dla miejsc przeludnionych. Klarze jest zimno.

Ona wie, że nie powinna sama wychodzić. Ale głosy w głowie jej kazały. Głosy w głowie i rybiki w łazience.

Czarna taśma płynie raz wolno, raz szybko, nawet szybciej niż powinna. Kiedy nie ma nikogo przy kasie, ta zdaje się ślimaczyć, gdy stoi tłum – mknie jak nakręcony samochodzik. Klara najpierw stawia na niej słoik ogórków, potem mleko i dwie wody, na końcu bułki i tampony. Pik, pik. Laserowy skaner, sklepowy pikacz, prześwietla kod kreskowy, czytając z niego cenę. I widać tylko zmęczone dłonie kasjerki, która niczym robot przesuwa produkty, nie myśląc o tym, czego dotyka. Można kupić paczkę prezerwatyw razem z fajkami, do tego parę piw i słoik ogórków, a ona i tak nie wpadnie na to, że zamierza się zrobić imprezę.

– Pospiesz się, mamo – mówi Klara.

Pik, pik, pik, pik.

Łucja podnosi wzrok i wlepia go w błękitne, szeroko otwarte oczy wychudzonej dziewczyny.

– Na litość Boską, co ty tu robisz? Wiesz, że nie możesz wychodzić.

– W domu śmierdzi – odpowiada Klara.

– To twoje urojenie. Nic tam nie śmierdzi.

– Robaki kazały mi wyjść – mówi, a potem z kieszeni spodni wyciąga małą karteczkę o postrzępionych krawędziach. – To lista zakupów. Znalazłam ją na stole. Wiem, że jest dla mnie.

– Cholera jasna, zapomniałam. Na Boga, Klara, wracaj do domu.

– Boga w to nie mieszaj.

– Nie rób scen – mówi Łucja, gdy widzi wciąż wydłużającą się kolejkę do kasy.

Ludzie sapią i prychają pozbawieni resztek zdrowej cierpliwości.

– Widziałam dziś pająka, który powiedział, że wszyscy ludzie na ziemi marzą, by być tym, kim nie są. Powiedział też, że zamknięta w czterech ścianach nigdy nie nauczę się latać.

Łucja siedzi na krześle obrotowym, a Klara stoi przed nią ubrana w długą koszulę nocną w czarne groszki. Na nogach ma skarpetki, a z lewej stopy wystaje przez przedziurawioną bawełnę duży palec. Ludzie z tyłu napierają, a pan w podkoszulku z włosami na torsie sapie, rozdając światu kłęby śmierdzącego oddechu.

Klara dobrze wie, że nie powinna wychodzić. Mama jej zabraniała. A nie powinno się robić rzeczy, których zabraniają rodzice. Jeśli mama mówi „nie podnoś z ziemi loda na patyku” – nie podnosisz z ziemi loda na patyku, nieważne jak cudownie i czekoladowo by wyglądał. Jeśli mówi „podziękuj cioci za prezent” – dziękujesz, nieważne, jak bardzo chciałabyś wsadzić jej tego szmacianego misia w tyłek.

Klara dobrze wie, że przynajmniej powinna była się ubrać. Powinna założyć spodnie i koszulkę, może nawet buty. Problem polegał na tym, że kiedy wychodziła, widziała na ulicy ludzi ubranych w takie same pidżamy i podziurawione skarpetki. Wszyscy spacerowali po nierównym asfalcie, niosąc w dłoniach napchane reklamówki z supermarketów. Z lodami, słodyczami i paczkami gigantycznych chipsów, szczerzyli się do siebie, uwalniając z ciał promyki wschodzącego w nich słońca. I Klara też tak chciała. Chciała być jak oni, jak ci Idealni, Nieskazitelni.

I Łucja po raz kolejny odejmowała dni ze swojego urlopu po to tylko, by odprowadzić Klarę do domu, by położyć ją do łóżka, a potem zamknąć drzwi pokoju na klucz, a klamkę w oknie zablokować łańcuchem i kłódką.

Jeśli mama mówi „nie wychodź z pokoju” – nie wychodzisz, nieważne, jak bardzo chce ci się siku i naprawdę potrzebujesz do toalety. Jeśli mama mówi „nie możesz wychodzić z domu” – nie wychodzisz, siedzisz w nim i gnijesz, powoli i nieświadomie zjadając własne myśli i tworząc na nowo świat na zewnątrz, którego w rzeczywistości nie ma. Ale ty przecież o tym nie wiesz.

– Twoja córka cię kiedyś wykończy – mówi gruba kobieta z przetłuszczającymi się włosami, ekspedientka z kasy obok. – Zwariujesz jak ona, a potem cię wyleją. Albo najpierw cię wyleją, a potem zwariujesz. Wszystko jedno.

– Żyję z nią dziewiętnaście lat. Mam wprawę – odpowiada Łucja. – I cierpliwość.

Grubaska przegryza kawałek bułki i kiełbasy krakowskiej, przeżuwa i ciamka, krusząc na wyblakły fartuch.

