Palmy na śniegu - Luz Gabas - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 901 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Palmy na śniegu - Luz Gabas

Wzruszająca historia kolonialna rozgrywająca się na legendarnych plantacjach afrykańskiej wyspy Fernando Poo.

Jest rok 1953. Kilian porzuca ośnieżone góry hiszpańskiej prowincji Huesca, by wraz z bratem Jacobem wyprawić się na odległą, nieznaną i zmysłowo bujną wyspę Fernando Poo. W tej egzotycznej krainie oczekuje go ojciec, od lat zatrudniony na plantacji zwanej Sampaką, gdzie produkuje się cenione na całym świecie kakao.

Na wiecznie zielonej i ciepłej, urzekającej wyspie bracia odkrywają kolonialną swobodę obyczajów, obcą szarej i sztywnej frankistowskiej Hiszpanii, ciężko pracują na plantacji, uczą się, co łączy, a co dzieli autochtonów i europejskich przybyszów, i jednocześnie poznają przyjaźń, namiętność, miłość i nienawiść. Jeden z nich wszakże przekroczy niewidzialną granicę zakazu i zakocha się na zabój w miejscowej dziewczynie. Ta miłość, wpisana w skomplikowany kontekst społeczny i historyczny, na zawsze zmieni stosunki między braćmi i bieg ich egzystencji, stając się źródłem sekretu sięgającego daleko w przyszłość.

W roku 2003 Clarence, bratanica Kiliana i córka Jacoba, ciekawa ich przeszłości, zagłębia się w trudne, dawno minione sprawy i stopniowo odkrywa zetlałe nici łączące ją z wyspą, by ostatecznie wyjaśnić rodzinną tajemnicę. Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Palmy na śniegu - Luz Gabas

Fragment ebooka Palmy na śniegu - Luz Gabas










Luz Gabás

Palmy na śniegu


Tytuł oryginału: Palmeras en la nieve

Projekt okładki: Katarzyna Konior

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Irma Iwaszko

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© sundarananda – Fotolia.com

© andilevkin – Fotolia.com

© tets – Fotolia.com

© Luz Gabás, 2012

© Ediciones Planeta Madrid, S.A., 2012

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Barbara Jaroszuk

ISBN 978-83-7758-540-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Dla mojego ojca, Paca,

za udzielającą się innym miłość do życia.

I dla Josego Espanoli za tę,

którą ja czuję do niego.

Dzięki nim dwóm istnieje ta powieść.

Dla mojej matki, Maríi Luz, oraz moich sióstr, Gemmy i Mar,

za bezwarunkowe, nieustanne wsparcie.

I dla Josego oraz Rebeki, którzy rośli razem z tą książką.


PROLOG

Tej nocy będziecie się kochać desperacko, bo wiecie, że to ostatnia noc, którą spędzicie razem. Nigdy więcej się nie spotkacie.

Nigdy.

Ponieważ to niemożliwe.

Będziecie się pieścić i całować gorączkowo, jak potrafi jedynie dwoje przerażonych ludzi, próbujących poprzez smak i dotyk zgłębić, a potem zapamiętać istotę tego drugiego.

Tropikalna ulewa gniewnie atakuje zieloną barierkę zewnętrznej galerii prowadzącej do pokoi, tłumiąc odgłos waszych wściekłych jęków. Błyskawice usiłują trwać jak najdłużej, jakby chciały przezwyciężyć ciemność.

Jeszcze cię widzę, jeszcze cię czuję, jeszcze przez chwilę…

W kącie – dwie sfatygowane skórzane walizki. Na oparciu krzesła – prochowiec. Otwarta szafa o pustych półkach. Na stole – kapelusz i zdjęcie. Rozrzucone po podłodze jasne ubrania. Łóżko, które zwisająca spod sufitu, szczelnie zasunięta moskitiera przekształca w miłosne gniazdko. Dwa ciała poruszające się w mroku.

Tyle z tego zostanie po osiemnastu latach.

Mogłeś zaryzykować i zostać.

Mogłeś też nigdy tam nie jechać. Oszczędziłbyś sobie tego deszczu, tego przeklętego deszczu, który uparcie towarzyszy ci w najsmutniejszych chwilach życia.

Nie musiałbyś tej ponurej nocy tak cierpieć.

Krople ulewy biją w okno.

A ona…

Mogła nie zwrócić na ciebie uwagi, skoro wiedziała, że lepiej nie.

Nie musiałaby tak cierpieć tej nocy rozjaśnianej przerywanym, okrutnym światłem.

