Pamiętnik eksdziedzica z zapiskami ekspachciarza - Kazimierz Laskowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Pamiętnik eksdziedzica z zapiskami ekspachciarza ebook

Kazimierz Laskowski

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 278 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętnik eksdziedzica z zapiskami ekspachciarza - Kazimierz Laskowski

Utwór polskiego poety, prozaika i dziennikarza Kazimierza Laskowskiego (1861–1913). Laskowski studiował w Niemczech. Pracował jako redaktor kilku pism. Był autorem wielu piosenek, najczęściej nawiązujących do wydarzeń bieżących. Jego utwory ukazywały się w „Kurierze Warszawskim”, „Gazecie Radomskiej”, „Gazecie Kieleckiej” oraz warszawskich pismach humorystycznych. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Pamiętnik eksdziedzica z zapiskami ekspachciarza - Kazimierz Laskowski

Fragment ebooka Pamiętnik eksdziedzica z zapiskami ekspachciarza - Kazimierz Laskowski




Spis treści

  1. SŁOWO WSTĘPNE
  2. ROZDZIAŁ I Woś kupuje Kalinówkę
  3. ROZDZIAŁ II Woś konkuruje
  4. ROZDZIAŁ III Woś żeni się
  5. ROZDZIAŁ IV Pierwsze chmury
  6. ROZDZIAŁ V GROM
  7. ZAKOŃCZENIE
  8. KOLOFON

SŁOWO WSTĘPNE

Nie fałszywa skromność, lecz niechęć istotna do strojenia się w cudze pióra, zniewala mnie do wyznania, że praca, którą zamierzam poddać łaskawej ocenie czytelników, nie jest wytworem fantazji autorskiej, lecz odbiciem prawdy życiowej, popartej szeregiem piśmiennych dokumentów głównych działaczów. Zasługą moją jedynie – o ile traf szczęśliwy zasługą zwać się godzi – iż cenny ten materiał, niezaprzeczenie autentyczny (o czym poniżej), dostał się do rąk moich, i że zeń w miarę sił i zdolności odpowiedni użytek dla literatury i społeczeństwa wyciągnąć zapragnąłem.

Mojego tu właściwie nic nie ma, a całe zadanie, jako pisarza, schodzi do roli krawca, jednakże bez samolubnych, a zwykłych ludziom tego zawodu instynktów, budzących we mnie zawsze niesmak i oburzenie. Nie staję przeto przed czytelnikiem z rachunkiem w ręku, a przechwałką na ustach: „zrobiałem państwu to a to...” jak to zwykł czynić dostawca mojej garderoby, utrzymujący w takich okolicznościach, iż zrobiał dla mnie garnitur, choć praca jego ograniczała się do uszycia, boć zarówno kort, jak nici, guziki i inne dodatki, to wytwory cudzego (chciałem powiedzieć: łódzkiego) przemysłu fabrycznego – lecz.

... Nie chcę narażać się ludziom i cofam porównanie. Nużby je wziął do siebie który z autorów, mniej na lingwistyczne odcienia wrażliwy! Aby jednak prawda nie poniosła szwanku, przybieram sympatyczniejszą postać fotografa, dla którego obiektywą są rękopiśmienne notatki Wosia Kalinowskiego, negatywą nieczytelne wykrętasy Jankla Maślanki, i składając wywołaną pozytywę przed areopagiem czytelników, proszę o pobłażliwy retusz dla wszelkich niedokładności i uchybień, niewprawnym okiem dyletanta pominiętych.

Nie będzie to nawet przypuszczalnie rzeczą zbyt trudną. Rodzina Kalinowskich, rozgałęziona po całym kraju, żyła szeroko, zawierając liczne znajomości, z samym zaś Wosiem łatwo się można było spotkać czy to na walnych jarmarkach w Łęcznej lub Łowiczu, czy podczas „wełny” w Warszawie, czy wreszcie na piknikach i balikach obywatelskich, w których zawsze chętny brał udział. Znano go i lubiono; niewątpliwie więc nie ma gniazda ziemiańskiego, gdzie by miłych wspomnień, żywo w pamięci zachowanych, nie zostawił. Jestem tego pewny. Napełnia mnie to otuchą, że choćbym nawet skrzywił linię, przeprowadzoną między dwoma punktami – rękopisem Wosia a uwagami Jankla Maślanki – krzywizna ta znajdzie w rodzinnych wspomnieniach czytelników sprostowanie, a uzupełniony w ten sposób obraz odtworzy dokładnie historię popularnego w kołach ziemiańskich współobywatela. Reszty dokona intuicyjnie skalpel bezstronnego, daj Boże! krytyka, bezstronnego w moim pojęciu o tyle, o ile jako mieszkaniec miasta z Wosiem obcować nie mógł i sądzić go będzie jedynie po jego uczynkach. Życzę sobie tego z głębi duszy dla mojej pracy, gdyż nie ma nic gorszego nad nepotyzm krytyczny, występujący zazwyczaj przy ocenach zdarzeń i ludzi, których się osobiście znało lub na własne widziało oczy. Wtedy mimo woli sąd zaprawiony bywa subiektywizmem, co przy rozbiorze spraw nieznanych, rzecz prosta, zdarzać się nie powinno.

Nie wywnętrzyłbym się przed czytelnikiem dostatecznie, pomijając okoliczności, towarzyszące odnalezieniu cennych dokumentów. Nie pozostają one wprawdzie w żadnym związku ścisłym z treścią niniejszej pracy, niemniej dostarczyły piszącemu te słowa niejakiej podstawy do luźnych wniosków i domyślników i jako takie, na wyłuszczenie zasługują.