– Łucja, starzejesz się. Teraz to już nie to samo. Zmarnowałaś sobie życie, nie wysyłając tej wariatki do jakiegoś szpitala, nie wiem... do zakładu... albo w jakiekolwiek inne miejsce, gdzie mogłaby rozpowiadać ludziom, że widzi różowe słonie.

Słychać dźwięk rozdzieranej przez zęby kiełbasy i pociągnięcie nosa z towarzyszącym temu chrząknięciem. Grubaska połyka przetworzone mięso i wyciera tłuste ręce o kieszenie spodni.

– Tak, tak – mówi – ona jest kaleką. Taką psychiczną. O właśnie, jest psychiczną kaleką. Niedorozwojem. Wiesz, ma nierówno pod sufitem. – Patrzy jeszcze na ekran swojego telefonu z przyczepionym do niego plastikowym różowym trollem i dodaje: – To świr.

Ta kobieta była jedynie jednym z wielu dręczycieli, ludzi o kamiennych sercach, którzy każdego dnia przypominali Łucji o tym, że trzyma w domu osobę ciężko chorą, wariatkę, świra, niedorozwój. Albo kalekę. Przygłupa.

Każdego dnia dowiadywała się, że umrze następnego. Każdego dnia wszyscy zamieniali się nagle we wróżki i jasnowidzów z kryształowymi kulami. Wszyscy wiedzieli, co się stanie. Wszyscy w swoich wyobrażeniach budowali drogę, po której miała się stoczyć na samo dno Łucja Mars.

***

Łucja Mars była kobietą bardziej kościstą niż jej córka, wyglądała jak trup, jak szkielet z naciągniętą tkanką w kolorze starego wosku, jak żyjący twór przypominający człowieka z oczami osadzonymi głęboko w oczodołach i wąskim nosie, którego krawędź kości odbijała się ohydnie pod powierzchnią skóry, oraz rękami, które mogła objąć cienka gumka recepturka. Brzydota ta wynikała i z wyglądu, i z podejścia, które jak wiadomo potrafi zmienić obraz najdrobniejszej pierdoły, z jaką człowiek ma w życiu do czynienia. Bo można być brzydkim, kiedy takim się widzi niewidoczne powietrze. Można być brzydkim, kiedy chce się rzygać na widok własnego odbicia w lustrze.

Łucja Mars była kobietą nieszczęśliwą, była matką i żoną gnijących szczątek leżących gdzieś na cmentarzu Bródnowskim. Smutek, który w sobie nosiła, bywał czasem tak silny, że wypływał na zewnątrz, sprawiając, że na jej widok radośnie ćwierkające ptaszki miały ochotę popełnić samobójstwo.

Łucja Mars nie miała tej iskierki, która do odpowiedzi na pytanie „co u ciebie?” dodaje potrzebnego entuzjazmu, która sprawia, że „wszystko w porządku” brzmi prawdziwie.

U Łucji Mars nic nie było w porządku. Łucji Mars w życiu nie wyszło.

Trzeba uważać, używając słowa „depresja”. Istnieją dołki, gorsze dni, permanentna irytacja i złość, niekończący się smutek i wieczne niezadowololenie. Ale to nie depresja.

Depresja to choroba. Depresja jest czwartym najpoważniejszym problemem dzisiejszego świata. Depresja niszczy człowieka oraz ludzi, którzy są blisko niego. Depresja to pędzel, który maluje świat na szaro-czarno. Depresja to cierpienie.

Trzeba uważać, by nie nadużyć tego słowa. Trzeba dokładnie przemyśleć, zanalizować, przejść przez każdy detal, by stwierdzić, czy ktoś ma depresję.

Łucja Mars nie cierpiała na depresję, bo nie można cierpieć na coś, co jest zakorzenione, naturalne i oczywiste. Nie można cierpieć, gdy ból przestaje być bólem, a staje się ręką, nogą albo kichaniem alergika w obecności pyłków topoli.

Nie można cierpieć, gdy ból staje się oddechem.


4

– Wygoń Klarę z domu – mówią do Łucji kasjerzy z supermarketu. – Wywal ją na zbity pysk, niech sama szuka podobnych do niej pojebańców.

– Nie zna miasta – odpowiada Łucja. – I nie wie, jak korzystać z komunikacji miejskiej.

***

Klara nie wypuszczała się nigdy do centrum. Bała się klaksonów, które stawały się rykiem rozwścieczonych aut. Bała się rozmów, które tak samo jak wróble zataczały kręgi nad jej głową. Bała się ludzi ze szkaradnymi, posiniaczonymi twarzami, którzy szli tak szybko i wolno zarazem, i którzy zawsze wpatrywali się prosto w jej przerażone oczy.

Raz, kiedy miała piętnaście lat, uciekła spod sklepu spożywczego, podczas gdy jej matka wpakowywała do torebki butelki i puszki. Klara pobiegła do przystanku autobusowego. Nie biegła zwyczajnie, tylko mknęła między samochodami, bo wydawało jej się, że z tyłu nadciąga stado nosorożców. Przystanek znajdował się po drugiej strony ulicy i trzeba było przejść na światłach.

Jak można przechodzić na światłach, kiedy te migają, zamieniając się w ryczące róże i fiolety?

Klarę potrącił tylko jeden samochód. Pamiętała, że na masce narysowane miał kremowe bałwanki.

