Pamiętniki z Sybiru - Wincenty Maciej Migurski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 311 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętniki z Sybiru - Wincenty Maciej Migurski

Zbiór wspomnień polskiego szlachcica, powstańca listopadowego, zesłanego na Sybir za działalność niepodległościową, wydany we Lwowie w 1863 roku. Po klęsce powstania listopadowego autor przebywał na emigracji w Prusach i we Francji, skąd powrócił w 1833 roku. W 1835 został aresztowany przez Rosjan i skazany na przymusową służbę wojskową w armii rosyjskiej, którą odbywał na Uralu jako szeregowiec. Migurski postanowili zbiec z Uralu, w tym celu sfingował popełnienie samobójstwa. W czasie podróży przypadkowo zdemaskowano Migurskiego. Został skazany na służbę w oddziałach w Nerczyńsku. Autor dopiero w 1859 roku uzyskał zgodę na powrót do kraju, gdzie zmarł po upływie czterech lat. Po powrocie z zesłania napisał wspomnienia. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Pamiętniki z Sybiru - Wincenty Maciej Migurski

Fragment ebooka Pamiętniki z Sybiru - Wincenty Maciej Migurski






Spis treści

  1. Do Czytelnika
  2. CZĘŚĆ I
  3. ROZDZIAŁ I
  4. ROZDZIAŁ II
  5. ROZDZIAŁ III
  6. ROZDZIAŁ IV
  7. ROZDZIAŁ V
  8. ROZDZIAŁ VI
  9. CZĘŚĆ II
  10. ROZDZIAŁ I
  11. ROZDZIAŁ II
  12. ROZDZIAŁ III
  13. ROZDZIAŁ IV
  14. ROZDZIAŁ V
  15. ROZDZIAŁ VI
  16. ROZDZIAŁ VII
  17. ROZDZIAŁ VIII
  18. OBJAŚNIENIA
  19. Przypisy
  20. Kolofon

Do Czytelnika

W czasie konania na moich rękach drogiej mej żony w Nerczyńsku, postanowiłem jej życie objawić światu, co też z tym większą dopełniam skwapliwością, że jej miłość i poświęcenie się, dotąd w idealnych tylko romansach znane, posłużyć mogą jako wzór dla Polek.

Po napisaniu tego rękopisu, czytałem go niektórym moim znajomym: Słuchano mnie, dziwiono się, płakano i na koniec powiedziano, że gdyby mnie nie znano, nie wierzono by w te brednie.

Przedwcześnie ostrzegam szanownego czytelnika, że nie znajdzie tu ani położenia geograficznego Syberii, ani stosunków handlowych, ani statystyki, tym mniej geologii, a przeczyta tylko życie kobiety, która nie wychodząc za obręb domowego życia, wpisała imię swoje w grono najzacniejszych Polek.

Pisząc wspomnienie o mojej śp. żonie, starałem się być prostym, naturalnym i trzymałem się tylko rzeczywistych faktów, że zaś do powieściopisarstwa nie czuję w sobie najmniejszych zdolności, szczera przeto prawda zastąpiła jej miejsce, bez najmniejszych bujnej fantazji dodatków.

Przypadki nasze drukowane w języku rosyjskim sam czytałem; coś podobnego było i w Dzienniku Literackim z roku 1852, a także i we francuskich żurnalach. Lecz kiedy autorzy tych utworów, nie zasięgając ode mnie objaśnienia, pisali sami, to ja im śmiało powiedzieć mogę, że opisy ich są słabym i niedokładnym odbiciem prawdy.

Praca moja, jeżeli czytaną będzie przez mężczyzn z zajęciem, a przez płeć piękną ze łzami, to się należeć będzie nie moim zdolnościom, ale prostocie i prawdzie mojego opowiadania.

Pisałem w Irkucku 1859 roku.

