Perła Będzina - Emilia Nowak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 229 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Perła Będzina - Emilia Nowak

Pewnej księżycowej nocy, w lesie porastającym tereny dawnego Księstwa Siewierskiego, dochodzi do dramatycznych zdarzeń. Podczas pościgu w leśnym gąszczu ginie mężczyzna. Wszystko to z powodu srebrnej tulejki zawierającej…mapę skarbu.

 

Zagłębie Śląsko – Dąbrowskie staje się areną fascynującego śledztwa mającego na celu dotarcie do ukrytych przed wielu laty kosztowności, należących do panującego na tych ziemiach rodu Mieroszewskich.

 

Wokół średniowiecznej warowni w Będzinie toczy się wyścig z czasem. Grupa studentów, zafascynowanych historią tych ziem, podejmuje wyzwanie rozszyfrowania zagadki i stawia czoło innym uczestnikom poszukiwań. Wśród nich jest także niebezpieczny przestępca, który depcze im po piętach i za wszelką cenę chce udaremnić ich działania.

 

Wartka akcja, odrobina lekcji historii, ale przede wszystkim trzymająca w napięciu przygoda sprawiają, że książkę czyta się przyjemnie bez względu na wiek.

 

 

 

Emilia Nowak – urodzona 08.10.1982 r. w Będzinie. Absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego. Książka „Perła Będzina” jest jej debiutem literackim. Poza pracą realizuje swoje pasje związane z malarstwem i podróżami.

Opinie o ebooku Perła Będzina - Emilia Nowak

Fragment ebooka Perła Będzina - Emilia Nowak







Strona redakcyjna


I

W leśnej głuszy co kilka chwil zrywały się do lotu schowane w gąszczach ptaki, spłoszone hałasem, jaki robiło dwóch biegnących w ciemnościach ludzi. Las był dość gęsty, mężczyźni z wielkim trudem omijali pnie, robiąc jednocześnie uniki przed gałęziami pojawiającymi się znienacka na wysokości ich twarzy. Zderzenie z jedną z nich mogłoby zakończyć się tragicznie w tak szaleńczym biegu.

Daniel Rzecki czuł, że opada z sił. Wiedział jednak, że w tej chwili nikt mu nie pomoże. Dochodziła dwudziesta trzecia piętnaście. Żałował chwili, w której zdecydował się wyruszyć w las o tak późnej porze. Jeżeli teraz dopadnie go bandyta, nikt nie usłyszy jego wołania. A nawet jeśli usłyszy, zanim ktokolwiek przybędzie na ratunek, prawdopodobnie będzie już dla niego za późno.

Wysoko nad głowami świecił księżyc w pełni, a wokół błyszczało milion gwiazd, oświetlając nieznacznie gąszcz. Daniel biegł co tchu, nasłuchując, gdzie znajduje się jego prześladowca. Gdy tylko pojawiała się przed nim przestrzeń pozbawiona drzew, wykorzystywał ten moment, żeby zerknąć w tył. W pewnym momencie przystanął przekonany, że mężczyzna zaniechał pościgu. Oglądał się na wszystkie strony. Sapał niczym pies. Serce waliło mu jak oszalałe. Trudno było dostrzec cokolwiek w głębinie lasu. Światło księżyca docierało na ziemię, tworząc na niej zaledwie krąg o średnicy dwóch metrów. Dalej była już tylko ciemność. Zapadła cisza. Gdzieś niedaleko puszczyk zerwał się do lotu, pohukując złowieszczo. Czas na chwilę zatrzymał się w miejscu. Nagle coś z ogromną siłą uderzyło go w plecy. Daniel upadł na wilgotną ściółkę i poturlał się po ziemi. Oszołomiony leżał tak kilka sekund, które wydawały mu się całą wiecznością. Czuł straszliwy ból przenikający jego ciało od pleców aż po kark. Gdy tylko podniósł głowę, ujrzał zbliżającą się postać – ogromnego, barczystego mężczyznę, który sunął teraz w jego kierunku, miażdżąc wszystko po drodze. Daniel resztką sił podniósł się w porę i chwiejnym krokiem ruszył wzdłuż ścieżki prowadzącej do ruin dworku. Napastnik ruszył za nim. Daniel słabł. Jedyną siłą, która pchała go do przodu, była siła jego ciała, które tylko dzięki grawitacji pędziło przed siebie.

Teren lekko się załamał i biegł pod kątem trzydziestu pięciu stopni w dół. Kilka metrów przed samym brzegiem jeziora Daniel upadł ostatecznie. Podbiegający od tyłu typ chwycił go za kołnierz i zaczął go szarpać, krzycząc energicznie:

– Dawaj mapę! Wiem, że ją masz!

