Parcelacja - Kazimierz Laskowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 204 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Parcelacja - Kazimierz Laskowski

Zbiór szkiców polskiego poety i prozaika, Kazimierza Laskowskiego (1861–1913). Autor studiował w Niemczech. Pracował jako redaktor kilku pism. Był autorem wielu piosenek, najczęściej nawiązujących do wydarzeń bieżących. Jego utwory ukazywały się w „Kurierze Warszawskim”, „Gazecie Radomskiej”, „Gazecie Kieleckiej” oraz warszawskich pismach humorystycznych. Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Parcelacja - Kazimierz Laskowski

Fragment ebooka Parcelacja - Kazimierz Laskowski





Spis treści

  1. [Parcelacja]
  2. Rozdział I
  3. Rozdział II
  4. Rozdział III
  5. Rozdział IV
  6. Rozdział V
  7. Rozdział VI
  8. Rozdział VII
  9. Rozdział VIII
  10. DZIADZIO
  11. JUDKA GRAFOLOG
  12. JAMNIK Z POBOROWA
  13. RUCHLA TIULIK
  14. KOLOFON

Klemensowi Junoszy Szaniawskiemu

ofiarowuje

Autor


[Parcelacja]

Rozdział I

Wioska Strzępin, trzydziestowłókowe dziedzictwo pana Salińskiego, mimo jednolitej dobrej gleby, uchodziło powszechnie za niesmaczny majątek. Dość było rzucić okiem na mapę Strzępina, aby nabrać przekonania, że opinia ta była usprawiedliwioną. Pola strzępińskie ciągnęły się wąskie, długem pasmem w kierunku północnym od zabudowań dworskich, podzielone na trzy nierówne działy, klinowato wciskającymi się półłankami chłopskimi. Część gruntów, dotykająca folwarku, stanowiła przynajmniej jedną czwartą całości, lecz dział środkowy, oddzielony od głównego terytorium zagrodami włościan, był poniekąd szachownicą, złożoną z kilkunastomorgowych przestrzeni, w pośrodku których tu i owdzie widniały rozrzucone bezładnie stajonka kmiece.

Najodleglejsze, graniczące z sąsiednią wioską, Rudką pola, mniej rozczłonkowane, oddzielone były od poprzedniego działu łąką, która dziwnym zbiegiem okoliczności, należała do sąsiedniego majątku, wymienionej powyżej Rudki. Przed laty Strzępin i Rudka stanowiły jedną całość, i ówczesny właściciel, robiąc działy majątkowe między synami przyłączył na wieczne czasy i intabulował do niemającej łąk Rudki kilkadziesiąt morgów sianokosu strzępińskiego. Następnie, obie wioski przeszły w inne ręce, a gdy ojciec pana Jana nabywał Strzępin, musiał się już pogodzić z tą niewygodną cudzą własnością, do której wąska dróżka przez pola strzępińskie prowadziła, gdyż dziedzic Rudki odprzedać łąki za żadne pieniądze nie chciał.

Tak się przedstawiało dziedzictwo pana Jana, gdy przed trzydziestu laty, po skończeniu Marymontu, majątek po ojcu obejmował. Była to chwila dla rolnictwa przejściowa; gospodarstwa większej własności stanęły na przełomie, zaskoczone szybko wprowadzoną reorganizacją agrarną.

Dawny system gospodarski runął bezpowrotnie, nie przygotowawszy koniecznych czynników do nowego zwrotu. Zachwiana razie równowaga, tylko wielkim wytężeniem przywrócona być mogła.

Młody, dwudziestosześcioletni Saliński z całym zapałem i energią młodości, popieranymi zdobytą teoretyczną i praktyczną wiedzą, ożywianymi we krwi krążącym zamiłowaniem zawodu, jął się gospodarki. Niezrażony nagromadzonymi przeciwnościami, rozpatrzywszy się w sytuacji, zmienił dość pierwotny rodzaj uprawy, w miejsce powszechnej w te czasy trzechpolówki zamierzając przeprowadzić racjonalny płodozmian, widział bowiem jasno, że tylko spotęgowana wytwórczość, zwiększenie plonów, zużytkowanie każdego kawałka posiadanej ziemi, może go na zajętym stanowisku utrzymać.

