Pasierby - Natalia Korwin-Szymanowska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pasierby - Natalia Korwin-Szymanowska

Natalia Korwin-Szymanowska (1858–1922), z domu Krzyżanowska, to pisarka i tłumaczka, publikująca często pod pseudonimem Anatol Krzyżanowski. Była autorką licznych artykułów publicystycznych w prasie warszawskiej, a także tekstów dotyczących polskich wydarzeń literackich w czasopismach angielskich i francuskich. Jej twórczość literacka cieszyła się swego czasu niezwykłą popularnością, np. nowele „W więzach” czy powieści „Dwa prądy”, „Pasierby”, „Ogniwa”. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Pasierby - Natalia Korwin-Szymanowska

Fragment ebooka Pasierby - Natalia Korwin-Szymanowska






Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. ROZDZIAŁ XII
  14. ROZDZIAŁ XIII
  15. ROZDZIAŁ XIV
  16. ROZDZIAŁ XV
  17. ROZDZIAŁ XVI
  18. ROZDZIAŁ XVII
  19. CZĘŚĆ II Rozbitki
  20. ROZDZIAŁ XVIII
  21. ROZDZIAŁ XIX
  22. ROZDZIAŁ XX
  23. ROZDZIAŁ XXI
  24. ROZDZIAŁ XXII
  25. ROZDZIAŁ XXIII
  26. ROZDZIAŁ XXIV
  27. KOLOFON

CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Na niebie zielonawobłękitnym, przejrzystym jak toń niezgłębiona, pierwsze jaśniejsze zapalały się blaski. Dzień, zmartwychwstający z wczorajszego uśpienia, budził się do życia z rozkosznym uśmiechem pogody. Szare też cienie nocy ustępowały kornie przed różowopalcą jutrzenką, która ukazawszy się tam, gdzie dotąd blada świeciła zorza, stroiła świat cały w coraz żywsze i coraz bogatsze barwy. Płaszcz jej, najpierw z gazy różowej, a dalej ze złota i purpury tkany, otuliwszy połowę nieboskłonu, odzwierciedlał się blaskiem świetlanym w kroplach rosy, zapalając zaś wśród nich diamentowe iskry, zdawał się poić bogactwem tym spragnione usta traw, drzew i kwiatów, które nektar ów ożywczy chciwie spijały. W blaskach nieba i w brylantowym świetle rosy, w purpurze, poprzedzającej złote promienie słońca, w tym przejrzystym, a tak czystym powietrzu, iż wszystko nabierało w nim ostrzejszych konturów, ziemia zmęczona jeszcze wczoraj pracowitym swym życiem, dziś strojna w cechy młodzieńczego uroku, zdawała się zaróżowioną oblubienicą, stającą z uśmiechem wiary i nadziei wobec zagadki przyszłości, wobec obietnic szczęścia, jakie jej los gotuje. Od jaśniejącej też czarem młodości i ułudy bił porywający urok i wszechpotężny urok wiecznego życia i zmartwychwstania, tchnienie niespożyte natury, która zrzuciwszy kajdany martwoty zimowej, w upojeniu, kwieciem okrywała swe czoło.

Blask jutrzenki, potężniejąc tymczasem, ogarniał łuną różową wierzchołki drzew, las szarzejący na nieboskłonie i błękitną taflę uśpionego jeziora. Przesuwając się szybko, rzuciwszy aureolę na szczyty, a postrach na ciemności, zalegające poniżej, rozkoszny paź boga słońca pocałunkiem swym budził wszystko z uśpienia.

W szuwarach u brzegu wody mewy i kaczki dzikie, kurki, czaple i cała rzesza drobniejszego, wodnego ptactwa poruszyła się na gniazdach. W konarach drzew zaświergotały hałaśliwe wróble, tłumiąc hejnał podniosły, jakim słowik brzask zorzy powitał. Hejnał ten jednak wzniósł się wyżej i zapanował dookoła tam, gdzie klomby, starannie utrzymane, otaczały dwór wykwintny, niewielki, lecz piętrowy, a czystością błyszczący.

Przejrzyste powietrze poranku uwydatniło doskonale zarysy tej eleganckiej, niedawno snać zbudowanej siedziby; blask zaś wstającej jutrzenki, skąpawszy ją w promieniach swych, odbijał się w dachu cynkowym i dużych kryształowych szybach pałacyku. Równocześnie, wśród ciszy panującej dookoła, zgrzytnął lekko klucz i zza uchylonych drzwi frontowych wysunęła się wysmukła postać niewieścia. Zamknąwszy starannie za sobą podwoje, stanęła na progu ganku, a olśniona przepychem budzącej się przyrody, zachwycona grą barw na obłokach, zdawała się czaru chwili tej pełną używać piersią.

Wewnątrz domu wszystko jeszcze spało. Cisza też głęboka, uroczysta, cisza rozmodlonej natury otaczała ją zewsząd, a hejnał słowiczy jedyną tu był oznaką życia. Kobieta, w hymn ten zasłuchana, podniosła głowę, śledząc z zachwytem purpurowe, coraz ognistsze, a złotem obramowane smugi na obłokach. Złoto owo nabierało w oczach jej barwy gorętszej, aż słoneczna źrenica dnia błysnęła równocześnie pierwszym promieniem, który nieznajomą przeczystym oblał światłem.

Uwydatniona w blasku jego postać dziewczęcia niezwykłym zajaśniała urokiem. Młodziutka była, a powab młodości tej porywającym bił od niej czarem. Otulona w jasną bluzę błękitną, spływającą jak grecka szata w prostych fałdach ku ziemi, z wpół sennym rozmarzeniem w przepysznych źrenicach, z podniesioną lekko główką, z której długie, ciemne spływały sploty, z barwnym karminem ust, ożywcze pijących powietrze i gibkimi zarysami kibici w tym blasku magicznym powstającego słońca, zdawała się istnym posągiem młodocianej poezji lub zachwycenia. Ale posąg ten krwią tętnił i życiem, życiem tak potężnym, tak świeżym, iż zdawało się, promieniując dookoła, otaczać ją porywającą aureolą ułudy i powabu, prostoty i piękna. Gorący pocałunek słońca zbudził ją wreszcie z bezwiednego rozmarzenia. Wyprostowała się, a oczy jej głębokie, w szafirze nieba dotąd utkwione, zwróciły się z kolei na wielkiego doga, który podniósłszy się sprzed progu, z chwilą wejścia pani, stał przy niej, zadowolony, iż rączkę bezwiednie o kark jego oparła Źrenice jej spotkały się ze wzrokiem psa, mądrym i poważnym, w niemym oczekiwaniu ku niej wzniesionym. Pochyliła się i pogłaskała go pieszczotliwie.