Łagodny, spokojny deszcz oblepia przedmioty i spływa po nich miękko, jak łzy, przesycając wszystko zaraźliwą melancholią. Gwałtowny deszcz padający tej nocy siecze groźnie, przypominając, że nie przylgnie do nikogo, że nie da się wchłonąć nawet ziemi. Że umiera w tym samym momencie, w którym uderza.

Mieliście wiele nocy wypełnionych miłością delikatną, czułą, zmysłową, mistyczną. Mieliście zakazaną rozkosz. I kochaliście się w pełnym świetle, i nikt wam nie przeszkodził.

Tyle że to nie dosyć.

Teraz jesteście tysiącem kropel atakującej wciąż od nowa burzy.

Zadaj jej ból! Zedrzyj jej skórę paznokciami! Gryź! Liż! Przesiąknij jej zapachem!

Bo żyjecie. Bo tak cierpicie. Bo nic się nie da zrobić. Bo pogodziliście się z rozstaniem. Bo, do diabła, zrezygnowaliście…

Weź sobie jej duszę, a zostaw swoje ziarno, choć wiesz, że już nie wykiełkuje.

Jadę.

Jedziesz.

Ale i tak będziesz ze mną.

Zawsze.

Słychać dwa krótkie, szybkie uderzenia do drzwi, potem zapada cisza i po chwili rozlegają się dwa kolejne. To umówiony sygnał. José jest punktualny. Musisz się spieszyć, inaczej spóźnisz się na samolot.

Nie potrafisz się spieszyć. Nie potraficie się od siebie odkleić. Chcecie tylko płakać. Zamknąć oczy i tak trwać w tym stanie nierealnego zawieszenia.

Przeznaczony wam czas dobiegł końca. I nie wróci. Nic nie poradzicie. Już to omówiliście. Żadnych łez – tak bywa. Może w innym czasie, w innym miejscu… Ale nie wy zdecydowaliście, gdzie się urodzić, do kogo czy do czego przynależeć. Wy zdecydowaliście jedynie, że, mimo wszystko, będziecie się kochać.

Choć wiedzieliście, że prędzej czy później ta chwila nadejdzie, tak jak właśnie nadeszła, z pośpiechem, który uniemożliwia pożegnanie w świetle dnia i przekreśla nadzieję na rychły powrót.

Tym razem to będzie podróż w jedną stronę.

Wstajesz z łóżka i zaczynasz się ubierać. Ona siedzi oparta o ścianę, obejmując ramionami kolana, wspiera na nich podbródek. Przez moment obserwuje twoje ruchy, a potem przymyka powieki, żeby utrwalić w pamięci każdy szczegół twojego ciała, każdy twój gest, każdy włos. Gdy jesteś gotowy, wstaje i podchodzi. Ma na sobie wyłącznie naszyjnik z dwóch nawleczonych na rzemyk muszli. Zawsze go nosi. Jedna z tych muszli to muszla porcelanki – błyszcząca, wielkości migdała; druga – niezbyt duża skorupa achatiny. Już po chwili wiszą na twojej szyi.

– Przyniosą ci szczęście i dobrobyt.

Obejmujesz ją mocno i przyciągasz do siebie, wdychając zapach jej włosów i skóry.

– Moje szczęście właśnie się kończy.

– Nie martw się. Choć nie będę mogła cię zobaczyć czy dotknąć, gdziekolwiek się znajdziesz, pozostaniesz częścią mnie.

Jej wielkie oczy, choć smutne, patrzą pewnie i stanowczo. Ona chce wierzyć, że nawet śmierć was nie rozdzieli, że gdzieś się w końcu spotkacie, poza czasem, poza pośpiechem, poza ograniczeniami.

Kładziesz palce na muszlach naszyjnika. Ta mniejsza jest gładka jak jej skóra i lśniąca jak jej zęby. Szczelina przywodzi na myśl idealną waginę – bramę, przez którą wchodzi i wychodzi życie.

– Czy taka mała achatina zdoła mnie uchronić przed demonami o silnych łapach?

Ona uśmiecha się na wspomnienie waszego pierwszego razu.

– Jesteś mocny jak drzewo puchowca i giętki jak palma. Z korzeniami głęboko w ziemi i liśćmi wyciągniętymi do słońca wytrzymasz każdy wicher.

I znowu dwa krótkie, szybkie uderzenia do drzwi, chwila przerwy, i kolejne dwa. I głos, który stara się brzmieć wyraźnie, lecz dyskretnie na tle burzy.