***

Każdy fantazjuje. Każdy ucieka w marzenia. Każdy odlatuje codziennie, choć na chwilę, jadąc autobusem albo gapiąc się przed siebie, obserwując rzeczywistość, której nie ma.

Trzy razy w tygodniu do Klary przychodzi pani Maria. Pulchna, okrągła bułeczka z twarzą w kształcie jabłka stuka obcasami na klatce schodowej. I Klara już wie, że nadchodzi Piekło.

Klara myślała, że gdyby piekło miało profil psychologiczny, gdyby mogło myśleć i być umysłem, byłoby takie jak Maria. Ona nie pojawiała się pod postacią gorącej lawy czy ognia. Ona przychodziła jako czyste zło, które jeśli jawi się regularnie, to znaczy trzy razy w tygodniu, może zamienić się w oczywistość. Klara przyzwyczaiła się, że Zło odwiedza jej dom, pokój i siada w poniedziałki, środy i piątki na chybotającym się krześle.

– A teraz porozmawiajmy – mówi Diabeł, zmuszając Klarę do konwersacji, która każdego dnia zmniejsza jej szansę na pójście do Nieba. – Co zrobiłaś w tym tygodniu?

Klara wbija wzrok w podłogę i czerwieni się. Miętoli w dłoni zasmarkaną chusteczkę, a palcami u nóg kreśli na dywanie kontury figur geometrycznych. Wygląda, jakby się bała, jakby wstydziła się przyznać, że w poprzednim tygodniu nie zrobiła nic, co zrobić powinna.

Po Klarze nie widać, że chciałaby panią Marię utopić we własnej wannie.

Nie wolno ci o tym myśleć, bo nie pójdziesz do Nieba.

– Co zrobiłaś? – powtarza Piekło, stukając długopisem o blat stołu.

I wtedy pająk w rogu sufitu zjeżdża na swojej pajęczynie, zatrzymując się przy Klarze, tuż koło jej ucha.

– Nie mów jej o nosorożcach ani ważkach – szepcze – i za cholerę nie wspominaj o supermarkecie.

Piekło przełyka głośno ślinę i zaczyna cmokać. To takie cmokanie z niezadowolenia.

– Obserwowałam ptaki – odpowiada Klara.

– I co te ptaki robiły? – pyta Piekło.

– Latały, a niektóre siedziały na gałęziach.

Klara czuje się jak mówiąca roślinka w „Teletubisiach”.

– A jak wyglądały te ptaki? – Klara widzi, jak pani Piekło zaczyna się żarzyć, a jej śmierdzące ciepło przenika powietrze w pokoju.

Boże, wiem, że to grzech, ale teraz muszę skłamać.

– Normalnie. Miały skrzydła i dzioby.

– I jakiego były koloru?

Kłam.

Klara spogląda w bok i widzi oczy pająka, który patrzy na nią tak wyraźnie i ostrzegawczo, jakby żałował, że nie może kierować jej ruchami warg, jakby żałował, że swoim pajęczym językiem nie może zastąpić jej wątłego, różowego, niezbyt produktywnego ozora.

Nawet pająk mówi, żeby skłamała.

– Brązowo-beżowego. I trochę białego. To chyba były wróble.

Pająk mówi, żeby wczuła się w rolę niedorozwiniętego dziecka.

– Och tak. To były wróbelki. Małe, ćwierkające, słodkie wróbelki – odpowiada Klara, szczerząc się sztucznie do pani Piekło.

Gruba kulka odchyla się na krześle, poprawiając gumkę w brunatnej spódnicy, po czym wyciąga z torebki skórzany notesik i zębami wyrywa skuwkę z długopisu. Na kartce pisze: „20 lipca – zwyczajne wróble”.

– Moje dziecko, czy widziałaś coś jeszcze?

Pająk szepcze, żeby zaczęła zmyślać, bo nie mogła przecież widzieć tylko kilku ptaków.

– Widziałam ludzi spacerujących przy ulicy. Oni też byli normalni.

– Co znaczy według ciebie słowo „normalni”?

Byli na zewnątrz i milczeli, nie tak jak ty, gruba dziwko.

– Spacerowali w tę i z powrotem. Mężczyźni mieli na sobie spodnie, kobiety spódnice albo szorty. Bo jest ciepło. Dlatego nikt nie miał na sobie kurtki. Ani wełnianego swetra.

– Tak, moje dziecko. Dzisiaj jest bardzo gorąco.

Piekło zapisuje w notesie: „faceci w spodniach”, a obok rysuje nieudaną podobiznę penisa.

– Czy możesz mi jeszcze opowiedzieć o mężczyznach, których widziałaś?

Klara ma ochotę powiedzieć, że paradowali po ulicy w koszulach nocnych, czasem w babcinych majtkach, ale nigdy w spodniach i marynarkach. Ma ochotę powiedzieć, że na nogach mieli podziurawione skarpetki, a nad ich głowami latały przerośnięte ważki.

Pająk znowu mówi, żeby kłamała.

– Nie rozumiem pytania – odpowiada Klara.