Daniel chciał krzyknąć, żeby ten dał mu spokój, ale swoją sytuację w mgnieniu oka ocenił jako żałosną, powstrzymał się więc od jakichkolwiek wyjaśnień. Napastnik szarpał go tak mocno, że w pewnym momencie z klapy jego marynarki wypadła mała metalowa tulejka i poturlała się po ściółce. Obaj mężczyźni zastygli na chwilę. Dostrzegli, jak jej srebrne ścianki błyszczą w świetle księżyca. Daniel rzucił się w stronę, gdzie leżała, ale napastnik silnym ciosem w twarz powalił go na ziemię tak, że chłopak spadł z dość stromej skarpy i z wielkim pluskiem wpadł wprost do jeziora. Jego upadek wzburzył na moment toń wody, lecz po chwili w całym lesie znowu zapadła nocna cisza. Powietrze zrobiło się ciężkie i parne.

Tajemniczy mężczyzna stał na brzegu, próbując zlokalizować Daniela Rzeckiego. Nie mógł pozwolić, by ten uciekł i za­­­wiadomił o tym zdarzeniu policję. Widział jego twarz i dla­­­tego był istotnym zagrożeniem. Mężczyzna ­przycupnął i zmrużył oczy, badając powoli wzrokiem lustro wody. Odbijający się w nim księżyc falował rozerwany na dziesiątki kawałków. Po kilkunastu sekundach znowu zlepił się w jeden element, a woda się uspokoiła. Oczy mężczyzny przyzwyczaiły się do ciemności i teraz wyraźniej widział, co działo się na dole. Na powierzchni dryfował Rzecki, ale z tej odległości trudno było stwierdzić, czy porusza się samodzielnie, czy to tylko lekkie fale nim sterują. Zsunął jedną nogę, próbując zejść niżej. Mimo że zdawał sobie sprawę, iż temperatura wody na początku września nie przekraczała dziesięciu stopni powyżej zera, postanowił zanurzyć się i upewnić, że Rzecki utonął.

Nagle coś zaszeleściło w krzakach za plecami mężczyzny. Odezwał się inny męski głos:

– Stać! Straż leśna! Będę strzelać!

Sądząc po natężeniu głosu, osobnik znajdował się najwyżej kilkanaście metrów dalej. Nie zastanawiając się ani chwili, tajemniczy mężczyzna rzucił się do ucieczki. Odbiegł już kilka metrów, gdy nagle przypomniał sobie, że pozostawił na ziemi to, co go tu przywiodło – srebrną tulejkę. Pośpiesznie cofnął się o kilka kroków do miejsca, w którym ta wypadła z marynarki Rzeckiego. Chwycił ją z ta­­kim impetem, że sporo ziemi wbiło się za jego paznokcie, a wyrwane strzępki ściółki uniosły się w powietrze. Biegł co sił, kierując się na prawo od miejsca zdarzenia. Mocno ściskał srebrny przedmiot w wilgotnej dłoni, a gdy oddalił się nieco bardziej, przystanął na moment, aby odsunąć zamek błyskawiczny kurtki i schować tam tulejkę tak, by jej nie zgubić. Znowu zaczął biec przed siebie, słysząc zbliżającą się z tyłu postać. Nagle ze wszystkich sił zawył niczym bestia, czując, jak fala bólu przeszywa go od stopy w górę. Umilkł jednak szybko, żeby nie zdradzić swojego położenia i ostrożnie spojrzał w dół. Jego noga ­utkwiła we wnykach, które wbiły się głęboko w ciało. Czuł, że metalowe szczęki dosięgły samej kości. Z wielkim trudem powstrzymywał się od krzyku. Wymacał ręką na ziemi jakiś badyl, ułamał kawałek, zacisnął na nim zęby i ze wszystkich sił próbował otworzyć wnyki. Gdy udało mu się wreszcie wyswobodzić, spocony i brudny przycupnął pod pniem jakiegoś wielkiego drzewa i wsłuchał się w ciszę. Wydawało mu się, że szelest, jaki wywoływał ścigający go człowiek, oddalał się. Wyczerpany i zraniony podniósł się z trudem i ruszył przed siebie. Przez to niespodziewane zdarzenie zatracił nieco zmysł orientacji, ale był przekonany, że idąc dokładnie tam, skąd świeci księżyc, dojdzie do leśnej dróżki, przy której zostawił swój samochód.