– Błagam. Jest bardzo późno. Musimy jechać.

– Już, już, Ösé. Minuta.

Minuta i koniec. Minuta, która domaga się jeszcze jednej, i kolejnej, i jeszcze…

Ona chce się ubrać. Nie pozwalasz jej.

Zostań tak, nago. Żebym cię widział. Proszę.

Teraz nie ma nawet naszyjnika dla osłony. A ty – nic jej nie dasz?

Na stole leży twój kapelusz, hełm korkowy, którego już nigdy nie będziesz potrzebował. I wasza jedyna wspólna fotografia.

Bierzesz jedną z walizek, kładziesz ją na stole, otwierasz i z materiałowej torby wyjmujesz nożyczki. Zginasz zdjęcie, przesuwasz paznokciami po linii oddzielającej twoją i jej podobiznę, tniesz.

Wręczasz jej fragment, który przedstawia ciebie opartego o furgonetkę na podwórzu.

– Masz. Pamiętaj mnie takiego. Ja też cię taką zapamiętam.

Patrzysz na drugi fragment, na którym uśmiecha się ona, po czym wsuwasz go do kieszeni koszuli.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję, że nie mogę… – Urywasz, bo zaczynasz płakać.

– Wszystko będzie dobrze – kłamie ona.

Kłamie, bo przecież wie, że będzie cierpieć za każdym razem, gdy wyjdzie na dziedziniec, zajrzy do jadalni albo położy dłoń na białej balustradzie eleganckich schodów. Za każdym razem, gdy ktoś wymówi nazwę kraju, do którego wyjeżdżasz. Za każdym razem, gdy usłyszy w górze szum samolotu.

Przy każdej ulewie takiej jak ta.

Wszystko będzie dobrze…

Tulisz ją w ramionach i czujesz, że odtąd już nic nigdy dobrze nie będzie.

Za kilka sekund weźmiesz swoje walizki i prochowiec. Znów ją namiętnie pocałujesz. Ruszysz do drzwi. Usłyszysz jej głos i jeszcze się zatrzymasz.

– Poczekaj! Zapomniałeś kapelusza!

– Tam dokąd jadę, na nic mi się nie przyda.

– Ale to pamiątka po tym, kim byłeś przez wiele lat.

– Nie chcę go. Niech zostanie z tobą. Niech ci przypomina, kim byłem dla ciebie.

Zawrócisz i pocałujesz ją na koniec z tą wilgotną, gęstą i powolną czułością ostatniego razu. Popatrzycie sobie w oczy. Zaciśniecie powieki i zagryziecie wargi, żeby nie płakać. Delikatnie pogładzicie się nawzajem po policzkach. Otworzysz drzwi, które następnie zamkną się za tobą z lekkim trzaskiem, podobnym w twoich uszach do wystrzału. A ona, po drugiej stronie, oprze o nie głowę i dopiero wtedy gorzko zapłacze.

Wyjdziesz w noc i stopisz się z burzą, która ani na moment nie zechce się uspokoić.

– Dziękuję, Ösé. Dziękuję za te wszystkie lata.

To pierwsze słowa, które wypowiadasz od chwili, kiedy opuściłeś tamten pokój, by udać się na lotnisko. Brzmią dziwnie, jakby wcale nie pochodziły od ciebie. Wszystko wydaje się dziwne, inne: szosa, budynki, blaszane baraki terminalu, mijani po drodze ludzie.

Nic nie jest rzeczywiste.

– Nie ma za co – odpowiada przygnębiony José, kładąc ci rękę na ramieniu.

W otoczonych zmarszczkami oczach człowieka, który, w tym tak początkowo obcym miejscu, był dla ciebie jak ojciec, błyszczą łzy. Ale o upływie czasu jeszcze bardziej niż zmarszczki świadczy stan uzębienia. Antón, pisząc o Josem w swoich listach albo opowiadając ci o nim zimą przy kominku, zawsze powtarzał, że nigdy w życiu nie widział u nikogo zębów tak białych i pięknych. Od tamtej pory minęła cała wieczność.

Z zębów Josego niewiele zostało.

A i on sam bezpowrotnie znika z twojego życia.

Tutejsze zapachy, upajająca zieleń wybujałej przyrody, głęboki dźwięk uroczystych śpiewów, gwar świątecznych obchodów, wielkoduszność przyjaciół takich jak José, gorący dotyk słońca na skórze – wszystko stanie ci się obce. Przestaniesz być częścią tego świata. Gdy tylko wsiądziesz do samolotu, z powrotem zamienisz się w öpotto, obcego.

