Pantofelki z flądry - Wiechecki, Stefan - ebook
Wydawca: vis­a­vis/Etiuda Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pantofelki z flądry - Wiechecki, Stefan

WIECH jednakowo zachwyca już czwarte pokolenie Polaków. Przedtem dziadków i rodziców. Teraz znów dzieci i wnuków. Pokładamy się ze śmiechu i zarazem ciarki nas przechodzą. Przedwojenne opowiadania. Przedwojenna jakość. Wiech uznany za najbardziej warszawskiego z warszawskich pisarzy. Znawca, a może wręcz współtwórca warszawskiej gwary, choć on sam twierdził, że jedynie wiernie ją odtwarza, ograniczając się jedynie do oszlifowania jej, a czasami nadania jej formy nieco elegantszej, bo w jego ksiązkach nie znajdziemy żadnego grubiaństwa (z ulubionym warszawskim kurwa jego mać na czele), a mimo to oddaje w sposób niezwykły koloryt językowy warszawskiej ulicy. A przy tym te jego opowiadania mają przecież także niezwykle ostry, krytyczny pazur – wszak Wiech wytyka nam bezwzględnie nasze wady z pijaństwem i awanturnictwem na czele. O autorze niniejszego tomu pisał Michał Choromański: Uważam Wiecha za jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych, niewyczerpanego w pomysłach i zajmującego wyjątkową postawę moralną. O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem. A Maria Pawlikowska-Jasnorzewska dodawała: Wiech to gentleman, szalenie dowcipny, nigdy jadowity, często wzruszający. Jego felietony są wynikiem obserwacji bardzo uważnej, pracy w swoim rodzaju całkiem twórczej i na wskroś oryginalnej. A Antoni Słonimski podsumowując twórczość Wiecha pisał: Wolę książkę, która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia, od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia. Obecny tom pt. Pantofelki z flądry czyli czwarty tom opowiadań powojennych Wiecha w naszej edycji jest zapożyczony od jednego z utworów, zawiera większość opowiadań opublikowanych przez autora w latach 1948-1950 w tomach G – jak Gienia, Z bukietem w ręku oraz Do wyboru do koloru. Pominęliśmy opowiadania, które Wiech opublikował już przed wojną, a w wymienionych wyżej tomach po prostu powtórzył pod identycznym tytułem bez zmian (lub ze zmianami jedynie o charakterze kosmetycznym). Część opowiadań z tomu G - jak Gienia, które nie weszły w skład niniejszego zbioru, opublikowaliśmy wcześniej w tomie trzecim niniejszej edycji pt. Wiadomo – stolica!

Opinie o ebooku Pantofelki z flądry - Wiechecki, Stefan

Fragment ebooka Pantofelki z flądry - Wiechecki, Stefan






















Strona redakcyjna


Pantofelki z flądry

– Słyszałeś pan, panie Krówka, podobnież mamy w te zimę nosić buty z rybiej skóry.

– Co pan mówisz?

– To, co pan słyszysz. Już w Gdyni garbarnie otworzyliśmy, gdzie się węgorze, dorsze i insze sardynki na chrom i giemze przerabia.

– Ryba, panie szanowny, w ogóle karierę po wojnie u nas robi.

Dawniej najwyżej w wilię wrąbałeś pan kawałek szczupaka po żydowsku, a przy piątku dzwonko „katolika” z cybulką tylko i wyłącznie przez szaconek dla postu. A teraz stale i wciąż rybę się opycha.

– Bo teraz krugom post – trzy razy na tydzień piątek.

– Ryba głowe do inicjatywy prywatnej podobnież wyrabia.

– Ale na buty po mojemu kwalifikacji nie posiada.

– Mówisz pan jak żłób z prowincji, któren gazet nie czy­ tuje. Z węgorza – węża na damskie pantofelki podobnież ta­ kiego robią, że niech się najdziksza afrykańska żmija schowa. Z wędzonego łososia masz pan znowuż dla żony kapcie w ko­ lorze cielistem do różowej sukni na lato. Z sardynek i szprotek obuwie dziecinne.

– Czekaj pan, jak pare lat temu nazad byłem nad morzem, podali mnie gdzieś w barze rybe kalekie, z jednej strony tylko mięso miała, a z drugiej ości. Na razie raban podniosłem, bo myślałem, że mnie restaurator kantuje, ale mnie wytłomaczył, że taka jej uroda. Mięso nawet miała owszem sosiste, chociaż tylko z jednej strony. Zapomniałem się tylko knajpiarza zapytać, jak się ta nieszczęśliwa ofiara losu nazywa.

– Flądra.

– Cicho… Nie wyrażaj się pan o rybie z Ziem Odzyskanych, bo za to można sobie ładnie posiedzieć.

– Jakiem prawem – takie ma nazwisko.

– Niemożebne.

– Skaż mnie Bóg, tak się nazywa.

– No ale dlaczego, powiedz mnie pan.

– Podobnież niemoralnego prowadzenia.

– Co pan powiesz? To i między rybami tyż są takie?

– A co pan myślisz, karp, szczupak nie potrzebuje się za­ bawić poza domem.

– No faktycznie. Ale z tej szarguli to żadna szanująca się kobieta czółenek nie włoży.

– Dlaczego? Będą nosić – na dancing, na randkie…

– A ciekawość wiesz pan, panie Krówka, z czego będą robić kartkowe kamasze?

– Z ulika w ikre kopanego, bo za demokrate jest między rybamy.

– Daj pan spokój, to niemożliwe.

– Pod jakiem względem?

– Zanieczyszczenia powietrza… Kto by ta na nogie za­ łożył. Z tramwaju pana za mordę wyrzucą. W kościele, w teatrze, na wiecu ludzie nosami kręcić na pana będą.

– Dlaczego? O wiele wszyscy będziemy śledziem podjeżdżać.

– Chyba że wszyscy.

– Monopol Spirytusowy pierwszy to w rządzie przeprowadzi.

– Z jakiego powodu?

– Dzieciak z pana. Jak pan śledzika poczujesz, to zaczem się pan rozglądasz?

– Za setką wódki.

– No właśnie. Propaganda i informacja.

– Faktycznie. Ale wiesz pan, jedno mnie dziwi, ze wszystkiego się sztyblety dzisiaj przyrządza. Lakiery na sosnowych podeszwach, pantofle na samochodowych balonach, a teraz całe parki z rybiej łuski…

Że tyż nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby z wołów i cielaków skóry ściągać, garbować i buty szyć? Przypuszczam, że dużo gorsze, niż z dorsza by nie byli.


Pijane serce

Wiele dziś mówi się o tym, że po długiej barbarzyńskiej wojnie stwardniały dusze ludzkie i zobojętniały zupełnie na niedolę bliźniego.

Toteż przyjemnie mi jest wspomnieć na tym miejscu o szlachetnym w tym względzie wyjątku. Jest nim pan Seweryn Miętki, szewc damski pasowy. Szedł sobie pewnego dnia p. Miętki ulicą, balansując od ściany do ściany. Chociaż z trudem przebierał nogami, śpieszył się bardzo. Mimo to jednak, ujrzawszy, że jakaś kobiecina została potrącona przez samo chód i uległa potłuczeniu całego ciała, przerwał natychmiast wędrówkę i objął komendę nad akcją ratunkową.

Przede wszystkim chcąc zapewnić rannej dostęp powie­ trza, zajął się rozpędzeniem gapiów, w tym celu wyłamał sztachetę z pobliskiego parkanu i ująwszy ją mocno w rękę, rzucił się na gawiedź.

– Jazda stąd, co tu mata pieska wasza niebieska – chorej osobistości nie widzieliście!?

Rozdzieliwszy na lewo i prawo kilkanaście dobrze ulokowanych ciosów, przystąpił do dalszej akcji samarytańskiej.

Na początek dla wzmocnienia chorej przyniósł jej z przyległej restauracji bombę jasnego piwa i większy bigos z pomidorami.

Ponieważ jednak nieszczęśliwa odmówiła przyjęcia posiłku, jednym haustem wypił piwo i usiadłszy opodal, zaczął konsumować bigos, żeby nie wystygł.

Ale nie zdążył się z tym uporać, gdy nadszedł wezwany przez kogoś lekarz.

Odstawił więc natychmiast talerz, wybiegł naprzeciwko doktora i poprowadził go do rannej.

– Panie doktorze, żywo ruszaj się pan. Z przejechaną dobrze nie jest – bigosu już nie chciała rąbać.

Ale jak się weźmiem razem do ratonku, może nam się uda jakoś babę podzelować.

Pan będziesz jodynował, a ja będę zawijał. Chociaż po mojemu to trzeba by jej na początek postawić za uszamy pijawki.

Dawaj pan parę sztuk, tylko tresowanych, żeby w ręce nie gryźli.

Lekarz odsunął pana Miętkiego i rozpoczął swe czynności, ale nie mógł się uchronić od jego fachowej krytyki.

– Co jest? Jak pan to robisz? Więcej jodyny. Nie żałuj pan towaru, lej pan na mój koszt. Z torbamy psiakrew pójdę, a muszę tę daną kobietę do zdrowia doprowadzić. A morduchnę to trzeba by jej zeszyć i to ja zrobię.

Tu p. Miętki bez dłuższych ceregieli chciał przystąpić do operacji, twierdząc, że nikt tego lepiej nie zrobi, ponieważ jest on specjalistą od damskiej pasowej roboty.

– Atłas szyje, jedwab szyje, krokodyla drania szyje, z flądry cholery niedługo podobnież parki szyć będziemy, to i ten obstalunek odstawię jak się należy, czysto i z gwarancją.

Ponieważ lekarz nie chciał do tego dopuścić, pan Miętki zaś nie zamierzał ustąpić, zaszła potrzeba wezwania milicji.

W czas jakiś potem p. Seweryn stanął przed sądem pod zarzutem przeszkadzania lekarzowi w udzielaniu doraźnej pomocy.

Usłyszawszy ten zarzut, oskarżony chwycił się za głowę i zawołał:

– Czy że ja śnię? Czy pijany jestem, jak pragnę zdrowia? Kto przeszkadzał? Ja pomóc chciałem, bo widzę, że doktor młodziak igły jak się należy nawlec nie potrafi, a do szycia się bierze!