II

Dochodziła już pierwsza w nocy, gdy tajemniczy typ nierównym krokiem zbliżał się do wyznaczonego miejsca spotkania. Do transakcji miało dojść, zgodnie z ustaleniami, równo o pierwszej. Mężczyzna kuśtykał pod zamkową górę z wielkim trudem. Chciał jak najszybciej wymienić „towar” na pieniądze i pojechać opatrzyć ranę. Noga dość mocno krwawiła, mimo że polał poszarpane przez wnyki ciało wodą utlenioną z samochodowej apteczki i owinął ranę bandażem. Od momentu, gdy wpadł w lesie w pułapkę, minęły dwie godziny, stracił więc sporo krwi. Czuł, że lekko gorączkuje. Na jego czole pojawiły się krople potu. Oddychał z trudem. Przeklinał w myślach mężczyznę, który zlecił mu wykonanie tego zadania. Wiedział jednak, że gra warta była świeczki, skoro zleceniodawca lekką ręką zaproponował mu w zamian za metalową tulejkę aż pięć tysięcy złotych. W obecnej jednak sytuacji, gdy ucierpiał przy tym na zdrowiu, a wręcz ledwo uszedł z życiem, zamierzał wynegocjować większą zapłatę. Zamierzał powiedzieć to swojemu zleceniodawcy tu i teraz. Nie wiedział o nim zbyt wiele. Tylko tyle, że nazywa się Spec, a w każdym razie w taki właśnie sposób wyrażał się o nim Tytoński, gdy zadzwonił z propozycją nowej roboty.

Mężczyzna był już prawie na miejscu. Tuż po jego prawej stronie rysował się majestatycznie kontur czternastowiecznej warowni. Księżyc, który pomógł mu dotrzeć do pozostawionego w lesie samochodu, świecił niczym latarnia, rzucając strumień niebieskawego światła na mury zamku. Wyznaczonym miejscem spotkania była polana przylegająca do zamku od północnej strony, tuż u stóp cylindrycznej wieży. Można tam było dostać się bez problemu, gdyż teren ten leżał poza zamkniętymi murami tak zwanego zamku wysokiego. Mężczyzna przycupnął pod kamienną konstrukcją, dając nieco ulgi obolałej nodze, i zaczął nasłuchiwać.

– Gdzie on do diabła jest? – wyszeptał sam do siebie, gdy zorientował się, że Spec spóźnia się już pięć minut.

Nagle usłyszał dziwny odgłos. Tak jakby ktoś nieudolnie naśladował sowę. Mężczyzna domyślił się, że to jego zleceniodawca daje znak, że przybył na miejsce. Wstał więc resztką sił i ostrożnie ruszył w dół polany. Jego oczy już dawno przyzwyczaiły się do ciemności, więc bez ­trudu dostrzegł kręcącą się na dole postać.

– Wreszcie – odezwał się mężczyzna. – Już miałem stąd odejść.

– Nie bądź taki mądry. Załatwiłeś to tak, jak ci mówiłem? Gdzie odebrałeś mu mapę?

– Nieistotne, gdzie pojechałem. Ważne, że załatwiłem sprawę.

– Masz to? – burknął Spec.

– Mam – odparł mężczyzna i pokazał srebrną tulejkę.

– Pokaż – powiedział Spec, wyciągając rękę do mężczyzny. Teraz dopiero, gdy stał dość blisko, zauważył, że mężczyzna jest oblany potem i ledwo dyszy.

– Nie tak szybko. Najpierw pokaż kasę.

– Co ci się stało w nogę? – zapytał Spec, zerkając na krwawiący piszczel.

– Nie zmieniaj tematu. To, co mi się stało, to moja sprawa. Mam to, czego chciałeś, a reszta niech cię nie obchodzi. Dawaj kasę – powiedział już dość zdenerwowanym głosem.

– Nie ma kasy – odparł Spec.

– Co? Nie masz kasy? – zezłościł się mężczyzna. – To w takim razie zapomnij o tym srebrnym przedmiociku.

Powiedział to, ale sam nie miał pojęcia, jak powinien się teraz zachować. Nie miał planu awaryjnego, nie spodziewał się, że Spec go wystawi, i nawet nie był pewien, czy zdoła uciec ze srebrną tulejką w tym stanie, w jakim się znajdował.

– Powoli, nie denerwuj się. Powiedziałem, że kasa będzie, to znaczy, że będzie. Dostaniesz te pięć tysięcy, ale najpierw potrzebuję tego, co masz w dłoni. Dzięki temu zdobędę kasę.

– Co ty wygadujesz? Masz mnie za skończonego idiotę? Nie dam się nabrać na takie historyjki. Oszukałeś mnie. Pożałujesz...

