Patrząc i słuchając - zapiski psychologa - Bogusław Borys - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2003

Patrząc i słuchając - zapiski psychologa ebook

Bogusław Borys

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 214 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 6 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Patrząc i słuchając - zapiski psychologa - Bogusław Borys

“Patrząc i słuchając” – to wyjątkowa lektura psychologiczna, w której spotykamy naszych bliskich (rodziców, małżonka, dzieci, przyjaciół), a przede wszystkim “spotykamy siebie” w różnych życiowych sytuacjach. Widzimy swoje przykurcze i zrosty emocjonalne, swój ból i dramat, swoje formy protestu, zaglądamy do swoich zakamarków, spotykamy swoją niedojrzałość, ale dzięki autorowi mamy również szansę na życiową mądrość. Mądrość ta mówi nam, że złość piękności szkodzi i że niektóre formy “pomocy” są w zasadzie niedźwiedzią przysługą. Dobrze się zatem stało, że dr Borys przybliżył zwykłemu zjadaczowi chleba prawdę o nim samym i że uczynił to w formie lekkiej, łatwej i przyjemnej. Bo tak czyta się kolejne refleksje “na temat”, a w miarę czytania apetyt na lekturę rośnie. Jest to lektura dla każdego, kto pragnie wzbogacić nie tylko swoją wiedzę o ludzkich zachowaniach, ale wzbogacić samego siebie poprzez refleksję nad własnym życiem.

Bogusław Borys, dr hab., specjalista psycholog kliniczny, certyfikowany psychoterapeuta (Polskie Towarzystwo Psychiatryczne). Emerytowany kierownik Zakładu Psychologii Klinicznej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Wieloletni Konsultant Wojewódzki (województwo pomorskie) w dziedzinie psychologii klinicznej. Autor lub współautor ponad siedemdziesięciu publikacji naukowych. Promotor czterech ukończonych doktoratów i pięciu przygotowywanych prac doktorskich, a także opiekun około dwudziestu ukończonych prac magisterskich i licencjackich. Autor trzech pozycji książkowych o charakterze popularyzującym wiedzę psychologiczną (obecna jest czwartą). Żonaty (żona Elżbieta – lekarz pediatra), czworo dorosłych dzieci.

Opinie o ebooku Patrząc i słuchając - zapiski psychologa - Bogusław Borys

Fragment ebooka Patrząc i słuchając - zapiski psychologa - Bogusław Borys












Bogusław Borys

Patrząc i słuchając

– zapiski psychologa


Moim rozmówcom


© Copyright by Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2003


Redakcja i korekta

Justyna Żukowska


Redakcja techniczna

Marcin Satro


Okładka

Zbigniew Jujka (rysunek)

Justyna Kułaga-Wytrych (projekt)


Ilustracje

Zbigniew Jujka


ISBN 978-83-7660-540-1


WYDAWNICTWO „JEDNOŚĆ”

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży tel. 41 349-50-50

Redakcja tel. 41 349-50-00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Marcin Satro

© Copyright Wydawnictwo JEDNOŚĆ


Od autora

Uczę się ciebie, człowieku.

Powoli się uczę, powoli.

Od tego uczenia trudnego

Raduje się serce i boli

O świcie nadzieją zakwita

Pod wieczór niczemu nie wierzy.

Czy wątpi, czy ufa – jednako –

Do ciebie, człowieku, należy.

Uczę się ciebie i uczę

I wciąż cię jeszcze nie umiem –

Ale twe ranne wesele,

Twą troskę wieczorną rozumiem.

Ten wiersz Jerzego Lieberta stanowi moje motto zawodowe. Pracując już wiele lat jako psycholog, powoli i mozolnie uczę się człowieka. Jednocześnie wielokrotnie dochodzę do wniosku, że ciągle go jeszcze nie umiem.

Kolejną książkę, którą Państwu proponuję zatytułowałem: „Patrząc i słuchając – zapiski psychologa”. Jest ona kontynuacją poprzedniej, której tytuł brzmi: „Psychologia życiem pisana”. Obydwie pozycje są ilustracją tego „uczenia się człowieka”. Podobnie jak w poprzedniej, tak i w tej jest trochę radości z poznawania zawiłości tajników ludzkiej psychiki. Ale jest również ból i zwątpienie kogoś, kto momentami dochodzi do wniosku, że prawie nic nie rozumie. Taka ciągle jest jeszcze psychologia.

„Patrząc i słuchając – zapiski psychologa” to zbiór kilkudziesięciu tekstów, które regularnie ukazywały się na łamach gdańskiego dwutygodnika katolickiego „Gwiazda Morza”. Teksty publikowane były od połowy roku 2001 do sierpnia 2003.

