Panna Staryńska - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 271 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Panna Staryńska - Wincenty Łoś

Powieść polskiego arystokraty z końca XIX wieku. Wincenty Łoś (1857–1918) był zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej.

Opinie o ebooku Panna Staryńska - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Panna Staryńska - Wincenty Łoś





Spis treści

  1. CZĘŚĆ PIERWSZA
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. CZĘŚĆ DRUGA
  11. ROZDZIAŁ I
  12. ROZDZIAŁ II
  13. ROZDZIAŁ III
  14. ROZDZIAŁ IV
  15. ROZDZIAŁ V
  16. ROZDZIAŁ VI
  17. ROZDZIAŁ VII
  18. ROZDZIAŁ VIII
  19. ROZDZIAŁ IX
  20. ROZDZIAŁ X
  21. ROZDZIAŁ XI
  22. ROZDZIAŁ XII
  23. Kolofon

CZĘŚĆ PIERWSZA


ROZDZIAŁ I

Nic dziwnego, że wieść o postępach jego choroby wywarła w całej społeczności dużego stronnictwa, grupującego się dookoła Postępu, przygnębiające wrażenie. Wrażenie to miało w sobie coś z paniki. Każdy pytał, co będzie po nim z Postępem, który podtrzymywał, z medycyną, której tajników był najbystrzejszym badaczem. A co ze stronnictwem, którego był duszą, co z młodzieżą, którą dziesiątkami swoim kosztem kształcił, co z biedakami, których darmo leczył, co z opozycją skrajno-konserwatywną, którą smagał niemiłosiernym batogiem prawdy i odwagi?

Taki rzeczywiście człowiek umierał w swym mieszkaniu przy Alei Jerozolimskiej.

Godzina siódma rano dopiero co była wybiła, gdy się o własnych siłach podniósł na poduszkach i swe głębokie, czarnych jak węgiel oczu spojrzenie wlepił w siedzącą u nóg łoża postać niewieścią.

Ta postać była to kobieta lat czterdziestu i kilku, dobrze zakonserwowana, drobnych rysów, różowa na twarzy, jak stara saska porcelana, o białych niemal śnieżnie włosach, a czarnych oczach, o wyniosłej postawie, chudym ciele.

Tyle kontrastów razem, oddalając kobietę tę od pospolitości, robiło ją nieuchwytną co do wieku, co do sfery, do jakiej należała, co do roli, jaką w świecie odgrywała.

Ubrana z kokieterią niemal o tej godzinie, siedziała jak porcelanowa figura u łoża umierającego z olimpijskim spokojem na twarzy Ten olimpijski spokój oblicza, a zasady skurczami swych drobnych i wypieszczonych rysów wesołego nadawał jaj fizjonomii coś arystokratycznego, co znów nie licowało z mieszczańskim wyrazem jej oblicza.

Inteligencji nie dopatrzyłbyś się śladu w jej czarnych oczach, zdradzających dużo banalności i nieco kobiecego sprytu. A różowość jej twarzy przy białości włosów, wreszcie nadawała całej fizjonomii coś intrygującego swą niezwykłością, zimnego swą porcelanowatością, sympatycznego swą świeżością.

Była to pani Olimpia Biwalska, ciotka umierającego, choć wiekiem mu prawie rówieśniczka.

Wpatrzyła się swym ciekawym, a bezwyrazistym spojrzeniem w Staryńskiego, gdy ten ruchem stanowczym i siłą nerwów mocnym podniósł się na pościeli.

– Olimpio – rzekł on głosem miłym, choć bezdźwięcznym – a gdzie siostra?

– Stefa – odparła indywidualnym tonem rodowitej warszawianki – położyła się. O północy ją zwolniłam. Kazała się obudzić, gdy zażądasz herbaty...

– Herbaty – jakby zaśmiał się Staryński – gdy zażądam herr – baty... ha! ha! Ależ ja umrę za chwilę – dodał ciszej i spokojnie, przymykając oczy.