Mimo tych zapewnień sąd uznał pomoc pana Seweryna za zbyteczną i skazał go na trzysta złotych grzywny.

Czy warto okazywać serce?


Miłosierni fachowcy

Spotkałem wczoraj w „trójce” pana Piecyka. Przywitaliśmy się serdecznie jak dwaj dobrzy znajomi, którzy dawno się nie widzieli. Miła rozmowa potoczyła się wartko dokoła pogody i polityki.

W końcu zwróciliśmy uwagę na licznych pasażerów udających się na cmentarz z kwiatami w wigilię Zaduszek.

Po kilku ogólnikach na temat tradycyjnego święta pan Piecyk rzekł:

– No, w tem roku chyba dziadów będzie na smentarzach sporo, nie tak jak przed wojną, kiedy to ich gliny ganiali.

Pamiętam w jednem roku, kiedy to się policja jak nigdy na dziadów uwzięła, wybrałem się na Bródno z żoną i z teściem. Wchodziem i oczom swojem nie wierzem. Ani jednego dziada pod bramą. W głównej alei także samo żadnego miłosiernego fachowca nie widać.

Przykro mnie się zrobiło, bo widzę, że historyczną tradycję cholera bierze, a bez tego daleko nie zajedziem.

Przedtem, zaczem zaczęli ich ganiać, było na smentarzu na co popatrzeć, a także samo posłuchać.

Jeden dziad „Usta milczą” zasuwał na harmonii, inny znowuż żałobne pieśń wyciągał o panu Wiśniewskiem, co przed pierwszą wojną europejską na Kościelnej ulicy zabił żonę i troje dzieci. Trzeci na okarynie takie smutne tango zaiwaniał, że łzy same w oczach człowiekowi stawali.

A jakie odpowiedzialne śpiewaki byli, głosy mieli takie, że jak nabożne pieśni wyciągali, na sto kroków wszystkie świece i lampki gaśli.

A bez dziadów co?

Cisza taka, że płakać się chce. Totyż szliśmy z żoną i teściem tą główną aleją i złe byliśmy jak wielkie nie szczęście.

Małżonkie moje szlak trafiał, bo siedmiu dziadom miała dać po groszu, żeby się jej prześcieradła znaleźli, co ich ktoś z góry nawalił.

Podobno jak się dziady zaczną modlić za jego duszę, takiej zgagi dostanie i pieczenia w gardle, że żywo prześcieradła odniesie.

Ale gdzie tu znaleźć siedmiu dziadów, kiedy ich wszystkich co do sztuki policja w mamrze zamkła.

Teść także samo był smutny, bo koszyk z żywnością ta­ skał, w którym jajka na twardo, schab, bigos w menażce i flacha się znajdowali.

A wiedział, że moja żona prędzej nasz do spożycia nie dopuści, aż nie znajdziem tyle żebraków, ile ona potrzebuje.

Totyż chodziem potem smentarzu i chodziem, nogi w krzyż pacierzowy nam powłazili, a o zakąsce nie ma mowy.

Aż tu patrzyć, na boku stoi dziad. Jakieśmy go zobaczyli, jak nie skoczem do niego, ale dotłoczyć się było nie sposób.

Trzy kolejki jenteresantów stojeli, a dziad tylko forsę odbierał, obstalonki na pacierze przyjmował i jeszcze publikie sztorcował, żeby się nie pchała.

Czekaliśmy z godzinę, ależeśmy się wreszcie dopchali. Żona całe siedem groszy mu dała, a teść z radości piątkie dołożył, tylko że drobnych nie posiadał i dziad zmuszony był piętnaście groszy reszty wydać.

A tu dopiero zrobiła się hasena. Ni z tego, ni z owego nadleciała policja, patrzy, że teść bierze pieniądze, i w taki sposób pomyślała, że on się za dziada zatrudnia – za halc go i do pudła.

Pomylić się było łatwo, bo prawdziwy żebrak ładnie się nosił. Miał na sobie fest kapotę ze skonksowem kołnierzem, dęciak i lakierowane kamasze, teść wyglądał przy niem jak łachudra.

Nie pomogło żadne tłumaczenie, zaprowadzili żony tatusia do ula i dopiero w poniedziałek rano go wypuścili.

A czy tak powinno być? – Na pewno nie.

Bo tradycji nie wolno chromolić. Kto wie, czy nie przez to Hitler łachudra łeb tak potem podniósł.

Bo co tu dużo gadać, Zaduszki bez dziadów to jak Wielkanoc bez szynki – żadnego fasonu nie posiada.


Literat w hotelu

Niedawno byłem z żoną w Katowicach. Mam bardzo zamożnie wyglądającą przedwojenną walizę opatrzoną zagranicznymi nalepkami. Jej to widocznie zawdzięczając, dostałem bez czekania w pierwszorzędnym hotelu podwójny pokój na pierwszym piętrze, opatrzony numerem 51.

Boy hotelowy zabrał walizkę i skierował się na schody, ja stanąłem przed lożą portiera dla załatwienia formalności.

Portier, poważny, łysy pan, otworzył książkę meldunkową, wziął w rękę pióro i rozpoczął urzędowanie.

– Nazwisko pana szanownego?

Wymieniłem je, a on zapisał.

– Imię?

Podałem. Zanotował.

– Zawód?

– Literat.

Pióro zawisło w powietrzu. Portier spojrzał na mnie znad binokli i zawołał w stronę chłopca, który był z walizą już na półpiętrze:

– Zaczekaj, Karol.

Karol zaczekał.

A portier, przyglądając mi się bacznie, pytał:

– Pan sobie życzy podwójny pokój?

– Tak.

– Na pierwszym piętrze?

– Może być na pierwszym.

– Z wodą zimną i gorącą?

– No naturalnie.

– I z kanapką?

– Oczywiście.

– Taki za 380 złotych?

– Dobrze.

Portier podrapał się za uchem frasobliwie i zawołał z wy­ raźnym nieukontentowaniem:

– Idź, Karol.

Po czym z ponurą miną wpisał do książki mój zawód i rzekł zimno:

– A czy możemy prosić o wpłacenie z góry za pierwszy dzień?

Teraz dopiero zrozumiałem, co oznaczało zatrzymanie Karola. Po prostu hotelarz nie wierzył w moją zdolność płatniczą. Pokutowała w jego mózgu stara tradycyjna opinia o „chudym literacie” polskim.

Zirytowało mnie to, postanowiłem rozpocząć niezwłocznie z tym walkę.

Już nie o siebie mi chodziło, ale może się zdarzyć, że zajedzie do tego hotelu taki Staś Dygat, Brzechwa z Minkiewiczem albo nawet sam Karakuliambro Konstanty Ildefons i im też gotowi zatrzymać Karola na schodach.

Przystąpiłem do natychmiastowego „przeszkolenia” w tym względzie personelu hotelowego.

– Nie za jeden dzień, tylko za trzy płacę – odrzekłem z godnością. – A tu dwieście złotych dla pana za szybkie do­ starczenie mi pokoju.

Portier zdrętwiał. Kiedy wszedłem na schody i obejrzałem się, spostrzegłem, że patrzy za mną z otwartymi ustami.

Ale to nie był koniec. Przeszkolenie przeprowadzałem konsekwentnie przez cały czas pobytu w hotelu.

Za użycie windy płaciłem po 50 złotych, za telefoniczną rozmowę miejscową tyleż, za oczyszczenie butów setkę, za ubrania – dwieście.

Oprócz tego, przechodząc przez hall, rozdawałem sute napiwki całej służbie na dzień dobry i na dobranoc. Po dwóch dniach byłem zrujnowany. Na szczęście w Katowicach mieszka mój wydawca, wziąłem grubszą zaliczkę i niezmordowanie prowadziłem akcję dalej.

Z wyników byłem bardzo zadowolony. Wszyscy kłania­ li mi się w pas. Byłem pewny, że wyrobiłem imieniu polskie­ go literata należny szacunek na odcinku hotelowym.

Trzeciego dnia, idąc schodami – usłyszałem następującą rozmowę prowadzoną na dole.

– Depesza dla numeru 51.

– A, to dla tego szabrownika, co literate udaje. Zanieś mu, zarobisz stówkę!

Wyjechałem niezwłocznie, nie płacąc za cztery herbaty.


Tylko nie jajko!

Pan Karaluch jest szoferem warszawskiej „lemuzyny”. Jeździ na swojej maszynie po ulicach stolicy od lat dwudziestu, z małą przerwą na czas okupacji, kiedy to z musu „zapychał” na towarowej rikszy. Zna naszą publiczność na wylot, nic tedy dziwnego, że do niego właśnie zwróciłem się z zapytaniem, co myśli o zachowaniu się przechodniów na warszawskiej jezdni i jaki jego zdaniem skutek odniosło przeprowadzone przez naszych dzielnych harcerzy przeszkolenie.

Pan Karaluch frasobliwym gestem nasunął czapkę na oczy i pomyślawszy chwilę, odrzekł:

– No owszem, nie można powiedzieć, skauciaki niewąsko się spisali. Każdego, co nie chciał czekać, aż przejście będzie otwarte, za mordę brali i nazad na tretuar. Przykrego słowa tyż nieraz się przy tem nasłuchali. Sam byłem świadkiem, jak jakaś paniusia z morduchną do harcerza wyskoczyła:

Komu Józio będzie zwracał uwagie, mówi, przecież to ja Józia osiem lat temu chodzić uczyłam, mówi, bo sam tylko na czworakach potrafił… A teraz jajko, mówi, chce być mądrzejsze od kury…

Faktycznie ten skauciak miał z dziewięć lat i rzeczywiście osiem temu nazad mógł po piesku po podłodze ganiać. I ta owa paniusia, o wiele go znała, mogła chłopaczynę na ręczniku chodzić uczyć, ale raz on za władzę nawet małoletnie postawiony jest, słuchać go trzeba.

Totyż widzę, że ten ów Józio, jak o tem jajku usłyszał, sczerwieniał się cały na twarzy, żal mnie się go zrobiło, wtrąciłem się i mówię do tej paniusieczki:

– Pani starsza, tylko nie od nabiału, tylko nie od nabiału! Harcerz dla pani nie żadne jajko, chociaż się pani szanowna faktycznie jak ślepa kura po jezdni bradziażysz!