Praca psychologa – psychoterapeuty, w dużej mierze polega na zaangażowanym słuchaniu. Słuchaniu i patrzeniu. Stąd trzon tytułu książki. Tematów dostarczało życie. Przede wszystkim praktyka zawodowa, ale również to, co działo się wokół. Zarówno w bliższym, jak i szerszym kręgu. Niejednokrotnie miałem też potrzebę przedyskutowania problemów, z którymi się stykałem. Również z samym sobą. Stąd zapiski. Zapiski mają to do siebie, że są zwykle dosyć krótkie. Stanowią na ogół nie do końca uporządkowany materiał, który może być inspiracją do dalszej – poszerzonej i pogłębionej refleksji. Właśnie trochę tak traktuję to swoje pisanie.

Każdy autor zadaje sobie w pewnym momencie pytanie, do kogo właściwie kieruje swój przekaz? Problematyka, którą tu poruszam, stanowi właściwie treść życia przeciętnego człowieka. Myślę więc, że moje „dzielenie się psychologią” może zainteresować dość szerokie grono ludzi. Czytelnikami mogą się stać przede wszystkim ci, których doświadczenia życiowe – własne, czy najbliższych – skłoniły do refleksji i potrzeby poszukiwania rozwiązań spraw trudnych. Od razu jednak przestrzegam, że treści tu zawarte nie mają nic wspólnego z poradnikiem. Tu nie ma gotowych rozwiązań, ani dobrych na wszystko rad. Jak już wspomniałem, to raczej „półprodukt do dalszej obróbki”. Starałem się posługiwać językiem prostym, unikając zawiłej terminologii języka psychologicznego. Za to byli mi zresztą wdzięczni – między innymi – czytelnicy moich poprzednich publikacji.

Książkę tę dedykuję moim rozmówcom. Jest to wyraz podziękowania im za to, że prosząc mnie o pomoc psychologiczną, jednocześnie pozwolili mi „uczyć się człowieka”. Pomagając, uczyłem się. Ucząc się mogę dalej pomagać. Dziękuję bardzo.

Słowa szczególnej wdzięczności kieruję pod adresem mojego Przyjaciela, Profesora Jana Tylki. Wiem, że jest człowiekiem bardzo zajętym. Mimo tego zgodził się przeczytać i skomentować to, co napisałem. Uczynił to – jak wszystko, czego się podejmuje – bardzo wnikliwie. Dziękuję Jasiu!

Bardzo wdzięczny jestem Zbyszkowi Jujce. Już po raz drugi „kreską” zgodził się komentować moje teksty. Lubię i niezwykle cenię sobie Jego komentarze.

Dziękuję Wydawnictwu „Jedność” za ponowną współpracę. Moje wcześniejsze doświadczenia są jak najlepsze. Jestem przekonany, że tym razem będzie podobnie.

Na koniec dziękuję moim Najbliższym, zwłaszcza żonie Elżbiecie. Nie chcę być nudny wymieniając szczegółowo powody tej wdzięczności. Jest ich sporo. W tym miejscu ograniczę się do jednego – pierwsze, wnikliwe i obiektywne recenzowanie moich tekstów.

Autor

Gdańsk, lipiec 2003 r.


Przedmowa

Przekazywanie wiedzy na temat mechanizmów życia psychicznego może odbywać się w czasie studiów uniwersyteckich, bądź w sytuacji terapeutycznej, kiedy w gabinecie psychologicznym psychoterapeuta podejmuje próbę ukazania istotnych (dla osoby potrzebującej pomocy) zjawisk psychologicznych.

Współczesność wysycona problemami najczęściej utożsamianymi ze stresem spowodowała, iż na rynku wydawniczym pojawiło się mnóstwo pozycji psychologicznych, nie zawsze dobrze służących potrzebującym.

Autor zapisków psychologa dr Bogusław Borys należy do tych autorów, których charakteryzuje solidna wiedza psychologiczna, ogromne doświadczenie terapeutyczne, a nade wszystko umiejętność przekazu trudnych często problemów psychologicznych w dostępnej dla każdego formie.

„Patrząc i słuchając” – to wyjątkowa lektura psychologiczna, w której spotykamy naszych bliskich (rodziców, małżonka, dzieci, przyjaciół), a przede wszystkim „spotykamy siebie” w różnych życiowych sytuacjach. Widzimy swoje przykurcze i zrosty emocjonalne, swój ból i dramat, swoje formy protestu, zaglądamy do swoich zakamarków, spotykamy swoją niedojrzałość, ale dzięki autorowi mamy również szansę na życiową mądrość.

Mądrość ta mówi nam, że złość piękności szkodzi i że niektóre formy „pomocy” są w zasadzie niedźwiedzią przysługą.

Dobrze się zatem stało, że dr Borys przybliżył zwykłemu zjadaczowi chleba prawdę o nim samym i że uczynił to w formie lekkiej, łatwej i przyjemnej.

Bo tak czyta się kolejne refleksje „na temat”, a w miarę czytania apetyt na lekturę rośnie.

