Pan na ogrodach - Elżbieta Waszczuk - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pan na ogrodach - Elżbieta Waszczuk

Pan na ogrodach” to kobieca opowieść o miłości Ewy, filigranowej blondynki w wieku dojrzałym, do sporo młodszego od siebie mężczyzny, w scenerii kwitnących ogrodów Budapesztu. Optymistyczna historia dla wszystkich, którzy chcą znaleźć choćby na krótko swoje szczęście, poczuć jego smak i zapach oraz zachować je w pamięci do końca...

 

Ewa, siedząc na leżaku, wyobrażała sobie Jerzego na stoku, gdy w największym pędzie szusuje zakosami w dół, a jego oczy pełne nieba śmieją się bezgłośnie. Chwilami nawet zdawało jej się, że widzi jego sylwetkę, gdy przystaje, by sprawdzić, czy Ewa za nim nadąża. Dostrzega ją i macha kijkiem na znak, że czeka na nią, a gdy Ewa podjeżdża do niego,

dostaje błękitnego całusa.

 

 

Elżbieta Waszczuk z zawodu jest projektantem instalacji elektrycznych, jest także artystą fotografikiem ze sporym dorobkiem artystycznym. Wrażliwa na kolory i światło, zgłębiająca tajniki ludzkich dusz, barwnie opowiada o perypetiach uczuciowych swoich bohaterów. Zaraża optymizmem i ciepłym odbiorem świata, w którym tkwią bohaterowie jej powieści. „Pan na ogrodach” jest jej debiutem literackim.

Opinie o ebooku Pan na ogrodach - Elżbieta Waszczuk

Fragment ebooka Pan na ogrodach - Elżbieta Waszczuk





Strona redakcyjna


Prolog

Za oknem szarzał świt zimowego poranka. Ewa przeciąg­nęła się leniwie, pomna kolejnej nieprzespanej normalnie nocy. Zanurzyła się w kołdrę spragniona zdrowego snu, który przyniósłby ukojenie i zapomnienie o tym, co nie powinno tkwić tak mocno w pamięci.

Sen nie przychodził jednak mimo najszczerszych chęci, a obrazy sprzed kilku miesięcy znowu jawiły się przed oczami i prowokowały do stawiania absurdalnych hipotez typu „co by było, gdyby...”.

Jaśniało już, gdy wstała. Zimowy dzień jak zwykle nie zapowiadał słońca, więc o pogodnym nastroju nie było mowy. Pod strumieniami gorącej wody Ewa rozkoszowała się chwilą przypominającą nie tak dawne jeszcze uniesienia, potem już tylko ręcznik, balsam i mogła wreszcie zerknąć w lustro.

Spoglądała z niego niebieskooka blondynka o krótkich, okalających twarz włosach, w dojrzałym wieku, o szczupłej sylwetce i skórze z resztkami afrykańskiej opalenizny. Jak na swoje lata prezentowała się wspaniale, kobieta w sile wieku, która wie, czego jeszcze może oczekiwać od życia. Emanowało z niej ciepło i seks, gdy zalotnie uśmiechała się do swojego odbicia w lustrze. Uśmiechnęła się na wspomnienie czegoś, co było już tylko przebrzmiałym snem, choć niezatartym w pamięci. Ale to wspomnienie sprawiło jej w tym momencie przyjemność. Ewa stwierdziła, że to, co nie tak dawno stało się jej udziałem, było jednak fascynujące, mimo niezbyt wesołego zakończenia.

Bo przecież bajka, jak to nazwała, czy też sen, w którym główną rolę zagrał Jerzy, odmieniła ją tak bardzo, że czasem sama siebie nie poznawała. „No tak, znowu się rozklejam – pomyślała – nie powinnam o tym wszystkim myśleć. Na dodatek chyba spóźnię się do biura, grzebiąc w czymś, co minęło”.

Siedząc już w samochodzie, z czułością pogłaskała kierownicę wysłużonej meganki – „oby służyła mi jak najdłużej, przyzwyczaiłam się do niej” – i ruszyła z kopyta. Szybka i zdecydowana jazda wyzwalała w Ewie adrenalinę, tak potrzebną o poranku, by funkcjonować przynajmniej do popołudnia. Taka jazda dawała jej też wiele przyjemności, naciskanie pedału gazu było niemalże nawykiem, choć czasem kosztowało jakiś mandat. Ale mimo to Ewa jeździła w miarę bezpiecznie, poza kilkoma niewielkimi stłuczkami wychodziła z drobnych drogowych opresji obronną ręką.

Jej biuro mieściło się przy jednej z głównych ulic niewielkiego nadmorskiego miasteczka. Wraz z kilkoma innymi osobami dzieliła tam niewielkie pomieszczenie na pracownię.

Szybka kawa, komputer, internet, poczta i gazeta to co­dzienny rytuał Ewy od lat. Ale tego dnia jakoś trudno było zabrać się do projektu rozpoczętego kilka dni wcześniej. Zabrakło weny, determinacji, jednym słowem pustka w głowie.

– Wychodzę do miasta, wrócę za godzinę, może prędzej, muszę się przejść – powiedziała w powietrze.

Po drodze donikąd mijała starsze panie, może swoje rówieś­­nice, człapiące do pobliskich sklepików po codzienne zakupy, panów w równie podeszłym wieku, którzy w pobliskim kiosku kupowali gazetę i fajki. Gdzieniegdzie przemykała z dziecięcym wózkiem babcia lub młoda mama, pewnie w kolejkę do lekarza, bo to sezon grypy i przeziębień.

Ewa lubiła te wyjścia bez celu, kiedy mogła po prostu iść i cieszyć się swoim zdrowiem i wyglądem. Porównania z ­ludźmi mijanymi na ulicy zawsze wypadały na jej korzyść, więc wkrótce samopoczucie było już o niebo lepsze niż rankiem. „Dziękować Bogu, że tak się trzymam” – pomyślała zadowolona.

Faktycznie, gdy spojrzało się na Ewę, miało się wrażenie, że czas się dla niej zatrzymał, a nawet cofnął, i tylko ona wiedziała, dlaczego tak jest. Jej wygląd wzbudzał od dłuższego czasu podziw płci przeciwnej, co było dla niej ogromnym zaskoczeniem. Przez całe życie nie słyszała od mężczyzn tylu ciepłych słów pod swoim adresem co przez ostatnie miesiące. Nawet koleżanki zauważały jej świetny wygląd. No a jeżeli mężczyźni młodsi gdzieś o piętnaście lat zaczęli ją adorować, to znaczyło, że czas był dla Ewy bardzo łaskawy. „Fajna sprawa być młodszą o piętnaście lat” – pomyślała z rozczuleniem. „Wracam do pracy”.

