Pamiętnik diabła - Adrian Bednarek - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 722 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 20 godz. 45 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętnik diabła - Adrian Bednarek

Witaj w moim idealnym, pozbawionym wad świecie. Mam dwadzieścia dwa lata i wszystko, czego mógłbyś zapragnąć. Idealną dziewczynę jak z okładki, popularnych znajomych, samochód swoich marzeń, penthouse na ostatnim piętrze i perspektywę jeszcze lepszej przyszłości przed sobą. Jestem z tych, którym życia zazdroszczą inni. Tak opisze mnie każdy, kto choć raz mnie widział. A jaki jestem naprawdę? Ci, którzy mieli okazję się przekonać, nigdy nie będą mogli opowiedzieć swojej historii. Żądze siedzące we mnie są tak wielkie, że nie potrafię oprzeć się pokusie ich zaspokojenia. A zawsze dostaję to, czego chcę. Jeżeli wierzysz w niebo i piekło, to ja jestem ludzkim odbiciem diabła. Przedstawiam Ci mój pamiętnik. Gdy go przeczytasz, nic już nigdy nie będzie takim, jakim dotąd Ci się wydawało. Odważysz się?

 

Moje serce wciąż wali jak szalone. Na samą myśl, że mój numer dwa widzi moją twarz, przechodzą mnie zimne ciarki po plecach. Ale jest w tym coś jeszcze. Lekkie podniecenie. Myśl, że będzie dokładnie wiedziała, kto kończy jej życie...

Opinie o ebooku Pamiętnik diabła - Adrian Bednarek

Fragment ebooka Pamiętnik diabła - Adrian Bednarek









Strona redakcyjna


Prolog

Kilkuosobowa grupa studentów bawiła się w najlepsze w ogródku piwnym przed jednym z krakowskich pubów, jakich jest wiele na Rynku Głównym. Wśród atrakcyjnych młodych ludzi była ona. Miała długie ciemne włosy opadające za ramiona, które pierwsze przykuły moją uwagę, ostre rysy twarzy, niebieskie oczy i pełne usta, lśniące teraz od niewielkiej ilości różowej szminki. Jej ulubionej. Była szczupła, ale nie taka wychudzona, tylko zgrabnie wysportowana. Idealna. Właśnie taka, jakiej szukałem. Śmiała się i dyskutowała w najlepsze ze znajomymi, pijąc trzeciego tego wieczoru Heinekena. Niedługo pożegna się z towarzystwem i uda na przystanek tramwajowy przy Poczcie Głównej, wsiądzie do linii numer siedem o dwudziestej drugiej szesnaście i pojedzie do swojego mieszkania, które wynajmuje w starym bloku na Kurdwanowie. Wiem to. Wiem również, że nazywa się Ania Marciniak, ma dwadzieścia jeden lat, pochodzi z Włocławka i studiuje finanse na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Dwa tygodnie obserwacji dostarczyły mi dużo informacji o jej życiu, upodobaniach, hobby, zainteresowaniach, nawykach i towarzystwie, w jakim się obraca. Wiem nawet, w jakim typie bielizny gustuje. Ona nie ma pojęcia o moim istnieniu.

Siedzę dwa ogródki piwne dalej i obserwuję. Popijam spokojnie napój energetyczny. Od dwóch tygodni przychodzę tu regularnie trzy razy w tygodniu i spędzam czas, udając, że czytam książkę na moim tablecie, pijąc kawę lub napój energetyczny. Zawsze zostawiam barmanowi około dwudziestu złotych napiwku. Tak na wszelki wypadek. Ania wychodzi na rynek tylko w piątki. Pozuje na grzeczną dziewczynkę, która nie imprezuje w tygodniu. Nie ma nawet chłopaka. Ja odwiedzam to miejsce częściej, tak na wszelki wypadek. Mój tablet poz­wala zabić czas oczekiwania, aż skończy wieczorne spotkanie ze swoimi ­znajomymi. Obserwacja, poza kilkoma ciekawymi momentami, okazuje się dużo bardziej nużąca, niż zakładałem. Po czasie naprawdę zacząłem czytać książkę, nie mogąc się doczekać, aż wreszcie nadejdzie upragniona dwudziesta druga. Mam na sobie czarną bluzę z kapturem z najnowszej kolekcji jednego z włoskich projektantów, modne sprane jeansy i brązowe trampki. Taki ubiór sprawia, że rzucam się w oczy, ale czyni mnie najmniej podejrzanym, bo kto pomyśli, że tak modnie wystrojony młody człowiek może mieć pod wartą kilkaset złotych bluzą komplet trzech noży bojowych, skórzane rękawiczki i maskę zwiniętą bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni bluzy? Mało tego, nawet gdyby ktoś zauważył, że obserwuję atrakcyjną brunetkę, prędzej pomyśli, że robię to po to, żeby w końcu do niej zagadać, zaprosić na kilka drinków do baru, a potem do swojego mieszkania, niż po to, żeby zrobić jej to, co zamierzam zrobić. Korzystając z wolnego czasu i poczucia komfortu, uśmiecham się do przechodzących obok dziewczyn, które machają do mnie, szczerząc wybielone zęby w wyćwiczonym prowokującym uśmiechu. Mogłoby się wydawać, że nie ma nic lepszego niż dwie chętne dziewczyny w ciepły majowy wieczór na rynku w Krakowie. Dla mnie jest.

Po dopiciu piwa Ania reguluje swój rachunek, żegna się z towarzystwem, wstaje i rusza w stronę ulicy Floriańskiej. Nie spieszę się. Czekam jeszcze dokładnie trzy minuty i płacę swój rachunek. W ciągu prawie trzech godzin zdążyłem wypić szklankę wody, kawę i napój energetyczny. Do tego doszła paczka papierosów. Kładę na stoliku stówę, nie czekając na resztę. Wstaję. Wkładam słuchawki do uszu i włączam muzykę zgraną specjalnie na dzisiejszy wieczór do mojego telefonu komórkowego. Ruszam w kierunku Poczty Głównej. Genialne gitarowe brzmienia dają prawdziwą rozkosz moim uszom, a głośny rockowy śpiew wprowadza mnie w błogi nastrój. Czuję się znakomicie, idąc przez rynek i słuchając ulubionej muzyki. Na Floriańskiej mijam tłumy ludzi. Wszyscy uśmiechnięci, większość lekko lub mniej lekko podpita, szykują się na kolejną noc z nadzieją, że będzie bardziej niezwykła od poprzedniej. Inni wracają do domów zadowoleni lub nie z czasu spędzonego w centrum. Jutro znów się obudzą i zaczną nowy dzień. Nie wszyscy.

Czuję zimny dreszcz przechodzący przez moje plecy i wciąż narastające podniecenie. Dzisiaj zrobię to pierwszy raz. Tak długo się przygotowywałem. Nie wiem, jak to będzie, ale wiem, że to nieodwracalne. Tylko to może sprawić, że moje biedne, zmaltretowane nerwy trochę odpoczną, koszmarne sny ustaną i przede wszystkim moje żądze w końcu zostaną zaspokojone. Podjąłem decyzję, od której nie ma odwrotu. Jeśli to jedyny sposób na zaznanie spokoju, niech tak będzie. Wiem, że muszę być ostrożny. Nie mam w planach żadnej wpadki.

Gdy jestem w okolicy Poczty Głównej, zakładam na głowę kaptur. Tak na wszelki wypadek. Nie lubię kamer przemysłowych. Zwłaszcza teraz ich obecność jest niewskazana. Ania już odjechała. Wsiadam w tramwaj numer sześć o dwudziestej drugiej dwadzieścia jeden. Jedzie w to samo miejsce, co siódemka. W połowie drogi chowam słuchawki i tablet do kieszeni bluzy, wyciszam telefon, przesuwając w dół jednym z czterech klawiszy zewnętrznych, jakie posiada, i zapinam zamek. Napięcie wciąż narasta. Rozmyślam nad tym, co zaraz zrobię, i zastanawiam się, czy będzie dokładnie tak, jak sobie założyłem, czy rzeczywistość okaże się taka sama jak fantazje, a może nawet lepsza. Jedno wiem na pewno. Nic mnie nie zatrzyma. Zawsze jestem pewny siebie i dostaję dokładnie to, czego chcę. W głowie zaczyna tlić się jedna męcząca myśl. Czy pierwszy raz będzie też ostatnim? Czy gdy już to zrobię, to nigdy więcej nie będę chciał ponownie? Czy może poczucie ulgi i spełnienia będzie tylko chwilowe? A może stanie się to częścią mnie, częścią mojego życia, zamieszka głęboko we mnie i bez tego nie będę umiał żyć? Będę to robił znowu i znowu, aż... No właśnie, aż co? Osiągnę spełnienie czy skończę w więziennej celi, a moje idealnie poukładane i pielęgnowane życie zostanie tylko wspomnieniem? Męczy mnie to całą drogę, od momentu, gdy zdjąłem słuchawki i klasyczny rock przestał kołysać moim umysłem. Obserwuję niekończące się szare blokowiska i nudny bezduszny świat tej części miasta. Stare blokowiska pamiętające minione czasy zawsze przyprawiały mnie o dreszcze. Nie bałem się ich. Bardziej nazwałbym to uczuciem obrzydzenia. Uświadamiam sobie, że teraz to ja jestem tym, który może przyprawić o wstręt. Nawet troszkę rozbawiła mnie ta myśl.

Dojeżdżam w końcu na właściwy przystanek. Koniec walki z myślami, nadeszła pora działania. Wysiadam. Na szczęście w tramwaju poza mną jechało tylko osiem osób. Głównie starszych, większość młodych o tej godzinie jedzie w przeciwnym kierunku, do centrum. Ale nie Ania. Ania co sobotę jeździ, jak na grzeczną dziewczynkę przystało, do ­rodziny we Włocławku, więc piątkowy wieczór kończy wcześnie. Jutro pociąg o dziewiątej trzydzieści. Kupiła już sobie bilet. Jeszcze tylko wskoczy do całodobowego zaopatrzyć się w swoje ulubione chipsy ziemniaczane na drogę i serek wiejski na śniadanie. Robi tak zawsze przed wieczornym powrotem do domu. Nie jest świadoma tego, że nawyki mogą okazać się zgubne. Poza tym nie powinna jeść chipsów ziemniaczanych. Na razie nie przeszkadza to jej figurze, którą trenuje trzy razy w tygodniu w fitness klubie, ale w przyszłości, którą myśli, że wciąż ma jak najbardziej... Od jutra w jej klubie będą mieli jedną klientkę mniej, ubędzie też jednego studenta finansów, jej rodzina na jakiś czas pogrąży się w żałobie, a życie rodziców już nigdy nie będzie takie samo. Właściwie to nie wiem, skąd przyszła mi do głowy taka myśl. Ponure konsekwencje mojego zaspokojenia. Wcale nie jest mi przykro, bo nie powinno być.

W tym samym czasie, w którym Ania robi zakupy w całodobowym, ja przyspieszam kroku, a po chwili truchtam, żeby nadrobić dystans, który straciłem, jadąc późniejszym tramwajem.

Ania mieszka na piątym piętrze w jednym z bloków na tym obskurnym osiedlu. Niestety nie sama. Jej współlokatorka nazywa się Patrycja i jeszcze nie widziałem, żeby gdzieś wychodziła wieczorem. Dom więc odpada. Dwie osoby na pierwszy raz to za dużo, poza tym jej współ­lokatorka ze swoją tuszą i pryszczatą twarzą w ogóle się nie nadaje. Nie jest warta moich wysiłków. Muszę to zrobić na zewnątrz. Na szczęście dwutygodniowa obserwacja nie poszła na marne.

Wracając ze sklepu do domu, Ania musi przejść przez podziemne przejście pod czteropasmówką. Samo przejście może nie byłoby najlepszym miejscem, gdyby nie opuszczone lokale, które się w nim znajdują. Były miejscem pracy sprzedawców nieoryginalnych sprzętów i gadżetów, takich jak podróbki koszulek piłkarskich czy tanie walkmany i inne cuda elektroniki na przełomie lat 80. i 90. Nie funkcjonują od lat. Zostały po nich tylko puste, brudne pomieszczenia z zamurowanymi oknami, zamknięte metalowymi drzwiami na kłódkę. Większość nawet nie posiada okien. Podczas powrotu z ostatniej obserwacji włamałem się do jednego z nich. Wyczyściłem pomieszczenie i na wszelki wypadek założyłem własną kłódkę, o wiele solidniejszą, przecież nie chcę, żeby jakiś poszukujący noclegu menel lub kilkoro nastolatków niemających gdzie zapalić skręta pokrzyżowali mój idealny plan.

Stoję ukryty w cieniu drzwi. Schodząc do podziemia, założyłem na ręce rękawiczki, a na głowę maskę. Biała skórzana maska z narysowanym w miejscu ust szyderczym uśmiechem kościotrupa i krwią ściekającą po białych zębach ma otwory jedynie na oczy i nos. Wygląda koszmarnie, bo właśnie tak chciałem, żeby wyglądała. Zakrywa całą głowę razem z włosami, dbam o to, żeby nie zostawić żadnych śladów. Nawet najmniejszego włoska. Wyciągam jeden nóż. Biorę go do ręki, sprawdzam, czy pozostałe są dobrze przypięte do paska. Lekko się trzęsę, nie ze strachu, lecz z podniecenia. Jak dziecko, które wie, że za ­chwilę odpakuje prezent. Właśnie to zaraz zrobię. Odpakuję swój prezent i znajdę się na drodze do spełnienia.