Maria przysuwa krzesło do Klary i nachyla się nad nią, zalewając jej chude ciało cuchnącym oddechem o aromacie zbliżonym do zapachu zgniłej ryby.

– Jak wyglądali? Czy byli piękni? Wysocy, potężni, umięśnieni? – pani Piekło zamyka oczy, przesuwając językiem po górnej wardze. Lewą dłonią dotyka obojczyka i zaczyna dyszeć.

– Niektórzy byli wysocy. I dobrze zbudowani – mówi Klara, obserwując jak dekolt pani Piekło i jej czoło stają się mokre i gorące. – Mieli obcisłe koszule i poluzowane krawaty.

Pająk wiszący nad uchem mówi, że dobrze jej idzie. Klara wie, że tak naprawdę wszystko to jego słowa.

Pani Piekło z zamkniętymi oczami gładzi się po karku i masuje kropelki potu spływające wzdłuż kołnierza, wprost do ohydnego, nieutwardzanego biustonosza, wprost do piersi, które zwisają w okolicach pępka.

Pająk mówi, że Klarze naprawdę dobrze idzie, bo pani Piekło właśnie gdzieś odpływa.

Maria oblizuje się, a potem bierze głęboki oddech i otwiera oczy. Prawą dłonią poprawia kołnierzyk koszuli, lewą przejeżdża po spódnicy, w dół, do kolan.

– Przesiadujesz w oknie całymi dniami i obserwujesz mężczyzn. O czym wtedy myślisz? – pyta, uśmiechając się do Klary niczym upośledzona przedszkolanka.

Myślę, że powinni zdjąć piżamy, bo jest ciepło.

– Myślę, że musi być im gorąco w garniturach.

Kąciki ust pani Piekło podnoszą się do góry, a na jej wargach znów pojawia się koniuszek języka. Przesycona erotyzmem, żądzą i desperacją wyobraża sobie nagie klatki piersiowe i umięśnione ramiona oblepione kropelkami potu. Jej grube ciało nigdy nie dostanie takiego luksusu. Wie, że fałdy tłuszczu zabrały jej szanse na zbliżenie z posągowym mężczyzną. Wie, że fałdy tłuszczu odebrały jej możliwość na dotknięcie mięśni zapracowanych biznesmenów, wybujałych muzyków i spoconych robotników.

Klara widzi, jak twarz pani Piekło zaczyna się zniekształcać. Jej oczy nabierają koloru czarnego i wylewają się z oczodołów. Jej nos staje się jednością z policzkami, wydłuża się i zgina, wtapiając się w skórę. Tak się dzieje za każdym razem, dlatego Klara ma ochotę utopić Panią Piekło we własnej wannie.

– Miałam kiedyś chłopaka – mówi Maria. – Przychodził do mnie każdego dnia i siedzieliśmy na kanapie, zlizując z siebie płynną czekoladę z bitą śmietaną.

– Znów zaczyna pierdolić – szepcze pająk i zwija się na pajęczynie z powrotem do sufitu.

– Gładził mnie po szyi i mogłabym przysiąc, że świat stawał w miejscu, a zegar z kukułką zawieszony na ścianie stawał razem z nim.

Klara czuje smród płynący z ciała pani Piekło. Smród i odór prawdziwego nieszczęścia. Jeśli żal i rozpacz miałyby zapach, pachniałyby tak jak pani Piekło.

O tym, że Maria miała kiedyś chłopaka, Klara słuchała od pierwszej wizyty, od 24 kwietnia 2008 roku. Minęły dwa lata.

– Miał piękne uszy. Duże i pojemne. Mogłabym je lizać bez końca, mogłabym zatapiać się w nich do nieprzytomności.

O tym Klara też już wiedziała.

Podczas wizyt nazywanych przez Łucję sesjami psychologicznymi pani Maria siadała zawsze naprzeciwko Klary i przez pierwsze kilka minut zadawała jej durne pytania o to, co robiła i o to, co robić powinna. Pytała też o składniki świata, sprawdzając wiedzę Klary na poziomie przedszkolnym.

Czy widziała zachód słońca i czy niebo na pewno jest niebieskie. Jak ubierają się ludzie, kiedy jest zimno. Czy wszyscy noszą czapki. Czy Klara wie, że nosorożce i słonie nie żyją w Polsce. Czy Klara wie, że ziemia jest okrągła, a zwierzęta nie mówią ludzkim głosem.

Na początku Klara płakała, wyrywała włosy z głowy i waliła pięściami w blat stołu. Czasem rzucała się na panią Piekło, krzycząc, że pluskwy i rybiki w jej domu kiedyś uduszą ją we śnie.

Po roku Klara zaczęła udawać.

Jesteś za bardzo ograniczona, żeby widzieć to, co ja widzę.

Ziemia jest okrągła, pani Mario, a kiedy jest zimno, ludzie powinni chodzić w czapkach.

Z początku wizyty trwały godzinę. Po piętnastu minutach pani Piekło wspominała o dawnym chłopaku.

Minęły dwa lata i Klara wie, że miał ciemne włosy, duże uszy, zwinny język, a kiedy się pocił, pani Piekło dostawała dreszczy.