– Lord czekał tu na panią – mówiła z cicha. – Dobrze, piesku, dobrze; pójdziemy razem użyć ciszy i swobody.

Ujęła suknię jedną rączką, a nie zdejmując drugiej z głowy doga, leciutko na palcach, zeszła ze schodów werandy. Przesunąwszy się po cichu pod oknami i minąwszy klomb główny, zatrzymała się dopiero, obrzucając serdecznym wejrzeniem rodzinne swoje gniazdo.

– Jak tu ładnie – szepnęła. – Jak tu mogło być dobrze...

Westchnęła i odwróciła się szybko.

– Nie, nie będę myślała o tym. Chcę się orzeźwić spokojem, upoić samotnością. To nektar, który wzmacnia najsilniej.

I powietrzem ożywczym zarumieniona, ze źrenicami błyszczącymi zachwytem, a pijącymi czar budzącej się przyrody, szła szybko, bez względu na rosę i powiew od jeziora idący.

Przebiegłszy brzegiem łąkę, z dala w złudny obłok wody spowitą, a z bliska jaśniejącą żółtymi jaskrami, różowym tysiącznikiem i białym mrzygłodem, zanurzyła się śmiało w łan zboża, wąską ścieżką przecięty. Szmaragdowe kłosy pszenicy kwiatem, jak srebrnym pyłkiem, z lekka przesypane, z drugiej strony zaś bledsze od nich, szarawe łodygi żyta, rosą zwilżone, chyliły się ku sobie w szepcie cichym. Kobieta szła wśród nich jak królowa tego świata przyrody, miłosnym obejmując go wzrokiem. A w spojrzeniu jej i w całej wysmukłej postaci, pierwszymi blaskami słońca oblanej, znać było, że nie mierzy ona pól tych okiem znawcy, że nie bogactwo ich, nie wartość realna, lecz poezja głęboko odczuta, rozpromienia piękne jej lica tym wyrazem rozradowania i ukojenia, tą zadumą marzącą, która od razu część duszy jej malowała.

Zatrzymywała się, wsłuchana w odgłosy budzącej się przyrody, dla innych banalne i niezrozumiałe może. Dla niej jednak poryk pędzonego w oddali bydła, nawoływania przepiórki i brzęk świerszcza, ukrytego przy miedzy, jednoczyły się wraz z szumem i zboża, i powiewem wiatru, w koncert pełen podniosłej prostoty. Upajające wreszcie poczucie siły i młodości, swobody i ciszy krew jej żywiej poruszyło w żyłach. Poczuła potrzebę ruchu, potrzebę ujawnienia przejmujących ją wrażeń i okazania ich w jakimś wybuchu radosnym. Korzystając też z żywszego skoku doga, pobiegła z nim na wyścigi, jak dziecko wypuszczone na wolność. Trwało to jednak chwilę tylko. Zarumieniona, zatrzymała się niebawem, a tuląc ciemną swą główkę do lśniącej szyi zwierzęcia, mówiła pieszczotliwie:

– Dobry Lord, kochany Lord! Bez Lorda pani bałaby się chodzić tak sama.

W tej chwili weszli na skraj lasu, którego głębia nęciła tajemnym urokiem, pełnym jakichś szeptów niepochwytnych i niezrozumiałych. Dziewczę, świadome snać drogi, szło śmiało, skąpane w fantastycznych, przez konary padających promieniach słońca, spowite ruchliwym, przez gałęzie rzucanym cieniem, otoczone całym wspaniałym, a potężnym czarem, jaki głusza leśna w godzinie tej posiada.

Był to snać cel jej wycieczki. Doszedłszy bowiem do niedużej polanki, wśród której stał klon wyniosły, osunęła się na pień ścięty u jego podnóża. Opuszczając zaś na drobne nóżki bluzę błękitną, starannie od rosy chronioną, oparła się o konar drzewa i obie rączki nad głowę zarzuciła.

W pozie tej bezwiednie wdzięcznej i malowniczej, zdawała się eteryczną nimfą leśną, stałą, a bajeczną dziedzin tych mieszkanką. Pierś jej wszakże falującą czysto ziemskie podniosło westchnienie.

– Ach, jak tu rozkosznie, jak pięknie! – wyszeptała. – Gdy się ma takie królestwo, warto żyć, warto.

Nagle huk głuchy, przeciągły, a równocześnie prawie żałosny skowyt psa echem przeraźliwym słowa jej przecięły.

Zerwała się z przestrachem i wyprostowana oczy w gąszcz utkwiła. To wycie bolesne nie było jej obce; to głos Lorda, towarzysza jej i opiekuna.

Nie omyliła się. Z rozchylonych gwałtownie krzaków leszczyny, z gąszczu ciągnącego się po lewej stronie, wypadł w tej chwili dog jej ulubiony i z głośnym wyciem, w ślepym pędzie ku niej się rzucił. Po lśniącej jego sierści, tuż nad okiem, a wzdłuż uszu, krew się toczyła. Zwierzę postrzelone było widocznie.

Na widok ten dziewczę, współczuciem przejęte, skoczyło i uklęknąwszy, objęło ramieniem ochronnym głowę doga, do własnej tuląc ją piersi.

Złączeni tak razem na tle ciemnej zieleni, przepyszny stanowili obrazek. Ten pies olbrzymi, pręgowaną skórę tygrysa przypominający i dziewczę delikatne, wysmukłe, tulące go ku sobie, tworzyli grupę porywającą wyrazem wdzięku i siły. Podniesione ramiona i przechylenie całej postaci uwydatniały młodzieńcze zarysy jej kibici. Ciemne warkocze spływały wzdłuż szaty błękitnej, ku ziemi prawie, w szafirowych, marzących źrenicach odzwierciedlał się świat cały tkliwości i niepokoju.

