Paziowie króla Zygmunta - Antonina Domańska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 216 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Paziowie króla Zygmunta - Antonina Domańska

Znakomita powieść dla dzieci i młodzieży pióra Antoniny Domańskiej, autorki słynnej „Historii żółtej ciżemki”. Rzecz osadzona w XVI wieku, za czasów panowania króla Zygmunta I, przedstawia zabawne perypetie kilku spośród licznego grona królewskich paziów. Figle płatane królewskim dworzanom potrafią napytać im biedy, ale i rozbawić wszystkich wokół do łez, toteż najczęściej uchodzą figlarzom płazem. Tło dla psot i zabaw królewskich paziów stanowią wybrane wydarzenia historii Polski, jak ślub Zygmunta I z Boną Sforzą, hołd pruski czy odlanie Dzwonu Zygmunta. Autorka wyśmienicie łączy poczucie humoru i aprobatę dla dziecięcych zabaw z uniwersalnymi wartościami, które pięknie kształtują młode charaktery. Antonina Domańska pochodziła z inteligenckiej polskiej rodziny z Podola, później osiadła w Krakowie. W 1890 roku debiutowała opowiadaniami na łamach „Wieczorów Rodzinnych”, dużą popularność zyskała jako autorka powieści i opowiadań historycznych dla dzieci, m.in. „Hanusia Wierzynkówna” (1909), „Historia żółtej ciżemki” (1913), „Trzaska i Zbroja” (1913), „Krysia Bezimienna” (1914) czy „Królewska niedola” (1916). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Paziowie króla Zygmunta - Antonina Domańska

Fragment ebooka Paziowie króla Zygmunta - Antonina Domańska




Spis treści

  1. WSTĘP
  2. ROZDZIAŁ I Figiel Krzysztofa Czemy
  3. ROZDZIAŁ II Figiel Jana Drohojowskiego
  4. ROZDZIAŁ III Figiel Konstantego Gedroycia
  5. ROZDZIAŁ IV Figiel Mikołaja Ostroroga
  6. ROZDZIAŁ V Figiel Dymitra Montwiłła
  7. ROZDZIAŁ VI Figiel Andrzeja Bonera
  8. ZAKOŃCZENIE
  9. PRZYPISY
  10. KOLOFON

WSTĘP

Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie paziów królewskich, przechodziło gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemnawy korytarz, ciągnący się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze części zamku krakowskiego. Za nimi stąpał ciężko pachołek, niosąc na plecach ogromny tłumok z pościelą.

– No, a teraz którędy? – spytał paź, biegnący przodem, zatrzymując się bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarze krzyżowały.

– Prosto przed się, paniczku – odpowiedział parobek – dopiero na drugim zakręcie obrócimy się na lewo, potem przyjdą trzy schodki w dół, znowu prosto, potem pięć schodków do góry, jeszcze raz na lewo, no i już.

– Dobre mi już! Toć się człek nieszczęsny zgubić może w onym labiryncie... – zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.

– Ino łaska boska, że smoka nie masz! – dodał krępy rudawy blondynek rzucając czapką na najbliższego kolegę.

– Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! – zaśmiał się tamten odrzucając czapkę dalej.

– Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?

– Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie, że ściany mają uszy!

– Ostroróg własnego cienia się boi!

– Nie boję się niczego! – krzyknął dumnie zaczepiony, chłopak wysoki, o pięknych regularnych rysach, śniady jak Cygan.

– Przecz więc przerywasz nam mowę jakimiś uszami?

– Słusznie czyni – zawyrokował najstarszy z paziów, siedemnastoletni Paweł Szydłowiecki. – Nie tylko ściany mają uszy, ale ostre języki latają po komnatach i donoszą, co trzeba i co nie trzeba, komu trzeba i  komu nie trzeba.

– Bogiem a prawdą, dzieją się tu od  niejakiego czasu różne cudeńka – rzekł z cicha Jaś Drohojowski, oglądając się za siebie.