Chciała mnie coś odszczeknąć, ale Józio dał znak czapką i „pojechali”.

Ale w ogólności nie można powiedzieć, zaczyna się Warszawa apiać przyzwyczajać do ruchu na ulicy i do samo chodu. Jak się trafi kto nerwowy, to na pewno będzie z prowincji. Taki to czeka parę minut i ni z tego, ni z owego daje gazu, i szoruje przez jezdnię, ile tylko ma siły. Po największej części wycieczki tak robią, co zburzone Warszawe przyjeżdżają oglądać.

Właśnie parę dni temu nazad miałem taki wypadek.

Posuwam sobie spokojnie przez Nowy Świat, patrzę, na rogu stoi parę osób i wcale nie zamiarują przechodzić. I od razu jak się nie poderwą, jak nie złapią parasoli pod pachę, jak nie ruszą na drugie stronę, tylko kurz się zakotłował.

Przed samem wozem mnie to zrobili. Zbaraniałem na razie, hamuję, skręcam, a te po całej ulicy mnie się rozlecieli. Wszędzie ich pełno, gdzie nie skręcę, jakiś mnie przed zderzakiem skacze.

A najwięcej się na mnie uparł jeden w długiem sakpalcie. W komórki do wynajęcia się ze mną bawił. Jak ja w lewo, on w lewo, jak ja w prawo, on w prawo. Walizka mu się roztworzyła, boczek wędzony i jakaś galanteria męska na ulicę wy lecieli, ręcznik z walizki się zwiesza, a on co i raz go przydeptuje i kozaka w dalszym ciągu tańczy.

Troić mnie się zaczęło przed oczami i kto wie, czy by do nieszczęśliwego wypadku nie doszło, żeby nie to, że się w końcu odwrócił i zaczął zmiatać przed siebie, aż ziemia jęczała, ale nie po tretuarze, tylko środkiem ulicy.

Ręcznik się wiwa, roztwarta waliza pół jezdni zajmuje, a ten nic nie patrzy, tylko zapycha bez przytomności.

Jak amen w pacierzu byłby pod tramwaj wleciał, żeby go milicjant za halc nie złapał i z ulicy nie zdjął.

Tak, tak uparte paniusieczki pod karny mandat trzeba brać, a prowincję opieką otoczyć, bo inaczej nigdy nie będzie porządku na jezdni – rzekł pan Karaluch i na znak, że wywiad uważa za skończony, wziął się do czytania „Jednego uśmiechu Joanny’’.


Zagęszczanie

Weszło trzech skromnie, ale schludnie ubranych panów. Dwaj mieli pod pachami tekturowe teczki, trzeci dźwigał siatkową torbę wypchaną aktami. Ujrzawszy ich uroczyste, pełne urzędowej powagi miny, pan Marian, właściciel eleganckiego, umeblowanego przytulnego apartamenciku, lekko zadrżał.

– Nic, tylko komisja mieszkaniowa – pomyślał.

Lokal miał wprawdzie niewielki, ale jak na złość żona wyjechała do Jeleniej Góry, teściowa bawiła w Łodzi, a przepisy o publicznej gospodarce mieszkaniami w pewnych punktach nie były specjalnie jasne.

Toteż uśmiechając się niepewnie, zaprosił przybyłych pa­ nów do pokoju.

Komisja, groźnie chrząkając, usiadła przy stole. Człowiek z siatkową torbą wydobył z niej plik papierów oraz sporych rozmiarów dzwonek z ręcznym napędem. Ustawiwszy go na środku stołu, oświadczył:

– Jak z tego wszystkiego widać, za komisje od zagęszczania rzadkich mieszkań jesteśmy i przyszliśmy tu obywatela zagięścić!

Lokator chciał coś wyjaśniać, ale właściciel sznurkowej torby przerwał mu, mówiąc:

– Siadaj pan, później będziesz pan mówił – i zwracając się do swego sąsiada, rumianego blondyna z przymkniętymi oczami, rzekł: – Zagajaj prezes!

Prezes, uniósłszy lekko powiek, ujął dzwonek, machnął nim kilkakrotnie, po czym stawiając go, powiedział:

– Zagajone!

Obywatel z torbą, prawdopodobnie sekretarz komisji, zabrał znowu głos:

– Po mojemu można tu będzie dorzucić małe rodzine – siedem, osiem osób!

Pan Marian zerwał się z krzesła jak oparzony.

– Panowie, gdzie? Jak to? Mieszkam tu z żoną i teściową. W myśl przepisów wykonawczych do dekretu…

– Zaraz, siadaj pan – przerwał mu znowu sekretarz – co pan będziesz nas brał w bajer przepisami. W przepisach nikt się nie może połapać. Sam magistrat adwokatów się radził, do wróżki z niemy chodził i nie mógł dojść do mety. W przerób­ ce teraz się znajdują. Na razie musiemy pracować na oko.

– Tak, tak – wtrącił trzeci uczestnik komisji. Szkoda czasu i atłasu.

Zagięszczaj go!

– Wiadomo – odparł sekretarz – tylko kombinuje, kogo tu dać. Może tego z królikamy?

– Jak to z królikami?

– Zwyczajnie, jeden obywatel królików chowa i nie ma się z niemy gdzie podziać, musiem się niem zaopiekować.

– Ale przecież moje meble.

– Faktycznie. Tapczan mogą dranie wciąć. Ale wyrzucisz go pan do kuchni i będzie git. Zresztą szafe się odsunie i tu klatkie postawi.

– Tylko że, uważasz prezes, w jednej się nie zmieszczą. Kocą się cholery jak maszyny. W pierwszem podaniu do nas ten obywatel pisał, że ich posiada sztuk dwadzieścia, a w drugiem coś nadmienia o sześćdziesięciu sześciu.

– Nie, to faktycznie za dużo, całe mieszkanie klatkami trzeba by zastawić. Trzeba kogo innego dać.

– Może tego rzeźnika z miasta Łodzi, przyjemny chłopi­ na do rany.

– No tak, proszę prezesa, ale na trzeźwo, jak mało wiela morde zamoczy, białej gorączki dostaje. W dzień nic takiego nie zrobi, najwyżej szyby powybija, graty toporem porąbie i wszystko. Ale w nocy niebezpieczeństwem życia może zagrażać.

Pan Marian patrzył na komisję z najwyższym przerażeniem:

– Panowie, bójcie się Boga…

– Zaraz, zaraz, i na to jest rada. Ręcznikami na noc będziesz go pan wiązał i będzie git.

– Ja nie chcę nikogo wiązać, ja nie mam tylu ręczników.

– Zaraz, zaraz, jak się panu ten nie spodoba, to może coś innego znajdziemy.

O, jest! To jest dla pana sublokator, senne marzenie, samotny, ładnie się nosi, bezpartyjny, nigdy prawie w domu go nie ma.

– Stale wyjeżdża?

– Nie, krugom siedzi.

– Jak to siedzi!

– No co jedne odsiadkie skończy, drugie zaczyna. W tramwajach się zatrudnia kieszonkową kradzieżą.

– Jak to, złodzieja mi panowie chcecie dać?!?

– I złodziej musi gdzieś mieszkać, i my jako komisja mieszkaniowa nie możem się w to wtajemniczać. Dokąd nic panu nie rąbnie, on dla pana nie złodziej, tylko dokwaterowany obywatel. Zresztą i na to jest rada, cuhaltowe kłódki pan na szafach pouwieszasz i będzie git.

– Ja się nie zgadzam, ja go nie chcę.

– No nie, panie szanowny, tak nie można. My do pana po obywatelsku, a pan sztorcem. Dajemy duży wybór, a pan ciągle swoje. W taki sposób musiem urzędowo. Pisz prezes nakaz.

Lokator z jękiem osunął się na tapczan i wówczas zaszło coś nieoczekiwanego. Trzeci członek komisji mrugnął na niego i wziąwszy go na bok, wyjaśnił, że właściwie komisja składa się z sympatycznych ludzi i gotowa odstąpić od do­ kwaterowania, o ile się z nią „pogada na górale”.

Olśniony nagłą myślą pan Marian otworzył szybko okno i wrzasnął przeraźliwie:

– Milicja!

Komisja przerwała posiedzenie i przewracając stół, rzuciła się do ucieczki. Jednak wspólnym wysiłkiem wszystkich lokatorów domu została przychwycona w bramie.

Jedynym dokumentem urzędowym, jakim się legitymo­ wała, było wystosowane do prezesa przez starostwo grodzkie Warszawa­Północ zaproszenie do odsiedzenia siedmiu dni za opilstwo i zakłócenie spokoju na ulicy Kaczej.

Do tego drobiazgu sąd grodzki dorzucił jeszcze niewątpliwie „prezesowi” oraz jego przyjaciołom coś niecoś za podszywanie się pod miano komisji mieszkaniowej.


Zazdrosny monopol

– Słyszałeś pan, panie Krówka, jak fatalnie tych bimbrarzy skarali. Milion złotych grzywny i dziesięć lat młyna.

– Faktycznie, kara poważna. Ale ciekawe, jak ich nakryli.

– Za pomocą drobiu i zwierzyny domowej.

– To znaczy detalicznie jak?

– Zwyczajnie. Bimber na większe skale, jak wiadomo, z żyta się wytwarza. Otóż, uważasz pan, w Warszawie robić go nieporęcznie, bo raz że zboże trzeba dostarczać, a po drugie pod względem zapachu niebezpiecznie.

Akcyźnik tylko w ulice wejdzie, pociągnie nosem i po ciemku za ulubionem zapachem pójdzie.

– Ale tylko tronkowy!

– Inszego nie przyjmą. Świadectwa musi przedstawić, a także samo egzamin ciężki wytrzymać.

Ale na wsi nawet najzdolniejszy się pogubi. Wszystko pachnie, choinki nie choinki, rozeda nie rozeda, fiołek nie fiołek, nawóz tyż swoje robi.

Dlatego tyż bimbrownie po większej części egzystują na prowincji. Weź pan takie Legionowo na przykład…

– Albo Rembertów.

– Nie, nie znasz pan giegrafii, Rembertów konkurencją dla monopolu tytoniowego się zatrudnia. I to nie tylko nasze­ go. Ameryka leży, Bułgaria leży – takich „Chesterfieldów” czy „Karteli” jak w Rembertowie nigdzie nikt nie zrobi. A opakowanie – kudy orginalnemu do niego.