– Ösé, mój drogi, chciałbym cię prosić o jeszcze jedną przysługę.

– Oczywiście.

– Jeśli zdołasz, zanieś czasem kwiaty na grób ojca, dobrze? Zostanie tutaj taki samotny…

Jakież to smutne – spocząć w zapomnianym przez wszystkich miejscu, w mogile, przed którą nikt nawet nie przystanie.

– Póki ja żyję, Antón zawsze będzie miał świeże kwiaty.

Tenki, mi fren.

Dziękuję, przyjacielu. Za wyciąganie mnie z tarapatów. Za pomoc w zrozumieniu świata tak innego niż mój. Za pomoc w pokochaniu go. Za mądrość, która pozwoliła ci dostrzec we mnie coś więcej niż tylko żądzę zysku. Za ostrożność w wydawaniu sądów…

Mi hat no gud, Ösé.

Yu hat e stron, mi fren.

My heart is not good. Your heart is strong, my friend. Twoje serce cierpi, lecz jest mocne.

Wytrzyma wszystko.

Wytrzymasz, tak. Ale nie zapomnisz, że przez całe lata posługiwałeś się czterema językami, które teraz, razem wzięte, okazują się zbyt ubogie, by wyrazić to co czujesz: że tu hat no gud.

Samolot czeka na pasie startowym.

Żegnaj, vitémá, człowieku o wielkim sercu. Uważaj na siebie. Tek kea, mi fren. Podaj mi dłoń. Shek mi jan.

Take care. Shake my hand.

Pozwolisz się nieść poprzez chmury tysiące kilometrów i wylądujesz w Madrycie, skąd złapiesz pociąg do Saragossy. Potem wsiądziesz do autobusu i wkrótce będziesz wśród swoich. Cała ta długa podróż wyda ci się wszakże zbyt krótka, by pożegnać się z ostatnimi latami – najpiękniejszymi latami twojego życia.

I ten fakt, świadomość, że najpiękniejsze lata życia spędziłeś w odległej krainie, ukryjesz przed innymi jak sekret.

Nie możesz wiedzieć, że ten sekret wyjdzie na jaw ponad trzydzieści lat później. Nie możesz wiedzieć, że któregoś dnia dwa fragmenty tamtego zdjęcia, tak brutalnie rozdzielone, znów się połączą.

Clarence jeszcze nie istnieje.

Ani twoja druga Daniela.

W miarę jak samolot będzie nabierał wysokości, widziana w dole wyspa stopniowo zmaleje ci w oczach. Cała zieleń, która kiedyś zalała cię z głową, stanie się niewyraźną plamką na horyzoncie, a potem zniknie. W samolocie będą też inni. Wszyscy zachowacie milczenie. Wszyscy zabierzecie ze sobą swoje historie.

I ta cisza zamknie się w kilku słowach, niewystarczających przecież, by wytłumaczyć dziwny ucisk w piersi.

Ö má we é, etúlá.

Żegnaj, kochana wyspo na morzu.


I. NAJOKRUTNIEJSZY MIESIĄC
Pasolobino, 2003

Kilka pierwszych linijek sprawiło, że Clarence poczuła najpierw ciekawość, a później rosnący niepokój. Trzymała w rękach świstek, który przylepił się do jednej z wielu niemal przezroczystych kopert z niebiesko-czerwonym szlaczkiem, używanych kiedyś do prowadzenia zamorskiej korespondencji. Papier, na którym pisano wtedy listy, był cienki, żeby przesyłka ważyła mniej i mniej kosztowała. Z tej samej przyczyny delikatne, piętrzące się w stosikach karteluszki aż kipiały od ściśniętych jedno obok drugiego słów, które zawierały ślady czyjejś egzystencji i ledwie się mieściły w granicach nieistniejących marginesów.

Clarence raz i drugi czytała zdania, wykaligrafowane inną ręką niż reszta listów ułożonych na stole w salonie:

…ja nie wrócę już na F.P., więc, jeśli chcesz, znowu napiszę do Ureki, żebyś mógł dalej wysyłać te pieniądze. Ona czuje się dobrze, jest bardzo silna, musiała taka być, tylko tęskni za swoim poczciwym ojcem, który – informuję Cię o tym z żalem, bo wiem, jak to przeżyjesz – zmarł przed kilkoma miesiącami. Ale spokojnie, chłopcy też mają się doskonale, starszy pracuje, a młodszy wciąż się uczy. Gdybyś widział, jak tu się wszystko zmieniło od czasu, gdy…

I to wszystko. Żadnej daty. Żadnego podpisu.