Czekam dopiero niecałą minutę, a czas już strasznie się dłuży. Serce bije coraz mocniej. Nasłuchuję kroków. Ekscytuję się chyba za bardzo. Przywołuję się do porządku. Zimna krew to podstawa. Muszę pamiętać o najważniejszym. Jeśli usłyszę więcej niż jedną parę kroków, to się wycofuję. Jest to najgorsza opcja z możliwych, ale bezpieczeństwo przede wszystkim. Ryzyko spotkania niepożądanych osób w tunelu jest dość wysokie, ale i tak mniejsze niż poza nim. W końcu mam przygotowane pomieszczenie, potrzebuję kilkunastu sekund, żeby je zamknąć. Nie, nikt mi nie przeszkodzi. To nie może się stać. Wreszcie słyszę ten wyczekiwany dźwięk. Stukot obcasów o beton. Ania schodzi po schodach. Z ukrycia dostrzegam tylko buty. To ona. Nie mam żadnych wątpliwości. Rozpoznaję je od razu. Na ten wieczór założyła czerwoną obcis­­łą sukienkę, czarny, krótki wełniany sweterek i czarne szpilki. Swoje najdroższe. Jakby przygotowane specjalnie dla mnie. Jest sama, nie słyszę innych kroków. Uchylam drzwi, przy których stoję. Jest coraz bliżej. Od schodów do drzwi ma niecałe osiemdziesiąt metrów. Serce wali jak oszalałe. Przez chwilę świat lekko wiruje przed oczami. Ania zrównuje się ze mną. „Teraz albo nigdy”, mówię w duchu i momentalnie wychylam się z wnęki. Chwytam ją od tyłu za szyję ręką, w której trzymam nóż. Ścisk ramieniem szyi pozbawia ją na ułamek sekundy tchu. Do tego szok kompletnie paraliżuje jej ruchy. Tylko na to czekam. Drugą ręką zatykam jej usta i ciągnę ile sił, a mam ich dużo, do przygotowanego pomieszczenia. Dziewczyna w ogóle się nie broni, nie wie, co się wokół niej dzieje. Ułatwia mi to zadanie, a nawet sprawia, że wydaje się dziecinnie proste. Cała akcja trwa około pięciu sekund. Zamykam ­kopnięciem drzwi i jedną ręką sprawnym ruchem rygluję je od środka. Teraz już nikt nas nie widzi. Rzucam ją na podłogę. Staję się panem jej losu. Próbuje coś powiedzieć, ale z jej ust wydobywa się tylko niemy dźwięk. Wyjmuję drugi nóż. Mogę wreszcie to zrobić...

Pół godziny później siedzę w srebrnym volkswagenie passacie, którego zaparkowałem kilka godzin wcześniej na parkingu oddalonym o niecałe dziesięć minut szybkim marszem od tunelu. Jadę spokojnie w kierunku zachodniej części Krakowa. Czuję się zrelaksowany, lżejszy i bardzo uspokojony. To takie uczucie, jakby pożądać czegoś całe życie, wątpić w możliwość dostania tego kiedykolwiek, wręcz godzić się z tym, że to się nie spełni, jakby marzyć w wieku dwudziestu trzech lat, że zostanie się sławnym sportowcem, lecz z lekką nutą żalu, że już raczej za późno, i nagle w przeciągu dwóch tygodni to dostać. Jeżeli istnieje spełnienie, to właśnie tak musi smakować. Zgodnie z przewidywaniami pomogło mi to bardzo. Zrzuciłem z siebie niebywały ciężar. Zadziałało dokładnie tak, jak chciałem. Moje myśli nie były szalone, one były zbawienne. Słucham głośno klasycznego rocka w radiu tego brzydkiego samochodu, zapalam papierosa i delektuję się jego intensywnym smakiem. Podziwiam Kraków w nocy. Staram się nie przekraczać zbytnio prędkości, kontrola mi teraz niepotrzebna. Noże, maska i rękawiczki są schowane w bagażniku pod kołem zapasowym.

Gdy przejeżdżam przez Most Grunwaldzki, spoglądam na Wawel. Widzę tłumy ludzi spacerujące nad Wisłą. Idylla przyjemnego piątkowego krakowskiego wieczoru. Gdzieś na rynku pewnie kluby pękają w szwach, nocne życie się zaczyna. Fala uśmiechniętych krakusów, studentów i turystów zalewająca miasto jak zawsze o tej porze roku imprezuje i korzysta z uroków życia, które dostała tylko jedno. Kolejny piękny dzień w raju. Dla mnie również.


1

Kraków, rok później.

Natarczywe dzwonienie budzika w moim telefonie komórkowym ustawione jako alarm łodzi podwodnej, którego szczerze nienawidzę, kończy mój błogi sen. Zawsze śpię jak zabity, a jedyne, co może mnie obudzić, to ten znienawidzony dźwięk. Leżę jeszcze chwilę, patrząc w sufit, jakbym nie wiem jakie cuda spodziewał się na nim zobaczyć. Wreszcie zwlekam się z łóżka i sprawdzam godzinę. Jest kwadrans po dziesiątej, więc spałem całe siedem godzin. Od pewnego czasu potrzebuję dużo mniej snu niż kiedyś. W ustach wciąż mam nieprzyjemny posmak zbyt dużej ilości papierosów i trzech piw wypitych podczas wczorajszego spotkania w barze z tak zwanymi kolegami.

Zabieram się za poranne ćwiczenia. Staram się wykonywać je regularnie i co najważniejsze efektywnie. Przez czterdzieści kolejnych minut zaliczam spięcia brzucha, pompki na piłce lekarskiej i przysiady z obciążeniem. Trochę wylanego potu sprawia, że od razu czuję się lepiej. Nabieram chęci do kolejnego dnia. Czas na szybki prysznic. W dojściu do łazienki przeszkadza mi dźwięk wystrzału z karabinu shotgun i jego przeładowanie, potem jeszcze dwie takie salwy. W ten sposób telefon informuje, że ktoś właśnie przysłał mi SMS-a. Niechętnie wracam po komórkę do sypialni i odbieram wiadomość. Michał, mój tak zwany najlepszy przyjaciel, w porywie weny twórczej próbuje pochwalić się, że właśnie się obudził. Pisze:

„Siemka, chyba wczoraj trochę przesadziłem, co? Za nic nie mogę dojść do siebie! Idziesz na zajęcia?”.

Michał każdą wiadomość, jaką mi wysyła, a robi to nader często, kończy głupim uśmiechem zbudowanym z dwukropka i nawiasu. Stanowi to pointę jego niezwykle ambitnych tekstów. Nie chcę być niekulturalny w stosunku do kolegi i mam ochotę wykąpać się w spokoju, bez zbędnych telefonów ponaglających moją odpowiedź, dlatego szybko odpisuję.

„Trochę? Odholowywałem cię do domu! Idę, bo jak nie pójdę, to znowu będę musiał się prosić o zwolnienie lekarskie”.

Piszę zgodnie z prawdą. Kolejna nieobecność na czwartkowych zajęciach może spowodować niedopuszczenie mnie do egzaminu. Michał nie ma tego problemu. Jemu jest bez różnicy, czy skończy studia czy nie. I tak nie będzie musiał pracować. Ja mam odnośnie do swojego życia bardziej sprecyzowane plany. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko powoli wraca do normy, nie chcę ich zniszczyć.

Idę pod prysznic. Oblewanie się na zmianę zimną i ciepłą wodą powoduje, że po chwili moje ciało pokrywa gęsia skórka. Uwielbiam to uczucie. Sprawia, że mięśnie stają się jeszcze bardziej napięte i szybko regenerują się po ćwiczeniach. Po prysznicu suszenie i czesanie włosów. Czesząc się, przeglądam się w lustrze. Staram się utrzymywać w bardzo dobrej formie. Moje ciało mające metr osiemdziesiąt pięć wzrostu pokrywają same intensywnie wytrenowane mięśnie. Skóry nie szpecą żadne szramy poza sznytem z prawej strony na wysokości biodra, pamiątce po usunięciu wyrostka. Moje prawdziwe blizny znajdują się w środku. Twarz mam podłużną, idealnie gładką, kości policzkowe odstające, a oczy niebieskie. Moją głowę pokrywają włosy koloru słomianego blondu. Odkąd pamiętam, zawsze miałem niesamowicie jasne włosy. Są średniej długości, a ich uczesanie polega na roztrzepaniu kłaków we wszystkich kierunkach.

Teraz pora na śniadanie. Przygotowuję jajecznicę z dwóch jajek, do tego dwie kromki chleba z białym serem, całość popijam sokiem pomarańczowym. W trakcie posiłku shotgun znów atakuje. Michał, ­chyba na dobre rozbudzony, pisze:

„Hehe, tego akurat nie pamiętam, ale dzięki i tak. Widzimy się wieczorem?”.

Mimo woli zmuszam się, żeby przerwać śniadanie i odpisać mu w jego stylu.

„Jasne, trzymaj się”.

Odpisuję z nadzieją, że mam go z głowy na jakiś czas. Dokańczam śniadanie, wypijam filiżankę espresso zrobioną z pełnoziarnistej kawy i idę z powrotem do sypialni. Zaglądam do mojej szafy. Po kilku chwilach zastanowienia decyduję się na granatowe dżinsy, białą koszulkę, ciemnoniebieską marynarkę i białe trampki. Na rękę zakładam mojego ulubionego Breitlinga Navitimera i chowam do wewnętrznej kieszeni marynarki mały poręczny sprężynowy nóż, który czasem noszę tak na wszelki wypadek, w końcu nie wiadomo, kto może ­czaić się za rogiem. W ten sposób kończę mój codzienny poranny rytuał. Jest dokładnie jedenasta pięćdziesiąt pięć. Sięgam ręką do półki przy drzwiach wyjściowych, biorę z niej tablet, portfel, kluczyki od samochodu i papierosy. Włączam alarm i wychodzę.

Moje mieszkanie, które dostałem w prezencie za to, że postanowiłem wynieść się jak najdalej z rodzinnego piekła, mieści się na ostatnim piętrze Salwator City, nowego ekskluzywnego apartamentowca w Krakowie. Jest wspaniałe, ale ma kilka wad. Między innymi długą podróż windą. Wciskam przycisk minus jeden. Garaż. Winda rusza, tylko po to, żeby zatrzymać się już po dwóch piętrach. Drzwi się rozsuwają, spodziewam się zobaczyć w nich starszego łysiejącego mężczyznę z nadwagą, jakich mieszka tu wielu. To wielki plus wspaniałej lokalizacji mieszkania. Brak ludzi w moim wieku, nikt nie chce na siłę zawierać nowej znajomości ani zaprosić mnie na piwo. Jestem anonimowy. Ale ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach pojawia się urocza dziewczyna. Ma długie, ciemne włosy opadające za ramiona, ostre rysy twarzy i piękne niebieskie oczy. Nasze spojrzenia zatrzymują się na sobie, gdy wsiada do windy. Jest szczupła, wygląda na wysportowaną. Przypomina mi kogoś, kto prawie uciekł z mojej głowy. Czuję, jak przechodzą mi po plecach zimne dreszcze. Przez ułamek sekundy cały świat wiruje przed oczami. Ubrana jest w obcisłe dżinsy, białą bluzkę podkreślającą jej piersi, króciutką skórzaną kurtkę i wysokie buty na lekkim obcasie. Wibracje w mojej głowie są coraz intensywniejsze, gdy przyciska na klawiaturze windy guzik z numerem zero, łapię się ręką ściany, żeby odzyskać równowagę. Dotyka mnie uczucie, które było martwe przez ostatni rok. Jeszcze nigdy mnie tak nie zakołowało. Nie pomyślałem nawet, jak dziwnie musiało to wyglądać.

– Wszystko w porządku? – pyta dziewczyna łagodnym i chyba troszkę zatroskanym tonem. – Źle się czujesz?

W tym momencie jakaś część mnie widzi ją obezwładnioną w windzie, a jej los ogranicza jedynie moja wyobraźnia. Wizja pojawia się automatycznie. Nie mam na nią wpływu.

„Weź się w garść, człowieku!” – wewnętrzny głos momentalnie przywołuje mnie do porządku.

– Eee, tak, jasne. Miałem ciężką noc i chyba jeszcze nie doszedłem do siebie – odpowiadam, próbując się uśmiechnąć i stosując minę, jakiej zawsze używałem do wykręcania się z niewygodnych sytuacji. Zazwyczaj działała. – Jestem Kuba, miło mi cię poznać. – Odzyskuję panowanie nad sytuacją i podaję jej rękę.

– Natalia, mnie również – odpowiada łagodnym głosem.

Gdy się witamy, ciepło i delikatny dotyk wewnętrznej strony jej dłoni pobudzają moje zmysły. Zmysły, które od prawie roku miały drzemkę, wracały jedynie w nocy przed snem w postaci zatraconych surrealistycznych wspomnień.

– Od dawna tu mieszkasz? Nigdy wcześniej cię nie widziałem, a jestem pewien, że bym cię nie zapomniał.

Słowa wychodzą ze mnie automatycznie. Nie myślę o tym, co mówię. Serce zaczyna bić bardzo szybko. Pocę się, co na ogół mi się nie zdarza, gdy rozmawiam z dziewczyną.

– Wprowadziłam się w zeszłym tygodniu. Mieszkam na siódmym piętrze, a ty?

Zgodnie z moimi przewidywaniami odpowiada pytaniem na pytanie. Przyglądam się jej twarzy. Jest śliczna. Ma oczy prawdziwego anioła, delikatne policzki, a grzywka kusząco opada jej na czoło.

– Prawie od trzech lat na ostatnim piętrze. Mieszkasz sama?

Wewnętrzna ciekawość nie pozwala mi nie spytać, czy mieszka sama. Przecież nikt mnie dzisiaj prócz niej nie widział, mógłbym z nią pójść... Znów szybka interwencja wewnątrz siebie. Złe myśli.

– Nie, co ty. – Odpowiedzi towarzyszy lekki śmiech, bardzo przyjemnie brzmiący. – Z rodzicami i młodszą siostrą. Wiesz, ile musieliśmy oszczędzać, żeby zdobyć mieszkanie w tej lokalizacji?

Prawdę mówiąc, nie wiem, ale jej odpowiedź doprowadza nieco moje myśli do ładu i składu. Chwilowe zatracenie mija. Pożądanie pędzące w moim wnętrzu niczym bolid wyhamowuje i w końcu staje. Winda też staje. Zatrzymuje się na trzecim piętrze i tym razem wsiada spaślak w podeszłym wieku i czar rozmowy pryska. Przepycha się między nas. Gdy zauważa, że świeci się już dioda obok klawisza minus jeden, puszcza Natalii głupkowaty uśmiech. Nie udaje mi się jej zapytać, czy chce, żebym jej pokazał okolicę, czy wie, że jestem świetnym kucharzem i z chęcią przygotuję dla niej wykwintną kolację. Przez moment czułem tak wielką chęć, że spaślak chyba nieświadomie uratował Natalię przed zaproszeniem na niezwykłą randkę. Dojeżdżamy na parter w milczeniu. Gdy wysiada, rzucam do niej:

– Miło cię było poznać, do zobaczenia.

– Ciebie też, pa.