Nie było wątpliwości, pies miał ucho przestrzelone. Na nowy, żałosny jego skowyt, krew w żyłach jej zagrała, a oburzenie rumieńcem wybiegło na lica. Kto śmiał to uczynić?

Zerwała się ruchem gwałtownym i wyprostowana powiodła okiem dookoła.

Przytrzymując ręką rozchyloną gąszcz leszczyny, w miejscu, z którego dog wybiegł, stał winowajca. Torba przez plecy przewieszona i strzelba dzierżona w dłoni wskazywały wyraźnie, że on występku się dopuścił. Oczy zaś w grupie pokrzywdzonych utkwione, mówiły wyraźniej jeszcze, że nie współczucie dla psa, lecz zachwyt przez kobietę wzbudzony, oniemiały go i do miejsca przykuły.

W niej, na widok tego zbyt jawnego, śmiałego uwielbienia, oburzenie zawrzało i strumieniem lawy gorącej na mózg uderzyło. Wyprostowała się; pierś jej falowała gwałtownie, z roziskrzonych źrenic błyskawice dumy tryskały.

– Jak pan śmiałeś? – zawołała. – Jak śmiałeś uczynić coś podobnego?

– Czyż mogłem przeczuć strzelając, że w lesie tym o wschodzie słońca już spacerują boginie?

Ta zdawkowa galanteria, ten ton banalnego komplementu, żartobliwym pochyleniem głowy uwydatniony, rozgniewał ją silniej jeszcze i głęboko obraził zarazem. Nie przywykła, by ją traktowano w ten sposób, nie przywykła po gościńcach zbierać grzeczności. Czarne łuki brwi jej ściągnęły się, różowe, delikatne nozdrza zadrżały od hamowanego wzburzenia.

– Jestem u siebie! – rzuciła wyniośle – a nikt dotąd nie ośmielił się ubliżyć mi tutaj. Jakim prawem nachodzisz pan to ustronie? Jakim prawem wkradasz się w cudze granice?

Mężczyzna tonem tym dotknięty, postąpił żywo naprzód. Stali teraz oko w oko, oboje dumnie wyprostowani, oboje piękni, dorodni, wdziękiem młodości tchnący. Postać jej wysmukła, błękitną szatą ku ziemi spływająca, uosobieniem była wyniosłości i dumy. Ze źrenic szafirowych pionująca strzelała błyskawica; rysy delikatne, klasyczne, o prostym greckim nosku i przeczystym owalu, fala szkarłatu oblewała; karminowe usteczka rozkazujący cechował wyraz.

On, w obcisły, myśliwski strój przybrany, o postawie wytwornej, a rysach, jakby ze szlachetnego kruszcu wyrzeźbionych, przedstawiał doskonały typ młodości i siły, wychowaniem i pochodzeniem długich pokoleń uszlachetnionej. Na wardze wydatnej, do uśmiechu wesołego skłonnej, ciemny wił się wąsik; w czarnym, ognistym oku obraza za słowa posłyszane i podziw dla tej kobiety jak jutrzenka uroczej, walczyły na przemian. Ostatnie uczucie zwyciężyło nareszcie:

– Jakim prawem nachodzę to ustronie? – powtórzył mężczyzna. – Alboż Bóg nie na to dał wiosnę i wschód słońca, aby się promieniami jego wszyscy zachwycali?

Gorące jego spojrzenie mieszało ją, żałosne zawycie Lorda, który z bólu rzucił się w tej chwili ku nieznajomemu, przypomniało popełniony przez niego występek. Zawycie zdawało się wyrzutem, że zapomniała o pokrzywdzonym, a pod działaniem wyrzutu tego, pod działaniem dwóch jakichś sprzecznych uczuć, ona, tak spokojna i panująca zwykle nad sobą, podwójnym uniosła się gniewem.

– Nie sądzę, by wschód słońca upoważniał do nachodzenia cudzych pól, a strzelanie do cudzej zwierzyny i cudzych psów stanowiło rycerską zabawkę, godną szanującego się mężczyzny.

– „Cudzych, cudzych, cudzych!” – powtórzył w tej chwili głos gniewny i szorstki. – Nie należy tak słowem tym szafować. Niech panna Zaliwska raczy nie zapominać, że do owego lasu i owych Zaliwiec ja także pewne mam prawo.

Obejrzeli się żywo. W miejscu, gdzie z gąszczu wychylił się przedtem młody człowiek, stał teraz, w ślad snać za nim tą samą idący ścieżką, mężczyzna średniego wzrostu, barczysty, o szpakowatym wąsie i twarzy, na którą praca czy zgryzoty całą sieć zmarszczek rzuciły.

Dziewczę o krok w tył się cofnęło.

– Prawo do Zaliwiec? – podjęła, patrząc na niego ze zdumieniem.

– No, pewno. Pieniędzy przecież moich nie podaruję. Najlepiej zabrać komuś ostatnią jego krwawicę, a później panoszyć się jeszcze w pałacu i ludzi z góry traktować. Zresztą, pan Zaliwski zgodził się las ten za sumę naszą oddać mi; mam więc prawo chodzić po nim, kiedy mi się podoba.

– Stryju! – przerwał młody człowiek błagalnie. – Stryju! Jak możesz rzeczy podobne mówić kobiecie?

Staremu żal już było słów w uniesieniu wypowiedzianych.

– Wiem – machnął ręką – że córka za winy rodziców nie odpowiada. Ale czemuż panna Szczęsna Zaliwska, której ojciec zabrał mi wszystko, com posiadał, bryzga nam dumnie w oczy, że cudze nachodzimy grunta? Czy za tego marnego dzięcioła, do którego strzeliłeś niepotrzebnie? Nie będzie on tu miał w co kuć niezadługo...