Do kogo skierowany był ten list?

Adresat nie mógł należeć do pokolenia dziadka, ponieważ tekstura papieru, atrament, charakter pisma i styl wydawały się dość nowoczesne. Nadawca zwracał się jednak do mężczyzny, o czym świadczyła forma „gdybyś widział”, a to ograniczało krąg potencjalnych odbiorców do Jacoba, ojca Clarence, i jej stryja Kiliana. Poza tym tajemnicza notka znalazła się między tymi niewieloma listami, które napisał ojciec. Dziwne… Dlaczego nie zachowała się w całości? Clarence wyobraziła sobie, jak Jacobo chowa przesyłkę, po czym zmienia zdanie i postanawia ją wyrzucić, nie zdając sobie sprawy, że fragment się jednak ostał. Czemu ojciec miałby coś takiego robić? Czy zawarte w liście informacje były aż tak kompromitujące?

Zdezorientowana podniosła wzrok, odłożyła świstek na wielki orzechowy stół, stojący obok czarnej skórzanej sofy typu chester, i potarła piekące oczy. Od ponad pięciu godzin czytała bez chwili przerwy. Westchnęła i wstała, żeby dorzucić drewna do kominka. Jesionowe bierwiona trzaskały w płomieniach. Wiosna była bardziej wilgotna niż zwykle, a długie siedzenie w jednym miejscu potęgowało uczucie zimna. Clarence grzała przez chwilę dłonie nad ogniem, potem przeciągnęła nimi po przedramionach i oparła się o gzyms kominka, nad którym wisiało prostokątne lustro w drewnianej ramie z wyrzeźbioną u góry girlandą. W odbiciu ukazała się zmęczona dziewczyna z podkrążonymi zielonymi oczami i lekko potarganymi kasztanowatymi włosami, które wymykały się z niewoli grubego warkocza, otaczając owalną twarz ze zmarszczonym w tej chwili czołem. Skąd ten nagły niepokój? Clarence wstrząsnęła się, jakby przeszedł ją dreszcz, wróciła do stołu i znów usiadła.

Posegregowała listy według autorów i czasu powstania, począwszy od tych z roku 1953, kiedy to Kilian pisywał regularnie co piętnaście dni. Treść tych epistoł doskonale pasowała do jego osobowości: były skrajnie szczegółowe w opisach codziennego życia, pracy, otoczenia i klimatu. Stryj dokładnie opowiadał o tym wszystkim matce i siostrze. Ojciec wysilał się mniej, często po prostu dodawał trzy czy cztery linijki do wynurzeń brata. Listy od dziadka Antona z kolei przychodziły rzadko, były krótkie i zawierały głównie formułki typowe dla lat trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku, informujące o tym, że, dzięki Bogu, dziadek czuje się dobrze, ma nadzieję, że wszyscy pozostali też czują się dobrze, i dziękuje tym członkom rodziny i sąsiadom, którzy akurat w taki czy inny sposób zechcieli łaskawie pomóc w Rabaltué.

Clarence cieszyła się, że nikogo nie ma w domu. Kuzynka Daniela pojechała razem ze stryjem Kilianem na dół, do miasta, do lekarza, a rodzice mieli wrócić dopiero za dwa tygodnie. Clarence czuła się nawet trochę winna: oto szperała w prywatnych papierach ludzi, którzy przecież wciąż żyli. Dziwnie było czytać to, co ojciec i stryj napisali wiele lat wcześniej. Tak się zwykle postępuje z dokumentami, które pozostały po zmarłych. I, faktycznie, łatwiej jej szło z listami dziadka, którego nigdy nie spotkała, niż z tymi autorstwa Jacoba czy Kiliana. Wiele anegdot, owszem, już znała. Tyle że teraz, opowiedziane w pierwszej osobie, pochyłym, niepewnym pismem kogoś, kto nie nawykł do kreślenia liter, i przepojone starannie, lecz nieskutecznie skrywaną tęsknotą, wywoływały dziwną mieszankę emocji tak silnych, że niekiedy aż skłaniających do płaczu.