– Był mężczyzną, o jakim marzą nastolatki. Był samcem, prawdziwym wojownikiem. Był moją alfą i omega, uosobieniem ideału.

Pani Maria tylko raz wspomniała, że jej facet był kierowcą ciężarówki.

Każda wizyta wyglądała tak, jakby była pierwszą. Podczas każdej wizyty pani Piekło zadawała te same pytania. Podczas każdej wizyty od nowa przedstawiała swojego byłego samca.

W życiu czasami tak się zdarza, że to lekarze wymagają leczenia.

Gdy twarz pani Piekło zmieniała się w szaro-burą plastelinę, Klara zaczynała się bać i to wtedy właśnie miała ochotę wsadzić spasłe poliki pod kran z wrzącą wodą. Wizja pani Piekło wierzgającej nogami i walącej rękami o krawędź wanny poprawiała Klarze humor.

Utopiłabym cię, ale wtedy Bóg mnie ukarze.

– Miał potężne ramiona i mógł mnie objąć jedną ręką – powtarza za każdym razem pani Maria.

Klara wyobrażała sobie tego faceta jako olbrzyma, który nie mieścił się w drzwiach i którego ręce naprawdę musiały być długie, skoro z taką łatwością obejmowały duże cielsko chodzącej na obcasach kulki.

Istnieje coś takiego jak psychologiczna interwencja w rodzinie. Według niej pani Piekło powinna starać się wzmocnić więzi rodzinne w zarobaczonym mieszkaniu na Saskiej Kępie, powinna zbliżyć do siebie Klarę i Łucję, pracować nad wyrażaniem emocji u tych dwóch wychudzonych, przerażająco niepokojących kobiet. Zamiast tego, opowiadała o zlizywaniu ze swojego faceta soku pomarańczowego i miąższu z mandarynek, o wkładaniu języka w jego duże ucho i rąk pod rozporek skórzanych spodni.

W życiu czasami tak się zdarza, że to lekarze wymagają leczenia.

– Nie możesz mówić matce o naszych rozmowach – mówi pani Piekło. – One są ściśle tajne.

I Klara zastanawiała się, czy jej matkę naprawdę interesowałyby rozbebłane owoce na ciele jakiegoś wielkoluda.

Pająk zawsze powtarza, że nie należy śmiać się z ułomności innych, że trzeba zachować powagę i wczuć się w sytuację drugiej, smutnej i żałosnej osoby. Pająk mówi, że ludziom się tylko wydaje, że są odporni na opinie świata. Tak naprawdę to wchłaniają każdą literę, sylabę, każdy najgorszy element wychodzący z ust kolegi, szefa, brata, sąsiada, pani ze sklepu spożywczego i listonosza.

Pająk mówi, że ludzie są jak gąbki.

– Stan Klary ulega poprawie. Czasem tylko widzi różne, dziwne rzeczy, ale mogę ze spokojem stwierdzić, że wszystko idzie w dobrym kierunku – mówi pani Maria w kuchni, gdzie przy stole nad szklanką z mlekiem siedzi Łucja.

Matka Klary patrzy pusto na stos talerzy gnijących w zlewie i obojętnie odpowiada, że się cieszy. I że dziękuje.

– To moja praca. Robię to, co robić powinnam. I proszę mi uwierzyć, daje mi ona dużo satysfakcji. Przyjdę w środę.

I Łucja nie ma pojęcia, że pani Piekło już myśli o kolejnych opowieściach erotycznych, o macaniu, lizaniu i spaniu ze swoim byłym facetem. Łucja tego nie wie. Klara wie, ale ma nadzieję, że do następnej wizyty panią Piekło zjedzą karaluchy i rybiki.

Pająk mówi, że nadzieja matką głupich, ale matka kocha swoje dzieci. Klara wtedy odpowiada, że z jej matką jest chyba coś nie tak.


5

Noc ciągnie się w nieskończoność, gdy człowiek nie śpi, ale skraca się do chwili, gdy głowa pęka od snów.

Ściany zdawały się być zimne, tak lodowate, że gdyby je dotknąć, ręka odskoczyłaby porażona impulsem chłodu. Choć Klara znajdowała się na łóżku, to wiedziała, że były zimne. Klęczała ze wsadzonymi pod tyłek nogami, otoczona przez ściany, które postawione w kwadracie czyniły z pokoju małe więzienie.

Żarówka w żyrandolu zaczęła się przepalać. Migała, wydając z siebie ten irytujący dźwięk źle zepsutego urządzenia.

Zamknięte okno, zamknięte drzwi, martwe przedmioty i zapalona lampka nocna, której żarówka nie przepalała się nigdy. Jakby była nieśmiertelna.

Pościel na łóżku przypominała krzaki cierniowe, które niewidzialnymi ostrzami mogłyby przeciąć ludzką skórę, a wtedy spod jej powierzchni popłynęłyby krople krwi. Jednak Klara siedziała ostrożnie i nieruchomo, więc nie krwawiła. Wpatrywała się w okno i ciemność rozciągającą się za nim, bo tamtej nocy nawet księżyc przygasał i tak jak żarówka świecił się wypalającym, zepsutym światłem.

