Pewnego razu w Dyrdymałach - Filip Lang - ebook
Wydawca: eFeL Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Pewnego razu w Dyrdymałach ebook

Filip Lang

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pewnego razu w Dyrdymałach - Filip Lang

Humorystyczna powieść obyczajowa z udziałem istot nie z tego świata. Po wielkie powodzi, spokojne dotychczas życie w Dyrdymałach uległo radykalnej zmianie. Ale może tylko niektóre sprawy i sprawki wypłynęły na powierzchnię?

" 800x600 Wieść gruchnęła po mieście jak piorun z jasnego nieba: na skałkach znaleźli trupa! A teraz podobno trzymali go w lodówce na zapleczu dyrdymalskiego hipermarketu o nazwie Eldorado. Tak przynajmniej utrzymywała pani Helenka z mięsnego, która usłyszała oficjalny zakaz wchodzenia na zaplecze wydany przez kierownika placówki. Nikt zresztą nie zdołał wejść na zaplecze, choć tego poranka wyjątkowo wielu klientów udawało zbłąkane dusze chcąc koniecznie sforsować drzwi prowadzące do chłodni. Ale młodszy aspirant Listkiewicz własną piersią bronił dostępu. Taki dostał rozkaz od swojego przełożonego. A rozkaz to rozkaz!

Po kątach Eldorado, a i w różnych zakamarkach miasta ludzie domyślali się intrygi. Ofiarą padł, jak się mówiło nieoficjalnie, młody Pąckiewicz, przewodniczący Zielonego Gumiaka, potomek niegdysiejszych hrabiów, krewny wielebnego Pąckiewicza, słynnego na całe województwo, a nawet cały kraj biznesmena. A także chwilami sługi bożego. Domysły krążyły wokół wątku nieślubnych dzieci, pieniędzy, zemsty zza grobu, działania istot z kosmosu będących w zmowie ze zmutowanymi nietoperzami, aż do zwykłego wypadku po pijaku. Prawdy jednak nie znał nikt, nawet sam komendant Tokarski, choć przesłuchiwał inżyniera, on to bowiem, wraz z resztą ekipy, byli ostatnimi, którzy widzieli Pąckiewicza żywego i w całkiem niezłej formie."

Opinie o ebooku Pewnego razu w Dyrdymałach - Filip Lang

Fragment ebooka Pewnego razu w Dyrdymałach - Filip Lang




ROZDZIAŁ 1

Po dwóch tygodniach deszczu, potoki spływające z gór zmieniły się w dziki żywioł, który niszczył, tarmosił i bezlitośnie porywał ze sobą wszystko, co mu stanęło na drodze. Woda płynęła szerokim strumieniem i zdawało się, że nic nie zdoła powstrzymać rozwścieczonej przyrody. Wały ziemne nie pomagały, a mosty ledwo zipały pod naporem spienionej brei. Korytem rzek i niegdysiejszych spokojnych strumieni płynęły sprzęty, wyrwane drzewa, kawałki ogrodzeń, gdzieniegdzie rower, garnki, jakiś but… Fale toczyły i wlokły ze sobą najdziwniejsze i całkiem nieoczekiwane przedmioty. Gdy wreszcie iście biblijny potop nieco złagodniał, a wody odrobinę opadły, oczom udręczonych mieszkańców niewielkiego miasteczka, ukazywał się obcy i wrogi krajobraz, który w dodatku brzydko pachniał.

Mara spojrzała na swoją suknię zabrudzoną błotem. Delikatne koronki wyglądały jak psu z gardła wyjęte. Próbowała je trochę wygładzić i przyklepać na długich nogach, ale bez większego powodzenia. Nienawidziła wyglądać byle jak. Wiedziała, że nic tak nie dodaje kobiecie uroku jak elegancki strój i pewność siebie. Teraz jeden element odpadł. Trudno. Wyjęła z błota pantofelek i z westchnieniem rozejrzała się dookoła. Część grobów była zdewastowana. Walały się wieka trumien albo drzazgi po wiekach od tych tańszych, tandetnych, w różnych miejscach osiadły plastikowe kwiaty, liche ozdoby, tu i ówdzie jakieś kosteczki, ale nie było widać mieszkańców cmentarza. Czyżby się pochowali w grobowcach bogaczy albo w krypcie?

