Pamiętniki Daniela - Józef Tretiak - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętniki Daniela - Józef Tretiak

Powieść Józefa Tretiaka opublikowana w 1873 roku, pisana w formie nastrojowych, nieco melancholijnych pamiętników. Daniel zwierza się w nich ze swoich rozterek i wątpliwości, opowiada o miłości i przyjaźni, relacjonuje wydarzenia i towarzyszące im refleksje. Józef Tretiak (1841–1923) używał pseudonimów Józef Trywdar i Trzeciak. Był polskim historykiem literatury, krytykiem literackim, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Studiował filologię na uniwersytetach w Kijowie, Zurychu i Paryżu. Aktywnie uczestniczył w powstaniu styczniowym. Pracował we Lwowie jako nauczyciel języka polskiego i stał na czele tamtejszego Związku Literackiego, później związany z Uniwersytetem Jagiellońskim. Jako badacz zajmował się głównie historią literatury polskiego romantyzmu i historią literatury ukraińskiej i rosyjskiej. Tretiak zajmował się literaturą także od strony praktycznej. Opublikował m.in. poemat liryczny Z pogańskich światów (1870), poemat historyczny Królewska para (1871), powieść Pamiętniki Daniela (1873). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Pamiętniki Daniela - Józef Tretiak

Fragment ebooka Pamiętniki Daniela - Józef Tretiak




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

15 lipca

Po co ja żyję na świecie, doprawdy nie wiem. Myślałem długo nad tym, jakie by zadanie wymyślić dla swego żywota, ażeby go jakoś uprawnić, jeżeli nie przed ludźmi, to przynajmniej przed samym sobą. Myślałem nieraz nad tym bardzo długo, ale nie zdołałem nic wymyślić.

Wy jednak, co to czytać kiedykolwiek będziecie, nie posądzajcie mnie zaraz o zamiar samobójstwa. Bądźcie zupełnie spokojni pod tym względem. Wprawdzie nieraz o nim rozmyślałem, ale czyniłem to jedynie w teoretycznym celu. Nie miałem nigdy najmniejszego pociągu do samobójstwa; wydało mi się ono zawsze skutkiem choroby lub dziwactwa. A trzeba wiedzieć, że jak w innych lubię, i to bardzo, wszelkiego rodzaju dziwactwa, tak znowu w sobie samym nie znoszę.

A i teoretyczne rozmyślania nie doprowadziły mnie nigdy do potrzeby samobójstwa. Kiedym pytał siebie, po co ja żyję, nie mogłem dać sobie odpowiedzi, ale też kiedym zapytał siebie, po co mam się zabijać, nie wiedziałem także, co na to odpowiedzieć. I rzeczywiście, po co mam się zabijać? Czy z tego komukolwiek cokolwiek przyjdzie? Na koniec, ponieważ nie jestem wcale filantropem, a do głośnej i patentowanej filantropii czuję nawet lekką odrazę, coś tak jak do zapachu świec woskowych, więc pytałem siebie, czy też przynajmniej nie zdołam komu zaszkodzić przez dokonanie samobójstwa. I cóż się okazało? Oto, że nikomu tym nie zaszkodzę, a ludzie, dowiedziawszy się o mojej śmierci samobójczej, pokręcą głowami i dziewięciu z dziesiątka powie głosem najgłębszego przeświadczenia: oto głupiec.

Przyznać muszę, że dla osiągnięcia takiego tylko rezultatu nie warto się narażać na kłopot rozsadzania czaszki i wszystkich przedwstępnych czynności samobójstwa, które mnie najbardziej od niego odrażają.