Żywotności i energii wszyscy mogli Ewie pozazdrościć, ale ona sama nie była szczęśliwa. Teraz nie była na pewno. Aby dojść do psychicznej równowagi, potrzebuje jeszcze sporo czasu.

Życie Ewy ciągle się plątało. Uczucie samotności wysklepiło się w szklaną górę, na którą praktycznie nie było wejścia. A przecież jeszcze nie tak dawno cieszyła się z miłości, która trafiła ją jak grom z jasnego nieba. Ale Ewa, jak zwykle, ufna, łatwowierna i szczera do bólu, po jakimś czasie sama zamknęła sobie drogę do czegoś, co mogło dać jej szczęście. „Lepiej, że to wszystko trwało krócej, niż gdyby miało się ciągnąć zbyt długo i wtedy skończyć, inaczej bym tego chyba nie przeżyła” – pomyślała Ewa w duchu, wchodząc do pracowni.

Zabrała się raźno do pracy, przerywanej krótkimi wejściami na Facebook lub Skype’a. Mimo całkowitej pewności, że Jerzy nie odblokował jej kont, zaglądała tam jednak kilka razy dziennie. „Nadzieja, jak zwykle, matką głupich” – przypominała sobie wtedy Ewa słowa swojego ojca, słyszane za jego życia wielokrotnie.

Ostatnimi czasy żyła jak w kieracie, rano pobudka, czasem kilka słów do faceta, z którym mieszkała od lat, tak o nim myślała, choć był przecież jej mężem. Od dawna nic ich jednak nie łączyło prócz wspólnego mieszkania. I tak wszystkie obowiązki wynikające z tego faktu były na głowie Ewy, łącznie z finansami. Witek był tak bardzo zachłanny na pieniądze, że nie dawał ani grosza na utrzymanie domu. Czasem zapraszał ją tylko na przygotowany przez siebie obiad, po którym zwykle cierpiała na jakieś dolegliwości. Przeważnie więc sama gotowała szybkie dania, najczęściej na kilka dni, by po powrocie z pracy mieć problem obiadu z głowy.

Popołudniami, szczególnie zimą, lubiła podrzemać, potem komputer, zdjęcia, portale internetowe, na których i tak praktycznie nic się nie działo, kąpiel i spanie, i tak dzień w dzień. Czasem jakieś wyjazdy na plenery i wernisaże, to była jej jedyna rozrywka, odskocznia od bezbarwnej codzienności. Nawet na spacery po okolicy brakowało jakiejkolwiek chęci.

Ewa od dawna miała nadzieję, że coś zmieni w swoim życiu, ale poza tym, że fotografia pochłonęła ją bez reszty, niewiele się do tej pory działo. Już jakiś czas temu stwierdziła, że jej życie bez obdarzania kogoś uczuciem jest puste i jałowe. Musi to być jednak mężczyzna z charakterem, zresztą jeśli już zwróciła na kogoś uwagę, na pewno nie był to ktoś tuzinkowy. Zdobycie takiego faceta nastręczało najczęściej niemało zachodu, a i potem też nie bywało łatwo z uwagi na choleryczny charakter Ewy. Zresztą nie tylko to dawało jej się we znaki, także nadmierna szczerość w stosunku do mężczyzn przeważnie bardziej szkodziła niż pomagała w budowaniu wzajemnych relacji.

Nigdy też nie zostawała w takich związkach na zawsze, jakieś poczucie przyzwoitości w stosunku do męża nie pozwalało na rozwód, choć Witek był przecież w jej życiu niczym rzecz. Pewnie to było nie najgorsze wyjście z tego ­życiowego bałaganu, poza tym Ewa podświadomie czuła, że i tak nie ułoży sobie życia z żadnym kochankiem. Nie wymagała od nikogo rozwodu, nie narzucała swojego zdania w tym względzie, cieszyła się tylko tym, że ten ktoś jest i ją kocha. A że nie na zawsze? Zdawała sobie sprawę z przemijania uczuć. Rany po porzuceniu lizała kilkakrotnie, a i tak za każdym razem popełniała podobne, jeśli nie te same błędy.

Ale historia ostatniej bajki jest odmienna od poprzednich, barwniejsza i bardziej dramatyczna. To jak świadomość przemijania i łapania okruchów życia, jakie niesie ze sobą przeznaczenie. To dostrzeganie nieuchronnego upływu ­czasu i obrona przed nim. Jak długo tak można i czym to się kończy? Świadomość walki podpowiadała Ewie, że będzie walczyć o siebie, o swoje szczęście i spełnienie przeznaczenia, dopóki tylko będzie mogła. Tak długo, by na łożu śmierci mogła sobie powiedzieć z czystym sumieniem, że życie przeżyła, nie żałując niczego.

Ani początku, ani końca...


Rozdział I

Stefan był już prawie nieobecny w pamięci Ewy. Prawie, nie znaczy, że wcale. Kontakt między nimi był sporadyczny, choć Ewa starała się go podtrzymywać. Codzienne dobranocki SMS-owe stały się jej przyzwyczajeniem, a odpowiedzi Stefana, jeśli w ogóle, były równie zdawkowe.

Czasem jeszcze pobrzmiewały w Ewie echa tego dojmującego uczucia, które nie tak dawno żywiła do Stefana. To był taki trochę nawiedzony człowiek, artysta. Bujał w obłokach, delikatny jak mimoza, kochał ruch wokół siebie i uwielbienie kobiet, tak mu się najpewniej zdawało. Ewa odkryła to dość wcześnie. Bolało ją to straszliwie i nieraz wyprowadzało z równowagi w obopólnych kontaktach. Kłócili się więc często i obrażali wzajemnie, co nie przeszkadzało im po kilku tygodniach podjąć rękawice i po krótkotrwałej zgodzie znowu walczyć ze sobą niczym na bokserskim ringu.

Stefan mimo wszystko lubił Ewę, sam nawet nie wiedział dlaczego. Nie kochał, bo tak naprawdę to uczucie nie zdarzyło mu się chyba od czasów szkolnych. Lubił ją po swojemu, choć początkowo Ewa mogła przyjąć to za znak zauroczenia jej osobą. Nawet wtedy, kiedy w chwili namiętności nieźle podlanej alkoholem usiłował się z Ewą kochać, to i tak nie doszło do tego najważniejszego. Ewa była wtedy ogromnie rozżalona. Rankiem napisała SMS, który rozpoczynał się początkową frazą wiersza Leśmiana: „Między nami nic nie było...”. Stefan spointował ten tekst krótkimi słowami – „I tak będziemy razem do końca”.

