Parafianka - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 400 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Parafianka - Wincenty Łoś

Powieść polskiego arystokraty z końca XIX wieku. Wincenty Łoś (1857–1918) był zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Parafianka - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Parafianka - Wincenty Łoś






Spis treści

  1. Tom I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. Tom II
  12. ROZDZIAŁ X
  13. ROZDZIAŁ XI
  14. ROZDZIAŁ XII
  15. ROZDZIAŁ XIII
  16. ROZDZIAŁ XIV
  17. ROZDZIAŁ XV
  18. ROZDZIAŁ XVI
  19. ROZDZIAŁ XVII
  20. KOLOFON

Tom I


ROZDZIAŁ I

Działo się to w Ujazdowie.

A Ujazdów należał do najbardziej wziętych miejscowości w kraju. Jego położenie tak urodą swej natury, jak i sytuacją geograficzną, ściągało nie tylko chorych, ale i tych, którzy o każdej porze roku, a więc i wśród upałów lata, szukają zabawy w tłumach i zgiełku.

Działo się to w roku 189...

A rok ten miał być szczególnie dla Ujazdowa życzliwy. Doktorzy obiecywali sobie zjazd niebywały. Akcjonariusze zacierali ręce, bo nadzieje ich, że Ujazdów zajmie poważne miejsce w kraju wśród zakładów leczniczych, wydawały się coraz bardziej uzasadnione.

Ujazdów był świetny, ale ci, co szukają dna rzeczy, malkontenci, szperający zawsze w przyczynach i skutkach, twierdzili, iż w tym roku świetności Ujazdowa nie należy przypisywać innym okolicznościom, jak tym, że w poprzednim saisonie zaszły w nim wypadki, robiące nazwiska zakładów leczniczych głośniejszymi, niż sława ich doktorów i cyfry uleczonych.

To, że w Ujazdowie w poprzednim sezonie umarł sławny skrzypek, u którego doktorzy raka brali za katar żołądkowy, jak i to, że pan X, który do Ujazdowa przyjechał w łóżku, a z Ujazdowa wyjechał konno, pozostało tylko w pamięci leczących ich doktorów.

Ale za to inne zdarzenia szeroko po kraju rozbrzmiewały. W poprzednim sezonie trzy śliczne, ale niebogate panny wyszły w Ujazdowie za mąż, dwóch odwiecznych posagołowców zerwało ze starokawalerstwem, jedna pani zbiegła z kochankiem w świat, a jednego męża przydybała a flagranti żona.

Że bohaterowie tych wypadków szczęśliwym trafem dla akcjonariuszy i doktorów Ujazdowa, należeli do sfer szerzej w kraju znanych i zamieszkujących różne prowincje, mnóstwo osób dowiedziało się nie tylko o Ujazdowie, ale i o tym, że w Ujazdowie zbiera się towarzystwo zdolne nie tylko do flirtów, lecz i do romansów, do ołtarza lub ucieczki.

I to jeszcze może by nie było wyrobiło w pojęciach pewnych sfer i ludzi tak pochlebnego o Ujazdowie wyobrażenia.

Ale zaszedł jeszcze jeden wypadek w tym pamiętnym roku 189..., w którym zakład dał swym akcjonariuszom jedną drugą procent dywidendy.

Hrabianka Pilawska, panna lat przeszło trzydziestu, niebogata, nieładna, znana w całym kraju z tego, że od lat piętnastu obiegała w zimie wszystkie miasta, a wszystkie wody w lecie, w swych poszukiwaniach za mężem, zjechała w tym pamiętnym roku do Ujazdowa.

Zjechała do zakładu leczniczego pierwszy raz w życiu, by się w nim leczyć, bo staropanieństwo zaczynało się w niej objawiać symptomatami histerii – i wyjechała nie tylko uzdrowiona, ale z narzeczonym, i to takim, którego do ołtarza doprowadziła.

Te to okoliczności, zdaniem pana Joachima, który od początku założenia Ujazdowa stale w nim szukał uzdrowienia, byty przyczyną, dla której należało się w tym roku spodziewać niebywałego zjazdu.

I właśnie o tym, siedząc na ławce pod lipą, w miejscu, będącym najlepszym punktem obserwacyjnym w Ujazdowie, rozmawiał pan Joachim ze swym znacznie młodszym towarzyszem.

Informował, objaśniał, wtajemniczał w różne właściwości Ujazdowa pan Joachim, jedna z tych figur, specjalnych zakładom leczniczym, pana Bonara, dopiero co na kurację przybyłego.

Pan Joachim liczył lat sześćdziesiąt, a fizjonomia jego, nie pozbawiona inteligencji, choć pospolita, mówiła każdemu wszystko, co by w niej wyczytać był ciekawym. Mówiła, że właściciel jej, po różnych burzach, a raczej zawiejach losowych uznał, że najtaniej, najwygodniej i najzabawniej było pod schyłek schorowanego żywota, osiąść w takim Ujazdowie i zajmować się, między dwoma prysznicami, coraz nowymi ludźmi i nowymi ich stosunków plotkami, czy skandalami.

Oddał się też temu con amore i doszedł do takiej w tym względzie doskonałości, iż sprawy Ujazdowa poślubił goręcej, niż najbardziej zaangażowany nim akcjonariusz. W swej pieczołowitości ogarnął i bliższą okolicę, a w swej drobiazgowości lubił dociekać do dna każdą plotkę, która się o jego uszy obiła, a dotykała rayonu raz obranego, a równą linią w trzymilowym dystansie Ujazdów obejmującego.

Wiedziano o tym w zakładzie i stary doktor, dyrektor lecznicy, pan Staromiejski, każdego nowego kuracjusza, zasięgającego odeń jakiejś informacji, odsyłał tymi słowy:

– Serce! Jest tutaj niejaki pan Joachim, stary poczciwiec, człowiek niegłupi, niegdyś bywalec, który wszystko wie, czego byś tylko mógł być w Ujazdowie ciekawy. On cię, serce, we wszystko wtajemniczy. On ci powie, gdzie lepszy kotlet barani, „na górce”, czy „pod wystawką”, on ci opowie historię każdego gościa, który kiedy o Ujazdów zawadził, on cię objaśni nawet, ile na hipotece ma długu którykolwiek z okolicznych obywateli „w trzymilowym obrębie”.

Te ostatnie słowa doktor mówił z naciskiem, bo i pan Joachim na ten szczegół nacisk szczególny kładł, zapewne wychodząc z zasady, że lepiej wiedzieć mniej, a dobrze.