Stosunek mój do społeczeństwa w którem mnie przypadek czy konieczność umieściła, jest zabawny. Raz mi się wydaje, że wszyscy ludzie są głupsi ode mnie, że pragną siebie i drugich oszukiwać, że lepią jakieś pozłacane cacka, wystawiają je na wysokiej tyce, tak wysoko, żeby nie można ich było rozglądnąć należycie okiem i nuż kłaniać się im do upadłego, nuż śpiewać piosenki na cześć złoconego cacka i inne hece na sposób ludzki wyprawiać. Kiedy ktoś mówi o miłości małżeńskiej, to ja w nim widzę popędliwość płciową, która się od zwierzęcej w ogóle odróżnia hipokryzją. Kiedy ktoś mówi o gotowości do poświęceń dla ojczyzny, natychmiast wietrzę w nim chętkę gonieniu za popularnością, która jest tylko przednią strażą wielkiej armii, co się nazywa ambicja. Jeżeli artysta wykrzykuje tragicznym głosem o miłości dla ideałów, to mam go albo za rodzaj wariata, i to nie z warstwy spokojnych i nieszkodliwych, ale przeciwnie z tych, których słusznie czy niesłusznie zamykają do osobnych domów; albo co gorzej za deklamatora, i zdaje mi się wtedy, że jestem we włoskiej operze na przedstawieniu Trubadura, i słyszę jęki tenora wychodzące z więzienia kartonowego, i widzę łamanie rąk primadonny, iż nic już nie wybawi jej kochanka z tych murów – aż do spadnięcia kurtyny. Jeśli upatrzę w kim to, co nazywają ludzkością, humanitarnością, filantropią, czy jak chcecie, uważam to za objaw dziwactwa, i jeśli objaw jest szczery, to mi się nawet ów człowiek podoba, jak w ogóle wszyscy ludzie, którzy szczerze popełniają dziwactwa; ale jeśli to jest głośna filantropią, rozlubowana w sobie, spod oka patrząca na sprawiane przez się wrażenie, to przypomina mi ona, wybaczcie mi ci, którym to kiedykolwiek może wpaść w ręce, przypomina mi, sam nie wiem dlaczego, wielkanocne prosię z chrzanem w zębach. Powtarzam, sam nie wiem dlaczego, i widzę dobrze, że porównanie jest dzikim i niezrozumiałym, chciałbym je jednak jako tako usprawiedliwić wprost dla własnego zadowolenia. Oto wyraz przybranej filantropii przypomina mi często wyraz łagodności prosięcej, pod którą tkwią popędy obżarstwa i wszystkie inne, które później w dojrzałym wieku cechują wyraźnie to zwierzę. Muszę tu dodać w nawiasie, że wielkanocne prosię z chrzanem w zębach i z tym swoim wyrazem łagodności, przypomina mi dużo rzeczy i wiele porównań napędza do głowy. Jeśli mi kiedyś przyjdzie wielka ochota, to może napiszę moją rozprawkę o wielkanocnym prosięciu.

Jeżeli mi wieśniak mówi, że trzeba Boga miłować, to wiem, że nieborak rozumie pod tym wielką bojaźń jaką ma za plecami dla piekła z całą jego smolną melodramatycznością i nieco mniejszą chętkę dostania się do nieba, którego rozkosze nie są dlań zupełnie dostępnymi. Ale jeśli mi jaki gentleman duchowny lub świecki prawi o miłości dla Najwyższej Istoty, lub jeśli filozof swym bezkolorowym językiem naucza mnie o ukochaniu prawdy bezwzględnej, to przyznaję się najotwarciej, że cierpliwość moja wówczas jest narażoną na wielką próbę i nie zawsze udaje mi się zachować obojętnie wobec takiego naigrawania się z mojego zdrowego rozsądku.

Z tego, co powiedziałem, można się przekonać, że wszyscy ludzie są albo głupsi, albo gorsi ode mnie. Dodam tu jeszcze, że istotnie nieraz żal mnie bierze i litość, kiedy widzę usilne krzątania się, rozpaczliwe szamotania ludzkie, prowadzące w rezultacie do ziarnka piasku, gdzie tam! Do zera właściwie, do tego, aby objechać koło i stanąć na punkcie, z którego się wyjechało. Tyle przykrości, tyle codziennych kłopotów, cierpień, lamentów, dlaczego? Dla urojenia, dla stałych przywidzeń, to mi nasuwa myśl o znanym bractwie biczowników i pobudza nieraz do istotnego ubolewania a zawsze do poczucia wyższości swojej.