Powiedziawszy to, rzucił się na Speca i próbował go udusić. Ten, początkowo zaskoczony, zaczął się dławić, ale szybko odzyskał siły i odparł atak mężczyzny. Obaj szamotali się tak przez dłuższą chwilę na trawie zamkowego parku. Nagle spostrzegli, że na polanie zjawił się ktoś jeszcze. Wyglądało na to, że jakichś dwóch nieszkodliwych pijaczków przydreptało aż tutaj, żeby w świetle księżyca napić się wina. Mężczyzna wykorzystał ten moment i pomimo przeszywającego bólu nogi pobiegł na południe, okrążając mury zamku. Spec ruszył za nim. Był to już trzeci pościg tej nocy. Najpierw pogoń za Rzeckim w lesie, potem mężczyzna sam przed kimś uciekał – prawdopodobnie przed leśniczym – a teraz znowu ucieka, tym razem przed swoim zleceniodawcą, który wystawił go do wiatru.

– Stój! – krzyczał za nim Spec. – Oddaj to po dobroci!

Mężczyzna nie odpowiadał. Jasne stało się dla niego, że nie dostanie żadnych pieniędzy. Został oszukany przez jakiegoś wystrojonego inteligencika, a na dodatek uwikłał się w jakąś śmierdzącą sprawę. Dotarło do niego, że Rzecki mógł przeżyć, a wtedy na pewno pomoże sporządzić jego portret pamięciowy i sprowadzi mu na kark policję. A jeśli nie przeżył upadku do jeziora – to jeszcze gorzej, bo ktoś może go oskarżyć o spowodowanie jego śmierci.

– Gorzej już być nie może – pomyślał.

Po chwili, widząc dwóch patrolujących policjantów, którzy schodzili w dół chodnikiem prowadzącym od kościoła, wymamrotał:

– A jednak...

Odwrócił się w drugą stronę i powoli, próbując zachować pozorny spokój, ruszył przed siebie. Sytuację skomplikowało jednak nagłe pojawienie się Speca, który, zbiegając z zamkowej góry, krzyknął:

– Stój!

Wtedy policjanci dostrzegli Speca i zrozumieli, że krzyczał on do tajemniczego mężczyzny, który spłoszony rzucił się teraz w stronę podziemnego przejścia. Widząc, co dzieje się na dole, Spec wnet zawrócił i zniknął po chwili w krzakach pod zamkiem. Policjanci szybko ocenili sytua­cję i stwierdziwszy, że tamten zwiał, postanowili przynajmniej złapać drugiego mężczyznę. Rzucili się w pościg.

Dla tajemniczego mężczyzny była to już czwarta pogoń tej nocy, z czego trzy razy to on był celem pościgu. Policjanci zbiegli po schodach do podziemnego korytarza. Przejście nie było zbyt długie – mimo że mężczyzna uciekał po- woli, jego sylwetka nie zniknęła jeszcze z pola widzenia na końcu korytarza, gdy policjanci dopiero co doń wbiegali. Pędzili za nim i w świetle latarek dostrzegali nieliczne ślady krwi na ziemi. Nagle do ich uszu dobiegł dźwięk upadającego na beton metalu. Zbieg chciał zawrócić, ale wtedy na pewno zostałby schwytany, dlatego zrezygnował z odzyskania srebrnej tulejki i zniknął za rogiem. Policjanci zorientowali się, że mężczyzna coś zgubił, lecz gdy wybiegli na drugim końcu przejścia na powierzchnię, kierując się schodkami w lewo, mężczyzny już nie było. Próbowali odszukać ślady krwi, lecz na trawniku nie były już tak widoczne jak na betonie. Rozdzielili się: jeden zawrócił po tajemniczy przedmiot, który tamten upuścił, a drugi postanowił przeszukać okolicę.


III

– Zabrałeś termosy?

– Tak, moja droga, spakowałem je do najmniejszego plecaka razem z pojemnikami na kanapki i sztućcami – powiedział Maciek do swojej dziewczyny.

– Tak się cieszę, że w końcu udało nam się wyjechać na urlop. Oboje tego potrzebowaliśmy.

– Wolałbym, żebyś nie mówiła o tym w czasie przeszłym, tak jakby to było pewne.

– A nie jest? – zdziwiła się dziewczyna, podejrzewając, że Maciek coś ukrywa.

– Jeszcze jest. Ale kto wie, co się może nagle przytrafić. Wtedy może trzeba będzie zmienić plany – odparł tajemniczo.

– To szybko się pakuj i z samego rana wyjeżdżamy. Jak już będziemy siedzieć w samochodzie, nikt nie zdoła nas zawrócić.