Za plecami Mary, znad samej skarpy rozległ się przeraźliwy wrzask. Dało się też słyszeć skwierczenie, któremu towarzyszył nieprzyjemny swąd. Mara odwróciła głowę. Rzeczywiście skwierczał wąpierz. Pewnie wypełzł nieopatrznie na powierzchnię, albo go woda wymyła. Nie było pewności co do przyczyny, w każdym razie nie powinien był się pokazywać na zewnątrz, bo choć ciągle padało, noc jeszcze nie nastała. Jazgocząc paskudnie i dymiąc wąpierz pędził w kierunku jednego z dwóch najokazalszych grobowców na tutejszym cmentarzu w nadziei, że zdoła uratować swój nędzny nieżywot. Mara patrzyła za nim ze złością i pomyślała, jaka to straszna szkoda, że nie skomli tak ta wredna, ruda Lamia, która zawsze starała się odbić jej któregoś z kochanków. Lamii jednak nie zagrażało światło dzienne. Może przynajmniej woda zniszczyła i jej sukienkę?

Mara podniosła się z kamienia i stanęła na imponująco długich nogach. To im przede wszystkim zawdzięczała zainteresowanie mężczyzn. Im, a także wiotkiej talii, jasnej skórze, prawie przezroczystej, długim, czarnym włosom i powłóczystemu spojrzeniu. Spowijała ją atmosfera zmysłowości, zagadki i obietnicy. No i Mara pchała się do łóżka. Taką miała naturę, a tej prawie żaden mężczyzna nie potrafił się oprzeć. To dlatego tracili dla niej głowy. Niektórzy dosłownie, jeśli Mara nie żywiła się przez dłuższy czas. Ale to były dawne czasy. Odkąd osiadła na stałe na cmentarzu w Dyrdymałach, żyła w swoistej symbiozie z tutejszymi mieszkańcami. Tak było wygodniej, a wygoda ważna rzecz, jak mawiał lord Drake, który cenił wygodę. Zwłaszcza po każdej z tych tajemniczych i niekończących się podróży, o których mówił tak niechętnie. Ciekawe, gdzie był teraz ten niby Anglik z wyższych sfer. Tak naprawdę towarzysze podejrzewali go, że się podszywa jedynie pod Anglika, ale trudno było cokolwiek przesądzić, ponieważ lord Drake ciągle znikał.

Mara postąpiła kilka kroków, czemu towarzyszyły odgłosy obrzydliwego ciamlania. Pantofelki grzęzły w błocie. Zazwyczaj spokojny i suchy cmentarz w tym niewielkim miasteczku, powstałym niegdyś wokół posiadłości hrabiostwa Pąckich, przemienił się w błotnistą ofiarę niszczycielskiego żywiołu.

Mara, siódme dziecko rejenta i panny z dobrego domu, oddana w dzieciństwie na nauki do szkoły prowadzonej przez zakonnice, a potem żona miejskiego rajcy, ale przede wszystkim kochanka prawie całej męskiej części rady miejskiej, nigdy wcześniej nie widziała takiego kataklizmu. Nigdy. Ani za życia, ani odkąd zeszła z tego świata. O ile już wcześniej cmentarzyk nie był specjalnie okazały, o tyle teraz brakowało go w dobrej jednej trzeciej. Leżący na skarpie nad zwykle nieszkodliwą i spokojną rzeczką, był częściowo podmyty. Skarpa urywała się gwałtownie, a w dole burzyła się spieniona i brudna woda. W zapadającym zwolna zmierzchu było widać coraz gorzej, ale Marze się zdawało, że i tam dostrzega jakieś kości. Pewnie jeszcze jeden nieboszczyk, który zamknął rozdział ostatecznie i zamiast się cieszyć urokami życia pozagrobowego, pozwolił się pożreć robakom. Nie warto było teraz rozważać, czy to lepsze rozwiązanie, czy też gorsze niż to, które spotkało Marę i kilku innych nieumarłych. Należało ich raczej odnaleźć i to szybko, bo deszcz nie ustawał. Jeśli dalej tak będzie wymywać cmentarz, to co się z nimi stanie? Mara chwyciła pantofelki w garść i przytrzymując koronkową suknię utaplaną błotem ruszyła dziarsko w kierunku budowli z kamienia.

*

Dwa kamienne grobowce stały obok siebie w bogatszej części cmentarza. Oba wysokie jak piętrowy dom, zupełnie jakby nieboszczyk nie miał nic lepszego do roboty, niż ganiać po piętrach. Właściwie musiałby fruwać, bo wewnętrznych schodów nie było. Oczywiste, że chodziło tylko o rozmiar, o demonstrację przewagi, choćby i po śmierci. Obaj fabrykanci, których doczesne szczątki spoczywały w tych mauzoleach, a właściwie już zdążyły rozsypać się w proch, konkurowali między sobą przez całe życie. Mierzyli się na wielkość fabryk, majątków, urodę żon i liczbę dzieci, i mierzyliby się tak nie wiadomo jak długo, gdyby temu bogatszemu się nie zmarło. Wtedy, o ironio!, ten drugi miał wreszcie okazję się odegrać. Wystawił sobie bardziej imponującą budowlę w bezpośrednim sąsiedztwie odwiecznego konkurenta, by na koniec w niej spocząć. Tak to zmagania obu wielkich przedsiębiorców i ich ambitnych rodzin przeniosły się w zaświaty. Zyg, zyg marcheweczka. Rywali zjadły robaki, więc już nie cieszyli się rywalizacją, ale przynajmniej przestali innym zawracać głowę. Jedyny pożytek z ambicji był zaś taki, że umarlacza społeczność cmentarza w Dyrdymałach mogła się spotykać w zaciszu grobowca nie strasząc mieszkańców miasteczka i nie włócząc się po nocy. Mara przeczuwała, że teraz, kto nieżyw, schronił się właśnie w jednym z mauzoleów.