Tak też odesłany i Bonar, czym prędzej odszukał i poznał pana Joachima. A że saison dopiero się zaczynał, że Ujazdów jeszcze pustkami świecił a dnie były najdłuższe w roku i najpiękniejsze, obaj więc je spędzali wciąż ze sobą, pan Joachim czekając, aż nowa mu się nawinie do wybadania ofiara, pan Bonar zaś, nie mając nic lepszego do roboty. Trzy dni dopiero bawił w Ujazdowie, a onegdaj, gdy się kładł spać, zdawało mu się, że w nim się urodził, że w nim życie spędził, tak wszystko znał i wiedział, z takim talentem mu to wszystko do głowy pan Joachim pakował. A każdy prawie człowiek ma to do siebie, że go interesują w swych szczegółach, i te rzeczy, wokoło których wypadkowo los mu się każe raz na cale życie obrócić, tak, jak gdyby w nich żywot, a przynajmniej kwiat jego miał spędzić.

Siedzieli obaj pod lipą. Pan Joachim, biorący asumpt z każdej okoliczności, by mówić, Bonar, słuchający z tym charakterystycznym poddaniem się, z tą obiektywnością ludzi, ze swych kątów przerzuconych na jakiś czas w oddzielny, obcy im element.

Nie interesowało go to wszystko, ale miał dobrą pamięć i lubił znać stosunki swego kraju, tym więcej jeżeli sposób, w jaki je poznawał, nie kosztował nic a nic, a raczej bawił go, niż nużył. Cóż miał zresztą lepszego robić, jak słuchać pana Joachima? On, Bonar, wyzwany ze swej Bonarki z powodu nerwowej choroby, objawiającej się różnymi symptomatami, jak n. p. rodzajem furii, w jaką wpadał czasami na swoją najukochańszą żonę, poślubioną lat temu osiem z szalonej miłości. Zresztą pan Joachim bardzo dobrze go w Ujazdowie aklimatyzował, tego wieśniaka, zakochanego w swej niwie, zaskorupiałego w swych stosunkach. Słuchając go, jego wywodów i opisów, mniej myślał nad tym, co się tam w Bonarce dzieje, czy Janina daje sobie rady, pozostawiona na czele dużego gospodarstwa, czy pługi dobrze chodzą w niwie, pod pszenicę przeznaczonej, czy ekonom obchodzi się, czy żyje w ogóle bez jego codziennej wieczornej specjalnej dyspozycji.

Nie myślał o tym, gdy pan Joachim mu nad uszami bębnił; było to dla niego tym lepiej, że myślenie to sprawiało mu ból, którego doktor Staromiejski szczególnie unikać polecał.

A ten Bonar, był to sympatyczny typ, nietrudny do odgadnięcia, nie wywijający się skalpelowi obserwatora, nie zadający mu żadnej zagadki, typ, jeden z sympatyczniejszych tej dużej warstwy społecznej, u nas jeszcze tylko istniejącej, „obywatelami” zwanej.

Był to obywatel, „dobry obywatel”, widziało się to z pierwszego rzutu oka i to wystarczało.

Od chwili już milczeli pan Joachim i pan Bonar, zapatrzeni przed siebie jakby w punkt, jaki tworzyła altana, umieszczona w środku dużego stawu, na wysepce ad hoc usypanej, w której właśnie w tej chwili, widać było z dala, rozlokowywała się orkiestra miejscowa, zaczynająca zwykle o tej godzinie swe symfonie.

– Ale, paniemdzieju – zagadnął, jakby się budząc, pan Joachim – ja już gadam trzeci dzień... Opowiedziałem panu, panie Tadeuszu, wszystko o sobie, o Ujazdowie, o wszystkim, ale pan, paniemdzieju, nic żeś mi nie powiedział. Siedzimy z sobą cały dzień trzeci... ale ja nic o panu nie wiem, prócz tego, że majątek twój się nazywa Bonarka i że leży w Kaliskiej guberni.

– Ha, ha! – zaśmiał się Bonar, pokazując szereg zdrowych zębów w młodym uśmiechu – cóż to, pan być może myślał, że moje życie tak ciekawe, jak tej pani w żółtej budzie, lub tego starego oryginała w dżokejce? Ciekawy pan mojego życia? Ha, ha! Myślisz, że to może podobne do tych, co tutaj ci się nawijają od czasu do czasu. Posłuchaj że wiec, nie długie, choć liczę lat trzydzieści i sześć...

– Trzydzieści i sześć – przerwał pan Joachim – hm, hm... nie wyglądasz pan na tyle!

– Z górą, z górą...

– Ale nie zbaczajmy...

– I owszem, nie zbaczajmy – podchwycił Tadeusz Bonar, opanowując jakby ironiczny, ale na jego twarzy tylko dobroduszny i naiwnością swoją u mężczyzny podejrzany uśmiech. – Urodziłem się i wychowałem w Bonarce, szkoły skończyłem w Warszawie, kilka lat bawiłem się i jarmarkowałem po kraju. W dwudziestym piątym roku objąłem Bonarówkę, gdzie założyłem chmielarnię, w dwudziestym ósmym objąłem Bonarkę skoro mi ojciec umarł. Postawiłem tam dom, bo się stary walił. Na balu w sąsiedztwie poznałem moją żonę, zakochałem się na śmierć i ożeniłem. Nie żałuję, choć swoją drogą i głupstwo zrobiłem, powiedziałbyś pan, panie Joachimie, bo nie wziąłem złamanego szeląga posagu, a miałem na Bonarówce brata i siostrę do spłacenia. Ale jakoś się gospodarzyło, pracowało i już ich pospychałem.

Zamyślił się i dodał:

– Nie całkiem, nie zupełnie. Siostra jeszcze siedzi, ale spłaciło się tyle, to się spłaci i resztę. Ciężko bywało czasami, ale to ciotka umarła i zostawiła fundusik, to rozparcelowałem folwark „na wydmuchu”... Ciężko było, ale wesoło. Bo Janinka...

Urwał tutaj i zadumał się, by podchwycić:

– Pozna ją pan, moją żonę. Przyjedzie tu mnie odwiedzić. Osiem lat żyjemy ze sobą, mamy dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę; a wygląda... za panienkę ją biorą!

– Pańską żonę?

– Janinkę.

Zamyślił się, jakby nad tym, co by jeszcze więcej powiedzieć, co by jeszcze jego życie zawierało. Nie znalazł nic i dodał:

– Oto całe moje życie od a do z. Trzydzieści i siedem lat, jakby z bicza trzasło. Tak to sobie żyjemy. Czasem, po żniwach, lub w zimie, gdy pszenica dopisała, wyjedziemy na tydzień, dwa, do Warszawy, ja się ostrzygę, wypiję kilka szampanek ze znajomymi, Janinka się wyhula u krewnych i – jazda do domu. A w domu, jak w domu – gospodarstwo, imieniny w sąsiedztwie, polowanie i wint w zimie. Konna jazda...

– Żona pańska jeździ konno? – podchwycił pan Joachim.

– Broń że Boże; życzyła sobie. Gwałtownie się napraszała, ale ani chciałem słyszeć.