Jej plecy wyprostowane były idealnie, kręgi nie drgały i nie przesuwały się w przód ani w tył. Dłonie złożone miała na kolanach, a kościste palce splotła w uścisku, takim, jaki układa się trupom, gdy te leżą w trumnie.

Nagle usłyszała stukanie. Niegłośne, lecz wyraźne jednostajne stukanie.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Boże, co to?

Gdyby nie zepsuta żarówka, w mieszkaniu byłoby cicho. Byłoby głucho i martwo, tak jak w jej pokoju. Tylko to stukanie. To cholerne, wkurwiające stukanie.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk. Nie przestawało.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Klara westchnęła.

Boże, cokolwiek to jest, spraw, aby ustało.

Zamknęła oczy. Miała nadzieje, że stukanie zleje się z odgłosem przepalanej żarówki, ale ono ją pokonało, bo było głośniejsze. Teraz dźwięk żarówki zniknął pochłonięty przez lodowate ściany pokoju.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

– Cholera jasna – mruknęła, wyciągając nogi spod pośladków. Schodząc z łóżka, rozcięła sobie łydkę, z której zaczęła płynąć krew.

Tylko, że krwi nigdzie nie było. Tak jak łydka nigdy nie została zraniona.

Klara jednak krwawiła, na swój własny, niepowtarzalny sposób.

Boże, tylko nie to. Nie chce mi się iść do łazienki, żeby zmyć to cholerstwo.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Klara przystanęła obok łóżka, wpatrując się w pajęczynę zawieszoną w rogu, pod sufitem. Pająk pewnie dawno poszedł spać. Na pewno.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Czuła, jak ogarnia ją irytacja, ogromna irytacja spowodowana dźwiękiem, którego źródła nie potrafiła odnaleźć. Tak to jest, że człowiek się wkurwia, gdy nie wie, skąd dochodzi coś, przez co nie może spać.

Chłód ścian sprawiał, że Klara najchętniej zostałaby na środku pokoju i usiadła z powrotem na łóżku. Ale coś stukało.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Zepsuta żarówka majaczyła, prawa łydka krwawiła, a w dodatku przekręcając głowę, Klara strzyknęła kręgami szyjnymi tak, że te wydały z siebie odgłos łamanych kości.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Deszczowe chmury zbliżały się do księżyca. Korony drzew nie kołysały się poruszane podmuchami wiatru, bo ten wcale nie wiał, dlatego następny dzień mógł okazać się pochmurny. Jak na razie nic nie mogło przepchnąć czarno-szarych kłębów skondensowanej pary wodnej.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Boże, dlaczego nie mogę krwawić w zwykłym świętym spokoju?

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Klara westchnęła po raz drugi i szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi. Mieszkanie na Saskiej Kępie jest małe, więc od razu znalazła się w drugim pokoju. W nim ściany wydawały się być cieplejsze, jakby niewidzialne kaloryfery grzały je od wewnątrz. Żyrandol pod sufitem palił się jasnym, domowym światłem, oświetlając fotel i kanapę o staroświeckich zgniłobrązowych obiciach. Pod oknem stał mały, drewniany stolik, a na nim stary telewizor w czarnej obudowie z zakurzonym ekranem. Wyświetlał obraz, ten, który pojawia się, gdy wszystkie kanały przestaną nadawać, czyli tysiące spacerujących mrówek albo, jak kto woli, ciemne drobne wzorki migające na bladoniebieskim tle. Włączone w tym pokoju były tylko telewizor i żyrandol, ale to nie one stukały. Na kanapie, śmierdzącej od brudu gnieżdżącego się na niej od miesięcy, siedziała matka Klary. Ubrana w białą koszulę nocną, z zaczesanymi do tyłu włosami patrzyła się pusto w ekran czarnego pudła. Przed kanapą stał stołek. To właśnie w ten stołek lewą stopą uderzała Łucja Mars.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Klara chciała powrócić do zimna swojej samotni. Tu było za ciepło.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Matka kościstymi dłońmi bawiła się kosmykiem suchych włosów. I wtedy Klara pomyślała, że tak łatwo mogłaby podejść i wyrwać jej te włosy z całej kościstej głowy. Ale tego nie zrobiła. Stała tylko, opierając się o framugę, i czuła kroczki malutkich insektów chodzących po jej ramieniu. Robactwo zeszło z drzwi.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Prawa łydka wciąż krwawiła.

Lewa stopa matki stukała o stołek. Nudno, jednostajnie, irytująco.

– Mogłabyś przestać? – spytała w końcu, krzyżując ręce na piersi.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

– Mamo!

Łucja przestała bawić się włosami w momencie, kiedy wsadzała je sobie do ust.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Klara wbiła oś kręgosłupa we framugę drzwi. Robaki zaczęły włazić jej pod koszulę nocną.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Wbijała się coraz mocniej, a nieostra krawędź niewidzialnie przecinała skórę kościstego ciała. Klara zacisnęła zęby, zgrzytając nimi na boki, a kciuki obu dłoni wsadziła pod długie palce. Dyszała wkurwiona. Dyszała, a cienkie linki trzymające nerwy zaczęły się przerywać.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

– Przestań, do cholery! – krzyknęła, a potem podeszła bliżej do kanapy i słysząc jeszcze stukanie, zatrzymała się przy matce, sapiąc niczym dorosły byk na arenie w Hiszpanii.