Pchnęła ciężkie, zdobne okuciami drzwi. Powitało ją radosne szczekanie Fafusia, białego szpica świętej pamięci hrabiny Pąckiej. Również Fafuś wyglądał mniej elegancko niż przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat z drobnym okładem. Sierść miał zmierzwioną i posklejaną, ale humor psinie dopisywał jak zwykle.

– Fafulki moje, wracaj do pańci! – hrabina ze szczotką w ręku unosiła się lekko nad posadzką. – Wyczeszemy futerko, nio, nio, malutki.

Hrabia uniósł delikatnie brew. Szanowna małżonka okazywała czułość swojemu pupilkowi w sposób nieco egzaltowany, ale hrabia już dawno zdążył się do tego przyzwyczaić. Hrabina była w ogóle niezwykle życzliwą osobą, choć czasem lubiła wetknąć szpilę. Westchnął więc tylko pogodzony z losem i uśmiechnął się do Mary.

– Witaj, moja droga. Jesteśmy prawie w komplecie.

Mara potoczyła spojrzeniem po obecnych. Poza hrabiostwem był tu wąpierz Szymon, którego dopiero co widziała skwierczącego na cmentarzu, martwiec Wiktor i jego wierny ghul, ruda Lamia, Sylvio, który najwyraźniej szykował się do wyjścia, strzyga Monika zajęta piłowaniem swoich ptasich szponów i Tamara, wyjątkowej urody sukub. Mara lubiła ją. Już dawno przestały być dla siebie konkurencją. Dyrdymalskie upiory przeszły w zasadzie na dietę nieludzką, a ludzi tylko czasem próbowały dla smaku. No i dla podtrzymania tradycji. Tym sposobem świetnie sobie radziły nie ściągając na siebie uwagi miejscowej ludności. Tamarę zawsze zresztą wyróżniał łagodny charakter, jeśli nie liczyć odsysanych z krwi młodzieńców, ale delikatnie i nigdy do końca. I, w przeciwieństwie do Lamii, była miła wobec własnego gatunku. Mara z satysfakcją stwierdziła, że suknię Lamii woda i błoto sponiewierały tak samo jak jej własną.

– A gdzie Stefan i Alonzo? – spytała Mara.

– Ten nicpoń Alonzo znowu wyciągnął Stefana na wódkę – odparł zatroskany hrabia. – Wykończy mi nieboraka pijaczyna przeklęta.

– Gdyby Stefan nie chciał pójść, to by nie szedł – zauważyła chłodno i logicznie hrabina. – Zawsze są z nim kłopoty. Ostatni do roboty, pierwszy do kieliszka. Nie wiem, po co go trzymasz.

– Już go nie trzymam od dobrych dziewięćdziesięciu lat – odgryzł się hrabia.

– A Drake? – Mara nie lubiła, kiedy Pąccy się kłócili w obecności innych upiorów.

– Nie widzieliśmy go – stwierdziła hrabina wyczesując starannie sierść swojego pupilka.

– Kiedy ja go widziałam ostatnio, usiłował przekonać proboszcza, że należy mu się miejsce w krypcie – włączyła się do rozmowy Monika.

– I co? – zainteresował się Szymon, który również uważał kościelną kryptę za miejsce godziwe i bezpieczne dla wampira.

– Zapomnij – ucięła Monika. – W proboszcza Mątwickiego jakby sam diabeł wstąpił. Wrzeszczał jak szalony, biegał z kropidłem i groził, że sprowadzi egzorcystę i położy kres bezhołowiu umarlaków. O nas tak mówił, wyobrażacie sobie?

– Ba! Właściwie trudno mu się dziwić – zauważył przytomnie martwiec Wiktor.

– Yyyyyy – przytaknął ghul.