– Bo tu u nas hrabina... – zaczął cedzić pan Joachim, gdy go wtem coś zastanowiło, i to samo wrażenie udzieliło się Bonarowi Wielką aleją wjazdową, widoczną przez porozrzucane po piasku klomby, pędził niezwykły ekwipaż, lśniący i dzwoniący. Zanim zobaczyli, poznali i rozejrzeli się, break angielski, zaprzężony czterema gniadymi końmi, ubranymi w greloty, cały świecący się od nowych lakierów, brązów, niklów i barw, mieszczący w sobie kilka osób obojga płci, podjeżdżał na plac, tuż naprzeciwko lipy, pod którą siedzieli.

Pan Joachim wytężył wzrok; Bonar, jako obowiązkowy amator koni pochłaniał przyjemne dlań widowisko.

Czwórką powoził dżentelmen, widocznie właściciel tego ekwipażu. Osadził konie. Liberia z tylnego wyniesionego kozła rzuciła się, by pomagać schodzić damom. Wszystko to się działo pośpiesznie, z precyzją i wprawą, właściwą tylko służbie wytresowanej w wielkim domu. Z pojazdu wyszły trzy strojne damy, w jasnych letnich sukniach, zarumienione, wesołe i rozbawione. Jedna z nich, o czarnych, wyrazistych oczach, uderzyła swą pięknością Bonara.

– Kto to? – spytał z tą właściwą sobie naiwną, odbijającą się w głosie ciekawością.

– Zaczekaj pan – szepnął, jakby skupiony, pan Joachim.

Obaj więc dalej obserwowali.

Damom nadskakiwał jakiś młodzieniec, niezmiernie elegancki w ubraniu i ruchach. Całe to towarzystwo przeszło tuż pod lipą, nie rzucając nawet spojrzenia w stronę pana Joachima i Bonara i podążyło ścieżką, prowadzącą ku środkowi parku, ku grającej orkiestrze.

– Kto to? – powtórzył jeszcze ciekawiej Bonar, zaintrygowany pierwszorzędnym wyglądem tego ekwipażu, jakby przeniesionego z Bolońskiego lasku w dzień du grand prix i tym strojnym towarzystwem.

– Zaczekaj pan – odparł znów pan Joachim, z wytężonym wzrokiem, skierowanym w stronę kozła break’u.

Bonar za nim potoczył oczami.

Teraz z kozła schodził ów poważny mężczyzna. Bonar zrozumiał ciekawość wytrzeszczonego spojrzenia pana Joachima.

Mężczyzna ten był niepospolitą i nie częstą do spotkania figurą.

Bardzo wysoki, wysmukły, niemal sztywny w sposobie trzymania się, przykuwał wzrok, pierwszy raz na nim się zatrzymujący, arystokratycznością swego wyglądu, wyrazistością swego typu, arogancją swej fizjonomii.

– Objeżdżać krokiem! – rozkazał woźnicy, jakby z trwogą czekającemu na ten rozkaz, i ruszył za daleko już odbiegłem towarzystwem. Musiał przejść teraz około Bonara. Ten też go pochłaniał. Nieznajomy ten o obliczu poważnym, niemal smutnym i znudzonym, zaciekawiał go. Jakieś ściągnięcie dużych brwi łukowatych, zmarszczenie pionowe czoła, przymrużenie małych, ale bystrych siwych oczu, jakieś pogardliwe wykrzywienie ust pod małym i młodzieńczym wąsem, robiły jego fizjonomię niesympatyczną, ale wielce interesującą.

Bonar byłby mu się długo przypatrywał, ale nieznajomy, rzuciwszy nań wyzywające swą pogardliwością, pochodzącą z indywidualnego układu twarzy, spojrzenie, przeszedł.

– Kto to? Powtórzył Tadeusz.

– To hrabia Homel – odparł jeszcze cicho, jakby tonem przejętym, pan Joachim.

– Ale dalej? Skąd? Co? Taka bestia?

– Z najbliższej okolicy... Bywają tu często na muzyce...

– I pan mi nic o nich nie mówiłeś? Pan Joachim się zastanowił.

– A prawda. Nic panu o nich nie mówiłem. A ciekawa figura, paniemdzieju, ten hrabia Homel...

Bonar był tak ciekawy, iż go to samego zastanowiło

– Nie wiem, dlaczego – zagadnął – ale mnie ten hrabia zaciekawił. Oryginalna bestia! Przystojny mężczyzna, ale...

– Niesympatyczny?

– Bardzo niesympatyczny Oczy przymrużone... gęba skrzywiona... opowiadaj pan.

Był ciekawy, co mu się rzadko zdarzało. Ale trafiało się czasem. – Przypominał sobie, iż go już nieraz tak zaciekawiły niektóre spotkane w życiu figury. – A zwykle bywali to jacyś arystokraci, jak nazywał utytułowanych, lub wysoko się noszących. Ten hrabia zdawał mu się do nich należeć.

– Ciekawy pan – zaczął pan Joachim swym tonem rezonującego opowiadania. – Dopiero byłbyś ciekawy, gdybyś był widział epizod, który ja, tu, z tej ławki, dni temu kilka widziałem. Siedziałem sobie tak, jak dzisiaj. I tak, jak dzisiaj podjechał hrabia Homel. Zwykle sam powozi. Tym razem powoził amerykanem. Zszedł i stanął, by się przyjrzeć koniom. Wtem coś u stangreta zauważył. Zmienił się, pobladł, coś ryknął i rzucił się ku niemu z taką furią, iż myślałem, że zabije tego człowieka, który z trwogi słowa wymówić nie mógł. W ostatniej chwili zapanował nad sobą i oddalił się, blady, pomieszany. Ja tu siedziałem, on tu przechodził. Nie widział mnie, bo on ludzi nie widzi. Może hrabiów widzi... Ale przechodząc około mnie, uśmiechnął się sam do siebie. Dziwny to był człowiek, dziwny uśmiech, ten jego uśmiech, ironiczny, pogardliwy. Czy wiesz pan, z kogo się śmiał?

– Z kogo? – zapytał Tadeusz

– Z siebie – odparł pan Joachim, i ciągnął. – Odtąd zmieniłem zdanie o tym hrabim. Miałem go za koronnego durnia. Wtedy spostrzegłem dopiero, że się myliłem.

– Ten uśmiech zmienił pańskie przekonanie – zapytał Bonar, teraz już więcej zaintrygowany psychologią pana Joachima, niż hrabią.

– Tak! Ten uśmiech – odparł stanowczo stary. – Ten uśmiech w sekundę po takiej furii – mówił z naciskiem na słowach, właściwym ludziom, wyjawiającym owoce pracy swego mózgu – po furii, w której, myślałem, że zabije człowieka, tu... publicznie...

– Ależ o co on się tak rozwściekł?

– O to – czym prędzej podchwycił pan Joachim – że wąsy furmana były niedostatecznie dogolone, były niegolone dnia tego...

– Żartujesz pan!

– Tak. Pytałem się furmana...

– I to zmieniło pańskie o nim przekonanie? – pytał ze zdziwieniem Bonar.

– Tak, panie.

– Mnie by to było utwierdziło w przekonaniu – rozśmiał się Bonar – że to koronny dureń.