Szczęsna blada jak płótno, stała pod tym potokiem słów, które ostrze sztyletu w serce jej zatapiały, milcząca i upokorzona. Nie znała tego człowieka, lecz nie miała powodu wątpić, że mówi prawdę. Nie on jeden podobne rościł pretensje. W szafirowych jej źrenicach, wpierw rozmarzeniem i zachwytem, później gniewem błyszczących, zajaśniał w tej chwili wyraz, jak śmierć smutny i beznadziejny. Deptano dumę jej, zabierano kąt ten ukochany, uderzono naraz we wszystkie najdroższe jej uczucia. Miody człowiek, wzruszony zmianą w niej zaszłą, a dotknięty boleśnie zachowaniem stryja, dojrzawszy w tej chwili kroplę krwi, jaka z szyi tulącego się do niej ulubieńca spadała na suknię Szczęsnej, poskoczył z żywą oznaką skruchy i pokory.

– Ależ on jest draśnięty! – zawołał. – Krew, najwyraźniej krew, a ja się tego nie domyślałem nawet.

I teraz on z kolei osunął się na kolana, tuż u stóp jej prawie, opatrując ręką wprawną, a troskliwą głowę wspaniałego zwierzęcia.

– Lekkie skaleczenie w ucho; snać ziarnko śrutu, o sęk się odbiwszy, trafiło go przypadkiem. Mój Boże, nie wiedziałem nawet, jakiego się dopuściłem przewinienia. Czy pani może mi przebaczyć?

I wciąż klęcząc, podniósł ku niej wzrok błagalny. A zarówno wyraz jego, jak odcień głosu, wskazywały wyraźnie, że nie za ulubieńca, nie za psa, lecz przepraszał ją za zranione uczucia, za przykrość, jakiej stał się bezwiednym dla niej powodem.

Szczęsna nie słyszała go nawet. Oczy jej smutne, w dół utkwione, śledziły myśl nieuchwytną, w głowie brzmiał ciągle frazes: „Najlepiej zabrać komuś ostatnią jego krwawicę, a później panoszyć się jeszcze w pałacu i ludzi z góry traktować”.

Czuł, że duma jej musiała straszny dostać policzek, a nie wiedział, jak ją od myśli tych oderwać, jak wrażenie złagodzić. Stała przed nim bledziutką, niby kwiat podcięty, skamieniała, niby posąg zwątpienia, a on nie mógł dla niej nic, nic zrobić.

Wtedy to młodzieniec postanowił na psa zwrócić całą jej uwagę.

– Pani pozwoli mi opatrzyć go? – zapytał.

I wyjmując z kieszeni chustkę, rozdarł ją szybko na dwoje.

– Wariat! – mruknął stary szlachcic, a machnąwszy ręką, zapuścił się na powrót w gęstwinę.

Zostali sami. Chrzęst dartego płótna zbudził dziewczę z bolesnej zadumy. Spuściła śliczne, poważne swe oczy, patrząc najpierw bezwiednie, później zaś z zajęciem na dorodną postać młodzieńca, który klęcząc u stóp jej, z niewieścią nieledwie tkliwością, ocierał skrwawioną szyję i ucho doga. Czynił to tak delikatnie, jak gdyby to szło o dziecko lub istotę ukochaną, tak lekko, jak gdyby tu o nią, o Szczęsną, chodziło, jak gdyby ruchem tym mógł zagoić ranę, przez słowa okrutne sercu jej zadaną.

Wtem pies, którego uraził widać, warknął groźnie.

Głos ten uprzytomnił do reszty Szczęsną. Pochyliła się, głaszcząc białą ręką szyję doga i chcąc podtrzymać ucho, na które nieznajomy nalewał parę kropli spirytusu z myśliwskiej manierki, przyklęknęła na murawie po drugiej stronie Lorda.

Zbliżeni tak, iż ręce ich dotykały się nieledwie, mimo woli podnieśli ku sobie oczy; on z bezwiednym współczuciem i niemą, korną prośbą o przebaczenie, ona z nieświadomym sobie, wzruszającym wyrzutem. Nie zrobiła im nic złego, oni zaś tak straszną wyrządzili jej przykrość.

Pies szarpnął się w tej chwili boleśnie.

– Cicho, Lord, cicho wierny przyjacielu – zabrzmiał słodki głos dziewczęcia. – Pan nie zrobi ci krzywdy. Krzywdę – dodała ciszej – zwykli ludzie ludziom tylko wyrządzać.

Opatrunek był już skończony. Ona, zamyślona, klęczała ciągle; on, słowami jej dotknięty, pochylił się nagle i do ręki jej, na szyi doga wspartej, gorące przyłożył usta.

Cofnęła się żywo.

W pocałunku tym jednak, kornym i czci pełnym, było tyle prośby serdecznej, iż nie mógł jej obrazić.

– Racz pani zapomnieć o słowach stryja, racz je przebaczyć... Wierz, że był to wybuch gniewu, lecz nie drapieżne instynkty zaborczego wierzyciela.

Podnieśli się i stali po raz wtóry dzisiaj oko w oko, z odmiennymi już tylko uczuciami. Na blade lica Szczęsnej fala rumieńca z wolna powracała; w czarnych oczach mężczyzny, obok prośby, zaczął się znów przebijać wyraz podziwu i uwielbienia dla tej prześlicznej, czarem piękności jaśniejącej istoty.

– Czy wolno zapytać o nazwisko stryja pańskiego? – podjęła.

– Jak to? Pani go nie zna nawet? Tym więcej zawinił. Sądziłem, że stary pułkownik Dowburt nie obcy tu jest nikomu.

– Dowburt? Ach, tak, słyszałam o nim; ponieważ jednak w domu naszym nie bywa, nie spotkałam go dotąd.

– Pani pozwoli, że i swoje dodam nazwisko: Zygmunt Dowburt-Koniecki, synowiec tego zacnego w gruncie borsuka, któremu jednak dzisiejszego zachowania się nie przebaczę długo.

– Dlaczego? Stryj pański upominał się tylko o swoje prawa. Aby ich nie kwestionować – dodała dumnie – nigdy tu już nie powrócę. Nigdy!

I powiódłszy dookoła okiem suchym, błyszczącym, skinęła zimno głową, kierując się do odwrotu.

Zygmunt szybko zabiegł jej drogę.

– Nigdy! – mówił, gorącym obejmując ją wzrokiem – to wyraz zbyt smutny, abyśmy się z nim rozstać mieli. Czyż spotkanie dzisiejsze ma pozostać dla mnie wyrzutem tylko i wspomnieniem?

