Piaski miłości - Jolanta Wesołowska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 621 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piaski miłości - Jolanta Wesołowska

Czasem los płata nam figla i to, co miało być zmianą na pół roku, przynosi zmianę na całe życie.

 

Anna Reed, dwudziestosześcioletnia samotna dziewczyna, marzy o zmianie swego życia. Przypadek sprawia, że zostaje kucharzem amerykańskiej wyprawy archeologicznej. Wraz z grupą odkrywców na pół roku udaje się do Syrii. Rozpoczynają się prace wykopaliskowe, a młodziutka kucharka wdaje się w romans ze Stevem – profesorem historii.

 

Tymczasem działaniami naukowców zaczyna żywo interesować się syryjski książę Said El Dżajad. Przybywa do obozu i od pierwszego spojrzenia zakochuje się w Annie. Robi wszystko, aby przypodobać się Amerykance, jednak ta unika księcia. Broni się przed niechcianą miłością, ponieważ boi się Araba.

 

W trakcie wycieczki do Aleppo starsza kobieta wróżąc z reki przepowiada dziewczynie wielką miłość. Widzi dwóch konkurentów, lecz Anna przeznaczona jest tylko jednemu z nich…

Opinie o ebooku Piaski miłości - Jolanta Wesołowska

Fragment ebooka Piaski miłości - Jolanta Wesołowska

Jolanta Wesołowska

PIASKI MIŁOŚCI

Section0001

Anna Reed była szefową kuchni w niewielkim domu wczasowym Pod Świerkiem, znajdującym się w górskim miasteczku o nazwie Asheville. W wieku siedemnastu lat została sierotą. Wiadomość o tragicznej śmierci bliskich dotarła do Anny, kiedy odbywała półroczną praktykę w jednym z renomowanych hoteli na południu Francji. W jednej chwili straciła wspaniałych przyjaciół, jakimi byli dla niej rodzice, jak również młodszego, czasem nieznośnego, lecz kochanego braciszka. Jedynym krewnym, jaki jej pozostał, był przyrodni brat ojca, Edgar Patton, nielubiany w rodzinie. To właśnie jemu sąd powierzył opiekę nad sierotą. Stryj niechętnie przygarnął Annę pod swój dach. Nie był pewny, czy poradzi sobie z wychowywaniem nieznanej mu bliżej krewnej. Nastolatce brakowało ciepła rodzinnego. Własne problemy starała się rozwiązywać sama; nie mogła liczyć na pomoc zimnego, egoistycznego człowieka, który nieraz dał jej do zrozumienia, że jej nie lubi. Chłód stryja i brak miłości sprawiały, że Anna stawała się silna i samodzielna. Chociaż w nowym domu miała przyjaciół w osobach Toma i Sary, dzieci stryja, oraz ciotki Lili, to jednak po każdym skończonym z wyróżnieniem semestrze niechętnie wracała w te strony.

Mijały lata, Anna ukończyła uczelnię jako jedna z najlepszych studentek, uzyskując tytuł kuchmistrza dietetyka, i rozpoczęła pracę w domu wczasowym stryja. Tom i Sara usamodzielnili się, wyjechali do innych stanów, by rozpocząć nowe życie i tym samym oddalić się od oschłego ojca. Wkrótce zmarła ciotka Lili. Stryj po jej nagłej śmierci stał się złośliwy, nieprzyjemny dla pracowników, łatwo wpadał w złość. Często zamykał się w pokoju z butelką brandy, zapominając o swych obowiązkach. W końcu miał go kto zastępować. Anna zajmowała się zaopatrzeniem, układaniem jadłospisów, przygotowywaniem wymyślnych, smakowitych potraw, aby przyciągnąć jak najwięcej turystów. W domu wypoczynkowym Pod Świerkiem elita z wielkich miast oraz stali bywalcy rezerwowali pokoje, by po posiłkach udawać się w wyższe partie gór i szusować na nartach. Bratanica ciężko pracowała, a stryj zarabiał, nie bardzo interesując się własnym biznesem.

Minął kolejny rok, a Anna, zgrabna niebieskooka blondynka średniego wzrostu, czuła się coraz bardziej samotna, niepotrzebna, niekochana. Skończyła dwadzieścia sześć lat i jedyne, co miała, to znajomych pracowników i stryja, który nie darzył ją sympatią. Pustkę wypełniała pracą. Chciała wyjechać, zamieszkać gdzie indziej. Udać się na zasłużony urlop, przeżyć niezapomnianą przygodę albo odkryć coś niezwykłego. Większość jej koleżanek ze studiów znalazła swój cel w życiu, wyszła za mąż, ma dzieci i swoje miejsce na ziemi. Dla Anny czas stanął w miejscu. Nie spoczywała jednak na laurach. Od trzech lat w tajemnicy przed wszystkimi zbierała pieniądze na wyjazd. Za rok, może dwa zostawi to miejsce, znajdzie pracę w renomowanym hotelu i zacznie nowe, zupełnie inne życie.

Była połowa lutego, sezon narciarski w pełni, a ona już tęskniła za wiosną, zieloną trawą i rabatkami pełnymi wielobarwnych kwiatów, słońcem i piaszczystą plażą.

Trzy dni w tygodniu stołówka była przepełniona. Już w piątek zjeżdżali narciarze, by w niedzielne popołudnie opuścić góry i powrócić do swych domów. W środku tygodnia tylko przygodni turyści wstępowali na posiłek. Właśnie w takie środowe późne popołu­dnie trzech mężczyzn zaparkowało samochód na zaśnieżonym parkingu przed budynkiem domu wczasowego i weszło do środka, by przeczekać śnieżną burzę. Tego dnia Anna zastępowała chorą kelnerkę.

– Przepraszam – zwrócił się do niej starszy brunet o siwych skroniach. – Czy możemy tu przeczekać śnieżną burzę?

– Ależ proszę – uśmiechnęła się.

– Dziękujemy.

Panowie zdjęli zimowe kurtki i usiedli przy stoliku niedaleko drzwi. Zajęli się rozmową. Anna spojrzała w ich stronę. „Muszą być z wielkiego miasta” – pomyślała. „Tacy eleganccy, gładko ogoleni, oprócz przystojnego szatyna z wąsikiem. Wełniane swetry, markowe sztruksy, drogie skórzane buty. Pewnie dobrze zarabiają”.

– Czy możemy prosić o herbatę z cytryną? – spytał szatyn z wąsikiem.

– Dla wszystkich? – wolała się upewnić.

– Tak, dla wszystkich.

Zniknęła w drzwiach prowadzących na zaplecze i włączyła elektryczny czajnik pełen wody. To miejsce służyło tylko do przygotowywania kawy, herbaty i innych gorących napojów. Kuchnia znajdowała się za zapleczem. Kiedy Anna stawiała filiżanki z wrzątkiem na stoliku, przy którym siedzieli mężczyźni, czuła, że jest obserwowana przez szatyna z wąsikiem.

– A czy możemy zjeść coś ciepłego? – spytał. – Jeśli nie sprawiłoby to kłopotu... – spojrzał na zegarek. – Coś szybkiego?

– Może zostało coś z obiadu? – dodał blondyn.

– Pora obiadu dawno minęła – zastanowiła się. – Ale sprawdzę, może coś zostało.

– Byle to było jadalne – roześmiał się brunet.

Kobieta zniknęła na zapleczu. Przeszła do kuchni i zajrzała do garnków. Rozciapane ziemniaki, po rosole zostały tylko tłuszcz i warzywa, personel kończył jeść makaron. „Przygotować coś szybkiego? Szybko to można zrobić kanapki” – pomyślała. Zajrzała do lodówki. Rzuciła okiem na półki pełne puszek. Już miała pomysł na jedno danie, jednak przedtem musiała spytać klientów, co sądzą o takim zestawie. Powróciła na salę.

– Czy panowie lubią parówki i zielony groszek?

– Jadamy takie rzeczy – potwierdził niepewnie brunet.

– Wracam za piętnaście minut – uśmiechnęła się.

Mężczyźni popatrzyli po sobie, zastanawiając się, co można zrobić w piętnaście minut z groszku i parówek. Czy to będzie jadalne?

Tymczasem Anna zabrała się za gotowanie. Otworzyła puszkę zielonego groszku, pokroiła w talarki cztery wieprzowe parówki, z garnka po rosole wyjęła ugotowaną marchewkę i pietruszkę. Starła warzywa na grubej tarce, całość wymieszała z sosem pomidorowym, zagotowała, doprawiła solą, pieprzem, czosnkiem. Po piętnastu minutach danie było gotowe. „Ciekawe, czy będzie smakować turystom?” – zastanowiła się. Zaniosła gościom półmisek z chlebem, talerze i sztućce. Kiedy rozkładała je na białym obrusie, panowie nie przerwali swojej rozmowy.

– ...mamy już sprzęt i trzech archeologów – wyliczał brunet. – Moja siostra będzie naszym osobistym lekarzem. Ordynator podpisał zgodę na jej półroczny bezpłatny urlop.

– No to dwudziestego lutego bez przeszkód możemy wyjeżdżać – powiedział szatyn.

Anna wróciła do kuchni po wazę z gorącym daniem.

– Smakowicie pachnie – blondyn pociągnął nosem. – Jak nazywa się to danie?

– Parówki z groszkiem w sosie pomidorowym.

– A krótsza nazwa?

– Krótszej nazwy jeszcze nie wymyśliłam. Życzę smacznego.

Odeszła na bok i usiadła na stołku za barem. Była ciekawa, czy gościom będzie smakować wymyślone na poczekaniu danie. Panowie ostrożnie, po jednej łyżce wazowej, nałożyli gorące danie na talerze. Anna z niecierpliwością czekała na ich reakcje. Pierwsza łyżka do ust, potem następna. Pokiwali głowami z aprobatą. Odetchnęła z ulgą. Danie posmakowało im. Mężczyźni, posilając się, kontynuowali rozmowę.

– Zapomnieliśmy o najważniejszym – przypomniał blondyn. – O kucharzu.

– Faktycznie – zaskoczył brunet. – John złamał nogę.

– Mamy dziesięć dni na zatrudnienie kucharza – szatyn zamyślił się. – Powiedzcie mi, gdzie w tak krótkim czasie znaleźć człowieka, który rzuci wszystko i na pół roku wyjedzie z kraju?

Panowie sięgnęli po dokładkę. Anna była z siebie dumna. Teraz spokojnie mogła wystawić rachunek. Kiedy goście odstawili puste talerze, podeszła do ich stolika.

– Czy smakowało panom? – spytała.

– Wyśmienite danie – pochwalił szatyn. – Proszę podziękować kucharzowi... Albo nie – zastanowił się. – Sam chciałbym mu podziękować i poprosić o przepis. Czy mogłaby pani go tu poprosić?

– Kucharz... to ja – przyznała się.

Panowie najwyraźniej nie zrozumieli tego, co powiedziała, bo patrzyli na nią wyczekująco.

– To ja przygotowałam to danie – potwierdziła.

– Doprawdy? – szatyn uśmiechnął się. – To pani jest tu jednocześnie kelnerem i kucharzem?

– Tak naprawdę jestem tutaj szefem kuchni, ale kiedy zajdzie potrzeba, staję się kelnerką, barmanką, pokojową, zaopatrzeniowcem, a nawet odśnieżam schody.

– Takiej osoby nam potrzeba – powiedział blondyn.

– Do czego? – nie zrozumiała. Popatrzyła na nich. Uśmiechali się tajemniczo. Pomyślała, że żartują z niej albo chcą ją do czegoś wykorzystać.

– Co ty na to, Paul? – brunet zwrócił się do szatyna.

– Spytać nie zaszkodzi.

Kobieta poczuła się nieswojo. Wprawdzie słyszała część ich rozmowy, ale nie bardzo wiedziała, o co chodzi.

– Czy ma pani chwilę? – spytał brunet.

– Mam – odpowiedziała niepewnie.

– Proszę siadać.

Brunet ustąpił jej miejsca, a sam usiadł na krześle, które zabrał z sąsiedniego stolika. Anna nieśmiało spoczęła na skraju krzesła. Trochę obawiała się nieznajomych, ale co szkodzi porozmawiać? Nie wyglądali na przestępców.

– To jest tak – zaczął brunet. – Jesteśmy archeologami, szukamy zaginionych cywilizacji. Wybieramy się na pół roku do Syrii. Mamy już cała grupę, ale nasz kucharz złamał wczoraj nogę. Zachciało mu się przed wyjazdem pojeździć na nartach. Do wyjazdu zostało dziesięć dni. W ciągu tygodnia musimy znaleźć kucharza. Może pani z nami pojedzie?

– Panowie ze mnie żartują...

– Ależ skąd – zaprzeczył brunet. – Chyba że coś stoi na przeszkodzie? Małe dzieci, zazdrosny mąż...

– Nie mam męża.

– No, to dobrze się składa – podchwycił blondyn.

– Ale czy to nie jest trochę dziwne – zaczęła głośno się zastanawiać – żeby proponować wyjazd na tak długi czas przypadkowo poznanej osobie?

– Słuszna uwaga – przyznał szatyn. – Obcy faceci namawiają ładną dziewczynę, żeby wyjechała z nimi do Syrii.

– Jakieś kłopoty, Anno? – podszedł do nich starszy łysiejący mężczyzna w granatowym dresie, mający nieprzyjemny wyraz twarzy.

– Nie, stryju – zaprzeczyła. – Wszystko w porządku.

– No to nie gadaj, weź zapłatę, zabierz brudne naczynia i do roboty. Nie płacę ci za flirtowanie z turystami – odszedł dwa kroki. – Chyba że chcesz złapać męża.