Nastało długie milczenie, które znów przerwał pan Joachim:

– Dziwny to człowiek, oryginał. Nie znam go, bo on, zdaje się, znać nikogo, przynajmniej takich jak ja, nie chce. Bywają tu często w swoim kółku. Z okolicą nie żyją. On, podobno, mówią jedni, bardzo wykształcony, pisze nawet... artysta, kupuje obrazy. Ich dom, to ma być muzeum. Z drugiej strony, gdybyś pan słyszał, co za herezje o nim wygadują.

– Nie żyją z nikim? – podchwycił Bonar, którego, jako rdzennego obywatela, ten rys wielce zastanowił.

– W okolicy prawie z nikim. Wszyscy są śmiertelnie na niego poobrażani. Każdemu zajechał.

– Jakże więc? To jakiś dziki człowiek? Ale że pan nie miał ochoty go poznać? Pan?

– Owszem! Gdy tu przybyłem, przedstawiłem mu się, ale na trzeci dzień mi się nie odkłonił. Dobrze... Siedem lat nie znamy się. Ale teraz, teraz zdaje mi się, że hrabia nie odkłonił mi się wtedy przez dystrakcję tylko...

Bonar w swej naiwności ironicznie się zaśmiał.

– Już to trzeba przyznać – zawołał – że ci nasi hrabiowie, to po większej części narwańcy, to pół-diabły weneckie!

– Z opowiadania i Homel takim mi się wydawał, z roku na rok jednak zmieniam nieco zdanie. Oryginał, nie ulega wątpliwości, ale czy nie człowiek przy tym? Nie wiem, ale chciałbym wiedzieć.

– Ręczę panu, że człowiek, zaglądający pod nos furmanowi, i wpadający o to, co pod nosem u niego, w furię, nie jest człowiekiem, nad którym by się warto było zastanawiać.

– Hm... – Bąknął pan Joachim – paniemdzieju, ten uśmiech...

Wstał. – Wstał i Bonar.

– Mówię panu, on się śmiał sam z siebie. A człowiek, który rzadko się śmieje, a jeżeli się śmieje, to z siebie? No, chodźmy zobaczyć, co robią.

– Kto?

– No! To hrabstwo!

– Żartujesz pan! Cóż to mnie obchodzić może?

Hola! – zawołał pan Joachim – zaczekaj pan. Będzie cię to obchodzić, jak mnie obchodzi. Nas tu wszystkich on obchodzi, począwszy od doktora, a skończywszy na stróżu. A w pięknym saisonie nie słychać nic, tylko o nich. A jaką miała toaletę hrabina? A jaki ostatni ekwipaż hrabiego? Są ludzie, co przechodzą niepostrzeżeni, cicho, bokiem, w cieniu. Są inni, którzy idąc, zatrzymują się i zatrzymują przechodniów i zmuszają ich do zajmowania się nimi. Ten hrabia do nich należy. Nic mnie nie obchodzi, ale teraz idę, wstaję zobaczyć, co on tutaj robi. Ciekawym podchwycić coś, co by mi rozjaśniło tego człowieka: którego tu nikt nie zna, a któremu każdy czuje się w obowiązku coś przypiąć. Życie, panie Tadeuszu, w moim wieku, to tylko coś warte, jeżeli się je bierze jako studium. Ten hrabia mnie intryguje.

Szli ku orkiestrze, a zarazem zbliżali się do najgwarniejszej części Ujazdowa.

Pan Joachim jeszcze prawił:

– Człowiek to, zdawałoby się, pyszny, dumny, z podniesioną i przewróconą głową, zacofany w pojęciach, odludek i dziwoląg, a swoją drogą zapewnił mnie człowiek tak znakomity, jak nasz głośny powieściopisarz, że hrabia jest najmilszym towarzyszem, wybitną inteligencją, dużym talentem Kontrastów huk. Kontrast na kontraście. Co to?

– Pół-diabeł wenecki! Mówię panu! – Szli dalej, a pan Joachim wciąż prawił. – Dzieci nie mają. A jedni twierdzą, że hrabina jest szczęśliwą, inni, że jest najnieszczęśliwszą. A są i tacy, paniemdzieju – tu się nachylił do Bonara i szeptał – którzy twierdzą, że hrabia i kobiet nie znosi!

– Fin de siecle, panie! – zaśmiał się Bonar i urwał, choć chciał dalej mówić.

Szeroką ścieżką w parku naprzeciw nich szło właśnie całe to towarzystwo, o którego członku mówili. Kobiety śmiejące się, hrabia za niemi w zadumie.

– Jak Boga kocham – zawołał Bonar – jeżeli mnie oczy nie oszukują, to ta niska na lewo, to moja kuzynka, jak Boga kocham! Mańcia?

Pan Joachim jeszcze się nie połapał, a owa kuzynka Bonara już go poznawała, już się doń uśmiechała, już witała.

– Tadeusz! – wołała szczebiotliwym, pełnym, grubawym starszej panny głosem, malutka, pulchniutka kobieta – skądże tutaj? Czyżbym się była spodziewała! A Janinka? A...

Urwała i dopiero się spostrzegła, że całe towarzystwo przystanęło i czeka. Nie pytając, zawołała z dziwną przytomnością umysłu i płynnością głosu.

– Przedstawiam wam mojego najdroższego kuzyna, Tadeusza Bonara!

Nastąpiły uściski dłoni. W końcu dopiero poznali się hrabia i Bonar. Hrabia sztywny, zimny, pełen kurtuazji, która się tak nie podobała Bonarowi, iż sam stracił swą naiwną i swojską naturalność.

Odwrócił się za panem Joachimem – już go nie było.

A gdy się znalazł z kuzynką Mańcią na chwilę odosobniony, szepnął jej:

– Niepotrzebnie mnie zapoznawałaś z tymi hrabiami. Wiesz, że...

– Głupyś! – odparła panna Kolońska nie wymawiając „i”. – Strasznie głupyś z twymy parafiańskymy przesądamy. Poznaj ich, a potem pomówymy. Hrrabina jest moją przyjaciółką – ciągnęła z niezwykłym naciskiem na „r”.

– Hrabina pal diabli, ale hrabia...

– A Homel jest najmylszym człowekem. Zaprzyjaźnycie się...

Tadeusz parsknął śmiechem. On by się miał zaprzyjaźnić z tym panem w żółtych butach, spadających z czarnych, jedwabnych skarpetek, z tym panem o uśmiechu wyzywająco impertynenckim, kroczącym prościej od tyczki od chmielu, z tym panem, który zaglądał furmanom pod nosy!

Ta Mańcia była wyborną, zawsze taką samą panną-urwańcem, jak ją nazywał. Była wyborną ze swoją hipotezą, że on mógłby mieć co wspólnego z takim hrabią. Cóż ich mogło łączyć? Co? Co u licha? Chyba powożenie. Ale on i w takie powożenie nieprzyzwoicie wygolonych furmanów po prostu nie wierzył.