Niestety! Nie wszystkie usiłowania zdołał doprowadzić do skutku. Z wyjątkiem pól, przyległych folwarkowi, a będących zaledwie połową obszaru Strzępina, dalsze pola, rozczłonkowane na drobne różnych wymiarów działy, uniemożliwiały przeprowadzenie płodozmianu. O komasacji mowy być nie mogło. Włościanie wszelkie propozycje, robione im w tym kierunku, przyjmowali z niedowierzaniem na żadną zamianę nie zgadzając się. Napotkawszy nieprzeparte pod tym względem trudności po licznych nieuwieńczonych pomyślnym skutkiem próbach, młody Saliński, urządziwszy rotację tam, gdzie się dało, na pozostałych polach gospodarował dowolnie, najdalsze działy obsiewając trawami na pastwisko dla owiec.

Jednak pomimo wysiłków w przeprowadzeniu nawet tego obmyślanego z rozwagą planu, natrafiał na przeszkody, które rezultat jego pracy niepomiernie zmniejszały.

Zabudowania dworskie, wzniesione prawie na końcu majątku, niefortunnym położeniem zwiększały bardzo koszta robót gospodarskich. Sprzęt zboża, robotnik, tracący wiele czasu na przejście do pól odległych, utrudniona sterkoryzacja dalszych działów, nawet pędzenie inwentarza na położone o milową niemal przestrzeń od stajen pastwiska, wszystko to psuło rachuby pana Jana. Jedyną radą na tak niewygodny stan rzeczy byłoby wystawienie w Strzępinie drugiego folwarku na polach z Rudką graniczących, na to jednak brakło Salińskiemu funduszu, a przy tym figura pól nie nadawała się zbytnio do tworzenia nowej jednostki gospodarczej.

Silna wola, nieugięta niczym wytrwałość, zwyciężyły. Saliński po dwóch latach borykania się z przeciwnościami, zaczął już zbierać owoce swej pracy, a przy tym wierzył głęboko, że z czasem, stopniowo wszystkie przeszkody usunąć zdoła i Strzępin w wyborny warsztat rolniczy przekształci. Zachęcało go dotychczasowe powodzenie, niezupełnie może odpowiadające nakładowi pracy, lecz wywalczone, bądź co bądź, w najcięższych dla początkującego rolnika warunkach, pochlebiała również opinia sąsiadów, jednogłośnie przyznająca mu tytuł dobrego gospodarza.

– Inny w tych warunkach – mawiano – byłby z pewnością z wioski wyleciał, a on gotów jeszcze ze Strzępina złote jabłko zrobić!

Dzielny chłopak!

Daleko było jeszcze Strzępinowi do nazwy złotego jabłka, ale rodziło się dobrze a inwentarz doborowy i porządek w gospodarstwie, wyróżniały dziedzictwo pana Jana z pomiędzy okolicznych wiosek.

A nie tylko sąsiedzi, ale i chłopi zwracali uwagę na zmiany, jakie w Strzępinie od chwili objęcia gospodarstwa przez młodego pana zaszły.

Na „kiszkach” (tak nazywano wąskie pola strzępińskie) pszenica, jak mur, a u rudzińskiego dziedzica w połowie mietlica... – mawiali włościanie, robiąc porównanie między dwoma sąsiednimi majątkami.

A i sam Saliński zadowolony był ze swego położenia. Nie gnębił go nawał pracy, nie osłabiały ducha napotykane przeciwności, a bodaj nawet, że znój i trudy przeżyte, zadzierzgnęły jeszcze silniej węzeł miłości do tego kawałka ziemi, który mu się w ręce dostał. Nie zamieniłby się nawet ze starszym bratem na kolebkę rodzinną, Saliny.

Nieraz żartował sobie z brata mówiąc:

– Nie sztuka gospodarować tam, gdzie i kura pazurem zagrzebie, jak w twoich Salinach! U mnie co innego; ty byś i miesiąca nie wytrzymał...