Jest to lektura dla każdego, kto pragnie wzbogacić nie tylko swoją wiedzę o ludzkich zachowaniach, ale wzbogacić samego siebie poprzez refleksję nad własnym życiem.

Trudno bowiem wyobrazić sobie, aby osoba mogła stawać się coraz bardziej osobowością, aby jej istnienie zmierzało ku wymiarowi „jak najwięcej być”, jeśli nie rozumie czym właściwie to „bycie” jest.

W książce tej, Drogi Czytelniku, znajdziesz wiele sugestii i wskazań, jak żyć, aby więcej „być”.

Mogę z całym przekonaniem polecić ją jako przyjazną każdemu człowiekowi.

Prof. nadzw. n. hum. Jan Tylka


W OBRONIE WŁASNEGO JA

Język psychologii co jakiś czas bogaci się o nowe określenia, które stopniowo stają się słowami powszechnie używanymi. W ten sposób weszły do codziennego słownictwa takie pojęcia jak stres, frustracja czy empatia. Ostatnio coraz częściej poza podręczniki psychologii wychodzi słowo a s e r t y w n o ś ć.

Nieporozumienie

Źródłem tego pojęcia jest angielski czasownik „to assert”. Sięgając do słownika Webstera można się dowiedzieć, że to słowo oznacza: „stwierdzić pozytywnie, potwierdzić pewnie, jasno, stanowczo”. Treść pojęcia asertywność w rozumieniu psychologii jest znacznie bogatsza. Charakterystyczną cechą tego typu słownictwa psychologicznego jest to, że często w jednym słowie zawiera bardzo dużo treści. Zwięzłość wyrazu jest zjawiskiem pozytywnym, ale też niesie pewne niebezpieczeństwo. Stwarza możliwość nieporozumień wynikających z niepełnego, mało precyzyjnego rozumienia prawdziwych treści zawartych w konkretnym słowie. Podobnie dzieje się z prawidłowym rozumieniem słowa „asertywność”. Śledząc zastosowanie tego słowa, zwłaszcza przez nie psychologów, dochodzę do wniosku, że jest ono często wypaczane i stosowane nieprawdziwie. Jeżeli ktoś mówi, że asertywność jest to po prostu umiejętność mówienia innym ludziom „nie”, to jest to jedynie fragment i to wcale nie najważniejszej prawdy. Wyłącznie tak rozumiejąc to słowo, można by dojść do wniosku, że asertywność tak naprawdę sprowadza się do bycia kimś nieżyczliwym i nieuczynnym. Człowiek w ten sposób asertywny byłby po prostu egoistą negatywnie nastawionym do tych, którzy o cokolwiek go poproszą. Tak nie jest! Treść słowa asertywność jest zdecydowanie bogatsza i w efekcie oznacza zupełnie co innego.

Postawy wobec ludzi

Ujmując problem ogólnie można powiedzieć, że w relacjach między ludźmi możliwe są trzy zasadnicze postawy. Można być wobec drugiego człowieka agresywnym, uległym lub asertywnym. Człowiek agresywny stara się za wszelką cenę dbać o własny interes. Temu celowi podporządkowane są wszelkie działania. W sposób zdecydowany i bardzo pewny eksponuje siebie oraz swoje racje. Nie interesują go natomiast zupełnie sprawy i osoba jego rozmówcy. Nie widzi w nim partnera dialogu, a jedynie rywala, czy wręcz wroga. W realizowaniu tej postawy potrafi być bezwzględny i do bólu konsekwentny. Jeżeli ktokolwiek chciałby dopatrzyć się w tej postawie cech asertywności, popełniłby niewątpliwie ogromny błąd. Tu, poza jasnym i zdecydowanym stanowiskiem, nie ma nic, co byłoby zbliżone do asertwności. Przeciwieństwem postawy agresywnej jest postawa uległości. Taki człowiek rezygnuje ze swoich praw, z własnych potrzeb i pragnień. Nie dlatego, że tak chce, że to jest jego w pełni dobrowolny wybór. Rezygnuje, bo – z jakichś powodów – boi się, czy też jest skrępowany i dlatego nie ujawnia swoich prawdziwych uczuć, prawdziwych potrzeb i oczekiwań. Rezygnując, nie czuje się z tym dobrze. Wręcz przeciwnie, bywa na siebie bardzo zły za to, że nie potrafi pokazać i obronić tego, co naprawdę chce. Rezygnując z własnych praw, pozornie może się wydawać, że w ten sposób okazuje szacunek tym, którym ustępuje. Najczęściej nie jest to jednak szczery przejaw szacunku. Jest to „szacunek” wymuszony własną słabością i nieumiejętnością obrony własnego ja. Jest wreszcie postawa asertywna, która jest dojrzałą formą relacji z drugim człowiekiem. Istota ludzka nie rodzi się z gotową, w pełni ukształtowaną postawą asertywną. Jest to stan, czy raczej proces, który – podobnie, jak dojrzała osobowość – nie jest dziełem raz na zawsze skończonym. Jest to dzieło ciągle pozostające w drodze.