– Taj, cóż znów takiego?

– Dobranoc ci, Montwiłł, jeszcześ nie dospał, że jak wieloryb na Jonasza paszczękę na mnie rozwierasz?

– No gadaj, jakowe cudeńka?

– Ano, kichnie kto w swojej izbie, jużci w jedenastej komnacie wiedzą, że ma katar. Zabawi się jeden z drugim przystojnie, bez obrazy boskiej, ino, że świeczkę przez noc wypalą, oho, już jego miłość pan ochmistrz Strasz skoro świt wpada i łaje. A skąd się mógł dowiedzieć? Okno jego sypialni wychodzi na wirydarz, a nasze wszystkie na podwórzec. Którędyż uwidział? I tak co dzień coś nowego.

– Et, głupstwo, taj koniec – rzekł Montwiłł – gorzej, że nas w takie zaświaty przenoszą. Czegoż nie pozostawili nas rażeni w kupie, cożeśmy to pośledniejszego od innych?

– Nie narzekaj, nie marudź, bo nie masz o co – tłumaczył Szydłowiecki – jeżeli cały dwór się ścieśnia, jeżeli nawet królewskie osoby niewygody cierpieć muszą, to chyba nam, paziom, milczeć przystoi.

– Ja nic nie gadam, a taki mnie żal, że nas rozdzielono od towarzyszy.

– Stare skrzydła burzą, nowy pałac ozdobny, wedle woli i gustu miłościwej pani, budowniczowie z Włoch sprowadzeni stawiać mają, to i nie dziw, że miejsca zabrakło; a trochę ciasnoty zażyć się godzi, zanim wspaniałe komnaty dla waszych miłościów zostaną wykończone – kłaniając się z przesadną uniżonością Litwinowi, rzekł Jaś Drohojowski. – Rodzic mój powiada, że za jego młodości dwunastu było paziów i usługa wedle króla jegomości szła składnie jak na kółkach.

– Toć i za pierwszej żony miłościwego papa, nieboszczki królowej Zápolyi, także ponoć nie było ich więcej. Dopiero z nową panią nowe nastają czasy: zamek za ciasny, paziów dwustu, a usługa licha; parlare italiano, utrapiare polono, wymyślare androno, nulla niente di buono i tak dalej... Czy prawdę mówię?

– Mądrze i słusznie, Mikołajku!

– Na miły Bóg... pókiż tymi zaułkami wędrować mamy? – krzyknął zniecierpliwiony Szydłowiecki.

– Wżdy gadałem waszej wielmożności – odparł pachołek flegmatycznie – że dwa razy na lewo, raz na dół, raz na górę, a my dopiero jedne schodki minęli.

– Gedroyć!

– Boner! – krzyknęli ze zdziwieniem chłopcy na widok dwóch paziów biegnących z przeciwnej strony ku nim. – Skądżeście się tu wzięli?

– Jędruś mi chciał pokazać naszą nową sypialnię – odpowiedział Konstanty Gedroyć – i zanimeście się spakowali, jużeśmy tu przybiegli. – Jakżeście trafili?

– Ja bym miał nie znać grodu, każdego krużganka, każdego zakamarka? – zaperzył się Boner. – Co on się tak buci ten krasomędrek?

– Nie łajże mu, bo sprawiedliwie gada: toć od małego dziecka kręci się po całym grodzie, po podwórcach, po wirydarzach, lepiej chyba zna te wszystkie zakątki niż sam król jegomość.

– I nic mu za takowe wścibstwo?

– Wnuczek pana żupnika i wielkorządcy miasta... ino tyle rzekę. Pokąd był maluśki, to za panem dziadkiem bieżał, a poły się imał; skoro zaś podrósł, wszędy go pełno, a ot, trzeci rok mija, jak paziem ostał.

– Słuchajże, Jędrek... dobrze nam tam będzie?