Stryj odszedł. Anna czuła, jak jej policzki robią się czerwone. Została upokorzona. Cały stryj – uwielbiał zawstydzać ją przy gościach.

Podniosła się z krzesła.

– Zdaje się, że stryj nie traktuje pani jak rodziny – zauważył brunet.

– To prawda. Jestem dla niego ciężarem – położyła rachunek na stoliku. – Gdybym wiedziała, że już jutro znajdę dobrą pracę, wyrwałabym się stąd.

– To proszę zostać naszym kucharzem – nalegał blondyn.

– Panowie mówią poważnie, czy robią mnie w balona?

– Ależ skąd – szatyn wstał z krzesła. – Powinniśmy się przedstawić. Jestem – wskazał na siebie – profesor Paul Bateman. To mój asystent – wskazał na młodego blondyna – Steve Harold, z zamiłowania historyk archeologii i architektury starożytnej. I mój przyjaciel Mark Durell, profesor antropologii. Ja i Steve wykładamy na uniwersytecie w Atlancie. A pani, jak usłyszeliśmy, ma na imię Anna.

– Tak, nazywam się Anna Reed.

– No to już się znamy i możemy spokojnie usiąść i dokończyć rozmowę.

Anna spojrzała w stronę zaplecza. Co będzie, jak stryj tu zajrzy? Czeka ją kolejne upokorzenie?

– Proszę nie martwić się o stryja. Jak tu przyjdzie, to z nim też sobie porozmawiamy.

Kobieta wahała się. Spojrzała na profesora Batemana, zerknęła jeszcze raz w stronę zaplecza, po czym usiadła.

– To na czym skończyliśmy? – Bateman zastanowił się. – Ach tak. Mark w jednej ze starych ksiąg znalazł zniszczoną mapę miasta, które jakieś dwieście lat temu znikło z powierzchni ziemi. Chcemy dociec, co tak naprawdę się z nim stało.

– Zaginione miasto? – zastanowiła się.

– Tak – potwierdził profesor. – W porozumieniu z władzami Syrii i tamtejszym muzeum postanowiliśmy odnaleźć ruiny miasta i zbadać przyczynę jego zniknięcia. Miejsce znajduje się niedaleko granicy syryjsko-tureckiej. Bilety już zarezerwowane. A kucharz jest niezbędny, abyśmy nie pomarli z głodu.

– A ile osób liczy wyprawa? – zaciekawiła się.

– Z kucharzem szesnaście – poinformował Steve.

– Tak mało?

– Drugą grupę utworzą Syryjczycy. Będzie liczyła około dziesięciu osób. Oni jedzą co innego, więc będą mieli swojego kucharza – powiedział Bateman. – I jak? Chce pani z nami jechać?

– To dość kusząca propozycja – przyznała. – Warto się nad nią zastanowić.

– Byle nie za długo – wtrącił Durell.

– Jeszcze leniuchujesz?! – stryj ponownie podszedł do stolika.

– Czy mogę poprosić pana na chwilę? – zaprosił Bateman.

– Nie mam czasu na pogaduszki – burknął i po chwili zniknął na zapleczu.

– Przepraszam za stryja. Odkąd zmarła mu żona, stał się nieznośny.

– W takim razie najwyższa pora uwolnić się od niego i zacząć żyć własnym życiem – poradził Steve.

– Ma pan rację – odparła. – Chyba nadszedł czas, by zmienić swoje życie na co najmniej pół roku.

– No to mamy kucharza – Bateman uniósł szklankę z resztką herbaty. – Wypijmy za to.

– A może wzniesiemy toast czymś mocniejszym? – dał pomysł Durell.

– Herbata wystarczy – Bateman odstawił pustą szklankę.

– A co zabiera się na taką wyprawę? – spytała Anna.

– Przede wszystkim rzeczy bawełniane, lniane, przewiewne. Żadnych ubrań ze sztucznego tworzywa – wyliczał Bateman. – Wygodne buty, tenisówki, adidasy. Koniecznie koc. Noce na pustyni bywają zimne.

– A może być śpiwór? – spytała.

– Może być – przytaknął Durell. – Jest cieplejszy niż koc.

– Muszę zrobić zakupy – Anna spojrzała przed siebie. – To się stało tak szybko...

– Jak to się mówi, kujmy żelazo, póki gorące – odparł Bateman.

– Potrzebne są nam pani dane – przypomniał Steve. – Najlepiej te z paszportu.

– To będzie problem. Mam nieważny paszport.

– No tak. Powinniśmy spytać o to na samym początku – powiedział Durell.

Śnieg przestał padać, na ulicy pojawił się pług.

– To żaden problem – pocieszał Steve. – Przedłużę pani ważność paszportu. Mam dojścia.

– No to sprawa załatwiona – ucieszył się Bateman. – Dwudziestego lutego jedzie pani z nami do Syrii – podniósł się z krzesła.

– To się dzieje za szybko – wstała od stolika.

– Jeśli ma pani jakieś wątpliwości – Bateman sięgnął do portfela – to jest moja wizytówka. Sprawdzi pani, czy jesteśmy wiarygodni.

„Nie zaszkodzi się upewnić” – pomyślała, odbierając wizytówkę. Za ladą baru pojawiła się Jessica.

– W takim razie poproszę o paszport – przypomniał Steve.

– Zapraszam do mojego pokoju.

Anna położyła na ladzie zapłatę za posiłek i wizytówkę, którą dostała od Batemana. Jessica schowała pieniądze do kasy, a kartonik został na blacie. Udali się schodami na górę. Pokój Anny znajdował się na pierwszym piętrze po prawej stronie, tuż przy schodach. Nie było tam wiele miejsca. Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu. Było czysto i przytulnie. Pod skośną ścianą stała jednoosobowa kanapa, naprzeciw znajdowała się szeroka komoda. Stał na niej czternastocalowy telewizor. Obok Steve zobaczył fotografie zmarłych rodziców Anny. Pośrodku pokoju stał okrągły stolik, a przy nim dwa fotele. W pomieszczeniu znajdowała się także wbudowana w ścianę dwudrzwiowa szafa. Na parapecie małego okna rosły dwie paprotki.

„Szefowa kuchni, a mieszka w służbówce” – pomyślał. „Stryj nie kocha swojej krewnej”.

Anna wyjęła z szuflady komody kosmetyczkę z dokumentami, sięgnęła po paszport i podała go mężczyźnie.

– Przytulnie tu, ale czy nie za ciasno? – spytał, zaglądając do paszportu.

– Trochę ciasno, ale nie narzekam.

– A czy przychodzi tu jakiś mężczyzna?

– To znaczy? – nie zrozumiała jego pytania.

– Czy ma pani kogoś?

– To tajemnica służbowa – uśmiechnęła się.

– Kobiety... – uśmiechnął się. – Da mi pani swój numer telefonu? Jutro zadzwonię, żeby zapytać, czy się pani nie rozmyśliła.

– Albo panowie – podała mu wizytówkę domu wczasowego, na której był adres i dwa numery telefonu.

– My raczej się nie rozmyślimy. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i nie możemy się już wycofać.

Wyszli z pokoju. Na schodach kontynuowali rozmowę.

– Niech się pani zacznie pakować. Za osiem dni przyjadę po panią. Proszę pamiętać. Tylko bawełniane rzeczy. Wełniany sweterek...

– Najlepiej dwa – wtrącił Bateman. – Jakiś dres, polar. Kosmetyki. Kremy z filtrem chroniące przed poparzeniami słonecznymi. Jakby chciała się pani czegoś jeszcze dowiedzieć, proszę dzwonić.

Mężczyźni pożegnali się, po czym opuścili budynek. Odprowadziła ich wzrokiem. Wsiedli do samochodu i odjechali. Kiedy Anna zbierała ze stolika brudne talerze, w stołówce pojawił się stryj.

– I co? Umówiłaś się z którymś z nich? – spytał z ironią w głosie.

– Tak. Z wszystkimi trzema.

– To z którym najpierw pójdziesz do łóżka?

– Stryjowi tylko seks w głowie. Najwyższa pora ożenić się po raz drugi – z talerzami i wazą ruszyła w stronę zaplecza.

– Wystarczy mi tego miodu. Niejedna dziwka chciałaby mnie oskubać z dolarów. A tobie dużo zaproponowali za noc? – czepiał się.

– Wyjazd do Syrii – zniknęła w drzwiach zaplecza.

– Chyba się przesłyszałem. Do Syrii? – poszedł za nią do kuchni.

– Tak, do Syrii – włożyła brudne naczynia do zlewu.

– To nowy burdel?

– To kraj na Półwyspie Arabskim – zabrała się za mycie brudnych naczyń. – Grupa naukowców wyjeżdża na wyprawę archeologiczną. Mają za zadanie odkopać ruiny zaginionego miasta, gdzieś blisko tureckiej granicy. Ich kucharz złamał nogę, a ja zgodziłam się go zastąpić.

– I ty w to uwierzyłaś? Naiwna dziewczyna.

– Trzeba było podejść do stolika, jak profesor Bateman prosił stryja. Opowiedzieli mi wszystko ze szczegółami. Jadę. Będę im gotować przez pół roku.

– Mnie oni wyglądają na podejrzanych. Może to jakaś sekta. Namącili ci w głowie i tyle. Ciekawy jestem, jak sprawdzisz, kim naprawdę są.

– Zostawili mi wizytówkę.

– Ciekawe... Żeby nie było tak jak z tym twoim kochasiem, który udawał kawalera.

Opuścił kuchnię. Anna wytarła mokre dłonie. Wątpliwości stryja dały jej do myślenia. Musi dokładnie zapoznać się z treścią wizytówki, którą zostawił jej profesor. Ale gdzie zostawiła kartkę? Pamięta, jak odebrała ją od mężczyzny. Potem poszła po paszport. No tak. Położyła wizytówkę na ladzie baru razem z pieniędzmi za posiłek.

Blat był pusty. Jessica robiła drinki dla klientów siedzących przy barze.

– Słuchaj, zostawiłam tu taką małą wizytówkę – zaczęła Anna.

– Leżała tutaj... – dziewczyna wskazała na koniec blatu. – Przed chwilą jeszcze tu była.

– Może ktoś tam siedział? Przypomnij sobie, to ważne.

– Nikogo tam nie było... – zastanowiła się. – Zaraz! Szef zatrzymał się na chwilę, a potem darł na strzępy jakąś małą karteczkę.

– No to koniec – Annie opadły ręce. Jak teraz sprawdzi, czy podający się za odkrywców mężczyźni naprawdę pracują na uniwersytecie w Atlancie?

Tej nocy spała niespokojnie. Rzadko miewała sny, ale tym razem przyśnił jej się koszmar. Widziała Arabów jadących na białych koniach przez pustynię. Był tam czarnowłosy brodaty mężczyzna, ubrany na biało, na głowie chusta opasana czarną opaską ze złotą broszką w kształcie skorpiona, którego tułów był zrobiony z czerwonego rubinu. We śnie biegła, jakby uciekała przed Arabami. Kryła się za pagórkami, krzakami. W oddali między dwoma górami zobaczyła most zbudowany z grubych lin i desek. Chciała do niego dotrzeć. Szła ciężko, powoli. Po drugiej stronie mostu stała grupka ludzi. Wołali ją, wyciągali dłonie. Weszła na drewniane kładki mostu, ktoś chwycił ją w pasie... Zbudziła się gwałtownie, zrywając się z poduszek. Było jej gorąco i wciąż czuła, że czyjaś ręka oplata jej tułów. Zapaliła lampkę nocną. Odrzuciła kołdrę. Była sama w łóżku. Wytarła mokrą od potu twarz papierową chusteczką. „Pewnie dlatego mi się to wszystko przyśniło, bo nasłuchałam się o wyprawie do Syrii. Tam mieszkają sami Arabowie” – pomyślała.

Nie wierzyła w znaczenie snów i po przebudzeniu nigdy nie pamiętała, co jej się śniło, jednak obrazy ścigających ją Arabów towarzyszyły jej cały dzień. Wciąż miała w pamięci most na linach, białe konie i czarnowłosego mężczyznę, którego twarzy nie pamiętała. Może jednak sprawdzi, czy wczorajsi klienci faktycznie są pracownikami uniwersytetu w Atlancie. Tylko którego? Stryj podarł wizytówkę, którą wręczył jej Bateman. Zaczeka z tym do jutra. Steve powiedział, że zadzwoni do niej i spyta, czy się nie rozmyśliła. Nie zrobił tego. Annie pozostało tylko zadzwonić na informację i poprosić o numery telefonów do wyższych uczelni.

Po śniadaniu goście wyruszyli na szlak, by pojeździć na nartach, miała więc wolną chwilę. Postanowiła zadzwonić na informację. Zdobyła trzy numery telefonów. Wykręciła pierwszy z nich.

– Niestety, nie pracuje u nas żaden pan Bateman – usłyszała w słuchawce.

– Pan Bateman? Niestety, taki u nas nie pracuje – odparła rozmówczyni Anny, gdy ta zadała pytanie po wykręceniu drugiego numeru.

– A profesor Durell?

– To nazwisko obiło mi się o uszy. Proszę spróbować na uniwersytecie Lincolna.

– A ma pani numer telefonu do tej uczelni?

– Tak. Proszę poczekać. Zajrzę do ściągawki.

Chwilę później Anna notowała kolejny numer telefonu. Zaczynała wątpić w prawdomówność mężczyzn, którzy dwa dni temu schronili się przed śnieżycą. Wykręciła podany przez sekretarkę numer telefonu. Jeśli na tej uczelni nie będą znać trzech profesorów, da sobie spokój.