Czym więc jest asertywność?

Wyczytałem gdzieś i zgadzam się z opinią, że asertywność jest określoną filozofią życia oraz wynikającym z niej sposobem interpretowania ludzkiej intersubiektywności. Jest zatem, innymi słowy, istotą dojrzałego kontaktowania się niepowtarzalnej jednostki z drugą niepowtarzalną jednostką, przy pełnym, wzajemnym poszanowaniu siebie. Schodząc z piedestału filozoficznych dywagacji na poziom konkretny, a jednocześnie psychologiczny, trzeba powiedzieć, że asertywność to umiejętność otwartego, precyzyjnego i stanowczego wyrażania siebie. Wyrażanie siebie to nic innego, jak umiejętność zaprezentowania własnych opinii, przekonań, uczuć, przeżyć, a także własnych pragnień i potrzeb swojemu rozmówcy. Trudno byłoby wymagać od drugiego człowieka, by respektował nasze oczekiwania, by nie narzucał czegoś, czego sobie nie życzymy, jeżeli my go o tym w sposób jasny, ale jednocześnie życzliwy – nie poinformujemy. Błędem jest zakładanie i oczekiwanie, że partner się domyśli, a przynajmniej powinien się domyślić, bo ja bym się domyślił. To jest błędne założenie. Każdy człowiek jest trochę inny. Trochę inaczej widzi, czuje i reaguje. Pozostawianie relacji międzyludzkich wyłącznie domysłom, zwłaszcza gdy to są bardzo ważne relacje, jest błędem i często prowadzi do konfliktów. Bardzo ważny też jest charakterystyczny dla postawy asertywnej sposób przekazu. To wyrażenie siebie i własnych oczekiwań czynione jest w takiej formie, która ułatwia nie tylko wzajemną otwartość, ale także wzajemny szacunek oraz zaufanie. Pozwala też w pełni respektować inność rozmówcy. W takim klimacie można poruszać także najtrudniejsze sprawy. Można, a nawet trzeba niejednokrotnie powiedzieć „nie”, gdy rozmówca oczekuje od nas czegoś, czego my nie chcemy lub czegoś, co kłóci się z naszymi przekonaniami, potrzebami, czy możliwościami. Takie „nie” jest naszym prawem, jest też właściwą obroną własnego ja. To jest asertywne „nie”.

Sądzę, że tych kilka przemyśleń związanych z asertywnością pozwoli lepiej zobaczyć, że asertywność to zdecydowanie coś więcej niż mówienie innym ludziom „nie”. Na koniec przytoczę swoisty przewodnik asertywności sformułowany przez jednego z autorów zajmujących się tą problematyką – Herberta Fensterheima: „Masz prawo do wyrażania siebie, swoich opinii, potrzeb, uczuć – tak długo, dopóki nie ranisz innych. Masz prawo do wyrażania siebie – nawet jeśli rani to kogoś innego – dopóki twoje intencje nie są agresywne. Masz prawo do przedstawienia innym swoich próśb – dopóki uznajesz, że oni mają prawo odmówić. Są sytuacje, w których kwestia praw poszczególnych osób nie jest jasna. Zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania tej sytuacji z drugą osobą. Masz prawo do korzystania ze swoich praw”.


SZTUKA ROZMOWY

Podstawową formą porozumiewania się ludzi między sobą jest rozmowa. Nie znaczy to jednak, że ludziom zawsze i w każdej sytuacji łatwo ze sobą rozmawiać. Wręcz przeciwnie, rozmowa niejednokrotnie bywa sztuką, którą tak naprawdę opanowało niewielu. Dotyczy to zwłaszcza spraw trudnych. Te sytuacje są najlepszym sprawdzianem rzeczywistej umiejętności rozmawiania.

Specyfika wigilijnej nocy

Wśród wielu pięknych zwyczajów i tradycyjnych opowiadań towarzyszących wigilijnej nocy jest również przeświadczenie, że w tę jedną noc zwierzęta domowe mówią ludzkim głosem. Stąd w niektórych, tradycyjnych, wiejskich zagrodach gospodarz wybiera się o północy z opłatkiem do swoich zwierząt przekazując im dobre życzenia, jednocześnie pilnie nasłuchując, co one mają mu do powiedzenia. Jakkolwiek traktowalibyśmy tego typu opowieści, zwłaszcza te o wieloletniej tradycji, zawierają zwykle jakąś ciekawą i głęboką myśl. Atmosfera wigilijnej nocy nacechowana jest powszechnie udzielającym się dobrem i ciepłem. Ludzka mowa, czyli werbalny sposób komunikowania się ludzi między sobą, może być źródłem dobra i serdeczności między ludźmi. Rozmowy, zwłaszcza te dotyczące spraw najtrudniejszych, dopóki trwają, są zawsze korzystniejszą alternatywą. Po drugiej stronie jest już tylko agresja i walka. Dotyczy to zarówno spraw małych, tych dotyczących konkretnej rodziny, jak i tych wielkich, obejmujących swoim zasięgiem całe narody, czy nawet ogromne regiony świata.