Zawahała się. Wielkie, szafirowe jej źrenice, ukryte w cieniu rzęs długich, podniosły się z wolna i spojrzały dookoła.

Świat był taki piękny, taki ponętny i w obietnice bogaty. Przepyszne słońce czerwcowe pełnym oblewało ich blaskiem, zachęcając do śmiechu, do wesela i życia. Ukojona obrazem tym, zwróciła wzrok na dorodną postać mężczyzny i głęboko, badawczo, w oczy mu spojrzała. Wyraz, jaki na dnie ich spostrzegła, musiał rozbroić ją do reszty; delikatne bowiem, śliczne jej rysy, zarumieniły się na powrót, a karminowe usta wyszeptały cichutko:

– Do widzenia.


ROZDZIAŁ II

Przybiegłszy tu na skrzydłach nadziei i zapału, Szczęsna wracała jak odurzona. Skorpion troską nazwany, zapuściwszy żądło w jej serce, stał się od razu kulą u nogi, kulą, która ciężarem swoim zamęt w myśli jej rzucała. Chciała dla zebrania ich zatrzymać się i odpocząć, a gnała ją naprzód obawa ponownego upokorzenia, lęk, aby jej kto nie rzucił szyderczo w oczy: „Niech panna Zaliwska raczy nie zapominać, że do tych Zaliwiec i ja także mam pewne prawo”; aby słowami: „Najlepiej zabrać komuś ostatnią jego krwawicę, a później panoszyć się jeszcze w pałacu i ludzi z góry traktować”, nie rzucił jej nowej obelgi, nowego nie wymierzył policzka.

Ukrywszy się dopiero z dala od miejsca, które sceny tej było świadkiem, spróbowała uspokoić się nieco i prawdzie spojrzeć w oczy. Prawdzie? Tak. Lękała się niestety, że słowa te były prawdą i dlatego nie broniła się, gdy nieznajomy ów wołał butnie: „Czemuż panna Szczęsna Zaliwska, której ojciec zabrał mi wszystko, com posiadał, bryzga nam dumnie w oczy, że cudze nachodzimy grunty”. Nie broniła nawet tego ukochanego ojca, któremu przecież zarzut wyzysku, zarzut oszustwa nieledwie i podłości ciskano.

A jednak, ojciec jej ceniony był przez całą okolicę, lubiany powszechnie i na rękach noszony.

Jak dwie te rzeczy pogodzić? Jak połączyć otaczające go uznanie z nową, czarną kreską dodaną do rachunku, który trzeba będzie wkrótce z przeszłością uczynić?

Szczęsna nie rozumiała tego. Wiedziała tylko, że zraniono jej dumę, zdeptano ambicję, upokorzono miłość własną; pojmowała, iż w życie ich wkrada się jakiś rozdźwięk straszny, grożący pochłonięciem szczęścia i spokoju, niezależności i bytu całego. Zerwała się też, by jak ptaszę zranione schronić się do gniazda, by u skrzydeł nie matki, bo tej martwić nie chciała, lecz w opiece ojca, szukać ukojenia i ratunku. Miał wrócić dziś w nocy, zapyta go więc, co znaczyły ubliżające słowa nieznajomego, zapyta, czy naprawdę grozi im wyrzucenie z rodzinnego gniazda.

Gdy Szczęsna wracała z postanowieniem tym do domu, dwór w Zaliwcach wrzał już ruchem i życiem.

U podjazdu niecierpliwiły się konie, zaprzężone do bryczki i amerykana. Na obszernej werandzie widniał stół do śniadania zastawiony, a zajęty przez kilku współbiesiadników, przy czym z dala było słychać gwarną ich rozmowę.

– Co to za goście? – zapytała chłopca kredensowego, omijając z dala werandę.

– To jaśnie pan przyjechał w nocy z dwoma panami i zaraz znów odjeżdża.

Uśmiechnęła się smutnie i pobiegła przebrać się naprędce. Przy stole dysputowano tymczasem zawzięcie, a sprzeczne rozkazy pana domu, który żądał naraz kawy i herbaty, wędlin i starki, krzyżowały się w powietrzu.

– Powiadacie panowie, że tnie niedobrze? Otóż mówię wam, że goli jak brzytwa. Cacko nie kosiarka! – wołał równocześnie pan Jan Zaliwski z zapałem. – Maszyna taka to dobrodziejstwo, szczególniej tam, gdzie brak robocizny. Zresztą, pojedziemy ją zobaczyć.

– Pojedziemy! Pojedziemy! – zawtórowano.

– Przekonam panów, że ona będzie i zboże równo kładła. Gdy tylko pierwsze dojrzeje, sproszę wszystkich łaskawych sąsiadów, których postęp rolnictwa zajmuje i urządzimy próbę generalną. Zamierzam nawet sprowadzić dla porównania nową żniwiarkę.

– Znów nową, sąsiedzie! Masz już przecież: Ceres, Warszawiankę i pewno kilka innych.

– To nic. Należy wszystkie wypróbować. Widzicie panowie – mówił dźwięcznym swym głosem gospodarz domu – rolnictwo to nasza potęga, podwalina naszego bytu! Anglia, bogata w morza i kopalnie, stoi handlem i przemysłem; my mając ziemię tylko, w ziemi powinniśmy cel życia widzieć.

Pomimo ryzykownego porównania, piękna swada mówiącego chwytała za serce słuchaczy.

– Jesteśmy krajem na wskroś rolniczym – mówił Zaliwski z iskrą zapału w rozumnych, siwych oczach. – Na wskroś rolniczym, a jakżeż rolnictwo to stoi u nas? Zamiast stosować do niego ostatnie wyniki wiedzy, ostatnie zdobycze inżynierii i mechaniki, my oszczędzamy się na tym punkcie, gospodarując tak, jak to czynili nasi ojcowie. Musimy więc przepaść.

– Ależ panie Janie, że utrzymać ziemię głównym jest obowiązkiem, na to się zgodzisz. Bezowocne zaś próby i ryzykowne nakłady tysiące pochłaniają.