A jednak, jednak, będę; szczerym, bo szczerość to główna charakterystyczna cecha moja, która mnie od innych ludzi wyróżnia, jednak zdarza mi się czasami zazdrościć tym ludziom. Kiedy widzę zajęcie i radość na czyjej twarzy z jakiegoś powodu, któryby we mnie nie zdołał wywołać uśmiechu na usta, kiedy widzę buchający rumieniec zapału i sypiące się skry zadowolenia w oczach, przychodzi mi czasem na myśl, czy nie jest to istotnie korzystniej dla człowieka oszukiwać się ciągle, na każdym kroku, czy nie lepiej jest przyjąć na siebie jakąś rolę na deskach świata i przejąć się nią aż do zapomnienia kulisów, niż pytać ciągle siebie: co ty tu robisz? I do czego tu jesteś? I nie znalazłszy odpowiedzi ruszyć ramionami i żyć dalej, a za chwilę znów pytać siebie, znów ruszać ramionami i znowu żyć dalej.

Ale takie zachcianki nie długo trwają. Dość mi jest tylko wyobrazić siebie w podobnej roli z zachwytem na twarzy, z iskrzącymi się oczyma, ażebym się wzdrygnął na myśl podobną, a potem zaśmiał się w duchu i powrócił do dawnego zadowolenia z własnej istoty, to jest z mojej doskonałej obojętności dla wszystkich i na wszystko. Chciałem zrozumieć swoje stanowisko na świecie i tak je nareszcie określiłem: świat jest wielką sceną, na której odgrywają się najrozmaitsze sztuki, jedna obok drugiej, poplątano z sobą tysiącami nici, łączące się z sobą na każdym kroku, tak, że pierwszy kochanek tragiczny jednej sztuki występuje zaraz w drugiej, czasem jednocześnie jako ostatni błazen. Jedni aktorzy przejmują się najzupełniej swoją rolą, i nic ich nie może wyrwać z tego przejęcia się i zapomnienia o kulisach, ani papierowe szyszaki, ani miecze blaszane, ani chwianie się groźnych, niezdobytych murów przy pierwszym przeciągu wiatru, ani syczący głos potwornie skulonego suflera, którego obowiązek spełnia na światowej scenie tradycji. To są mente capti, ludzie wyłącznie przez wyobraźnię opanowani, którzy mogliby zwariować ostatecznie, gdyby się w jakiś sposób znaleźli za kulisami i przekonali, że cala ich rola była tylko szczęśliwym wymysłem. Inni aktorzy nie wierzą zbytecznie w rzeczywistość swojej roli, czasem nie wierzą w nią zupełnie, ale za mało mają uszanowania dla samego siebie, za wiele chciwości zaspokojenia chwilowych potrzeb, które to zaspokojenie uchodzi w ich oczach za szczyt szczęścia, ażeby mieli co prędzej zrzucić maskę z twarzy, rzymską togę swoją użyć do ścierania prochów, a szyszakiem papierowym podpalić drwa w piecu. Więc grają dalej, grają ciągle, i rzecz bardzo zrozumiała, iż wobec pierwszych aktorów, tak zwanych ludzi dobrej wiary, mają całą wyższość położenia, jaką im daje świadomość własnego oszustwa. Jeśli pierwszych nazwałem mente capti, tych wypada mi nazwać oszustami, zdaje się, że to będzie najodpowiedniejsze określenie. Ci ostatni wyzyskują pierwszych w najlepsze i im większą są obdarzeni silą wyzyskiwania, tym większego dobijają się znaczenia i sławy. Stawią im po śmierci kamienne pomniki. Wówczas dopiero ironią, którą za życia walczyli potajemnie, wybucha głośnym śmiechem nad ich grobami, i wydawało mi się nieraz, nie mówię tego zupełnie na serio, wydawało mi się nieraz, iż pośmiertnym posągom z kamienia przeciągały się nieznacznie usta do dziwnie ironicznego uśmiechu.