– Czy u państwa pracuje profesor Bateman?

– A o co chodzi? – wypytywała kobieta po drugiej stronie słuchawki.

„O Boże, co za ciekawskie babsko” – pomyślała Anna. „Co ją to obchodzi? Muszę skłamać”.

– Chciałabym rozmawiać z profesorem w sprawie korepetycji.

– To będzie trudne. Pan profesor Bateman już u nas nie pracuje.

– A profesor Mark Durell?

– Jest na urlopie.

– A kiedy zamierza wrócić na uczelnię?

– Za jakieś pół roku.

– Czy to ma jakiś związek z wyjazdem do Syrii?

– Nie mogę udzielić odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem upoważniona.

– Dziękuję za pomoc.

Odłożyła słuchawkę. „Cudownie, oni jednak istnieją” – ucieszyła się. „Nie należą do żadnej sekty. Już nie muszę zaprzątać sobie głowy wątpliwościami, mogę zacząć się pakować. Ale czy na pewno dobrze robię? Spakuję walizki, a okaże się, że znaleźli innego kucharza. Nie będę robić z siebie idiotki, poczekam na telefon od ­Steve’a”.

Doczekała się. W porze obiadowej zadzwoniła jakaś kobieta. Słuchawkę podniósł stryj. Anna w tym czasie segregowała rachunki.

– Słucham – spytał.

– Czy to dom turystyczny Pod Świerkiem? – pytała kobieta.

– Tak. Jeśli chce pani zarezerwować pokój, to do końca sezonu nie mamy wolnych miejsc.

– Ależ nie zamierzam rezerwować pokoju, chcę porozmawiać z Anną Reed.

– A kim pani jest?

– Chodziłyśmy razem do szkoły...

– Już ją proszę – wyciągnął ramię. – Jakaś koleżanka do ciebie.

Anna zrobiła zdziwioną minę. „Koleżanka? Któż to może być?”. Odebrała słuchawkę.

– Słucham, Anna.

– Proszę czekać – powiedziała kobieta. – Ktoś chce z panią rozmawiać.

– Dzień dobry – usłyszała męski głos. – Tu Steve. Pamięta mnie pani? Taki jasny blondyn.

– Naturalnie, Stefanie, że cię pamiętam. Jak miło, że zadzwoniłaś – spojrzała na stryja z uśmiechem.

– Nie może pani rozmawiać? Stryj?

– No, niestety.

– Czyli dobrze, że użyłem podstępu i poprosiłem koleżankę, aby poprosiła panią do telefonu?

– To był dobry pomysł.

– Stryj powiedział, że się pani rozmyśliła i żebym już tu nie dzwonił.

– A to ci niespodzianka – znów spojrzała w stronę stryja. – Nikt mi o tym nie powiedział.

– Czyli jedzie pani z nami?

– Oczywiście. To kiedy do mnie przyjedziesz?

– Za pięć dni. Koło południa.

– To świetnie – uśmiechnęła się.

– Zapomniałbym. Nie wiem, czy zdaje sobie pani sprawę, że w krajach arabskich należy ubierać się przyzwoicie. Żadnych sukienek mini, odkrytych ramion, głębokich dekoltów i obcisłych strojów.

– Wiem. Czytam gazety. Mam trochę takich luźnych ciuchów. Są bardzo wygodne.

– To słyszę, że się rozumiemy.

– Oczywiście.

– To do zobaczenia za pięć dni.

– Pa, Stefanie. Do zobaczenia – odłożyła słuchawkę.

– Ona ma tu przyjechać? – zaciekawił się stryj.

– Tak. Za tydzień. Nie pasuje?

– To nie jedziesz do Syrii?

– Nie dzwonią, więc chyba znaleźli nowego kucharza.

– A ty im uwierzyłaś. Naiwna dziewczyna – wyszedł z biura.

„Podstępny szczur” – pomyślała Anna. „Tak mnie nie lubisz, a jednak nie chcesz, żebym stąd wyjeżdżała. No tak, zapomniałam. Kto zajmie się interesem, jak mnie zabraknie?”.

Miała tylko pięć dni, by przygotować się do wyjazdu, uporządkować swoje sprawy. Trzeba zaopatrzyć kuchnię w artykuły spożywcze, popłacić rachunki i dwa dni przed wyjazdem powiadomić stryja, że Laura, kucharka, została mianowana na szefa kuchni, a Dan będzie jej zastępcą.

W przerwie na telefony do hurtowni, w której zamawiała towar, zajadała się ciasteczkami nadziewanymi orzechami laskowymi, popijając gorącą czekoladę. Nagle ostry ból dolnej szóstki przerwał jej pracę. Złapała się za policzek, dotykając językiem zęba. Wyczuła pęknięcie szkliwa i brak plomby. Połknęła tabletkę przeciwbólową i zadzwoniła do jedynego w miasteczku stomatologa.

– Pani doktor może przyjąć panią za dziesięć dni – usłyszała w słuchawce głos pielęgniarki.

– Za ile? To niemożliwe. Za pięć dni wyjeżdżam.

– Przykro mi. Tylko z bólem przyjmujemy bez kolejki, o ile ząb trzeba usunąć.

– Mnie właśnie boli. Wzięłam tabletkę.

– To proszę przyjść jutro na ósmą rano. Wytrzyma pani?

– Najwyżej wezmę jeszcze jedną tabletkę.

„No tak. Już zaczynają się problemy” – pomyślała. „Ciekawe, co jeszcze mi wypadnie niespodziewanego? Najlepiej będzie, jeśli zrobię listę rzeczy potrzebnych do wyjazdu”. Otworzyła szafę. Nie znalazła w niej wielu bawełnianych rzeczy. Lubiła ubierać się elegancko. Damskie kostiumy, jedwabne bluzki, garsonki, żakiety, ładne sukienki bez wyzywającego odkrywania ramion. Żadnych spodni wycieruchów, chyba że do sprzątania wokół posesji. Spodnie z eleganckiego materiału i w ostateczności sztruksy. Futra nie posiadała. Zabijanie zwierząt po to, by zdzierać z nich skórę, uważała za niehumanitarne. Kurtka czy płaszcz uszyty z ładnego materiału wystarczały, by szykownie wyglądać.

Wybrała parę rzeczy, które mogły przydać się w arabskim kraju. Pięć jedwabnych bluzek z krótkim i długim rękawem, trzy pary spodni, kolorowe spódnicospodnie, długi czarny żakiet, trzy luźne rozpinane swetry, zakrywające pośladki, bielizna osobista. Musi dokupić bawełnianych koszulek, majtek. Uzupełnić braki w kosmetykach.

Ból zęba dawał się we znaki. Wzięła tabletkę, lecz i tak nie przespała całej nocy.

Przed ósmą rano zjawiła się u dentysty. Doktor Maan pokręcił głową, oglądając ząb.

– Ja bym go jeszcze nie usuwał. Zastosowałbym leczenie kanałowe, skleił pęknięcie i za trzy tygodnie ząb będzie jak nowy.

– Nie mam tyle czasu. Za tydzień wyjeżdżam.

– To skończymy, jak przyjedziesz.

– Wyjeżdżam na pół roku.

– Ale tam, gdzie się wybierasz, pewnie jest jakiś wolny dentysta.

– Obawiam się, że tam nie ma dentystów. Albo jest ich niewielu i nie mówią po angielsku.

– No trudno. Rwiemy. Siostro, proszę przygotować znieczulenie – odłożył narzędzia. – Jak ja nie lubię usuwać dobrych zębów. Kiedy go robiłem?

– Leczyłam go we Francji.

– A teraz gdzie jedziesz?

– Na drugą półkulę.

Nie chciała zdradzać, do jakiego kraju wyjeżdża, by nie zostać zasypaną lawiną pytań, na które nie miała ochoty odpowiadać po otrzymaniu zastrzyku znieczulającego dziąsła. Czekając, aż znieczulenie zacznie działać, zastanawiała się, czy dobrze robi. A jeśli ten wyjazd to niewypał? Szkoda tracić ząb. Jedynym pocieszeniem jest to, że usuwanie zębów kosztuje mniej od leczenia kanałowego.

Dziesięć minut później z tamponem w ustach opuszczała gabinet doktora. W poczekalni czekały trzy osoby. Dzisiaj stryj dał jej wolne. Spokojnie mogła przeprać ubrania, które wczoraj przygotowała na wyjazd. Po południu wybrała się na zakupy. Była zima i do sklepów jeszcze nie sprowadzono letniej odzieży. Ubrania, które wisiały na wieszakach, wyszły z mody i można było kupić je za pół ceny. Anna nabyła tylko pięć białych bawełnianych koszulek na ramiączkach. Będą potrzebne pod kucharski fartuch. Kupiła też pięć sztuk bawełnianych majtek i dziesięć par damskich skarpetek w różnych kolorach. Tyle w jednym sklepie. Ulicę dalej znajdował się dom towarowy. Tutaj był większy wybór odzieży bawełnianej i wełnianej. Na wieszaku z przecenioną odzieżą Anna wypatrzyła sięgającą do połowy łydki błękitną sukienkę z krótkim rękawem, lekko dopasowaną w pasie, przewiązywaną paskiem. Elanobawełna. Nie trzeba będzie jej prasować. Wzrok dziewczyny przyciągnęła kolejna sukienka. Na białym tle drobne różowe różyczki przyozdobione zielonymi listkami. Mały dekolt, talia lekko dopasowana, od pasa w dół odcinana, szyta z półklosza. Jedwabna, sięgająca tuż za kolana, z rękawem do łokcia. Ładna. Ale czy będzie miała okazję ją włożyć? Uznała, że musi ją kupić; bardzo jej się podobała. Oprócz tego wzięła białe i piaskowe szerokie spodnie rybaczki oraz trzy T-shirty: popielaty, niebieski i różowy. Ekspedientka była zaskoczona jej zakupami. Anna nie zdradziła jej swojego sekretu. Przeszła do stoiska z kosmetykami. Nie mogła zapomnieć o środkach higieny osobistej, a przede wszystkim o podpaskach. Pół roku to sześć opakowań. Wzięła osiem. Nigdy nie wiadomo, co się przytrafi. Dziesięć mydeł różanych. Dwa dezodoranty o zapachu czerwonej róży. Litrowy zagęszczany płyn do prania, duży szampon do włosów z odżywką. Nie może zapomnieć o kremie z filtrem. Najlepiej będzie, jak kupi trzy. Do tego balsam do opalania, trzy pasty do zębów, płyn do płukania ust i dwie szczoteczki do zębów. Powinna kupić jeszcze wygodne buty, ale torby z zakupami stały się ciężkie, a i dziąsło po usuniętym zębie zaczęło dawać się we znaki. Zakup butów odłożyła do jutra.

Kiedy wróciła do domu z zakupami, zastanawiała się, co powie stryjowi, jeśli go spotka. Na jej szczęście przebywał w kuchni. Ukradkiem udała się do swojego pokoju. Torby z zakupami postawiła w kącie obok łóżka. Siedząc wieczorem przed lustrem, zastanawiała się, co zrobić z włosami. Obciąć na krótko, a może skrócić do ramion? Bawiła się włosami. Czesała je do góry, robiła kok, plotła w warkocz, w dwa warkocze. Szkoda obcinać. Włosy będzie chować w czepek podczas przygotowywania posiłków bądź pleść w warkocz albo wiązać gumką.

Rzeczy, które miała zabrać na podróż, odkładała na osobną półkę. Mogła od razu pakować je do podróżnych walizek, lecz nie chciała, by stryj coś podejrzewał. Nie ufała mu. Bała się, że może zrobić jej na złość, a wtedy nici z wyjazdu.

Z zakupem wygodnych butów poszło gorzej. W miasteczku był tylko jeden otwarty sklep obuwniczy. Anna chciała kupić wygodne letnie półbuty, z wyciętym czubkiem na przodzie i odkrytymi piętami, zapinane na paseczek. Lecz gdzie znaleźć letnie obuwie w środku zimy? Zrezygnowana kupiła białe tenisówki i brązowe damskie sandały na niskim, szerokim obcasie. Dokupiła trzy pary białych podkolanówek i pięć sztuk jasnobeżowych cienkich rajstop. Nigdy nie wiadomo, jaka pogoda jest w Syrii. Ostatnią pozycją na wyjazdowej liście były okulary przeciwsłoneczne. Te akurat zawsze miała przy sobie. Wsunęła je do kieszeni kurtki, w której wybierała się w podróż. Teraz wystarczyło spakować przygotowane rzeczy w pięć walizek. Miała tylko dwie na kółkach, jedną torbę podróżną i duży plecak. Dwa dni przed wyjazdem wieczorem zadzwonił Steve. Anna miała dyżur w kawiarence przy stołówce.

– Czy już spakowała pani walizki? – spytał.

– Prawie – odpowiedziała. – Wszystko gotowe, czekałam tylko na telefon od pana lub od profesora Batemana.

– Nie wierzy nam pani?

– Prawdę mówiąc, miałam trochę obiekcji – zawahała się. – To wszystko zdarzyło się trochę za szybko. Sama z obcymi facetami...

– Bez obawy. Zaopiekujemy się panią.

– Wszyscy?

– No... zgłaszam się na ochotnika. W razie czego obronię panią przed Arabami. Ćwiczyłem zapasy, grając w rugby.

– Brzmi pocieszająco.

– Za dwa dni przyjadę po panią.

– A o której?

– Wyjadę o ósmej rano, więc około dziesiątej powinienem być u pani.

– To do zobaczenia.

– No cześć.