No i tak się poznawali, poprzez kolejne kłótnie, godzenie, wyzwiska i wyrazy wzajemnej czułości. Było to męczące dla obu stron. Ewa rozmyślała, jak uciec od tego niedobrego układu, ale pomysł, żeby podobne potraktować podobnym, nie przychodził jej nawet do głowy.

No bo o czym może śnić kobieta bardzo dojrzała, o kolejnej miłości? O tym, że spotka księcia z bajki? Nie, tego Ewa absolutnie nie brała pod uwagę.

Któregoś marcowego poranka przeglądała pocztę. Lidia przysłała jej wiadomość, że w maju organizuje wyjazd na południe Europy. Ewa podchwyciła pomysł, tym bardziej, że nigdy jeszcze nie była w Wiedniu. Zgłosiła gotowość wzięcia udziału w imprezie i była bardzo zawiedziona, gdy okazało się, że zabrakło już dla niej miejsca.

– No trudno – stwierdziła. – Może innym razem się uda, to przecież nie jest tak daleko, zawsze można zorganizować sobie taki wyjazd na własną rękę.

Minął dobry miesiąc, gdy Ewa, będąc u Lidii w sprawie służbowej, usłyszała, że jeśli nadal ma ochotę, może jechać na wycieczkę. Okazało się, że są jeszcze miejsca. Zgodziła się bez namysłu, choć gdyby wiedziała, w co się pakuje, pewnie nigdy by się nie zdecydowała na ten wyjazd.

I tak oto wczesnego majowego poranka z Lidią i Bożeną wyruszyła na spotkanie tego, czego nie była w stanie przewidzieć. Podróż przez Polskę i Niemcy do Czech, gdzie w niewielkim miasteczku nieopodal Pragi był przewidziany nocleg, minęła spokojnie. Towarzystwo wycieczkowe było w miarę sympatyczne, więc nikomu się nie nudziło. Polskim zwyczajem nie zabrakło i mocniejszych trunków dla rozweselenia uczestników wycieczki oraz żartów i dwuznacznych dowcipów, w czym celowali głównie mężczyźni.

Wiedeń przywitał wszystkich przepiękną pogodą. Spacer po słonecznych uliczkach i zwiedzanie zabytków były miłą odmianą po polskich wiosennych szarugach. Miasto przypadło Ewie do gustu, choć stwierdziła, że pół dnia to stanowczo za mało, by je w ogóle zobaczyć. Postanowiła przyjechać tu kiedyś na dłużej, spokojnie obejrzeć i poznać te cudowne miejsca znane z historii i opowiadań znajomych.

Tego samego dnia podróżnicy dojechali do Budapesztu, miasta, w którym Ewa była już kilkakrotnie i które za każdym razem robiło na niej niesamowite wrażenie. I tu, w Budapeszcie, zaczęła się niesamowita, pełna emocji przygoda tej dojrzałej, ale wciąż spragnionej życia kobiety.

Późnym popołudniem Jerzy, zmęczony upałem, niechętnie wsiadł do samochodu. Umówił się z właścicielem biura turystycznego prowadzącym wycieczkę z Wybrzeża, że przez trzy dni będzie pilotował jego grupę na Węgrzech. W końcu to jakaś odmiana od codziennych zajęć, można spotkać rodaków, pokazać miasto, w którym się mieszka już od trzydziestu lat.

Popołudniowy ruch na ulicach jak zwykle spowalniał ­jazdę. Stojąc w korku, zastanawiał się, kto tym razem przyjedzie. Czy turyści będą sympatyczni? I czy będzie choć na kim zawiesić oko?

Jerzy nie ukrywał, że lubi damskie towarzystwo. W końcu od jedenastu lat był wolnym człowiekiem. Myślał o sobie z sympatią – „W końcu jak na półwiecznego faceta jestem przystojny, w miarę wysportowany i mam w sobie to coś, co podoba się kobietom...”. No tak, rozmarzył się – „Wolałbym spotkać dziś jakieś niezłe laski w średnim wieku, ale jeśli to będą same bezkształtne babole, podstarzałe paniusie z pretensjami do całego świata?”.

– No trudno, zobaczymy – powiedział głośno do siebie, dojeżdżając do parkingu, na którym umówił się z Brunonem.

Czekanie mu się dłużyło. Zmęczony całodziennym pobytem na słońcu oparł głowę na rękach założonych na kierownicy. Prawie przysypiał, gdy obudził go donośny dźwięk klaksonu.

– Już są, szkoda, że nie zdążyłem się trochę zdrzemnąć – powiedział, uruchamiając swojego volkswagena. Ruszył pierwszy, a za nim autokar z turystami.

Ewa od razu zauważyła Jerzego, który wydał jej się dziwnie podobny do kogoś, kogo znała dawno temu. Zastanawiała się, kogo jej przypomina, ale nie mogła jak na razie znaleźć odpowiedzi. W każdym razie facet za kierownicą wydawał jej się sympatyczny.

Po kilkunastu minutach jazdy samochód Jerzego i autokar wjechały w jakąś boczną uliczkę, gdzie mieścił się hotel. Ewa już wcześniej, podczas przejazdu do Budapesztu, poprosiła Brunona, by przydzielił jej pokój jednoosobowy. Wcześniejsza współlokatorka nie pozwalała jej zasnąć, zagłuszając swoim chrapaniem wszystko dookoła. Ewie marzyły się choć ze dwie noce przespane w miarę spokojnie.

Jerzy uwijał się w recepcji, rozdając klucze. Ewa siedziała w kąciku i czekała na swoją kolej. Gdy już wszyscy opuścili hall, podeszła do niego po klucz do obiecanego przez Brunona pokoju. Zamienili kilka zdawkowych słów. Zauważyła, że Jerzy, choć niezbyt wysoki, jest nieźle umięśniony. Zaczęła się zastanawiać, czym zajmuje się na co dzień, że tak wygląda. Oceniła, że jest sympatyczny, a może nie chciała przyznać się sama przed sobą, że już jej się spodobał.

Do swojego apartamentu na drugim piętrze dotarła z trudem. Dźwigała po schodach ciężką walizkę, a w pobliżu nie było już nikogo, kto by jej pomógł. Stwierdziła, że coś za coś i otworzyła drzwi. Salonik i mała sypialnia z łazienką na poddaszu były całkiem sympatycznym mieszkankiem na dwa dni. Może bardziej miejscem na nocleg niż mieszkankiem, ale przecież zawsze przyjemniej zatrzymać się w przyzwoitych warunkach.