W karnawale roku ubiegłego zostałem zaszczycony zaproszeniem państwa Alfredowstwa ...ckich, z ...skiego, na jedną z tych zabaw wiejskich, z których już rezydencja gościnnych gospodarstwa, śliczna majętność Kalinówka, szeroko zasłynęła.

Nie będę opisywał przebiegu samej zabawy, wspomnę jedynie mimochodem, że pani Alfredowa, z domu Baberówna, w klejnotach rodzinnych wyglądała czarująco, a kochany Fredzio, rozhulawszy się na dobre, tak szczodrze podlewał węgrzyna, że po białym mazurze najpierw stary hrabia... wicz, a zanim wszyscy, jak jeden mąż, na klęczkach wysączaliśmy z trzewiczka nadobnej pani domu staropolskie „kochajmy się!” przy czym hrabia, zazwyczaj wstrzemięźliwy w zawieraniu stosunków ściślejszych, zaproponował teściowi Alfreda, sędziwemu panu Baberowi bruderschaft. Zaczęli sobie mówić per ty, co dało pochop do dalszej pijatyki, wynikiem której było, że zamiast powrócić do siebie, nocowałem, a raczej „dniówkowałem” w Kalinówce.

Umieszczono mnie w lewym skrzydle pałacu, przebudowanego ze starego dworu, w pokoju zwykle przez starego Babera zamieszkiwanym. (Pan Baber lato spędzał rok rocznie u córki, zimą rezydował w Warszawie).

Tu, kiedy ocknąwszy się przed wieczorem, poszukiwałem jakiegoś potrzebnego mi przedmiotu, natrafiłem w kącie (już to nasza służba porządkiem nie grzeszy) na plik starych, pomiętych papierów, przewiązanych krajką, zakurzonych, porzuconych tu widocznie od dawna.

Odezwała się żyłka pisarska, wziąłem ją do ręki, rozwinąłem, i o dziwo! na pierwszy rzut oka rozpoznałem znany mi zresztą dobrze (posiadam dotąd dwa rewersy i kilka listów tegoż pióra) charakter pisma Wosia Kalinowskiego. Przeleciało mi przez głowę wspomnienie, że Kalinówka była jeszcze przed paru laty własnością Wosia i z tym większym zaciekawieniem jąłem się odczytywania pisarskiej spuścizny znajomego.

 Gdzie on się teraz obraca? Kiedy ten człowiek miał czas na wszystko? – rozmyślałem, przerzucając pożółkłe karty, zdaje się, notatnik z jakiegoś kalendarza wydarty, na których Woś w dorywczych, a jednak dosadnych rysach, kreślił ważniejsze wytyczne ze swego życia. Tu i ówdzie były nawet daty i cyfry, co mi ułatwiło chronologiczne uporządkowanie dokumentów i ujęcie w pewną systematyczną całość.

Tyle faktów prawdziwych. A teraz hipoteza: Przeglądając znaleziony rękopis, natrafiłem na niektórych kartach (były one na jednej tylko stronie ręką Wosia zapisane) na jakieś nieortograficznie kreślone dopiski, pełne wyrażeń żargonowych. Nadto na niektórych u góry były jakieś rachunki z kupionych sprawunków, z podpisem hebrajskim Jankla Maślanki. Kilka kwitów, ręką Wosia na niezapisanych stronicach rękopisu (nazwijmy rękopis „Pamiętnikiem, „gdyż zawierał i bruliony listów do różnych osób pisanych), na imię tegoż Jankla Maślanki wystawionych, czynią prawdopodobnym domysł, że tenże zajmował w dominium Kalinowskim za czasów Wosia wpływowe stanowisko pachciarza. Woś, widocznie, notując w wolnych chwilach w kalendarzu obchodzące go wypadki i zdarzenia, wyrywał następnie w braku papieru zaczernione już karty i pisał na drugiej stronie dyspozycje dla pachciarza, ten zaś, odczytawszy urywek pamiętnika, bawił się niekiedy w komentatora swego dziedzica.

Mogło być zresztą inaczej. Powtarzam, że to hipoteza, pozbawiona realnego podkładu. Nie starałem się o jej zgłębienie z dwóch przyczyn. Po pierwsze – osobistość i rodzaj zajęcia Jankla Maślanki, jako drugoplanowe szczegóły, mniej we mnie budziły interesu. Po drugie – nie czyniłem należnych poszukiwań w obawie, aby sędziwy pan Baber, z właściwym ludziom starszym uprzedzeniem, nie sprzeciwił się ogłoszeniu drukiem niniejszej pracy.

Bądź co bądź, rękopisy Wosia były remanentem Kalinówki, legalnie razem z nieruchomością przez pana Babera nabytym. Zabrałem je bez wiedzy prawego właściciela.

Taką jest geneza niniejszej pracy, która, nie mając historycznej wartości w szerszym znaczeniu, niemniej, jako przyczynek do dziejów rodzin szlacheckich, jako materiał obyczajowy, rzuci niejeden promień światła na tyle ważną dla kraju rolniczego kwestię agrarną i na elementy, które na bieg jej wpłynęły i wpływają.

Wobec obfitości faktycznych danych, postanowiłem całość objętą ogólnym tytułem „Pamiętnik eksdziedzica itd.” podzielić na rozdziały, cytując na czele każdego odnośne aneksy. Będą one dla mnie, jak i dla czytelnika, drogowskazem, za którym pamięć nasza śladami Wosia Kalinowskiego kroczyć winna.