Czy dla tej wielkiej światowej sceny istnieje gdzie jaki odpowiedni amfiteatr, w którym cały Olimp zasiada i bogowie rozsiadłszy się wygodnie lornetują przechyleni ku scenie najpiękniejsze z ziemianek i biją huczne brawo, które w skutek oddalenia amfiteatru od sceny dochodzi do nas we dwadzieścia milionów lat, to pytanie zostawiam całej tej warstwie krzywoprzysięzców i szarlatanów jakimi są poeci i artyści. Oni mogą na serio traktować takie rzeczy, szczególniej jeśli wpadają w szaleństwo, które w ich języku nazywa się natchnieniem. Co do mnie, widzę, iż tu na świecie nie ma nic oprócz sceny, nie ma cichego amfiteatru, do którego można by się schronić i spokojnie przypatrywać się grze ludzkiej; zmuszony zatem jestem usiąść na scenie gdzieś z boku pomiędzy kulisami i stąd patrzeć na grających, narażając się nieraz na apostrofy aktorów ku mnie zwrócone. Te apostrofy czasem mnie rozrywają, ale czasami są bardzo nużące.

Czym tu ja zapisałem już kilka stronic, doprawdy nie wiem. To wypisanie się jednak sprawia mi pewną przyjemność. Tak mi jest, jakbym znalazł człowieka jednakowych ze mną usposobień, to jest pozbawionego wszelkich przesądów i złudzeń i prowadził z nim przyjemną rozmowę. Być może, iż kiedykolwiek znowu powrócę do tej rozrywki i może to będzie sposób... W tej chwili na myśl mi przyszło... może to będzie sposób jakiego takiego wywiązania się z życia, które mi dano nieproszącemu, a które wsiąść musiałem, choć nie wiedziałem później, co mam zrobić z tym fantem.

7 sierpnia

Ach, jacy ludzie są nudni, kiedy mnie chcą nieproszeni wtajemniczać w swoje dzienne troski i kłopoty i tygodniowe przedsięwzięcia. Bo co ja im poradzę? Co ja im nawet odpowiedzieć mogę na te wywnętrzania się natrętne? Nie potrafię czuć z nimi pospołu, pocieszać ich nie zdołam w żaden sposób. Mogę im tylko powiedzieć, że są głupi i nudni. Mam sobie za złe, że im dotychczas nie mówię tego otwarcie.

Wczoraj mnie odwiedził Karol, mój dawny towarzysz uniwersytecki. O nim bez wahania się mogę powiedzieć? Że jest mente captus. Człowiek ten miał zawsze kościół swój pełen świętości, w którym bóstwa zamiast wymierać powoli, i owszem łączyły się z sobą i mnożyły, zupełnie tak jak na greckim Olimpie. Wyzyskiwał go każdy, kto chciał, jeździł na nim pierwszy lepszy oszust. Dość go było tylko uderzyć pompatycznym a pustym brzękiem słowa, które wyobraźnia jego napełniała fikcyjnym znaczeniem ażeby wydrzeć odeń wszystko, co miał najdroższego. Był to stan moralnego upicia się bez możności wytrzeźwienia się. Kochał się na zabój i to w jednej, kochał ją długo, bardzo długo, zasługując sobie na jej miłość, coś tak jak biblijny Jakub, przez lat sześć czy siedem, nareszcie otrzymał skarb nieoceniony, najukochańszą żonę.

Nie widziałem go po ożenieniu się, aż dopiero wczoraj. Wszedł blady, smutny i witając się powiedział kilka słów bez związku. Spojrzałem nań z politowaniem, bom się już był wszystkich przejść jego domyślił. Po kilku chwilach przykrego milczenia, przerwanych zapytaniami o życiu potocznym i odpowiedzią na nie, Karol wstał z miejsca, na którem siedział, zbliżył się do mnie, usiadł koło mnie na krześle i opierając ręce na kolanach a na rękach głowę, przemówił tonem, w którym znać było wymuszoną spokojność, dziwnie odbijającą przy gorączkowym drżeniu głosu.

– Czy wiesz, że ożeniłem się?

– Tak, mówiono mi o tym. Milczenie znowu trwało parę minut.

– Ty zawsze byłeś przeciwny małżeństwu? Powiedział nareszcie.

– I dzisiaj jestem takim, odpowiedziałem.

Znowu klamka milczenia zapadła. Żal mi się zrobiło Karola i rzuciłem mu słówko, którego oczekiwał, którego pragnął, a które miało mnie zalać powodzią zeznań; rzuciłem mu zapytanie: a ty?