Słowo

W ustach człowieka słowo może być precyzyjnym narzędziem przekazywania myśli, uczuć, życzeń czy oczekiwań innym ludziom. Przy pomocy wypowiadanych słów człowiek ma szansę przekazać drugiemu człowiekowi różne treści, które są dla niego ważne i które chciałby przekazać temu, czy tym, do których się zwraca. Słowem można się posługiwać w różny sposób i w różnym celu. Przy użyciu słów przekazuje się wiedzę oraz wszelkie informacje. Ale słowami można też wyrażać radość, wdzięczność, gniew czy każdą inną emocję. Są słowa pochwały i słowa krytyki. Czasem słowa zawierają troskę, a innym razem przestrogę. Niejednokrotnie w słowach pełno jest oskarżeń, a zdarza się, że są stekiem oszczerstw, bluźnierstw, przekleństw. Słowo, zarówno pisane, jak i mówione może być nośnikiem różnych treści. To używający słów człowiek nadaje im wydźwięk i sens. Ale człowiek wypowiadający słowa ponosi też za nie i ich skutki odpowiedzialność.

Mowa

Ludzka mowa jest zbiorem wypowiadanych słów. Może przybierać różne formy. Od najbardziej oficjalnych i wzniosłych przemówień poczynając, poprzez naukowy wykład, szczerą rozmowę przyjaciół, na szepcie osób zakochanych kończąc. Człowiek przemawiający ma przed sobą słuchaczy. Komunikacja jest więc tu zwykle jednostronna. Ktoś mówi, inni słuchają. Są mówcy kompetentni. Są tacy, którzy potrafią zainteresować, a nawet porwać za sobą słuchaczy. Są też niestety tacy, którym jedynie wydaje się, że mają coś do powiedzenia, a tak naprawdę nudzą, czy wręcz denerwują słuchaczy swoją niekompetencją i bezkrytycyzmem.

Rozmowa

Szczególną formą wykorzystania ludzkiej mowy jest rozmowa. W przeciwieństwie do przemówienia czy wykładu, aktywnych uczestników tego werbalnego spotkania jest przynajmniej dwóch. Istotny sens rozmowy oddaje określenie pochodzące z języka greckiego – dialog (dialogos), co można zinterpretować jako słowa z dwóch stron. Na tym w istocie polega rozmowa. Na wymianie słów, której celem jest wyjaśnienie racji, zbliżenie stanowisk i w efekcie zbliżenie ludzi do siebie. Tak rozumiana rozmowa jest sztuką, która rzadko bywa naturalnym darem danym człowiekowi. Zwykle człowiek musi się uczyć tej sztuki. Sztuką jest zwłaszcza rozmowa o sprawach trudnych, spornych. Zawierają one zwykle dodatkowo spory ładunek emocji. Rozmowa, jeżeli nie ma przerodzić się w monolog, wymaga zaangażowania każdej z rozmawiających osób. Rozmawiający ze sobą ludzie muszą rzeczywiście chcieć ze sobą rozmawiać. Muszą mieć świadomość odmienności zdań, stanowisk i racji. Nie mogą zapominać, że uczestniczą w dialogu, to znaczy – każda ze stron powinna mieć szansę, możliwie krótko i precyzyjnie określić swoje stanowisko. Ale też nie wolno zapominać, że istotnym elementem każdej rozmowy jest również gotowość słuchania.

Słuchać i słyszeć

Bywa zwykle kilka słabszych elementów rozmowy. Kłopot sprawia człowiekowi precyzyjne i krótkie formułowanie własnych myśli. To nie jest mocna strona większości rozmówców. Przeszkodą i bardzo złym doradcą w rozmowie są nieuświadomione i niekontrolowane emocje, nieodłączny składnik rozmów, szczególnie trudnych i niejednoznacznych. Najczęstszym jednak problemem jest brak umiejętności słuchania. Człowiek woli przemawiać i pouczać swoich rzekomych rozmówców, niż rzeczywiście z nimi rozmawiać. Okazuje się, że słuchanie jest szalenie trudnym, a bardzo ważnym elementem rozmowy. I jeszcze jedno – zdarza się, że człowiek pozytywnie nastawiony do rozmowy opanował już umiejętność słuchania, ale nie do końca dociera do niego przekazywana treść. A zatem słucha, ale nie słyszy. I nie jest to problem organicznie przytępionego słuchu, jest to problem nadmiernych „szumów emocjonalnych”.