– A zwracają krocie – przerwał gospodarz – i dlatego właśnie obowiązek obywatelski nakazuje nam nie cofać się przed pewnymi ofiarami. Oszczędność w tym względzie to złe zrozumienie własnego i ogólnego interesu.

– Wiele ten robi, kto musi – zaoponował siedzący obok mężczyzna. – Szczęśliwy jesteś, panie prezesie, że stać cię na...

– Mnie stać? – przerwał Zaliwski. – Broń Boże! Nie mam kapitałów i tonę w zobowiązaniach. Majątek jednak jest za to w takiej kulturze, iż kilka lat pomyślnych z górą straty wynagrodzi. I w tym roku bajeczne mam urodzaje.

– Nie może być!

– Bajeczne – powiadam. – Jeżeli zboża okwitną dobrze, fenomenalne zobaczycie zbiory. Ale będziemy zaraz przejeżdżać to panowie sami osądzą.

Blada, delikatna kobieta, zajęta nalewaniem herbaty, poruszyła się niespokojnie.

– Czy na dłużej wyjeżdżasz, Janie? – zapytała.

– Wrócę za kilka dni, duszko. Tylko widzisz, mam radę familijną tych ubogich sierot po Leonie i mały sąd polubowny u sąsiada – tu wskazał na siedzącego obok.

– Przyjechałem zabrać przemocą małżonka pani – zabrzmiał rubaszny nieco głos jednego z gości. – Już to, gdzie spór, gdzie kwestia zawiła, tam, jak Boga kocham, nie wiem, co byśmy bez pana prezesa zrobili.

– Szanowny pan Jan stanowi chlubę naszą i podporę – zapewnił z miodowym uśmiechem gość drugi.

– Bardzo wdzięczna panom jestem – odparła gospodyni domu. – Ponieważ jednak nie widziałam męża kilka dni, a i u nas nazbierało się sporo spraw różnych...

– Załatwię wszystko po powrocie – zapewnił Zalewski; całując zaś żonę serdecznie w rękę, dodał: – Teraz, widzisz, mamy na głowie przedwyborcze zebrania, na których chciałbym zorganizować zjazdy i pogawędki rolnicze; pierwsze u nas, rzecz prosta. Nie kłopocz się jednak, moja Marciu, załatwię wszystko po powrocie. Tylko od panów wpadnę jeszcze do miasta, bo mi przyszedł świetny projekt do głowy. Jeżeli dostanę pieniędzy na wykonanie go, stawiam natychmiast budynki i zakładam fabrykę wełny drzewnej, Kapitalny, mówię ci, interes. Zamiast sprzedawać produkt surowy, sam go przerobię i tysiące na tym zyskam.

Przyzwyczajona snać do ciągłych projektów męża, pani Marta nie przejmowała się nimi zbytnio.

– Mój Janku – rzekła, podnosząc się – skoro wyjeżdżasz, chciałabym pomówić z tobą słów parę.

– Kiedy indziej, duszko, kiedy indziej – zapewnił z pośpiechem. – Dziś nie mam czasu. Józef! – zawołał – podaj jeszcze panu sędziemu szynkę i jaja – a zwracając się do żony, kończył: – Jeżeli ci chodzi o gospodarstwo, widziałem już i rozporządziłem wszystko. Wstałem o czwartej z rana, gdy ty spałaś w najlepsze, dosiadłem konia i marsz! Jak błyskawica byłem wszędzie, własnym okiem sprawdziłem rzecz każdą. Tu wymierzyłem sprawiedliwość, tam wydałem rozkazy i machina gospodarcza w ruch przeze mnie puszczona, znów własnym rozpędem dni kilka iść będzie.

– Jak Boga kocham, genialny z ciebie człowiek, panie Janie! – wołał ten sam blondyn rubaszny, a barczysty.

– No, co prawda – przyznał Zaliwski – dzielną mam pomoc z Dzięgielskiego. Sprężysty i tak sprytny, że słyszy jak trawa rośnie. Kradnie bestia, to prawda, ale też dba w zamian, żeby i mnie krzywda się nie działa. Gdy dziś wyjechałem o czwartej w pole, prócz mnie on jeden tylko był już na nogach. A, prawda, wiesz Marciu – dodał, zwracając się do żony – Szczęsna wybrała się także podziwiać wschód słońca. Fenomenalna dziewczyna! Wyjechawszy, widziałem już tylko z dala jej sukienkę.

– Czemuż ojczulek nie zawołał na mnie? – zabrzmiał w tej chwili głos dźwięczny i świeży. – Tak bym chętnie była pojechała z tobą! Nie widziałam cię dni kilka.

Pan Jan Zaliwski obrócił się żywo, a radośnie. W siwych, rozumnych jego oczach na widok córki, duma i zadowolenie błysnęły.

Szczęsna powitawszy wszystkich, stanęła obok ojca. On ręką otoczył jej kibić, a przyjrzawszy się najpierw bacznie uroczemu dziewczęciu, później pieszczotliwie przygarnął ją ku sobie, całując z rozrzewnieniem poważne, śliczne jej oczy o długich rzęsach i ciemnej dookoła obwódce. Były to te same oczy, co u Zaliwskiego, tylko u Szczęsnej z siwych w szafir się zmieniły, nabierając ognia młodości i blasku poezji zarazem.

– Blada jesteś, maleńka; cóż to, spacer nie posłużył ci dzisiaj?

Retor i sejmikowicz, wiecznie o cudzych radzący sprawach, zniknął w tej chwili wobec uczuć ojca. Zaliwski dłoń córki, w ręku trzymaną, podniósł i pocałował serdecznie.

– Fe, ojczulku! – zawołała z wyrzutem, tuląc policzek do głowy jego. – Nie godzi się psuć mnie. Cóż ci panowie o nas pomyślą?

– Pomyślą, iż równie pięknego obrazka nie widzieli dawno – zawołano z galanterią. – Córka jest żywym twoim obrazem, panie Janie.