Zapora została obaloną. Karol powstał z krzesła, i odrzuciwszy przybrany ton spokojności zawołał głosem, w którym prawdziwy ból gadał:

– A ja? Jestem najnieszczęśliwszy z ludzi!

Ten wykrzyknik nie zadziwił mnie ani trochę. Przewidziałem go, i to od dawna, zupełnie tak jak astronom przewiduje pewien jakiś manewr planetarny, jak chemik przewiduje rezultat połączenia dwóch pierwiastków. Zapaliłem cygaro i kłębem dymu odpowiedziałem biednemu Karolowi na jego rozpaczliwe zawołanie.

– Wyobraź sobie, wyobraź sobie, mówił głęboko poruszony, kochałem, wiesz jak kochałem, śmiałeś się z mojej miłości; wierzyłem, wiesz jak wierzyłem, a dziś? Dziś kocham okropnie, kocham miłością cierpiącą, zranioną, straszną, gotową... Nie wiem, dlaczego kocham – ale nie wierzę...

– W co nie wierzysz? – spytałem. Karol zadrżał gorączkowo i mówił:

– Nie wierzę najprzód w jej miłość, po wtóre w szczęście. – Nie, nie, nie, w możebność szczęścia wierzę, jak to, gdyby ona mnie kochała, to byłbym tak szczęśliwy, słuchaj Danielu, byłbym tak szczęśliwy...

Znowu usiadł i schował twarz w dłonie. Po chwili powstał, przeszedł się parę razy gwałtownym krokiem po pokoju, a potem stanął przede mną i patrząc mi w oczy powiedział:

– Słuchaj mnie Danielu, nie mam nikogo na świecie komu mógłbym się zwierzyć z moich boleści, od kogo bym zdołał zasięgnąć rady. Ludzie mi inaczej dziś wyglądają, nie mogę znosić widoku szczęścia i radości, lękam się tych, którzy byli moimi przyjaciółmi, dla wszystkich jestem niechętny, podejrzliwy, zazdrosny, staję się złym człowiekiem. Ty jeden ze swoją obojętnością dla świata jesteś mi dziś bliższym niż wszyscy dawniejsi przyjaciele moi. Czy zechcesz być mi dziś doradcą? Powiernikiem?

W głosie Karola, kiedy wymawiał te ostatnie słowa, było tyle prośby, że odmówić nie mogłem, chociaż uczułem już popęd do spazmatycznego poziewania.

– Wysłuchać mogę, odrzekłem, ale poradzić zapewne nie zdołam; wolę ci to powiedzieć z góry. Jakkolwiek bądź opowiedz mi swoje przejścia.

Karol usiadł przy mnie i zaczął mówić z początku powoli, potem szybciej i gwałtowniej.

– Kochałem Amelię, i jak wiesz, przez lat kilka starałem się o jej rękę. Wiele przeszkód nas dzieliło. Rodzice pragnęli dla niej bogatego męża, ona była bardzo młodą, wiec zupełnie zależną od rodziców; ja byłem ubogi, więc musiałem pierwej zdobyć stanowisko, żeby móc później po nią rękę wyciągnąć. Na koniec zdobyłem stanowisko. Naraz widnokrąg raju roztworzył się przede mną, zdawało się, że nie będę mógł pomieścić w piersi tyle szczęścia, wiele miało spłynąć do niej. Nic już na drodze nie stało do naszego skojarzenia się; rodzice już zgadzali się, ona mi była tak przychylną, ona mnie kochała wtedy, tak, tylko tym się jeszcze pocieszam, że ona mnie przynajmniej wtedy kochała. Na koniec pewien ranek majowy połączył nas dwoje. Słuchaj, ja bym wtedy może oszalał ze szczęścia, gdyby już nie pewne złe przeczucia, co jak ciemne obłoki przeciągały na tle złotej jutrzenki szczęścia.

Uśmiechnąłem się w duchu słysząc jak szaleniec mówi o obawie szaleństwa. Nie przerywałem mu jednak swoimi uwagami.