Spojrzał z ukosa na hrabiego i spotkał się z jego już od chwili na nim się zatrzymującym wzrokiem.

Dreszcz go przeszedł, jakby mu kto świdrował po duszy, po wnętrzach, po głębiach. Ten hrabia był arcyantypatycznym!


ROZDZIAŁ II

W łaźni, urządzonej z wyrafinowanym komfortem sybaryty płci męskiej, w olbrzymiej marmurowej wannie, buchającej parą, kąpał się hrabia Homel.

Było to ulubione jego zajęcie, najuroczystsza w dniu godzina, która stanowiła potrzebę jego organizmu. Olbrzymią do tej kąpieli przywiązywał wagę i twierdził, że anemiczny jego organizm jej zawdzięczał swe jakie takie „się trzymanie”.

Bo hrabia trzymał się nieźle. Liczył lat trzydzieści i sześć, a nie można mu było większej sprawić przyjemności, jak kilka lat mu wieku ująć. Wyglądał na mniej, a ta trwoga za każdym ulatującym rokiem i dniem, była u niego czymś niemal chorobliwym. Stąd pochodziła nadzwyczajna dbałość o siebie, stąd zapewne i ta kąpiel, będąca uroczystością w dniu.

Siedział w wannie, a myślące jego oblicze wyglądało zatopione w niewesołej zadumie.

Czynny jego charakter nie dopuszczał do siebie smutnych myśli, ale w wannie, jeśli go nagabnęły, to im się poddać musiał.

Dnia tego myślał o sobie; bo nie zawsze myślał o sobie. Różne interesy, różne plany przeprowadzał w wannie. Projekty niejednych romansów wannie zawdzięczały swoje urodziny.

Dnia tego myślał o sobie, a ze smutku, jakim się pokryły jego rysy, sądzić by można, że bolał nad sobą.

Tak, bolał nad sobą. Życie jego zdawało mu się zmarnowanym, czczym, bezwartościowym, niepotrzebnym i niemiłym Dlaczego? Dlaczego coraz częściej nagabywały go te filozoficzne refleksje, z którymi od lat kilku walczył? Czyżby życie jego było zwichniętym dlatego, że nie miał dzieci? Czyż w talencie swym nie mógł znaleźć celu?

Nie odpowiadał stanowczo na te pytania i powracał do przeszłości, która mu się wydawała przyczyną, że mu dziś było smutno, że mu w ogóle było smutno strasznie, ile razy się nad sobą zastanowił.

Wychowany w zbytku, przygotowywany niefortunnie do jakiejś roli na świeczniku, wszedł w świat, w którym ta pierwsza, nieoceniona młodość, ten potok, rwący i szumiący, zasilany świeżymi z gór i źródeł wodami, była dlań jednym pasmem uciech wszelkiego rodzaju, zaspakajających ambicję i namiętności. Bardzo przystojny miał wielkie szczęście do kobiet, różne do ludzi. Bardzo sprytny, umiał wyzyskiwać jedno i drugie. Bardzo namiętny, namiętnie brał życie w szczegółach nawet. To go może zgubiło...

Westchnął. Sięgnął do kranu, wpuścił do wanny strumień gorącej wody i znowu się zadumał, znów powrócił do swych myśli.

W dwudziestym siódmym roku życia miał już dosyć wszystkiego. Postanowił się ożenić dla doznania nowych, świeżych wrażeń. Dom, rodzina, stanowisko, fundowanie gniazda, o jakiem marzyła jego ambitna głowa, ognisko domowe, do jakiego się rwało jego spokojne i refleksyjne usposobienie, zdawały mu się być celami dalszego żywota.

I ożenił się z miłości i z majątkiem. Wszystko mu się wiodło. Panna Wanda Opalińska liczyła się do najpiękniejszych heritierek w świecie, w którym ją poznał i pokochał. Kochała się w nim szalenie, nie wątpił.

Jakaś pomroka pokryła twarz Homla, jakiś smętny wyraz przymknął jego przymrużone oczy, jakiś uśmiech zaigrał na jego pięknie zarysowanych ustach pod młodym, jedwabistym wąsem

Otrząsł się, czy obudził, dopuścił do wanny wrzącej wody i znów się zamyślił.

Mijały lata. Miłość jego stygła, a w miarę, jak się zmniejszała, namiętności w nim coraz bardziej wrzały. Uczucie do Wandy, której nic do zarzucenia nie miał, prędko przechodziło w pospolitą u bardzo namiętnych fazę, w której, jak woda w studni, zyskiwało na głębokości, ale traciło na temperaturze. Kochał swą żonę co dzień więcej, ale się w niej kochał coraz mniej. A natura jego potrzebowała szumu, ujścia, ognia... Rzucił się w wir nieszczęśliwych interesów, pisał, stawiał, zakładał, budował.

I po latach dziesięciu widział, że nic nie zrobił, nic! Żony nie uszczęśliwił, bo ta niezrozumiała jego natury i nie zgadzała się z rolą jaką jej przy sobie wyznaczył. Majątku nie tylko nie powiększył ale i nie utrzymał. W literaturze stanowiska pierwszorzędnego nie zajął...

A więc było to życie zmarnowane, bez ciepła, jakie daje miłość gorejąca, bez spokoju, jaki daje spokojne sumienie człowieka, głębiej wykształconego, bez bodźca, jaki dają obowiązki, bez celu, jaki daje potomstwo.

I, aby nie cierpieć, stworzył sobie odrębny sposób życia, życie dla siebie, oparte na dogadzaniu swym zachciankom, pogrążone w drobnostkach i ubarwione rozmaitością godzin zapełnionych drobnymi zajęciami, które podnosił do doniosłości misji.

A i w tym życiu, ile razy, tak jak dziś nad sobą się zastanowił, widział, że nie znalazł zadowolenia. Cierpiał, cierpiał okropnie.

Czyż warto żyć, by pilnować lokai, porządku w pałacu, mycia powozów, sprzężaju koni, symetrii obrazów na ścianach i klombów w ogrodzie?

Czyż to mogło zapełnić życie, uspokoić wymagania odeń człowieka jego kalibru, głębiej czującego, głębiej myślącego?

– Ha! – westchnął – gdybym potrafił coś kochać...

– Dopuścił gorącej wody i, poruszywszy się całym ciałem w wannie, znów się zadumał. Hrabia był systematyk i w myślach, lubił je do końca rozwałkować...

Gdyby potrafił coś kochać, kogoś kochać, to, wierzył, byłoby wielkim dla jego natury lekarstwem. Ale co? W Wandzie drugi raz zakochać się nie mógł. Dzieci nie miał. I dziś byłoby na nie zapóźni.

On padł ofiarą najgłupszej instytucji, jaka istniała pod słońcem, tj. małżeństwa, bo instytucją je nazywał.