W rzeczy samej, zbliżeni tak ku sobie, stanowili jeden typ, którego dziewczę było tylko młodszym i delikatniejszym odbiciem. Jan Zaliwski, liczący czterdzieści pięć lat zaledwo, pozostał jeszcze pięknym mężczyzną. Otwarte, jasne jego rysy cechował wyraz rozumu i powagi, w siwych oczach, pod czarną brwią się kryjących, błyskała siła woli, duma i wrażliwość. Usta tylko, pokryte bujnym wąsem, wskazywały zarysem swoim porywczość i uczuciowość wrodzoną mu, choć niezgodną może na pozór z tą postacią imponującą, jakby ze spiżu wykutą. Uczuciowość ta jednak i miękkość serca objawiały się przede wszystkim w stosunku z córką, która była istnym bożyszczem jego życia.

Korzystając z chwili, gdy jej całą swoją poświęcił uwagę, Szczęsna szepnęła z przymileniem:

– Mój ojczulku, podobno znów wyjeżdżasz, a ja tak bym chciała pomówić z tobą.

– Co, i ty także? – zaśmiał się Zaliwski, w myśli zaś jego stanęło drugie bożyszcze życia: obowiązek obywatelski. – Nie mogę, maleńka, nie mogę dzisiaj. Mam widzisz, radę familijną i sąd honorowy, a zaufanie ludzkie, to rzecz święta. Przy tym projekt wielkiego przedsiębiorstwa, którym zamierzam zebrać posag dla mojej córy.

– Ojczulku, tylko chwilkę! – prosiła.

– No, chyba tutaj, przy herbacie, póki mama z panami rozmawia.

Zrezygnowana usiadła obok niego, a odbierając filiżankę z rąk służącego, mówiła:

– Powiedz mi, ojczulku, czy ty znasz pułkownika Dowburta?

– Starego borsuka? Znam. Skąd ci przyszedł na myśl?

– Wiążą cię z nim jakie interesy?

– Drobiazgi; nie ma o czym mówić. Jeżeli cię one trapią, to śpij, maleńka, spokojnie. Patrz, Tomasz podjeżdża, widać konie nie chcą mu stać dłużej.

I zadowolony, że może przerwać rozmowę o interesach, zerwał się szybko.

– Józef, podaj panom herbaty! – rozkazał, a zwróciwszy się do podchodzącego ku gankowi Dzięgielskiego, owej „sprytnej bestii”, która słyszała jak trawa rośnie, a kradnąc potężnie dbała jednak, by i panu krzywda się nie działa, Zaliwski głosem zniżonym, lecz stanowczym, wydał kilka poleceń gospodarczych. Bystrość i fachowa znajomość rzeczy zdawały się walczyć w nich o lepsze.

Żona, bawiąca przez cały ten czas sąsiadów, nasłuchiwała jednak bacznie, chcąc widać znaleźć parę minut choćby na rozmowę z mężem, która musiała jej bardzo leżeć na sercu.

To też, gdy w chwili ogólnych pożegnań, zbliżył się do niej wreszcie, pani Marta szepnęła łagodnie:

– Pisał Władzio w sprawie swoich egzaminów. Jeżeli się nie przeniesie teraz do filologicznego gimnazjum, nie będzie mógł wstąpić później na uniwersytet. Chciałabym, abyś list przeczytał i zadecydował, co ma zrobić. Wszak tu o przyszłość jego chodzi.

– Och, rozstrzygnij duszko sama. Wszystko co postanowisz, będzie dobrze – odparł pospiesznie.

W chwilę później niknął już za bramą wraz z sąsiadami. Matka i córka spojrzały smutnie na siebie, pozostały znów same.

Samotność nie była im obcą; dziś jednak, dzięki sprawom nagromadzonym, podwójnym ciężyła brzemieniem. Pomimo tego, w obawie by skarga nie wyglądała na zarzut, czyniony postępowaniem męża i ojca, milczały obie. Szczęsna tylko przytuliła do ust drobne i szczupłe, a spracowane ręce matki, złożywszy zaś pocałunek na bladym jej czole, wysunęła się co prędzej z werandy, nie czekając, aż inni domownicy przyjdą z kolei, spożyć śniadanie.

Ranek dzisiejszy, po którym obiecywała sobie tyle niewinnej uciechy i radości, najboleśniejsze zgotował jej wrażenia. Dotknięta w pojęciu niezależności i dumy, nie analizowała swych uczuć, lecz biegła tu, z ufnością dziecka, pewna, że jedno słowo ojca rozproszy tę zmowę, zniweczy zarzut, jakim ją wygnano z ukochanego zacisza. Wyraźne wszakże zakłopotanie Zaliwskiego i pospiech, mocą którego chciał pytań jej uniknąć, dostatecznie słowa starego Dowburta potwierdzały.

A więc i to jeszcze, więc i ta kreska czarna przybywała do rachunku, jaki trzeba będzie wkrótce z przeszłością uczynić...

Bo Szczęsna nie łudziła się wcale. Rok zaledwo po skończeniu nauk była w domu, lecz rok ten wielu ją rzeczy nauczył, rzucając lekki odcień smutku na charakter jej, pełen poświęcenia i zapału, marzycielski, a poważny zarazem. Po ojcu wzięła żywość wyobraźni i dumę, po matce ciche poczucie obowiązku i egzaltowaną nieco wrażliwość; po obojgu zaś, smutna zdaje się, czekała ją spuścizna.

Bo że Zaliwce nie były tym, czym niegdyś, że kardynalna zaszła tu zmiana, to Szczęsna spostrzegła już od dawna. Na pozór, wszystko zachowało te same cechy zamożności, swobody i dostatku; baczne jednak oko widziało szczerby, które coraz trudniej było świetnymi pokryć pozorami. Ciągła nieobecność ojca i blade, choć spokojne oblicze matki, wiele Szczęsnej mówiły; zasłyszane zaś przypadkiem słowa i fakty kazały domyślać się, że interesy Zailwiec w smutnym znajdują się stanie.