Wincenty Migurski


CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Po nieszczęśliwym w roku 1831 wzięciu Warszawy wojska nasze, unikając prześladowań, a raczej unosząc w sercach swoich wątłą wprawdzie, zawsze jednak drogą zbawienia ojczyzny nadzieję, przeszły granicę, korpus między innymi generała Rybińskiego złożył broń w Prusach.

W czwartym liniowym pułku tegoż korpusu ja służyłem i zwykle mnie dla odróżnienia od moich trzech rodzonych braci, w tymże pułku służących, koledzy pomiędzy sobą nazywali Piotrawinem, z powodu, że przed wstąpieniem moim do wojska, zmęczony długą i wycieńczającą febrą, więcej byłem podobny do niego niż do człowieka, zdolnego znosić trudy wojenne.

Gdym powstał z łóżka, spojrzałem w lustro i przestraszyłem się sam siebie, spostrzegłszy twarz moją bladą, żółtą, policzki zapadłe, stan cienki i krok niepewny. Byłem prawie przekonany, że mogę być więcej zawadą niż pomocą w szeregach, lecz niedostatki te fizyczne ustąpiły sile mojej moralnej; wstydziłem się bowiem być nieczynnym w chwili, kiedy wszyscy byli w ruchu.

W Prusach dopiero, a mianowicie w miasteczku Tigenhof, przyszedłszy nieco do zdrowia, dałem się bliżej poznać wyższym oficerom w pułku i przez dowodzącego tymże pułkiem majora S... byłem posłany do miasta Neuteich dla podtrzymania ducha w naszych wiarusach, aby nie wierzyli amnestii przez Prusaków ogłaszanej, zapewniającej tymże wiarusom swobodny powrót do kraju; że zaś oficerom naszym Prusacy dawali paszporty do Francji, przeto i nas czterech braci otrzymało takowe.

Nie biorę się opisywać drogi do zachodnich braci. Wystrzały armatnie wraz z zbliżaniem się kolumny polskiej do któregokolwiek miasta lub znaczniejszej wioski, procesje i uroczyste spotykania, bale, iluminacje i tryumfalne bramy, wszystko tam było; bo dzięki postępowi cywilizacji, nie masz narodu, który by przywiązania do ojczyzny nie cenił; dlatego też i Rzesza Niemiecka i Francja na wyścigi starały się każdą naszą chwilę uprzyjemniać.

Ja jechałem w siedemnastej kolumnie, z dwustu osób złożonej i po przyjeździe na miejsce pomieszczono nas w Besançon; tam przyszedłszy kompletnie do zdrowia, zabrałem znajomość z młodzieżą byłych uniwersytetów, warszawskiego i wileńskiego. Żyłem sobie wraz z drugimi spokojnie, oczekując chwili, w której można być użytecznym krajowi. Naznaczono nam gmach dość obszerny, bastion d’Aregne zwany (letnie mieszkanie jenerała i para Francji Moranda). W tym to bastionie pomieściło się nas 60 młodzieży. Koledzy moi wybrali mnie członkiem i deputatem Rady Polaków wówczas w Besançon istniejącej.

Uczęszczałem ja na te posiedzenia przez miesięcy dziesięć i byłem raczej słuchaczem niż mówcą, bom wiedział, że i beze mnie jest komu mówić, beze mnie wszyscy oddychają jednym życzeniem i beze mnie każdy się stara o odzyskanie ojczyzny.

Pewnego dnia zaszedłem do mieszkania moich braci. Józef starszy drzemał jeszcze, a dwaj młodsi, Wacław i Aleksander wychodzili na spacer, było to bowiem w lecie popołudniu; wtem wchodzi do nas oficer od artylerii, pan Konstanty Z. i podszedłszy do rozbudzonego Józefa, zawołał:

– Słuchaj kolego. Wyzwany jestem przez porucznika J. na pojedynek i powiedziano mi, że masz być jego sekundantem. Przyszedłem więc ci oznajmić, że ja mu nie dam satysfakcji, z powodu, że on był pod sądem wojennym.