Czas świąt Bożego Narodzenia jest także okazją do spotkań ludzi. Spotkania stwarzają szansę rozmowy. Życzę wielu dobrych rozmów, to znaczy takich, które zbliżają ludzi do siebie.


POSAG

W „Słowniku Języka Polskiego” pod hasłem „posag” czytamy: „kapitał, majątek wnoszony mężowi przez żonę przy zawieraniu małżeństwa”. W ten sposób, tradycyjnie rozumiany posag, coraz częściej ma znaczenie jedynie historyczne. Ten fakt nie uwalnia rodzicieli od przekazywania swoistego posagu własnym dzieciom, i to nie tylko córkom. Posag, o którym tu mowa, nie jest „kapitałem” o wartości bankowej; na pewno nie w bezpośrednim przeliczeniu.

Wyposażenie

Wertując dalej kartki Słownika, łatwo znaleźć pochodne od posagu słowo „wyposażyć”. Znaczy to „zaopatrzyć w coś, co jest potrzebne do prawidłowego funkcjonowania kogoś lub czegoś...”. „Wyposażeniem”, które każde dziecko otrzymuje od swoich rodziców jest niewątpliwie kod genetyczny. Na nim bazuje cała sfera biologiczna człowieka, a zatem jego anatomia i fizjologia. Ale nie tylko. W zakres tego „wyposażenia” wchodzą również fundamenty życia psychicznego. To w rodzinie, a zatem poprzez rodziców, w dziecku tworzą się podstawy psychiki, zręby osobowości. Tu zaczyna się kształtować sfera intelektualna małego człowieka. Od pierwszych wypowiadanych słów poczynając, poprzez rodzicielskie odpowiedzi na setki stawianych przez dziecko pytań, do odpowiedniego pokierowania edukacją szkolną. To rodzice są pierwszymi ludźmi, którzy mają najbardziej istotny wkład w budowę i rozwój całego bogactwa życia emocjonalnego. Od nich dziecko odbiera pierwsze gesty i zachowania, które są wyrazem miłości, radości, dumy. Tu dziecko ma szansę czuć się bezpiecznie, tu może się cieszyć, a niekiedy ma powody do smutku. Na twarzy i w głosie rodziców dostrzega czasem gniew, innym zaś razem niepokój, czy zasmucenie. Są również sytuacje, którym towarzyszy radość i szczery śmiech. To wszystko coś znaczy. Dziecko nie potrafi szczegółowo nazywać tej rozległej gamy uczuć, ale odbiera je całym swoim jestestwem. I to jest w pewnym sensie elementarz emocjonalny, którego dziecko w sposób naturalny się uczy. Rodzice chyba nie zawsze są świadomi tego, że od pierwszych chwil życia, niemal w każdym momencie, wyposażają własne dziecko w coś, co będzie mu pomagać lub – czasem niestety – przeszkadzać w późniejszym życiu. Ślady tego rodzicielskiego posagu, zarówno tego pozytywnego, jak i negatywnego, wielokrotnie dostrzega się, nawet w bardzo dorosłym już życiu.

Nawyki

Jednym z podstawowych elementów psychicznego posagu, są nawyki. Dziecko przyswaja je sobie bazując na wskazówkach i gotowych wzorcach, które otrzymuje od rodziców. Są to proste, utrwalone, zautomatyzowane zachowania i reakcje dotyczące elementarnej postawy wobec życia i podstawowych form współżycia z ludźmi. Dotyczą takich spraw jak stosunek do pracy, szacunek wobec wysiłku innych, zdolność do organizowania sobie dnia, zamiłowanie do porządku, czy też poczucie obowiązku. Nawyki dotyczą też najbardziej elementarnych przejawów kultury bycia z drugim człowiekiem, umiejętność zachowania się przy stole i tym podobnych spraw. Mogą się one kształtować w dwóch przeciwstawnych kierunkach. Stąd można mówić o dobrych i złych nawykach. Te pierwsze ułatwiają start w dorosłe życie. Pomagają też być dorosłym. Złe nawyki mają skutek odwrotny. Niejednokrotnie zdarza się, że już dorosły człowiek, popadając bez przerwy w konflikty, nie radząc sobie ze skomplikowaną codziennością, musi świadomie korygować swoje niedobre nawyki z dzieciństwa. Jest takie niemieckie określenie – „Kinderstube”, czasem używane również w języku polskim. Przytaczam je, bo oddaje ono w sposób lapidarny istotną treść nawyków, których sednem jest elementarna kultura osobista. Kształtowanie – daj Boże – pozytywnych nawyków, to przede wszystkim zadanie rodziców. Nie może ono jednak przybierać form tresury. To byłaby zła droga kształtowania, nawet pozytywnych nawyków. Najlepszą szkołą dobrych nawyków jest właściwa atmosfera domu i wzorce, które w sposób naturalny, dzień po dniu, rodzice przekazują swoim dzieciom.