O rzeczywistym położeniu nikt jej nie objaśniał, ona zaś pytać nie śmiała. Wiedziała z dawnych czasów, iż ojciec jej nie miał zwyczaju żony ani dzieci w sprawy majątkowe wtajemniczać; choć więc od chwili, gdy jako dorosła panna powróciła do domu, traktował ją z widocznym wyróżnieniem, nie śmiała natrętnymi pytaniami wdzierać się w jego zaufanie. Czekała, aż sam zechce w niej znaleźć powiernicę myśli swoich, pomoc w pracy i kłopotach. Tymczasem bawiła ją jeszcze nowość położenia, chwytało za serce postępowanie prezesa, który w zamian za uwielbienie, jakie w ciemnych jej oczach paliło się dla niego, dumny z piękności i inteligencji dziewczęcia, chlubił się nim na każdym kroku. Pan Jan Zaliwski, który nigdy nie zajmował się zbytnio swoimi dziećmi, znalazłszy się ojcem ślicznej i dorosłej córki, począł dopiero zlewać na nią głębię uczucia, w której obok miłości i dumy rodzicielskiej, mieścił się pierwiastek rycerskiego uwielbienia dla pięknej kobiety.

Rycerskość ta, w zachowaniu względem Szczęsnej żywo zaznaczana, a połączona z serdeczną tkliwością ojca, podbijała piękną dziewczynę, każąc jej bardziej jeszcze wielbić tego dorodnego, pełnego życia mężczyznę, który dlatego tylko gościem był w domu, że podziwiany i rozrywany przez wszystkich, rzadko dla własnej rodziny mógł znaleźć chwilę czasu.

Pan Jan Zaliwski bowiem posiadał talizman jednania sobie serc ludzkich. Wymowny, otwarty, szczery, z sercem na dłoni, kupował przyjaźń ogólną zarówno bystrą inteligencją i dzielną swadą, jak nadzwyczajnym wylaniem i wieczną do usług gotowością. Niezmordowany, do wypitki i do wybitki, jak to mówią, niewyczerpany w oddawaniu przysług, mocny pojęciem obywatelskich obowiązków, był on zanikającym typem dawnego sejmikowicza, demokratą o silnie zakorzenionych szlacheckich przesądach, politykiem, który dysputując wiecznie o biegu spraw europejskich, zajmował się równocześnie żywo, a czynnie interesami gminy, powiatu, Towarzystwa kredytowego i wszelkich innych instytucji.

Obowiązki przyjmowane w nich, a połączone z radami familijnymi, kompromisami, sądami honorowymi i zebraniami ziemiańskimi, które bez pana Jana Zaliwskiego obejść się nie mogły, zabierały mu cały czas, zmuszając bądź do goszczenia u siebie licznej drużyny, bądź do ciągłych wyjazdów i podróży.

Wobec tego, o zbytnim zajęciu się własnymi interesami mowy być nie mogło. Pan Jan był jednak przekonany, że one doskonale idą. Wierzył ślepo w spryt ulubionego ekonoma Dzięgielskiego, choć wiedział, że tenże kradnie jawnie, a przy tym sam dzielnym był i postępowym gospodarzem. Ile razy więc znalazł dzień lub dwa czasu, ile razy goście, znużeni długą grą w karty, spali jeszcze, on zrywał się o świcie i dosiadłszy konia, objeżdżał Zaliwce, zaprowadzając ład wszędzie. Gospodarstwo przy tym było dumą jego i ambicją. Każdy więc grosz, urwany od posług obywatelskich lub pożyczony na wysoki procent, kładł w maszyny, uprzęże i inwentarze, szczycąc się, że równie postępowych i kosztownych urządzeń nie było na wiele mil dookoła.

Że rządy takie, zamiast przynosić, pochłaniały dochody, o tym Szczęsna nic wiedzieć nie mogła. Nie pojmowała również, że pochłaniał je także Dzięgielski, składający sobie fundusz na kupienie własnego kawałka ziemi, ciągłe wyjazdy pana i goście w dom.

Wiedziała jednak w zamian, iż młodziutka, pełna marzeń i zapału, psuta przez wielbionego ogólnie ojca, a tkliwie kochana przez cichą, dystyngowaną matkę, ukończywszy niedawno dość kosztowną i błyskotliwą edukację, ze szczęściem i tęsknotą wracała do domu, przekonana, że zajmie tu stanowisko bogatej dziedziczki. W główce jej roiły się plany świetnej przyszłości, w sercu powstawała potrzeba czynu i wyegzaltowane przywiązanie do dawno niewidzianego rodzinnego gniazda.

Zaliwce bowiem pięknym były majątkiem. Położone w urodzajnej glebie i bardzo starannie niegdyś urządzone, stanowiły jedną z więcej cenionych posiadłości w okolicy. Sama rezydencja, nie mając pretensji do pozorów pańskiej siedziby, różniła się jednak od szablonu zwykłych dworów wiejskich. Zamiast spotykanego tak często długiego domu, o biało tynkowanych ścianach i zielonych werandach, wznosił się tu wśród klombów i zieleni, zalotny, piętrowy pałacyk, rodzaj szwajcarskiego chale’u, który przypominał poniekąd wille podmiejskie lub wytworne siedziby letnie wzbogaconego kupiectwa i przemysłu.

Do pałacyku tego, drewnianego wprawdzie, lecz wykwintnego na pozór, zastosowane było całe otoczenie. Wewnętrzne urządzenie, służba, zaprzęgi, wszystko nie monumentalne lub zbyt kosztowne, lśniło jednak wytwornością i elegancją, wśród której wprawne oko tylko mogło dojrzeć szczerby ukryte.

Szczerby te jednak uderzyły i Szczęsną. Spostrzegła, iż dumna jej matka pracuje starannie nad naprawianiem ich, że czyni wszystko, co może w celu uratowania pozorów zamożności. Trudno było nie zauważyć oddalenia części zbytkowej służby, nicowania sukien i przerabiania kapeluszy, trudno nie spostrzec staranności, z jaką kwiatami i drobiazgami zastępowano zepsute meble lub skrzętności, z jaką pani Marta usuwała, pod nieobecność męża, każdą kosztowniejszą potrawę, każdy drobny choćby zbytek, który dla pana domu i jego gości chowano wyłącznie.

Ten rozdźwięk między pozorami a rzeczywistą istotą ich bytu rzucił pierwszy cień na młodziutkie życie Szczęsnej. Trzymane zresztą obie z matką z dala od interesów, nie przypuszczały, aby katastrofa jakakolwiek grozić im mogła, przypisywały też owe szczerby i brak dający się często uczuć w domu, chwilowemu tylko przesileniu, któremu mąż i ojciec zaradzi z pewnością.