Odpowiada i znika za zamykającymi się drzwiami windy. Wraz ze spaślakiem zjeżdżam do podziemnego garażu. Idę w kierunku mojego boksu, wypalając po drodze papierosa i próbując zrozumieć, co to było przed chwilą. Myślałem, że poprzestanę na jednorazowym incydencie. Minął ponad rok. Byłem całkowicie bezpieczny, a wspomnienia wystarczały w zupełności. Moja nowa sąsiadka obudziła we mnie demona. Takie wewnętrzne łaskotanie własnego ego. Poczułem się z tym dziwnie świetnie. Nagle wszystkie emocje skumulowały się w zastrzyk mrocznej energii. Łapię się na tym, że podśpiewuję, otwierając pilotem boks mojego garażu. W środku czeka srebrne bmw M3. Wyjeżdżam na ulicę. Przyjemne promienie słońca świecą przez szybę prosto w twarz. To w połączeniu z dźwiękiem potężnego silnika samochodu, klasycznym rockiem płynącym z odtwarzacza mp3 podłączonego do radia i żądzami falującymi w moim wnętrzu sprawia, że czuję się niemal doskonale.

Kilka minut później czar pryska. Pojawia się nieprzyjemność pod postacią wielkiego korka, w którym stoję od ulicy Bronowickiej i pewnie zostanę aż do samej uczelni. Znów zaczynam rozmyślać nad moją nową sąsiadką. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Aż się prosi, żeby coś z tym zrobić. Zachowuję się jak nastolatek, który odważył się podejść do najładniejszej dziewczyny w szkole, ona się do niego odezwała i on teraz myśli, że go pokocha i nawet po czasie zostanie jego żoną. Czysta dziecinna euforia. Tyle że nie jestem nastolatkiem i nie chcę być pokochanym. Rozsądek podpowiada, że zrobienie tego, o czym teraz myślę, byłoby co najmniej ryzykowne, a przede ­wszystkim głupie. Burza w mózgu toczy się do momentu, w którym dzwonek w telefonie, o głupkowatej nazwie instrumentu muzycznego wyglądającego jak stolik – marimba – zmusza mnie do ściszenia radia. Spoglądam na wyświetlacz. Dzwoni Julia.

– Cześć, ślicznotko, wstałaś w końcu? – odbieram z radosnym głosem.

– Hej, Kubuś, niedawno. Wreszcie zamierzam skończyć ten przeklęty pierwszy rok i nie wylecieć. Dużo się wczoraj uczyłam, a ty? – Jej słodki głos zawsze działa na mnie niczym woreczek lodu na rozpalone czoło, bardzo kojąco.

– Stoję w korku. Próbuję dostać się na uczelnię. Dzisiaj głupi dzień socjologii. Widzimy się później?

Chwila przerwy, słyszę w tle dziwne syczenie, obstawiam, że Julia dopiero wstała i właśnie ziewa, dochodząc do siebie. Jak na prawdziwą damę przystało, odsunęła słuchawkę od ust na czas ziewania.

– Pewnie, że się widzimy. Będę tam, gdzie zawsze w czwartki, napisz mi, jak skończysz. Buziaki.

– Buziaki – odpowiadam, ale tylko sobie, bo zdążyła się rozłączyć.

Z Julią spotykam się od siedmiu miesięcy, sypiam od sześciu, co uważam za osiągnięcie godne odnotowania, zwłaszcza że była dziewicą. Poznałem ją podczas jednego z niewielu alkoholowych transów na rynku. Zdarzały mi się one niezwykle rzadko. Od zawsze byłem częstym gościem modnych krakowskich klubów, ale odkąd jestem z Julią, stałem się też stałym amatorem wysokoprocentowych trunków. Julia jest żywym dowodem na to, że moje życie emocjonalne stabilizuje się z każdym dniem. Pochodzi z Krakowa, więc nie wpadła jeszcze na pomysł, żeby ze mną zamieszkać, co bardzo mi odpowiada. Ma dwadzieścia lat, boskie ciało, długie, idealnie proste blond włosy, aksamitną skórę, jędrne pełne piersi, zielone oczy i wąskie usta. Mogę powiedzieć, że spełnia wszystkie wymogi, żeby stać się dla mnie kimś więcej niż tylko odskocznią od mrocznej rzeczywistości lub przygodą. Najbardziej lubię w niej naiwność i wiarę w tak zwaną miłość. Przeżywa ją właśnie po raz pierwszy i myśli, że to najważniejsze i najpiękniejsze uczucie na świecie. Nie staram się wyprowadzać jej z błędu. Przeciwnie – robię wszystko, żeby utwierdzić ją w tym przekonaniu.

Julia znakomicie wkomponowuje się w misternie uknuty plan mojej przyszłości. Nie zostawiłem w nim marginesu błędu, bo ja nie ­popełniam błędów. Spotkanie „tam, gdzie zawsze w czwartki” oznaczało Starbucks Coffee w Galerii Krakowskiej. Spędza tam wszystkie czwartkowe popołudnia, gdy nie ma zajęć. Spotykamy się po moich zajęciach, które kończę około godziny siedemnastej, i jej shoppingu, który zaczyna około godziny czternastej. Później różnie bywa. Czasami jedziemy do mnie uprawiać seks, czasami do kina, a czasami odwożę ją do domu i mam czas dla siebie. Kiedyś bardzo go potrzebowałem, ostatnio coraz mniej.

Po kwadransie dojeżdżam na uczelnię. Zaparkowanie samochodu zajmuje mi kolejne dziesięć minut. Po drodze z parkingu do budynku wypalam papierosa i witam się z kilkoma tak zwanymi znajomymi. Prawdę mówiąc, nie do końca jestem pewien, czy wiem, jak się nazywają, kojarzę tylko ich twarze, ich życie nic mnie nie obchodzi, ale pseudo-znajomości zapewniają pozory normalności. Wymieniamy typowe „co słychać” i wchodzę do budynku. Zmierzam w kierunku auli, w której mam zajęcia, po drodze spotykam Tomka. Jego mogę określić mianem bliższego znajomego.

– Siemasz, Kuba! Co słychać? – rzuca nieśmiertelny tekst na powitanie. – Przyszedłeś na socjologię? Współczucie.

„Nie, przyszedłem, bo nie mam nic kurwa innego do roboty” – odpowiadam w myślach.

– Nie mam wyjścia. Jak nie wysiedzę tu kilku godzin, nie dopuści mnie do egzaminu – silę się na uprzejmą odpowiedź.

– Poratować cię czymś? – pyta, puszczając konfidencjonalnie oko.

– Pytanie – odpowiadam, uśmiechając się.

Właściwie to zacząłem z nim rozmowę, bo liczyłem, że zada to pytanie. Trzymam z Tomkiem głównie dlatego, że jest tu lokalnym dilerem. Gdy ktoś potrzebuje zioła, śniegu albo czegoś innego, zawsze uderza do niego. Prawdopodobnie, gdyby nie był chodzącym coffee shopem, nigdy nie trzymalibyśmy się ze sobą. Uważam go za dziwnego typa. Często chodzi swoimi drogami i prawie zawsze znika w trakcie spotkań. Dosłownie znika. Jest, siedzi z nami, bawi się i nagle wyparowuje. Rano zawsze mówi, że poznał dziewczynę i poszedł do niej do domu. Za bardzo w to nie wierzę, ale mało interesuje mnie jego życie prywatne. Ma też trzecią najwyższą średnią na roku, więc znajomość z nim to same plusy. Ciągle narzeka na brak kasy, dlatego dorabia jako diler. Pochodzi z jakiegoś zadupia w okolicach Łodzi. Chyba ze Zgierza. Nie wiem, jakim cudem znalazł się akurat w Krakowie. Jego ojciec pracuje około dziesięciu godzin dziennie w firmie produkującej lustra, a matka w urzędzie gminy czy czymś takim. Z dragów wyciąga miesięcznie dwa razy więcej niż starzy ze swojej pracy. Całkiem nieźle. Jest trochę niższy ode mnie, chudszy, ma kręcone ciemne włosy, które powinien nieco skrócić, twarz wąską i brązowe oczy. Dziś ubrany jest w swój typowy strój. Niebieskie Conversy, sprane dżinsy, koszulkę z durnowatym nadrukiem i dżinsową kurtkę. Jego życie też nic mnie nie obchodzi, dużo bardziej towar, który posiada.

Idziemy do łazienki, częstuje mnie ścieżką, wciągam ją i po chwili świat znów zaczyna lekko kołować. Tym razem przez kokainę mówiącą „witaj, stęskniłam się za tobą” mojemu mózgowi. Czuję, jak przez moment robi mi się gorąco, prostuję się i po chwili dopada mnie moje ulubione uczucie. Doskonałość.

– I jak? – Tomek dopytuje, robiąc przy tym minę, jakbym był jego panienką, a on pierwszy raz ściągnął spodnie. Oczekuje w podnieceniu mojej reakcji.

– Prima sort – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Poproszę tyle, co zwykle.

Nie jestem wielkim zwolennikiem narkotyków. Czynią mój świat nierzeczywistym, ale jeden nałóg zastępuje drugi, a mój największy jest dużo bardziej niebezpieczny niż kokaina. Bo skoro zrobiłem to raz i nie żałuję, z chęcią zrobiłbym to jeszcze raz, mając oczywiście gwarancję, że nie poniosę kary, to chyba jest to nałóg? Kupuję tyle, ile mi potrzeba na zabicie żądz w długie samotne wieczory i do poszerzenia erotycznych horyzontów Julii, gdy będzie dotrzymywać mi towarzystwa.

Tomek oddziela odpowiednią działkę i mówi:

– Biała Dama. Chyba najlepsza w tym roku. Będzie idealna na sobotnie świętowanie prawa karnego. Wybierasz się z królową piękności?

Rzadko wyraża się o Julii inaczej niż per królowa piękności. Nigdy za nią nie przepadał i nie kryje się z tym. Uważa ją za stereotypową rozpieszczoną panienkę, której jedynymi zmartwieniami są zakupy i jeszcze więcej zakupów. Może i ma trochę racji, ale ja postrzegam sytuację nieco inaczej. Uważam, że Tomek jest zazdrosny, że to ja mam Julię, a nie on. Wiele razy widziałem, jak ślinił się na jej widok. Nie podoba mu się nasz wspólny styl bycia i to, że wyglądamy na obrzydliwie szczęśliwych. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł sprawiać inne wrażenie. Julia pewnie też nie.

– Jeszcze nie wiem, zależy, jakie są plany – odpowiadam szczerze.

Kokainowy trans pobudza moją wyobraźnię. Myślę sobie: gdyby tak pójść bez Julii, spędzić trochę czasu ze znajomymi, a potem ulotnić się w stylu Tomka. Pójść na rynek, pospacerować po Szewskiej, Brackiej, Plantach, może spotkałbym tę idealną, a potem zaprosił ją do siebie lub w jakieś szalenie ustronne miejsce. Musiałbym wziąć ze sobą noże...

– Pobudka! Nie odfruwaj, czeka cię wykład – krzyczy przyjacielskim tonem Tomek i strzela dwa razy z palców przed moimi oczami.

Chwilę potem wciąga kreskę.

Szybko powracam do rzeczywistości. Wyszedłem wyobraźnią niebezpiecznie daleko poza granice rozsądku.

– Będzie cały nasz rok, mamy zarezerwowane kilka lóż! – Po kresce momentalnie staje się głośniejszy i obejmuje mnie ramieniem.

Dyskretnie odsuwam się. Widok dwóch obejmujących się facetów w łazience mógłby przysporzyć mi negatywnych opinii, a do tego nie mogę dopuścić. Spoglądam na zegarek. Wykład już się zaczął.

– Dam ci znać, bo before robimy u mnie, wpadniesz? Muszę lecieć, wykład już się zaczął.

– Pewnie, że wpadnę. To czekam na informacje. Do zobaczenia – odpowiada, jego twarz przybiera coraz bardziej radosny wygląd.

Zgaduję, że to nie pierwsza kreska Tomka dzisiaj. Klepię go w ramię i ruszam pospiesznie w stronę auli, zastanawiając się, co ja takiego wygaduję. Before u mnie? Wpadniesz? Wcale nie miałem zamiaru robić u siebie żadnego spotkania poprzedzającego imprezę, a nawet jeśli, to na pewno nie planowałem zapraszać Tomka. Cały dzisiejszy poranek jest jakiś popaprany. Najpierw sąsiadka, żądze powracające niczym bumerang po rocznej podróży dookoła świata, a teraz to. Before party? U mnie?

Zmieszany wchodzę do auli, trochę spóźniony, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Wpisuję się na listę obecności, otwieram tablet i zaczynam się nim bawić. Próbuję zabić czas, a kokainowa ekstaza powoli zmienia się w znużenie. Wykład dłuży się niemiłosiernie. Muszę wysiedzieć. Chcę skończyć studia i zostać adwokatem. To część mojego ideal­nego planu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że na świecie jest wielu ­morderców, którzy popełnili błędy i potrzebują pomocy, a ja jestem ­osobą stworzoną do tego, żeby ich bronić. W dodatku mogę nieźle na tym zarobić. Ludzie za wolność są w stanie zapłacić każdą cenę. Marzenie o osiągnięciu celu dodaje mi motywacji w wytrzymaniu na wykładzie. W trakcie piszę kilka SMS-ów do Michała i Julii. Mam niestety za dużo czasu na myślenie. Moja sąsiadka wciąż nie chce mi wyjść z głowy. Ona jest tylko półśrodkiem. Dobrze wiem, co moja podświadomość mi podpowiada. Nie boję się jej podpowiedzi. Dużo bardziej przeraża mnie fakt, że ja w głębi duszy chcę znów to zrobić. Chcę szukać, obserwować, planować i doprowadzić w końcu do aktu. Niczym malarz długo przygotowujący swoje dzieło. Potrzebuję nowej muzy. Tęsknię za tym, powoli przyznaję to sam przed sobą. Walcząc z myślami, wiercę się na krześle. Ten stan trwa do końca wykładu.

Po ponad czterech godzinach z tylko jedną przerwą wreszcie wykład dobiega końca. Czuję się zmęczony, jakbym przebiegł maraton bez łyka wody na całym dystansie. Niesamowite, jak nicnierobienie, tylko siedzenie na krześle, zabawa tabletem i rozmyślanie potrafią wymęczyć. Przed wyjściem z uczelni ucinam nudną, krótką pogawędkę z Sylwią i Karoliną, moimi bardzo atrakcyjnymi koleżankami z roku. Rozmawiamy o sobotniej imprezie, nic im nie wspominam o before party. Wysłuchuję ich przemówienia o pewnej dziewczynie z mojego roku, choć nic mnie to nie interesuje, niestety czasem muszę udawać, że pewne sprawy mnie też dotyczą.