– Prawda – powiedział brat mój. – Ale on wyrokiem tegoż sądu został uniewinnionym.

– Tak – odrzekł wyzwany – ale dlaczegoż ja mam się z nim strzelać, kiedym go nie obraził?...

– Jak to! – krzyknął sekundant – alboż to wyraz: „zbrodniarz” pogardliwym wyrzeczony tonem, nie jest obrazą?

– A wszakże on był pod sądem, a więc zbrodniarz – bąknął artylerzysta.

– Cóż z tego! kiedy spod tegoż sądu dla niewinności swej został uwolniony – wrzasnął brat mój.

– To ja wcale tego nie pojmuję... jak można... – zaczął coś mówić wyzwany, gdy wtem ja obecny tej rozmowie i nią zniecierpliwiony, odezwałem się:

– Mój kochany kolego! Dziwne wydaje się twoje tłumaczenie słuchającemu z boku! Raz powiadasz, że się strzelać nie będziesz, dlatego że on był pod sądem, a kiedy ci mówią, że wyszedł spod sądu niewinny, twierdzisz żeś go nie obraził. Gdy zaś cię przekonują, że wyraz był obraźliwy, odwołujesz się znów do sądu. Jakkolwiek ja nie chwalę pomiędzy nami pojedynków, jednakże twoje tłumaczenie dowodzi, że obok uporu musisz mieć chyba słabe serce.

– A bardzo dobrze! Więc ja postaram się przekonać kolegę, jakie mam serce – odrzekł zagniewany pan Z. i wyszedł.

Nazajutrz przyszedł do mnie do bastionu pan Zawała, młody oficer 4 pułku strzelców pieszych z oznajmieniem, że pan Z. wybrał go sekundantem w mającym odbyć się pojedynku pomiędzy mną a tym ostatnim i prosił mnie, abym mu wskazał osobę, z którą ma mówić w tej sprawie.

Obojętnie przyjąłem oczekiwaną wiadomość i wskazałem dowódcę pułku, majora S. za mego sekundanta, z którym już poprzednio mówiłem.

W parę dni potem o godzinie piątej z rana, gdy miasto prawie było w uśpieniu, poszliśmy za rogatki i w niedalekiej od niej odległości, zboczyliśmy z gościńca i udaliśmy się na piękną równinę, naokoło krzakami osłonioną. Tam po zwykłej a próżnej sekundantów umowie, mającej na celu pogodzenie nas, zatknięto na odległości ośmiu kroków dwie szpady, rozdano nam pistolety i stanąwszy każdy z nas potykających się na osiem kroków od tych szpad, barierą zwanych, z odwiedzionymi kurkami razem zbliżaliśmy się do nich i razem wystrzeliliśmy, lecz na próżno! Nabito drugi raz, toż samo, po raz trzeci, lecz bez skutku1.

Obecni temu szczególniejszemu pojedynkowi świadkowie, zaczęli nas namawiać, abyśmy na tym poprzestali, dowodząc, że obrażony czynem przekonał wszystkich, że nie słabe ma serce, lecz prośby ich i namowy okazały się bezskuteczne. Pan Konstanty bowiem wyrzekł, że się czuje być obrażonym, ja zaś, chociaż przekonany byłem o jego odwadze, nie chciałem zrobić pierwszego kroku z obawy, aby mnie za tchórza nie wzięto.

Tak to młodość ryzykuje życiem, aby jej nie zarzucono braku odwagi.

Nie było rady, postanowiono tedy nie schodzić z placu, póki krwi czyjejkolwiek nie ujrzą. Z tego powodu nabito pistolety już po raz czwarty i nam je rozdano. Stanęliśmy naprzeciwko siebie już przy barierze i na komendę „trzy” palnęliśmy oba i ja upadłem na ziemię. Pan Konstanty spostrzegłszy to, rzucił się przede mną na kolana i wyrzekał z rozpaczą, że krew bratnią przelał na obcej ziemi.