– Niezgorzej, niezgorzej; przestronnie, ustronnie, stary Strasz trzy razy się zatchnie i trzy razy spocznie, zanim do nas dolezie. W Bogu nadzieja, że nieczęsto nas będzie nawiedzał. Jedno mi nie na rękę...

– Cóże?

– My na lewo w jednym kącie, a czwarte drzwi na prawo fraucymer.

– Wiwat!

– Kamilla!

– Lauretta!

– Beatrycze!

– Hipolita!

– Geronima!

– Aha, cieszcie się, błazenkowie! Po pierwsze, takie dorosłe i przerosłe panny ani patrzą na nas, a po drugie, ich pokoje położone są w głębi, od strony zaś naszego korytarza ino komnaty signory Izabelli Papacoda i Mariny Arcamone.

– Niechże cię nie znam z taką nowiną!

– Oho, stary Krabatius głowę beze drzwi wyścibia, widno go przeniesiono, jako i nas, na insze mieszkanie.

– Któż to jest? – spytał Gedroyć, niedawno do Krakowa przybyły.

– Medyk pana marszałka Kmity.

– Nie znam go; muszę się mu przypatrzyć.

Chłopcy, doszedłszy do drzwi swego nowego mieszkania, pchnęli Kubę z pościelą do izby, a sami nie kwapili się z wchodzeniem, obiecując sobie jakąś śmieszną krotochwilę ze spotkania z  magistrem Johannesem Krabatiusem.

Tenże człek niemłody, w czarnym aksamitnym długawym ubraniu i takiej że płaskiej czapeczce na łysinie, stał w drzwiach swej komnaty i spoglądał w korytarz przez szkła osadzone w rogowych widełkach, na długim trzonku, które przysuwał prawą ręką do oczu, wyciągając jeszcze naprzód chudą szyję, ruchem właściwym krótkowidzom. Bocianiej cienkości nogi, o dużych płaskich stopach, tkwiły w czarnych pończochach i czarnych safianowych trzewikach, zakończonych według, najnowszej mody niepomiernie szeroko.

– Pan Szydłowiecki, pan Boner, panowie pazie... dobry wieczór. Co tu oni mają za jaką robotę? – zapytał Niemiec łamaną polszczyzną.

Przez twarz Jasia Drohojowskiego przeleciało drgnienie złowrogie, zwykła zapowiedź mniej lub więcej szalonego figla. Podbiegł z uprzejmą minką do Niemca:

– Dzień dobry, panie magister; my tu na nową kwaterę, wasza miłość takoż?

– Moja miłość takoż.

– Ach, co za szkoda, że sypialnia pana magistra wychodzi na północ... przy waszym niemocnym zdrowiu...

– Ja nigdy nie wychodzę na północ. Dwadzieścia jedna godzina, to ja już dawno śpię.

– Słusznie to waszmość czyni; ale co inszego chciałem rzec: powiadam, co okna są od północy.

– Ach, tak... to jest bardzo niedobrze... od północ...

– A zwłaszcza, że wasza miłość taki blady od kilku dni; przymizerniał srodze.

Mówiąc to, Drohojowski kopnął najbliżej za sobą stojącego kolegę wzywając jego pomocy. Jędruś Boner, jedyny do konceptów, w mgnieniu oka się zorientował i niby półgłosem do siebie, ale tak, że każde słowo wyraźnie było słychać, mruknął:

– Biedny człowiek... zmienił się nie do poznania.

– Co on mówi?

– Nic, nic, niech się wasza miłość ciepło odziewa, o febrę nietrudno.

– Nie stójcie w tym ponurym, wilgotnym korytarzu, dobry panie Krabatius! – jęknął Krystek Czema z rozrzewnieniem w  głosie.

– Kochane chłopcy... poczciwe dzieci... posłucham waszej dobrej rady.