Tu wyciągnął się, nie widząc dziecinnie przerażonej fizjonomii ciotki, ręce blade, kościane wzdłuż siebie na kołdrze ułożył, powieki przymknął i mówił:

– Obudź ją... Może bym później już nie miał siły powiedzieć jej tego wszystkiego, co przed śmiercią jej powiedzieć muszę... Biedna Stefa...

Pani Olimpia zaszlochała. Staryński ocknął się.

– Płaczesz? Za czym? Za mrówką, która opuszcza mrowisko? Nie ma za czym! Pszczoła nie płacze za pszczołą. My tylko ludzie narobiliśmy sobie tyle fikcyjnych zmysłowości, wykształciwszy w sobie nerwy...

Zakaszlał i ciągnął:

– Wszystko, co ma koniec, już jest skończone. Umierając, dopiero się widzi, że się właściwie nie żyło, tak to życie jest... niczym. Ja dziś, ty jutro. Jutro? Ha! Ja teraz, ty za chwilę. Chwile w ustroju wszechświata mniejsze od sekundy, są fikcyjnymi epokami, które dzielą wypadki naszych mrówczych żyć.

Pani Olimpii oblicze z łez otarte wyrażało przestrach i zdziwienie.

Majaczy, myślała przerażona. Bluźni – szeptała myślą.

Staryński machnął ręką.

– Zawołaj Stefę...

Pani Olimpii wstała i krokiem lekkim, panieńskim wysunęła się z pokoju.

Za drzwiami szepnęła.

– Ach! Boże! Do ostatniej chwili heretyk. Ach! Boże! – Spieszyła przez szereg pokojów, pogrążonych w półtonie wczesnego miejskiego poranku, błyskającego słońcem budzącej się wiosny. To słońce rzucało zimne światło na zbytkowne niemal dekoracje apartamentu, łudzące mieszkańców, rozmiłowanych w pięknie sztuki i gustu. Meble artystyczne stały na dywanach pod obrazami w złocistych ramach. A ruch uliczny dorożek i ciężkich ładownych prowiantami dla wielkiego miasta furgonów, wstrząsając kamienicą, dźwięczał w tych pokojach kryształami żyrandoli u sufitów.

Do piątego pokoju tej amfilady zastała drzwi zamknięte i te otworzyła.

Był to buduar elegancki, miękki, wysłany, jak pudło do kosztowności, zapełniony jak bombonierka, zdradzający wykwintny i niebanalny niewieści smak. Na szezlongu, pokrytym niedźwiedzią skórą, pod pysznym portretem, wyobrażającym mężczyznę z takimi głębokimi oczami, jakie tam miał ten umierający, leżała młoda kobieta w białym koronkowym szlafroku.

Pani Olimpia przystanęła, jakby jej nie śmiała budzić i objęła wzrokiem śpiącą kobietę.

W tym białym koronkowym szlafroku na brunatnym tle niedźwiedziego futra, rysowała się wysmukła i piękna postać młodej dziewicy.

Głowa jej spoczywała na wypchanym łbie zwierza, krucze jej włosy lśniły na brązie skóry, a płeć jej oblicza, matowa, śniadawą, mieniła się refleksami od pasa obicia komnaty, od miękkości lśniącego futra.

Oblicze to śniadawe i matowe o kruczych włosach i brwiach, nie było piękne harmonią linii, ale dziwnie pociągające ich wdzięczną kapryśnością.

Oblicze to podłużne o rysach ściągniętych, suchych i chudych, o sępim małym nosie, o różowych i ślicznie wykrojonych ustach, zdradzało w bezwyrazistości snu nawet charakter i wolę.

– Stefo! Stefo!...

Kobieta ocknęła się i otworzyła oczy. Ukazały się one duże, brązowe o lśniącym białku i zmieniły tę twarz do niepoznania. Zniknęły wadliwe szczegóły tej fizjonomii, promieniejącej blaskiem głębokiego wyrazu, inteligencji i sprytu, bijącej łuną charakteru, rozumu i kobiecego kaprysu.