Skończywszy niezwykle interesującą konwersację, wreszcie docieram do samochodu. Włączam się do sznurka samochodów, jak zawsze w godzinach szczytu posuwającego się naprzód w żółwim tempie. Dojazd z Gołębiej na Pawią zajmuje mi prawie dwadzieścia pięć minut. Na domiar złego mój odtwarzacz mp3 zaczyna szwankować, więc przerzucam się na radio, w którym jak zawsze o równej godzinie na każdej stacji nadają wiadomości. Dziennikarze próbują mnie przekonać do konieczności ratowania środowiska, na innej stacji jakiś polityk tłumaczy, że tylko moje podatki mogą ocalić dziurę budżetową i w ogóle przyszłość naszego kraju, a na kolejnej podają wiadomość o nastolatku, który zabił swoją siostrę tasakiem. Nie mogę tego słuchać. Poirytowany wyłączam radio i do Galerii dojeżdżam w ciszy. Towarzyszy mi tylko przyjemny akompaniament silnika zmieszany z dźwiękami miasta. W przeważającej liczbie klaksonami. Parkuję na samej górze zewnętrznego parkingu i w końcu udaję się na spotkanie z Julią.


2

Punktualność nie jest cechą, której zwolenniczką można nazwać Julię. Czekam na nią w Starbucksie dziesięć minut. W tym czasie zdążyłem wypić kawę. Nie potrafię zrozumieć, jak ona to robi, że jest w Galerii od dwóch godzin, a i tak się spóźnia. Bardzo mnie tym denerwuje. Dzwonię do niej dwa razy, próbując ją pospieszyć. Niewiele to daje. Za każdym razem odpowiada: „już idę”, a ja nadal czekam. Gdy po kolejnych pięciu minutach w końcu się pojawia, nerwy nieco mi przechodzą. Myślę, że na widok takiego anioła i świadomości, że należy do niego, każdemu mężczyźnie przeszłaby złość. Dziś spięła swoje długie włosy w dwa warkocze francuskie, co nadaje jej twarzy pewien wyraz niewinności. Założyła jasne obcisłe dżinsy z przetarciami na kolanach, białą koszulkę podkreślającą biust, cienką materiałową kurtkę w kolorze kremowym i białe trampki. Wygląda co najmniej intrygująco. W obu rękach niesie torby z logami różnych firm odzieżowych, obserwując ją z daleka naliczyłem ich sześć. Nie zamierzam wstać i jej pomóc. Gdy już podchodzi do stolika, kładzie torby na podłodze i całuje mnie na powitanie. Pocałunek jest bardzo czuły, ciepło jej warg rozpala moje wnętrze i powoduje przyjemny dreszczyk.

– Cześć, skarbuś, nie masz pojęcia, jak bardzo się za tobą stęskniłam – mówi swoim aksamitnym, delikatnym głosem.

Siada, łapie mnie za rękę, a drugą kiwa do kelnerki w bardzo ordynarny sposób, manifestując swoją wyższość. Nie podoba mi się to, ponieważ przy takim traktowaniu możemy spodziewać się nieprzyjemnych dodatków w jedzeniu, a jestem zbyt głodny, żeby pozostać tylko przy kawie. Julia zamawia sałatkę ciao bella i latte macchiato, a ja quiche z kurczakiem i warzywami, do popicia wodę.

– Widzę, że zakupy ci się udały, chyba nie narzekałaś na nudę, w przeciwieństwie do mnie. – Nie mogę się powstrzymać od lekkiej aluzji dotyczącej jej spóźnienia.

– O tak, bardzo. Zobacz, jakie fajne dżinsy sobie kupiłam. Podobają ci się?

Kompletnie ignoruje moje aluzje lub udaje, że ich nie słyszy, wyjmuje z jednej z toreb ciemne granatowe spodnie i pokazuje mi je. Mimo wielu swoich zalet, potrafi być czasem irytująca.

– Śliczne, kotuś, z chęcią przy najbliższej okazji zobaczę cię w nich, a potem bez nich – odpowiadam, uśmiechając się. Szkoda życia na roztrząsanie jej punktualności.

– A ta okazja będzie w najbliższą sobotę, prawda? – pyta, kładąc rękę na moim udzie.

W międzyczasie kelnerka przynosi zamówienie. Mam głęboką nadzieję, że kucharz oszczędził przynajmniej moje quiche i nie napluł do środka lub nie zostawił czegoś gorszego.

– Nie wiem jeszcze, całkiem możliwe, że pójdę sam, chyba wszyscy przychodzą bez par, poza tym nie wierzę, że na imprezę założyłabyś dżinsy.

Wciąż nie zdecydowałem, co zrobić z sobotą.

– Tak? To ciekawe, bo Sandra mówiła mi, że Michał ją zaprosił. Ale w jednym masz rację, nie założyłabym dżinsów – odpowiada z dumą w głosie.

Wie więcej o planach mojego przyjaciela niż ja. Sandra to dziewczyna Michała, ma nie po kolei w głowie, a los chciał, że on dostał lekkiej obsesji na jej punkcie. Ciężko nazwać ją normalną, skoro w zeszłym roku w kokainowym transie ukradła swojemu ojcu samochód i zostawiła na drzewie już po pięciu kilometrach jazdy. Dziewczyna jest w moim wieku, lubi koks bardziej niż Tomek, nie ma praktycznie żadnych zahamowań, a od pewnego czasu zakolegowała się z Julią. Perspektywa ich rozkwitającej przyjaźni nie napawa mnie optymizmem. W dodatku chodzi na tę samą uczelnię, co ja. Zawsze wydawało mi się, że w jej oczach jest coś, jakby ukryte szaleństwo. Znam ten typ spojrzenia aż za dobrze.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Cieszę się, że jesteś tak dobrze poinformowana o tym, co dzieje się u moich znajomych.

– Sandra mówiła mi też, że dowiedziała się dzisiaj od Tomka, że planujesz zorganizować małe before party u siebie. To prawda? Mógłbyś mnie informować o takich rzeczach. – Julia jest całkowicie głucha na moje ironie, mało tego, sama przechodzi do ataku. – Wiem, że masz prawo robić, co chcesz, ale skoro planujesz spotkanie u siebie w domu, to chyba naturalne, że powinieneś zaprosić też swoją dziewczynę, bo za taką się uważam. W końcu jesteśmy razem ponad sześć miesięcy.

Nie wiem, jakim cudem już tyle osób wie o bzdurze, którą palnąłem na początku kokainowego transu zaledwie kilka godzin temu w łazience, ale czuję, że się nie wywinę i będę musiał zaprosić wszystkich do siebie. Nie mam nic przeciwko nim, może trochę mnie obrzydzają, ale przede wszystkim denerwuję się, gdy w moim mieszkaniu przebywają więcej niż dwie osoby. Czuję się wtedy, jakbym tracił panowanie nad swoim królestwem. Zachodzi też obawa, że ktoś znajdzie moją niewinną pamiątkę sprzed roku. Na wszelki wypadek będę ją musiał schować głębiej. Nikt nigdy nie może się dowiedzieć.

Julia rozwija swój wywód, powiedziałbym, że właśnie zamienia go w wykład. Nie przestaje mówić o tym, jak poważne ma plany dotyczące naszego związku, jak jej zależy, żeby spędzać więcej ­czasu z moimi znajomymi, że powinno mi zależeć na jej relacjach z nimi i jeszcze jakieś inne ciekawe rzeczy, tyle że ja już jej nie słucham. Mój wzrok przykuła właśnie brunetka wchodząca do Myako Sushi znajdującego się naprzeciwko Starbucksa. Nasz stolik usytuowany jest przy samej szybie i mam idealny widok na lokal po drugiej stronie. Dziewczyna ma długie, proste włosy opadające za ramiona, ostre rysy twarzy, koloru oczu nie mogę dostrzec, ma szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Ubrana jest w ciemne dżinsy, czarne tenisówki i czarną bluzę z kapturem. Tego, co ma pod nią, mogę się jedynie domyślać. Wita się z koleżanką i siada przy jej stoliku. Jest idealna, z daleka powiedziałbym, że jeszcze bardziej odpowiednia niż moja nowa sąsiadka. Czuję, jak coś w środku przyjemnie smyra mnie po plecach. Drugi raz dzisiaj. Nie czułem tego tak intensywnie od roku. Właśnie poczułem obawę o własne bezpieczeństwo, ale jest to niezwykle przyjemne doznanie.

– Kuba, czy ty mnie słuchasz? Czemu tak zacierasz ręce? – Ton głosu Julii stał się dużo bardziej wyniosły i głośniejszy niż do tej pory. Można powiedzieć, że na swój sposób krzyknęła.

Kilka osób w lokalu zaczęło się na nas gapić, a ja przyłapałem się na tym, że nieświadomie rzeczywiście zacząłem pocierać ręką o rękę. Głupie zachowanie. Bardzo głupie.

– Tak, kochanie, jasne. Miałem dzisiaj nużący dzień. Obiecuję ci, że postaram się zorganizować więcej spotkań z moimi znajomymi – odpowiadam i obejmuję ją. Teraz mogę spokojnie przyjrzeć się dziewczynie w Myako Sushi. Jej włosy specyficznie opadają na ­ramiona, w ­międzyczasie zdjęła bluzę. Pod spodem ma czerwoną koszulkę na ramiączkach, zauważyłem też tatuaż na przedramieniu, ale co przedstawia, nie widzę. Jest tak bardzo podobna. A może tylko moja wyobraźnia podpowiada o podobieństwie? Nie, jest właśnie taka, jak powinna. Coraz bardziej pragnę przeżyć to jeszcze raz.

– To jak będzie? Zaprosisz mnie na tę słynną imprezę w sobotę z jeszcze słynniejszym beforem? – pyta, gdy wreszcie się od niej odklejam, robi przy tym minę, której niestety rzadko potrafię się oprzeć.

– Pomyślimy – odpowiadam i w szybkiej kontrze wkładam jej język do gardła. Wiem, czemu ona nie potrafi się oprzeć.

Siedzimy w Starbucksie jeszcze około dwudziestu minut. Nie rozmawiamy więcej o sobocie, a ja próbuję wmówić sobie, że brunetka z lokalu obok wcale mnie nie interesuje. Na marne. Moje oczy i myśli wciąż krążą wokół niej, podkręcając się wspomnieniem niedalekiej i torturując wspomnieniem dalekiej przeszłości.

W końcu chęć zapalenia papierosa sprawia, że wraz z Julią opuszczamy lokal. Płacę za niewielkie posiłki prawie osiemdziesiąt złotych, zakładam, że nasze jedzenie nie było do końca czyste, dlatego nie zostawiam napiwku. Ostatni raz rzucam okiem na bar z sushi. Przez obecność Julii nie mogę dłużej na nią patrzeć. Ciężko obserwuje się kobietę, będąc na randce. Trudno, muszę uspokoić swoje żądze. Przynajmniej na razie. Wychodzimy z Galerii. Na parkingu wypalamy po papierosie i jedziemy do rodzinnego domu Julii. Im bliżej wieczora, tym ruch ­uliczny staje się mniejszy. Z Pawiej na Mogilany, gdzie mieszka, nie jest daleko. Podróż zajmuje około pół godziny. Drogę umilam sobie masowaniem jędrnych ud Julii. W pewnym momencie przyłapuję się, że dotykając jej, myślę o dziewczynie z Galerii. Wyobrażam sobie, że to jej udo teraz ściskam, i wcale nie chcę go masować. Mój stan zatracenia przerywa głośny krzyk Julii.

– Kuba, co ty robisz!? Myślisz, że jestem jakimś workiem treningowym albo inną sztangą?! – krzyczy tak, że moja ręka automatycznie ucieka z jej nogi.

– O co ci chodzi? Strasznie nerwowa dzisiaj jesteś. – Staram się zrozumieć, skąd taka reakcja.

– Ja nerwowa? Ścisnąłeś mnie tak mocno, że aż mi się ciemno przed oczami zrobiło. Zwariowałeś? – tłumaczy nerwowym tonem.

Zatraciłem się w swoich myślach. Błąd. Wielki błąd. Który to już dzisiaj? Chyba powinienem jak najszybciej wrócić do domu.

– Zamyśliłem się, kochanie, przepraszam. Za bardzo się stresuję jutrzejszym prawem karnym. Na samą myśl ręce automatycznie zaciskają mi się w pięści – podejmuję desperacką próbę wybrnięcia z sytuacji.

– To postaraj się nie zamyślać, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale ja odczuwam ból. – Mówiąc to, przysunęła kolana do ramion i objęła je rękami.

Reszta drogi upływa nam w całkowitej ciszy. Gdy znajdujemy się przed wjazdem na posesję, Julia otwiera pilotem bramę. Dom jej rodziców śmiało mógłbym nazwać jednopiętrowym pałacem. Plac też jest imponujący. Jej ojciec jest wziętym krakowskim adwokatem, a styl życia, jaki prowadzi, dodatkowo motywuje mnie do pójścia podobną drogą. Związek z Julią z pewnością może mi to ułatwić. Na podjeździe stoi zaparkowane audi Q7, oznacza to, że potencjalna teściowa jest w domu.

– Wejdziesz na chwilkę? – pyta po kilku minutach całkowitego milczenia.

– Nie mogę, wiesz, że muszę się zacząć uczyć, a chciałem jeszcze wyskoczyć na siłownię z Michałem.

– Szkoda, bo założyłam dzisiaj nową bieliznę i nie zdążyłam ci się nią pochwalić – mówi, dotykając przy tym uda, które wcześniej za mocno ścisnąłem.

– Kusisz, kochanie, ale twoja mama jest w domu. – Argument daleki od przekonującego.

– Powiem, że musisz mnie przepytać z pewnego zagadnienia na jutrzejszy egzamin.

Wkłada opuszek palca do buzi i masuje go lekko językiem. Ciężko polemizować w takiej sytuacji.

– Wygrałaś.

Od początku tej krótkiej gry byłem skazany na porażkę, wręcz chciałem przegrać.

Wnętrze domu Julii urządzone jest w stylu nowoczesnym. Dominują designerskie meble, płytki w połysku na podłodze, w salonie stoi osiemdziesięciodwucalowa plazma. Kuchnia na moje oko warta jest około sto kawałków, choć prawie nikt jej nie używa, a w barku ­stoją ­znakomite roczniki win i whiskey. Barek jest specjalnie chłodzony, żeby utrzymywał idealną temperaturę trunków, obudowany szkłem, tak aby każdy mógł popatrzeć na zawartość i pozazdrościć. Dom wyposażony jest w trzy łazienki, w tym jedną z sauną i biczami wodnymi. Ma też osiem innych pokoi plus piwnicę. Niewiele o nich wiem. Poza salonem, kuchnią, sauną i oczywiście pokojem Julii nie zwiedziłem reszty. Ostatnio chciała mnie zaciągnąć do sypialni swoich rodziców, uznałem to za jej mały fetysz, niestety ich przedwczesny przyjazd pokrzyżował nam plany.