Łucja nie oderwała wzroku od mrówek skaczących po ekranie. Mrugnęła tylko cienkimi, przerzedzonymi rzęsami, które czasem wypadały, zsuwając się na policzki. Ciepło ścian zdawało się przenikać do jej ciała, bo było ono zaczerwienione, a jej koścista twarz pokryła się rumieńcem.

W końcu stukanie ustało.

Było cicho. I błogo, tak błogo, jak pragnęła tego Klara. Tylko dźwięk zepsutej żarówki dobiegał z pokoju obok, ale on się nie liczył.

W salonie było cicho.

Łucja nie stukała. Klara wróciła do pokoju i usiadła z powrotem na ciernistym łóżku, wsadzając nogi pod tyłek. Zimno przenikało na wskroś jej ciało, zdawało się ochładzać duszę, sprawiało, że kościste palce drętwiały jak po wystawieniu na dwudziestostopniowy mróz. Klara kiwała się lekko w przód i w tył. Żarówka darła się sztucznym, zepsutym krzykiem, ale ten dźwięk wtopił się w ciszę, którą teraz cieszyła się Klara. Cicho, błogo, cudownie. Tak powinny wyglądać wszystkie noce. Powinny być spokojne, żeby człowiek miał czas pomyśleć nad wszystkim, żeby mógł splunąć na chłam świata i odwrócić się do ściany – najprzyjemniejszego widoku dnia.

Boże, a może to nieprawda co mówią o samozwańczych wisielcach, narkomanach, topielcach na życzenie i tych wszystkich, którzy wsadzają sobie pistolet w usta? Może oni też mogą iść do Nieba. Bo to chyba nie jest tak, że Ty ich potępiasz automatycznie.

Pikacze w supermarkecie pragnęły żyć bardziej niż Klara.

Człowiek otwiera oczy, spogląda przed siebie i nie wie, co widzi. Można patrzeć na ramkę do zdjęć, która stoi na tej samej półce od siedmiu lat, można oglądać tapetę w wyblakłe wzory, tę samą co zawsze, i złapać się na tym, że nie dba się o nic, o jedzenie, picie czy wysikanie się w kiblu, można złapać się na tym, że to jest wszystko jedno.

Boże, przecież wiesz, ile dla mnie znaczysz. Codziennie z Tobą rozmawiam, czasem nawet myślę, że aż za często. Ale to wszystko dla Ciebie.

Ja jestem Ci najwierniejsza, więc... gdybym tak się zabiła, nie przyjąłbyś mnie do siebie?

Bóg nie odpowiedział. On nigdy nie odpowiadał, jakby w tym samym czasie musiał wysłuchiwać milionów innych niedoszłych samobójców. Klara podejrzewała, że tych, którzy pragną się zabić, nie słuchał w ogóle.

Pewnie słyszał, ale nigdy nie słuchał.

Słuchał ofiar powodzi i huraganów, chorych na raka i wszystkich pozostałych, w których z jakiegoś powodu obudziła się ogromna, ponadprzeciętna chęć do życia.

Boże, dałeś mi życie, ale problem polega na tym, że ono mi się wcale nie podoba.

Klara chciała po prostu posiedzieć na łóżku i pokiwać się w przód i w tył ze wsadzonymi pod tyłek nogami.

Było cicho jedynie przez chwilę.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Kurwa.

Zamknęła oczy i zaczęła się kiwać szybciej, intensywniej. Zacisnęła wargi, zmrużyła powieki i próbowała wmówić uszom, że te nie słyszą żadnego stukania.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Kurwa, Boże, niech ona przestanie stukać.

Stukanie nie ustało. Matka Klary siedziała zapewne w tej samej pozycji, waląc nogą o drewniany stołek. A po ekranie chodziły robaki. Na nim zresztą też.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

W myślach Klara widziała siebie z nożem kuchennym o szerokiej rękojeści, dopiero co zaostrzonym do krojenia kurczaka. Nóż tkwiłby spokojnie w kościstej dłoni, odbijałby piękno sztucznego światła.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Robią tak na filmach. Ciach, ciach i można zabić człowieka. Tak zrobiła pani Bates. I jedynym problemem było wytarcie krwi spod prysznica. Dźgała trochę nieostrożnie, bo krew bryzgała na wszystkie strony. Ale gdy się kogoś zabija, to chyba nie chodzi o to, aby było czysto.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Łucja wciąż siedziała na kanapie, patrząc w zarobaczony ekran, i kopała nogą w drewniany stołek.

Klara wyobraziła sobie, że wstaje, zostawia cierniste łóżko i zimne ściany, a potem idzie do pokoju i nożem do kurczaka tnie matkę, zabija ją szybko, tak szybko jak Norman Bates zabił swoją. Łucję wyrzuciłaby pewnie na śmietnik, bo usadzenie jej na wózku inwalidzkim zajęłoby za dużo czasu. Może by ją spaliła. Jest tyle możliwości. Na pewno więcej niż oferuje kino.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Trzeba znać granicę swojej cierpliwości. Trzeba wiedzieć, kiedy żyłka pierdząca pęknie i na zewnątrz wyleje się cała ta nienawiść.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Boże, zrób coś, a wiem, że możesz, żeby w tym domu znowu było cicho, żeby stukanie odeszło, żeby ona się zamknęła.