Nie mówił tego w złej myśli, ani w chęci przechwalania się, ale poniekąd przeświadczony, że niejeden w jego położeniu straciłby zupełnie chęć do gospodarstwa i poszukał innych pól pracy, rzucając niewdzięczny kawałek ziemi.

I istotnie tak było. Ale młody Saliński miał widocznie naturę odporną, stworzoną niejako do łamania się z przeciwnościami; zawód rolnika uważał za rodzaj posłannictwa kapłańskiego, za straż ochronną przy talizmanie narodowego bogactwa ziemi.

Gdy mu w samych początkach gospodarowania w życzliwości doradzano, aby Strzępin sprzedał, Saliński rzucał się nie mal doradcom do oczu.

– To dezercja! – wołał – jakże mi taką myśl podsuwać możecie! Toć ja, jeśli kiedy synów mieć będę najukochańszemu Strzępin przekażę. To nie jest stracona placówka, a zresztą niebezpieczeństwo upoważnia tylko tchórza do ucieczki. Niech ten zagon plewy rodzi, naszym obowiązkiem rzucać weń ziarno. Zresztą dodawał, mitygując się – przekonany jestem o waszej życzliwości, ale sprzedać Strzępin to odjąć mi ceł życia! – bo i co bym ja robił...? Może w mieście na bruku osiadł? Nigdy! Toć każdy z nas, urodzonych na wsi, wykarmionych aromatem pól i łąk, przywykłych do swobodnego obcowania z naturą, rzucony losem na bruk miejski, wierzcie, panowie, wygląda jak spieszony kawalerzysta! To połowiczny człowiek! Terenem pracy dla nas, niech mówią, co chcą, jest i będzie na zawsze wieś. Jeżeli można wierzyć w dziedziczność talentów, dlaczegóżby nie mogła istnieć dziedziczność zawodów...?

To wyznanie wiary Salińskiego zjednało młodzieńcowi jeszcze większy szacunek i sympatię w całej okolicy.

Chwalono go w oczy i za oczy, stawiano za wzór młodzieży. Dodawać nie potrzeba, że w domach, mających córki na wydaniu pan Jan był bardzo mile widzianym gościem, bo z pominięciem nawet moralnych zalet, dziedzic Strzępina mógł uchodzić za „dobrą partię”; Swatano go też na zabój. Gdzie tylko w towarzystwie znalazł się Saliński, wnet rozmowę wprowadzano na kwestię małżeństwa, dowcipkowano zręcznie z celibatycznych upodobań kochanego Jasia, a poufalsi nawet bez ogródek napominali:

– Żeń się, kochany panie Janie, póki pora, bo... nie będzie komu Strzępina zostawić! A szkoda by było takich kurek czubatych, gdyby z tobą ród Salińskich zaginął, bo i starszy twój brat, pan Leon, coś już na starego kawalera zakrawa...

Panie starsze ubolewały konfidencjonalnie, „że się taki porządny młody człowiek marnuje...”

Obojętnie przyjmował zaczepki tego rodzaju Saliński, dowcipkujących odpalał żartem, a gdy go czasami przyparto do muru, taK się umiał jeszcze wykręcać, że nigdy stanowczego słowa w kwestii matrymonialnej nie wyrzekł, zbywając natarczywszych stereotypową odpowiedzią: „Mam jeszcze dość czasu!” Zapraszany, po dawnemu bywał wszędzie; czy to zebranie męskie, polowanie, czy bal, lub uroczystość imieninowa, nie obyły się bez niego. Na wszystko czas znalazł, wszędzie zjawił się, w porę, a że w salonowej pogawędce czy tanecznej zabawie wyprzedzić się nie dał nikomu, i młodsza generacja płci nadobnej, obrażona nieco w miłości własnej, zaczęła miłym okiem spoglądać na zakamieniałego grzesznika, a choć jeszcze panienki w poufnej rozmowie nazwały go dziwakiem i sensatem, każda z nich z ochotą podjęłaby się kuracji pana Jana z tych wad niebezpiecznych, byleby z dobrym skutkiem. Przebąkiwano nawet niedyskretnie, że kilka serduszek panieńskich w pięknej oprawie, żywszym uderzało tętnem na sam widok czwórki karoszów ze Strzępina.