– Zdawało mi się już wtedy, że mnie za mało kocha, że mnie nie kocha tak, jak ja ją kochałem, wszystkimi siłami duszy, wszystkimi pragnieniami serca. Byłem może za wymagający, ale innym być nie mogłem. Trzy miesiące pożycia małżeńskiego przepędziłem w nieustannej gorączce, w nieustannym rozważaniu, czy ona mnie kocha, przechodząc kolejno ze stanu błogiego uspokojenia, w stan niepewności i zwątpienia, i kiedym już, doszedł do zenitu zwątpienia, jeden jej uśmiech i jedno jej spokojne wejrzenie stawiało mnie znowu na gruncie wewnętrznego spokoju, robiło mnie znowu szczęśliwym; ach, ale tak na krótko. Przychodziły mi dzikie myśli do głowy, których się wstydzę teraz. Myślałem na przykład, jakby to było dobrze unieść ją gdzieś bardzo daleko, pozbawić widoku ludzi, z których każdy mógł być złodziejem mojego skarbu i tam dopiero napawać się miłością niczym niewzruszoną. Znajomi i przyjaciele, którzy bywali u mnie wydawali mi się moimi tajemnymi nieprzyjaciółmi, znającymi doskonale wszystkie wewnętrzne burze i zatargi mojego serca i szydzącymi z nich potajemnie. Jeśli dla kogo z nich Amelia była grzeczniejszą niż dla innych, już drżałem z bojaźni, zdawało mi się, że mimowolnie zdradza swoją miłość dla niego. Jeżeli zaś była dla kogokolwiek bardziej obojętną, niż dla innych, to jeszcze więcej się lękałem, bom ją posądzał o podstępność. Podejrzenia moje zwracały się na rozmaite przedmioty, do rozmaitych osób, gmatwały się z sobą, przeczyły sobie, rozrywały mnie na części i obezsilały. Na koniec...

Karol zamilkł na chwilę. Czułem, że sio zbliża katastrofa, więc otoczyłem się jak najgęściej sinymi kłębami dymu cygarowego.

Raz, mówił z drżączką w głosie, byłem wtedy spokojniejszy niż kiedykolwiek, raz miałem kilku znajomych u siebie. Obawy moje jakiś wiatr szczęśliwy rozniósł jak liście jesienne. Byłem weselszy i rozmowniejszy z gośćmi, tak, że Amelia patrzyła na mnie z podziwem i zdawało mi się, że z radością. Przed wieczerzą rozeszli się goście, został tylko Klemens, dawny znajomy Amelii, związany nawet z jej domem jakimiś węzłami pokrewieństwa. Miałem go zawsze za przychylnego krewniaka i nic więcej, byłem pewny, że ona jest dlań obojętną. Tego wieczora, kiedym odprowadził gości na ganek i powracał do pokoju, w którym zostawiłem Amelio i Klemensa, jakiś zły duch mi szepnął, zły czy dobry już tego nie wiem, coś mi szepnęło, żeby się cichaczem podkraść pode drzwi tego pokoju i podpatrzeć ich samotnych razem. Zgasiłem lampo i długim korytarzem po cichu na palcach skradałeś się do drzwi. To dziwna, jak ja byłem prawie pewny tego, co ujrzę. Drzwi były nieco uchylone, zatopiłem chciwie oczy wewnątrz pokoju, alem nic nie ujrzał, bo światło lampy płonącej na stole olśniło mnie. Oni siedzieli za stołem na kanapie przykryci zasłoną światła. Ale w tej samej oliwili prawie rozdarłem wzrokiem jak sztyletem zasłonę blasku i ujrzałem, wiesz, co ujrzałem? Ona miała głowę na jego ramieniu... Karol urwał. Nastąpiło krótkie milczenie. – Co się ze mną wtedy stało, począł mówić dalej, nie pamiętam dobrze. Dostałem zapewne zawrotu głowy i padłem u progu drzwi, tłukąc z brzękiem lampę, którą trzymałem w ręce. Przez kilka dni leżałem chory. Zaraz po wyzdrowieniu miałem jej wszystko opowiedzieć i... Nie wiedziałem, co dalej zrobić, wiedziałem tylko, że tak dłużej zostać nie może. Wyzdrowiałem, już może dwadzieścia razy zabierałem się jej wypowiedzieć wszystko, byłem gotów nawet zerwać z nią, i kiedy przyszło do słowa, nie ośmieliłem się i czuję, że już się nie ośmielę. Jestem pewny, że jeśli jej to teraz opowiem, ona się tylko zaśmieje i powie: byłeś w gorączce mój drogi, nic dziwnego, że ci się coś podobnego przywidziało. Jeśli mi tak odpowie, już jestem zabity. Nie będę jej wierzył i sobie nie będę wierzył. Będę rozerwany, rozdarty, będę łachmanem, który już chyba na śmiecisko wyrzucić. Nosiłem się z tą tajemnicą, z tym gadem w piersi przez całe dwa tygodnie; dłużej nie mogłem wytrzymać; musiałem znaleźć powiernika i doradcę, a wreszcie... Sekundanta, z koła moich znajomych ciebie naprzód wybrałem.