Kolejne pół godziny oboje spędzili w ciszy, skupiając się wyłącznie na tym, co jeszcze należy zabrać na tygodniowy wyjazd w Bieszczady. Maciek cały czas chodził nieco spięty i podenerwowany, a Daria w milczeniu obserwowała go, unikając rozmowy. Obawiała się, że słowa wypowiedziane przez jej chłopaka staną się rzeczywistością i nie dojdzie do wyjazdu, na którym tak bardzo jej zależało. Gdy plecak i torbę miała już spakowane, pośpiesznie wzięła prysznic i zaszyła się pod kołdrą, usilnie próbując zasnąć. Jej zachowanie przypominało nieco zachowanie strusia, który chowa głowę w piasek, mając nadzieję, że w ten sposób nie widać też reszty jego ciała. Daria zakładała, że jak tylko zaśnie, dzień będzie oficjalnie zakończony, a rano na zmianę decyzji będzie już za późno.

– Dobranoc – powiedziała.

– Śpij dobrze, ja jeszcze spakuję ciepłe skarpety i też położę się spać.

Nie minęło piętnaście minut, gdy Maciek był już w ­łóżku i układał w głowie plan wędrówek po Bieszczadach. Już zasypiał, mając przed oczami przepiękne widoki rozpościerające się z połonin, gdy z tych fantazji wyrwał go dźwięk telefonu.

– Nie wyłączyłeś telefonu? – zapytała Daria z pretensjami w głosie.

– Zapomniałem, przepraszam.

– A jeśli to ten twój koleżka, który zechce pokrzyżować nam plany urlopowe?

– Nie chcę cię martwić kochanie, ale to właśnie on dzwoni.

– Nie odbieraj! – krzyknęła.

– Zwariowałaś? Muszę. To mój kumpel.

– Żaden normalny kumpel nie dzwoni o takiej porze – powiedziała oschle, wiedząc, że Maciek i tak odbierze telefon.

W powietrzu wisiało widmo nieudanego urlopu. Daria słuchała w milczeniu tego, co mówił Maciek. Była pewna, że urlop trzeba będzie odwołać w momencie, gdy Maciek powiedział: „Żartujesz, stary!? Poważnie? W takim razie do zobaczenia jutro”.

– Nie wiedziałam, że zabieramy twojego kumpla w Bieszczady – syknęła.

– Skąd ci przyszło do głowy, że go zabieramy?

– Bo powiedziałeś, że jutro się z nim widzisz. Rozumiem, że jedzie z nami.

– Niestety nie. Wykrakałem. Czułem, że coś się stanie. Bobek wczoraj do mnie dzwonił i wspomniał, że szykuje się jakaś niezła akcja. Tylko nie mógł zdradzić, o co chodzi. Teraz już wiem.

– Czyli nie jedziemy? – oburzyła się Daria.

– Przykro mi, kochanie, ale z tego, co Bobek powiedział przez telefon, wynika, że to nie może czekać. Wygląda to na poważną sprawę.

– Oczywiście. Zawsze coś. Zawsze wolisz towarzystwo swoich kumpli. Ile ty masz lat? Kiedy ty wyrośniesz z tej dziecinady?

– Jakiej dziecinady? I o co ci w ogóle chodzi?

– Mówię o tym szukaniu skarbów. To jest moim zdaniem dziecinada.

– Dziewczyno, ty nic nie rozumiesz.

– No to mi wytłumacz.

– Studiuję historię, więc się nią interesuję. Łączę przyjemne z pożytecznym. Próbujemy z Bobkiem docierać tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Co w tym dziecinnego?

– Tak? To podaj mi chociaż jedną pożyteczną rzecz, do której dotarliście z Bobkiem.

– Na przykład dzięki temu, że zapuszczamy się w jakieś zabite dechami wioski, udało nam się odszukać bardzo cenne rękopisy Elizy Orzeszkowej. Miała je u siebie jakaś babcia. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem z Internetu i gdybyśmy zbagatelizowali tę informację, tak jak wszyscy, to polskie zbiory byłyby uboższe o te właśnie rękopisy – odpowiedział Maciek. – Poza tym całe zeszłe lato pomagaliśmy archeologom ze Śląska i...

– Tak, wiem, już mówiłeś to milion razy, znaleźliście kilka glinianych naczyń z epoki łużyckiej – przerwała mu Daria. – Właśnie o tym mówię. Całe lato potrafisz stracić na grzebaniu się w glinie, a dla mnie nie masz nawet ­chwili. Teraz, kiedy wreszcie możemy razem wybrać się w góry, oczywiście w ostatniej chwili wystawiasz mnie do wiatru.

– Nie przesadzaj, mamy cały wrzesień na wyjazd. Możemy go przesunąć o kilka dni.

– Tak? A za kilka dni mi powiesz, że nie pojedziemy wcale? Dziękuję bardzo.