Lecz nie tylko obywatele sąsiedzi interesowali się losem Salińskiego.

Kupcy zbożowi, u których dziedzic Strzępina cieszył się wielkim poważeniem, niemniej byli zaciekawieni: z kim się młody Saliński ożeni...?

Pan Jan na cotygodniowe targi do powiatowego miasteczka rzadko kiedy przyjeżdżał, chyba przynaglony ważnymi interesymi, takie sprawy, jak sprzedaż wełny, lub zboża, załatwiając zawsze w domu. To też każda bytność jego w miasteczku była poniekąd epizodem dnia i nie mogła przejść niepostrzeżenie.

Było to jakoś w początkach sierpnia, a właśnie wtedy pogłoska o zakochaniu się jednej z panien w młodszym Salińskim dość głośno obiegała po okolicy, gdy obaj bracia wieczorkiem przyjechali do miasteczka i, zabawiwszy chwilkę czasu ekstrapocztą wyjechali do Warszawy.

Fakt ten nie uszedł uwagi bacznej na wszystko dziatwy Izraela.

– W tym musi być „coś” – zaopiniowali starozakonni myśliciele.

Musi być „coś, „kiedy taki dobry gospodarz w najgorętsze żniwa wyjeżdża z domu...

Po długim namyśle i gruntownej rozwadze, vox wybranego ludu ogłosił światu, że to „coś” nie mogło być co innego, tylko małżeństwo. Wieść o tym, lotem ptaka, przybierającego niekiedy postać chałatowego osobnika, przebiegła od dworu do dworu, wywołując wszędzie zdziwienie lub niedowierzenie.

– Nie może być! – mówiono w tym błogim przekonaniu, że wiadomość ta, przejmująca zgrozą zwłaszcza familijne domy, okaże się fałszywą...

Tymczasem Jaś, nie przeczuwając nawet, jakie w okolicy zamieszanie wywoła jego wyjazd, pędził rozstawionymi końmi w najlepszym humorze ze starszym bratem do stolicy.

Dziwne wesele biło mu z twarzy. Poświstywał, przynaglał pocztyliona do szybszej jazdy, kiedy niekiedy starając się z bratem zawiązać rozmowę. Nie udawało mu się to jednak. Leon na zapytania odpowiadał urywkowymi zdaniami lub poruszeniem głowy, nie mogąc się widocznie oswobodzić od jakiejś ciężkiej, wprawiającej go w zadumę myśli.

Usposobienie brata przykro oddziałało na Jana, dlatego też po dłuższym milczeniu, ująwszy go za rękę i patrząc bystro w oczy, zapytał:

– Co ci jest Leonie? – czyż nie podzielasz mej radości? Spojrzyj, bracie, w twarz moją jakie z niej wesele tryska! Toż ja chciałbym w tej chwili cały świat uścisnąć, wszystkie smutki odpędzić! – raj mam w sercu, duszy, głowie, a ty mi go swą posępnością zatruwasz... Rozpogódź się, Leonku. A może tobie zazdrość, że młodszemu bratu drużbujesz? – dorzucił półżartem i objąwszy szyję brata, uścisnął go serdecznie.

– Daj pokój żartom, Janie.

– Odpowiedzże mi przecie, dlaczego cię ten tuman smutku owionął? I to właśnie dziś, gdy mi w piersiach serce szczęściem kołacze. Samolubny jestem – dodał po chwili – wybacz, Leonie! – ale patrząc na ciebie, bolesne przypuszczenie przychodzi mi do głowy, że nie pochwalasz mych zamiarów. A wszakże przed tobą, mój bracie jedyny, nie miałem i nie chciałem mieć tajemnicy. Od pierwszej chwili, gdy mię nieboszczyk nasz ojciec wprowadził do domu państwa Wareckich, od pierwszego wejrzenia na Lorkę, zabiło mi serce pod studenckim mundurkiem. Śmieliście się wtedy obydwaj z ojcem ze mnie, a jednak przysięgam ci na wszystko najświętsze, to uczucie nie opuściło mię na chwilę. Lat kilka oczekiwania nie zrobiło w mej miłości żadnej szczerby, a dziś... dziś, gdy upragnione marzenia ziścić się mają, doprawdy, że strach mię ogarnia przed tym nadmiarem szczęścia! Bo ty jej nie znasz, panie bracie, ale gdy zobaczysz moją Lorkę, tego anioła w płowych włosów aureoli, gdy ujrzysz te modre oczęta w uśmiech oprawne... to braciszku, pobłogosławisz mię na nową drogę życia, jakby to uczynił nasz ojciec, gdyby dożył tej chwili! Nie prawdaż?