– Cześć, Kuba, jak miło cię widzieć! – mama Julii pieje do mnie już w drzwiach i trzykrotnie całuje mnie w policzek. Kawałki fluidu z jej twarzy osadzają się na mojej. Nienawidzę tego typu powitań. W ogóle nie lubię, gdy ludzie, którzy wywołują we mnie wstręt, dotykają mnie. Mama Julii zalicza się do takich osób. Irytujące jest w niej praktycznie wszystko. Wygląd, głos, sposób bycia. Jest uosobieniem najgorszych cech.

– Dzień dobry, mnie również. Znakomicie dziś pani wygląda. Efekt nowych ćwiczeń? – pytam, siląc się na uprzejmość. Potrafię udawać niezwykle przekonywająco.

– Tak, od trzech tygodni mam nowego instruktora, całkowicie zmienił mój program treningu, wprowadził też nową dietę. Cieszę się, że efekty są zauważalne tak szybko. Napijesz się czegoś?

Ja tam żadnych efektów nie dostrzegłem. Dwa miesiące temu wyglądała dokładnie tak samo. Nie jakoś strasznie, jak na swoje czterdzieści siedem lat. Nawet nie ma wielkiej nadwagi, ale jej szpakowata twarz, kręcone włosy dziwnie podniesione do góry w połączeniu z głosem mordowanego pisklaka sprawiają, że czuję do niej dziwną niechęć. Czasem po sposobie, w jaki na mnie patrzy, wydaje mi się, że chętnie znalazłaby się ze mną sam na sam. I jak tu się jej nie brzydzić?

– Nie, mamuś, nie rób nam nic do picia. Kuba musi mnie przepytać z kilku rzeczy i sam ucieka się uczyć – wtrąca się Julia i ciągnie mnie za rękę na górę.

– To miło z jego strony. Tak dba o twoją naukę. Postaram się wam nie przeszkadzać. Gdybyś, Kubusiu, zmienił zdanie, to wystarczy mnie zawołać – znów zapiała, ale ja już szedłem na górę.

Idąc po schodach, spoglądam na zegarek. Dochodzi dwudziesta, a jej męża wciąż nie ma w domu. Wcale mnie to nie dziwi. Ciężko wytrzymać z tym piskliwym głosem. Stary Julii to typowy człowiek sukcesu, który, gdyby wiedział, że osiągnie to, co osiągnął dwadzieścia lat temu, pewnie nigdy by się nie żenił i do dziś sypiał z dziewczynami w wieku córki. Widziałem go w sumie może z trzy, cztery godziny, ale jestem pewien, że teraz nie siedzi w kancelarii i nie pracuje ciężko. Chyba że ma jakąś ciekawą aplikantkę na stażu. Swego czasu bronił liderów krakowskiej ośmiorniczki. Gości zatrzymano za próbę przerzutu kilkuset kilo koksu. Mimo bardzo twardych dowodów załatwił liderom grupy zawiasy. Wtedy też pojawił się czarny bentley continental GT na jego podjeździe, a życie ich rodziny uległo diametralnym zmianom. Przynajmniej tak to opowiadała Julia.

Wszystkie złe myśli pryskają, gdy przekraczam drzwi pokoju mojej królowej piękności. Wnętrze w odróżnieniu od reszty domu przypomina muzeum z dodatkiem elektroniki. Antyczne biurko, antyczny fotel, antyczna komoda, antyczne łóżko wyglądają śmiesznie w połączeniu z komputerem, trzydziestocalowym monitorem, podświetlaną klawiaturą, stacją dokującą iPoda z dwiema ogromnymi kolumnami, trzema tabletami ustawionymi elegancko na komodzie i kilkoma plakatami zespołów grający gothic rock. Głównie Within Temptation. Od razu po wejściu Julia zamyka drzwi na klucz, ściąga koszulkę i włącza iPoda. Puszcza klasykę rocka. Wie, że to lubię. Chce zrobić mi przyjemność.

Jej biały stanik wspaniale kontrastuje z opalenizną, którą nabyła podczas wielkanocnych wakacji w Dubaju, a jeszcze nie zdążyła zblednąć. Kładzie się na łóżku. Nic nie mówię. Zrzucam marynarkę na podłogę, pochylam się nad nią i zaczynam masować piersi. Całuję jej delikatne ciało, po chwili pozbawiam ją stanika, a ona rozpina moje spodnie. Liżę twardniejące sutki, po chwili ściągam jej dżinsy i już wiem, że warto było zobaczyć, jaką bieliznę założyła. Jedwabne, delikatne, czarne stringi z lekko prześwitującą siateczką robią piorunujące wrażenie.

– Weźmiesz mnie w sobotę na imprezę? – pyta, wykonując nogami takie ruchy, że niejednego mogłyby przyprawić o palpitacje serca.

– Pogadamy o tym przy innej okazji.

– Jak chcesz – mówi i udając obrażoną, zaczyna złączać nogi i obejmować je rękami.

– No dobra, wygrałaś – odpowiadam.

Świetny z niej negocjator albo ze mnie beznadziejny. A może po prostu jest mi obojętne, czy pójdzie ze mną na tę przeklętą ­imprezę. Zawsze dostaję to, czego chcę, a teraz chcę dostać ją. Zaczynam całować jej brzuch, uda i cudnie pachnące, już lekko wilgotne miejsce rozkoszy przez stringi. Julia pojękuje cicho, sprawiając, że jeszcze bardziej jej pragnę. Zapach jej wspaniałego ciała działa na mnie niczym afrodyzjak. Chętnie zostałbym na dłużej, niestety muszę się spieszyć, bo w każdej chwili jej mama może zmienić zdanie i zdecydować się przynieść nam jakiś napój. Zsuwam swoje spodnie, wyjmuję penisa z bokserek, odchylam jej majtki, a ona szybko wyciąga gumkę z antycznej szafki nocnej przy łóżku. Dba o te sprawy nawet bardziej niż ja. Zakłada mi ją. Dotyk delikatnych dłoni na moim penisie wywołuje u mnie dreszcz podniecenia. Wchodzę w nią szybkim zwinnym ruchem. Julia łapie mnie za pośladki i zakłada swoje nogi na moich ramionach. Posuwam ją z każdym ruchem coraz szybciej, opierając się rękami o łóżko. Staram się unosić jak najwyżej, dzięki temu mogę obserwować, jak jej piersi falują pod wpływem moich ruchów. Nasze brzuchy cały czas ocierają się o siebie, rozpalając nas jeszcze bardziej. Jęczy mi do ucha, coraz głośniej. Jedną ręką masuję jej pośladki, na zmianę lewy i prawy, muskając pasek czarnych majtek pomiędzy nimi. Drugą dotykam jej biodro. Delektuję się fantastycznym, delikatnym i tak bardzo niewinnym ciałem Julii. Jest niezwykle przyjemne w dotyku. Falujemy na łóżku, a muzyka nakręca nas jeszcze mocniej. Po chwili jęki Julii zamieniają się w naprawdę głośne krzyki, a ja przyspieszam, czując, że się zbliża. Oddaję jej całą dzikość i pożądanie, jakie we mnie siedzą. Liżę jej bosko wyglądające, będące na wysokości mojej głowy, łydki. Trwa to jeszcze chwilkę, po czym eksploduję w niej, wydając krótki jęk spełnienia. Ona obejmuje mnie, wplata palce w moje włosy. Całuję jej nabrzmiałe do granic możliwości sutki. Po chwili toniemy w swoich ramionach, wyczuwając jedynie przyspieszone oddechy naszych ciał.

Szybkie numerki z Julią są niesamowite. Kiedy nachodzi ją ochota, staje się dzika, pełna zwierzęcego pożądania. Traci wszelkie zahamowania, oddaje się w pełni seksualnej pasji. Interesuje ją jedynie spełnienie. Aż dziw bierze, że żyła w cnocie przez tyle lat. Całuję ją, zakładam spodnie, marynarkę i zbieram się do wyjścia.

– Kubuś, nie zapomniałeś o czymś? – pyta jeszcze lekko zdyszanym głosem.

Wciąż leży na łóżku. Zdążyła już wsunąć na nogi szare bawełniane dresy. W nich też wygląda świetnie, choć znacznie mniej pociągająco.

– Było cudownie, skarbie, jesteś genialna. O to chodziło, prawda? – pytam z uśmiechem na ustach.

– To akurat wiem, ale chodziło mi o coś innego. Zgaduj dalej.

Wolę ją sprzed dziesięciu minut.

– Julcia, naprawdę nie mam na to czasu, czeka mnie multum nauki.

Robi skwaszoną minę. Nie rozumiem, czemu tak bardzo lubi się droczyć po seksie zakończonym orgazmem. Przerabiamy to nie pierwszy raz.

– A co polubiłam na naszych pierwszych randkach? – Całkowicie olewa mój brak czasu i postanawia dalej grać w swoją grę.

– Zabawę moim penisem w aucie przed wejściem do twojego domu? – pytam szczerze rozbawiony własnymi słowami.

Jeśli chce grać, to się nie wywinę.

– O tak, to też. Ale chodziło mi o coś innego.

Mówiąc to, przykłada palec do lewej dziurki w nosie i wciąga powietrze. Mogłem się domyślić. Oprócz mnie i ręcznej robótki Julia pokochała kokainę. Wyjmuję z wewnętrznej kieszeni marynarki małe pudełko na soczewki i wysypuję z niego trochę białego proszku na kartkę leżącą na antycznym biurku. Staram się nie dawać jej zbyt dużo. Fakt, że dzisiaj zostałem organizatorem before party, świadczy o tym, jak mocny jest to towar. Julia szybko przesypuje proszek do aluminiowej torebki, którą chowa w pudełku po kremie do depilacji miejsc intymnych. Sam wymyśliłem jej tę skrytkę. Ostatnie miejsce, do którego ktoś mógłby zaglądać.

– Dzięki. Biała Dama nie zastąpi mi ciebie, ale z pewnością umili wieczór. Jesteś cudowny. – Mówiąc to, przytula się do mnie, a jej ręka znów krąży w okolicach mojego krocza. Trwa to krótką chwilę. Raczej nie ma ochoty na powtórkę, tylko na czułe pożegnanie. – Do zobaczenia w sobotę. Odezwij się wcześniej, to może uda mi się pomóc zorganizować ci to całe before. – Zdaje się wyrażać szczerą chęć pomocy, a to u niej rzadkość.

– Jasne, Julcia, pa. – Po tych słowach wychodzę z jej pokoju i schodzę na dół.

Jej ojca wciąż nie ma, a mama znów pieje w moim kierunku.

– I jak wiedza Julii, przygotowana na jutro?

– Tak, zdecydowanie posiada wiedzę niezbędną do zaliczenia egzaminu. – Nie umiem opisać, jak świetnie się czuję, wypowiadając do niej te słowa.

– To dobrze, cieszę się, że jej pomagasz, Kubusiu – mówi mi to po raz chyba tysięczny, pewnie tak na wszelki wypadek, gdybym zapomniał.

– Staram się, jak mogę, ale teraz muszę panią przeprosić, jutro mam bardzo ważny egzamin i czeka mnie cała noc nauki. Otworzy mi pani bramę? – mówi mistrz angielskiego wyjścia.

– Oczywiście, powodzenia na egzaminie. Do widzenia.

To jej ostatnie piski, jeszcze muszę przeboleć kolejne trzy pocałunki z kawałkami fluidu i mogę wyjść.

– Do widzenia – odpowiadam. Nareszcie idę do mojego samochodu.


3

W samochodzie zauważam, że zostawiłem tu telefon. Bilans tej nieuwagi jest następujący: trzy nieodebrane połączenia i aż siedem SMS-ów. Wszystkie połączenia od Michała, dwie wiadomości od operatora sieci i pięć od Michała. Operator oferuje nowy, jego zdaniem najlepszy z możliwych abonament, Michał z kolei męczy mnie w sprawie wypadu na siłownię. Ruszam sprzed domu Julii, żeby zdążyć nim brama się zamknie i będę musiał wracać i znów wysłuchiwać pisków jej mamy, po czym wybieram numer Michała. Odzywa się szybko, po drugim sygnale:

– Co się z tobą, kurwa, dzieje?

Nie ma to jak uprzejme powitanie.

– Zasiedziałem się u Julii, telefon zostawiłem w aucie.

– No nie wątpię, że się zasiedziałeś. Mam nadzieję, że chociaż było warto.

– Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo... – To powinno wyjaśnić całkowicie moje zignorowanie telefonu.

– Cieszę się niezmiernie, idziemy ćwiczyć? – W tonie jego głosu dostrzegam coś jakby zażenowanie. Nie bardzo rozumiem czemu.

– Pewnie, Energy jest otwarta chyba do dziesiątej, jestem tam za dziesięć minut.

– Super, dobrze, że nie za pięć. Ja jestem w domu, muszę się zebrać. Będę za dwadzieścia.

– Jakoś poradzę sobie bez ciebie.

Odpowiadam i się rozłączam. Zawsze wożę w bagażniku świeży strój do ćwiczeń. Przydaje się, dzięki temu mogę zaoszczędzić kilka kilometrów i czas na powrót do domu.

Dojeżdżam do Energy po ośmiu minutach. Wykupuję wejście, przebieram się i zaczynam ćwiczyć. Pięć minut na skakance i przenoszę się na bieżnię. Seks z Julią i intensywny bieg trochę uspokajają moje dzisiejsze niebezpieczne myśli. Opadają emocje, przez chwilę wszystko wydaje mi się takie nierealne. Jestem tylko ja i prędkość, żądze są daleko stąd. Idylla szybko się kończy. Michał pojawia się, jak zwykle spóźniony. Około piętnaście minut. Wszyscy w moim otoczeniu się spóźniają. To chyba jakaś nowa moda. Wciskam klawisz bezpieczeństwa na bieżni i witam się z nim.

– Jak zwykle do bólu punktualny – nie kryję swojego zdenerwowania.

– No sorry, wiesz, jak jest.

– Nie wiem.

Ignoruję to. Bywał w lepszym nastroju.

– Myślałem, że już dzisiaj będzie lipa, nie odbierałeś telefonu, nie odpisywałeś na SMS-y, trochę się rozleniwiłem. Nie spinaj się, Kuba, zaraz obiję cię trochę, to zmienisz ton – odpowiada półżartem.