Daria obraziła się na Maćka, a ten jeszcze długo nie mógł zasnąć. Był tak podekscytowany szykującą się akcją, że do północy nie zmrużył oka. Bobek był bardzo tajemniczy, nie chciał rozmawiać o szczegółach przez telefon, ale zdradził tylko, że trzeba będzie pojechać na Śląsk.


IV

O siódmej rano Maciek, zbierając się do wyjścia, dopijał ostatni łyk kawy. Daria była oczywiście nieziemsko nadąsana, ponieważ kolejny raz jej chłopak postawił kumpli ponad ich związek.

– Słuchaj – odezwał się Maciek – a może sama pojedziesz w Bieszczady?

– Sama? Zwariowałeś? – oburzyła się Daria. – Mam samotnie chodzić po górach?

– A kto powiedział, że musisz wybierać najtrudniejsze szlaki? Pospacerujesz w najniższych partiach, tam, gdzie pełno turystów z dziećmi, i nic ci się nie stanie. Albo mam lepszy pomysł!

– Jaki?

– Weź koleżankę. Jak jej tam... Kasię. Przecież rezerwacja jest na dwie osoby.

Daria zamyśliła się na chwilę, po czym odparła:

– Masz rację, zapytam ją. W końcu nie widzę powodu, dla którego ja miałabym rezygnować z wyjazdu, skoro ty masz inne priorytety.

Maciek zerknął na zegarek. Wskazywał już piętnaście po siódmej. To oznaczało, że najwyższa pora wyjść, jeśli nie chce spóźnić się na spotkanie z Bobkiem. Chwycił w pośpiechu skórzaną kurtkę.

Wrzesień zapowiadał się pogodnie, jednak o tak wczesnej porze o poranku doskwierał już chłód. Maciek zasunął kurtkę pod samą szyję, gdy tylko uderzył go powiew wiatru. Przymrużył oczy i ruszył wzdłuż ulicy w stronę ­miejsca, gdzie zwykle parkował samochód. Był już niedaleko, gdy nagle jakieś stare czerwone kombi wjechało z impetem w kałużę i ochlapało go od stóp aż po pas.

– Do licha! – krzyknął. – Czekaj, ja ci pokażę... baranie!

Mówiąc to, wyciągnął pośpiesznie z kieszeni kurtki mały notesik i, nie odrywając oczu od odjeżdżającego samochodu, zapisał na ostatniej stronie jego numery rejestracyjne. Spojrzał na siebie, lecz mimo swojego opłakanego wyglądu i przeszywającego zimna postanowił, że nie wróci się przebrać, bo spóźni się na spotkanie, a wcale tego nie chciał. Wsiadł do swojego jeepa i odjechał.

Dochodziło wpół do ósmej, gdy Maciek podjechał pod budynek, w którym mieszkał Bobek.

– Dzień dobry, pani Jolu – powiedział Maciek, widząc w drzwiach mamę kumpla.

– Dzień dobry, Maćku. Wejdź, Robert jest u siebie – odpowiedziała takim tonem, jakby wiedziała, że Bobek na niego czeka i jakby chciała dać do zrozumienia, że syn jest bardzo zniecierpliwiony.

– Cześć, stary! – krzyknął na powitanie i podał Bobkowi rękę.

– Czołem! Widzę, że niezbyt specjalnie interesuje cię sprawa – powiedział Bobek, uśmiechając się od ucha do ucha.

– No co ty, Bobek, żartujesz? Od wczoraj zasnąć nie mogę, bo cały czas główkuję, o co może chodzić.

– No jasne, że tak tylko żartuję. Tylko spodziewałem się tu ciebie znacznie wcześniej. Ale widzę, że... miałeś jakieś problemy po drodze – mówiąc to, zerknął wymownie na mokre spodnie Maćka.

– A, szkoda gadać. Jakiś baran mnie ochlapał. I jeszcze na dodatek...

– Co takiego?

– A, w sumie nic. Daria się pogniewała, bo musiałem od­­wołać wyjazd w Bieszczady. Wiesz, jak to jest z panienkami...

– Nie przejmuj się – pocieszył go Bobek. – Nigdy jej nie lubiłem, zawsze jest taka wyniosła i o wszystko ma pretensje.

– Powiem ci szczerze, że zastanawiam się, czy jeszcze chcę z nią być. Zarzuciła mi, że z tobą spędzam więcej czasu niż z nią.

– Stary, bo to jest prawda!

Oboje wybuchnęli śmiechem i przybili sobie piątkę.

– No ale my tu sobie gadu-gadu, a skarby same się nie znajdują.

– No, nawijaj Bobek, o co chodzi – niecierpliwił się Maciek.

– Nie domyślasz się, czego ta sprawa dotyczy?

– Mówiłeś, że trzeba jechać na Śląsk.

– Właściwie do Zagłębia Dąbrowskiego. Do Będzina.