Tak, stało się. Wyjeżdża na pół roku do Syrii. Czy dobrze zrobiła, przyjmując pracę kucharza nieznanych jej odkrywców zaginionego miasta? Już za późno, by się wycofać.

Tej nocy z wrażenia nie mogła zasnąć, więc zaczęła się pakować. Bielizna osobista, cztery piżamy, dwa szlafroki, ręczniki w jednej walizce, w drugiej kosmetyki, podpaski, skarpetki, rajstopy. Śpiwór zwinęła w rulon. Zabrakło miejsca na buty. Otworzyła dużą walizkę i wyjęła z niej jeden z pięciu ręczników. Reklamówka z butami ledwo się zmieściła. Do torebki zapakowała małe pudełeczko, do którego wsadziła białe i czarne nici oraz trzy igły do szycia. Zapomniała o przyborach do paznokci. Musiała schować je do torebki, bo w walizkach brakowało miejsca nawet na takie maleństwo. Położyła się spać o trzeciej w nocy. Trzy godziny później stryj zrobił jej pobudkę. Przyjechał samochód dostawczy i trzeba było przyjąć towar do magazynu. Ziewając, ubrana w granatowy dres, zeszła do kuchni. Przyjęła towar, po czym zrobiła sobie mocną kawę. Musiała się obudzić. Dzisiaj praca kiepsko jej szła. Nawet Dan, jej pomocnik, zauważył, że jest niewyspana.

– Ciężka noc? – spytał.

– Coś w tym rodzaju.

– To po co zabrałaś się za pieczenie tortu?

– To niespodzianka – uśmiechnęła się tajemniczo.

– Dla nas? – zdziwił się Dan.

– Świętujemy coś? – do rozmowy wtrąciła się Laura.

– Tak. Dowiecie się po południu.

Za wcześnie było mówić, że wyjeżdża na pół roku do Syrii, by gotować naukowcom z Atlanty.

Tego dnia było mało turystów i już o piątej po południu Anna mogła zrobić pożegnalny wieczór. Stryja na szczęście nie było w domu. Pojechał do znajomego mechanika na drugi koniec miasteczka. Anna otworzyła szampana i nalała go pracownikom, mówiąc:

– Kochani – podniosła kieliszek do ust – przez pół roku będziecie pracować beze mnie. Wyjeżdżam do pracy za granicę. A konkretnie do Syrii.

– Jak to? – Laura oniemiała.

– Co tam będziesz robić? – nie dowierzał Dan.

– Dlaczego do Syrii? – zaciekawiła się Jessica.

– Najpierw wypijmy, żeby moje wyjaśnienia lepiej wchodziły wam do głowy – wypiła szampana.

Piątka pracowników opróżniła kieliszki. Anna ponownie je napełniła szampanem. W skrócie opowiedziała personelowi, jak przypadek sprawił, że została kucharzem naukowej wyprawy. Pracownice życzyły jej bogatego Araba, a najlepiej potentata naftowego za męża. Dan i Robert dodali, że mają nadzieję, iż Anna znajdzie bryłę złota i niezwłocznie im ją prześle. Wtedy mogliby założyć własny dom wczasowy. Nie trzeba by wysłuchiwać narzekań Pattona. Anna musiała również obiecać, że gdy tylko będzie na miejscu, wyśle kartkę, że bezpiecznie wylądowała. Laura poprosiła ją, by chociaż dwa razy w miesiącu przysyłała listy z wiadomością, jak jej się żyje w obcym kraju.

Nadszedł dzień wyjazdu. Anna ponownie przestudiowała kartkę, na której zapisywała, co jest jej potrzebne do wyjazdu. Odznaczyła wszystkie pozycje na liście, lecz miała wrażenie, że czegoś zapomniała. No tak. Nie zapakowała kucharskiego fartucha i czapki. Z trudem wcisnęła do plecaka dwa białe fartuchy i czapkę kucharską. Dan pomógł jej znieść walizki bliżej drzwi wejściowych. Położyła granatową kurtkę, błękitną apaszkę i białą czapkę na jednej z walizek. Ubrana w biały wełniany golf, czarny żakiet, czarne spodnie i krótkie czarne kozaczki na średnim obcasie czekała w stołówce na pojazd. Steve miał po nią przyjechać o dziesiątej. Pora poszukać stryja, powiedzieć mu o wyjeździe i oznajmić, że od jutra musi sobie radzić sam. Nie zdążyła opuścić stołówki. W drzwiach zaplecza pojawił się Patton.

– A ty się gdzie wybierasz? – spytał zaskoczony.

– Do Syrii. Zapomniał stryj?

– Przecież... – urwał.

– Wiem. Kiedy zadzwonili, odpowiedział im stryj, że zrezygnowałam. Tak się składa, że odezwali się jeszcze raz – następnego dnia. Ironia losu, prawda? – uśmiechnęła się szyderczo.

– Jak wyjedziesz, to nie masz po co wracać.

– Ja też cię kocham – posłała mu wymuszony uśmiech.

Mężczyzna zniknął w drzwiach prowadzących na zaplecze. „Jeszcze śmie mnie szantażować” – pomyślała Anna. „Jak mnie nie chce, to nie muszę tu wracać. Zamieszkam w jakimś cichym, ładnie położonym miasteczku na południu kraju, znajdę pracę i nie będę na niczyjej łasce”.

Minęła dziesiąta, dziesiąta piętnaście, trzydzieści, a Steve’a wciąż nie było. Stryj zaczął dogryzać Annie:

– No widzisz, jak dałaś się nabrać? – uśmiechał się kpiąco. – Masz ten twój wyjazd do Syrii. Trzech chłopów naopowiadało ci bajek, a ty głupia w nie uwierzyłaś.

– Może coś się stało? – odparła. – Jest ślisko.

– A stało się. Nabrali cię i tyle. Chcieli cię zawieźć do burdelu, ale twoje zdjęcie nie spodobało się handlarzowi. Spójrz na zegarek. Już jedenasta, a ich nie ma. Rozpakuj się, zostaniesz tutaj.

Miała dość wywodów stryja. Poszła do ubikacji, a następnie do swojego pokoju po małe tranzystorowe radio ze słuchawkami. Czuła się paskudnie, musiała posłuchać muzyki. Znalazła jakąś stację. Z głośników popłynęły dźwięki piosenki Phila Collinsa. Z radiem w ręku, powoli, nie śpiesząc się, udała się w stronę stołówki.

– Anno, telefon do ciebie – Lisa zakryła dłonią słuchawkę. – Jakiś Durell czy Duwell.

Pośpieszyła w stronę bufetu. Zgasiła radio i odruchowo schowała je do kieszeni żakietu.

– Halo, tu Anna.

– Przepraszam, ale...

– Nie jadę? – weszła mu w słowo.

– Jedzie pani. Wszystko dograne... Miałem kraksę.

– Nic panu nie jest?

– Mnie nie, ale mój samochód jest skasowany. Jakiś gościu wpadł w poślizg i staranował trzy samochody, w tym mój. Droga jest zamknięta na jakieś dwie godziny. Czekają mnie zeznania na policji, odholowanie samochodu. Trochę potrwa, zanim ktoś po panią przyjedzie. Zadzwonię do Paula, żeby załatwił jakiś samochód.

– A Steve? Przecież to on miał po mnie przyjechać...

– To prawda. Są małe problemy z pani paszportem i Steve musi oczarować pewną urzędniczkę, aby dzisiaj bez pani obecności wydała mu dokument.

– Rozumiem.

– Może jest jakiś autobus? Zwrócimy pani koszty przejazdu.

– Tak, jest autobus, lecz nie wiem, czy są wolne miejsca – spojrzała na zegarek. – Za pół godziny wyjeżdża do Atlanty.

– To ma pani mało czasu.

– Właśnie.

– A jak długo trwa podróż?

– W tych warunkach... – zastanowiła się – w Atlancie byłby za jakieś dwie i pół godziny. Dojeżdża do wschodniego dworca.

– Dobrze. Powiadomię Paula, że jedzie pani do nas autobusem.

– A jak się nie zabiorę?

– To proszę dzwonić bezpośrednio do niego.

– Tylko jest problem. Stryj zniszczył wizytówkę profesora.

– Aż tak źle zareagował na wiadomość o pani wyjeździe?

– Niestety.

– To niech pani zapisze numer – Durell podyktował jej domowy numer telefonu profesora Batemana. – Jak się pani nie zabierze autobusem, to Paul za jakieś trzy godziny przyjedzie po panią. Muszę kończyć, bo posterunek, z którego telefonuję, chyba przeze mnie zbankrutuje. To do zobaczenia.

– Do zobaczenia – odłożyła słuchawkę.

– I co? – zaciekawił się stryj. – Zostawili cię na lodzie?

– Nie. Właśnie dostałam wiadomość, że profesor miał kraksę i nadal na mnie liczą. Liso, poproś Dana, aby się ubrał. Zawiezie mnie na przystanek.

Podeszła do walizek. Stryj oniemiały patrzył, jak wkłada kurtkę.

– Ale... Jak ja sobie z tym wszystkim poradzę?

– Laura jest od dzisiaj szefem kuchni, Dan jej zastępcą, a stryjowi pozostało pilnowanie interesu – zawiązała apaszkę pod szyją. – Prawda, że niewiele pracy? Do zobaczenia za pół roku.

– Jak wpadniesz, to z brzuchem mi się tu nie pokazuj!

– Ja też cię kocham, stryju.

Zjawił się Dan. Wyniósł bagaże do samochodu. Pracownicy wyszli przed budynek, by pomachać Annie na pożegnanie. Za dwadzieścia minut odjeżdżał autobus. Bała się, że nie będzie wolnych miejsc. Miała rację. Był komplet pasażerów. Na szczęście trafiła na znajomego kierowcę, którego kiedyś uczyła jeździć na nartach. Do bagażnika zapakowała torbę podróżną, walizkę i plecak. Drugą walizkę wniosła do autobusu i usiadła na niej w przejściu przy ostatnich siedzeniach. Zatopiła się w myślach. Zastanawiała się, jak da sobie radę w nowych warunkach wśród obcych ludzi. Gdyby stryj traktował ją po ludzku, nie zdecydowałaby się na ten wyjazd. Lubiła swoją pracę, nawet mogła resztę życia spędzić w tym domu turystycznym, ale jak długo miała znosić docinki, głupie uwagi? Kiedy żyła ciocia, a dzieci przyjeżdżały w odwiedziny, stryj zachowywał się zupełnie inaczej. Był pogodny, zadowolony z życia. Gdy Bóg powołał ciotkę do siebie, Patton zmienił się. Nawet jego dzieci zauważyły tę zmianę i odwiedzają ojca tylko raz w roku, na święta Bożego Narodzenia. Anna zastanawiała się, czy stryj zapisze jej majątek. Może kiedy wróci z Syrii, zacznie inaczej ją traktować. Liczyła na to, że gdy wyjedzie, stryj wreszcie ją doceni.

Spojrzała w okno. Na polach było mniej śniegu niż w górskich dolinach. Im bardziej oddalali się od górskich terenów, tym cieńsza warstwa białego puchu zaścielała krajobraz.

Po godzinie zwolniły się dwa miejsca. Anna mogła wreszcie wygodnie usiąść i rozprostować nogi. Coś gniotło ją w biodro. Sięgnęła do kieszeni żakietu i wyciągnęła z niej radio tranzystorowe. Zupełnie o nim zapomniała. Odruchowo schowała je do kieszeni, gdy śpieszyła się do telefonu. Nawet dobrze, że ma je przy sobie. Dokupi ze dwa tuziny baterii paluszków i będzie miała czego słuchać podczas pracy. Ciekawe, czy służby celne pozwolą zawieźć radyjko do Syrii?

Po dwuipółgodzinnej podróży autobus dotarł do Atlanty. Anna wysiadła na dworcu i rozejrzała się uważnie. Nikt znajomy nie czekał na nią przy drugim stanowisku. Zebrała bagaże, podeszła do kiosku z gazetami i kupiła dwa komplety baterii do swojego radia. Za szybą wystawową zauważyła książkę kucharską zatytułowaną Dania na upalne dni. Poprosiła o nią. Dwudziestopięciokartkowa książka zawierała przepisy lekkich, dietetycznych dań, nieobciążających żołądka podczas męczących upałów. Kiedy zabraknie jej pomysłu na obiad, skorzysta ze ściągawki.

Zapłaciła za zakupy, usiadła na ławce i wbiła wzrok w przepisy kulinarne. Gdzieś w oddali usłyszała znajomy głos. Spojrzała w bok. Profesor Bateman pytał strażnika o ładną blondynkę z dużą liczbą walizek. Wstała z ławki, zarzuciła na ramiona plecak, zebrała bagaże i ruszyła w jego kierunku.

– Dzień dobry, profesorze – prawie krzyknęła.

– Anna? – mężczyzna spojrzał w jej stronę. – Nie poznałem pani – zbliżył się do niej, wyciągając rękę na powitanie. – A gdzie bagaże?

– Ze mną.

– To wszystko? Dwie walizki i torba podróżna?

– I plecak.

– To nie za mało?

– Przecież wyjeżdżamy tylko na pół roku.

Mężczyzna roześmiał się w głos. Anna nie rozumiała jego zachowania. O co mu chodzi? Wzięła wszystko, co potrzebne. Przecież nie jedzie na występy, tylko do pracy.

– Przepraszam. Ma pani poczucie humoru. Skoro to wszystko ma wystarczyć na pół roku, to chodźmy do samochodu – wziął od niej torbę podróżną.

– Czy inni biorą więcej bagażu? – spytała z ciekawości.

– O tak, przynajmniej z osiem walizek.