Atmosfera

Niemal każdy dom ma specyficzny, trochę własny klimat. Tworzą go oczywiście ludzie, przede wszystkim rodzice. Są domy, w których wyczuwa się ciepło, wzajemnie pozytywne odnoszenie się do siebie. Ludzie są spontaniczni, otwarci na siebie. Nie ma tam szeptanych intryg. Obca jest agresja i wrogość. W takim domu ludzie, zwłaszcza dzieci, czują się bezpiecznie. To poczucie bezpieczeństwa jest nieocenione. Stanowi doskonały posag wyraźnie procentujący w dalszym, dorosłym życiu. Nie znaczy to, że w tych domach nie ma różnic zdań. Oczywiście, że są. Jest to środowisko normalnych, ludzkich indywidualności ze wszystkimi zaletami i przywarami człowieczej natury. Bywają czasem ostrzejsze dyskusje, są różnice zapatrywań na wiele drobnych spraw, ale generalnie atmosfera tych domów jest pozytywna. Ci ludzie potrafią ze sobą rozmawiać. Chce się w takim domu być. A gdy nadejdzie naturalny czas odejścia z domu, chce się później do niego wracać. W pamięci i świadomości dorosłego już człowieka, taki dom pozostaje jako miejsce dobre, bezpieczne, do którego wraca się – jeżeli już nie można inaczej – to przynajmniej we wspomnieniach. Są niestety domy, w których atmosfera jest dokładnie odwrotna. Panuje tam chłód, nieufność i wzajemna wrogość. Na co dzień dominują napięcie, kłótnie, wyzwiska, a niejednokrotnie czynna, fizyczna agresja. Sytuacja jest nieprzewidywalna. Stąd w dzieciach kształtuje się niepewność, lęk i chęć ucieczki – w różny sposób. W takiej atmosferze kształtują się negatywne wzorce życia społecznego. Dziecko w ten sposób wyposażone, w dorosłym życiu niejednokrotnie powiela wzorce wyniesione z dzieciństwa. Wzorce zachowań osób ważnych z dzieciństwa, zwłaszcza rodziców, odgrywają istotną rolę w kształtowaniu postaw życiowych dorosłego człowieka. Dotyczy to również, niestety, wzorców negatywnych. Człowiek, jakby nieświadomie wchodzi w krąg zachowań, które wcześniej jako dziecko, oceniał bardzo krytycznie i zupełnie ich nie akceptował. Nie jest to oczywiście regułą. Są ludzie, którym z powodzeniem udaje się po drodze korygować ten kłopotliwy posag wyniesiony z domu. Na szczęście podobnie dzieje się też z wzorcami pozytywnymi. One również znajdują kontynuację w dorosłym życiu stanowiąc cenny „posag” otrzymany z domu.


PUSTE GNIAZDO

„Zespół pustego gniazda” to określenie, którego używa się czasem dla opisu stanu psychicznego osób, które nie mogą sobie poradzić i cierpią z powodu „wyfrunięcia” dorosłych dzieci z domu. Obraz tego cierpienia może przybierać różne formy. Zawsze jednak dominują w nim negatywne emocje takie jak: przygnębienie, żal, lęk, a niejednokrotnie też drażliwość i gniew.

Zakończona rola

W życiu niemal każdej rodziny nadchodzi taki moment, gdy ostatnie już dziecko, w sposób zupełnie naturalny „wyfrunie” z domu rodzinnego. Jest czymś absolutnie normalnym, że dorosłe dzieci rozpoczynają samodzielne życie, najczęściej zakładając własną, nową rodzinę. Mimo całej naturalności i oczywistości zjawiska, bywa to niekiedy psychologicznie trudny moment dla „opuszczonych” rodziców. Wiele lat pełnili swoją funkcję rodzicielską. Robili to lepiej lub gorzej, ale byli tym w jakiś sposób pochłonięci. Na początku, gdy dzieci były małe, ich zaangażowanie musiało być większe. Zajmowali się niemal wszystkim, co dotyczyło ich dzieci. Potem, gdy pociechy stawały się coraz bardziej samodzielne, to zaangażowanie zmieniało się i malało. W niektórych obszarach życia dzieci radziły już sobie zupełnie same, w innych wymagały jeszcze ciągle pomocy, często nawet bardzo istotnej. Były oczywiście „zgrzyty” na tej linii, ale jakoś na ogół udawało się z tego wychodzić. Zdarzało się, że było ciężko z wieloma obowiązkami i różnymi konfliktami, ale rodzice, bardziej lub mniej udanie, wchodzili w tę rolę. Czuli się w pewnym sensie ważni i bardzo potrzebni swoim dzieciom. Wreszcie nadszedł moment zwyczajnego, naturalnego rozstania. Rola wychowawcza i opiekuńcza została zakończona.