– A naszą „Wolność” robią?

– Nie, krępują się. Fachowa ambicja – rzecz ważna.

– A w Legionowie znowuż bimber?!

– Nie tylko w Legionowie. Te nakryci faceci pracowali w Milanówku.

– No i co, przez drób wpadli, w jaki sposób?

– Uważasz pan, to było tak. Jak żyto z kotła wyjdzie, wytłoczyny się zostają, które także samo sporo jeszcze anko­ holu zawierają, tak na przykład jak wiśnie z nalewki.

– Mój szwagier po niedużem garnuszku takich wiśni piec w komisariacie rozebrał.

– Tu było tak samo. Bimbrownia wyrzucała wytłoczyny na pola, a krowy i drób ich konsomowali. Idzie sobie kiedyś akcyźnik ścieżką w Milanówku i oczy przeciera.

Krowy na rogach chodzą z nogami w powietrzu, drugie znowuż skaczą przez siebie tam i nazad, kozy wzięli się w pół i polkie tańczą.

Dwa koguty idą, za skrzydła się trzymają i pieją dranie, że uszy puchną, a kury z boku stoją i sztorcują ich, na czem świat stoi. Co świnie robili, nie powiem ze względu na uczą­ cą się młodzież. A wszystko niemożliwie się zataczało.

Sporutował akcyźnik, o co się rozchodzi, powąchał wytłoczyny i trafił po nitce do kłębka.

– No i wsiąkli faceci, nigdy bym się nie spodziewał ta­ kiego wyroku.

– Rozumiesz pan, ręka rękie myje – sąd państwowy, monopol państwowy, a bimber inicjatywa prywatna.

Na sprawie derektor monopolu sczerwieniał się cały ze wstydu, ale musiał zeznać, że milanowski bimber miał pełne 98 stop ni, podczas gdy monopolowy spirytus z bidą do 96 dociąga.

– Znaczy się przez zazdrość tak tych bimbrarzy uderzyli?

– Rzecz jasna.


Za winy charta

Panowie Stanisław Wiktorkiewicz, urzędnik bankowy, i Marceli Rączka, tokarz żelazny, sąsiadują z sobą na Słodowcu.

Mimo różnic towarzyskich mają wspólną namiętność: psy.

Pan Wiktorkiewicz jest właścicielem pięknego smukłego syberyjskiego charta, p. Rączka zaś hoduje od lat wspaniałą tłustą sukę rasy buldog.

O ile panowie znają się tylko z widzenia i obustronnie nie dążą do zawarcia bliższych stosunków, o tyle ich psy wprost przeciwnie.

Wykorzystują każdą okazję, by nie tylko obwąchać się należycie, ale w sposób niedwuznaczny myślą o zadzierzgnięciu węzłów rodzinnych.

Inicjatywa, oczywista rzecz, wychodzi ze strony męskiej. Chart imieniem Cezar wykorzystuje każdą wolną chwilę, by znaleźć się pod drzwiami wytęsknionej piękności. Ze względów zrozumiałych p. Stanisław patrzy przez palce na kawalerskie wycieczki swego pupila, pan Marceli zaś widzi w nich zamach na swój spokój domowy.

Dał temu wyraz, zaczepiwszy pewnego razu p. Wiktor­ kiewicza na ulicy.

– Panie szanowny – rzekł wówczas – ostrzegam pana, że o wiele ten pański suchotnik nie przestanie uczęszczać do mojej sieni, może być z niem krewa.

– Przepraszam, nie rozumiem. O czym pan mówi?

– Jak to o czem mówię, o pańskiej kalikaturze, o pańskiej wiedeńskiej konsolce, co ją pan zamiast leguralnego psa cho­ wasz. Niech go drania jeszcze raz spotkam koło „Lalki”, w trzech kawałkach do domu wróci.

– No, no, no, panie, tylko bez pogróżek!

– Pogróżek nie będzie, ale o wiele by się okazało, że pański ancymonek „Lalkie” strajlował, do famielii mnie się dostał i posiadam szczeniaków z mordamy cwajnosa na cienkich wiedeńskich nóżkach, leżycie u mnie oba.

To rzekłszy, pan Rączka dotknął lekko ronda swego kapelusza i odszedł.

Pan Wiktorkiewicz zapomniał dawno o tym incydencie, kiedy w kilka miesięcy później służąca zameldowała mu wizytę jakiegoś pana, który chce się z nim widzieć w sprawie niecierpiącej zwłoki. Był to p. Rączka. W ręku trzymał duży koszyk z pokrywką. Postawił na stole, odkrył i rzekł ponuro.

– Widzisz pan to? To pańskie dzieło!

Po dnie koszyka łaziły cztery małe pieski. Pan Rączka spojrzał na nie raz jeszcze, jęknął głucho i zawołał.

– Za to, że ośmieszyłeś mnie pan przed całem Słodow­ cem, że na psiem targu koło „Polonii” pokazać się nie mogię, bo bym się ze wstydu spalił, ciężko pan będziesz u mnie prze­ granem!

Tu p. Rączka zdjął marynarkę rozwiesił ją na krzesełku i ująwszy drugie w rękę, przystąpił do demolowania wnętrza oraz p. Wiktorkiewicza, któremu z trudem udało się wreszcie zbiec przez okno. Gdy wrócił z milicjantem, na rumowisku trzech pokojów siedział p. Rączka, trzymał na kolanach koszyk i gorzko płakał. W sądzie oświadczył, że musiał pomścić hańbę familijną, że czynu swego nie żałuje, przykro mu tylko, że nie zastał wówczas w domu charta. Wobec zatwardziałości przestępcy sąd skazał go na miesiąc aresztu.


Mocna herbata

Niezwykle trudną zagadkę miał do rozwiązania sąd grodzki. Oto stanęli przed sędziowskim stołem dwaj serdeczni przyjaciele, pp. Alojzy Szpagat i Mrówka Zenobiusz.

Pierwszy w charakterze oskarżonego, drugi jako poszkodowany.

Szczegóły tajemniczego zajścia, które rozegrało się między nimi przed miesiącem, są następujące.

Pan Szpagat zaprosił pana Mrówkę na herbatę do kawiar­ ni przy ulicy Radiowej. Po wypiciu kilku szklanek wyszli na ulicę i co było dalej, nie pamiętają.

Z najwyższym zdumieniem pan Mrówka obudził się w szpitalu i nie mógł wyjść z podziwu, gdy mu lekarz powie­ dział, że posiada 13 ran cięto­kłutych na całym ciele.

Nie mniej zdziwiony był pan Szpagat, ocknąwszy się w stylowej celi aresztu milicyjnego swej rodzinnej miejscowości.

Zdziwienie to nie opuszczało przyjaciół i wczoraj przed kratkami sądowymi. Ciągle wzruszali ramionami, jak gdyby chcieli mówić:

– Lojzek, jak pragnę zdrowia, co to wszystko znaczy?

– Zenuś, bij mnie w mordę, nic nie rozumie!

Sędzia usiłował z początku rozplątać zagadkę, zadając oskarżonemu szereg pytań.

– Jak to, więc po herbacie wyszliście na ulicę i nagle straciliście przytomność. To jakaś mocna musiała być herbata. Możeście tam jeszcze coś więcej pili w tej kawiarni?

– Nie, proszę sądu wysokiego, tylko po szklance herbaty, prawda, Zenuś?

– Tak jest, Lojzuś, dobrze mówisz, więcej nic nie było.

– No a przedtem!

– Panie sędzio, mam, przedtem paliliśmy amerykańskie papierosy, takie ze starożytnem facetem z bródką na pudełku. To oni nasz na pewno zamroczyli, bo są podobnież opiumowane.

– Tak jest, Zenuś, masz rację, to te papierosy, bo przecież nie „perełka” u Wacusia.

– A więc byliście u jakiegoś Wacusia i piliście „perełkę”?

– Faktycznie, ale to do rzeczy nie należy, bo cośmy tam wypili, szkoda nawet wspominać.

– No a jak wyszliście na ulicę, spieraliście się o coś, kłóciliście się.

– Nigdy w świecie. Wprost przeciwnie, Zenuś mnie ucałował serdecznie.

– Tak jest, bo płakałeś, Lojzuchna, jak dzieciak.

– I kto by się potem, proszę sądu wysokiego, spodziewał – on w szpitalu, a ja w pace. I za co, pytam się?

Pytanie to pozostało bez odpowiedzi. Ponura zagadka zimowej nocy nie została rozwiązana.

Nieco światła mogło rzucić na nią to, że tajemnicze zajście rozegrało się na ulicy Radiowej.

Kto wie, może nazwa ulicy sprowadziła rozmowę przyjaciół na śliski temat programów polskich stacji nadawczych. Może p. Szpagat uważał, że w audycjach literackich za mało miejsca poświęca się najnowszemu kierunkowi, zwanemu egzystencjalizmem, a p. Mrówka był zdania, że za dużo słów pochłaniają nawozy sztuczne z krzywdą dla naturalnego, i stąd powstała kontrowersja, która zamieniła się wkrótce w poważniejsze nieporozumienie towarzyskie.

Wszystko być mogło, ale to są tylko domysły.

Że jednak wyrok nie może się opierać na domniemaniach, sąd uniewinnił pana Szpagata, pouczając poszkodowanego, że może wystąpić przeciwko przyjacielowi w drodze prywatnego oskarżenia o pobicie.

Oskarżenie publiczne bowiem może dotyczyć tylko bójek.

Bójka zaś w rozumieniu odnośnego artykułu prawa za­ chodzi dopiero wtedy, gdy biorą w niej udział najmniej trzy osoby.

Żeby wnieść oskarżenie prywatne, należy wpłacić sądowi zaliczkę.

Pan Mrówka wysłuchał uważnie słów sędziego, skłonił się i wyszedł wraz z oskarżonym.

– Nie spodobał mnie się ten odnośny artykuł, uważasz. Jak to, o wiele dwóch osobników uskuteczni mnie letki wycisk, to mogie ich wsadzić za darmo, a skoro jeżeli jeden łachudra zimnem trupem mnie położy, to mam za to płacić paręset zło­ tych?! To nie jest w porządku.