Właściwie to nie wiem, w którym momencie zostaliśmy kolegami. Chyba niecały rok temu, gdy w końcu postanowiłem zbudować swoje życie towarzyskie i stwierdziłem, że dość grania odludka. Szybko znaleźliśmy wspólne zainteresowania. Przez krótki okres czasu wypijaliśmy z Michałem hektolitry piwa, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Wtedy nas to bardzo bawiło. Od tamtej pory trzymamy się razem, dzielimy problemami, tajemnicami, prawie wszystkimi, i ogólnie świetnie się dogadujemy. Możemy na sobie polegać. Prawdziwi przyjaciele. Przynajmniej w jego mniemaniu. Tak naprawdę nic o mnie nie wie. Nie podzieliłem się z nim żadną swoją tajemnicą, nie zna mojej historii, nie wie, co mnie spotkało, nie wie, przez jakie przechodziłem piekło ani co pozwoliło mi wreszcie o tym zapomnieć. Za to ja wiem o nim bardzo dużo. Michał jest w moim wieku, pochodzi z Warszawy, z wyższych sfer i ma bzika na punkcie dziewczyn. Właściwie to miał, dopóki jedna o imieniu Sandra nie zawróciła mu w głowie. Jego stary gra w bardzo wysokiej lidze. Moja liga czy liga Julii to przy nim nic wielkiego. Jest w zarządzie jednej z największych spółek paliwowych w Polsce. Bawi się też trochę polityką. Dlatego Michał olewa wszystko, co wiąże się z wysiłkiem, i nie planuje przyszłości. Nie potrzebuje tego. Jest niższy ode mnie. Ma poniżej metra osiemdziesiąt, ciemne włosy zawsze zaczesane do tyłu, przez co na pierwszy rzut oka kojarzy się ludziom z żigolakiem z lat trzydziestych. Ale ja wiem, że pozory potrafią mylić. Twarz ma okrągłą z odstającymi kośćmi policzkowymi. Na lewym ramieniu ma wytatuowaną paszczę tygrysa pożerającego antylopę. Twierdzi, że nie ma w tym żadnego przesłania. Zwyczajna potrzeba chwili. Kilka miesięcy temu zwariował na punkcie Sandry. Jest na nią strasznie nakręcony. Opowiadał mi, że w łóżku lubi dziwne rzeczy w stylu pejczy, kajdanek i skórzanych masek. Jego to ekscytuje. Chce, jak twierdzi, poszerzać horyzonty.

Wchodzimy na matę, zakładamy rękawice, kaski ochronne i zaczynamy szybki sparing kickbokserski. Wyprowadzam dwa sierpowe. Jeden sparował, drugiego już nie. Poprawiam kopnięciem w żebra. Michał upada, pomagam mu wstać. Zwykle to on jest lepszy w walce.

– Coś ci dzisiaj słabo idzie, podobno miałeś mnie obić? – mówię zdyszany, położenie go w marnej formie na deski i tak kosztowało mnie niemało wysiłku.

– Ledwo żyję po wczorajszym, w dodatku Sandra cały czas suszy mi głowę o sobotę. Słyszałem, że robisz przedbiegi. Fajnie. – Wstaje i próbuje zaatakować.

Bez problemów paruję jego ciosy. Odskakuję do tyłu, żeby odetchnąć po defensywie i przygotować kolejny atak. Na samą myśl o tym, co powiedział, dostaję dodatkowej motywacji.

Zablokował łokciem mojego lewego sierpa. Próbuję uderzyć nogą, ale Michał zdążył się usunąć i trafia pięścią w moją łydkę. Zabolało. Odskakuję i przez kilka sekund mam problem ze sprawnym zgięciem nogi.

– Nie wkurwiaj już mnie z tym beforem. Tomek poczęstował mnie śniegiem i tak jakoś mi to wyszło z ust, a teraz wszyscy twierdzą, że robię imprezę. Paranoja jakaś.

– Ha ha ha ha, dobre. Musisz się nauczyć kontrolować po śniegu.

Lewy sierpowy z całej siły i irytacji ląduje na jego twarzy, upada. Słychać głośny huk ciała uderzającego o matę. Mija chwila, zanim dochodzi do siebie.

– Kuba, wyluzuj. Nie wiedziałem, że aż tak ci to siedzi na żołądku.

Faktycznie, przesadziłem z uderzeniem. Wyładowywanie frustracji na twarzy jedynego prawdziwego kolegi jest złym pomysłem.

– Słyszałem, że zaprosiłeś już Sandrę na sobotę? – pytam, pomagając mu wstać.

– Nie zaprosiłem, tylko jej grupa też robi wtedy imprezę, więc nic na to nie poradzę. Ciśnie mnie, żebym poszedł z nią na before do jej znajomych, na szczęście załatwiłeś mi alternatywę. A ty co wymyśliłeś z Julią?

Znów tańczymy na macie, obaj szykujemy się do ataku. Michał, mimo że jest ode mnie niższy, to jego największą zaletą jest siła. Nie wiem, skąd bierze takie jej zapasy, ale potrafi mocno przyłożyć. Ćwiczy kick-boxing od dwunastego roku życia. Ja dużo krócej, ale szybko się uczę. Teraz z pewnością zechce się odegrać za knockout.

– Powiedziałem jej, żeby przyszła, w sumie raz na jakiś czas wypadałoby wyjść gdzieś razem, no i jeszcze ten before, potrzebuję pomocy w organizacji.

– Taa, jasne, wzięła cię na seks, a nie twoje złote myśli. – Rozszyfrowanie tego zajęło mu pół sekundy. O dziwo, czasem nie umiem kłamać.

W tym momencie zamigotał świat, zrobiło się ciemno i wylądowałem na macie. Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy pięść Michała zakot­wiczyła na moim podbródku. Zabolało. Bardzo zabolało.

– Żyjesz? – pyta rozbawiony.

– Żyję, może i masz rację z tym seksem, ale powiem ci, że było warto – odpowiadam z uśmiechem maskującym ból.

– Nie wątpię, tylko chciałem trochę się odstresować, a Sandra na każdej imprezie odlatuje po koksie i tyle z tego zabawy. Ona padnie, a ty pewnie pół nocy będziesz się kleił do swojej ślicznotki.

– To zapisz ją na detoks. Może wtedy lepiej będziecie się bawić.

– Sam się zapisz, bo niedługo będziesz organizował befory, aftery i może całe party.

Nie dokończyliśmy sparingu, bo obaj zanieśliśmy się śmiechem. Ta sytuacja rozbawiła nas do tego stopnia, że nie chciało już nam się walczyć. Ćwiczymy jeszcze około dwudziestu minut, lekkie ćwiczenia, głównie z hantelkami, i wychodzimy z siłowni. Na parkingu wypalamy po papierosie, Michał pożycza trochę białego proszku i żegnamy się. Chwali mi się jeszcze, że zostaje dziś na noc u Sandry, i pokazuje zdjęcie, które przysłała mu w międzyczasie, ubrana w lateksową maskę z otworami na oczy, zapinaną zamkiem pośrodku twarzy. Ohyda. Michał cieszy się jak dziecko.

Po mniej więcej dwudziestu minutach cudownej, w pełni relaksującej jazdy puściutką Opolską docieram do domu. Otwieram zimne piwo i zaglądam do półki na bieliznę w mojej szafie. Ma podwójne dno. Zawsze wydawało mi się, że zrobienie drugiego dna jest szalenie trudne, okazało się nad wyraz proste. Wyjmuję ze skrytki aluminiowy woreczek nieprzepuszczający powietrza. Zakładam gumowe rękawiczki, które trzymam w łazience nad pralką. Zwykle używam ich do mycia toalety. Otwieram woreczek i wyjmuję z niego moją pamiątkę. Złoty łańcuszek z krzyżykiem. Czerwony od zaschniętej krwi w miejscu zapięcia i na samym krzyżyku. Wącham go i zaciskam w pięści. Należał do Ani. Zamykam oczy. Pozwalam wspomnieniom wziąć nade mną górę. Przypominam sobie cały wieczór, cały tamten dzień i przyjemny lekki chłód majowej nocy w momencie, gdy schodziłem do tunelu. Leżę na łóżku. Kręcę głową na boki. Obrazy są takie realne. Nie przypominają krótkiej migawki, raczej dokładny film opisujący wszystkie szczegóły. Ściskam mocno łańcuszek. Gdy obraz przesuwa się do momentu samego aktu, widok jej bezbronnej, spełnienia moich fantazji, powoduje we mnie podniecenie. Otwieram oczy. Jestem lekko zszokowany. Jeszcze nigdy nie zatraciłem się do takiego stopnia. Czuję narastającą potrzebę. Przyglądam się chwilkę łańcuszkowi i chowam go z powrotem do woreczka, a ten głęboko do półki. Powoli zdaję sobie sprawę, że to nieuniknione. Zachowuję się jak narkoman, który mówi sobie: „Nigdy więcej, przecież już tak długo nie brałem”. Mimo to w głębi siebie doskonale wie, że weźmie. Weźmie jeszcze nieraz.

Przez cały ostatni rok nawiedzały mnie jedynie wspomnienia. W moim życiu wydarzyło się tak wiele. Pojawiła się w nim Julia, nowi znajomi, wszystko układało się tak, jak chciałem. Teraz wiem, że to tylko dodatek. Dodatek do najprzyjemniejszego. Do polowania i pełnej kontroli. Nie wiem, jak długo jeszcze się powstrzymam, jestem ­świadom, że staję się tykającą bombą. Ta bomba wybuchnie. Muszę pozwolić jej jedynie wybuchnąć rozsądnie. Ja nie wpadnę. Na to nie ma najmniejszej szansy.

Wypijam jeszcze dwa małe piwa, wypalam dwa papierosy i po ­chwili pozwalam mojej głowie na odpoczynek. Wypity alkohol relaksuje mózg i napawa optymizmem. Przestaję myśleć o złych rzeczach. Wiem, że wszystko ułoży się idealnie. Nigdy więcej nie będę cierpiał. Kładę się do łóżka, włączam telewizor. Jedyne, co nadaje się do oglądania w stosie reklam i powtórek teleturniejów, to program dokumentalny o seryjnym mordercy. Nie chcę na to patrzeć. Wywołuje dreszcze. Włączam komedio-horror na DVD o facecie z nożem, którego nie da się zabić, dopijam ostatnie piwo i słuchając filmu, zapadam w sen. To był kolejny przyjemny dzień w mojej nowej, skrupulatnie zbudowanej, sztucznej rzeczywistości w raju.


4

Sobota, dzień, na który czeka z utęsknieniem prawdopodobnie dziewięćdziesiąt procent ludzi żyjących na ziemi, zaczął się od telefonicznej pobudki. Julia zadzwoniła tylko po to, żeby poinformować mnie, że niestety musi odwieźć dziadków do Bochni, bo rodzice za dużo wczoraj wypili i nie mogą prowadzić. Poza tym bardzo chce się przejechać samochodem mamy. Dlatego raczej nie zdąży przyjechać wcześniej i pomóc mi w przygotowaniach do imprezy. Już wtedy byłem pewien, że „raczej” było tylko na pokaz i nie przyjedzie wcześniej. Pewnie powie, że babcia zrobiła jej obiad i koniecznie musi zostać. Zirytowany tą całą sytuacją zrezygnowałem z porannych rytuałów i poszedłem pobiegać. Półtorej godziny biegu pozwoliło mi pokonać dystans szesnastu kilometrów, jeżeli wierzyć aplikacji dla biegaczy zainstalowanej w moim telefonie. Odreagowałem też stresy związane z wczorajszym egzaminem. Na szczęście przebiegł w miarę dobrze. Niestety wieczorem, siedząc samemu w domu, znów poczułem narastającą potrzebę. Tę samą, co rok temu. Na domiar złego zwiększa się z każdą mijającą godziną.

Wykończony i bardzo spocony wracam do mieszkania. Rozciągam mięśnie nóg przed wejściem do budynku. Oddycham głęboko, ­muzyka rozbrzmiewająca w słuchawkach sprawia, że nie myślę kompletnie o niczym, ciepłe czerwcowe powietrze przyjemnie osusza pot na ciele. Nagle czuję czyjś dotyk na swoich plecach. Reaguję instynktownie. Prostuję się i odwracam szybkim ruchem, jednocześnie przygotowując pięść do wyprowadzenia ciosu obronnego. Na szczęście nie muszę tego robić. Przede mną stoi Natalia, moja strasznie urocza sąsiadka, na którą mam w pewnym sensie ochotę. Wygląda na to, że też lubi biegać. Ma na sobie obcisłe czarne szorty, świetnie podkreślające jej zgrabną sylwetkę, jeszcze bardziej obcisłą czerwoną koszulkę nieprzepuszczającą potu. Niby typową dla biegaczy, ale z bardzo dużym dekoltem, spod którego wystają słuchawki. Na nadgarstek założyła frotkę do ocierania potu, a na ramię pasek z iPodem. Włosy spięła w koński ogon. Jej widok nie oznacza nic dobrego, pobudza moje żądze, które ostatnio rosną niczym ciasto w piekarniku. Wyłączam muzykę i ściągam słuchawki.

– Sorki, nie chciałam cię wystraszyć. Ktoś cię ściga, że tak nerwowo reagujesz? – pyta, ślicznie się przy tym uśmiechając.

– Cześć, chyba nikt mnie nie ściga. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

– Przed czy po?

– Słucham?

– Pytam, czy jesteś przed czy po bieganiu. Niektórzy rozciągają się i przed, i po. Ja tylko przed.

Widok jej ciała tak blisko mojego sprawia, że mam teraz szczerą ochotę zostać z nią sam na sam i dać upust swoim żądzom. Kogo ja oszukuję? Długo bez tego nie wytrzymam. Nie ma dnia, żebym o tym nie myślał.

– Już po. Trochę dałem sobie w kość. A ty?

– Dopiero zaczynam. Szkoda, że skończyłeś, bo mógłbyś do mnie dołączyć. Nigdy nie biegałam w parze. Urządzilibyśmy mały wyścig. – Mówiąc to, zaczyna się rozciągać.

Opiera wyprostowaną nogę o płotek oddzielający chodnik od ogródka i wygina się, próbując dotknąć palcami stopy. W mojej głowie pojawia się obraz nas razem, biegnących po okolicy, dobiegających do pól znajdujących się niecałe siedem kilometrów stąd. Mógłbym ją tam obezwładnić i zrobić, co tylko zechcę. Prawdopodobieństwo spotkania w polach kogokolwiek o tej porze w sobotę wynosi jakieś jeden do tysiąca...

– Kuba, powiedz, czy długo jeszcze planujesz mi się tak przyglądać? – pyta, wyrywając mnie z myślowego transu.

Moje myśli są coraz śmielsze. Zrobić to sąsiadce, czysta głupota. Średnio ogarnięty detektyw mógłby mnie z nią szybko powiązać. Ktoś teraz może widzieć, jak rozmawiamy ze sobą. Muszę się zmusić, żeby o niej zapomnieć.