– Tak czy inaczej mamy poważny problem. Nasze groby są zniszczone, połowa cmentarza zniknęła i proboszcz będzie musiał zrobić z tym porządek. Tymczasem zostaliśmy na lodzie. Na pomoc gminy raczej nie mamy co liczyć, a mój majątek już dawno temu uwłaszczony – podsumował gorzko hrabia.

– Chyba miałeś na myśli mój majątek? – rzuciła kąśliwie świętej pamięci małżonka.

Hrabia machnął tylko ręką.

– Trzeba się ułożyć z proboszczem. W krypcie jest dużo miejsca i każdy znajdzie dla siebie przytulny kąt. No chyba, że się przeniesiemy do pałacu. Ale wtedy przyjdzie nam mieszkać z samym urzędem.

– To nie jest takie złe rozwiązanie – zauważyła Lamia. – Będzie dostęp do świeżych urzędników.

– Tak sobie myślę, że ja to chyba wolałabym ich dopadać pojedynczo i po zmroku. – zauważyła Monika. – W dzień tam się plącze dużo ludzi. Hałasują, łażą, marudzą. I nie lubię, kiedy wrzeszczą na mój widok. To mnie stresuje.

Tamara ze współczuciem objęła paskudę.

– Nie przejmuj się, Moniko. Ludzie są nieodpowiedzialni.

– W każdym razie musimy gdzieś mieszkać. Przenosiny cmentarza chwilę potrwają. Potrzebne nam wygodne i bezpieczne lokum, a tu się nie mieścimy i nie ma sensu tracić energii na kłótnie. Osobiście jestem za kryptą – hrabia podniósł palec do góry.

– Ja w zasadzie też – Wiktor przychylił się do hrabiowskiej propozycji. – Ale może zaczekajmy z podjęciem ostatecznej decyzji, aż wrócą Alonzo i Stefan. Może lord Drake też się znajdzie do tej pory.

– To tymczasem – wystrojony Sylvio wychynął z mrocznego zakątka. – - Jak zdecydujecie, to mnie poinformujcie. Jestem za.

– Tak ci śpieszno? Może raz zostaniesz i wysilisz mózgownicę? Głową też czasem można popracować, a nie tylko… ganiasz za babami – hrabia czuł się w obowiązku strofować młodego.

– O, przepraszam. To dama a nie baba. Zaniedbywana mężatka ściślej rzecz biorąc – fuknął urażony Sylvio. – A mnie wzywa obowiązek i natura!

– Taaa. Ta sama natura doprowadziła cię tu, gdzie jesteś. Gdyby mąż nie wrócił wcześniej z podróży, to może zmarłbyś spokojnie ze starości, twoje kosteczki już by dawno popłynęły z nurtem rzeki, a ty nie szwendałbyś się po nocach za babami – zauważył Wiktor.

– Hyhyhyhy – ucieszył się ghul.

– Paszła, pokrako – rzucił Sylvio zakładając bardzo szykowną skórzaną kurtkę. – Wracam niebawem. Na pewno i tak niczego nie wymyślicie do tego czasu.

Gdy Sylvio otworzył drzwi grobowca, do wnętrza wdarł się kolejny podmuch wiatru i strugi deszczu. Fafuś szczeknął z dezaprobatą.

– Jak ich spotkam w mieście, to powiem, żeby szybko wracali na naradę – rzucił jeszcze Sylvio i zamknął ciężkie drzwi.

W grobowcu zapanowała na chwilę cisza i słychać było tylko szelest przypalonej skóry łuszczącej się z wąpierza Szymona. W tej ciszy szelest brzmiał irytująco.

– Może powinieneś zajrzeć do babki Maćkowiakowej? – zauważyła niby to życzliwie Lamia. – Da ci jakiejś mikstury i przestaniesz się łuszczyć.

– Tak, żeby mnie zamieniła w ghula? – Szymon poczuł się wyraźnie urażony propozycją. – Babka już stara, wszystko jej się we łbie miesza. Myli formuły, mikstury, zaklęcia. Nie chcę być jak ten tu idiota.

Wskazał ruchem brody na ghula.

– Yyyyy – zauważył trupojad widząc, że zebrani skierowali na niego swoją uwagę.

– Przestańcie się kłócić. Teraz musimy być zwarci i solidarni – przemówił hrabia.

– Niby słusznie – zauważył Wiktor – ale gadasz pan hrabia jak jaki związek zawodowy a nie jaśnie pan.

– Nie ma się co czepiać szczegółów – prychnął hrabia.

Zaś hrabina natychmiast skorzystała z okazji:

– Zawsze miał socjalistyczne ciągoty. Ledwo obroniłam majątek za życia.

– Może właśnie dlatego cię w końcu utłukli, moja droga i majątek odebrali – zauważył hrabia z przekąsem.

– Pfff… – Pącka wzruszyła ramionami.