– Masz rację, Zenuś. Nie ma, nie było i nie będzie sprawiedliwości dla narodu.


Pocałunek i konserwy

Rozkochać w sobie wdowę po trzech mężach wydaje nam się czynem niezwykle trudnym.

A jednak dokonał tej sztuki młody junak o blond czuprynie i przepysznych szarych getrach zapinanych na guziki z perłowej masy.

Wymienione zalety można było w pełni ocenić dzięki sprawie sądowej i zbyt krótkim spodniom zdobywcy doświadczonego serca.

Ale nie uprzedzajmy wypadków. Młody pan Anatol P., poszukując pokoju przy rodzinie, znalazł go właśnie u p. Ma­ tyldy W., wdowy, która przed miesiącem skończyła urzędowe opłakiwanie swego trzeciego „wota”.

– Będzie panu u mnie jak w raju – orzekła p. Matylda ujęta wyżej wymienionymi zaletami nowego lokatora.

Istotnie p. Anatol czuł się tam wkrótce jak w raju, ale odgrywał rolę Ewy. Wdowa była kuszącym wężem, oczywiście z tego najgrubszego gatunku. Był to co najmniej wąż boa konstriktor.

I stało się, że wkrótce p. Anatol gospodarował sobie w całym raju jak u siebie w domu…

Wdowa nie skąpiła mu nektaru ust i smażyła znakomite paszteciki z unrrowskich konserw „Corned Beef”. Znała też tajemnice przyrządzania znakomitej leguminy z proszku „Pre­ mixed cereal”.

Jednak najlepsze nawet paszteciki mogą się sprzykrzyć, zwłaszcza kiedy towarzyszą im pocałunki zaprawione goryczą.

Gorycz ich polegała na tym, że wdowa bywała roztargniona i tuląc do siebie p. Anatola, przymykała oczy i szeptała: „Karolu”… „Hipolicie”… lub „Dyonizy”.

Były to imiona trzech poprzedników p. Anatola.

O ile Karol i Hipolit byli mu względnie obojętni, o tyle „Dyonizy” doprowadzał go do formalnego szału, gdyż pomijając już okoliczność, że człowiek ten był za życia egzekutorem magistrackim, nosił jeszcze tak niezwykle niefonetyczne imię.

Toteż pewnego razu nazwany Dyonizym pan Anatol wyprowadził się od wdowy o trzeciej nad ranem.

Przy dzisiejszych stosunkach mieszkaniowych krok taki wytłumaczyć można jedynie atakiem szału. A jednak się wy­ prowadził i sypiał w biurze pod biurkiem.

Rozgoryczona niewiasta oskarżyła go w milicji o kra­ dzież złotego zegarka i tym sposobem zobaczyli się w sądzie.

Pan Anatol boczył się z początku, patrzył na wdowę z ukosa, ale po dziesięciu minutach siedzieli już razem w ław ce, szepcząc coś do siebie z zajęciem. Kiedy wywołano sprawę, rozpromieniona wdowa zawołała z entuzjazmem:

– Cofam oskarżenie! Zegarek się znalazł.

Wobec tego sprawę umorzono, a pogodzona para wyszła z sądu, trzymając się pod rękę.

– Tylko proszę się, Myszko, w przyszłości bez pomyłek kalendarzowych!

– Ależ oczywiście, A­n­a­t­o­l­u! – odrzekła 50­letnia wdowa z miną bobasa, który wprawdzie przeskrobał, ale „śtraś­ nie pseplasa”.

Złośliwi znajomi p. Anatola twierdzą, że na jego decyzję wpłynęła wiadomość o przydziale na kartki lutowe amerykańskich paczek typu „Menu Second Half” i związane z tym zagadnienie: jak przyrządzać „Lemon Juice Powder Synthetic” oraz co robić z „Jack Frost cane sugar granu lated”?!?


Amerykański proszek

– Nazwisko?

– Pokrywka Michał.

– Wyznanie?

– Mowy nie ma!

– Cóż to znaczy? Proszę mi podać wyznanie.

– Mowy nie ma o żadnem wyznaniu, proszę najwyższe­ go sądu.

– Dlaczego?

– Bo ja jestem niewinny.

– To nie ma nic do rzeczy, wyznanie musi pan podać.

– Jakież, proszę najwyższej instancji, mogie dać wyzna­ nie, kiedy to nie ja te łóżko wzięłem, tylko Antoni Kozioł, i cała sień może na to przysięgać.

Po wyjaśnieniu, jaka jest różnica między wyznaniem a przyznaniem się do winy, p. Pokrywka oznajmił wreszcie, że jest wyznania „polskiego”, i proces przed sądem grodzkim potoczył się dalej.

– Jakżeż to było z tym łóżkiem, panie Pokrywka?

– A no podobnież pani Potyralska miała w łóżku, z prze­ proszeniem wysokiego kodeksu, robactwo, czyli… wstyd mnie ogarnia… wyszczególnić… pluskwy.

Więc ma się rozumieć wystawiła ten grat na korytarz, pod moje drzwi, z powodu że, jak wysoki sąd widzi, jestem jasnem blondynem.

– Jakiż to ma związek jedno z drugim?

– Związek naukowy, proszę najwyższej izby. Nauka mówi nam, że pluskwa, chociaż to niby głupi robak, smykał­ kie swoją posiada i do blondynów się garnie, a od brenetów ucieka. Takie jej już naturalne prawo.

Więc ma się rozumieć, jakżem je zobaczył, zaraz mówię: „Nie mam życzenia, żeby mnie byle kogo pluskwy gryźli” i przestawiłem to robaczywe łóżko pod drzwi pana Broszkiewicza, kolejarza, któren nocną służbę przeważnie ma i rzadko kiedy w domu nocuje. To co takiemu pluskwa, zrobi?

Ale pan Broszkiewicz, jak to zobaczył, tyż mówi: „Plusk­ wy się co prawda nie boję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z tą cholerą Potyralską”.

Bo oni, proszę najwyższego sądu, mieli w przeszłem roku ze sobą sprawę o kota.

No i w ten deseń pan Broszkiewicz kopnął łóżko, aż po­ leciało pod drzwi pana Kozła.

Pan Kozioł parę miesięcy temu nazad wrócił spod Amerykanów i przywiózł ze sobą taki proszek… ABC czy jakoś tam się nazywa.

Tem proszkiem, podobnież żeby pluskwa najgłębiej gdzie w dziurze siedziała, to ją się wystraszy. Jak w czasie wojny amerykańskie sołdaci swoje okopy niem wysypali, wszystkie pluskwy, pchły i także samo inne, ma się rozumieć, inspekty pryskali, ile tylko mieli siły, do niemieckich okopów.

Szkopy zaczęli się drapać jak najęte, a temczasem Amerykany na nich naskakiwali i niemożebny wycisk jem dawali, bo faktycznie trudno walczyć, jak się tak zwane dolne galanterie w ręku trzyma.

– Ale co pan tu opowiada, cóż to ma wspólnego ze sprawą?

– Owszem ma bardzo dużo, bo to było tak. Jak ten ów pan Kozioł zaczął z tem łóżkiem amerykańskie czary wyprawiać, wszyscy lokatorzy wyszli do sieni i się patrzą.

Nasypał tego abecadła na papier i dmuchnął, ale widocznie nie w te strone, bo proszek się cafnął i zaczem na łóżko poleciał nam wszystkiem w oczy.

Jak niewidome szatany lokatorzy zaczęli po sieni latać i krzyczyć, że wzrok stracili. Wtenczas pan Kozioł każdego jednego brał za halc i pod kran. Oczy jem przemył, ale oni znowuż w krzyk, że pluskwy z łóżka najechali i po plecach ich gryzą.

Oczywiście to była tak zwana imaginacja, ale pan Kozioł koniec końców „okład” dostał i obecnie przebywa w szpitalu Przemienienia Pańskiego, ale ja go nawet nie trąciłem.

– Sprawa nie toczy się o pobicie, tylko o kradzież łóżka.

– A o wiele tylko o łóżko, to faktycznie pluskwy z niego uciekli i pani Kozłowa zabrała go jak swoje!

Ponieważ świadkowie, lekko się drapiąc na wspomnienie doświadczenia z amerykańskim proszkiem, potwierdzili ze­ znanie oskarżonego, sąd pana Pokrywkę uniewinnił.


„Posuń sie pan troszkie”

Utarł się zwyczaj, że każdy prawie szanujący się dziennikarz czy literat powracający z wczasów podaje do wiadomości publicznej swoje wrażenia urlopowe.

Jako karny członek obydwu wyżej wymienionych związków zawodowych, solidaryzując się ze stanowiskiem szanownych kolegów, zaczynam…

A więc wczasy spędziłem, rozumie się, na Ziemiach Odzyskanych, w jednym z uroczych, oczywiście, uzdrowisk dolnośląskich, zwiedzając przepięknie, rzecz jasna, położone wśród malowniczych wzgórz u stóp Sudetów i Gór Olbrzymich miasta i osady.

Zgodnie ze sloganem umieszczonym na prospekcie Za­ rządu Uzdrowisk Dolnośląskich przybyłem tam: „Po nowe siły dla ciała i świeżą energię dla ducha”.

O samej kuracji nie będę się zbytnio rozwodził, bo do niej nie doszło. Speszyła mnie przygoda pewnego świeżo poznanego wczasowicza, też zresztą z Warszawy, który udawszy się do lekarza zdrojowego, usłyszał od niego:

– Na początek zrobimy panu płukanie jelit.

Mój nowy znajomy, usłyszawszy to zbladł, cofnął się ku drzwiom:

– Za co, panie doktorze, za co? – szepnął przerażony. – Przecież to nie ja przewróciłem bufet w „Wersalu”, tylko Feluś… – i zebrawszy pośpiesznie ubranie, uciekł.

Opowiadał mi o tym później z oburzeniem, przyznawał, że obaj z nieznanym mi bliżej Felusiem przewrócili bufet w pewnej restauracji uzdrowiska, ale tylko dlatego, że schab był przepieczony, poza tym w Warszawie płukanie żołądka robi się jedynie w tym wypadku, gdy pacjent rozbiera piec w komisariacie.

Wytłumaczyłem mu, że płukanie jelit widocznie coś innego ma na celu, że zaszło chyba jakieś nieporozumienie, ale do lekarza jakoś się nie wybrałem.