Ewa rozpakowała się i wskoczyła pod natrysk. Gorąca woda powoli rozluźniła napięte od siedzenia w autokarze mięśnie i doprowadziła ją jak zwykle do rozkoszy i cudownego uczucia czystości. Rozgrzana i zadowolona w końcu opuściła łazienkę i przepasana ręcznikiem usiadła na skraju łóżka. „Nie wiem, w którym łóżku mam spać, pod oknem czy tym przy wewnętrznej ścianie? Może jednak przy ścianie, otworzę okienko i będę widziała nocą gwiazdy i niebo o poranku” – pomyślała.

Przez chwilę żałowała, że nie ma z nią jednak Stefana, on tak lubi zwiedzać, biegać z aparatem fotograficznym, łapać sytuacje zastane na ulicy. Byłoby pewnie ciekawiej niż teraz, kiedy właściwie nikogo z grupy nie interesowało, co Ewa fotografuje. Nie miała też z kim dzielić się swoimi fotograficznymi spostrzeżeniami. Ze Stefanem to co innego, przecież w jakiś sposób nadal był jej bliski. „Mówi się trudno, sama też sobie poradzę” – westchnęła w duchu, ubierając się na kolację, na którą mieli gdzieś pojechać.

Jerzy wsiadł do autokaru z jakąś Węgierką, jak stwierdziła Ewa, na oko koło trzydziestki. Towarzyszyła mu również podczas kolacji, więc Ewa postanowiła nie zawracać sobie nim więcej głowy. Coś jednak nie pozwalało jej przestać o nim myśleć i to było niepokojące. Obserwowała go znad okularów, gdy przechodził obok stolika, przy którym siedziała wraz z kilkoma osobami z grupy. Czuła podświadomie, że Lidia również jest zainteresowana Jerzym. Całe szczęście, że siedziały teraz przy jednym stole, z tym że Lidia plecami do wnętrza sali, nie mogła więc obserwować Jerzego.

Lidia, szefowa jednej z firm w miejscowości Ewy, w odróżnieniu od pozostałych kobiet z wycieczki prezentowała się świetnie. Szczupła, zadbana czterdziestokilkulatka, bliżej pięćdziesiątki, dobrze ubrana. Szarooka, raczej uśmiechnięta, od niedawna rozwiedziona. Gdy się uśmiechała, marszczyła zabawnie nos, co dodawało jej dziewczęcego uroku. Gdy marszczyła brwi, widać było, że jest wściekła, choć próbowała nie dawać tego po sobie poznać. Sprawiała wrażenie kobiety zadowolonej z życia, ale Ewa wiedziała, że to tylko pozory. Lidia, przyjmując obecne stanowisko w dużej firmie, musiała zmienić miejsce zamieszkania, w ślad za tym jej małżeństwo legło w gruzach, choć ona poczytywała sobie za sukces, że tak się w końcu stało. Właściwie to od jakiegoś czasu miała dość Zbyszka, córki studiowały, a w domu zapadała coraz dłużej trwająca cisza. Zmiana pracy była jej w pewnym sensie na rękę. Lidia, niespokojny duch, liczyła na odmianę losu. Nowe, własne mieszkanie, możliwość decydowania o sobie bez ingerencji kogokolwiek dawały jej początkowo złudzenie upragnionej swobody, lecz z czasem zaczęło się pojawiać uczucie pustki.

Jako osoba na stanowisku zaczęła wykorzystywać nadarzające się okazje i miejsca, w które była zapraszana, by złagodzić poczucie osamotnienia. To, czego pragnęła najbardziej, nigdy się jednak nie spełniało, nie spotykała bowiem mężczyzn, którzy mogliby zaspokoić jej pragnienia. Dawali jej tylko chwile zapomnienia, po których odczuwała moralnego kaca. Czekała wciąż na lepszy los, który pozwoli jej zaangażować się w prawdziwe uczucie, choćby i tu, w Budapeszcie. Podświadomie wyczuwała w starszej od siebie Ewie rywalkę, choć tego wieczoru nie była tego jeszcze pewna.

Po kolacji wszyscy pojechali na nocne zwiedzanie miasta. Pięknie oświetlone ulice i mosty spinające brzegi Dunaju robiły wrażenie, a odbijające się w wodzie światła potęgowały nastrój. Tak naprawdę dopiero widziana z Góry Gellérta wspaniała panorama Dunaju i rozpościerającego się po jego obu stronach rozświetlonego miasta dawały wrażenie jego ogromu i tajemniczości.

Most Elżbiety leżał prawie u ich stóp. Jarzył się srebrem świateł na białych przęsłach i zdawał się wzlatywać na nich ku niebu, jak świetlisty anioł. Wszystkim zapierało dech w piersiach, gdy zauroczeni stali przy barierkach pod cytadelą. Ich milczenie było oznaką wzruszenia cudownymi widokami.

Ewa wcisnęła się w tłumek przy barierkach, by choć na chwilę stanąć przy Jerzym. Chciała go o coś zapytać. Przez chwilę stała obok niego oniemiała, poczuła bowiem niesamowite ciepło płynące z jego strony, ciepło, od którego zrobiło się jej gorąco. Wreszcie, speszona, odzyskała głos.

– Jaka jest wysokość tego wzgórza w stosunku do poziomu rzeki? – spytała drżącym głosem.

– Zimno pani? – Wyczuł drżenie w jej głosie.

– Nie, nie, to może raczej obawa przed upadkiem z tej góry – odrzekła zmieszana tym, że Jerzy odkrył przyczynę jej zakłopotania.

– Trochę ponad sto trzydzieści metrów nad poziomem Dunaju – odpowiedział na jej pytanie.

Ewa stała obok niego w milczeniu, rozkoszując się fantastycznym widokiem. Oparła się o balustradę i próbowała zrobić kilka fotografii. „Przydałby się statyw, ale trudno, nie mam, może coś z tego będzie, choćby do oglądania!” – po­­myślała.

Po dłuższej chwili Ewa zauważyła, że obok Jerzego stoi Lidia i coś szczebioce. Poczuła lekkie ukłucie zazdrości, choć przecież nie miała ku temu jeszcze żadnych podstaw. Pomyślała, że Lidia musiała się poczuć podobnie jak ona, gdy znalazła się przy boku Jerzego. Widocznie wywiera on jakiś magnetyczny wpływ na kobiety. Ewa miała jeszcze niejedną okazję, by się o tym przekonać, bo intuicja jej raczej nie zawodziła...