– Więc pojedynek? – spytałem.

– Czy sądzisz, że nie ma innej rady?

– Mówiłem ci z góry, mój drogi, że rady ci dać nie potrafię. Moja rada byłaby... Ale wolę ci o niej nie mówić, bo w tej chwili wyglądałaby na szyderstwo. Jakiejkolwiek pomocy zażądasz ode mnie, jeśli ta leży w zakresie sił moich, będziesz ją miał. Tylko ci radzić nie będę.

– Ha, niech więc będzie pojedynek. Nienawidzę pojedynków, ale innego wyjścia nie widzę. Czego ja chcę, doprawdy nie wiem, bo nie śmierci przeciwnika. Chcę jakiejś krwi, jakiegoś bólu, jakiejś rany, na którą ona powinna zwrócić oczy i powiedzieć sobie: ja jestem przyczyną tego. Więc jesteś mi sekundantem?

Schyliłem głowo na znak potwierdzenia. Karol dał mi jeszcze kilka potrzebnych wskazówek względem czasu i miejsca i wyszedł. Ja sam zostałem w nowej swojej roli sekundanta.

Te odwiedziny rzuciły mi straszny ciężar na serce. Zdawało mi się, że już przez samo słuchanie tej historii szaleństw, zostałem mimowolnym ich uczestnikiem.

Czego ten człowiek chce od żony? Przetworzył ją we własnej wyobraźni na jakąś boginię, co zejść raczyła na ziemię, ażeby się dać ukochać takiemu jak on poecie, i później narzeka na nią, że nie jest taką w istocie, jak ją sobie wymarzył. Jestże to jej wina? Na co sam siebie przed tym oszukiwał, lub czemu raz już wszedłszy na błędną drogę dalej nią nie idzie? Kto tu winien, jeśli nie on, jeśli nie jego szaleństwo, nie jego zaślepienie?

Takie myśli przychodziły mi do głowy po odejściu Karola. Był on pyszną ilustracją do moich teorii małżeństwa. Małżeństwo według mnie jest jedną z najcięższych form niewoli. Ludziom niewolniczych usposobień może ono dawać pewne rozkosze okupione zupełną utratą swobodnego życia, swobodnego ruchu. U ludzi gorączkowych małżeństwo jest powrozem, który przy najmniejszym targnięciu wpija się w ciało i rozkrwawia. Dla ludzi takich jak ja, którzy sami nie wiedzą, po co żyją na świecie, choć się ciągle o to pytają siebie, małżeństwo jest ogniwem od zagadkowej ciemnej, rozdźwięczonej teraźniejszości do takiej samej przyszłości. Kto zechce rzucić takie ogniwo? Po co? Dlaczego? Na co pomnażać rodzaj ludzki jeszcze większą ilością szaleńców, szarlatanów i przeżuwaczy, do których sam siebie zaliczam? Matuzal żył bardzo długo, ale uważał życie swoje za chwilę bardzo ulotną, dla której nie warto było poświęcać wielu zabiegów i trudów. Matuzal to był porządny człowiek; zgadzam się z nim zupełnie i dla tego myślę, że jeśli warto, co tworzyć, to tylko dla wiecznego istnienia.

A tym czasem po jutrze mamy pojedynek. Pragnę, ażebym co prędzej mógł się pozbyć tego ciężaru z głowy, i oddać się znów spokojnie moim książkom i rozmyślaniom.