Józef, brat mój, zrzucił z siebie wierzchni ubiór i schwyciwszy pistolet, groźnym spojrzeniem wyzwał Konstantego. Ja zaś leżałem na ziemi i chociaż kula przeszyła mi policzek poniżej prawego oka, krew się polała i ja upadłem, nie wiedząc, co się ze mną stało, widziałem jednak przygotowania mego brata.

– Jak mnie kochasz Józefie! – wolnym, lecz donośnym głosem zawołałem – nie rób nic panu Konstantemu! Ja jego bardzo szanuję, albowiem on tak postąpił, jak każdy młody i odważny człowiek zrobić powinien.

Wszystko to odbyło się w jednej chwili. Brat mnie usłuchał, przytomni rzucili się na mój ratunek. Doktor obejrzał ranę i pokazało się, że kula odbita o wierzchnią szczękę, zatrzymała się w ustach, a za wypluciem krwi wyleciała spłaszczona. Z podwiązaną już twarzą, ja pierwszy wyciągnąłem rękę przeciwnikowi, którą on do łez rozczulony z uniesieniem pochwyciwszy, pocałował; z panem J. zaś pan Konstanty w żaden sposób strzelać się nie chciał.

Jakkolwiek pojedynek ten sekretnie odbyć chcieliśmy, nie mógł on jednak skryć się przed władzą. W parę dni bowiem przyszedł do mnie komendant miasta, baron M. i urzędowo zapytał, czy nie mam jakiej pretensji do mego przeciwnika? Albowiem w takim razie mógłby ofiarować prawa krajowe na moje usługi. Ale kiedy ja dziękując mu za opiekę, oświadczyłem że panu Konstantemu nic się ode mnie prócz wysokiego szacunku nie należy, odszedł, nie widziawszy nawet mojego antagonisty.

A propos tego pana barona opowiem wam jeden o nim wypadek.

Baron M. rodem Anglik, miał nos ogromny i tak nadzwyczajnie długi, że gdy szedł przez ulice, to siedzącemu w pokoju pod oknem dał się widzieć naprzód nos, potem nos, potem jeszcze nos, aż na koniec i sam jego właściciel. Trzeba takiego zdarzenia, że niejaki pan K., oficer artylerii byłego wojska naszego, wypielęgnował starannie swoje faworyty, które były tak długie, troskliwie upomadowane i naprzód uczesane, że mu całkiem twarz tak zasłaniały, jak niegdyś kanie damskich kapeluszy kobietom. Obaj ci panowie zwrócili na siebie niemal całego miasta uwagę. Ulicznicy ich węglem lub kredą na parkanach i ścianach w karykaturze przedstawiali, a studenci piórem, ołówkiem, a niekiedy i farbami na papierze malując, przykładali do szyb.

Raz, kiedyśmy się w dość licznym gronie dla odebrania żołdu do kancelarii komendanta zebrali, pan pułkownik i baron, zrobiwszy ze swych rąk rynnę dla obrony swego nosa, gdy się tak do swego biurka przeciskał i obejrzał się z uszanowaniem, spostrzegł faworyty pana R., a znalazłszy jego oczy, zapytał, dlaczego bakenbardy jego tak długie? I w łagodnych wyrazach radził mu, aby je obciął cokolwiek, pokazując za przykład, że żaden z jego rodaków podobnych nie nosi. Pan K. uśmiechnąwszy się, zapytał go równie, dlaczego nos jego tak długi? I radził mu nawzajem, aby i on swojego odrąbał kawał, dowodząc, że nie tylko żaden Anglik, ale i żaden nawet człowiek podobnego nigdy nie miał i nie ma nosa. Baron wyciągnął rękę artylerzyście i odtąd żyli z sobą w przyjaźni.

Ale wracam do pojedynku, który on jakkolwiek sam z siebie nic nieznaczący, wpłynął jednak na dalsze życie moje, obecni bowiem świadkowie unosili się nad moim taktem, zimną krwią i odwagą. Z tego powodu w kilka tygodni przyjęto mnie do lóż masońskich, następnie karbonarskich, a w 1833 roku, w charakterze emisariusza, wysłano mnie wraz z drugimi do prowincji polskich.