Ograniczyliśmy się do zwiedzania miast i osiedli. Obchodząc ulice Wałbrzycha, znanego tu także pod mianem Wal brzuch, skonstatowałem, że właściwie zarządzenie o zakazie wywożenia mienia ruchomego z Zachodu jest niepotrzebne albo co najmniej spóźnione. W witrynie wielkiego domu komisowego oprócz paru mizernych kryształów stał tylko samotny półbucik, opatrzony kartką z następującym napisem:

„Lewy but nr 45 do sprzedania”.

Prawy widocznie dawniej już został ewakuowany do Macierzy…

Na wycieczkach krajoznawczych miesiąc zleciał jak z bicza trzasł i pewnego niedzielnego wieczoru znalazłem się na peronie dworca w Wałbrzychu, oczekując na pociąg z Je leniej Góry do Warszawy. Otaczał mnie tłum kuracjuszy i zwykłych podróżnych. Ale byłem spokojny o miejsce, miałem bowiem w kieszeni miejscówkę do wagonu służbowego. Obok mnie stała eteryczna blondynka z dwiema walizami, która jak się dowiedziałem z rozmowy, jaką prowadziła z sąsiadami, odbyła właśnie kurację w Cieplicach. Punktualnie o którejś tam godzinie wpadł na peron pośpieszny do Warszawy. Podbiegłem do wagonu służbowego, na którego stopniu stanął konduktor, kategorycznie żądając od tłoczących się podróżnych okazania miejscówek.

I tu dopiero wyszły na jaw niezwykłe wartości zdrojów dolnośląskich jako skarbnicy siły i energii. Eteryczna blondynka, pędząc na czele watahy kuracjuszy, rozbijała w puch wszystkie przeszkody. Jednym uderzeniem niedużej walizy w pierś pozbawiła konduktora tchu. Drugim ciosem ręcznego nesesera zrzuciła go ze stopni, usiłując wtargnąć jako pierwsza do wagonu. Ale reszta podróżnych też przez miesiąc czerpała tężyznę dla ciała i energię dla ducha ze śląskich krynic w Wieńcu, Kudowie czy Cieplicach. Zwarły się w wąskich drzwiach te wszystkie siły oraz około tuzina waliz i „ani wewte, ani wewte”. Korzystając z zamieszania, przeczołgałem się po kłębowisku ciał i wkrótce znalazłem się w korytarzu wagonu. Towarzyszyły temu jęki, zaklęcia, ciche skargi i głośne wymyślania pasażerów, którymi wagon był wypełniony bez reszty. Byli to wszystko posiadacze miejscówek i delegacji służbowych. Okazało się, że moja miejscówka upoważniała mnie do stania na jednej nodze z walizą trzymaną w obu rękach w górze. Usiłowałem kilkakrotnie postawić ją na głowie jakiegoś towarzysza podróży, ale trafiałem na aspołeczną i upartą jednostkę.

Wyzyskując podstępnie egipskie ciemności panujące w wagonie na jakiejś stacji, zmyliłem czujność współpasażerów i dorwałem się do siedzącego miejsca w przedziale. Ale nie na długo. Za chwilę zamajaczyła przede mną jakaś potężna niewiasta objętości trzech normalnych pasażerek i rzekła:

– Posuń się pan troszkie.

Siedzący ze mną razem zaprotestowali żywo:

– Nie ma miejsca, to jest ławka na cztery osoby.

Ale reprezentacyjna kobieta nie zniechęciła się tym ruchem oporu. Odwróciła się do nas tyłem i ruszyła do ataku w wąską szczelinę między mną i jakąś chuderlawą sylwetkę w cyklistówce. Zatrzeszczały spojenia wagonu, rozległ się przyduszony jęk czterech pasażerów ze mną włącznie. Poczułem, że ławka usuwa się spode mnie, a za chwilę siedziałem już na podłodze, rozcierając sobie krzyż. Miejsce moje zajmowała pasażerka o imponującej aparycji. Patrząc na mnie z góry, rzekła wyniośle:

– Żebyś pan był „żentelmanem”, samodzielnie ustąpiłbyś pan miejsca samotnej kobiecie. No wstań pan z ziemi, bo nóg nie można wyciągnąć!

Podniosłem się szybko i wyszedłem na korytarz. Tam wróciwszy do poprzedniej pozycji na jednej nodze i zarzuciwszy ramiona na szyję jakiemuś zrezygnowanemu blondynowi o wyglądzie wicestarosty, przetrwałem do bladego świtu.

Przez szybę ujrzałem samotną kobietę chrapiącą na moim miejscu. Miała na głowie modny kapelusz w kształcie tropikalnego hełmu z indyczym piórem. Na obfite jej wdzięki musiały się składać ukryte pod jesiennym płaszczykiem co najmniej ze dwa futra, watowana kołdra i ze dwie duże kryształowe kompotierki.

Nie jest jeszcze tak źle z Ziemiami Odzyskanymi, jak mi się to w Wałbrzychu wydawało.

Dolnośląskie zdrojowiska są istotnie niezrównanym źródłem fizycznej tężyzny i hartu ducha. Bez odbycia miesięcznej choćby kuracji w którejkolwiek z tych uroczych miejscowości nikt by takiej podróży nie przetrzymał.


Co to tak trzeszczy?

Lato to sezon truskawek, czereśni i… przepraszam najmocniej… pluskiew. W związku z tym p. Konstanty Dzieciak, uzdolniony plastyk pokojowy, w chwilach wolnych od zająć podejmuje się tępić je za pomocą własnego epokowego wynalazku, przy użyciu aparatury stanowiącej również własny jego pomysł.

Konstrukcję oraz działanie tej maszynerii opisał szczegółowo w sądzie grodzkim p. Hilary Mączkowski, buchalter bilansista, który miał szczęście wypróbować wynalazek p. Dzieciaka na własnych pluskwach.

– Pan Dzieciak – mówił pan Mączkowski – zatkał mi wszystkie dziurki w sypialni, a potem postawił na podłodze emaliowaną miednicę, nasypał tam zdaje się siarki, zapalił, zamknął drzwi na klucz i poszedł. A przedtem powiedział, że przyjdzie za 24 godziny wypuścić gaz.

Po dwóch, trzech godzinach usłyszeliśmy w sypialni jakiś trzask, drzwi zrobiły się takie gorące, że nie można było się do nich dotknąć. Posłaliśmy dozorcę do p. Dzieciaka, żeby zobaczył, co się dzieje. Ale pan Dzieciak powiedział, że to pluskwy tak trzeszczą i żeby broń Boże drzwi nie otwierać, bo gaz wyleci.

Wobec tego zasłoniliśmy drzwi kołdrą i czekamy, co będzie.

Po godzinie zobaczyliśmy, że z kołdry leci dym. Posłaliśmy znowu do pana Dzieciaka. Wtedy przyszedł, ale był bardzo wstawiony, wyjął z dziurki od klucza watę, zajrzał tam i powiedział, że „zdaje się bieliźniarka się państwu pali, ale na pewno nie wiadomo, bo gaz jest”.

– To ja mu mówię: „Panie Dzieciak, jak to nie wiadomo? Musi pan wejść i zobaczyć”. Ale on odpowiedział:

– A już, za zatrutego gazem się zostane dla pańskiej bieliźniarki, niech ją cholera weźmie.

Wobec tego chciałem wpaść do pokoju sam, ale p. Dzieciak mi nie pozwolił.

– Dla szafy nie ma ratunku, a jeszcze pan sobie łeb i mordę opalisz, na ulicy nie będziesz się pan mógł parę miesięcy pokazać.

A potem zawiązał mi głowę w mokry ręcznik, kazał wskoczyć do sypialni i szybko otworzyć okno. Wskoczyłem, ale ponieważ miałem zawiązane oczy, przewróciłem się o miskę, siarka się wylała i zapaliła się kapa na łóżku.

Z dalszych słów pana Mączkowskiego wynikało, że od kapy zajęła się pościel, od niej zaś firanki i tapety.

Jeśli się zaś zważy, że już uprzednio stały w płomieniach bieliźniarka oraz stół, cała sypialnia uległa zupełnemu zniszczeniu z winy p. Dzieciaka, który powinien ją odkupić.

P. Dzieciak wychodził z zupełnie innego założenia. Pod­ jął się wytępienia pluskiew, dokonał tego dzieła, na dowód czego wyjął z pudełka od zapałek i pokazał sądowi 12 sztuk za­ gazowanych śmiertelnie insektów – reszta go nic nie obchodzi.

Sąd jednak stanął na stanowisku, że niszczenie pluskiew wraz z zawierającymi je meblami jest lekką przesadą i prze­ sądził całkowitą stratę na rzecz nieszczęśliwego pogorzelca.


Uśmiech losu

Kolega Pętelka z „Gońca Demokratycznego” nie miał szczęścia do zegarków. Przedwojenny zabrali mu „zegarmistrze” podczas powstania.

Następny okazyjnie nabyty za sześć ciężkich tysięcy zdjął mu z ręki jakiś uprzejmy warszawiak, pomagając mu wsiąść na ciężarówkę w charakterze „łebka”.

Toteż gdy Związek Dziennikarzy przydzielił redakcji „Gońca” zegarek kieszonkowy firmy „Thiel” w cenie 1500 zł do rozlosowania, kolega Pętelka nie miał żadnej nadziei na wygranie go.

A jednak niezbadane są wyroki Fortuny. Oto podczas uroczystego aktu losowania specjalnie sprowadzona z Towarzystwa Dobroczynności efektowna sierotka wyciągnęła z zastępującego koło szczęścia kapelusza naczelnego redaktora kartkę z nazwiskiem właśnie kolegi Pętelki.

Radość jego nie miała granic, dopłaciwszy z uśmiechem

1500 zł i żegnany pełnymi zazdrości spojrzeniami kolegów poszedł na miasto napawać się posiadaniem pięknego czasomierza.

Zegarek był istotnie śliczny, lekki, płaski o najnowocześniejszej atomowej, można by powiedzieć, linii.

Tylko chodził trochę dziwnie, bo w dużej zależności od pogody.