– Po co aż tyle? Przecież w Syrii jest ciepło.

– Znam kobiety, które wyjeżdżając na dwa dni, pakują trzy olbrzymie walizki, bo nie mogą się zdecydować, co na siebie włożą.

– Nie kupiłam miedniczki – przypomniała sobie.

– Nie trzeba. Parę rzeczy kupimy na miejscu.

Dotarli na parking. Profesor zapakował walizki do bagażnika czerwonej toyoty. Wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku peryferii miasta. Profesor Bateman mieszkał w raz z żoną w jednopiętrowej willi z garażem na dwa samochody, dużym ogródkiem, pełnym zimozielonych roślin i podgrzewanym basenem. W salonie zebrała się część uczestników wyprawy.

– Oto nasz kucharz, panna Anna Reed – profesor przedstawił ją pozostałym. – A to nasi uczestnicy wyprawy, studenci ostatniego roku archeologii. To jest Tom – zaczął wskazywać na chłopaków siedzących na kanapie. – Garry, Dan, David. To nasza tłumaczka, Bette – przedstawił szatynkę siedzącą w fotelu. – Jej mąż, Alex Daton – wskazał na mężczyznę siedzącego na oparciu fotela. – Dalej Barry Thomas z lokalnej telewizji – pokazał palcem na brodacza trzymającego w ręku aparat fotograficzny. – Ta blondynka na krześle to doktor Mary Parker. A to moja żona Christie – objął w pasie ładną szatynkę. – Jutro poznasz resztę załogi.

– Miło mi państwa poznać. Nie wiem, czy zdołałam zapamiętać wszystkie imiona. Na początku pewnie będę się mylić...

– Mówmy sobie po imieniu – wtrącił Tom.

– Tak będzie dobrze – powiedziała nieśmiało. – Szybciej przełamię lody i będzie mniej służbowo.

– Czyżbyś się nas bała? – spytał Tom.

– Zastanawiam się, czy podołam zadaniu, które przede mną stoi – przyznała.

– Jeśli będzie pani gotować tak smaczne potrawy jak groszek z parówkami w sosie pomidorowym, to nie ma się czego bać – pocieszał profesor. – A teraz żona pokaże pokój, w którym spędzi pani ostatnią noc w kraju.

– Proszę mi mówić po imieniu.

– Jak sobie życzysz.

Słowa „ostatnia noc w kraju” zabrzmiały złowieszczo. Anna poczuła się, jakby miała już nigdy tu nie wrócić. A może jest przewrażliwiona, bo cóż może jej się stać? Będzie co prawda w obcym kraju, ale w towarzystwie rodaków. Jedzie z całą grupą, jest amerykańską obywatelką, nigdy nie była karana, więc nikt nie ma prawa się do niej przyczepić.

Zajęła jednoosobowy pokój na poddaszu, przypominający lokum, jakie zamieszkiwała u stryja. Odświeżyła się i o trzeciej po południu razem z resztą zjadła spóźniony obiad. Podano rosół z drobnym makaronem, a na drugie danie kurczaka, frytki i surówkę z czerwonej kapusty. Na deser pani domu przygotowała sok pomarańczowy i pączki nadziewane marmoladą.

Mężczyźni cały czas omawiali sprawy wyjazdu. Wyliczali sprzęt potrzebny do odkopywania ruin z piasku. Dan odhaczał w notesie kolejne pozycje. Część sprzętu i urządzenia do odsypywania piasku dostaną od dyrektora muzeum w Damaszku. Na koniec doszli do sprzętu kucharza. Od garnków po plastikowe talerze. Od sztućców po nietłukące kubki. Wspomnieli o maszynce do mięsa, która nie będzie zbytnio przydatna. W upale mięso szybko się psuje i lepiej nie ryzykować przetwarzania go w dużych ilościach. Zapomnieli o tarce do jarzyn, co Anna wyłapała w słownej wyliczance. Bateman pochwalił ją za bystrość. Usłyszała o zakupie dużych ilości zup, przypraw i sosów w proszku, które wraz z workami kaszy, makaronu i ryżu wysłano rano transportowym samolotem z pierwszą grupą. Olej do smażenia potraw miała dostarczyć grupa arabska. Annę zmęczyło słuchanie o wyprawie. Podziękowała za posiłek. Spytała panią domu, czy może zadzwonić do koleżanek, by powiadomić je, że dojechała do Atlanty i wszystko jest w porządku. Pani Bateman wskazała jej aparat telefoniczny znajdujący się w korytarzu. Anna rozmawiała krótko, nie chcąc narażać gospodarzy na koszty. Po rozmowie telefonicznej udała się do swojego pokoju. Znów pojawiły się wątpliwości. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, zgadzając się na tę pracę. Nowe towarzystwo, nieprzyjazny kraj, wyzwanie, któremu musi sprostać bez niczyjej pomocy. Gdzieś w głębi czuła wewnętrzny niepokój, ale było już za późno, aby się wycofać. Zdjęła żakiet i z książką kucharską w ręku usiadła w fotelu. Ktoś zapukał do drzwi i do pokoju weszła pani doktor.

– Dobrze się czujesz? – spytała, wpatrując się w jej twarz.

– Tak. Czemu pani pyta?

– Skrzywienie zawodowe – usiadła na kanapie. – Przyszłam zapytać, czy masz wszystkie szczepienia. Paul zapomniał ci o nich powiedzieć.

– Przygotowałam się na taką ewentualność – sięgnęła do torebki. – Dwa lata temu byłam we Francji. Zaszczepiłam się na parę chorób – wyjęła z torebki małą książeczkę. – Zawsze noszę ją przy sobie.

– Mogę spojrzeć? – poprosiła pani doktor.

– Ależ tak – podała książeczkę. – Miałam jechać z chłopakiem do Afryki na wycieczkę... ale nie wyszło.

– Masz szczęście – z uwagą przeglądała stroniczki. – Gdybyś się nie zaszczepiła, musiałabym wstawić fikcyjne zaświadczenie. Strasznie tego nie lubię – oddała dokument. – Ale coś mało masz bagaży. Czy na pewno wzięłaś wszystko, co jest potrzebne na tak długą podróż?

– Profesor Durell opowiedział mi w dużym skrócie, co mam ze sobą zabrać.

– Może powiesz mi, co masz. Jeszcze jest czas, żeby coś dokupić. Tam, gdzie jedziemy, nie ma supermarketów.

Anna zaczęła wyliczać zawartość walizek, zastanawiając się, czy czegoś nie pominęła.

– W sumie masz wszystko – przyznała pani doktor. – Przydałby ci się tylko jeszcze koc i dmuchany materac.

– Niestety, nie pomyślałam o tym. Sądziłam, że śpiwór mi wystarczy.

– Teraz tak, ale kiedy przyjdą upały, w śpiworze będzie ci za gorąco.

– Mam przy sobie pieniądze, mogę kupić brakujące rzeczy.

– Nie martw się, mamy zapasowe koce, a materac pożyczymy od Christie. Jednak mam wrażenie, że zabrałaś za mało rzeczy na zmianę.

– Wzięłam środki piorące. Będę prać i suszyć.

– Mam nadzieje, że tam, gdzie jedziemy, nie będzie brakować wody – pani doktor wstała z kanapy. – Zazdroszczę kobietom, którym wystarczy parę ciuchów. Ja spakowałam sześć ogromnych walizek i uważam, że to za mało – podeszła do drzwi. – Chodźmy na kolację.

Anna ruszyła w ślad za nią. Panowie zasiadali do stołu. Wśród nich był Steve. Uśmiechnął się do dziewczyny. Wstał od stołu i gestem dłoni dał znać, by usiadła obok niego.

– Przepraszam, że nie wyjechałem po panią. Mam nadzieję, że bagaże nie okazały się zbyt ciężkie? – podsunął jej krzesełko.

– Nie – usiadła. – Dałam sobie radę z czterema bagażami. Podobno to za mało na półroczny wyjazd.

– To możemy podać sobie ręce – usiadł na krześle. – Ja też mam cztery sztuki bagażu. Plecak, dwie torby podróżne i walizkę.

– Jak to się stało, że to nie pan po mnie wyjechał, tylko profesor Durell?

– Skończmy z tym panem. Mam na imię Steve. Nie wyjechałem po ciebie... Mogę mówić ci po imieniu?

– Proszę.

– Miałem kłopoty z twoim paszportem – prawą dłonią sięgnął do kieszeni czarnej marynarki. – Potrzebny był twój dowód osobisty i podpis na jakimś papierze – podał jej paszport. – Dzięki mojemu urokowi osobistemu przełamałem barierę przepisów i oto paszport jest ważny na następne pięć lat.

– Dziękuję – odebrała dokument. – Panu Durellowi też nie udało się po mnie przyjechać.

– Słyszałem o kraksie, ale jak widzę, doskonale sobie poradziłaś.

– Dobrze, że kierowcą autobusu, którym przyjechałam do Atlanty, był mój znajomy. W przeciwnym razie ktoś musiałby po mnie przyjechać.

– Dobrze, że tylko tak się to skończyło. Durell jest cały, a samochód w warsztacie, nie odwrotnie.

W salonie pojawił się profesor Durell z żoną. Mieli małą niespodziankę. Przynieśli trzy litrowe butelki szampana. Wszyscy wypili za pomyślność wyprawy i o jedenastej wieczorem położyli się spać.

Anna długo nie mogła zasnąć. Po jej głowie tłukły się złe i dobre myśli. Kiedy już zasnęła, powrócił sen o ucieczce kamienistą drogą, zaroślach, moście zawieszonym między dwoma górami. Uczestnicy wyprawy przeszli przez most, wołali do niej, wyciągali dłonie. Stała po drugiej stronie, nie mogąc przejść, jakby nie miała siły albo była chora. Arabowie jechali na koniach. Widziała też czarnowłosego brodacza o śniadej cerze, ubranego na biało, w chuście na głowie przepasanej opaską z broszką w kształcie skorpiona. Mówił do niej: „Nie możesz ode mnie uciec... Nie możesz ode mnie uciec... Jesteś mi przeznaczona...”.

Zerwała się gwałtownie, siadając na łóżku. Czuła, jak jej serce mocniej bije, a pot spływa po ciele. Wciąż słyszała słowa: „Nie możesz ode mnie uciec”, jakby ktoś stał tuż za nią i szeptał jej do ucha te słowa. Zapaliła lampkę nocną, chcąc sprawdzić, czy na pewno jest sama w pokoju. Oprócz niej nikogo tam nie było. Spojrzała na zegarek. Czwarta czterdzieści pięć. Pobudka ma być o piątej trzydzieści, więc nie warto ponownie kłaść się do łóżka. Położyła lewą dłoń na czole. Wciąż miała przed oczami ten dziwny sen. Dlaczego właśnie teraz nawiedzają ją podobne koszmary? Powtarzają się i są bardzo realistyczne. Kim jest brodacz, którego twarzy nie zapamiętała?

„To wszystko przez stres związany z nową sytuacją” – pomyślała. „Skoro już nie śpię, umyję się, zanim reszta wyprawy zacznie oblegać łazienkę”. Wzięła pastę i szczoteczkę do zębów, mydło, ręcznik i wsunęła czepek na głowę. Wyszła na korytarz. Domownicy jeszcze spali, więc bez przeszkód zajęła jedną z dwóch łazienek na końcu korytarza.

O piątej trzydzieści ubrana w czarne spodnie i biały golf zeszła do kuchni. Pani Bateman krzątała się w niebieskim szlafroku. Anna przywitała się.

– Widzę, że jesteś gotowa do drogi – gospodyni była zaskoczona jej widokiem. – Czyżbyś nie mogła spać?

– To prawda. Już od pół godziny nie śpię. Nie mogłam zasnąć. Krótko spałam. To chyba przez ten wyjazd.

– Ja też mało spałam. Mój mąż nie wyjeżdżał jeszcze w tak długą podróż – położyła na stole drewnianą deskę. – Wiem, że mu się nic nie stanie, ale boję się o niego – wzięła do ręki chleb.

– Może pomogę przy śniadaniu?

– Ależ proszę. Nigdy nie robiłam śniadania dla tak licznego grona – podała Annie nóż. – Do tej pory przygotowywałam je dla czterech osób. Dla nas i dzieci.

Anna zaczęła kroić chleb. Pani Bateman wrzuciła do wrzątku dużą ilość parówek.

– Czy wierzy pani w sny? – spytała Anna.

– W zasadzie nie... – zamyśliła się – ale miałam sny, które się sprawdziły. Czemu pytasz?

– Już po raz drugi powrócił do mnie ten sam sen. Nadal jestem pod jego wrażeniem. Kiedy rodzice zginęli w wypadku, miałam koszmary, a potem nic mi się nie śniło. Aż do dnia, w którym zdecydowałam się na ten wyjazd.

– A można wiedzieć, co ci się śniło? O ile to nie tajemnica...

– To żadna tajemnica... – zamyśliła się. – Śnili mi się Arabowie na koniach... Gonili nas, a raczej mnie... Uciekałam przez zarośla. Były też jakieś góry, kamienista droga. Most zawieszony między dwoma górami. Nie mogłam na niego wejść. Coś mnie powstrzymywało. Wszyscy byli już po drugiej stronie mostu, czekali na mnie, a ja stałam w miejscu. Pojawił się mężczyzna ubrany na biało... Arab czy Hindus... Mocno opalony, czarne włosy, czarny zarost... Nie pamiętam jego twarzy, ale na pewno miał na czole chustę, do której przypięta była broszka w kształcie skorpiona. Za pierwszym razem też mi się to śniło.