– Wybacz, ale jeśli mam być szczery, ładniejszego widoku w zasięgu mojego wzroku nie ma. Więc ciężko nie patrzeć – powiedział mistrz odpowiedzi na niewygodne pytania.

Natalia uśmiecha się niepewnie, może nawet trochę czerwieni.

– Miło, że tak sądzisz, ale nieskromnie przyznam ci rację. Skoro nie biegniesz, to ja muszę się pożegnać. Za godzinę będzie taki skwar, że już sobie nie pobiegam. Pa! – Odwraca się i zakłada słuchawki na uszy.

Jest pewna swoich walorów. Nawet charakter ma idealny. Taka, jakiej chcę najbardziej. Szkoda, że niedostępna.

– Zaczekaj – krzyczę na wypadek, gdyby zdążyła włączyć iPoda.

– Tak? – pyta, odwracając głowę w moim kierunku.

– Robię dzisiaj małą imprezę. Wpadnie kilka osób, a potem planujemy wyskoczyć na miasto. Może chcesz przyjść? – Właściwie nie wiem, czemu jej to proponuję.

Chwilkę się zastanawia.

– Wiesz co, Kuba, z przyjemnością bym do ciebie przyszła, ale dzisiaj już jestem umówiona.

– Randka? – Nie wiem, czemu ją o to pytam.

– Niezupełnie. Spotkanie z przeszłością, muszę wyjaśnić kilka spraw. Chcę to już mieć za sobą.

– Ta przeszłość musi być mało wartościowa, skoro nie jest przyszłością. – Nie wiem, czemu to mówię, ale wiem, że z pewnością jej się spodoba.

– A żebyś wiedział. – Podchodzi do mnie i wyjmuje mi z ręki telefon. Odblokowuje go i pisze coś. – Proszę, masz mój numer, odezwij się, jak będzie ci się nudzić.

Zatrzymuje swój wzrok na tapecie. Jest na niej fotka Julii, którą zrobiłem podczas grilla u jej kolegi z roku. Twierdzi, że wyszła idiotycznie w czarnej bluzie z kapturem i dżinsowej spódniczce, opierając się o zewnętrzną ścianę domu. Według mnie wygląda rewelacyjnie.

– To twoja dziewczyna? Fajna. – Akcentuje każdą sylabę wyrazu „fajna”.

– Tak jakby. Można tak powiedzieć. – Nie wiem, czemu właśnie dyskryminuję Julię jako swoją dziewczynę. Puszczam jej oko. Demony podejmują za mnie decyzję o słowach, które mam wypowiedzieć.

Natalia kręci głową, śmiejąc się. Oddaje mi telefon.

– Udanej imprezki. Moja propozycja cały czas aktualna. – Naciska na swoim ramieniu przycisk uruchamiający iPoda, pozdrawia mnie gestem dłoni i zaczyna biec.

Stoję jeszcze chwilę skołowany. Zastanawiam się, co to do diabła było. Powinienem nauczyć się kontrolować niektóre swoje zachowania. Czego oczekiwałem, zapraszając ją na imprezę? Przecież nie liczyłem, że Julia ucieszy się z jej wizyty i może do tego zakoleguje się z nią, a potem jeszcze pomoże mi ją przywiązać do łóżka. Niektóre słowa po prostu same ze mnie wychodzą. Duży błąd. Za dużo niezaspokojonych żądz, za mało rozsądku. Niemniej rozmowa z Natalią poprawia mi humor. Pragnę jej. Na szczęście racjonalność bierze górę nad pokusą. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie moim numerem dwa. Może kiedyś... Wracam do domu, biorę prysznic, odbieram dokładnie takiego SMS-a od Julii, jakiego oczekiwałem, jem i zaczynam na poważnie przygotowywać imprezę.

Już po trzydziestu minutach przygotowań przypominam sobie, dlaczego nie lubię organizować imprez. Wysprzątanie tak dużego mieszkania jak moje jest straszną udręką. Zwykle robię to stopniowo. Jednego dnia łazienka i kuchnia, drugiego dwa pokoje i sypialnia, trzeciego salon. Teraz muszę zrobić wszystko w ciągu kilku godzin. Mógłbym to całkowicie olać, przecież nawet nie mam ochoty na tego befora, ale lubię być postrzegany jako facet z klasą.

Po sprzątaniu robię małe zakupy. Głównie alkoholowe. Planuję podać czarnego Jacka Danielsa. Bez ekstrawagancji. Zaopatruję się też w cztery klasyczne Valpolicelle dla dziewczyn. Kupuję produkty do jedzenia i trzy paczki fajek. Wracając, zahaczam o bankomat. Wypłacam sześćset złotych. Tak na wszelki wypadek, nie wiem, ile mogę wydać na mieście.

W domu odbywam szybką, olewczą rozmowę telefoniczną z jakimś ankieterem starającym się sprawdzić, czy jestem zadowolony z usług bankowości elektronicznej. Później dostaję wiadomości potwierdzające przybycie zaproszonych gości. Dwie pary nie przyjdą, bo jak twierdzą, nie zdążą. Zjawią się bezpośrednio w Gorączce. Dla mnie lepiej. Julia dzwoni z informacją, że już wróciła do domu, a ja nie muszę po nią jechać, bo tata ją przywiezie. W jaki sposób miałbym w ogóle zdążyć po nią na Mogilany i z powrotem przed przyjściem gości, pojęcia nie mam. Obstawiam, że jej stary wybiera się dziś na nie gorszą imprezę, z nie gorszymi paniami niż córka. W końcu to kolejny piękny wieczór w raju, a on jest kolejnym milionerem pragnącym nacieszyć się życiem. Po nakryciu stołu, przygotowaniu szkła i zrobieniu smażonych krewetek w sosie czosnkowym otwieram małą butelkę Heinekena i biorę prysznic.

Niespełna godzinę przed przyjściem gości jestem przygotowany. Dzisiaj ubieram czarne spodnie w kant, obcisły T-shirt w tym samym kolorze, na niego zakładam szarą koszulę, w której rozpinam trzy górne guziki. Buty to ciemnobrązowe zamszowe trampki. Na ręce lśni mój ulubiony Breitling. Wstawiam wszystkie whiskey do lodówki, a wina ustawiam otwarte jedno obok drugiego na stole. Odpalam papierosa i włączam konsolę. Staram się umilić czas pozostały do przyjścia gości. Gra wojenna jest do tego idealna. Zatracam się w niej całkowicie i nawet nie zauważam, kiedy zegar wybija dziewiętnastą. Relaks polegający na podbijaniu budynku Reichstagu podczas ostatnich dni II wojny światowej przerywa dzwonek domofonu. Podnoszę słuchawkę z nadzieją, że to Julia przyjechała pierwsza. Niestety się pomyliłem. Przyjechał Tomek z jakąś panienką, o której obecności z dumą poinformował mnie wcześniej przez SMS-a. Szybki numerek z Julią przed imprezą pozostanie niespełnioną zachcianką. Pojawiają się po czterech minutach. Zdążyłem wyłączyć konsolę. Otwieram im drzwi.

– Siemka, Kuba. Czyżbyśmy byli pierwsi? Poznajcie się, to Angela. Angela, to mój bardzo bliski kolega, Kuba.

Patrząc na nią, mogę się domyślić, że ma na imię Angela. Oczywiście, jeśli wierzyć stereotypom. Blond włosy, które dawno nie widziały się z fryzjerem, czarna bluzka zdecydowanie za bardzo odsłaniająca niezbyt płaski brzuch, dżinsowa mini i czarne kozaki najlepsze lata mające za sobą. Nawet gdybym odchodził od zmysłów, nie byłaby godna zaspokojenia moich żądz. Nie rozumiem Tomka. Mógłby mieć całkiem fajną dziewczynę, a on wybiera towar ze szrotu. Może to koks ­całkowicie rozregulował jego gust. Tomek ubrał jasne poprzecierane dżinsy, białą koszulkę, granatową marynarkę i kontrastujące z resztą stroju białe lakierki z prostokątnymi czubkami.

– Cześć, miło mi cię poznać. – Wyciągam rękę do Angeli, ale ona całuje mnie trzy razy w policzki.

Widocznie ta moda dotarła też do jej środowiska. Pojęcia nie mam, skąd ją Tomek wynalazł.

– Rozgośćcie się. Zapraszam do salonu – silę się na sztuczną uprzejmość, choć w głębi ducha żałuję, że to właśnie Tomek przyjechał pierwszy. Chętnie kazałbym im iść na spacer i wrócić, gdy przyjdą pozostali.

Nie wypada mi być tak szczerym. Siadamy przy stole. Wcześniej wyjmuję Jacka z lodówki. Nalewam nam po pięćdziesiątce do szklanki i wsypuję lód. Angelę częstuję Valpolicellą. Jestem ciekaw, czy te trunki zna tylko z opowiadań, czy miała okazję ich skosztować. Niemniej jest zachwycona smakiem wina. Włączam muzykę, a Tomek od razu przygotowuje koks. Odmawiam, bo chcę zachować namiastkę trzeźwości, dopóki nie zjawią się pozostali. Zwłaszcza Julia. Moi goście nie żałują sobie. Szybko wciągają po kresce, Tomek poprawia sobie jeszcze jedną działką. Po chwili dolewa Jacka. Wypija pół kolejnej pięćdziesiątki i zaczyna wywód o problemach czekających nas, przyszłych prawników. Przeżywa trudność dostania się na aplikację. Zawsze staje się to jego największym problemem, gdy pomiesza procenty ze śniegiem. Wałkuje ten temat od dwóch lat. Nie bardzo mam ochotę o tym rozmawiać. Po części dlatego, że mnie ten problem nie powinien dotyczyć, w końcu sypiam z córką króla krakowskich adwokatów. A po części dlatego, że impreza służy relaksowi, a nie wylewaniu gorzkich żalów. Stanowi odskocznię od wszelkich problemów, nawet tych najczarniejszych. Ignoruję go i zaczynam rozmawiać z Angelą.

– Powiedz mi, Angelka, co cię sprowadza do tego pięknego miasta? A może jesteś rodowitą krakuską? – Jestem naprawdę zaciekawiony jej pochodzeniem.

– Nie, nie. Pochodzę z Opoczna, ale już się tu zadomowiłam. Mieszkam trzeci rok w Krakowie.

Nie mam pojęcia, gdzie znajduje się to całe Opoczno. Kojarzy mi się z płytkami ceramicznymi, ale niczym więcej.

– A co studiujesz? Prawo?

– Nie. Ochronę środowiska na polibudzie.

– Aha. – Chwila konsternacji. Nie wiem, co odpowiedzieć. – Ciekawy kierunek.

Na moment zapada niezręczna cisza. Tomek przygotowuje kolejną porcję kokainy. Tym razem nie odmawiam, bo jak widzę, pozostali poddali się nowej modzie i postanowili się spóźnić, a mnie kończą się tematy do rozmowy z Angelą. Liczę, że koks pomoże.

– Wypasione masz mieszkanie. Dużo płacisz czynszu? – Dziewczyna nie daje za wygraną i stara się podtrzymać dialog.

– Należy do mnie. Tylko rachunki.

– Fajnie, ale nie nudzi ci się tak mieszkać samemu? Ja mam trzy współlokatorki i bez nich byłoby bardzo smutno – odpowiada, myśląc, że cokolwiek mnie obchodzi z kim i gdzie mieszka. Mimo znudzenia staram się być kulturalny.

– A gdzie mieszkasz?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, Tomek i ja wciągamy po kresce. Angela na razie rezygnuje. Dobrze dla niej, bo towar jest bardzo mocny. Zakręcił mi w nosie i w głowie. Przez krótką chwilę salon obraca się jak pranie podczas wirowania. Szybko dochodzę do siebie, ale chemia wciąż brutalnie przytula mój mózg.

– Na Kurdwanowie, w pięknej starej kamienicy – mówi z dumą.

– Super, takie miejsca mają swój niepowtarzalny klimat – kłamię.

Rzucam okiem na Tomka. Bierze pilota od telewizora, drugiego od dekodera i trzeciego od kina domowego. Wyłącza muzykę, którą nastawiłem, i włącza telewizję. Nie czepiam się go. Wygląda na bardzo naćpanego. Niech sobie poogląda, co chce. Może poprawi mu się humor.

– O tak. Klimat jest odjechany – Angela używa swojego niepowtarzalnego slangu w celu opisania atmosfery jej mieszkania. – Mógłbyś kiedyś nas odwiedzić. Robimy całoweekendowe imprezy. Dosyć często. Spodobałoby ci się.

Z pewnością byłoby to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.

Dolewam jej wina, a ona niebezpiecznie przesuwa się w moim kierunku. Tomek jest zajęty oglądaniem jakiegoś programu o katastrofach lotniczych, więc całkowicie ignoruje swoją partnerkę.

– Ja mówię całkiem poważnie, co powiedziałbyś na przyszły piątek?

Jest coraz bliżej mnie. Czuję się, jakbym uciekał przed nadciągającym monstrum. A może to tylko przez koks, w końcu ona wcale nie jest aż tak brzydka. Zdecydowanie przesadzam, ale będąc z Julią, ciężko inaczej ocenić dziewczynę pokroju Angeli.

Nie zdążyłem udzielić jej odpowiedzi. Dzwonek domofonu przerywa niezręczną sytuację.

– Przepraszam, muszę otworzyć gościom – odpowiadam i wstaję z kanapy. Gdy jestem już na nogach, zauważam, że są nienaturalnie miękkie. Śnieg wyostrza zmysły, ale powoduje też, że czuję się strasznie nabuzowany energią. Dotykam lustra w przedpokoju, przez moment delektując się jego rozkosznym metalicznym chłodem. Wydaje mi się, że jest bardzo przyjemne w dotyku. Drugi dzwonek domofonu odrywa mnie od lustra. Podnoszę słuchawkę i od razu odchylam na długość ręki od ucha. Krzyki Sandry domagającej się otwarcia drzwi są trudne do zniesienia.

Czekam kilka minut, aż winda zawiezie Sandrę i Michała na ostatnie piętro. Kątem oka kontroluję, co dzieje się w salonie. Tomek wciąż ogląda telewizję, a Angela ponownie dolewa sobie wina i próbuje coś do niego powiedzieć. Jest całkowicie ignorowana. Po chwili słyszę głoś­ne walenie do drzwi w rytm stadionowej przyśpiewki. Otwieram i staję jak wryty. Julia stoi naprzeciwko mnie.

– Niespodzianka – mówi, rzucając mi się na szyję.

Zaraz po niej wchodzą Michał z Sandrą, którzy stali za rogiem, obserwując moją reakcję na widok Julii.

– Przyjechaliśmy w tym samym momencie. Cieszysz się? – pyta Julia.