I zaniepokojony medyk cofnął się do swej izby licząc puls, naturalnie ze strachu mocno przyśpieszony. Wyjął z kieszeni małe srebrne lusterko, obejrzał język... brzydki; oczy wydały mu się dziwnie zaiskrzone, a białka żółte. Usiadł znękany na ławie i zadumał się gorzko.

Chłopcy tymczasem wpadli z krzykiem i śmiechem do swego nowego mieszkania i zaczęli porządkować swe rzeczy zniesione na miejsce przez służbę i porozrzucane bezładnie. Siedem tapczanów z siennikami twardo wysłanymi słomą stało dookoła ścian; reszta gratów, co prawda niezbyt misternych i właścicielom jedynie miłych, a niezbędnych, leżała lub stała na podłodze.

Montwiłł najpierw jął przewracać między poduszkami: wyszukał swoją, porwał kilim gruby, wojłokowy, co mu za przykrycie służył i w mig posłał sobie łóżko. Ostroróg zawiesił łuk tatarski i sajdaczek niewielki na haku nad swoim tapczanem; Gedroyć, porwawszy bałabajkę o trzech strunach, puścił się w prysiudy do Drohojowskiego.

Jaśkowi w to graj. Hrymnął podkówkami o podłogę i dalejże kozaka. Czema w niemym uwielbieniu patrzył na nieznany sobie, a że strasznym ogniem wykonywany taniec.

Jeden Pawełek Szydłowiecki, nie dbając na wrzaski dookoła siebie, wyjmował z tobołów bieliznę i świąteczne szatki kolegów i jak dobra matka układał je z systematycznym porządkiem w drewnianych, jaskrawo pomalowanych skrzynkach, ustawionych przy łóżku każdego chłopca.

Boner, rozpalony widokiem kozaka przez prawdziwych Rusinów tańczonego, porwał mosiężną miednicę i rzemień ze sprzączką od tłumoka i walił w przyśpieszonym tempie, ile sił starczyło...

Che orgia! Che demoni! Che bestie infernali. Czicho mi saras! L’oreschie mi crevano! Taki tańcy, to piekło balet... powi saras miłościwa królowa!

Piekielny balet zamarł w jednej sekundzie, miednica i bałabajka wypadły z rąk, oczy wszystkich chłopców skoczyły ku drzwiom otwartym, w których stała przemożna i przegruba, najstarsza dama dworska królowej Bony – Izabella Papacoda.

– Powi milościwa pani, che pazie diaboli incarnati... zawoła pan Strasz... – piszczała przeraźliwie, granatowa ze złości Włoszka.

Pawełek Szydłowiecki, jedyny, który umiał po włosku, pokłonił się z uszanowaniem i  przepraszał za siebie i za towarzyszy, że przez nieuwagę i zapomnienie dopuścili się takiej niegrzeczności.

Donna Izabella przestała sapać; uprzejme słówka płynnie wypowiedziane złagodziły jej furię; spojrzała nawet dość mile na przystojnego i układnego pazia i całe zajście byłoby się ku zadowoleniu wszystkich zakończyło, gdyby nie... Kupido! Nie ten malutki bożek skrzydlaty z zawiązanymi oczkami, ach nie!

Był to inny Kupido, czworonożny, z wydłużonym pyszczkiem i cieniuchnymi nóżkami... najukochańszy charcik signory Papacody. Przez niedomknięte drzwi komnaty wybiegł za swoją panią, a usłyszawszy wrzaski, wpadł, szczekając zajadle, między paziów, rzucił się na oślep z wściekłością i ostrymi ząbkami rozdarł jedwabną nogawicę małego Czemy, kalecząc go przy tym w nogę.

Wtedy Krystek, acz cichy i ślamazarny, niepozbawiony jednak ludzkich uczuć, kopnął psa z całej siły tak, aż na łokieć w górę wyleciał i skomląc żałośnie, skrył się w gęstych fałdach sukni donny Izabelli.