Zerwała się na równe nogi z tą lekkością suchych, zdrowych i nerwowych temperamentów.

– Brat?

– Brat się obudził i wzywa cię...

– Może gorzej?

– Zdaje się...

– Ach! Wielki Boże! – zawołała, obejmując swą głowę ruchem indywidualnym i równocześnie poprawiając nieporządek włosów, zaczesanych najzwyczajniej, ale z tą precyzją, właściwą pewnej odmianie kobiet – Wielki Boże! – powtórzyła – On umrze! On musi umrzeć, ja to wiem...

Pospiesznie wybiegła i znalazła się w komnacie brata. Zadrżała i myślała, że już wybuchnie płaczem, którym nigdy nie zdradziła jeszcze braku hartu duszy, który w sobie rozwijała, posłuszna wskazówkom tego właśnie, który do śmierci się przygotowywał. Ale bo on na niej straszne zrobił wrażenie. Podniósł się na posłaniu, zapalił przy sobie świecę, żółtym płomieniem, rzucającą żółtawe światło na to oblicze pergaminowe, na którym węglem świeciły czarne głębokie, a przymglone oczy. Zapalił papierosa, aby się podniecić i rozbudzić z pomroki, którą czuł, ogarniającą jego dotąd trzeźwe władze umysłowe. Miał może już raz ostatni pomówić z ukochaną siostrą, jedyną istotą jego krwi, jedyną, którą umiłował tym odrębnym uczuciem, jakim władają dla słabych istot wielkie męskie dusze. To było dzieło jego, które wykonał, wykształcił, uszlachetnił według swoich pojęć, jakby rzeźbiarz z gliny ulepił.

– Siadaj tu – rzekł, zoczywszy ją jak wryta w drzwiach stanęła i wskazując jej krzesło, dopiero co przez ciotkę opuszczone. – Mam z tobą do pomówienia... dużo... bardzo dużo... – mówił, jakby z wysiłkiem, spowodowanym cierpieniem przy tych ostatnich słowach.

Usiadła Stefa Staryńska z powagą, nieopuszczająca ją nigdy, z gibkością doskonale wygimnastykowanego ciała, z pogodą prawie na obliczu, tryskającym wyrazem śmiałym, otwartym, myślącym.

– Trzeba mi cię zostawić samą – zaczął doktor. – Trzeba mi więc cię przygotować na to życie, które może jutro zaczniesz. Nie boję się, byś zboczyła z drogi, którą ci utorowałem, którą sama zdajesz mi się jedynie widzieć w życiowym pochodzie. Jak „Postęp” ma ją wytkniętą, tak i ty ją razem z nim ode mnie pojmowałaś. Bo może nie wiesz, drogie dziecko, że jednego roku, jednego dnia, powróciwszy do kraju i postanowiwszy pracować dla dobra społeczeństwa, założyłem „Postęp” i odebrałem ciebie z klasztoru. Oboje jesteście moimi wychowańcami... Ileż nocy spędziłem bezsennych, myśląc, jaki kierunek dać to pismu, to tobie...

Urwał, powiekami kilka razy poruszyły oczy umyślnie roztworzył, jakby próbując, czy się nie przymykają i ciągnął:

– Boję się tylko, byś się nie potykała... na tej drodze.

Ta znów urwał i podchwycił:

– Ale o tym potem, jeśli mi sił starczy. Trzeba pomyśleć o realnej stronie życia, trzeba mi zdać ci rachunek z opieki i pierwszy raz w życiu otworzyć ci oczy na przeszłość, która ściśle, ogniwo do ogniwa jak stalowy łańcuch, łączy się nierozerwalną siłą z przyszłością. Nie znasz historii twojej, która się zaczyna o wiele wcześniej przed twym urodzeniem, a znać ją musisz...