Kolejny dzień również przyniósł przepiękną, słoneczną, prawie letnią pogodę i ponowne spotkanie z Jerzym, który okazał się świetnym przewodnikiem. Oprowadzał grupę wycieczkowiczów z Polski po Wzgórzu Zamkowym, po starym centrum z bazyliką Świętego Stefana i wielu innych miejscach. Ewa, teraz już chyba świadomie, starała się być blisko niego, kilkakrotnie rozmawiali ze sobą przez chwilę. Jerzy był ugrzeczniony, jak zauważyła, udzielał odpowiedzi na pytania, choć sam o nic nie pytał.

Podczas spaceru po starym Peszcie Ewa zrobiła kilka zdjęć Jerzego opowiadającego z zacięciem historię miasta czy czekającego na grupę, by znów podjąć obowiązki przewodnika.

Na wieczór zaplanowano kolację w restauracji Borkatakomba na przedmieściu Budapesztu, połączoną z odwiedzinami w piwnicy winnej oraz występami artystów prezentujących węgierski folklor. To wszystko dla Ewy było bardzo ciekawe. Cały czas starała się, o ile to możliwe, być w pobliżu Jerzego, co powodowało u niej lekki dreszczyk emocji.

Gdy po uroczystym powitaniu przez właścicieli restauracji wszyscy zajmowali miejsca przy długim stole nieopodal sceny, Ewa nie wiedziała, gdzie usiąść, by być jak najbliżej Jerzego. W końcu udało jej się zasiąść naprzeciwko niego, przy końcu stołu. Obok Jerzego usiadł Bruno, więc obaj mężczyźni mieli sposobność swobodnej rozmowy, tym bardziej, że znali się już kilka ładnych lat. Ewa ob­serwowała Jerzego i usiłowała skojarzyć sobie, kogo jej przypomina. W pewnym momencie olśniło ją. Tak, jest po­­­­dobny do Edwarda, miłości Ewy jeszcze z czasów szkolnych. Te oczy, przede wszystkim oczy, niebieskie z mocnymi ob­wódkami na tęczówkach, blond włosy i taki sam szczery uśmiech. Teraz już wiedziała, dlaczego Jerzy tak ją pociągał. Zastanawiała się nawet przez moment, czy spotkanie z Jerzym to jakaś klamra, spinająca namiętności jej całego uczuciowego życia.

Orkiestra co chwilę zakłócała możliwość swobodnej rozmowy, więc dopiero w którejś z przerw Ewa wyznała Jerzemu, że jest podobny do jej pierwszej miłości. „Może to i głupie, ale musiałam dać mu do zrozumienia, że mi się podoba... Ech, stara kobieto” – skarciła się w duchu. „Widzę, że nie wyszłaś jeszcze z wprawy” – roześmiała się pod nosem.

Gdy na scenie rozpoczęły się węgierskie tańce, a w polskich głowach już nieźle szumiało wino, Ewa zaczęła robić zdjęcia. Jerzy zainteresowany tym faktem oglądał na ekranie aparatu uwiecznione przez nią obrazy. Kobieta podekscytowana winem i bliskością Jerzego, wykorzystując okazję, przysuwała się do niego, dotykała go, jakby niechcący, jakby go nie zauważała w transie fotografowania. Owszem, tak to mogło wyglądać, ale ona grała, cudownie grała swoją ­fotograficzną pasją i ciałem, które muskało ramiona Jerzego. Jego ciepło, również zaprawione winem, rozmarzyło Ewę. Dawno już nie czuła się tak lekko. Zaczęli mówić sobie po imieniu, a jeden z uczestników wycieczki na prośbę Ewy zrobił jej kilka wspólnych zdjęć.

Niebezpieczeństwo przerwania tych cudownych chwil było blisko. Dziewczyna, śliczna Węgierka, podchodziła do każdego siedzącego przy stole gościa, a fotograf robił pamiątkowe zdjęcia. Gdy fotograf doszedł do Lidii, Jerzy zerwał się z miejsca i stanął za jej plecami, opierając dłonie na jej ramionach. Ewa zamarła. No tak, tego się nie spodziewała. Jeszcze kilka osób do sfotografowania i przyszła jej kolej na zdjęcie z Węgierką. Ewa nie straciła jednak przytomności umysłu i zawołała, że też chce zdjęcie z Jerzym. Ten, chcąc nie chcąc, stanął więc za plecami Ewy i położył ręce na jej ramionach – udało się, będzie pamiątka spotkania w tak niesamowicie klimatycznym miejscu. Nie chodziło już nawet o Lidię, ale o sam fakt, że Ewa też będzie miała fotografię z Jerzym.

Przy wyjściu można było nabyć butelkę miejscowego wina z okazjonalną nalepką ze swoim zdjęciem. Co prawda, zdjęcie na etykiecie butelki nie było najwyższej jakości, ale Ewa i tak była zadowolona z faktu, że je ma. Mniej cieszył ją fakt, że Lidia też znalazła się w kręgu zainteresowań Jerzego. Przypuszczała, że Lidia również z niepokojem obserwowała, że Ewa kręci się koło Jerzego.

Podczas oczekiwania na przyjazd autokaru Ewa znowu rozmawiała z Jerzym. Okazało się, że jest ogrodnikiem i ma własną plantację roślin ozdobnych. Stali teraz oboje pod drzewem białej akacji, która Ewie zawsze kojarzyła się z dzieciństwem i pysznymi racuchami z nadzieniem z kwitnących baldachów. Jerzy słuchał z zaciekawieniem jej opowieści, a potem podał Ewie kwitnącą gałązkę akacji. Ten drobny gest trochę ją wzruszył i po chwili rozmowy schowała gałązkę do torby z winem. „To będzie miła pamiątka z Budapesztu” – pomyślała.

Kończył się wieczór pełen wrażeń. Nie wszyscy jednak chcieli iść spać. W autokarze część grupy umówiła się na spotkanie w hotelu, by jeszcze razem posiedzieć, porozmawiać i się napić.