A drugi głos w jej głowie, który brzmiał identycznie jak pierwszy, odpowiedział: Przecież ona siedzi cicho.

Klarze wydawało się na początku, że to sam Bóg, ale przecież Bóg musi mieć inny głos. Niski, męski.

Tak, ale stuka. Widziałam sama, jak lewą nogą stuka w ten pieprzony stołek.

Ściany powinny być grubsze, powinny być dźwiękoszczelne, powinny odgradzać te dwa światy jednego mieszkania. Klara uważała też, że powinny być cieplejsze.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

Wstała z łóżka, tym razem też nie ocierając się o ciernie, i ruszyła ku gorącemu pokojowi, do mrówek w telewizorze, a przede wszystkim do matki, która waliła nogą w stołek niczym znudzony humanista na wykładzie z fizyki jądrowej. Łucja stukała lewą stopą, a jej gałki oczne podrygiwały prawie tak szybko jak robaki na ekranie. Oczy drgały, jakby chciały pójść spać, ale coś mówiło im, że muszą oglądać świecący obraz, że muszą patrzeć na niego przez całą smutną wieczność.

Stuk, dwie sekundy, stuk, dwie sekundy, stuk.

– Chcesz mnie wyprowadzić z równowagi – powiedziała Klara. – Chcesz, żebym postradała zmysły i stała się wariatką, jak ty, niezrównoważonym psychicznie, zmęczonym odwłokiem ludzkiej postaci. Chcesz, żebym wyszła, zaczęła latać z ważkami i już więcej nie wróciła? A może chcesz, żeby zdeptało mnie stado nosorożców?

Łucja odkręciła głowę, zatrzymując podrygujące powieki na Klarze.

– Wyjdź – powiedziała, stukając nogą w stołek.

Stuk, stuk, stuk.

– Nie wyjdę, dopóki stukasz.

Stuk, stuk, stuk. Łucja zaczęła walić nogą w stołek szybciej i głośniej. Stukanie rozeszło się po mieszkaniu, teraz przenikało ścianę kuchni i kibla, przeszkadzało rybikom.

Nóż jest przy zlewie. Jest blisko.

Stuk, stuk, stuk. Łucja przekręciła głowę z powrotem w kierunku telewizora. Stukała.

Boże, to będzie złe. To jest złe. Samo myślenie o tym jest już złe.

Stuk, stuk, stuk.

Klara zaczęła dyszeć, strzelając palcami obu dłoni.

Boże, jak ja jej nienawidzę.

To stukanie rozsadzało jej mózg, było jak setki krasnoludków walących kilofami w ściany umysłowej kopalni Klary, było jak wiercenie młota pneumatycznego trzymanego przez rozwścieczonego budowlańca.

Stuk, stuk, stuk.

Łucja stukała szybciej, a jej gałki oczne zaczęły podrygiwać jak szalone. Wyglądało to tak, jakby podłączyli ją do krzesła elektrycznego w jakimś więzieniu w Teksasie.

Stuk, stuk, stuk.

Klara traciła cierpliwość.

To okropne uczucie, kiedy masz ochotę kogoś zabić, ale wiesz przecież, że nie powinieneś.

Nad czym się zastanawiasz? Nóż jest w kuchni, a to niedaleko.

Stuk, stuk, stuk.

Obok drzwi, po prawej stronie, wisiał obraz przedstawiający pusty, czarny wazon, przed którym leżały dwa jabłka. I ten obraz był brzydki.

Stuk, stuk, stuk.

Klara podeszła do niego bliżej, a potem zdjęła go ze ściany i cisnęła nim w matkę. Wazon z jabłkami trafił Łucję w jej kościstą twarz i podrygujące powieki. Stukanie ustało. Klara bez słowa wróciła na łóżko, zabierając ze sobą trochę ciepła z salonowych ścian. Usiadła na cierniach i powróciła do kiwania. Jej ciało nachylało się i odginało, a księżyc za oknem wydawał się być przygnębiony. Świecił mizernym światłem, takim jak w pokoju świeciła zepsuta żarówka. Żarzyła się ostatkiem sił, wydając z siebie ten odgłos umierającego urządzenia. Ale to Klarze nie przeszkadzało. Najważniejsze, że znów było cicho.

To męczące kiwać się na łóżku przez całą noc. Czas iść spać.

Klara zgasiła umierającą lampkę i wsunęła nogi pod kołdrę. Nagle ciernie zniknęły i leżała teraz na miękkiej pościeli z głową opartą na poduszce. Księżyc dogasał, ale Klara już go nie widziała. Patrzyła na ścianę – białą, lodowatą ścianę. Zamknęła oczy i kazała pamięci wyczyścić z archiwum kolejny dzień. Wsadziła sobie prawego kciuka do ust i podkuliła kolana.

Ach śpij, kochanie.

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz.

Czego pragniesz, daj mi znać,

Ja ci wszystko mogę dać.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.