Leon, nie przerywając milczenia, serdecznie ścisnął rękę bratu.

– A może tobie, rachmistrzu, o majątek chodzi! Głupstwo! – wiem, że stary Warecki, prowadząc dom otwarty ze skromnej emerytury, niewiele dla córki odłożył, ale Strzępina starczy na dwoje! a nawet...

Nie dokończył zdania, spojrzał w oczy bratu i roześmiał się.

– Dawałem sobie radę dotąd, dam i później. Toż przez trzy lata pracowałem jak wół, byle móc gniazdo usłać. Dziś Strzępin przynosi dwa razy tyle, co dawniej. Nie bój się, Leonie! nie przez wzgląd na siebie, lecz na nią obliczyłem się dobrze z siłami. Nie jestem lekkomyślnym, a tera mniej nieuczciwym, bo nieuczciwy jest kto naraża ukochaną istotę na borykanie się z losem, wiążąc jej dolę ze swoją... Zobaczysz, jak my się ładnie urządzimy... jeszcze grosze będę zbijał...! Rozruszajże się, staruszku!

Trącił brata w ramię.

– Czegoż ty mię koniecznie smutnym robisz? – spytał, próbując się uśmiechnąć, Leon – Zresztą, tak. Jakaś tęsknica mną owładnęła. Ale to przejdzie. Szczęśliwcze tyś tego nigdy nie rozumiał, a tym mniej teraz – dodał po chwili. – Ale mylisz się, Janie, łącząc mój zły humor ze swym ożenieniem. Rad jestem z całej duszy.

Rodzina zacna, ojciec przyjaciel serdeczny naszego nieboszczyka ojca, panna, no! Wyobrażam sobie, to cud urody, skoro ty, wybredny znawca piękności, kochasz się w niej na zabój i mimo tylu pokus, boć kuszono cię, braciszku, wiem coś o tym, pięć lat czekasz na swą Rachel... A co do posagu! – machnął ręką. – Znasz moje przekonania, i boli mię to nawet, że ci podobne przypuszczenie mogło przyjść do głowy. Dałem chyba dowód, drogo opłacony, że przekładam mezalians kieszeni nad mezalians serca. Mnie się nie powiodło, lecz tobie...

Sam dasz sobie radę, a zresztą toć i ja. Salin nie zabiorę do grobu... Dostaną się tobie, czy twoim spadkobiercom, bracie, bo co do mnie... skwitowałem ze wszystkiego. Potarł czoło.

– Mimowolnie rozbudziłeś wspomnienia, które mi duszę biczują! – wyszeptał pełnym smutku, lecz i stanowczości głosem.

Jan rzucił mu się na szyję.

– Nie mów! Nie mów tak, Leonie! Ludzi tej miary, co ty, nie łamie jeden kaprys kobiecy. Zapomnisz... przebolejesz...

Leon westchnął głucho.