Na tarasie nieczynnej o tej porze hotelowej restauracji siedziało już kilka osób. Gdy Ewa do nich zeszła, Jerzego i Brunona jeszcze nie było. Obaj panowie dołączyli do wszystkich po dłuższym czasie, nieźle już wstawieni. Jerzy usiadł obok Lidii, objął protekcjonalnie krzesło za jej plecami i rozluźniony brylował w towarzystwie. Ewa, obserwując go, zrozumiała wszystko: to Lidia spodobała mu się na tyle, by ją adorować. W jednej chwili poczuła się stara. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem udawała, że świetnie się bawi, podczas gdy w środku wszystko wrzało, niczym w hutniczym piecu. Rada nierada, po godzinie opuściła towarzystwo, by nie dręczyć się widokiem zalotów Jerzego do Lidii. Ta zachowywała się nawet przyzwoicie, jakby nie reagując na jego podchody. Nie zmieniało to jednak faktu, że Ewa była wściekła i na nią, i na Jerzego.

Noc przyniosła Ewie sny, o których rankiem wolałaby jak najszybciej zapomnieć. Żadna kobieta, nawet we śnie, nie będzie tolerować zachowań faceta, który zajmuje się rywalką. W nocnych marzeniach jest to jeszcze bardziej przykre niż na jawie.

We śnie Ewy Jerzy, w saloniku jej apartamentu, kompletnie lekceważąc jej obecność, namiętnie kochał się z Lidią. Jak później miała się przekonać Ewa, Jerzy uwielbiał spotykać się z różnymi kobietami, nie więcej niż raz czy dwa, i korzystać ze swojego męskiego czaru. Rankiem sen bolał ją tak, jakby to wszystko zdarzyło się naprawdę.

Po śniadaniu wszyscy spakowani, przed autokarem czekali na Jerzego. Przyszedł spóźniony, widać było po nim, że noc miał raczej nieprzespaną. Ewa nawet nie chciała myśleć, co się działo po opuszczeniu przez nią towarzystwa na tarasie.

Dzień zapowiadał się równie gorący jak wczorajszy i dla wielu wycieczkowiczów świadomość, że będą mogli za chwilę korzystać z termalnych basenów, była wiadomością chłodzącą rozgrzane jeszcze alkoholem głowy. Podczas spaceru z parkingu położonego niedaleko pomnika Tysiąclecia do term Széhenyiego Ewa jakiś czas rozmawiała z Jerzym.

– Nocowałeś w domu? – zapytała.

– Tak. Wiesz, po tej imprezie na tarasie chciałem pojechać samochodem. Wsiadłem do niego, ruszyłem, ale okazało się, że brama jest zamknięta. Rad nierad, poszedłem piechotą.

– Daleko stąd? – dopytywała Ewa.

– Jakieś pół godziny.

– I do naszego hotelu też wróciłeś na piechotę?

– Tak, spacer rozbudził mnie na szczęście do reszty, wczoraj trochę zabalowaliśmy...

Ewa pomyślała, że dobrze, że Jerzy nie wracał samochodem do domu. Wypił morze alkoholu, a węgierska policja bywa bardzo surowa dla kierowców jeżdżących po alkoholu. Jego zawartość we krwi jest tutaj dozwolona na poziomie „0”. Zapytała też jakby od niechcenia:

– Jak się dziś czujesz?

– Bardzo dobrze – odrzekł Jerzy i polecił Ewie skorzystać z sauny. To był koniec wspólnej rozmowy, ponieważ zbliżyli się już do budynków, gdzie znajdowały się słynne termalne łaźnie.

Wchodząc na teren kąpieliska, Ewa zauważyła, że Jerzy zajął się już Lidią. Niespiesznie poszła więc poszukać miejsca, gdzie mogłaby rozłożyć leżak i oddać się błogiemu lenistwu w promieniach majowego słońca. Bożena, pozbawiona towarzystwa Lidii, przyłączyła się do Ewy. Rozmowa obu kobiet nie kleiła się za bardzo. A przecież obie pracowały razem przez kilkanaście lat w jednym pokoju. Był nawet moment, że prawie się przyjaźniły. Ale jak to w życiu bywa, z ­powodów męsko-damskich, po latach stosunki między nimi były tylko poprawne, bez krztyny dawnej zażyłości. Ewa nie miała zresztą zamiaru wracać do zamierzchłej przeszłości i rozpamiętywać wszystkiego, co oddaliło je od siebie.

Kiedyś obie wyjechały z grupą osób z pracy na wycieczkę do Jugosławii. Ewa podkochiwała się wówczas od dłuższego czasu w przystojnym Marcinie, jednym z szefów firmy. Ten chyba nie zauważał uwielbienia, jakim go darzyła, i zajął się nie tak dawno przyjętą do pracy Bożeną. Szczupła ciemna blondynka, świeżo upieczona pani magister kokietowała Marcina od pierwszego dnia wyjazdu. Przez cały czas znajdowała się obok niego, na posiłkach, spacerach czy wieczornych tańcach. Ewa cierpiała w milczeniu i tylko sporo starszy od niej, siwy pan Zenek domyślał się wszystkiego. Pocieszał ją czasem, gdy oboje niespiesznie sączyli miejscowe wino. Często bywała na tym wyjeździe rozżalona i wściekła, przysięgając sobie, że znienawidzi Marcina i Bożenę do końca życia.

Wycieczka do Jugosławii nie była więc spełnieniem ma­­rzeń dwudziestokilkuletniej wtedy Ewy. Była ona jeszcze nieopierzonym kurczęciem, raczej nieśmiała, niepewna siebie, pełna wątpliwości co do swojego wyglądu i możliwości.

Od tamtej pory starała się mimo wszystko pozyskać zainteresowanie Marcina, co po kilku latach rzeczywiście się udało. Zaprzyjaźnili się, czasem spędzali ze sobą chwile wy­­kradzione rodzinom, wyjeżdżali na firmowe wycieczki lub na narty. Potem Ewa dowiedziała się od niego, że przez te wszystkie lata bardzo ją kochał. Nigdy jednak nie rozma­wiali o tym, by porzucić swoich małżonków i zacząć wspólne życie. Marcin był ponad to, a i Ewie wystarczały chwile, które razem spędzali. Nigdy więcej też nie zauważyła, by Bożena miała z Marcinem cokolwiek wspólnego.

Nie był to zresztą jedyny epizod męsko-damski, który zaważył na znajomości Ewy z Bożeną. W latach osiemdziesiątych w ich mieście zapanowała moda na eksternistyczne kursy na prawo jazdy. Obie postanowiły zapisać się na taki kurs. Nie miały co prawda jeszcze samochodów, ale pragnęły je mieć, zwłaszcza Ewa. Jeździły obie z tym samym instruktorem, Januszem. Facet był brzydki, średniego wzrostu, poloru przydawało mu jedynie stanowisko kierownika działu szkolenia. Większość kursantów życzyła sobie, by to właśnie on prowadził naukę jazdy. Podobno łatwiej było potem zdać egzamin praktyczny.