Włoszka syknęła przez zęby jakąś specjalną klątwę, chwyciła pieska na ręce i trzasnąwszy drzwiami, aż szyby zadzwoniły, pobiegła do siebie.

– No, ależ baba wąsata! Chciałby ja za rok mieć pół takie wąsy! – dziwował się Montwiłł.

– Wąsy, nie wąsy... – westchnął Szydłowiecki – będzie jutro bigos.

– Komu? Chyba nie nam, ino tej starej włoszczyźnie – zapiszczał Krystek oglądając swą zadraśniętą łydkę. – Wżdy ludzie ważniejsi od psów!

– Ale pies panny Papacody to coś wcale przedniejszego niż jakiś tam durny paź – drwił Ostroróg.

– Patrzcie, patrzcie, jak się Czema zaindyczył...

– Kto by się spodziewał, takie to zawżdy potulne...

– Jam go miał za ciepłe piwo... – podjudzali malca koledzy.

– Durny paź? Ja wam pokażę durnego pazia! Jeszcze mnie dotąd nie znali!

– Krzysztofie Czemo, zaklinam cię, wyznaj, co zamyślasz uczynić? – z udanym patosem zawołał Drohojowski.

– Wspomnicie moje słowo; zapłacę ja onemu Kupidynkowi z nadwyżką; rodzic by się mnie wyparł, gdybym się nie pomścił.

– Na psie? Cha, cha, cha!...

– Jemu uczynię, a jego pani zapłacze.

– A kto on zacz ten malec? – spytał z cicha Gedroyć Drohojowskiego.

– Syn kasztelana gdańskiego; ród możny i wielce szanowany w województwie pomorskim.

– Ojoj, chłopcy... Odmiwąs idzie! – krzyknął Montwiłł wskazując na przypiecek.

– Cóż znowu? Co ci się uwidziało?

– A prawda, chrząka na umór, aż grzmi w całym korytarzu.

– Chrząka? To zły znak.

– Już mu ta stara jędza nabajała, co wlazło.

– O  rety!... Szydłowiecki... stań na wierzchu, on cię lubi, mniej będzie łajał.

– Bóg ci zapłać, wolę nie.

– Hhhrrrum... – zahuczało donośnie i jegomość pan Stanisław Odrowąż Strasz wszedł majestatycznie z groźną miną do izby.

– Matko najśliczniejsza... wie wszystko... – szepnął Czema na ucho Ostrorogowi.

– Cóż, chłopcy, roztasowaliście się? W skrzynkach groch z  kapustą? Hhhrum.

– Już poskładane podług rozkazu waszej miłości; może raczycie zajrzeć do skrzynek, jak porządnie wszystko leży: bielizna po jednej stronie, a ...

– Dobrze, dobrze; nie zapraszałbyś tak skwapliwie, gdyby co szwankowało.

– Nie wie o niczym – mruknął Drohojowski.

– A gdzież to Montwiłł? Raz na zawsze przykazałem, po zachodzie słońca wychodzić nie wolno i basta.

– Oooch... – dało się słyszeć stękanie za kapą komina – głowa mnie tak strasznie rozbolała, więc ległem co nie bądź zdrzemnąć się, za pozwoleniem waszej miłości.

– Za moim? Kiedy żeś mnie o pozwolenie pytał? A ty, Czema, co się tak wciskasz za Mikołkę?

– Nogawicę rozdarłem, proszę waszej miłości.

– Pewnikiem z psikusów? Hhhrrrum.

– Nie widział się z Papacodą... – zaszemrało w stronie Bonera.

– Na gwoździu zaczepiłem.

– Oddaj wczas rano do szatni, to ci Salomea albo Grzybowska naprawi. A przykażcie Kubie, co by was skoro świt pobudził; Szydłowiecki i Gedroyć jutro na służbie przy osobie miłościwej pani.

– Za łaską pana ochmistrza, mógłbym się zapytać, którzy wraz z nami na pokoje iść mają?