Pamiętała, że kiedyś, gdy była młodsza, otwierała ciemną szafę w głębi salonu i przesuwała dłońmi po tych listach, dla zabawy przeglądając papiery, które pomagały jej wyobrazić sobie przeszłość stuletniego Rabaltué: pożółkłe ze starości wycinki prasowe; katalogi biur podróży i umowy o pracę; dawne księgi rachunkowe dotyczące handlu bydłem i zarządzania posiadłościami; spisy owiec, ostrzyżonych lub padłych; zawiadomienia o chrzcinach i pogrzebach; bożonarodzeniowe życzenia nabazgrane atramentem czyjąś niewprawną ręką; ślubne zaproszenia i karty dań; zdjęcia pradziadków, dziadków, stryjecznych dziadków, kuzynów i rodziców; sięgające XVII wieku dokumenty poświadczające prawo do okolicznych gruntów oraz zawierane z ośrodkiem narciarskim umowy ich zamiany na działki budowlane.

Na listy nie zwracała w tamtym czasie większej uwagi z tej prostej przyczyny, że wtedy jeszcze wystarczały jej opowieści Kiliana i Jacoba. Tyle że, oczywiście, tak było, zanim wybrała się na konferencję, w czasie której, za sprawą kilku prelegentów z Afryki, wykiełkowały w niej – córce, wnuczce i bratanicy kolonizatorów – nieznane wcześniej i niepokojące uczucia. Właśnie wówczas zainteresowała się wszystkim, co łączyło się z życiem mężczyzn z jej rodziny. Nagle zaczęło ją ciągnąć do Pasolobino, do tej szafy w salonie, i bardzo się niecierpliwiła, gdy kolejne obowiązki zatrzymywały ją na uniwersytecie. Na szczęście uporała się ze wszystkim w rekordowym tempie, a rzadka okoliczność, że akurat nikogo nie było w domu, pozwoliła jej przeczytać wszystko dokładnie i w całkowitym spokoju.

Zastanawiała się, czy ktoś jeszcze otwierał tę szafę w ostatnich latach; czy matka, Carmen, albo kuzynka Daniela też uległy pokusie, by poszperać w przeszłości; czy ojciec albo stryj kiedykolwiek odczuli potrzebę, by przejrzeć się w napisanych dawno temu przez siebie słowach.

Szybko odrzuciła taką możliwość. W przeciwieństwie do niej samej Daniela lubiła starocie tylko o tyle, o ile miały postać wiekowej, eleganckiej rezydencji z kamienia i łupka, urządzonej pociemniałymi z upływem czasu antykami. Carmen nie urodziła się w tym miejscu i nigdy nie czuła się tu jak w domu. Jej misja, zwłaszcza po tym, jak umarła matka Danieli, sprowadzała się do dbania, by wszędzie panował porządek, w spiżarni niczego nie brakowało i by każda okazja stanowiła doskonały pretekst do urządzenia imprezy. Carmen uwielbiała spędzać w Rabaltué długie tygodnie, ale cieszyła się, że na stałe mieszka gdzie indziej, u siebie.

A co do Jacoba i Kiliana – obaj byli typowymi mężczyznami z gór: denerwująco milkliwymi i zazdrośnie strzegącymi swej prywatności. Wydawało się wręcz zaskakujące, że żaden z nich nie zdecydował się w końcu zniszczyć tych listów, podobnie jak ona, Clarence, uczyniła ze swoimi dziennikami z okresu dojrzewania, zupełnie jakby taki akt oznaczał wymazanie przeszłości. Powodów wyobrażała sobie kilka. Może ojciec i stryj zdawali sobie sprawę, że w tych papierach w gruncie rzeczy poza silną nostalgią nic nie ma – nic, co kwalifikowałoby je do potencjalnego unicestwienia. Albo może zdołali wyrzucić z pamięci ich treść – w co wątpiła, wiedząc, jak bardzo lubią obaj opowiadać o swojej ukochanej wyspie – lub, po prostu, zapomnieli o ich istnieniu, jak to się często zdarza z różnymi rzeczami, które człowiek gromadzi przez całe życie.

Tak czy owak, bez względu na przyczyny, dla których te listy się zachowały, należało zbadać, co się właściwie wydarzyło – jeśli wydarzyło się cokolwiek – właśnie ze względu na to, co nie zostało napisane, ze względu na znaki zapytania mnożące się pod wpływem tego kawałka papieru, spoczywającego teraz w jej rękach i zdającego się burzyć pozorny spokój egzystencji w Pasolobino.

Nie wstając z fotela, sięgnęła ku stojącej na stoliku obok skrzyneczce i wyjęła z niej lupę, by dokładniej obejrzeć poszarpane brzegi świstka. W prawym dolnym rogu widać było coś jakby zarys cyfry przekreślonej pionową kreską.

Cóż… Mogło chodzić o siódemkę.

Siódemka.