Kto byli i jakie mieli zamiary emisariusze? Wiadomo to jest prawie każdemu. Mając jednak wzgląd na potomność, której wspomnienia moje mogą dostać się w ręce, obszerniejsze o nich umyśliłem dać wyobrażenie.

Gdy z różnych prowincji polskich po kampanii 1831 roku emigrowało do Francji kilka tysięcy moich rodaków, naród francuski pamiętny na poświęcenie się nasze w wojnach napoleońskich, wyjednał u rządu swego opiekę nad nami. Z tego powodu wyznaczone zostały niektóre miasta, w których zgromadzeni po kilkuset Polacy stanowili depôt, mieli swoje rządy i komitety pod nazwą Rad Polskich.

Rady te obok urządzeń administracyjnych, obok pilnowania wewnętrznego porządku i czuwania nad konduitą każdego emigranta w szczególności, miały głównie na celu posyłać adresy do gabinetów francuskiego i angielskiego, prosząc o środki, za pomocą których można by odzyskać utraconą ojczyznę.

Zarzucone od wszystkich zakładów naszych podobnymi adresami gabinety w odpowiedziach swoich oświadczyły, że chcąc, aby żądania emigracji były prawne i właściwą miały powagę, potrzeba, aby krew polska w walce z Moskwą przelewała się na ziemi polskiej. Wówczas rządy zachodnie, widząc nierówną i niestosowną walkę, sposobem dyplomatycznym upomną się u rządów północnych o zwrócenie nam naszego kraju, bo cóż znaczy (mówiły nam gabinety) żądanie kilku tysięcy emigrantów, w porównaniu z kilkunastu milionami cicho siedzących Polaków i zdających się być zadowolonymi z rządu moskiewskiego?

Wiadomość ta jak iskra elektryczna rozeszła się po wszystkich naszych zakładach. Nieszczęśliwym niewiele potrzeba!

Słaby promień nadziei zbawienia ojczyzny jest wystarczający, abyśmy się rzucili w przepaść.

Wybrani i wychodzący emisariusze wiedzieli o tym dobrze, że trudno będzie w kilkadziesiąt ludzi tam coś zrobić, gdzie kilkadziesiąt tysięcy uzbrojonego wojska musiało ustąpić przemagającej sile. Lecz trudno im było brać na szalę zimnej rozwagi słabą wprawdzie, ale zawsze nadzieję, w chwili, kiedy nieszczęśliwa ziemia tego poświęcenia i długu od nich wymagała. Poszliśmy więc w siedemdziesięciu na pewną zgubę.

Jak niegdyś gerylasi hiszpańscy, tak i emisariusze mieli zebrać po kilku ludzi, uzbroić ich i na wszystkich punktach polskiej ziemi zacząć walkę z Moskalami, ażeby odgłos tej dziwnej partyzantki, doszedłszy do Francji i Anglii, pobudził je do działań dyplomatycznych z rządem moskiewskim.

Lecz niestety! Różnymi traktami i pojedynczo prawie, wyszliśmy z Francji. Z nadzwyczajnymi trudnościami, z narażeniem wolności osobistej i życia, przerzynaliśmy się przez Rzeszę niemiecką, ocknęliśmy się na koniec w Galicji. Tam byliśmy wprawdzie z zapałem przyjęci przez rodaków, ale nie mogliśmy się prędko w rozległym skomunikować kraju. I cóż z tego wyszło? Oto niektórzy z emisariuszy mając moc działania bezpośrednio, zebrali po kilku uzbrojonych, wystąpili do walki i padli ofiarą lub w samobójstwie znaleźli pokój. Niektórzy zaś, oczekując od swych zwierzchników instrukcji, wyglądali jej niecierpliwie, ukrywając się tymczasem po domach obywatelskich pod przybranym nazwiskiem. W liczbie tych ostatnich byłem i ja. Zależałem pośrednio od majora S., który także z Francji jako emisariusz tu przybył. Lecz pomimo moich chęci i poszukiwań, aby się z nim skomunikować, dowiedziałem się tylko, że jemu śmiertelna choroba nie tylko działać, ale i dać znać o sobie swym podwładnym nie dozwalała.