– Nie chcę cię straszyć, lecz ten sen wróży jakieś przeszkody. Może poznasz kogoś, kto ma w herbie skorpiona albo jest spod znaku skorpiona.

– Zaczynam się bać. Mam wrażenie, że nie wrócę do kraju.

– To tylko sen. Jak będziesz trzymała się grupy, nic ci się nie stanie. Musisz uważać i nie wdawać się w romanse z Arabami.

– Nie zamierzam tego robić. Arabowie nie są dobrymi ludźmi. Kobiety traktują jak niewolnice, a nie żony. Cenię wolność i swobodę – rozłożyła pokrojone kromki chleba na dwie tace. – Ich kultura wielce różni się od naszej.

– Widzę, że orientujesz się w ich zwyczajach.

– Czytuję różne czasopisma.

– Zdradzę ci mały sekret. Mój mąż zatrudnił cię, bo przypominasz mu naszą córkę Katie. Poruszasz się jak ona, masz jej uśmiech. Tylko Katie jest wyższa od ciebie, pełniejsza na buzi. Poza tym to brunetka – wyjęła z lodówki keczup i dwa kartony mleka.

– A gdzie jest wasza córka?

– Wyjechała na studia do Anglii. Mam tam ciotkę, której dzieci przyjechały do Stanów, by się tu kształcić. Taka rodzinna wymiana. A co do snu: niczym się nie martw, będziesz pod dobrą opieką.

Gdy wstali studenci, zrobiło się gwarno. Każdy chciał być pierwszy w łazience. Anna zjadła śniadanie w kuchni. Dwie kromki chleba z dwiema parówkami popijała herbatą z cytryną. Barry zabrał się za filmowanie. Chciał utrwalić na taśmie ostatnie chwile przed wyruszeniem na lotnisko. Po śniadaniu zapakowali bagaże do wynajętego autobusu. Pojazd ruszył. Tak oto rozpoczęła się podróż do Syrii i reportaż zatytułowany Wyprawa do zaginionego miasta. Na lotnisku zostali sfilmowani po raz drugi, tym razem przez telewizję kanału pierwszego z Atlanty. Profesorowie Bateman i Durell udzielili wywiadu. Anna też znalazła się w kadrze. Bateman zażartował, że ich dalszy los zależy od kucharza. Anna nie udzieliła wywiadu, pomachała jedynie do kamery. Grupowe zdjęcie. Cała wyprawa pomachała do kamery. Odprawę paszportowo-celną przeprowadzono sprawnie i o ósmej trzydzieści wsiadali do samolotu. Steve usiadł obok Anny. Zauważył, że jest spięta.

– Boisz się latać samolotem? – zapytał.

– W zasadzie nie. To nie jest mój pierwszy lot... Gdzieś tam w środku czuję jednak napięcie.

– Wyluzuj się, przecież to nie ty będziesz pilotować ten samolot.

– I całe szczęście. Już na starcie byłaby katastrofa.

Do samolotu wsiadło dwóch spóźnionych pasażerów.

– To kolejni członkowie wyprawy – Steve wskazał ruchem głowy na mężczyzn. – Ten siwy to profesor Wolter Marchol, a ten drugi – antropolog Robert Harmon. Twarda sztuka.

– Skąd wiesz?

– Miał zaszczyt mnie uczyć.

– A nie odwrotnie? To chyba ciebie spotkał zaszczyt uczyć się u niego?

– Nie – zaprzeczył. – Zacytowałem go. Mawiał: „Mam zaszczyt was uczyć”.

– Ciekawe – rozejrzała się. – Ale jeśli dobrze widzę... miało być szesnaście osób, a jest trzynaście.

– Z tobą czternaście. Peter i Harry już wczoraj polecieli z częścią sprzętu. Przygotowują teren. Będą czekać na nas na lotnisku.

– Proszę zapiąć pasy – dobiegł ich głos stewardesy. – Startujemy za trzy minuty. Życzę państwu przyjemnego lotu.

Kiedy samolot rozpoczął kołowanie na pas startowy, Anna kurczowo chwyciła się siedzenia. Steve dotknął jej dłoni. Ich spojrzenia spotkały się.

– Nie ma się czego bać – szepnął.

– Moi rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. Wróciły smutne wspomnienia.

Mężczyzna wzmocnił uścisk. Przyjemne ciepło jego dłoni sprawiło, że Anna poczuła się bezpieczna. Miała w samolocie swojego opiekuna. A może nie tylko tutaj?

Samolot wzbił się w powietrze i można było odpiąć pasy. Odetchnęła.

– Już lepiej? – spytał.

– Troszkę.

– Najlepszym lekarstwem na stres jest upić się albo pogadać.

– Tej pierwszej metody nie popieram, ale porozmawiać mogę.

Stewardesa przyjmowała zamówienia. Anna zamówiła lampkę białego półsłodkiego wina, Steve szklaneczkę koniaku.

– Powiedz mi – zaczęła – jeśli to nie jest tajemnicą, co was skłoniło do szukania zaginionego miasta?

– Dobre pytanie. Całe to zamieszanie wywołał profesor Bateman. Zaczął robić porządki na strychu uczelni i przez przypadek znalazł stary rękopis...

– To już wiem – wtrąciła.

– Ale nie wiesz – kontynuował – co w nim było napisane. Autor rękopisu jest nieznany. Brakuje też kilku kartek. W piśmie widnieje data piątego sierpnia 1795 roku. Autor opisywał pobyt w małym arabskim miasteczku niedaleko granicy syryjsko-tureckiej. Pisał o nim w samych superlatywach. Nawet zakochał się w jednej Arabce. Musiał szybko wyjechać, by nie stracić życia. Po latach wrócił do Raju. Tak nazwał to miejsce. Jednak miasteczka już nie było. Wszystko zostało zasypane piaskiem, ocalało tylko źródełko. To po nim poznał zaginione miasto. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się stało, bo wszyscy zginęli.

– To straszne. A kroniki syryjskie? Nie ma w nich ani słowa na ten temat?

– W syryjskich kronikach jest wzmianka o miasteczku, które zostało skreślone z mapy, bo mieszkańcy w tajemniczy sposób opuścili swoje domostwa. Spotkała ich kara Allacha. Z opisu w rękopisie wynika, że mieszkańcy byli samowystarczalni. Żywili się przeważnie kozim i owczym mięsem. Były tam ogrody, bujna trawa, na której pasło się wiele zwierząt, a źródło nigdy nie wysychało. Tak tam jest napisane. Ale ile w tym prawdy? Nie wiem.

Stewardesa przyniosła szklaneczki z zamówionym alkoholem.

– A może źródełko wyschło, trawa i drzewa zwiędły, a mieszkańcy się wyprowadzili?

– Wtedy zostałyby choć ruiny. Domów przecież nie zabrali ze sobą.

– Domów nie. Przez lata wiatr nawiewał piasek i zasypywał mury domów, aż utworzył wydmy. Dlatego nic nie widać.

– Otóż to – zamyślił się. – To ciekawa teoria. Minęło dwieście lat... Mogło być tak, jak mówisz.

– A wy teraz chcecie rozwikłać tę zagadkę?

– No właśnie.

– A jeśli to, o czym pisał autor rękopisu, to zwykła pisanina, to co zrobicie?

– No cóż. Okaże się, że paru wariatów zmarnowało pieniądze podatników, bo przeczytało bajkę. Ale nie martw się, miasteczko istniało. Mamy mapę i dokładne wyliczenia. Wystarczy odkopać miasteczko, a raczej to, co z niego zostało, zabezpieczyć ruiny. Może uda nam się rozwikłać tajemnicę jego zniknięcia. Część wydatków pokrywa muzeum w Damaszku. Ono też ma wyłączne prawo do znalezisk.

– A wy macie figę.

– Nie. Dzielimy się po połowie, ale oni decydują, co zatrzymują dla siebie, a co my możemy podarować muzeum w Stanach. My również mamy wyłączność na nakręcenie filmu o naszych poczynaniach.

– Będziecie sławni.

– Ty też.

– Dlaczego ja? – nie zrozumiała.

– A jak sądzisz? Od kogo ma zależeć nasza siła?

Spojrzała mu w twarz, nadal nie rozumiejąc, o co chodzi.

– Od kucharza. Jak będziemy dobrze jeść, to szybciej dokopiemy się do ruin, chyba że słońce wysuszy nas na wiór.

– Schlebiasz mi. Mam nadzieję, że wszystkim będą smakować moje potrawy, bo nie zamierzam gotować dla każdego z osobna.

– Tak źle to nie będzie.

– Zastanawiam się nad wystawieniem jadłospisu.

– Lepiej nie – zaprzeczył.

– Dlaczego?

– Niektórzy mogliby zacząć kręcić nosem. Jak zobaczą potrawy w garnkach, będą musieli zjeść to, co im przygotowałaś.

– A czym dostaniemy się do celu podróży? – spytała.

– Wojskowym samolotem transportowym polecimy do Aleppo, a stamtąd pojedziemy samochodami do Obbia. To taka malutka wiejska mieścina. Nasz cel znajduje się osiem mil dalej, a jeszcze dalej, jakieś dwadzieścia mil, jest granica turecka.

Była tak zajęta rozmową ze Stevem, że nie zauważyła, kiedy znaleźli się nad oceanem. Stewardesa przyjmowała zamówienia na posiłki. Anna zamówiła sałatkę warzywną polaną oliwą z oliwek i smażoną pierś z kurczaka, a do tego kieliszek półwytrawnego białego wina. Steve nie chciał być gorszy. Zażyczył sobie pieczone udko, frytki i kieliszek białego wytrawnego wina. Krótko czekali na zrealizowanie zamówień.

– Jak ja nie lubię dań odgrzewanych w mikrofalówce – przyznała. – W niczym nie przypominają tradycyjnie przygotowywanych potraw. Ich smak jest niewiadomego pochodzenia.

– Tak? – spojrzał na nią. – To jaki smak ma twój kurczak?

– Tygodniowej cielęciny pachnącej wiatrem.

– Lepiej było nie pytać – napił się wina. – Znam ten smak. Od dziesięciu lat jadam w stołówkach, barach i tak naprawdę nie znam smaku domowych potraw.

– Nie jesteś żonaty?

– Nie mam czasu na randki... To nie znaczy, że nie spotykam się z kimś – znów napił się wina. – Nie jest to nic poważnego. Oboje pracujemy, więc mamy dla siebie niewiele czasu.

Zapadła krótka cisza. Steve sądził, że Anna będzie chciała dowiedzieć się czegoś więcej, lecz nie doczekał się pytań.

– A ty masz kogoś? – przerwał ciszę.

– Nie... I pewnie długo nikogo nie będę miała.

– A to dlaczego? Niespełniona miłość?

– Coś w tym rodzaju – dopiła wino.

– W twoim domu wypoczynkowym panuje duży ruch, prawda?

– No tak, ale ci, którzy przyjeżdżają na wypoczynek, są już zajęci.

*

O trzeciej po południu czasu lokalnego samolot wylądował na lotnisku w Damaszku. Na dworze panował upał, było dwadzieścia osiem stopni. Ciepłe kurtki i golfy nie były potrzebne. Kiedy wysiadali z samolotu, podmuch suchego, gorącego powietrza musnął ich twarze. „Niełatwo będzie żyć w takich warunkach” – pomyślała Anna. „Ale za to wspaniale się opalę”.

Tubylcy z uwagą przyglądali się Amerykanom. Spojrzenia mężczyzn skupiły się na niebieskookiej blondynce. Rozpuszczone długie blond włosy, zgrabna sylwetka, obcisły biały golf podkreślający kształtne piersi pobudziły ich wyobraźnię. Anna nie zwracała uwagi na ludzi znajdujących się w poczekalni lotniska. Skupiła się na odebraniu swoich bagaży.

Całą grupę odprawiało trzech celników i lekarz. Nieważne, że zostali przywitani przez władze muzeum i mieli legalne dokumenty – przepisy dokładnie mówiły, że trzeba sprawdzić każdego turystę. Wszystko szło dobrze, dopóki arabski lekarz nie zajrzał do karty szczepień Anny. Brakowało jednego – przeciw cholerze. Lekarz oznajmił, że należy poddać kobietę dwutygodniowej kwarantannie, zwłaszcza że będzie mieszkać w Syrii pół roku. Nie pomogły nawet zapewnienia doktor Mary Parker, że Anna przeszła wszystkie szczepienia i tylko z pośpiechu to jedno zostało przeoczone. Wreszcie do akcji wkroczył Steve. Szepnął coś na boku. Celnicy roześmiali się, spoglądając na kobietę. Lekarz machnął ręką i oddał mężczyźnie dokumenty Anny.

– Co ty im takiego powiedziałeś? – spytała dziewczyna.

– Nie pogniewasz się na mnie, jak ci powiem? – spojrzał na nią.

– No, nie wiem... To zależy, co im powiedziałeś.

– Przysięgnij z ręką na sercu, że nie pogniewasz się na mnie.

– No dobra – położyła lewą dłoń na sercu. – Przysięgam.

– Powiedziałem im coś takiego...

Reszta grupy nastawiła uszu.

– Powiedziałem, że jesteś naszym kucharzem i bez ciebie pomrzemy z głodu. Cholera cię bierze, kiedy przypalisz wodę, spalisz mięso, złamiesz paznokieć i kiedy twój mężczyzna zaniemoże w łóżku.

– I to miało być śmieszne? Ja nie widzę w tym nic zabawnego. A wy? – zwróciła się do kolegów.

– To nic śmiesznego... – padły pojedyncze słowa.

– Wystarczy, że im się podobało – skwitował Steve – i oddali twoje dokumenty.