Zamyślił się, odkaszlnął, zaciągnął dymem z papierosa, zmienił ton i mówił;

– Dziad nasz był warszawskim rzeźnikiem.

Na obliczu kobiety zamalowało się takie zdziwienie, że doktor urwał i bystrzej, ściągając brwi, jej się przyglądał. Czyżby się zawiódł? Czyżby ona nie była jut tą kobietą, którą tworzył? Długo ją trzymał pod siłą swego głębokością niezrównanego spojrzenia, a wreszcie podchwycił:

– Dorobił się znacznego majątku, powstydziwszy się rzemiosła, opuścił się, a umierając, podzielił fortunę na trzy części. Jedną zapisał naszemu ojcu, drogą ciotce, a trzecią na dobroczynne cele, które do dziś mają mieszkańcy Warszawy...

Ojciec nasz, wychowany na pacierzu, zlikwidował fortunę i wyniósł się na wieś z ciotką. Kupił od rządu dobra i zapragnął wejść w poczet warstwy społecznej, zwanej u nas to szlachtą, to obywatelstwem. W tym celu nie szczędził fortuny, ani zabiegów, ani... niczego.

Tu śmiech, pełen bólu i ironii, wykrzywił mu usta. Zakaszlał nerwowo i zawołał:

– Ale ten świat, pogrążony w ignorancji, obskurantyzmem wstrętny, pychą, obłudą, zawiścią jak pęcherz nadęty, bezmyślny, bo ciemny, nie humanitarny, bo niewykształcony, często zbrodniczy, bo pyszny, zatruł mu życia połowę i nigdy go w swe grono darmozjadów, ignorantów i bandytów sui generis nie przyjął. Że jednakże każdy, co zapragnie z tym światem się zespolić, musi drogo okupić swe aspiracje, padła ofiarą ciotka, wydana przez ojca za rdzennego obywatela, została przecie materialnie co do grosza zrujnowaną, a moralnie... jak wiesz przedstawia typ poczciwej idiotki...

Zmęczył się, odpoczął nawet dość długo i sam sobie zapalił przygaszonego papierosa. Świecy mu nie podała Stefa, jakby obezwładniona odkryciami i wrażeniami. Pierwszy raz jej brat mówił w ten sposób o rodzicach, dziadach, ciotce, o obywatelstwie i przeszłości. Odtwarzała sobie w swej bystrej inteligencji, to wszystko, czego szczegółów już nigdy dowiedzieć się nie miała. A doktor w swym rozgorączkowaniu irytacją, wezbraną falą znienawidzonej przeszłości, odzyskiwał na chwilę siły, których już był nie miał.

– Ojciec nasz mimo to, iż dużo całe życie płacił za uściski dłoni członków jedynego u nas świata, który sobie czasem za podanie ręki płacić każe, a do szubrawców ją chętnie wyciąga, zostawił mimo to ładną fortunę. Skoro tylko powróciłem z zagranicy, zlikwidowałem ją, by nie spodleć w tym żywiole, w którym pytają o pochodzenie, a nie pytają o duszę. Wypadło na nas dwoje po dwakroć sto tysięcy rubli. Że zaś uważam fortunę dziedziczna, za majątek, który każdy, jak go wziął, przekazać powinien, więc tych pieniędzy nie ruszyłem osobiste moje dochody wystarczyły aż nadto na nasze życie, na „Postęp”, na różne cele, które znasz...

Tu się zamyślił i szepnął głosem rozczulonym, obejmując kobietę tkliwym spojrzeniem, a niezmiernie głębokim:

– Moja biedna Stefo!

Zaraz się poprawił na posłaniu, widząc dwie łzy ściekające po policzkach Stefy. On jej płakać zakazywał, jak zbrodni, a tu ją roztkliwił. Chrząknął, puścił kłąb dymu i mówił:

– Zostawiam ci więc pięćkroć sto tysięcy rubli, których wykazy i spisy znajdziesz w kasie wraz z testamentem. Jest to duża u nas fortuna. Że jej właściwie użyć potrafisz, nie wątpię.