– Zbędna ciekawość; dowiesz się jutro. Zresztą drobnostka to, nie tajemnica. Herburt, Zbylitowski, Pieniążek, Stadnicki, Tarnowski, Zborowski, Korybut, Kazanowski, Bielski i Czarnkowski.

– Dziękuję waszej miłości.

– Barwa odświętna, ciżmy nowe, zachowanie jak najprzystojniejsze, bym się was nie powstydził!

– Panie ochmistrzu, toć...

– Milczeć! Wiem, co mówię. Niejednokrotnie już dochodzą mnie słuchy o nieokiełznanych swawolach waszych; nie próbujcie mej cierpliwości, bowiem wątła jest i łatwo się zrywa. Jak wam to zresztą z dawna wiadome...

– Wasza miłość nam przygania, zawżdy ino nam... wszak paziów jest dwustu!

– Tamci stu dziewięćdziesięciu trzej to baranki bieluchne naprzeciw was; Boner jeden obstoi za czterdziestu.

– Żebym ino złapał tego, co o mnie takowe oszczerstwa sieje!

– Milczeć! Już ja was znam jak złe szelągi, niecnoty jedne! Gedroycia mniej, bo za krótki czas; że się ano was czepił od pierwszego wejrzenia, to mi starczy; poznał swój swego! Co się zaś tyczy nowego mieszkania, ostro przykazuję sprawiać się skromnie, bez hałasów, bez krzyków; w pobliskości są sypialnie panów medyków, komnaty panien dworskich.

– Bóg łaskaw, na sługi swoje... nie widział się z tą czarownicą.

– Ale, ale, Krystek... chodź ino bliżej – rzekł pan ochmistrz i pokręcił za ucho nieszczęsnego Czemę – jakże to pieskowi signory Papacody? Amor... Kupido... nie pomnę. – Bo on mnie ugryzł do krwi! Niech wasza miłość pojrzy...

– Ugryzł cię? A... to, co innego; ale po cóż kłamałeś, żeś rozdarł na gwoździu? Dzwonią na wieczerzę – marsz!

I ruszył przodem, a chłopcy w podskokach za nim. Nie wszystkim jednak pilnie było: Jędruś Boner i Krystek Czema wlekli się na ostatku, zawzięcie o czymś rozprawiając.

– Jędrek... mojeś ty; pójdziesz ze mną do miasta jutro rano? Tyś mądry i sprawny do wszystkiego, a ja bym sobie nie dał rady.

– Ehe, a Odmiwąs co na to?

– Wżdy nie łazi za mną jak niańka; służby jutro nie mam, skoczymy do miasta jak po ogień i w te pędy z powrotem.

– Ino, jak... tego... to drzwi zasuń dobrze, co by cię kto nie spłoszył.

– To się wie; Szydłowiecki i Gedroyć na pokojach królowej, Montwiłł nikomu nie wadzi, ino mu spanie w głowie, Jasiek z Mikołką mają iść na palca, ty do tamtych, a my dwaj... no to mi pomożesz i przy robocie, prawda?

– A jakże; nie pomógłbym? Naczynie jakie dobre masz?

– Jak będziemy wracali z miasta, można będzie kupić garnek po drodze.

– U Kasprowej?

– Lepiej u Maguliny, co pod Długoszowym domem z garnkami siedzi; prosto od niej skoczymy na górę i jużeśmy w domu.

– Słuchaj no, o kiełbasie nie zapomnij.

– Ho, ho, kupię choć z pół łokcia.

– Czy się ino da zwabić?

– Ii... kiełbasa wszystko sprawi; zobaczysz, jak mnie umiłuje, ino gwizdnę przyleci, a potem... chi, chi, chi... żeby się tylko udało!

– Co się nie ma udać? Dołoży się wszelkiego starania; no, już moja głowa w tym, że go i rodzona matka nie pozna.