Gdyby, lat temu kilka, gdy ostatecznie wielkie, miłości uczucie dla hrabiny w nim się zatliło, gdyby wtedy nie był okuty małżeńskimi kajdanami, byłby zapewne się zakochał jeszcze... I to byłoby go ocaliło. To by go utrzymało w status quo naturalnej męskości. To byłoby go uchroniło od lubij, którym się oddał, to byłoby pochłonęło ten zbytek sił imaginacji jego, która, szukając ujścia, rzuciła się ku drobnostkom i rozproszyła w szczegółach banalnego żywota pana, niepotrzebującego zabiegać dla bytu.

Tymczasem stało się inaczej. Dziś, co dzień więcej, co dzień potężniej czuł się pogrążonym w czczości tego żywota, któremu jego rozum nie pozwalał zarzucić fikcyjnych bóstw i ołtarzy. Zanadto wielkim był cynikiem, by znaleźć cele w jednych ze współczesnych misji, zanadto wielkim cynikiem, by się oddać humanitaryzmowi, zanadto wykształconym i wyrafinowanym, by nie odczuwać strasznej próżni swych dni...

Już nie myślał, jak ze swego życia zrobić inne życie, jak przeistoczyć świat swych widnokręgów. Myślał nad tym, jakby swój ten odrębny widnokrąg rozszerzyć, aby mu było swobodniej, szerzej, mniej czczo i nudno, aby się dać rozgrzać jakiemuś świętemu ogniowi, który by mu nie pozwolił analizować każdego własnego porywu, każdej własnej intuicji i myśli.

Tylko miłość jedna mogła go odrodzić Ona jedna stanowczo.

Ale czy był jeszcze do niej zdolnym?

Od lat dziesięciu, od dnia, w którym poznał Wandę, to uczucie już ani razu w nim nie zadrgało. Od lat dziesięciu nie spotkał kobiety, dla której by jego serce zabiło tym tempem, którym przecież niegdyś tak często uderzało. Dziwnie zobojętniał dla kobiet, on, w miłości tak łatwo zapalny, on, kobiecie wyznaczający takie potężne, olbrzymie w swych pojęciach względem mężczyzny stanowisko, on, epikurejczyk do tego stopnia, ii tylko w miłości widział jedyny, prawdziwy i naturalny cel życia mężczyzny.

A był hołdownikiem praw natury.

Czy już nie był zdolnym do tego uczucia, jedynie ogrzewającego, jedynie będącego źródłem tych substancji, które stanowią mężczyznę?

Nie wiedział, bo od lat dziesięciu nie zadrgał tymi fibrami, które są objawem męskiej zupełności.

Czy byłby jego anemiczny, a namiętny ustrój niemi zadrgał, gdyby nie małżeństwo, gdyby nie te kajdany, które tak naturalnych objawów wzbraniają?

Czy byłby się może w której ze spotykanych od lat dziesięciu kobiet zakochał, gdyby zajęcie się to jego nie było powodem do zaburzeń domowych, do dramatów w łonie rodziny i ogniska domowego, które chciał mieć pogodnymi i spokojnym!?

Nie wiedział.

Ale zdawało mu się, że ożyłby, odrodziłby się gdyby się jeszcze raz zakochać potrafił.

I zanucił zwrotkę z „ptasznika z Tyrolu”:

„Jeszcze raz, jeszcze raz, ptaszku mój!”

Smutny, ale rozmarzony dopuścił gorącej wody do wanny.

– Ale jakże trudnym to było – myślał dalej – to zajęcie się jego. Jakże zawsze był trudnym. Głowa, ta nieszczęśliwa głowa odgrywała taką u niego rolę! Jakże inaczej od wszystkich mężczyzn, a przynajmniej od ich większości był skomplikowany! On potrzebował, by kobieta poruszyła wszystkimi jego strunami, by podziałała na jego wybujałą artysty imaginację, by podbiła go intelektualnie i fizycznie, by narzuciła się jego głowie, duszy i zmysłom...

Taką mógł znaleźć, gdy liczył lat dwadzieścia sześć, ale takiej już nie było dla trzydziestoletniego z górą człowieka, który dziesięć tomów wypisał, poświęconych analizie kobiety, który przeszedł przez ogień małżeństwa, który godzinami samego siebie analizował, ot tak, jak teraz, w gorącej wannie, niezbędnej organizmowi, złożonemu z anemicznego ciała i namiętnego mózgu w trawionej myślami czaszce.

On był skończony, zużyty...

Ha! – westchnął ciężko i zabierał się do dalszej zadumy.

Ale lokaj uchylił drzwi i oznajmił:

– Już przeszło godzinę pan hrabia się kąpie.

Homel się zerwał, jakby w pełnym śnie obudzony.

– Godzinę? Godzinę? Tyle razy cię prosiłem, byś mi nie pozwalał tak długo się kąpać! – zawołał z wyrzutem.

– Myślałem, że pan hrabia śpi – odparł lokaj tonem, który zdradzał jego uprzywilejowany do pana stosunek.

– Prosiłem, byś mnie w takim razie budził.

– Mówi pan hrabia zawsze – odparł śmiały Karol najpoważniej, ale z uśmiechem enigmatycznym – że tyle człowiekowi dobrego, co prześpi...

Homel spojrzał zrazu zirytowany. Natychmiast jednak ochłonął. Wyskoczył z wanny i przeszedł do gotowalni, gdzie przystąpił do ubierania się. A w ciągu tualety rozmawiał z Karolem.

Tualeta ta nie była tualetą eleganta, ale człowieka, dbającego o siebie, o tę czystość, będącą cechą ludzi wychowanych w angielskich zasadach porządku i czystości. Olbrzymi stół złocony o czarnym marmurowym blacie zajmował niemal pół pokoju, będącego ubieralnią hrabiego. Drugą połowę zajmowała kolosalna gdańska szafa, rzeźbiona w czarnym dębie, nadająca temu pokojowi jakiś wygląd poważny i staroświecki, jakąś arystokratyczną cechę minionej przeszłości.

Stół stanowił wraz ze swoim nakryciem całą męską gotowalnię. Pokryty był najróżniejszymi przedmiotami, służącymi do utrzymania ciała w należytym stanie. Wszystkie te drobiazgi były stosunkowo olbrzymie, jakby specjalnie robione i zastosowane, do wzrostu Homla. Tak jednak nie było. Hrabia zanadto był szerokiej natury, by wchodzić w te drobiazgi. Lubił tylko wszystko duże, a żona jego stąd twierdziła nawet, że miał „mania grandiosa”. Wielkie flakony z nadnaturalnymi szczotkami ubiegały się tu o miejsce wśród puzder z brzytwami i innymi drobiazgami.

Lustro stanowiła duża płyta zwierciadlana, uchwycona w niewidzialne łapy; obok niej stały dwa kandelabry ze swymi świecami, dowodzącymi, że nie były tylko ozdobą, kandelabry, będące dziełami sztuki, mogące ozdobić salon stylowy pierwszego cesarstwa, złożone z wysmukłej kolumny doryckiej, spoczywającej na piedestale z trzech misternych sfinksów. Dalej miednica, jakby wykuta w wielkiej bryle marmuru, dzban takiż...