– Będzina?

– Zdziwiony? Wciąż nie domyślasz się, o co chodzi?

– Kurczę, Bobek, no wyduś to z siebie.

– Dobra, nie będę trzymać cię w niepewności, bo widzę, że dzień zacząłeś nieciekawie – powiedział Bobek, siadając na fotelu po drugiej stronie biurka. Pamiętasz, jak na drugim roku studiów w gazetach ukazał się artykuł o rzekomej mapie skarbów Mieroszewskich?

– Coś mi świta – odparł Maciek. – A, faktycznie, pojechaliśmy tam w wakacje, żeby zgromadzić więcej informacji i napisać pracę.

– No, dostaliśmy za to zaliczenie. Do tej pory Mrozińska daje nam za to fory na egzaminach.

– No dobra, ale nadal nie wiem, o czym rozmawiamy.

Bobek rzucił na blat czarną teczkę. Maciek wziął ją do ręki i otworzył na pierwszej stronie. Zobaczył tam znajomy wizerunek herbu Ślepowron.

– To jest nasza praca semestralna – zauważył Maciek.

– Brawo. Musimy to raz jeszcze przeanalizować.

– Powiesz wreszcie, o co chodzi?! – krzyknął zniecierpliwiony Maciek.

– No, uspokój się już. Otóż pojawiła się nadzieja, że ten skarb naprawdę istnieje.

Na chwilę zapadła cisza. Maciek spoglądał na Bobka podejrzliwie. W końcu Bobek znowu się odezwał:

– Już ci wyjaśniam – powiedział, widząc, jak Maćkowi zaczyna nerwowo drgać lewa powieka. – Przypadkiem trafiłem na takie forum w Internecie. Jakiś facet napisał, że ma mapę. Na początku w ogóle nie wyglądało to ciekawie. Facet sam nie wiedział, czego chce. Zaczęło robić się interesująco, kiedy do dyskusji dołączył inny człowiek.

– Kto?

– Nie wiem, ale facet nie owijał w bawełnę, od razu za­­pro­­ponował mu kasę w zamian za mapę.

– Zgodził się?

– Umówili się na spotkanie.

– Skąd wiesz?

– Bo ustalili to na forum.

– Kiedy się spotkali?

– Kilka dni temu.

– I dopiero teraz mi to mówisz, Bobek?

– Co ci miałem wcześniej zawracać głowę? Teraz, ­kiedy mam konkretne informacje, możemy działać.

– Mówisz „konkretne informacje”? Jak na razie to wiemy tyle, że jakiś facet z Będzina napisał na forum, iż ma mapę skarbu, ty wywnioskowałeś, że to mapa skarbu Mieroszewskich, i jeszcze, że jakiś inny facet zaproponował mu za tę mapę kasę i kilka dni temu się z nim spotkał. Wybacz, ale nawet gdyby okazało się, że to faktycznie cenny dokument, to i tak jest już za późno, bo pewnie doszło do transakcji i ktoś już ma tę mapę w swoich łapach. A my, jak te ciołki, siedzimy tu i nawet nie domyślamy się, jak wygląda owa mapa. Chyba będę musiał przeprosić Darię. Niepotrzebnie odwołałem wyjazd w góry...

– Stary, co ty gadasz? Czy ja kiedykolwiek z ciebie zakpiłem? – mówiąc to, Bobek wyciągnął kartkę papieru i położył przed Maćkiem.

– Co to jest?

– No zobacz.

– To jakiś żart? Co to za mapa? Nie ma żadnej wartości, nic na niej nie ma.

Na kartce, którą Maciek trzymał przed sobą, widniał bardzo prowizoryczny rysunek przedstawiający nierówno narysowane półkole, tak jakby brzeg jeziora. Poza tym były tam trzy strzałki i tylko jedna oznaczona była literą W.

– Mamy szukać skarbu na podstawie tego?

– Spokojnie, moja pierwsza reakcja była dokładnie taka sama. Ale zerknij, co znajduje się na odwrocie.

Maciek zrobił tak, jak Bobek kazał, i w milczeniu przeczytał znajdującą się tam treść. Potem odczytał ją na głos, powoli i wyraźnie:

tyś perłą moją prawdziwą,

zrodzonaś z krwi mego rodu,

strażniczką skarbu gorliwą,

za lustrem skryta ogrodu,

głupota dzieciną pozorów,

niech one nie dadzą cię zwieść,

co wzrok twój na czarno przedstawia

serce niech wie, że to biel jest

Maciek uniósł głowę i czekał, co powie Bobek.

– No i jak ci się podoba?

– Ale, Bobek, co to jest?

– No jak to co? Nie widzisz? Mapa. Oraz klucz w postaci wiersza.