– Pozwól mi skończyć, bracie – rzekł po chwili. – Zapomnieć? Jak? Gdy bolączkę tę co dzień czuję, a wspomnienia chłoszczą co chwila! Strawić, ból w sobie, nie świecić nim ludziom do oczu, mogę... ale zapomnieć... nigdy! Jestem jak to drzewo, w które piorun uderzył – zieleni się ono jeszcze czas jakiś, ale świeżych latorośli nie puści, żyje ostatkiem dawnych soków, zaczerpnąć nowych nie ma siły... Czy wiesz ty, że czasami ja sam łudziłem się, że jej obraz spłowieje w mej pamięci... Krótko trwało złudzenie. Fala wspomnień wracała spotęgowaną siłą po małej chwilce uspokojenia, i wówczas taka ogarniała mię rozpacz, że chciałem biec hen! przed siebie, między ludzi, i pytać wszystkich szczęśliwych, czym sobie na szczęście zasłużyli. Biegłbym był ze skargą na ustach do wszystkich gniazd miłości ludzkie podpatrzyć, jak to szczęście wygląda, którego mnie poskąpiono. Nie! nie! szczerb w sercu nie zasypiesz rozumem! Byłoby to samooszukiwanie się, a ja się oszukiwać nie chcę i nie mogę. Po prostu nie mogę!

Jan słuchał w milczeniu, dostrzegłszy, że te zwierzenia przynoszą bratu niejaką ulgę.

– Znasz te smutne dzieje – opowiadał w dalszym ciągu Leon – wybacz, że je dziś powtórzę. Pragnę się wytłumaczyć z dzisiejszego zasępienia. Wiem, iż żartowałeś, mówiąc o zazdrości; zapewniam cię również, że nie mam, Boże uchowaj! żadnych złowróżbnych przeczuć co do twych przyszłych losów... Boże uchowaj! Tylko dzień dzisiejszy, ta podróż do narzeczonej, cała sytuacja tak podobna do mojej wówczas...! I ja zagrzebałem się w Salinach, skąpiłem, od ust odejmowałem, gromadząc środki dla otoczenia tej wypieszczonej istoty możliwą wygodą. Nazywano mię skąpcem, borsukiem, znosiłem wszystkie przycinki w milczeniu: jeden jej uśmiech płacił mi za wszystko! Pamiętasz? Jak dzieciak cieszyłem się, ustawiając w Salinach sprzęty, dla niej przeznaczone... Rozpinałem portiery, zawieszałem firanki... Wariat! Już i dzień naszego ślubu był oznaczony, gdy odebrałem ten nieszczęsny pakiet z poczty. Zwracano mi pierścionek i słowo, a w krótkim dopisku, skreślonym jej ręką, nie znalazłem nic... oprócz potwierdzenia zimnych słów listu jej ciotki, że małżeństwo dojść do skutku nie może, a panna ma już innego pretendenta do ręki...

Zakrył twarz rękoma.

– Najostrzejszy ze szponów losu wpił się w me piersi! Ach! cóż za ból piekielny uczułem wtedy... Bogu jednemu wiadomo. Że nie zwariowałem, lub nie palnąłem sobie w łeb, zawdzięczać to mogę jedynie obecności nieboszczyka ojca. Ale wierz mi, Janie, dziś jeszcze, gdybym... gdybym... nie obawiał się śmieszności, to kto wie? – dodał z rozpaczą.

Jasiowi łzy stanęły w oczach.

– Uspokój się, Leonie – wyszeptał.

– Tak! Tak! To też staram się o to. Zaniechałem zemsty na rywalu, bo i cóż zresztą on winien? Zasklepiłem w sobie rozpacz, która mi klinem w duszy utkwiła, aby innym szczęścia nie mącić, ale to widocznie nad moje siły. Dziś na przykład zawodzę jak płaczek pogrzebowy... Wybacz, Janie! Ładnego sobie drużbę obrał!

Ostatnie zdanie wypowiedział nie mal wesoło.

Jaś spojrzał mu bystro w oczy i po chwili zapytał:

– A gdyby ona wróciła kiedy do ciebie, to czy...

Nie dokończył. Leon zatrząsł się.

– Nie wiem! nie wiem! nie nasuwaj mi tej myśli! – odrzekł dobitnie i zamilkł.

Jechali czas jakiś w milczeniu.

Wreszcie bryczka uderzyła kołami o bruk.

– Warszawa! – zawołał pocztylion.

– To i kres naszej podróży, Janie.

– A próg mego szczęścia!

– Miejże je w życiu za mnie i za siebie – do rzucił, siląc się na uśmiech, Leon.

*