Rodzicielskie „credo”

Każdy rozsądny rodzic zgodzi się pewnie z tezą, że dzieci rodzi się i wychowuje po to, by one – już jako osoby dorosłe – mogły i potrafiły żyć własnym życiem, i to w sposób satysfakcjonujący. Jak wspomniałem jest to w pewnym sensie, bardzo zresztą oczywiste i rozsądne „credo”, z którym trudno się nie zgodzić. Nie zawsze jednak i nie do końca za rozumem nadążają emocje. W efekcie, gdy dorosłe dzieci rzeczywiście zaczynają urządzać swoje życie, zwłaszcza gdy układają je trochę inaczej niż wyobrażali to sobie rodzice –rozsądna teza już nie jest tak jednoznaczna i tak oczywista. Zaczyna się u rodziców, zwykle trochę starszych już osób, problem dorosłych – o zgrozo – samodzielnych, dzieci. One myślą trochę inaczej, czują nieco odmiennie, mają odrobinę różniące się wyobrażenia o swojej przyszłości. Rodzice, bazując na swoim bogatym doświadczeniu życiowym nie zgadzają się z tym wszystkim i czasem cierpią z tego powodu. Zapominają, że nawet najwartościowsze doświadczenia życiowe nie są dziedziczne i właściwie trudno przyswajalne przez dzieci. Nic nie zastąpi własnych doświadczeń. Fakt, że płaci się za nie czasem bardzo wysoką cenę. Ale tak to już niestety jest. Nie zgadzając się z tym, buntując się przeciw realiom, bezwzględnie walcząc z nimi, tak naprawdę rodzice narażają się na dodatkowe cierpienie. Wątpliwą satysfakcją dla nich bywa, jeżeli po latach okaże się być może, że mieli rację. „A nie mówiliśmy”?

Niepotrzebni?

Problem pustego gniazda wiąże się przede wszystkim z psychiczną i fizyczną pustką po wyprowadzeniu się ostatniego dziecka. Psychiczną pustkę wywołuje poczucie niepotrzebności. Już nie jestem najważniejszy, niezbędny. Skończyła się rola, która była wprawdzie niekiedy trudna, ale – jak się okazuje – jednak bardzo ważna, bo nadająca sens szarej codzienności. Obecnie, dorosłe dzieci radzą już sobie bez rodziców. Często zupełnie inaczej, co nie znaczy źle. Mają inne podejście do życia. Inaczej, ale też skutecznie, rozwiązują swoje problemy. Racjonalnie patrząc, jest to powód do dumy i poczucia dobrze spełnionego obowiązku. I wielu ludziom doskonale udaje się to w ten sposób odbierać i autentycznie cieszyć się samodzielnością oraz dojrzałością własnych, dorosłych dzieci. Ale nie wszystkim. Dla niektórych trudny do przeskoczenia staje się ten element irracjonalny – niezadowolenie, że dzieci nie do końca ułożyły „swoje klocki” po myśli rodziców. Oni odbierają to jako swoistą, własną porażkę. Niejednokrotnie też wyczuwa się w ich postawie pretensje, a nawet żal do dzieci, którym tyle serca i czasu poświęcili, a oni nie w pełni z tego skorzystali. Powstaje też zwyczajna, fizyczna pustka. Po prostu puste miejsce, jakby niepotrzebny pokój, niepotrzebne łóżko, biurko i inne ślady nieobecnego już fizycznie, dorosłego dziecka.

Zmęczeni sobą

Wszystko to razem – zarówno fizyczna pustka, jak i ten irracjonalny żal oraz pretensje różnego rodzaju – składają się na całokształt obrazu zwanego „zespołem pustego gniazda”. To gniazdo jest tym bardziej puste, im mniej bliski jest, i pewnie zawsze był, kontakt emocjonalny między małżonkami. Brakuje im wspólnych tematów, zainteresowań, upodobań. Wspólna obecność staje się męcząca, często drażni. Ci, dotychczas zajęci „wspólnym wychowywaniem dzieci”, czują się teraz jakby „skazani na siebie”. Czasem niestety okazuje się, że jedynym łącznikiem między nimi były dzieci i to te fizycznie obecne. Te, które sprawiały normalne, codzienne problemy życiowe. Paradoksalnie, brak problemów wychowawczych, brak rodzicielskich uciążliwości, odsłonił zupełny brak głębszej więzi emocjonalnej między tymi ludźmi. Gdy zabrakło konkretnych zadań, przebywanie ze sobą stało się bardzo uciążliwe, niemal nie do zniesienia. Tak rozumiane puste gniazdo jest przyczyną bardzo złego stanu psychicznego tych, których to dotyczy. Niejednokrotnie prowadzi do pogłębiającego się przygnębienia, a nawet depresji. Zdarza się też, że po wielu przeżytych obok siebie latach, ci ludzie nie potrafią już zupełnie być ze sobą i decydują się – często zadziwiając otoczenie – na fizyczne rozejście się.


PUSTY DOM

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com