Tu głos zmienił. Przestrach zamalował się na jego obliczu, wyciągnął każdą jego fibrę i zadrżał w głosie.

– Ale drżę, truchleję, by ten majątek nie stał się mimo wszystkiego, mimo całej siły, w jaką cię do życia uzbroiłem, przyczyną twej niedoli. Majątek ten już należy do takich, za którymi gonią nasi bandyci. Bo to są bandyci, ci najczęściej utytułowani posagołowcy salonów naszych. Jak bandyci, wierzą tylko w pieniądze, jak bandyci gonią tylko za nimi. Łapią je pod postacią posagów. Oni by je łupili przebojem, nie sakramentem, gdyby byli mniej małoduszni. Czyż czasem nie lepiej zabić, niż unieszczęśliwić istotę słabą i niewinną?

Tu jeszcze bardziej oblicze jego się zmieniło, prawie konwulsyjnie wykrzywiło i ciągnął:

– Otóż się boję, byś w takie sidła nie wpadła, które na każdym kroku spotykać, jakby mitologiczną niewidzialną Wulkana siatkę, będziesz. O to truchleję. A nie ma sposobu – mówił głosem wysilonym, zachrypniętym nie wysiłkiem, tylko gorączką trwogi – nie mogę cię krępować... nie mogę ci nic narzucać, nie mogę ci nic zalecać... nic radzić...

Odpoczął i zawołał...

– Człowieka szukaj i znajdź. Człowieka! Ty wiesz, co to człowiek! Jest ich mało, ale są wszędzie. Są wszędzie, tu mniej, tam więcej. Muszą być nawet w sferach pielęgnujących bandytów.

Osłabł i szeptem umierającego głosu dokończył.

– Nie mogę ci dać wskazówki... nie mogę... Człowieka!!

Opuścił się na poduszki i przymknął powieki.

Stefa siedziała nieruchoma. Ten umierał. Ona wchodziła w nowe i nieznane życie. Ta myśl pierwszy raz jej się gwałtownie narzucająca, raziła ją jakby piorunem. Nie umiała sobie zdać sprawy z wrażeń, które jej nie pozwoliły bratu odpowiedzieć jednego słowa. Czuła w swej głowie jakiś szalony taniec, w swym ściśniętym sercu jakiś bezmierny smutek. Nie kierowała swymi myślami, tylko one nią władały bez żadnego głosu. A one zwracały się ku niej samej, nie ku temu, który tak drogi, ubóstwiany niemal ją świadomie i tęskno opuszczał. Co ona pocznie? Na to pytanie jeszcze większy ciężar przygniatał jej duszę, jeszcze większa siła kleszczami obejmowała serce, jeszcze większa niemoc ogarnęła jej członki skamieniałe. Co ona pocznie bez niego? Bez niego, który się tak silnie wplótł w fibry, którymi żyła, który był drugą jej połową. Nie wiedziała o tym dotąd. Dziś, teraz to w całej swej potędze czuła. On niedostrzegalnie kierował każdym jej krokiem, on normował jej pojęcia, on cichy, nienarzucający nigdy swej woli ani zdania, unicestwiający swoje „ja”, był właściwie jakby niewidzialnym jej aniołem stróżem. Teraz to czuła. Jakże się to działo? Wszakże ona nigdy w niczym jego rady nie zasięgała. Wszakże ona od dnia swej pełnoletniości, a liczyła w tej chwili lat dwadzieścia i cztery, nie przypominała sobie, by jej w czymkolwiek, dużym czy małym, zdanie swoje, gust, upodobanie narzucił?... Jakże to było? Bo przecież czuła, że teraz traciła pod tym przymykającym się głębokim wzrokiem swoje jestestwo.