Tym sposobem zeszło kilka miesięcy. W tych to opłakanych czasach, poszukiwania, rewizje, rozlały się na całą Galicję. Nie było dnia, aby kilku nie wzięto pod straże, nie było więzienia nienapełnionego emisariuszami, emigrantami i miejscowymi obywatelami.

Tu dopiero nam nieszczęśliwym otworzyły się oczy! Tu dopiero poznaliśmy, że dyplomaci, zmówiwszy się pomiędzy sobą, jedni wysłali najenergiczniejszych i gotowych na wszystko ludzi, aby drudzy wybierali ich jak z matni i widokom swoim tychże poświęcali. Po przybyciu bowiem naszym powstał wprawdzie na chwilę przytajony zapał obywatelski, ocknęła się energia i chęć wywalczenia ojczyzny, ale koalicja północna, pomagając sobie wzajemnie, wydawała ludzi, których całą jest winą miłość ojczyzny!

Niedaleko od Lwowa, w pięknym położeniu leży wieś Laszki Murowane zwana. Na wzniosłym pagórku stoi dom murowany, naokoło wałem i starymi lipami otoczony. Na tych wałach parę dział i moździerzy, już do niczego niezdatnych, dowodzi dawnych burzliwych czasów polskich. Nie mogłem się dowiedzieć, do kogo wieś ta dawniej należała, dziś zaś jest w rękach dzierżawców. Lecz jeżeli domysły mają miejsce w powieści lub historii, to wnieść można, że Polacy, czyli Lachy oparli się tu kiedyś mężnie, to jest, stali jak mur przeciw nieprzyjaciołom, a wdzięczna potomność dla uczczenia ich nieustraszonego męstwa i wytrwałości, nazwała to miejsce: Laszki Murowane.

Ogromne to zabudowanie jest na dwie równe części podzielone. W jednej połowie mieszkał pan Eugeniusz Ulatowski, a w drugiej pan Józef Padlewski, obydwa ożenieni z dwiema ładnymi córkami kapitana byłych wojsk kościuszkowskich, Adama Korytowskiego, Pan P. chociaż trzymał na współkę w posesji ten majątek ze swym szwagrem, mając atoli dziedziczne dobra około granicy rosyjskiej, rzadko tu mieszkał. Pokoje tylko przez sługi zamieszkałe, stały gotowe na przyjęcie państwa, jeżeli ci stolicę Galicji odwiedzić zechcą. Druga połowa zajęta przez państwa U., odznaczających się patriotyzmem, była przytułkiem wielkiej liczby emisariuszy i emigrantów, zjeżdżających się tu w celu wzajemnego porozumienia się w sprawie publicznej, jako też i ułatwiania interesów prywatnych we Lwowie.

Z nieukontentowaniem urzędnicy patrzyli na te zjazdy; nasyłali nawet swoich ajentów w zamiarze szpiegowania naszych czynności. Nie zastraszało to jednakże państwa U., byli oni bowiem dobrzy, ludzcy, czuli i gościnni, a te zasady nie dozwalały im myśleć o sobie.

Pan U. był kasjerem naszego związku i umarł później w więzieniu lwowskim.

Ja, dowiedziawszy się o tym domu i chcąc powziąć wiadomość o panu S., przybyłem tu z rana. Lokaje przyzwyczajeni widzieć przyjeżdżających i wyjeżdżających, zwykle nas nie meldowali. Ja przeto wszedłszy wprost do pokoju emigranckiego, zapytałem znajomych o gospodarza domu, a gdy jego nie było, udałem się do drugiego pokoju. Spostrzegłszy na sofie trzy siedzące panie i chcąc się zaprezentować, zapytałem o gospodynię domu. Najmłodsza i najładniejsza z nich powstawszy, lekkim skinieniem głowy dała mi poznać, że nią była. Powiedziałem jej przybrane Sieraczek, a nie prawdziwe moje nazwisko i wmieszałem się pomiędzy znajomych.