Kiedy było zimno, normalnie spóźniał się do dwóch godzin na dobę, przy ciepłej aurze o tyleż się spieszył. Fatalnie wpływały nań wszelkie zaburzenia atmosferyczne, wówczas bowiem wskazówki obracały się w kierunku odwrotnym, a co zatem idzie, wskazywał godzinę coraz wcześniejszą. Stwarzało to pewne paradoksy. Na przykład kolega Pętelka wstawał o godzinie siódmej rano, mył się, zjadał śniadanie, wychodząc na miasto, spoglądał na zegarek i dowiadywał się, że jest właśnie druga minut piętnaście w nocy lub po południu.

Te kłopotliwe właściwości zegarka spowodowały w koń­ cu, że kolega Pętelka począł szukać nabywcy.

Znalazł wreszcie w osobie pewnego znajomego, który żeniąc się z zamożną właścicielką baru oraz dwóch pokoi z kuchnią, musiał zacząć prowadzić uregulowany tryb życia i poszukiwał w tym celu chronometru.

Transakcja została załatwiona pewnego dnia o równej umiarkowanej temperaturze i przeszła bez przeszkód za tysiąc złotych.

Następnych dni kolega Pętelka usiłował jednak unikać swego znajomego. Udawało mu się to przez trzy tygodnie.

Pewnego jednak popołudnia spotkał go oko w oko na Marszałkowskiej.

Dziennikarz, przypomniawszy sobie, że komunikat meteorologiczny zapowiadał na dzień dzisiejszy porywiste wiatry ze skłonnościami do burz, usiłował wskoczyć do tramwaju.

Ale znajomy ściągnął go ze stopnia i… zaprosił na wódkę. Był ożywiony, opowiadał mu najświeższe kawały, rozprawiał o wyborach i nowych przydziałach paczek „UNRRA”. Kolega Pętelka słuchał z niebywałem roztargnieniem, podejrzliwie przyglądając się swemu rozmówcy. Prześladowała go bowiem jedna uparta myśl:

„Za chwilę wyrżnie mnie w mordę!”.

Toteż w momencie gdy znajomy zawołał:

– A teraz muszę panu podziękować za ten zegarek – zerwał się od stolika, przewracając krzesło i rzucił się w stronę wyjścia.

Ale nowonabywca posadził go z powrotem, zażądał od kelnera następnej kolejki i wołał:

– Do końca życia panu tego nie zapomnę! Dzięki temu zegarkowi spóźniłem się o trzy godziny na ślub! A na drugi dzień wdowie zapieczętowali bar i komisja mieszkaniowa dokwaterowała jej kolejarza z siedmiorgiem dzieci w wieku od lat ośmiu do trzech miesięcy!


Życie na kartki

Nie ma to jak życie na kartki! – mawiał pan Euzebiusz Bielas, posyłając często do sklepu spożywczego należącego do pana Wacława Ciuchny z kartką takiej mniej więcej treści:

„Szanowny Panie Ciuchna, proszę uprzejmie o wydanie oddawcy niniejszej kartki: 25 dkg szynki, tylko nie tłustej, 10 dkg masła, 2 nałęczaków oraz szczeniaczka wódki. Z poważaniem itd.”.

Pan Ciuchna, którego łączyła z panem Bielasem dawna znajomość, wymienione artykuły wydawał, kartkę zaś wieszał na gwoździu w towarzystwie takichże dokumentów otrzymanych poprzednio.

Gdy zebrała się ich jednak spora kolekcja, przestał honorować cenny podpis pana Bielasa i oświadczył jego małżonce, że zrywa z systemem kartkowym, pragnie oprzeć dalsze stosunki na zasadach przyjętych w wolnym handlu oraz prosi o uregulowanie należności w sumie 2285 zł

Pan Bielas obraził się na pana Ciuchnę, kartek więcej do niego nie posyłał, ale też nie chciał słyszeć o jakichś przebrzmiałych jego zdaniem rachunkach.

Nie mając innej rady, pan Ciuchna złożył klientowi wizytę, a bezpośrednio po niej udał się do lekarza z prośbą o dokonanie obdukcji.

Spostrzeżenia doktora znalazły się wkrótce potem na stole sędziego grodzkiego.

Ekspertyza lekarska zawierała bardzo obrazowy i barwny opis wyglądu głowy pana Ciuchny.

„W okolicy linii środkowej czaszki guz wielkości jaja kurzego, na czole drugi wielkości kartofla, liczne zdrapania naskórka, pod okiem opuchnięcie wielkości mandarynki”.

– Sam pan sędzia widzi, że pan Bielas zrobił ze mnie, można powiedzieć, hurtownię mleczarsko-warzywniczą. Czego ja nie miałem na głowie? I jajka byli, i kartofle, i katańskie pomarańcze, pomidory, kalafiory… I arbuz miałem pod okiem! – żalił się sędziemu pan Wacław i żądał surowego ukarania wojowniczego klienta, który nie dość że odmówił wykupienia swoich kartek, jeszcze tak fatalnie go sponiewierał przy pomocy laski zakopiańskiej zwanej ciupagą.

Pan Euzebiusz tłumaczył się, że w Zakopanem nigdy nie był i nie ma najlżejszego wyobrażenia, jak ciupaga wygląda. Ponieważ pan Ciuchna zachowywał się agresywnie, pchnął go lekko ręką.

Wprawiony w ruch przedstawiciel sektora prywatnego w trzyletnim planie odbudowy gospodarczej fikał jakiś czas koziołki po pokoju i widocznie uderzając o piec i twarde meble, zaopatrzył się w produkty opisane w obdukcji.

Nie wiadomo, czy sędzia uwierzył całkowicie panu Bie­ lasowi, gdyż kazał mu zapłacić 500 zł grzywny.

– Pięćset złotych za tyle warzywa i owoców, to jest za bezcen! – kręcił głową pan Wacław Ciuchna, spodziewając się większej kary.


Pijany kanarek

Pan Hipolit Rączka nie pije, nie pali, na wyścigi nie chodzi, ma tylko jedną niewinną namiętność: kanarki.

Niestety słabostka ta jest obecnie dość kosztowna, jeśli się zważy, że piękny turkot kosztuje kilka tysięcy złotych.

Toteż pan Hipolit musiał się kontentować posiadaniem jednego tylko egzemplarza imieniem „Feluś”, w sędziwym zresztą wieku i o z lekka ochrypłym głosie.

Rzecz prosta nie mogło to zadowolić jego gustu i biedny człowiek długo czekał na okazję taniego kupna innego śpiewaka; aż wreszcie się doczekał.

Znajomi donieśli mu, że pewien hodowca zamieszkały na Grochowie byłby skłonny rozsprzedać po umiarkowanej cenie młode, świeżo opierzone kanarki, osobiście wysiedziane przez niezwykle rasową samiczkę.

Pan Hipolit mimo protestu żony spieniężył przydziałowe kamasze z prawdziwego brezentu na zelówkach z autentycznej walizkowej fibry i pojechał na Grochów.

Nie było go trzy dni. Żona nie niepokoiła się zbytnio, gdyż wiedziała, że gdy człowiek niepijący zacznie wreszcie przy jakiejś okazji pić, musi to potrwać nieco dłużej.

Jakoś przewidywania jej były słuszne. Czwartego dnia p. Rączka zjawił się w domu bez jesionki, co prawda z pod­ bitymi oczami, zmizerowany strasznie, zataczający się na nogach, ale promieniejący jakąś wewnętrzną radością.

– Kupiłem… sztukie buzi dać… Młodziak… flimon… doświadczenia w swojem fachu jeszcze nie posiada, ale się wyrobi… Głos cieniutki jak włos.

– No dobrze, ale gdzie go masz?

– W kieszeni.

Tu pan Rączka sięgnął do marynarki, wydobył stamtąd torebkę od cukierków, otworzył i omal nie padł bez zmysłów.

Kanarek leżał bez życia. Nie wytrzymał podróży tramwajem z Grochowa na Ochotę z trzykrotnym przesiadaniem.

Nikt nie zdołałby opisać rozpaczy pana Hipolita. Nie­ szczęsny miłośnik kanarków tłukł głową o szafę, wyrywał sobie włosy, rozdarł poduszkę i wypuścił wszystkie pierze. Nagle przy oknie rozległ się radosny śpiew „Felusia”. To za­ miast pocieszyć pana Rączkę doprowadziło do ataku szału.

– Gdzie sprawiedliwość? – krzyknął – młodziak w tramwaju życie oddał, a stary drań po klatce skika i denerwuje właściciela! Ale ja cię, cholero, wykształcę, koło tego pętaka zimnem trupem położę za to, że z cudzego nieszczęścia się cieszysz.

To mówiąc, zrozpaczony hodowca ujął w rękę laskę i otworzył drzwi klatki. Kanarek wyfrunął, zatoczył kilka okrążeń po pokoju i usiadł na szafie.

Pan Hipolit zamachnął się laską i wyrżnął w gąsior z wiśniowym sokiem.

Trysnął rubinowy płyn, zalewając obficie pana Rączkę i pościel na łóżku. A „Feluś” z wesołym szczebiotaniem usiadł na żyrandolu. Nowy cios laską i z żyrandola pozostał tylko mosiężny szkielet.

Kanarek siedział na gzymsie i śpiewał sobie dalej. Pan Hipolit wlazł na krzesło, ale jego małżonka, nie chcąc dopuścić do całkowitego zdemolowania mieszkania, chwyciła go za nogi i ściągnęła wraz z firankami na okno.

Pękła antaba i owinięty w tiul p. Rączka z brzękiem szyb runął na ulicę, ciągnąc za sobą całą oranżerię roślin doniczkowych, które stały na parapecie. Tak się niefortunnie złożyło, że pod oknem przechodził akurat miejscowy dzielnicowy.

Jakkolwiek wchodził tu w grę parter, milicjant zaskoczony niespodziewanym sfrunięciem nań pana Rączki w białym obłoku firanek padł jak długi na ziemię.

W sądzie pań Hipolit przyznał się do winy i powiedział, że z radością poniesie wszelką karę, ponieważ się okazało, iż młody kanarek nie zdechł, tylko stracił przytomność z powodu nadużycia alkoholu, p. Rączka bowiem karmił go w drodze z własnych ust.

Z powodu tak radosnego obrotu rzeczy sąd skazał p. Hipolita tylko na 500 zł grzywny.