– Trochę to zabawne – przemyślał David. – Moja dziewczyna też się wścieka, kiedy złamie paznokieć.

– To po co je zapuszcza? – podchwycił Dan.

– Żeby mieć na co się wściekać – zażartował Garry.

Studenci zaczęli się śmiać. Zrobiło się weselej i odprawa celna nie była już tak męcząca. Kiedy celnicy skończyli przeglądać bagaże poszczególnych członków załogi, zabrali się za sprawdzanie kontenerów z żywnością. Celnikom towarzyszyli profesor Bateman, Bette i Steve, a reszta grupy udała się do toalety, by przebrać się w coś lżejszego. Anna wyjęła z podręcznej torby cienką kolorową bluzkę z długim rękawem i założyła ją na siebie. Golf i kurtkę wcisnęła do plecaka. Związała włosy gumką, po czym skryła je pod niebieską apaszką. W kiosku kupiła dwie pocztówki, na których skreśliła słowa pozdrowień. Jedną kartkę zaadresowała do stryja, drugą do personelu domu wczasowego. Niech wiedzą, że szczęśliwie wylądowali w Syrii, a Patton niech się przekona, że wyjazd okazał się prawdą.

Po odprawie celnej ponownie przeszli na płytę lotniska, gdzie czekał na nich wojskowy samolot transportowy. Byli tam też pracownik muzeum i przewodnik. Załadowali bagaże i sprzęt, by pół godziny później odlecieć do Aleppo. Po drodze zaskoczyła ich burza i pilot musiał zmienić kurs. Ciężkie, czarne chmury przysłaniały niebo. Anna znów zaczęła się bać. Właśnie przez załamanie pogody i gwałtowną burzę rozbił się samolot, którym podróżowali jej rodzice i brat.

Późnym wieczorem, z godzinnym opóźnieniem wylądowali w Aleppo, gdzie czekali na nich Peter Fox i Harry Robie. Wynajętym autobusem udali się do hotelu. Wszyscy byli zmęczeni i wyczerpani długą podróżą. Przyjemnie było wziąć prysznic i zjeść ciepły posiłek. Nie wszystkim się to jednak udało. Studenci nie umyli się i nie zjedli kolacji, tylko od razu położyli się spać w ubraniach. Anna dzieliła skromny, lecz czysty pokój z panią doktor i Bette. Nieważne, że ta ostatnia miała męża. W tym hotelu kobiety i mężczyźni spali osobno. Panowie z amerykańskiej grupy archeologów mieli do dyspozycji dwa przejściowe pokoje. W każdym z nich stało sześć łóżek. Było ciasno, ale za to tanio. Nie zdążyli się wyspać, a już trzeba było wstać. Zapomnieli o zmianie czasu, do której musieli się w krótkim czasie przyzwyczaić. Prysznic, lekki posiłek i kolejna podróż do celu.

Ostatnim przystankiem przed rozbiciem obozu, mała wioska Obbia. Bateman miał dla kolegów złą wiadomość. W nocy ktoś włamał się do zamkniętego hangaru na lotnisku i ukradł jeden z pięciu zakupionych transportowych łazików, naruszył paczki ze sprzętem i kontener z żywnością. Przyjechała policja. Właśnie zabezpiecza ślady kradzieży. Profesorowie Bateman, Durell, Steve i Bette musieli udać się na lotnisko, by sprawdzić, co zginęło z ich bagaży. Kolejny zmarnowany dzień. Ale nie wszyscy byli zasmuceni tym faktem. Można było spokojnie odespać różnicę czasu i poleniuchować. Około południa Bateman zrobił zbiórkę całej ekipy. Poinformował wszystkich o stratach. Potwierdziła się wiadomość o skradzeniu jednego z pięciu łazików. Spośród tych, które zostały, jeden zniszczono. Skradziono akumulator, przebito koła w przyczepie. Skradziono paczkę z mięsnymi konserwami, przyprawami, worek ryżu i cukru oraz najcenniejszą rzecz: ultrasonograf do odszukiwania przedmiotów zakopanych pod ziemią. Bez niego ciężko będzie natrafić na ruiny zaginionego miasta. Czeka ich kopanie na oślep.

Wieść o okradzeniu amerykańskich naukowców dotarła do władz miasta oraz przedstawicieli muzeum. Ku miłemu zaskoczeniu ekipy Amerykanom zaoferowano pomoc w postaci osobowego busu z kierowcą. Podarowano im też dwa worki cukru i sto puszek gulaszu z baraniny. Niestety, ryż był w Syrii zbyt drogi, by się nim dzielić. Przedstawiciel władz miasteczka przeprosił Amerykanów za haniebny występek, obiecując, że policja postara się szybko złapać sprawcę i surowo go ukarać.

„Kradzież w arabskich krajach jest karana śmiercią bądź ucięciem ręki. Któż mógł dopuścić się takiego czynu, narażając własne życie?” – pomyślała Anna. „A może to sabotaż? Komuś się nie podoba, że Amerykanie będą grzebać w ich świętej ziemi”.

Późnym popołudniem pod eskortą wojska ruszyli do Obbia. Było gorąco, na niebie nie widzieli ani jednej chmurki. Lekko wiejący wschodni wiatr nie przynosił ulgi. Otwarte okna w busie, którym jechali, sprawiały, że czuli się jak w klimatyzowanym pojeździe. Oddychanie również było dużo łatwiejsze. Opuścili wąskie uliczki miasteczka, przyglądając się pożółkłej trawie, na której pasły się wychudzone czarne i czarno-białe kozy. Studenci prowadzili krótkie rozmowy, komentując umykające pustynne krajobrazy. „My narzekamy na częste opady deszczu, a zimą – śniegu, z kolei ludzie tutaj pewnie codziennie przeklinają słońce, wypatrując deszczu” – pomyślała Anna. „Mówią, że Arabom nie chce się pracować, ale jak można robić cokolwiek w takim upale, kiedy nawet w nocy jest gorąco, a w tutejszych domach nie ma klimatyzacji?”.

Dwadzieścia mil za miastem zjechali z asfaltowej szosy na wyboistą polną drogę. Było im niewygodnie, samochody musiały zwolnić. Anna wyobrażała sobie, że w wiosce, do której zmierzają, stoi parę glinianych domków przykrytych trzciną, a jej mieszkańcy to biedni, schorowani staruszkowie. Myliła się. Kiedy wjechali na wzgórze, w oddali zza drzew wyłoniły się zbudowane z białego kamienia piętrowe budynki pokryte czerwoną dachówką. Było też widać stajnie dla kóz i owiec zbudowane z drewna. Gdzieś w oddali musiała być rzeka, gdyż trawa była tu zielona, rosły drzewa pomarańczowe i mandarynkowe oraz palmy. Dziesięć mil dalej rozciągały się pasma gór.

– Nie jest źle – przyznał Bateman. – Jakoś przeżyjemy te pół roku.

– A jak nie, to wywiozą nas nogami do przodu – zażartował Steve.

– A jak zbadacie ruiny miasta za trzy miesiące, to wrócimy wcześniej do kraju? – spytała Anna.

– Wszystko jest możliwe – nie zaprzeczył Bateman.

Kiedy pojazdy zatrzymały się przed okazałym budynkiem, z pobliskich mniejszych domków zaczęli wychodzić ciekawscy gapie. Mężczyźni ubrani w sięgające do kostek czarne stroje, obuci w skórzane brązowe sandały, podchodzili do samochodów. Wśród tubylców nie było kobiet, jedynie dzieci stojące w drzwiach odważyły się wychylić swoje małe główki i z przestrachem w oczach wpatrywały się w nieznajomych.

– Czy ktoś umarł? – spytała Anna.

– Dlaczego tak sądzisz? – zdziwił się Steve.

– Bo wszyscy są ubrani na czarno.

– Nie, nikt nie umarł – zaprzeczył Durell. – Tutejsi ludzie ubierają się w ten sposób.

– Okropność. Biel uchroniłaby ich od słońca – Anna rozejrzała się. – Upieką się w tej czerni.

– Oni tak pieką się od pokoleń – mówił Steve. – Jak wyjdziesz z samochodu, poczujesz zapach spalonego ciała.

Wszyscy parsknęli śmiechem. Anna uznała jego wypowiedź za niesmaczny żart.

– Bardzo śmieszne – wzruszyła ramionami.

Z budynku wyszedł starszy mężczyzna ubrany w białą koszulę i czarne bufiaste spodnie. Biały fez na jego głowie przepasany był czarnym plecionym rzemieniem. Posiwiały zarost świadczył o tym, że już nie jest młody. Kapitan powitał go i wymienili parę zdań po arabsku. Przewodnik poprosił, by Amerykanie wysiedli z pojazdów.

– To taki wasz odpowiednik burmistrza tej wioski, Abdul Gani – przedstawił przewodnik. – Przez trzy dni będziecie jego gośćmi. Kobiety zamieszkają w jednym domu – wskazał budynek po przeciwnej stronie podwórka – a mężczyźni w drugim. A teraz przedstawię was burmistrzowi. Mówcie, kim jesteście. Będę tłumaczył.

W pierwszej kolejności przewodnik zaczął przedstawiać mężczyzn. Abdul Gani bacznie przyglądał się każdemu z osobna. Jego twarz rozpromieniła się, gdy przedstawiono mu kobietę lekarza. W wiosce są chore osoby, do miasta daleko, a i z pieniędzmi u nich krucho. Za poradę lekarską mogą zapłacić kozim mięsem lub skórami. Abdul Gani nie pozostał obojętny na widok niebieskookiej jasnowłosej dziewczyny. Szepnął coś w swoim języku i pokiwał głową. Tłumacz uśmiechnął się, nie tłumacząc jego słów. Nie musiał tego robić. Stojąca nieopodal Bette doskonale go zrozumiała.

– Ten stary świntuch ma na ciebie ochotę – szepnęła do Anny.

– Chyba wszyscy tu obecni mają na nas ochotę – zauważyła. – Zaraz oczy wyjdą im z czaszek – poprawiła chustkę, zakrywając włosy.

Po krótkiej prezentacji dwaj wyznaczeni przez burmistrza słudzy zajęli się gośćmi. Jeden z nich poprosił mężczyzn, by poszli z nim do domu swego pana, a drugi poprowadził kobiety do innego budynku. Pokój dla kobiet znajdował się na parterze. Pomieszczenie było skromne, ale czyste, brakowało zasłon i firanek. Cztery drewniane łóżka, sienniki wypełnione sianem, a na nich kraciaste szaroczarne koce, poduszki obleczone owczą skórą. Pośrodku pokoju stał wąski stół, a obok niego dwie drewniane ławki bez oparć. Za drewnianą szafą w kącie, do której na lince doczepionej do ściany przywiązana była szara gruba kotara, znajdował się wąski stolik, dwie brązowe emaliowane, lekko obite miednice i wiaderko. Brakowało umywalki, sedesu. Zamiast prądu do oświetlenia pomieszczeń używano świec lub lamp naftowych. Im trafiła się lampa naftowa.

– Nie jest źle – stwierdziła pani doktor, stawiając walizkę na ławce.

– Może to nie jest pięciogwiazdkowy hotel, ale jakoś wytrzymamy te trzy dni. W namiotach będzie gorzej – podsumowała Bette.

– Gdyby przystroić te ściany pięknymi widoczkami, byłoby przytulniej – powiedziała Anna. – Zamiast koczować w namiotach, mogłybyśmy mieszkać w tym domu przez pół roku.

Za oknami zebrały się dzieci. Z przyklejonymi do szyb twarzyczkami obserwowały poczynania kobiet. Pani doktor i Bette zajęły łóżka stojące pod ścianą. Annie pozostało jedno z posłań pod oknem. Wybrała to znajdujące się bliżej szafy. Młody chłopiec przyniósł im wiadro pełne czystej wody. Bette spytała o ubikację. Chłopiec poprosił, by kobiety wyszły z budynku. Kiedy stały w progu, wyciągnął przed siebie lewe ramię i palcem pokazał stojącą dwadzieścia metrów dalej, wśród ciernistych krzaków, drewnianą budkę, z trzech stron obitą deskami. Drzwi zastąpiła gruba czarna zasłona. Jak powiedział, zbudowano tę budkę specjalnie dla Amerykanów, bo oni używają papieru do wycierania tyłków, a Arabowie posługują się w tym celu wodą, bo tutaj brakuje papieru, poza tym nie mieliby co z nim zrobić. Kiedy goście zza oceanu wyjadą, budka zostanie jako pamiątka i będzie się z czego naśmiewać. To jedno wiadro, które mają, służy do sikania. Nie radził też kobietom wychodzić w nocy do budki, bo mężczyźni wszystko obserwują.

Kiedy Bette przetłumaczyła słowa chłopca, panie nie mogły powstrzymać się od śmiechu.

– No to kupka w dzień, siusiu w nocy – podsumowała Mary.

*

Abdul Gani okazał się gościnnym człowiekiem. Kazał zabić dorodnego barana, rozpalić ognisko, a kiedy mięso było gotowe do spożycia, zaprosił Amerykanów do przygotowanego na dworze stołu. Jego kobiety przyniosły pomarańcze, mandarynki i ananasy. A że Arabowie nie piją mocnych trunków, podano ziołową herbatę. Zapach pieczonego mięsa pobudził soki trawienne. Barry z kamerą w dłoniach filmował biesiadę. Gospodarz domu w towarzystwie rady starszych wypytywał gości o prawdziwy cel wizyty, bo w poszukiwania ruin starego miasta nie bardzo wierzył. Tłumacz przełożył słowa Arabów, a Bette poprawiała jego słabą znajomość słów z dziedziny archeologii.