Tak naprawdę Janusz z wyglądu był nieciekawym mężczyzną, raczej krępy, z wydatnym nosem, krótkimi palcami, które nie zwiastowały lotnego umysłu. Gdy jednak już odezwał się swoim aksamitnym, głębokim barytonem, można było go słuchać godzinami. Tym głosem zjednywał sobie wszystkie kobiety i dziewczęta, które zgłaszały się do niego na naukę jazdy. Nie inaczej było z Ewą i Bożeną.

Dziewczyny jeździły przeważnie wieczorami, po pracy, kiedy zima mocno dawała się we znaki. Zdarzało się też, że zabierał na jazdę tylko jedną z nich i ją wówczas adorował. Któregoś razu uwiódł Ewę w samochodzie szkoleniowym, gdzie na przednim siedzeniu poznała fizyczne możliwości swojego instruktora. Zawrócił jej w głowie dość szybko, bo był świetnym kochankiem. Okazało się jednak, że i Bożena wykorzystywała swoje szanse nie najgorzej. Czasem zajęcia kończyły się w mieszkaniu Bożeny, gdzie była muzyka, alkohol i tańce... Dziewczynom całkiem odbiło, a facet pławił się w glorii zdobywcy.

Po zdaniu egzaminu, bez problemu, a jakże, Ewa zauważyła, że Bożena w dalszym ciągu bardzo często spotyka się z Januszem. Mało tego, dostaje od niego sporo towarów, tak trudnych do zdobycia w tym czasie. I znowu Ewa cierpiała, ale ponieważ nigdy nie rezygnowała z raz obranego celu, postanowiła zdobyć Janusza, tak by Bożena poszła w odstawkę. Po dłuższym czasie plan Ewy się powiódł. Przez kilka lat spotykała się z Januszem, na podobnej zasadzie jak kiedyś z Marcinem. Był nawet czas, że planowali oboje wspólnie zamieszkać. Wtedy jednak okazało się, że to, co Ewa czasem słyszała o podbojach Janusza od zawistnych, ­wydawało się, koleżanek, było niestety prawdą. Pojawiła się sporo młodsza od Ewy Dorota i wszystko runęło. Wspólne plany wzięły w łeb, a Ewa na długo została z traumą porzuconej kochanki.

Teraz, siedząc obok Bożeny w promieniach budapeszteńskiego słońca, Ewa stwierdziła, że jej życie i tak potoczyło się dużo ciekawiej niż Bożeny. Bożena rozwiodła się wkrótce po uzyskaniu prawa jazdy, jej mąż już wcześniej odszedł do innej kobiety. Przez lata bardzo się zmieniła, z wiotkiej dziewczyny stała się dużą, nieco infantylną kobietą, a grono jej znajomych składało się głównie z rozwiedzionych kobiet i wdów. Mimo korzystania z życia na wyjazdach zagranicznych, czego sobie nie odmawiała, nie udało jej się zainteresować czymkolwiek, rozwinąć żadnej pasji, czegoś, co zmieniłoby jej mentalność. Nie poznała też nikogo, kto byłby zainteresowany jej osobą.

Rozmowa Ewy z Bożeną była więc rozmową o niczym, pomijając odniesienia do wcześniejszej współpracy na gruncie zawodowym typu „a pamiętasz, jak...”. Po jakimś czasie Ewa poczuła się zmęczona towarzystwem Bożeny. Gdy więc wypatrzyła w basenie Jerzego z Lidią, postanowiła przejść się po terenie łaźni, by nie dręczyć się ich widokiem.

„Więc już wyszli z sauny” – zastanawiała się Ewa przez chwilę, usiłując dociec, co też takiego mogło się tam wydarzyć.

Woda w ogromnym basenie z fontannami była krystalicznie czysta i cudownie ciepła, więc pływanie sprawiało Ewie ogromną przyjemność. Każdy wdech powietrza przed zanurzeniem głowy w wodzie wypełniał ją radością, że jest tak sprawna fizycznie, o co czasem trudno wielu osobom w jej wieku. Cieszyła się więc wodą i słońcem, nie potrzebując w tej chwili nikogo.

Gdy wyszła z basenu, przespacerowała się po całym obiekcie, ale nigdzie nie zauważyła Lidii. Doszła do swojego ­leżaka i zapytała Bożenę, czy jej gdzieś nie widziała. Owszem, widziała, Lidia opalała się samotnie przy drugim basenie.

Ewa pomyślała, że może jeszcze nie wszystko stracone, choć dopiero później, po spotkaniu z Jerzym, zrozumiała, co takiego mogło się stać, że Lidia potrzebowała teraz sa­­motności.

Gdy tak spacerowała nad basenem, w pewnym momencie zauważyła Jerzego, który wolno zbliżał się ku niej.

– Byłaś już w saunie? – zapytał.

– Nie, jeszcze nie – odpowiedziała Ewa.

– No to chodź, tylko weź ze sobą ręcznik.

Weszli do sauny i usiedli na najniższym poziomie. Poza nimi było jeszcze kilka osób. Ewa i Jerzy zaczęli rozmawiać o właściwościach zdrowotnych sauny. Powoli ogarniało ich leniwe gorąco, a kropelki potu, gęstniejąc, lśniły na skórze, by po chwili zamieniać się w strużki spływające w dół niczym górskie wodospady. W pewnym momencie zo­­stali sami. Jerzy zaczął wodzić ręką po udzie Ewy, spoglądając jej znacząco w oczy. Ewa poczuła jakieś niesamowite fluidy płynące z oczu i ręki Jerzego i z każdą chwilą coraz bardziej poddawała się jego magnetyzmowi. Ich twarze zbliżały się do siebie, milimetr po milimetrze, aż do słonego muśnięcia warg. Nie wiadomo kiedy Jerzy zaczął całować wnętrze dłoni Ewy, by potem wiedziona ręką mężczyzny mogła gładzić jego trzydniowy zarost. To doznanie było dla Ewy całkowicie nieznane i fascynujące.

– Kłuje? – zapytał Jerzy podniecony sytuacją. – Na pewno nie?

– Nie, nie – bezgłośnie szeptała Ewa i całkiem zahipnotyzowana poddawała się pieszczocie jego dłoni.