– Ja też bym wolała kryptę – odezwała się Mara ucinając kłótnię i wracając do tematu. – Niepostrzeżenie nie damy rady się w niej zagnieździć, trzeba się zastanowić, jak przekonać proboszcza Mątwickiego.

– Może Alonzo zrobi nowe witraże? A my wyremontujemy kościół?

Tamara miewała czasem dziwne, ale celne pomysły. Alonzo był przecież artystą i to bardzo zdolnym. Stoczył się przez pijaństwo, teraz jednak nie groziło mu, że stoczy się jeszcze bardziej. Jako nieboszczyk wręcz lepiej znosił działanie alkoholu niż za życia. Może odnajdzie swoją drogę artystyczną?

– Rozpije wikarego na amen – zachichotał Szymon, – ale warto spróbować.

Świst wiatru na zrujnowanym cmentarzu przybrał na sile, a w niewielkim okienku grobowca zadrżały szyby z grubego szkła. Przynajmniej te, które się jeszcze uchowały. Nawet tu słychać było huk niewinnej niegdyś rzeczki, przemienionej mocą żywiołów w rwącego potwora.

Mieszkańcy cmentarza w Dyrdymałach musieli się mocno zmobilizować, jeśli mieli przetrwać wściekły atak Matki Natury.


ROZDZIAŁ 2

Bugatti veyron w kolorze delikatnie podwędzanej sardynki zaparkował z fasonem na żwirku przed budynkiem ratusza w Dyrdymałach. Przed wojną, tą pierwszą, był tu pałac hrabiostwa Pąckich, ale po kolejnej przeszedł na własność państwa. Dziś gościł w swoich progach urząd miejski, bibliotekę oraz siedzibę organizacji ekologicznej Zielony Gumiak. Tę ostatnią wyłącznie ze względu na powinowactwo jej przewodniczącego, Pąckiewicza z niegdysiejszym miejscowym hrabiostwem i z obawy władz, że a nuż młodemu, ambitnemu człowiekowi strzeli do łba, domagać się zwrotu majątku, jak mu radziła część rodziny.

Tymczasem Marcin Pąckiewicz urzędował w bocznym skrzydle pałacu, a teraz właśnie wybiegł rączo z budynku zapinając guzik marynarki i kłusował w kierunku żwirowego podjazdu. Na widok samochodu nieco zwolnił tempa, ale już drzwiczki się otwierały, już stopa obuta w czarny sztylp stąpnęła stanowczo na żwirze, już za stopą podążała okazała reszta odziana w czarne spodnie, czarną marynarkę rozpiętą i odsłaniającą bogato zdobiony szlachetnymi kamieniami złoty krzyż. Skromna koloratka dopełniała wizerunku.

Gość stanął w całej okazałości i pieścił spojrzeniem gmach pałacu, trzeba uczciwie przyznać bardzo starannie utrzymany przez urząd. Młody Pąckiewicz wytarł lekko spoconą dłoń o spodnie i przypadł do pierścienia.

– Witaj, stryju!

– Daj spokój, młody. Jestem tu incognito. Ale pierścień możesz ucałować – dodał gość łaskawie.

– Incognito?

Pąckiewicz rzucił niepewne spojrzenie na veyrona, który lśnił niczym wielkie UFO przed urzędem miejskim. Gość zrozumiał.

– To prywatny – wyjaśnił. – Chodzi o to, że służbowy został na parafii.

– Aha. To zapraszam stryja do biura.

– Dawno nie byłem u ciebie. Pięknie tu, no no. – Gość wprawnym okiem szacował wartość budynków i przyległych terenów. – Muszę przyznać, że dbają urzędniki o naszą spuściznę.

Pąckiewicz przytaknął nie wdając się w dyskusję. Dreptał wokół gościa chcąc go jak najprędzej wprowadzić do biura, by uniknąć sensacji. Już widział, poruszenie za ratuszowymi firankami. Trudno, pomyślał, i tak nie da się tej wizyty utrzymać w tajemnicy. Pogodzony z faktami od razu uspokoił się wewnętrznie. Całe życie go uczono, że z losem się nie wygra, choć próbować czasem warto. Widać tak miało być. Otworzył pięknie rzeźbione drzwi, obok których widniała elegancka, emaliowana tablica z napisem „Zielony Gumiak” i przepuścił gościa.

– Nigdy nie myślałeś o zmianie nazwy, synu? – spytał gość.

– Nie, stryju. To kwestia tradycji. Wszak Zielony Gumiak widnieje w herbie Pąckich.

– Chyba kalosz!