Zbliżała się północ. Zmęczenie dawało się we znaki. Zmiana czasu i ciężki, tłusty posiłek przed snem sprawiły, że Amerykanie marzyli tylko o spoczynku. Nie udało się doprosić o zasłony w oknach, więc jedynym wyjściem było zasłonięcie małych, wąskich okien ręcznikami, by mężczyźni z wioski nie podglądali kobiet, gdy będą przebierać się w piżamy i kłaść spać.

Tej nocy Anna miała piękny sen. Była w ogrodzie pełnym zieleni i kwiatów. Na każdej rabatce rosły kwiaty jednego gatunku, a kolory tworzyły wielobarwny dywan. Pośród kwitnących pnączy i wysokopiennych róż znajdowała się fontanna. Na jej środku widniały trzy figurki w kształcie skorpionów zetkniętych ze sobą brzuchami. Ogony były wzniesione ku górze, a z kolców wytryskiwała woda. Obok fontanny stał czarnowłosy, śniady, przystojny mężczyzna. Jego twarz pokryta była czarnym zarostem. Nieznajomy miał na sobie białą szatę, a jego głowę przykrywała biała chusta przepasana ciemną opaską z broszką w kształcie skorpiona. Oboje przeszli do okazałego pałacu, którego wnętrze przypominało muzeum. Ze snu zbudził ją męski głos:

– A oto, proszę państwa, nasza kucharka, Anna Reed...

Anna obróciła się powoli, podnosząc powieki. Wciąż czuła zapach kwiatów i miała przed oczami wnętrze pałacu. Barry Thomas z kamerą na ramieniu filmował, jak kobieta budzi się ze snu. Uśmiechnęła się. Barry mówił dalej:

– Dzisiaj jest pierwszy dzień pracy naszego kucharza. Anna zaspała i chce, żebyśmy umarli z głodu.

– To już tak późno? – usiadła na łóżku, odrzucając koc na bok.

– Jaka ładna piżma, a już myślałem, że nasz kucharz śpi w koszuli nocnej i wstając, pokaże mi swoje nogi.

– Wyłącz to – rzuciła w niego poduszką.

– Czyś ty zwariował? – obudziła się pani doktor. – Jest szósta rano.

– Nie przestawiło się zegarka – mężczyzna skierował w jej stronę kamerę. – Ale jakie piękne ujęcie można uchwycić z rana, jakiego kaca ma nasza załoga.

– Oszczędzaj film na lepsze okazje – pani doktor zakryła twarz dłonią.

– To gdzie mam gotować? – ziewnęła Anna.

– Gdziekolwiek – powiedział Barry. – Nawet tutaj.

– A gdzie sprzęt? – spytała Anna.

– Już ci to zorganizowałem – wyłączył kamerę. – A propos, jest ósma rano, nie szósta. Pani doktor źle chodzi zegarek.

– Przecież go przestawiłam – spojrzała na zegarek i przystawiła go do lewego ucha. – No tak, stanął. Zapomniałam go nakręcić.

Po pięciu minutach pojawił się Barry w towarzystwie Toma i Garry’ego. Przynieśli przenośną kuchenkę gazową. Podłączyli do niej butlę. Garry przyniósł pięciolitrowy czajnik pełen czystej, świeżej wody, a chłopcy chleb, mięsne konserwy, paczkę herbaty, dwa noże i półmiski na kanapki. „Kanapki mogliby zrobić sobie sami” – pomyślała Anna. „Do tego kucharz nie jest potrzebny”. Podpaliła palnik z gazem pod stojącym na kuchence czajnikiem, po czym udała się do znajdującej się za zasłoną „łazienki”. W zimnej wodzie umyła zęby i ważniejsze części ciała. Włożyła na siebie czystą bieliznę, czarne spodnie i luźną niebieską koszulkę z bawełny. Była gotowa do przygotowywania kanapek. Kiedy Bette i pani doktor się umyły, pomogły Annie w robieniu śniadania. Przez szpary w oknach zaczęły wlatywać muchy.

– Co wam się śniło dzisiejszej nocy? – spytała Bette.

– A bo ja pamiętam... – ziewnęła pani doktor. – Najpierw nie mogłam zasnąć, a kiedy wreszcie się udało, trzeba było wstać.

– Prześpi się pani po obiedzie – powiedziała Anna.

– Jak mi te muchy pozwolą – dłońmi odganiała od siebie owady.

– Mówią, że to, co się przyśni w nowym miejscu, na pewno się sprawdzi – odezwała się Bette.

– Coś takiego! – Anna uśmiechnęła się. – Jak mój sen się sprawdzi, to uwierzę we wszystkie następne.

– Tak? A co ci się śniło? – spytała zaciekawiona Bette.

– To był piękny sen – rozmarzyła się Anna. – Tylu kwiatów w życiu nie widziałam. Byłam w pięknym ogrodzie i w pałacu przypominającym muzeum. W ogrodzie była fontanna, na jej środku trzy skorpiony przytulone do siebie brzuchami. Z ich ogonów wytryskiwała woda.

– Czysta czy brudna? – spytała Bette.

– Czysta. Krystaliczna. Było widać dno.

– A jakiś mężczyzna też ci się przyśnił? – spytała pani doktor.

– O tak... Nie pamiętam go dokładnie – próbowała sobie przypomnieć. – Na pewno miał czarne włosy, zarost na twarzy, był ubrany na biało i miał chyba turban na głowie albo chustę, opaskę z broszką w kształcie skorpiona, którego grzbiet był zrobiony z dużego czerwonego rubinu.

– Gdybym ja miała takie sny... – westchnęła pani doktor. – Od dwóch lat jestem rozwódką, mam trzydzieści sześć lat, a jedynie, co mi się śni, to kłótnie z byłym mężem.

– Annę czeka wielka miłość – Bette uśmiechnęła się. – Kto wie, może ślub z mężczyzną, który się jej przyśnił.

– Nie żartuj ze mnie. Przecież to nasz drugi dzień w nowym miejscu, nie pierwszy, więc sen nie ma szans się sprawdzić.

– To nasz drugi dzień w obcym kraju, ale pierwsza noc w nowym miejscu – zauważyła pani doktor. – Będziemy tu mieszkać pół roku.

– Nie wierzę w sny – Anna wzruszyła ramionami. – A tobie, Bette, co się śniło?

– Przyśniło mi się, że zaszłam w ciążę – mówiła z uśmiechem. – Tak bym chciała, żeby to się sprawdziło. Jesteśmy z Alexem już trzy lata po ślubie i nic. Kochamy się od pięciu lat, po ślubie przestałam się zabezpieczać i nic.

– A byłaś z tym u lekarza? – zaciekawiła się Mary.

– Tak. Mówią, że wszystko w porządku, oboje jesteśmy zdrowi. Mój lekarz twierdzi, że trzeba tylko czekać na odpowiedni moment – odegnała dwie muchy fruwające nad kromkami chleba z pokrojoną w plasterki mięsną konserwą. – Tylko nie mam pojęcia, kiedy ten moment nastąpi.

– Ja też chciałam mieć dziecko – zwierzała się Mary – ale mój mąż uważał, że mamy czas. Kiedy dojrzał do tej decyzji, dostałam lepiej płatną pracę i plany znowu trzeba było przełożyć. Oddaliliśmy się od siebie, więc znalazł sobie młodszą. Rok po ślubie urodziły im się bliźniaki.

– Jeszcze znajdzie pani kogoś odpowiedniego dla siebie – pocieszała ją Anna. – W końcu jest pani wykształconą, atrakcyjną kobietą, za którą oglądają się mężczyźni, tak jak wczoraj na lotnisku i w hotelu.

– Dziękuję – uśmiechnęła się. – Może spodobam się jakiemuś bogatemu Arabowi.

– Wszystko możliwe – przytaknęła Bette. – Przez pół roku wiele może się wydarzyć.

– Nie, dziękuję – zaprotestowała Mary. – Arabowie to psy na ładne kobiety. Mogłabym zostać piątą albo szóstą żoną. Wolę rodaka.

*

Na przygotowanym przez kobiety śniadaniu pojawiło się niewielu panów z amerykańskiej ekipy. Wczorajsza suta uczta zaszkodziła kilku z nich. Profesor Bateman nie mógł patrzeć na jedzenie, wypił tylko kubek gorzkiej kawy. Marchol nie mógł podnieść głowy z poduszki, ­Steve’a bolał żołądek, Durell, nieprzyzwyczajony do tłustego mięsiwa, miał rozwolnienie i większość dnia spędził w ubikacji. Pani doktor udzielała im pierwszej pomocy. Jedynie studenci czuli się dobrze. Siedzieli z dala od burmistrza i jego świty, jedli mało i uważali, by woda była dobrze zagotowana.

Po śniadaniu zostało sporo kanapek. Aby się nie zepsuły, kobiety rozdały je dzieciom, które bez przerwy obserwowały Amerykanów.

Po lekkim obiedzie, czyli zupie jarzynowej z przywiezionych w puszkach warzyw, profesorowie wraz z przewodnikiem i burmistrzem wioski wyruszyli w poszukiwaniu miejsca na obóz jak najbliżej terenu, na którym, jak wskazywała stara mapa, znajduje się zaginione miasto. Według mapy ruiny zaginionego miasta miały leżeć osiem mil od wioski pod zwałami piasku. Obóz amerykańskiej ekipy powinien stanąć jak najbliżej, czyli jakąś milę od tego miejsca. Burmistrz zaproponował badaczom ładne miejsce na stepie, półtorej mili przed pustynią i pół mili przed niewielką oazą. Rosły tam trzy kokosowe palmy, niskie, cierniste, kwitnące na czerwono krzewy. W kamiennej rozpadlinie, szerokiej na dziesięć i wąskiej na pięć kroków, zbierała się krystalicznie czysta woda. Mieszkańcy wioski nazwali to miejsce „znikającą wodą”, ponieważ każdego dnia w południe wody zaczyna ubywać i tuż przed nocą szczelina jest pusta, jakby słońce wypijało zawartość źródełka. Nie wiedzieć czemu tuż po wschodzie szczelina napełnia się z powrotem. I tak od zarania dziejów. Czasem woda przelewa się, pojąc rosnące wokół źródełka rośliny. Abdul Gani zakazał niszczenia tego miejsca pod groźbą surowej kary. Wspomniał, że miało tam schadzki dwoje zakochanych ludzi. Pradziadek Saida El Dżajada, pana wielkiej posiadłości, która znajduje się za niewielkimi górami (wskazał na wschód w kierunku niskich pagórków) mówił, że książę spotkał tutaj swoją przyszłą żonę. Była to Angielka o niebieskich oczach i ciemnoblond kręconych włosach. Była córką naukowca, który też szukał zaginionego miasta. Spotykali się tutaj przez trzy lata. Co rok Kabir sadził małą palmę, wierząc, że jeśli drzewo uschnie, miłość umrze. Uczucie przetrwało i kiedy ojciec Kabira El Dżajada niespodziewanie zmarł, ukąszony przez czarną kobrę, młodzi pobrali się. Oaza znajduje się tam do dziś.

Burmistrz pozwolił Amerykanom nabierać wody ze źródełka, ale tylko czystymi naczyniami.

Tak więc postanowione. Rozbiją obóz pół mili od oazy.

Następnego dnia tuż po śniadaniu samochodami zwieźli cały sprzęt i narzędzia. Studenci zabrali się za ustawianie namiotów. Chłopi z wioski z uwagą przyglądali się domkom ze sztywnego popielatego materiału podtrzymywanego przez metalowe rurki. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie widzieli namiotów, a przecież pasterze przemieszczający się z kozami po łąkach sypiają tylko w prymitywnych schronieniach z kozich lub owczych skór.

Mężczyźni postawili dwa duże wojskowe namioty z przeznaczeniem na sprzęt i sześć nieco mniejszych dla załogi, jeden obok drugiego, tak że razem utworzyły kształt litery „U”. Jeden dwuosobowy zajmowała Bette z mężem, dwa następne studenci, w czwartym miały zamieszkać Anna i pani doktor, a w piątym panowie profesorowie. Pośrodku stanęła wiata, której dach stanowił gruby brezentowy materiał. Pod wiatą znajdowały się dwa długie stoły i cztery ławy. Obok namiotu kucharza postawiono kontener na żywność z lodówką zasilaną baterią słoneczną. A słońca tu nie brakowało. Szósty czworokątny namiot przeznaczony był dla kucharza. Składał się z dwóch części. W jednej z nich znajdowały się dwie kuchnie gazowe, obie z piekarnikami. Mała turystyczna kuchenka stała na długiej szafce, w której umieszczono podręczne rzeczy potrzebne kucharzowi. Druga część namiotu przedzielona była zasuwaną kotarą i służyła za zmywak z osobnym wejściem. Cztery zapasowe butle gazowe i beczkę oleju napędowego umieszczono dziesięć kroków dalej w zacienionym miejscu i zabezpieczono kamieniami, tak aby promienie słoneczne nie ogrzewały metalu. Ciepło mogłoby spowodować wybuch. Kiedy Anna rozpakowywała pudło z garnkami, usłyszała przykrą dla siebie rozmowę pani doktor i jej brata.

– Nie mam zamiaru spać w jednym namiocie z kucharką – protestowała Mary.

– Zrozum. Kobiety muszą trzymać się razem – tłumaczył brat. – To nie Stany, tylko arabski kraj...

– Nie ma mowy. Dla mnie jest kucharzem – pani doktor obstawała przy swoim.

– Ukończyła studia, podobnie jak ty.

– Nie, ja jestem lekarzem, a ona zwykłą kucharką.

– Nie przekonam cię?