Ależ to było niepodobieństwem. Wszakże ona była energiczną, samowolną, kapryśną. Wszakże musiała być taką, bo on w niej, odkąd zapamiętała, kształcił wolę i charakter indywidualności i kaprysy nawet. Ile razy słyszała, gdy była jeszcze bardzo młodą, jak mówił do ciotki, skarżącej się na jej nieznośnie samowolny charakter, „a niech będzie złą, ale niech będzie otwarcie złą. Niech będzie upartą, ale nie koźlo upartą. Niech będzie kapryśną, ale nie gąską”. I ta ona dziś się czuł i przed tym łożem, mającym za chwilę może umieścić ciało bez wielkiej duszy, jakby z siebie samej wyrywaną.

Ależ jej się to tylko zdawało. Wszakże do życia była przygotowana. Wszakże od lat przy niej najznakomitsi myśliciele dużej stolicy, dużego i zdolnego społeczeństwa, co wieczór niemal analizowali żywotne kwestie, nie owijając nic w bawełnę, nie mając żadnego względu z woli doktora dla jej dziewiczości i młodości. „Mówcie, mówcie – mówił nieraz Staryński, gdy który z jego gości i współpracowników „Postępu” wahał się z wypowiedzeniem swego zdania przez wzgląd na obecną młodziutką kobietę – mówcie, niech wie, co to życie, z którym za bary wcześniej czy później się weźmie. „I nie było dla niej tajników, o których by, jak tyle jej rówieśniczek, fałszywe miała wyobrażenie. I nie żywiła w sobie iluzji podniecanych zapuszczeniem zasłony na nagą życiową prawdę, nie łudziła się czarami życia, bo każdego z nich odwrotną stronę jej pokazano. I nie rwała się do jutra w swych realnych pojęciach. Nie bała się biedy, gdyż na chleb zapracować brat ją nauczył, dając jej wszechstronne wykształcenie, a także zbytku nie łaknąć nauczył ją, robiąc ją za młodu filozofką, analizującą wszędzie wszystko. Nie bała się próżni w sercu, bo świat w jej pojęciach tyle dawał na każdym kroku pokarmów duszy.

Cóż jej więc się działo, że tak siedziała, jak kawał głazu, skamieniała tym tak naturalnym, konsekwentnym, codziennym wypadkiem, jak ten, że jej biedny, od dawna chory brat umierał.

Jakby słońce jej życia promienne i gorące zachodziło za chmury, jakby ogień gorejący w jej duszy gasł razem z tym stygnącym ciałem.

Czyżby się bała tego, przed czym Staryński na tym łożu truchlał, co głos i fizjonomię jego zmieniało, co go robiło złym prawie i tak trwożnym jakby umierać żałującym? Nie! Wszakże jut przeszła nieraz przez próbę ognia miłości. Wszakże już nieraz uczuła się motaną w niewidzialnej, a złotej sieci. Wszakże już, odmawiając niejednemu ze swych licznych konkurentów, dała dowód, że się nie da usidlić nie człowiekowi.

Jakże głębokie wrażenie on jej zrobił tymi ostatnimi słowami. Siedziała już długo. Usta te, które je wygłosiły, przymknęły się, a jej w uszach wciąż brzmiał ten miękki głos, wibrujący niezwyczajną modulacją, gdy wołał, a wreszcie szeptał: – Człowieka znajdź, człowieka!

Ah! Ona tego nigdy nie zapomni. Byle się tylko nie myliła, co on przez to słowo „człowiek” rozumiał. Ale jakże by się mylić mogła, ona, która była drugą połową brata, która często się zdawało, artykuł jego, dany jej do korekty, wzmocniła, podniosła... Jakże on się wtedy uśmiechał, cieszył. Przyciskał ją do piersi i szeptał: – „Będzie z ciebie kobieta”.

Ale czy ona zrozumiała, co jej brat rozumiał pod słowem „człowiek”?...