Sąsiedzka przysługa

Naleli nasz co prawda Szwedziaki troszkie w tem piłkie kopanem meczu w Sztokholmie, ale za to pod inszem względem jesteśmy na wierzchu. Zajemponiliśmy jem niemożebnie, nauczyliśmy ich, jak zwalczać tak zwane przeciwności, jak pracować w najtrudniejszych nawet waronkach.

Zaczęło się od tego, że w Szwecji podobnież jest taka moda, że kto chce wypić kielicha, musi do niego wrąbać obiad z czterech dań z komputem.

Powiedzmy dwa takie obiadki każden jeden tronkowy Szwedziak może od bidy opchnąć, ale już o trzeciej porcji komputu albo krupniczku na kościach jak sobie pomyśli, musi się zastanowić, że nie da rady.

A chce się wypić trzeci kieliszek – trzeci obiadek obowiązkowo wtroić trzeba i to na czysto.

Nie można krupniczkiem, czyli tyż kompucikiem kwiatków nieznacznie popodliwać ani kotleta pod stół wrzucić, bo w każdym jednem interesie gastronomicznem szwedzki glinoszczak baczenie daje. I w razie zauważy, że gość wódę ostro pociąga, a przed gorącem daniem się wzdraga, znaczy się już dwa obiady wtroił i nadużycie ankoholowe popełnia. Za halc takiego bierze i do mamra go z miejsca.

Totyż niektóre Szwedziaki smutne po tem swojem Sztok holmie chodzili, ze łzami w oczach szyldy na gastronomicznych lokalach do wypicia w miejscu czytali, ale żadnej rady na to nie mogli wykompinować.

Co najwyżej paru pierwszoklaśnych kiziorów za węglarzy się przebierało i niby tyż to po węgiel do Polski okrętamy zapychali.

Jak podjeżdżali do Gdyni, czyli tyż inszej Ustki, takie się robili nerwowe, że do morza skakali i wpław się do nasz do stawali, żeby czasu nie tracić i jak najprędzej się w przyzwoitem polskiem interesie znaleźć, gdzie nikt nikogo do krupniku nie zmusza.

A jak taki okręt do Szwecji nazad posuwał, zataczał się cały, chociaż pogoda była ładna i morze gładkie jak sadzawka w Saskiem Ogrodzie.

Strasznie się ten naród szwedzki mordował. Aż tu patrzyć, jednego dnia cały Sztokholm niemożebnie się zmienił, Szwedziaki chodzą wesołe, śpiewają, grandy telefoniczne uskuteczniają, straż czyli tyż pogotowie do pucu wzywają. Szyldy na sklepach w nocy przewieszają. Jednem słowem niemożebna hasena. Patrzy na to policja, oczy przeciera i ani rusz nie mo że się pokapować, co się stało.

Dodatkowych obiadzików nikt nie rąbie, a cały Sztok­ holm pod muchą.

Dopiero dawaj śledztwo toczyć i wykryli fabryczkie bimbru. Okazało się, że jeden nasz rodak pojechał tam i założył pierwsze tego rodzaju firme.

Zamkli go ma się rozumieć do młyna i będzie miał spra­ wę sądową, ale po mojemu nic mu nie zrobią za to, że nie mógł patrzyć, jak się taki przyzwoity naród męczy, i wyświadczył małe sąsiedzkie przysługie.


To była powódź

Doprawdy serce się raduje, kiedy się patrzy na naszą młodzież akademicką uprzątającą śnieg stolicy.

Z piosnką na ustach maszerują oddziały z kilofami i łopatami. Inne, brnąc po kostki w wodzie, ochoczo wrzucają brudne błoto na samochody, a dowcipom, wesołym pogwar kom nie ma po prostu końca.

Toteż tłumy warszawiaków godzinami obserwują dzielną naszą młodzież i krzepią się na duchu.

Stojąc wraz z innymi przed „Jabłkowskimi” na Brackiej, podsłuchałem mimo woli rozmowę dwóch obywateli ze szczególnym entuzjazmem podziwiających walczącą ze śnieżycą naszą dumę i przyszłość narodu.

– Swarne chłopaki, jak pragnę zdrowia, jak jem to leci ta robota, jak to się zwijają, gdzie nam fachowcom do konkurencji!

– Totyż dlatego mówiłem panu, panie Franciszek, nie trza się z tem śniegiem śpieszyć, nie trza lodu z tretuarów obrąbywać, to jakoś to będzie, jak nie słońce, to studenty za nas to zrobią. No i na moje wyszło. Natyralibyśmy się jak nieboskie stworzenia i po co? I odpoczęło się przez zimę, i jest na co popatrzyć.

To rzekłszy, obywatele podparli się wygodniej symbolami swej władzy – miotłami.

Bardzo również podobała się młodzież przy pracy prze­ chodzącemu wolniutko oddziałowi jeńców niemieckich, udających się prawdopodobnie na poobiedni spacer.

Przyglądali się nie bez życzliwości i mówili z aprobatą:

– Ja, ja, gut! Schneller, schneller!

Mnie również przypadł do gustu pomysł zatrudnienia młodzieży przy uprzątaniu śniegu, wprowadziłbym tylko pewne zmiany, dla wykorzystania specjalności.

A więc medycyna – powinna operować większe kupy śniegu, krając je kilofami na drobniejsze kawałki. Stomatologia – wyrywać z korzeniami przymarznięte przeszłoroczne śmiecie. Architektura – budować piękne pryzmy ze śniegu. SGH – zająć się jego eksportem do kanałów. Prawo winno odrzucać śnieg na prawo, z wyjątkiem członków ZWM, którzy mogą tylko na lewo.

Tak czy owak widowisko jest piękne i budujące, szkoda tylko, że zrobiło mu wczoraj konkurencję ruszenie lodów na Wiśle i groźba powodzi. Lwia część widzów udała się na wybrzeże, most Poniatowskiego i Wał Miedzeszyński podziwiać znowu z kolei walkę z żywiołem naszych dzielnych saperów.

Ja oczywiście również się tam znalazłem, spotkałem wielu znajomych, a wśród nich naturalnie pana Walerego Wątróbkę.

Patrzył na spienione fale, na gęsto płynącą krę i mówił:

– Szczeniak nie powódź, kudy jej tam do tej z tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku. To była powódź – palce lizać. Wiadomo, przedwojenna! Co się teraz może udać?!

– Ależ panie Walery, co pan opowiada, mosty pozrywane?!

– Wtenczas po ulicach z knajpy do knajpy kajakiem się jeździło. Tydzień nie było mnie w domu. Kiedy wróciłem, Gienia do mnie z pyskiem, że się zalałem. No to ja mówię do niej:

– Marymont zalany, Pelcowizna zalana, Siekierki zalane, a ja mam być trzeźwy, dlaczego?

Trzy dni nie mogłem przyjść do siebie, płukanie żołądka musieli mnie robić… To była powódź!


Ofiara wyborów

Liczni znajomi niejakiego pana Sylwestra Golonki ze zdumieniem przeczytają, że poczciwy ten „z kościami” człowiek prócz znanych wszystkim zalet serca i charakteru posiada niesamowitą własność dematerializowania się, że jest prawdziwym „człowiekiem niknącym”.

Własność ta wystąpiła w całej pełni wczoraj na rozprawie w sądzie grodzkim, gdzie pan Sylwester stanąć musiał w charakterze oskarżonego w drastycznej sprawie o przywłaszczenie fajansowej miski z ubikacji ogólnej pewnej malowniczej ruiny warszawskiej.

Sędzia, wywoławszy sprawę, pochylił się nad papierami, a gdy podniósł głowę, by zadać oskarżonemu pytanie, okazało się, że podsądny zniknął.

– Gdzie on się podział, gdzie jest oskarżony?

Po kilku minutach konsternacji i poszukiwań wykryto go między publicznością na środku sali. Jak i kiedy się tam dostał – pozostanie tajemnicą.

Aczkolwiek niechętnie, zajął jednak p. Golonka znowu swoje miejsce przed sędziowskim stołem.

Ale już podczas badania pierwszego świadka, dozorcy domu, który jakoby przyłapał pana Sylwestra na odkręcaniu rzeczonej wyżej miski, na pytanie sędziego:

– Czy to ten? – świadek nie mógł dać odpowiedzi, gdyż miejsce oskarżonego znowu świeciło pustkami.

Okazało się po chwili, że pan Golonka siedzi sobie najspokojniej w trzecim rzędzie i zabawia rozmową jakąś panią.

Zirytowany sędzia zbeształ niknącego człowieka i posta­ wił przy nim na warcie woźnego, ale nie na wiele się to przy­ dało.

Już w kilka minut potem p. Golonka, zmyliwszy czujność straży, spał snem sprawiedliwego w ostatniej ławce.

– Co to znaczy? – wybuchnął sędzia. – Panie sierżancie, proszę zbadać, czy on nie jest pijany.

Sierżant milicji, który oczekiwał jako świadek w jakiejś sprawie szoferskiej, podszedł do oskarżonego i powiedział:

– Chuchnij no pan!

P. Sylwester chuchnął. Przedstawiciel milicji zrobił w myśli błyskawiczne zestawienie:

Ćwiartka wódki, grzybek, druga ćwiartka, dzwonko śledzia, trzecia ćwiartka, ogóreczek. Wynik: podgazowany!

Stanął więc na baczność i zaraportował sędziemu:

– Owszem, panie sędzio!

– Co owszem? Owszem tak czy owszem nie!

– Owszem tak, bezapelacyjnie pijany.

Sędzia skazał p. Golonkę za nieprzyzwoite zachowanie się w sądzie na 2 dni aresztu.

Z zarzutu usiłowania kradzieży miski uniewinnił go, gdyż nie było dostatecznych dowodów.

Pan Golonka skłonił się z uszanowaniem sądowi i rzekł:

– Za ofiarę wyborów się zostałem, proszę sądu wysokiego.

– Dlaczego to? – zaciekawił się sędzia.

– Jako rodowity obywatel uważam konstytucję nade wszystko. A że konstytucja zabrania nam używania ankoholu od dzisiaj do niedzieli włącznie, wczoraj o 12 w nocy wypiłem ostatnią setkie.

– Ale widocznie tych przedostatnich było za dużo, że nie zdążył pan wytrzeźwieć.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com