Po obiedzie pani domu, widząc mnie na ustroniu w głębokim zamyśleniu siedzącego, podeszła do mnie mówiąc:

– Zapewne miłe wspomnienia zostawionych piękności we Francji, nie dozwalają panu mieszać się do wspólnej jego kolegów rozmowy?

– Nie pani! – wyjmując z ust cygaro, odpowiedziałem – o panu S. zamyśliłem się! Co się zaś tyczę piękności, o jakich pani wspominasz, to powiem prawdę, że dosyć jest widzieć Ją, aby o wszystkim zapomnieć.

Ku wieczorowi wyjechałem z Laszek.

W taki sposób jeździłem przez kilka miesięcy w różne domy obywatelskie, szukając znajomych, lub będąc od nich wzywany. Około jesieni przyjechałem tu znowu i znalazłem dwóch znajomych mi kolegów, z którymi udałem się do osobnego, emigrantom wyłącznie poświęconego pokoju. Tu rozmawiając długo, projektując i marząc, zasnęliśmy na koniec.

Na odgłos szczekania psów, tętent i rżenia koni, ja pierwszy przebudziłem się. Spojrzałem w okno, drugie i trzecie. Niestety! dom był naokoło otoczony piechotą i szwoleżerami austriackimi! Strwożony, obudziłem kolegów. Zamieszanie powstało wielkie lecz ciche, a po kilku słowach pomiędzy sobą narady, spostrzegliśmy, ze przerżnięcie się przez straże bezbronnym było nam niepodobne, zguba zatem nieuchronna!

Hałasem tym przebudzona pani domu, z pośpiechu pokazała się we drzwiach naszego pokoju w negliżu. Dowiedziawszy się o co idzie, przykazała lokajowi na krzyk oblegających nie odzywać się i nie otwierać, póki sama nie każe. Nas zaś trzech wezwała do swego pokoju.

W pokoju tym prócz dwóch małżeńskich łóżek razem na środku zestawionych, nie było nic takiego, gdzieby nam się ukryć można było. Niespokojna gospodyni, pani Tekla odwinęła materace na swoim łóżku i pokazała mi, abym się na nim położył. I ja rozciągnąwszy się na gołych deskach, przykryty zostałem materacami, na których okrywszy się kołdrą, sama się położyła. Panna Aniela, siostra jej męża, zrobiła toż samo z panem Talwenem; trzeci zaś, pan Hankiewicz, schował się pod łóżko. Gospodarza w domu nie było. Wszystko to odbyło się w jednej chwili i bez żadnego hałasu. Na naleganie oblegających i pozwolenie pani lokaj, udając tylko co przebudzonego, otworzył pokoje.

Mieszkanie, jak powiedziałem, było podzielone na dwie części i pokoje państwa P. już były zrewidowane. Wpuszczeni urzędnicy postawili u każdych drzwi szyldwacha, sami obeszli wszystkie pokoje lochy i strychy, a nie znalazłszy najmniejszego śladu, przystąpili do sypialnego pokoju, w którym poczciwe nasze rodaczki z takim poświęceniem samych siebie, nas ukrywały.

Komisarz zażądał od pani domu, aby wraz z siostrą dla zrewidowania łóżek wyszły z miejsc swoich.