– Z francuskiego „galoche”. To one przywróciły nasz ród do świetności. Gdyby nie fabryka ojca prapraprababki Pąckiej świętej pamięci… szkoda gadać. Ale po wojnie zmieniono herb, żeby było bardziej ludowo, a mniej herbowo. Jest gumiak. Przecież stryj zna tę historię.

– Jak zwał, tak zwał.

Duchowny ze zrozumieniem skinął głową i przeparadował do kolejnych otwartych na oścież drzwi sekretariatu. Na jego widok stojąca tam prześliczna filigranowa blondynka zakrzyknęła gościnnie:

– Bądź pozdrowiony, Ojcze Wszechmocny!

– A tej co? – spytał gość odwracając się do bratanka. – Głupia jakaś czy ateistka?

– Ojcze Geologu? – poprawiła się niepewnym tonem sekretarka, a jej usteczka wygięły się w podkówkę.

– Zrób nam kawę, proszę – Pąckiewicz próbował ratować sytuację.

– I podaj no, dziecko, koniaczek. Znużonym podróżą – rzucił łaskawie gość wparowując do gabinetu przewodniczącego. – Noooo – stwierdził z satysfakcją moszcząc się w skórzanym fotelu za biurkiem – ładnie tu.

Obejrzał wszystkie przedmioty stojące na biurku, kilka poprzestawiał i rzucił życzliwszym okiem na krewnego.

– Dobrze młody. Nie będę tu siedział wieki całe, bo mnie interesy gonią. Wiesz, że nie mam czasu na duperele, muszę moich owieczek doglądać, żeby mi się nie zbiesiły. Mów! Jak się sprawy mają? Taka okazja trafia się raz na sto lat! Nie możemy jej przepuścić.

– Oczywiście, stryju. Więc jest tak… Pamięta stryj te skałki kawałek za kościołem? Takie niewysokie, w sumie tam pusto, teren kościelny razem z cmentarzem i przyległą łąką. Jest też trochę terenów prywatnych.

Gość kiwnął głową na znak, że pamięta.

– U nas teraz wielka powódź była, jak stryj wie i pół cmentarza wymyło. Proboszcz Mątwicki musi pozbierać szczątki nieboszczyków i przenieść groby. Najprawdopodobniej właśnie bliżej skałek, bo i gdzie miałby je przenieść? W każdym razie urzędowi się nie chciało pomiarów robić, a w dodatku tam mieszkają nietoperze pod ochroną, więc prace zlecili mnie. Że niby tacy dbający o ekologię, ale ja wiem, że nie chcą pieniędzy wydać. Już dawniej przy badaniach nietoperzy, robiłem odwierty geologiczne i wyszło całkiem przypadkiem, że tamtejsze tereny mogą kryć w sobie złoża ropy. Teraz robiłem nowe pomiary, ale stryj wie, trzeba było dyskretnie.

Gość kiwnął głową na znak, że wie.

– Bo to przecież nie tylko proboszcz Mątwicki, ale i Zawada mógłby coś zwęszyć. A on wiadomo, miejscowa szycha, każdy interes łapie i trzyma z burmistrzynią. Rozumie stryj, ręka rękę myje.

Gość kiwnął głową na znak, że rozumie.

– No i są. Są te złoża jak nic. Trzeba ustalić dokładniej, jak duże. W każdym razie pomyślałem, że może by tak wpłynąć na proboszcza? W końcu stryj zna władzę zwierzchnią, tereny należą do kościoła. Nie oddamy przecież naszych terenów, prawda? Starczy, że nam pałac zabrali swego czasu! – Młody promieniował oburzeniem.

Gość uniósł dumnie głowę i walnął pięścią w stół na znak, że nie oddamy.

– Młody! Masz rację jak diabli!

Sekretarka weszła cichutko do gabinetu i postawiła tacę na stoliku. Podawała filiżanki dymiące rozkosznym zapachem świeżo parzonej kawy. Pąckiewicz poderwał się i wyciągnął kieliszki z barku.

– Dziękuję ci, moje dziecko – gość łypnął w zgoła niedziecięcy dekolt filigranowej sekretarki i podał pierścień do ucałowania.

Dziewczyna schyliła się ofiarując tym sposobem widok z lepszej perspektywy i szepnęła cichutko:

– Na wieki wieków, ojcze Pogromco.

No głupia jakaś wyjątkowo, pomyślał gość.

– Ładne z ciebie dziecko – dodał łaskawie.

Sekretarka wycofała się dyskretnie za drzwi pozwalając, by mężowie interesu oddali się ustalaniu strategii.

Przewodniczący Pąckiewicz ustawił kieliszki na biurku i zajął się butelką. Złoty płyn wypełnił do połowy szklane bąble spływając kaskadą po ściankach i kłębiąc się niczym wzburzona fala, zanim wreszcie ucichł na dnie. Gospodarz odstawił butelkę, zatarł dłonie i sięgnął po kieliszek.