Clarence zabębniła palcami po stole.

Jak na numer strony to zbyt wiele. Czyżby data? 1947, 1957, 1967… Na ile zdążyła się zorientować, nie wtedy rozgrywały się wydarzenia opisane w tych listach, stanowiących emocjonalne świadectwo kolonialnego życia kilku Hiszpanów na pewnej plantacji kakao.

Z jej punktu widzenia najbardziej interesujące okazały się właśnie te linijki, w których ktoś obcy pisał, że dokądś nie wróci, że z Rabaltué wysyłane były wcześniej pieniądze, że troje ludzi znanych adresatowi listu – Jacobowi? – ma się dobrze i że jakaś bliska im wszystkim osoba odeszła z tego świata.

Komu mógł wysyłać pieniądze jej ojciec? Dlaczego miałby się martwić, czy ktoś stamtąd miewa się dobrze lub też, bardziej konkretnie, jak sobie radzi w szkole albo w pracy? Czyją śmierć miałby tak opłakiwać? Autor listu wspominał też o jakiejś Urece… Ona, Clarence, nigdy nie słyszała takiej nazwy – jeśli w ogóle chodziło o nazwę miejsca… Może raczej o imię osoby? No i najważniejsze: kim była „ona”?

Clarence słyszała setki opowieści o tym, co przytrafiło się mężczyznom z Rabaltué na obcej ziemi. Znała je na pamięć, jako że Jacobo i Kilian nigdy nie przegapili żadnej okazji, by poopowiadać o swoim raju utraconym. W jej uszach ta oficjalna historia brzmiała zawsze jak legenda, która rozpoczynała się wiele dekad wcześniej w małym miasteczku w Pirenejach, później rozgrywała się na niewielkiej afrykańskiej wyspie, by dobiec kresu znów w tym samym zakątku hiszpańskich gór. Do tej pory, do momentu znalezienia zagadkowego listu, Clarence ani razu nie wpadła na pomysł, że mogło być odwrotnie: że wszystko rozpoczęło się na niewielkiej afrykańskiej wyspie, później rozgrywało się w małym miasteczku w Pirenejach, by dobiec kresu znów na tej samej wysepce…

No nie, jeśli teraz miało się okazać, że Jacobo i Kilian zapomnieli jej wspomnieć o kluczowych sprawach… Walcząc z pokusą snucia powieściowych domysłów, zmarszczyła brwi i zaczęła sobie przypominać, jakie osoby przewijały się w opowieściach ojca i stryja. Prawie wszystkie wiązały się z jej najbliższym otoczeniem, co było zupełnie naturalne, albowiem całą tę egzotyczną przygodę zainicjował młody awanturnik z doliny Pasolobino, wyruszając w nieznane pod koniec XIX wieku, czyli w czasach zbliżonych do narodzin dziadków Clarence, Antona i Mariany. Młodzieniec wylądował na atlantyckiej wyspie w ówczesnej zatoce Biafra. W ciągu paru lat zgromadził niewielką fortunę i został właścicielem żyznej plantacji eksportującej kakao na cały świat. Wtedy to w dalekich Pirenejach kilku samotnych mężczyzn i trochę młodych małżeństw postanowiło wyprawić się za morze w poszukiwaniu pracy na plantacji dawnego ziomka oraz w pobliskim mieście.

Zielone łąki ustąpiły miejsca palmom.

Clarence aż się uśmiechnęła na myśl o tych szorstkich, zamkniętych w sobie góralach, z natury małomównych i poważnych, nieskłonnych do okazywania emocji i nawykłych do gamy kolorystycznej rozpiętej między bielą śniegu, zielenią łąk oraz szarością kamienia, nagle odkrywających jaskrawe barwy tropików, ciemne odcienie półnagiej skóry, przewiewność domów i łagodną pieszczotę morskiej bryzy. Szczerze mówiąc, wciąż zadziwiał ją obraz Jacoba i Kiliana w roli bohaterów jednego z wielu dzieł literackich czy filmowych przedstawiających kolonialny świat z perspektywy Europejczyka; w tym konkretnym przypadku – z perspektywy jej krewnych. Ich wersja była jedyną, którą znała.

Wersją jasną i niewątpliwą.

Codzienne życie na plantacjach kakao, stosunki z tubylcami, jedzenie, wiewiórolotki, węże, małpy, wielkie kolorowe jaszczurki… Niedzielne uroczystości, dźwięk bębnów…

O tym mówiono. O tym też opowiadał w swoich pierwszych listach stryj Kilian.