– Ale czekaj, czekaj. Skąd to masz?

– Wyobraź sobie, że tamten facet mi ją zeskanował i przesłał. Podałem mu na forum adres i zaproponowałem pomoc. No ale chyba wolał pieniądze, bo od tamtej pory w ogóle nie pokazywał się na forum. W sumie w ostatniej chwili udało mi się to od niego wyciągnąć.

– Ale jaką masz pewność, że to ta mapa?

– Nie mam pewności, ale pomyśl, po co miałby kłamać. To po pierwsze. Po drugie, myślisz, że specjalnie wymyślałby taki dziwny wiersz? Moim zdaniem facet sam nie wiedział, czy to jakiś cenny dokument, czy kawałek bezwartościowego papieru, i liczył, że mu pomogę.

– No dobra, załóżmy, że to, co tu widzimy, to faktycznie to samo, co przedstawiała mapa. Ale i tak jest już za późno. Pewnie już sprzedał mapę, a tamten znalazł skarb.

– Myślisz, że to takie proste? Skoro sam syn Mieroszewskiego nie był w stanie go odszukać, mając dokładnie te same informacje co my, to jakiemuś cwaniakowi pod krawatem ot tak się uda?

– Skąd wiesz, że pod krawatem?

– Nie, no stary, tak mi się powiedziało! Słuchaj, ocknij się! Czy do ciebie dociera, przed jaką szansą stoimy? Dociera do ciebie, że możemy odnaleźć zaginiony skarb Mieroszewskich i stać się bohaterami? Ba! Mało tego, jeśli nam się to uda, to magisterkę mamy już zaliczoną i to na pięć. A potem, kto wie, może zaproponują nam pracę w jakimś instytucie czy coś...

– Bobek, czy ty się nie zapędziłeś? Słuchaj, ja też chciałbym, żeby taki scenariusz się sprawdził, ale jaką mamy pewność, że to jest właśnie mapa skarbu, którą Mieroszewski przekazał synowi? I skąd nagle znajduje ją jakiś bobek, przepraszam, tak mi się powiedziało, jakiś facet z Będzina?

– Nie wiem, stary, a może robił porządki w piwnicy i znalazł ją w czeluściach, ukrytą gdzieś między obrazkiem z komunii świętej babci a przetakiem.

– Prze... Co?

– Przetakiem. To takie wielkie sito. Nieważne. Słuchaj, ja czuję w kościach, że to jest nasza przepustka do ­szczęścia. Mówię ci, takiej szansy w życiu nie dostaniemy więcej. Idziesz na to, czy nie?

– Ale co to oznacza?

– Że pakujesz tobołki i jutro jedziemy na Śląsk.

– Tak po prostu?

– A co, masz lepszy pomysł na spędzenie ostatnich tygodni przed nowym semestrem? Może wolisz pojechać w Bieszczady ze swoją Darusią? – powiedział uszczypliwie Bobek.

– No, dobra, dobra. Wiadomo, że wolę pierwszą opcję. Tylko gdzie my tam się zatrzymamy? Przecież wiesz, że nie śmierdzę groszem. Mam trochę kasy, ale starczy może na kilka dni w hotelu, i to jakimś drugiej kategorii.

– Nie martw się, wiem, o czym mówisz. Mnie stać na kilka dni w hotelu trzeciej albo czwartej kategorii. – Bobek zaśmiał się.

– Przestań żartować. Trzeba mieć jakiś plan.

– No i mamy plan. Plan jest taki, że jutro jedziemy na Śląsk. Będzin to nie jest jakaś turystyczna Mekka, więc ceny nie powinny być wygórowane. Na początek załóżmy, że uda nam się coś ustalić w ciągu tygodnia. Jeśli po tym czasie wpadniemy na konkretny trop, to pożyczę kasę od rodziców.

– A jeśli po tym czasie nie wpadniemy na żaden trop i okaże się, że to była strata czasu?

– To obiecuję, że zwrócę ci co do grosza pobyt w ­hotelu. Co ty na to?

Maciek zrobił dziwną minę. Najwyraźniej nie podobała mu się wizja zadłużania się u rodziców kumpla, ale z drugiej strony zżerała go ciekawość i poczuł zew przygody. Przygody, która, tak jak mówił Bobek, mogła już nigdy więcej nie zapukać do ich drzwi.

– A co mi tam. Zgoda. Jedziemy – wydusił z siebie po chwili.

– To się rozumie, stary! – Bobek klepnął kumpla w plecy.

– Ale muszę poczytać o tych Mieroszewskich, zorientować się na nowo w temacie. Trochę zapomniałem już, o czym pisaliśmy w pracy semestralnej.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.