– Zdrowie stryja!

– Dziękuję ci – gość z wyraźnym zadowoleniem smakował koniak. – - Zrobimy tak: ja się zajmę stroną duchową, czyli pogadam z biskupem o tym, żeby roztoczyć opiekę nad zniszczonym cmentarzem. Nie można tak zostawić kolegi w opałach z nieboszczykami rozniesionymi przez rzekę po całej okolicy. Twoja organizacja przejmie nadzór i wszystko będzie ekologicznie. Urząd trzeba trzymać jak najdalej, żeby się te sępy nie zwie działy o interesie, bo na pewno będą nam szły w szkodę. Ja zmobilizuję wiernych do pomocy, ogłosi się w radiu, telewizji, prasie, zrobi się składkę, wyznaczy chętnych do pracy. Zawsze można włączyć fundację i podnieść abonament na telefony. Już moja w tym głowa! Ty tymczasem załatw odwierty, ale po cichu, wiesz. Nie od razu na wielką skalę. Tak, żeby nic nie było widać. Wymyśl coś i wyślij ludzi między te skałki. Musimy mieć kontrolę. A potem koncesję, jeśli będzie warto rzecz jasna.

Młody Pąckiewicz z entuzjazmem kiwał głową.

– Odwiedzę jeszcze dziś Mątwickiego i wybadam, co on tam wie.

– Stryj zamierza jechać do kościoła tą bryką? – przewodniczący ekolog wskazał głową na podjazd za oknem.

– A czemu nie? Niech widzi potęgę łaski pańskiej!

– Proboszcz Mątwicki może tego nie pochwalać – zasępił się młody.

– A, co ty się znasz! Od wieków bogactwo robi wrażenie! Działało przez dwa tysiące lat, nie przestanie tak ot teraz!

– Stryj da potem znać, coście ustalili?

– Spokojna głowa. Zadzwonię. A ty – gość dopił koniak, wsparł się obiema dłońmi o biurko i podniósł z fotela – zorganizuj po cichu ekipę. Weź najlepszych fachowców. I dyskretnie!

– Już mam. Tylko czekają na sygnał.

– Tym lepiej, synu.

Pąckiewicz odstawił kieliszek i śpieszył otworzyć drzwi przed stryjem. Wiedział, że kto pilnuje interesu, ten nie ma czasu na czcze pogaduchy. A stryj pilnował interesu, aż furczało.

Na ich widok sekretarka zerwała się na równe nogi i już miała ucałować pierścień, ale duchowny przepędził ją ruchem ręki.

– Do zobaczenia, dziecko, daj już spokój z tymi pląsami. I lepiej nic nie mów! – dodał widząc, że otwiera usta, by się odezwać.

Dziewczyna zamarła wpół gestu, wpół słowa.

Podążając za stryjem w stronę samochodu, Pąckiewicz rzucił okiem na okna urzędu. Firanki opadły, a urzędnicy odskoczyli w głąb pokojów. Młody uśmiechnął się chytrze pod wąsem. Otworzył przed stryjem drzwi auta.

– To z Bogiem, stryju!

Duchowny umościł się na skórzanym siedzeniu i zanim zamknął drzwiczki, skinął jeszcze do krewniaka dając znak, by ten się zbliżył. Przewodniczący Zielonego Gumiaka pochylił się usłużnie.

– A ty, młody, tego… z gumką czy bez? – spytał duchowny.

Pąckiewicz poczerwieniał i ze zdenerwowania nie mógł złapać tchu.

– Ależ stryju!

– Daj spokój – stryj machnął ręką – przecież wiem, że to robisz. Chodzi mi o potomka.

– Stryj chce się dzielić dziedzictwem? – spytał Pąckiewicz jeszcze bardziej zaskoczony.

– Zaraz tam dzielić! Ale myślę o rodzinie. Jesteś już dwa lata po ślubie, młody, a przychówku nie widać!

– A bo myśleliśmy z Martusią…

– Baby nie są od myślenia! Wiesz, że święty Kościół nie pochwala gumek! Masz mi zrobić dziedzica, ku chwale naszej i Pana!

– Tak stryju, natychmiast – wybąkał Pąckiewicz.

– No! To bywaj! – gość wykonał niedbały gest jakby błogosławieństwa i uruchomił silnik. – Odezwę się do ciebie. A ty mi tu pilnuj wszystkiego!

Pąckiewicz patrzył za pojazdem, który odbijał promienie słońca tak mocno jak zjawisko jakieś cudowne. Gdy się odwrócił w stronę pałacu w oknach nie drgnęła już ani jedna firanka. Urzędnicy obserwowali go wyjątkowo dyskretnie.