Wyobraźcie sobie moi kochani i szanowni czytelnicy, nasze położenie! W tak małej objętości, bo tylko w trzech łokciach kwadratowych, mieściło się nas pięć osób. Myśl, szybka jak błyskawica przebiegła mi przez głowę i najtragiczniejszy koniec przewidywałem. Słabe kobiety liczyły na łzy i złoto, my zaś na krwawą walkę. I ja z natury prędki i niecierpliwy, uwalniając od wstydu wstawania z łóżek przy obcych poczciwą gospodynię i jej siostrę, poruszywszy się chciałem wyskoczyć, gdy pani Tekla poczuwszy znaki niecierpliwości mojej pod sobą, mnie mocniej przygniotła, a sama zwróciwszy się do komisarza, rzekła:

– Jakkolwiek od was panowie, spodziewać się można wszystkiego, nie przypuszczałam nigdy, abyście kroki swoje posunęli do tego stopnia, że nie szanujecie świątyni, jaką jest sypialnia kobiet. Ustąpcie więc wielmożni panowie stąd, albowiem przy was z miejsca się nie ruszymy.

Ne vous fachez pas Madame, la colere fait mal – z ironicznym uśmiechem powiedział komisarz i wraz z drugimi opuścił pokój. Powstać z łóżek, zasunąć drzwi za wychodzącymi i oswobodzić nas, było dziełem jednej minuty. W zamieszaniu niezauważony przez nikogo z nas pan H. poszedł na palcach do pokoju bawialnego i podjąwszy materac od sofy, położył się w niej, sam siebie tymże materacem pokrywając.

Tuż do pokoju sypialnego przytykał mały alkierzyk, w nim pod samym sufitem było małe okienko, które pani Tekla palcem nam pokazała. Że zaś niebyło tu żadnego sprzętu, a czas naglił i my nie mogliśmy wdrapać się do wspomnianego okienka, bohaterka nasza schwyciła mnie i pana T. pojedynczo za nogi i podsadzając do góry, pomogła nam do przejścia przez toż okno do sieni, do drugiej połowy mieszkania należących i, o dziwna i niepojęta naturo ludzka! delikatne i tylko do pieszczot stworzone jej rączki, schwyciły ogromną, w tymże alkierzu stojącą szafę i z olbrzymią mocą okienko to zasłoniły. Panna Aniela zaś wówczas zajęła się uporządkowaniem łóżek.

Gdyby te panie rzeczywiście nikogo nie ukrywały, zatrzymałyby zapewne nocnych gości parę godzin za drzwiami i tak by wszystko urządzić się starały, aby wśród oświeconego buduaru w miłym negliżu przyjąć natrętów. Lecz niestety, będąc winnymi, one nie tylko o sobie wcale nic nie myślały, ale w pośpiechu nie wiedziały nawet, gdzie im się podział pan H... Z gwałtownie przeto bijącym sercem, nie chcąc dłuższym zatrzymywaniem rewizji poddać się w podejrzenie, zaledwie nocnym szlafroczkiem przyodziane, wpuściły urzędników.

Komisarz z oficerem i innymi, po starannym przetrząśnięciu łóżek, obejrzeniu podłogi, ścian, pieca i innych rzeczy, udał się do wspomnianego alkierza, otworzył szafę, w której prócz wiszących sukien nic nie znalazł. A że owe okienko było za szafą, ani się o tym domyślał. Stamtąd wracając, poszedł do bawialnego pokoju i niestety, pierwszym przedmiotem mogącym ukrywać człowieka, była nieszczęśliwa sofa. Z niej dobyto pana H. i uszczęśliwiony komisarz powiózł go z sobą do Lwowa.

Zjazdy nasze i uczęszczanie do domów obywatelskich spowodowały, że domy te i ich właściciele tak były skompromitowane przed rządem, że na każdym kroku i w każdej, bo nawet i w nocnej porze, domy i ich właściciele nie byli wolni od rewizji. Z powodu tego, spode Lwowa rozjechać się w różne strony musieliśmy.

Postanowiono przeto na sesji, aby mnie za główny punkt pobytu mego naznaczono Podole galicyjskie, z obowiązkiem propagowania pomiędzy młodzieżą czerniowiecką na Bukowinie zasad Towarzystwa Przyjaciół ludu.