Wszystko to zdradzało w posiadaczu swoim człowieka gustu i amatora piękna w jakimś szerokim zakroju. Nie było tu tak modnego, tak poszukiwanego „bibelotu” w właściwym słowa znaczeniu, bo popielniczkę do niedopałków papierosów stanowiła wielka wydrążona bryła malachitu, a perfumy mieściły się w cudownej srebrnej urnie o dziwnie wysmukłej, wyniosłej i wykwintnej formie.

Ta ubieralnia była jakby odłamkiem jakiegoś muzeum, tyle w niej dominował zbieracz nad elegantem. Zdawałoby się iż jej posiadacz perfumował się dlatego tylko, by uchwycić w rękę ten srebrny, prawdziwy pompejański flakon.

A ściany harmonizowały ze stylem umeblowania. Pokryte były obrazami, jak gdyby bez nich i ubierać się nie było można, jak gdyby oko właściciela tego pałacu zbyt ucierpiało, gdyby gdziekolwiek spoczęło na gładkiej banalnej ścianie.

Vis a vis krzesła renesansowego, na którym się golił Homel, wisiał portret ślicznej kobiety, od której mało co się dzisiaj różniła hrabina. Był to portret, niepospolity pędzlem, bardziej niezwykły artystycznym upozowaniem modelu i jakby zastosowaniem go do tego pokoju. Kobieta w mitologicznej zarzutce, trzymała lustro ręczne w dłoni, w którym jakby dopiero co się przejrzała i nad wrażeniem zastanawiała.

Na reszcie ścian, o ile wolnymi były od framug drzwi i okien, zakrytych ciężkimi portierami, wisiały w nieporządku pracowni, w braku symetrii gabinetu, ale w artystycznym rozkładzie inne obrazy, zdradzające głębokiego i namiętnego miłośnika sztuki. Nad rzadkim sztychem, przedstawiającym hrabinę Kozel w postaci Diany, wisiała kopia słynnej Magdaleny Battoniego. Pod dużym płótnem, wyobrażającymi „toaletę Wenus”, wisiał śliczny portret króla Stanisława Augusta w szlafroku, nieznany nawet z reprodukcji, a nieomylnie pędzla Lampiego. I już dla harmonii miejsca, dla zasłonięcia ścian, w niekoniecznie odpowiednich miejscach, wisiały dwa kartony Andriollego, przedstawiające jakieś sceny rodzajowe, jakby ilustracje do jakichś utworów beletrystycznych.

Hrabia ubierał się gorączkowo, zdradzając w tym czynnego i nerwowego człowieka, podszytego sybarytą i anemikiem. Karol dalej w swym sposobie zachowania się uwidoczniał swój stosunek faworyta do pana. Opowiadał mu różne wypadki pałacowe, które zaszły dnia tego, tajemnice stajni; robił nawet uwagi nad służbą i rzucał poglądy na rzeczy. Homel słuchał niby, ale widocznym było, iż o czym innym myślał.

Wtem dal się słyszeć dwukrotny, odległy, przeciągły dźwięk dzwonu, zwanego „gongiem”

Hrabia się zerwał.

– Obiad! – zawołał – obiad podają. Spóźniliśmy się.

Mówił to nie z przekonaniem, jak gdyby mniej wielką przywiązywał do akuratności wagę, niźli by ją chciał wpoić w Karola.

Ubieranie się było skończone. Karol roztworzył drzwi, i Homel wyszedł, mijając dalsze pokoje. Przeszedł kilka sal, tworzących jakby przedłużenie ubieralni, tak wszędzie były z tym samym smakiem i zbytkiem urządzone, w tych samych prawidłach sztuki umeblowane. Wszędzie ściany zakrywały obrazy przedniego pędzla, przeważnie portrety stare, ale świetnie utrzymane, nadające, jak tylko one to umieją, apartamentowi tę arystokratyczną cechę. Mówiły o świetnej przeszłości w tych murach, o pobycie tu ludzi, którzy się czuli w obowiązku zostawiać po sobie swe konterfekty, którzy przechodzili przez życie, hołdując modzie, pozując i uśmiechając się wypogodzonymi obliczami. Może i cierpieli, ale portrety o tym nie mówiły, tylko odtwarzały różne wiążące się z sobą epoki, przypominały widzowi dzieje, wypadki...

Wszędzie meble starożytne, ciężkie, masywne, bogate, rzeźbione, potrzebujące pałacu, które by były ciężarem w egzystencji zwyczajnego śmiertelnika.

Wszędzie te szczegóły, zdradzające amatora-kolekcjonera, namiętnego miłośnika piękna i prozopopei. Wszędzie konsole i kolumny z wazonami i biustami, żyrandole kryształowe i zegary brązowe, i „Boul” japońszczyzny, i sewry, makaty i materie staroświeckie.

Wszędzie to wszystko, co się nie da zebrać w harmonijną całość, bez wielkiego talentu, który daje tylko pewne arystokratyczne poczucie piękna w dzieciństwie zaszczepione i od dzieciństwa kształcone.

W trzeciej komnacie Homel zastał swą żonę.

Kobieta, która swą pięknością w Ujazdowie uderzyła Bonara, nie dobiegała jeszcze trzydziestej wiosny i była w rozkwicie swej urody, u zenitu sformowanej kobiecości.

Blada brunetka o drobnych rysach regularnych, ale nie tyle, by zimnych – zastanawiała wyrazistością otwartej fizjonomii i blaskiem niezwykłym czarnych oczu. Były to sztylety, nie oczy – mawiał Homel, gdy lat temu dziesięć starał się o piękną Wandę Opalińską, gdy świat cały stolicy zbiegał się do salonów, w których jako narzeczeni występowali. Były to i dziś jeszcze sztylety, nie oczy błyskotliwsze, wyrazistsze, choć się Homlowi zdawało, że przygasły i straciły ten wdzięk, te siłę, która go w swoim czasie przykuła, pozbawiła przytomności do tego stopnia, że, aby jej czaru stale doznawać, zapomniał o swoich co do posagu „sine qua non” wymaganiach.

Hrabina wydawała się dnia tego podrażnioną. Homel zaraz to zmiarkował i, siadając na angielskim fotelu, przy stole, zawalonym książkami o żółtych francuskich publikacyj okładkach, wziął się do czytania tomu, przepołowionego wielkim nożem z kości słoniowej.

Była to jego książka, którą tu stale czytywał o tej godzinie, między jednym a drugim odezwaniem się gongu, o porze, w której często pierwszy raz w dniu spotykał swą żonę.

Zaledwie spoczął oczami na wierszach książki, noszącej czerwony duży tytuł „Confessions”, hrabina go zagadnęła:

– Robisz się nieznośny, po prostu un ours. Nie widuję cię całymi dniami, a gdy się ze mną znajdziesz w chwili podawania obiadu, chwytasz za książkę.