Cieniasy, pomyślał młody i ruszył z powrotem do biura zająć się sprawami nie cierpiącymi zwłoki.

*

– Proboszczu! Księże proboszczu!

Jurna Anka przeskakiwała przez kałuże i groby przedzierając się do skarpy, na której stał proboszcz Mątwicki. Proboszcz oderwał zatroskane spojrzenie od rzeki i ekipy sprzątającej, i spojrzał na rozemocjonowaną gospodynię. Na szczęście nie było powodu do paniki. Akcja przebiegała szybko i sprawnie, więc skąd ten niepokój? Anka zatrzymała się przed proboszczem łapiąc oddech.

– Coś jedzie do nas i świeci jak cholera! Rydwan jakiś piekielny albo co.

– Oj, Anka, Anka. Pilnuj języka – strofował ją dobrotliwie.

– Niech się ksiądz sam przekona! – Anka wskazywała ręką w stronę drogi, skąd faktycznie coś połyskiwało jaskrawymi promieniami spomiędzy drzew.

Proboszcz podrapał się po policzku i ruszył w stronę kościoła. Mało miał kłopotów, teraz jeszcze jakieś nie wiadomo co. Rzucił okiem w prawo, gdzie zza przechylonego krzyża na mocno zniszczonym grobie wyglądała Monika. Strzyga patrzyła zmrużonymi złośliwie oczkami to na leśną drogę, to na proboszcza.

– A kysz – syknął Mątwicki bez większego przekonania.

– Że co? – dopytywała się Jurna Anka.

– Nic, nic, nie zwracaj uwagi – proboszcz podkasał sutannę i stąpał ostrożne po błocie. – Za co mnie to spotyka? – biadolił pod nosem idąc po śladach Anki.

Jurna Anka tak naprawdę nazywała się Anna Jurna i była księżą gospodynią od czterech lat. Silna, zrównoważona, opiekuńcza, nie cackała się ani z losem ani z księdzem, ani tym bardziej z wikarym Pawlakiem, z którym sam Mątwicki nie zawsze sobie radził. Trzymała silną ręką całe gospodarstwo i nie straszne jej były żadne wyzwania. Potrafiła też skutecznie odstraszyć bardziej natrętnych parafian, za co proboszcz był jej w głębi duszy niezwykle wdzięczny. Nauczony doświadczeniem ufał Ance i nie podważał jej opinii. Zawsze się okazywało, że jej trzeźwy osąd sytuacji i szybkie decyzje były słuszne. Dlatego i tym razem podążał za Anką, bo skoro postanowiła, że tak trzeba, widać coś było na rzeczy.

Gdy wyszli oboje na leśną drogę prowadzącą do kościoła i niewielkiej plebanii, od strony miasta nadjeżdżał powoli dziwny – jak się proboszczowi zdawało – samochód, połyskujący w promieniach słońca. Całe szczęście, że przestało wreszcie padać. Pogoda dawała nadzieję, na uniknięcie nowych kataklizmów i doprowadzenie cmentarza do ładu. Nie do pomyślenia, żeby się nieboszczycy poniewierali po okolicy. W dodatku te łazęgi pozbawione grobów powyłaziły na światło dzienne. Z wyjątkiem różnego wampirzego tałatajstwa, które się teraz kryło po zamkniętych grobowcach i pewnie pełzało w kościelnej krypcie szukając schronienia przed światłem słonecznym. Proboszcz nie był w stanie zrozumieć, dlaczego potępieńcy szwendali się bezkarnie po kościele i żaden piorun w nich nie strzelał. Z tego, co czytał na ten temat, święte miejsce było dla nich niedostępne. Niestety miejscowe upiory zdawały się o tym nie wiedzieć. Woda święcona również nie robiła na nich wrażenia, choć wikary na polecenie proboszcza używał jej całkiem obficie. Sam proboszcz raz osobiście pokropił jednego dziwaka i chyba z powodzeniem, bo zdawało mu się, że dziwak znikł. Ale może mu się tylko zdawało? Może woda była przeterminowana? Proboszcz westchnął. Najwyraźniej upiory się go nie bały. W dodatku pokazywały mu się najbezczelniej w świecie. Ciekawe, dlaczego je widział? Może to była jakaś próba? W każdym razie postanowił, że za nic w świecie nie przyzna się Ance. Podejrzewał, że jego gospodyni doskonale wie o plączących się upiorach, ale udaje, że nic się nie dzieje, więc on tym bardziej się nie przyzna. Jak by to wyglądało, gdyby się rozeszło, że proboszcz ma u siebie na plebanii dusze wyklęte i nic nie potrafi z tym zrobić!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.