Raz, proponowano bratu, by przyjął do redakcji „Postępu” młodzieńca pełnego talentu i zdolności, znanego szeroko i głośnego. On się wahał. Wreszcie odparł „dobrze, dobrze, tylko pozwólcie, bym się wpierw dowiedział, czy to człowiek”. Raz znów wezwano go do operacji do chorego hrabiego X. Proszono, błagano bajecznie ofiarowano honorarium, aby tylko zechciał jechać na wieś kilkanaście mil. Odmówił, a gdy mu jego przyjaciel, również doktor, srogie za to robił wyrzuty, zirytował się i odparł. „Ja mam tracić czas na ratowanie bydlaka, a tu biedaków zaniedbywać”. A raz znów wyjechał w głąb Rosji dla dokonania operacji na żonie jakiegoś Rosjanina, którego poznał zagranicą. Gdy wrócił, zagadnął go ów przyjaciel i powiernik. „Przywiozłeś wory złota, ty co za dziesięć tysięcy nie raczysz wyjechać na wieś o sto wiorst”. „Nie wziąłem ani fenika – odparł – ale ocaliłem żonę człowiekowi”.

On nadzwyczajne przywiązywał do tego słowa znaczenie, ale jakie? Czy ona to zrozumie? Czy ona do zrozumienia tego dojdzie?

Bo raz znowu i to w ostatnich czasach głośnym ladaco w ich świecie, złożonym przeważnie z członków należących do kosmopolitycznego świata łudzi wiedzy i idei, w którym jednak nie obeszło się bez niepojętych domieszek, znajdował się jakiś potomek arystokratycznej rodziny Wapowskich. Znała go dobrze, ale go dotąd nie rozumiała. Ten Wapowski raz wpadł do Staryńskiego w pomieszaniu graniczącym z obłędem. Widziała go wtedy, bo mu sama drzwi otworzyła. Po godzinie wyszedł z gabinetu jej brat i rzekł: „Wapowski przegrał pięć tysięcy rubli, mówię to tobie tylko. Nie mając ich, ukradł je swemu pryncypałowi, jak wiesz, że pracuje u Kohna. Przyszedł do mnie z zapytaniem, czy ma uciec, czy sobie w łeb palnąć. Dałem mu pięć tysięcy rubli i poradziłem pozostać. Ciekawym, czy się omyliłem. Zdaje mi się, że z tego szulera i złodzieja, wykłuje się człowiek”...

Czyż ona mogła uchwycić, co on w swej wielkiej duszy, w swej szerokiej naturze, rozumiał pod tym słowem „człowiek”.

Wreszcie obudziła się z głębokiej, trwającej może kilka godzin zadumy, będącej raczej rodzajem odrętwienia, w którym nawet myślami kierować nie mogła. Była zmęczona, jak nigdy i nigdy! Czuła, iż przeżyła jedną z tych rzadkich, rozstrzygających, u przełomów życia, trafiających się chwil, których charakterystyką jest, iż się w nich widzi cała przeszłość w najdrobniejszych szczegółach.

Podniosła oczy na brata.

Spał on, a raczej drzemał z przymkniętymi powiekami trupio blady, oddychając słabo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Świeca się jeszcze paliła.

Stefa czym prędzej ją zgasiła. Jakże ta świeca jej przykre sprawiła wrażenie, gdy przebudzona weszła do tego pokoju.

Doktor jeszcze żył cały tydzień, ale już nie odzyskał takiej siły, która by mu pozwoliła mówić tak długo, jak mówił wtedy.

W dniu śmierci tylko, gdy przyjaciele i domownicy już się zgromadzili dookoła doktora, a Stefa trzymała stygnącą dłoń jego, zdało się jej, że ta dłoń jej rękę nacisnęła i usłyszała wyraźnie szeptem w konającym niezrównanym dobrocią i wyrazem uśmiechu, wypowiedziane słowa:

– Pamiętaj, com ci powiedział... człowieka...