Mówiła to tonem, jakby wyzywającym burzę, jakby żądającym odpowiedzi, eksplikacji.

Homel spojrzał zdziwiony. Tym manewrem usiłował już od dawna onieśmielić żonę, występującą coraz częściej z jakimiś bezzasadnymi pretensjami.

– W ogóle, nie wiem, po coś się ożenił – ciągnęła dalej hrabina, tonem zdradzającym osobę nie w ciemię bitą i nie bojącą się zapomnieć języka, człowiek z twoim usposobieniem nie powinien się żenić, chyba, że chce zrobić żonę nieszczęśliwą, comme une pierre... Hrabia spojrzał osowiały, oniemiały ze zdziwienia, wyglądającego doskonale udanym, a pani Wanda ciągnęła z odcieniem sarkazmu w melodyjnym i wibrującym dźwięczną siłą głosie:

– Do zbierania obrazów, do hodowli koni, do musztrowania lokai, do zaprzęgania trójek, czwórek i piątek, żona ci nie była zupełnie potrzebną. Powinieneś był się ożenić z Karolem, z którym spędzasz więcej czasu, niż ze mną.

– Z Karolem! – sarknął hrabia, wybuchając śmiechem – zapewne, ale musiałbym być na to Neronem. To jedyny przykład w dziejach.

Hrabina, jakby się bojąc, by małżonek jej nie wpadł w ton sarkazmu, którym najczęściej zręcznie parował jej ciosy, podchwyciła:

– Albo z portretem! Z portretem! Z tym oto portretem! – wołała, pokazując na ścianie obraz przedstawiający upudrowaną damę z czasów Ludwika XV.

Nastało milczenie, skoro hrabina się śmiać przestała. Homel po chwili zaczął, skubiąc swój miękki wąs:

– Tobie się zdaje, że małżeństwo jest niekończącą się lune de miel. Tymczasem, samo to nazwania miodowych miesięcy – „lune” dowodzi że czas nie dłuższy trwają od pełni księżyca.

– Ach! Jakiś ty genialny w tłumaczeniu etymologii słów! Ale ja tu o żadnym księżycu nie mówię i powrotu żadnej pełni nie chcę...

– Hrabia wtrącił, ciągnąc:

– Tymczasem inaczej się dzieje. Są może wyjątki, są jacyś podobno mężowie, których ktoś dowcipny porównał do szwedzkich zapałek. I żałuję, że do nich nie należę.

– Hahaha! – roześmiała się pani Wanda swym wesołym, wyzywającym śmiechem, w którym grał żal wszelako – zdaje mi się, iż żadną zapałką nie jesteś, nie tylko szwedzką!

– Tym smutniej dla mnie i tym więcej też męczyć mnie muszą twe wieczne pretensje, że nie jestem nadskakującym, rozpalonym, wiecznie gorejącym mężem – amantem.

– Ach! Boże uchowaj! Do czegóż by to było podobne, gdyby taki pan, jak ty, antykwarz nudny i zamyślony, jakiś pisarz, chciał być amantem? Boże, uchowajże mnie...

Hrabia, usiłując powstrzymać śmiech, znów podchwycił.

– Więc skądże te napady ni stąd ni zowąd. Te tony sarkastyczne, te pretensje i persyflaże? Męczą mnie one.

– A żebyś wiedział, jak mnie męczą...

– Co?

Hrabina nie znalazła odpowiedzi na języku i stąd się rozgniewała naprawdę. Błysnęła oczami i wlepiając je w twarz męża, po pauzie dopiero odparła:

– Co? Ten mąż, ten pan, który jest niby mężem, a który myśli o wszystkim, tylko nie o żonie!

– Wszakże dopiero co zastrzegałaś sobie z mej strony troskliwość, mającą coś wspólnego z troskliwością kochanka...

– Ależ bądź tylko przyzwoitym i uczciwym!

– Uczciwym?

– Czy myślisz, że nim jesteś może? Czy sądzisz, że wywiązujesz się ze wszystkich obowiązków, skoro siedzisz na tym fotelu i czytasz „les confessions”, lub zjesz obiad, narzekając, ze nie odpowiada twej kompleksji trawienia, będącej u ciebie, jak u tej starej panny, o której dopiero co czytałam, dramatem?

Hrabia zmarszczył się. Nie lubił, gdy dotykano fizycznych stron jego ustroju.

– Co ty chcesz ode mnie? Zachodzę w głowę, co znaczą te napady...

Urwał, bo w tejże chwili dał się słyszeć japoński dzwon, oznajmujący podanie obiadu. I równocześnie doleciały go z salonu głosy gości pałacowych, którzy wchodzili drzwiami od tarasu.

– Chwała Bogu! – zawołał, wstając – radzę ci serio zrobić tego roku kurację w Ujazdowie. Jesteś zagrożona chorobą. Bałbym się na twym miejscu w czasach, w których histeria jest modną.

Podbiegł do wchodzącej panny Kolońskiej i, podając jej ramię, ciągnął:

– Radzę właśnie mojej żonie kurację w Ujazdowie.

– Jest chorą? Wanda? La santée méme?

– Zdaje się. Robi mi sceny podobne do napadu Napoleona na Rosję, ni stąd, ni z owad, bez przyczyny, bez pretekstu...

– Oh! – zaśmiała się pulchna, mała, wesoła blondynka. – Czyż pan byłbyś tak głupym, by chcieć, iż by kobieta pana informowała o pretekście. To, to właśnie, co ona najwięcej ukrywa.

Znajdowali się w sali jadalnej, gdzie dalszy ciąg sceny małżeńskiej rzeczywiście byłby nie na miejscu w dekoracji najczystszego renesansu, na fotelach, podobnych do konfesjonałów. Ale śliczne oczy hrabiny jeszcze rzucały pioruny.

Nie znosiła tego peu de cas, jaki mąż jej zdawał się sobie robić z jej pretensyj, tego sposobu obracania ich w żarty, wydrwiwania ich.

Siadając zawołała:

– Jeśli by kto potrzebował kuracji, to człowiek, który w dziewiętnastym stuleciu każe ludziom siadać na takich maszynach do tortur, dobrych do zapleśniałych muzeów, chowających pamiątki po wariatach minionych wieków.

Homel pobladł; jeżeli czego nie znosił widocznie, to krytyki swoich zasad i pomysłów. Rzucając piorunujące spojrzenie na żonę, ale tonem spokojnym, naturalnym, na który się wysilał, bo drgało mu w głosie, zawołał po francusku:

– Certainement! Są osoby, bardzo nieodpowiednie do stylowych mebli!

Pani Wanda poczerwieniała, bo nie miała odpowiedzi.

Nastąpiła cisza, jedzenie zupy, pozwalające pannie Kolońskiej zebrać myśli, by nadać inny ton obiadowi, wszczętemu wśród pocisków nieskończonej scysji małżeńskiej.