– Pewnie. Wchodźcie – odpowiadam całkowicie skołowany.

– Ktoś tu się już nieźle nawalił – słusznie zauważa Julia.

Moja dziewczyna wygląda wspaniale. Idealnie proste włosy ma rozpuszczone, grzywka opada jej delikatnie na czoło, lekki makijaż podkreśla oczy. Ubrała obcisłą niebieską sukienkę bez ramion przed kolana, rajstopy lub pończochy, tego jeszcze nie wiem, i czarne buty na delikatnym obcasie. Pamiątkę ze świąt w Dubaju. Uszy zdobią kryształowe kolczyki, a rękę bransoletka z białego złota. Sandra również prezentuje się znakomicie i mimo wszystkich jej wad trudno odmówić Michałowi dobrego gustu. Jest mniej więcej jego wzrostu. Ma gęste, czarne jak smoła włosy kończące się na wysokości szyi. Dzisiaj uczesane na bok. Jej szczupła twarz, wąskie usta i brązowe oczy znakomicie komponują się z ciemnym topem. Zgrabne nogi prowokująco zasłania krótka spódniczka w granatową kratkę. Nie da się nie zauważyć, że nosi pończochy, całość uzupełniają szpilki na bardzo wysokim obcasie. Na ręce ma złoty zegarek ze złotym paskiem. Wita się ze mną, wyciągając prawą dłoń. Przechodzą mnie dreszcze na myśl o skórzanych maskach, które nosi. Michał też wita się jak normalny człowiek. Ubrał błękitną koszulę z długim rękawem, czarne spodnie i brązowe półbuty. Na ręce ma zegarek Porsche Design z kauczukowym paskiem. Włosy tradycyjnie zaczesał do tyłu. Zapraszam wszystkich do salonu.

– Tomek, co ty oglądasz, do ciężkiej cholery!? Można prosić trochę muzyki? – Sandra wita go na swój wyjątkowy sposób, wchodząc do sa­­lonu. – Przy okazji, masz coś dobrego?

– Też się za tobą nieludzko stęskniłem – odpowiada z obojętnym wyrazem twarzy.

Niechętnie zbiera się z kanapy, wita z nowo przybyłymi, przedstawia im Angelę i włącza program muzyczny. Zauważam, że witając się z Sandrą, podaje jej rękę, a Julię całuje w policzek, gapiąc się na jej piersi. Nalewam drinki, a Tomek, nieco już otrzeźwiały, częstuje wszystkich koką. Sam odpuszcza, ja też. Julia przyjmuje małą działkę, podobnie Michał. Angela i Sandra nie żałują sobie. Wciąż nie dojechał Bartek, ostatni z zaproszonych, ale specjalnie mnie to nie obchodzi. Mieszanka dragów i alkoholu w moim organizmie sprawia, że osiągam stan coraz bardziej zbliżony do upojenia. Moje dzikie żądze maleją wraz z kolejny­mi używkami rozgrzewającymi organizm. Rozlewamy Jacka Danielsa i rozkręcamy zabawę. Szykuje się gorąca noc w raju.


5

– Jesteś całkowicie porąbany – wykrzykuje roześmiana Sandra, gdy Tomek wsypuje śnieg do dużej kolorowej sziszy, którą kupiłem kilka lat temu na wakacjach w Egipcie.

W ciągu dwóch godzin zdążyliśmy wypić prawie cały mocny alkohol, jaki miałem w domu. Znajdujemy się w stanie, który można określić: „zdrowo nawaleni”. Humory nam dopisują. Bartek wciąż nie ­przyjechał, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Tomek dosypuje nieco tytoniu do swojej mikstury i rozpala sziszę. Po chwili wciąga rozgrzany towar, robiąc przy tym przedziwną minę.

– Na koniec świata i jeszcze dalej! – wykrzykuje Angela, cytując postać z bajki i zaciągając się sziszą.

– Weź to ode mnie, człowieku. Chcesz, żebym się zrzygał? – tak reaguje Michał na propozycję spróbowania sziszy.

Teraz Tomek proponuje Julii. Grzecznie odmawia.

– No co ty, królowo piękności? Nie spróbujesz tak dobrego wywaru? – pyta, czym zdrowo mnie wkurwia. Julia pokazuje mu język.

– Ja ciebie też – odpowiada i podaje sziszę Sandrze. Ona nie odmawia.

Wreszcie zabójcza mikstura trafia do mnie. Przez chwilę się waham, ale myślę sobie: co mi tam. Zaciągam się mocno i nagle widzę tylko mrok. Jakby ktoś zgasił światło i wyłączył wszystkie latarnie w mieście. Po chwili światłość powraca, a ja mocno się krztuszę przy akompaniamencie śmiechu pozostałych.

Zabawa trwa dalej, tracimy poczucie czasu. Wszyscy zapominamy o planowanym wyjściu do Gorączki. W pewnej chwili Angela chwyta mnie za rękę i ciągnie na środek pokoju. Z głośników leci jakaś muzyka popularna, o średnim tempie. O dziwo nie odmawiam jej, tylko zaczynam z nią tańczyć. Choć taniec to w tym wypadku bardzo szerokie pojęcie. Lepiej pasowałoby określenie „używanie przez nią mojego ciała jak prywatnej rurki”. Mniej więcej tak to wygląda.

– Masz naprawdę zajebiste mieszkanie. Może chciałbyś pokazać mi całe? – szepcze do ucha.

Wizja bycia sam na sam z Angelą powinna wydać mi się tak intrygująca, jak kąpiel całemu wysmarowanemu we krwi w akwenie pełnym rekinów, a jednak poczułem lekkie podniecenie. No i stanowiłoby to mały rewanż na Tomku za ciągłe lustrowanie piersi mojej dziewczyny. O próbie solidnego naćpania jej nie wspominając.

– Czuję, że podoba ci się, jak tańczę – mówi Angela, ocierając się swoim tyłkiem o moje spodnie na wysokości krocza.

Trochę sztywnieję pod wpływem jej pośladków, ale do głowy dociera impuls przypominający o Julii siedzącej na kanapie jakieś trzy, może cztery metry ode mnie. Spoglądam w jej stronę. Cały czas nas obserwuje. Obok niej Michał z Sandrą próbują wessać swoje języki. Tomek, widząc tę sytuację, podaje Julii sziszę. Ona patrzy na mnie, pokazuje mi język, jakby to był jej specjalnie przygotowany gest na dzisiejszy wieczór, i zaczyna palić miksturę Tomka. W pewnym sensie pochlebia mi to. Julia jest o mnie zazdrosna. Całkiem przyjemne uczucie.

– To jak będzie ze zwiedzaniem twojego królestwa? – Angela znów przypomina o sobie.

– Czemu nie? Pomyślimy o tym, ale nie w tej chwili – odpowiadam w niewłaściwy sposób. Powinienem był ją spławić, a nie zachęcać.

– To może w tygodniu? – Mówiąc to, muska dyskretnie moje ucho językiem.

Znajduję się w niezręcznej sytuacji. Julia pali dragi, które powinno się wciągać, a ja zamiast ją uspokoić, daję się dotykać językiem jakiejś panience z Opoczna. Najlepsze jest to, że nie chce mi się tego przerywać. Tak właśnie zadziałała mieszanka wybuchowa Tomka.

– Kuba, weź trzymaj swój telefon przy tyłku – mówi wyraźnie niezadowolona z przerwy we wsysaniu języka Michała Sandra, rzucając mi telefon. Kończy w ten sposób mój taniec i uwalnia mnie od odpowiedzi na pytania z podtekstem Angeli.

Łapię telefon, całkowicie ignorując Angelę, biorę ze stołu papierosa, wychodzę na balkon i odbieram. W całym zamieszaniu nie sprawdziłem na wyświetlaczu, kto dzwoni.

– Halo? – zaczynam rozmowę w bardzo ambitny sposób.

– Człowieku, gdzie wy jesteście!? Mieliście tu być godzinę temu! – słyszę w słuchawce jeszcze ambitniejszy krzyk, a w tle hałasy. Po głosie rozpoznaję, że to Bartek.

– My? To ty miałeś być u mnie – odpowiadam lekko plączącym się językiem i zaczynam się śmiać.

– Miałem, ale nie zdążyłem! Teraz to nieważne! Za ile będziecie w Gorączce? – wciąż krzyczy, zamiast mówić.

– A ile dajesz? Za tysiaka, no może za dwa, będziemy. – Śmieję się z niego na całego. On i jego problemy tak naprawdę nic mnie nie obchodzą.

– Tak cię to bawi, Kuba? Cholera, zostało nam trzydzieści minut do końca rezerwacji. Michał ją robił. Ma ze sobą potwierdzenie przelewu, więc jak się nie pojawi, to mamy po loży. Dalej ci do śmiechu?

Prawdę mówiąc, bardzo.

– Nie, stary, spoko. Zaraz wszystkich zbiorę i jedziemy. – Próbuję zachować powagę, ale nie udaje mi się i po raz kolejny wybucham głośnym śmiechem.

– Ruszcie się. Postarajcie się nie zepsuć wszystkim zabawy.

– Nie spinaj się, walnij sobie lufę i wyluzuj, zaraz będziemy – ostatnie zdanie mówię sam do siebie. Bartek rozłączył się po swojej przemowie.

Wracam z balkonu do domu. W moim salonie zabawa trwa w najlepsze. Teraz Angela, której wyraźnie zebrało się na tańce, zrobiła sobie rurkę z Michała. Julia z Sandrą znalazły piwo w zakamarkach lodówki i raczą się nim. Właściwie to nie znalazły, nie było jakoś specjalnie ukryte, po prostu sobie wzięły. Tomek siedzi na kanapie i obserwuje wszystkich. W oczach Sandry znów dostrzegam dziwne coś, co ciężko mi wyjaśnić. Jakiś mrok. Wydają mi się nienaturalnie czarne. Ale może mam zwidy spowodowane dużą dawką używek.

– Uwaga, uwaga. Ważna informacja dla wszystkich obecnych. – Staję na środku pokoju i zaczynam parodiować informatorkę z dworca.

– Dobrze się czujesz czy potrzebujesz pomocy? – pyta Sandra.

Jej gałki oczne przypominają teraz dwie asteroidy rozgrzane, gotowe uderzyć w ziemię. Julia robi nienaturalnie uśmiechniętą minę, pewnie przez narkotyki. Mam nadzieję, że dobrze się czuje. Odkrywam w sobie nową zdolność. Martwienie się o kogoś. Ten stan trwa dopiero kilkanaście sekund, a już mi z nim źle.

– Słuchajcie, dzwonił do mnie Bartek. Jak zaraz nie przyjedziemy, to przepadnie rezerwacja w Gorączce. Michał ma potwierdzenie przelewu, a w ogóle to czemu nie dzwonił właśnie do ciebie?

– Dzwonił, ale byłem bardzo zajęty. Prawda, kochanie? – wyjaśnia, wciąż stojąc z Angelą, ale patrząc na Sandrę.

– Jak jasna cholera – odpowiada, rzucając złośliwe spojrzenie jemu i Angeli. Michał posyła jej uśmiech.

Po kilku, a może kilkunastu minutach zamawiamy dwie taksówki i zbieramy się do wyjścia. Włączam odtwarzacz muzyki i nastawiam pełną dyskografię Aerosmith. Sąsiedzi będą musieli tego słuchać całą noc. Nie do końca rozumiem, jaka siła popycha mnie do zepsucia innym mieszkańcom apartamentowca sobotniej nocy, ale spodobał mi się ten pomysł. Przy drzwiach Julia, z którą zamieniłem do tej pory raptem kilka zdań, zaczepia mnie.

– Kuba, co ty odwalasz? – pyta, próbując zrobić groźną minę. Nie wychodzi jej. Nadal wygląda zabójczo seksownie. – Widziałam, jak macałeś tę prostaczkę! Na moich oczach. Ubliżasz mi tym! Całkowicie ci odbiło?

Tak ciętego języka jeszcze nie słyszałem w wykonaniu tych pięknych ust. Za dużo czasu spędza z Sandrą.

– Co ty, kotek, tylko z nią tańczyłem. Jesteś trochę nawalona i wyolbrzymiasz sprawę. Poza tym, tak na logikę, to czy mógłbym zainteresować się kimś takim jak ona? Obrażasz mój gust – próbuję wybrnąć z niewygodnej sytuacji, starając się podnieść jej morale.

– Ja to wiem, ale czy ty też?

– Uwierz mi, kochanie, jesteś tak niezwykła, że powinnaś służyć za in­­s­pirację do pisania ballad rockowych – odpowiadam, spoglądam w jej przekrwione oczy i łapię ją delikatnie za biodra w nadziei, że to wystarczy.

– Ona nie dorasta mi do pięt i nigdy nie dorośnie. To fakt. Kocham cię, Kuba – po raz pierwszy mówi mi to prosto w twarz i od razu wkłada język do mojego gardła.

Czuję niesamowity dreszcz, jak przy pierwszym pocałunku. Nasze języki splatają się ze sobą, jakby dopiero się zapoznawały. Dotykają się delikatnie, niepewnie, by po chwili zacząć gorący taniec pełen namiętności. Ta niezwykła chwila mogłaby trwać jeszcze długo, gdyby nie krzyk Sandry.

– Skończcie to darmowe softcore dla sąsiadów! Winda przyjechała!

Kończymy pocałunek. Nic nie odpowiadam na tak głębokie wyznanie. Wyznanie miłości. Bardzo dziwne, nigdy wcześniej go nie doświadczyłem. Wsiadamy do windy. W sześć osób robimy dużo hałasu. Nie obchodzi mnie, co pomyślą sąsiedzi. Mam ich głęboko gdzieś. Może poza jedną osobą. Zjeżdżamy na parter. I jakbym ją przywołał myślami. Na dole stoi Natalia. Czeka na windę. Ubrana jest w obcisłe legginsy, cienką białą kurtkę i białe tenisówki. Włosy ma rozpuszczone. Gdy ją dostrzegam, wszystkie moje demony wołają: „zrób to”, „zrób to jak najszybciej”. Nie słyszę głosów, bardziej wewnętrzne instynkty. Wywołują specyficzne uczucie podniecenia, a całe moje ja chce, żeby je zaspokoić. Oczywiście nie straciłem do tego stopnia kontroli nad sobą, żeby teraz ją zaatakować, ale serce zaczyna bić szybciej, a ręce lekko się trząść. Sam widok Natalii mocno na mnie podziałał. Znów przypominają mi się dawne czasy, ból, strach i demony. Dodatkowo dragi wyostrzają intensywność każdego odczucia.

– Cześć, Kuba, miło cię znów zobaczyć – wita się ze mną.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.