W pewnym momencie do sauny weszły kobiety z wycieczki Ewy, rozgadane, plotące trzy po trzy o tym, gdzie jeszcze muszą zajrzeć w tym kąpielowym kompleksie. Ewa i Jerzy odskoczyli od siebie jak oparzeni i przesiedli się na wyższą półkę, zmieszani tym, co przed chwilą ich zaczarowało. W jednej chwili uleciało coś pięknego, delikatnego, coś, co nie zdarza się przecież codziennie.

Po chwili, gdy kobiety opuściły saunę, oni również wyszli. Jerzy zaprowadził Ewę do sauny parowej. Mimo obecności kilku osób kontynuował tam swoje zaloty.

– Jak myślisz, to chyba chemia, prawda? – pytał. – I te twoje oczy, niebieskie... Czy te oczy mogą kłamać? – zanucił. – Znasz tę piosenkę?

– Znam – wyszeptała Ewa. – I te oczy mogą farsę zmienić w dramat – dodała cichutko, by nie spłoszyć własnych myśli.

– Nie myśl tak, będzie pięknie. – Pogładził ją po plecach. – Jesteś wspaniała. No i jesteś niezłą artystką – dodał.

Ewa nie wiedziała teraz, czy Jerzy kpi sobie z niej, czy myśli o jej fotografiach, nie śmiała jednak o to pytać, by nie spłoszyć magicznej chwili. Sama nie wierzyła w to, co się dzieje, jeszcze godzinę temu Jerzy adorował Lidię, pewnie w saunie mówił jej to samo, pewnie też pieścił jej ciało i śpiewał cichutko do ucha... „Ale to, co jest teraz, jest miłe, więc dlaczego mam się przed tym bronić” – pomyślała.

Z parowej sauny przebiegli oboje do basenu z zimną wodą. Jerzy wskoczył pierwszy, Ewa droczyła się z nim, broniąc się przed wejściem do nielubianej przez siebie zimnej wody. Powolutku pokonywała stopnie wewnętrznej drabinki i schodziła w lodowatą przestrzeń, Jerzy natomiast popisywał się, zanurzając się w niej co chwilę po czubek głowy. Od tego widoku Ewie robiło się jeszcze zimniej. Gdy zostali w basenie sami, Ewa stwierdziła, że temperatura wody jest dla niej za niska i że musi stąd wyjść. Zanim postawiła pierwszy krok na drabince, Jerzy przyciągnął ją mocno do siebie. Odskoczyła od niego jak oparzona, starając się wspiąć jak najszybciej. Chociaż wyszła z zimnej wody, zrobiło się jej tak gorąco, jak gdyby wyszła spod ukropu. Jerzy więc nie zasypiał gruszek w popiele, omotywał ją, rozsnuwał pajęczynę pożądania, by pamiętać, pamiętać i nie zapomnieć... Leciutko wycierał ręcznikiem jej plecy, co było niczym najdelikatniejsza pieszczota, i rozbudzał w Ewie uśpione od lat zmysły. To było jak sen, tak nieprawdopodobne, choć przecież zdarzyło się naprawdę.

Z budynku wyszli osobno. Ewa musiała się wziąć w garść, by nie okazywać pobudzenia, by nikt nie domyślił się, co przed chwilą zaszło między nią a Jerzym.

Powrót do autokaru był drogą pożegnania, Ewa nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek w życiu zobaczy Jerzego. Kierując się w stronę autokaru, rozmawiali już tylko ogólnikowo, nie wracając do tego, co było ich udziałem przed kilkoma zaledwie minutami. I to było wszystko!

Przed rozstaniem zdołała jeszcze dyskretnie wręczyć mu swoją wizytówkę, tak na wszelki wypadek. Wierzyła podświadomie, że to jeszcze nie koniec znajomości.

W autokarze dowiedziała się, że Jerzy jeszcze do nich dołączy, za trzy dni w Miszkolcu. Ucieszyła się, choć niepokój o to, że mężczyzna prowadzi wobec niej i Lidii podwójną grę, pozostał.

Zanim autokar odjechał, obydwie obserwowały Jerzego, jak zmęczony, przygarbiony natłokiem zdarzeń, oddala się powoli w stronę zaparkowanego samochodu. Nie obejrzał się wcale, czym sprawił przykrość obu kobietom. Każda z nich liczyła na to, że da jej jakiś znak...

Jerzy zmęczony wydarzeniami ostatnich dni i nocy usiadł za kierownicą auta. Najchętniej by się zdrzemnął, puścił w chwilową niepamięć ostatnie wydarzenia, może ułożyłyby się w jakiejś odpowiedniej kolejności. Oparł się o fotel i zamknął oczy. Pozwalał obrazom i myślom przesuwać się przed oczami. „Lidia... Podoba mi się, jest taka świeża, kobieca. Myślę, że mógłbym związać się z nią na dłużej niż zwykle z kobietami. Tylko że ona mieszka tak daleko, to nie wróży zbyt dobrze. Nie sądziłem, że w miłości może być taka drapieżna, nie powiem, nawet mi to odpowiadało, było czymś nowym, choć zazwyczaj nie przepadam za kobiecą inicjatywą w tych sprawach” – uśmiechnął się do siebie Jerzy.

Ostatnie godziny nocy, które spędzili ze sobą po zakończeniu imprezy na tarasie, wywołały w nim ciepłe wspomnienia. Lidia, jego Lidka, była taka słodka, choć lekko zamroczona alkoholem i Jerzym. Jej pocałunki były jak burza w letni poranek, gwałtowne i słoneczne zarazem. Przy niej Jerzy już nie ogarniał rzeczywistości, poddawał się bezwiednie pieszczotom i myślał tylko o tym, by wzbierające w nim pożądanie znalazło ujście, ujście w Lidce.

Oboje ogarnięci miłosnym amokiem skryli się w cieniu pergoli nieopodal tarasu, gdzie w mroku nocy trudno byłoby ich dostrzec komukolwiek. Gorączkowo zdzierali z siebie niepotrzebne części garderoby, by spotkać się w pół drogi, nagle zawstydzeni tym, co ich tak ku sobie pchało. Powoli zbliżali ku sobie swoje ciała, czekając na moment zespolenia. Całowali się gwałtownie, by tę chwilę przyspieszyć, i gdy w końcu Jerzy, przyciskając Lidię do zielonego gąszczu pergoli, wszedł w nią, zajęczała cichutko.

– Mocniej, mocniej, chcę rozkoszy, kołysz mnie, kołysz – błagała.

Kołysali się w jednym niekończącym się niby tanecznym uścisku, w czasie, który dla nich przestał istnieć. Jakby stanął dla nich w miejscu, na tę chwilę spełnienia i obopólnej rozkoszy.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.