I tyle pracy! Takie ciężkie życie!

Niewątpliwie.

„Chłopcy też mają się doskonale”…

Ta data to musiał być 1977, 1987 albo 1997 rok…

Kto potrafiłby wyjaśnić, o co chodziło w tym liście? Od razu pomyślała o Kilianie i Jacobie, lecz natychmiast zrozumiała, że spaliłaby się ze wstydu, gdyby musiała się im przyznać do szperania w tych papierach. Kiedyś na jakiejś rodzinnej kolacji, w czasie której wypłynął temat kolonii, z ciekawości zadała parę śmiałych pytań, jednakże zarówno ojciec, jak stryj po raz kolejny popisali się umiejętnością sprowadzania rozmowy na swoje ulubione, bezpieczne tory. Oczekiwać, że szczerze i bezpośrednio odpowiedzą na niespodziewane pytanie o kilka tajemniczych linijek, znaczyło oczekiwać zbyt wiele.

Zapaliła papierosa, wstała i podeszła do okna. Otworzyła je trochę, żeby wypuścić dym, i odetchnęła chłodnym powietrzem deszczowego dnia, delikatnie zwilżającego szarość stłoczonych poniżej łupkowych dachów. Rozciągnięta podłużnie starówka Pasolobino wciąż wyglądała tak jak na czarno-białych zdjęciach z początku XX wieku, choć większość spośród jej niemal stu domów została wyremontowana, a na ulicach zamiast bruku położono równiutką kostkę. Poza granicami miasteczka, którego początki sięgały XI stulecia, ciągnęły się teraz klockowate zabudowania ośrodków turystycznych wybudowanych na potrzeby narciarzy.

Clarence spojrzała ku ośnieżonym szczytom, w stronę granicy między świerkami a nagą skałą, wciąż ukrytą pod warstwą bieli. Snujące się tam wysoko mgły wyglądały przepięknie. Jak mężczyźni z jej rodziny wytrzymywali tyle lat z dala od tych wspaniałych gór, bez porannego zapachu wilgotnej ziemi i bez kojącej nocnej ciszy? W tym, co miała teraz przed oczami, musiało być jednak coś niezwykle pociągającego, skoro wszyscy ci, którzy wyprawili się na wyspę, prędzej czy później wracali.

Właśnie wtedy, znienacka, uświadomiła sobie, do kogo powinna się zwrócić. Dlaczego wcześniej na to nie wpadła?

Do Julii!

Do kogóżby innego? Julia nadawała się doskonale: znała jej rodzinę od dawna, mieszkała kiedyś na wyspie, z taką samą jak Kilian i Jacobo nostalgią wspominała utracony raj tudzież powaby egzotyki, no i zawsze chętnie rozmawiała z Clarence, którą od dziecka traktowała niemal jak córkę, może dlatego, że sama doczekała się wyłącznie synów.

Clarence szybkim ruchem odwróciła się od okna, zgasiła papierosa w popielniczce i opuściła salon, by zadzwonić do Julii ze swojego gabinetu. Przecinając wielki hol, z którego przechodziło się dalej do różnych części domu, jak również na schody wiodące do sypialni na piętrze, musiała przystanąć przed ogromnym pięknym obrazem wiszącym nad wielką drewnianą komodą rzeźbioną ręcznie z kunsztem właściwym siedemnastowiecznym rzemieślnikom – jedną z nielicznych pamiątek po dawnej świetności domu.

Obraz przedstawiał drzewo genealogiczne rodziny od strony ojca. Pierwsze nazwisko, które można było odczytać w dolnej partii płótna – Kilian de Rabaltué – opatrzone było datą 1395 i wciąż Clarence intrygowało. Fakt, że imię irlandzkiego świętego, które stopniowo rozprzestrzeniło się na Francję i stamtąd na Niemcy, nosił jej protoplasta, stanowił dla wszystkich w rodzinie zagadkę. Najprawdopodobniej ów Kilian, mający geny podróżnika i włosy o miedzianym połysku, dostał się do Pasolobino z Francji przez Pireneje, by się tu osiedlić. Od jego nazwiska ciągnął się ku górze długi pień rozgałęziający się poziomymi konarami, a na liściach widniały imiona braci i sióstr wraz z ich żonami i mężami, a także potomkami kolejnych generacji.

Zatrzymała wzrok na pokoleniu swoich dziadków, pierwszym, które przedsięwzięło zamorską wyprawę, i przypatrzyła się datom. W 1898 roku urodził się dziadek, Antón de Rabaltué, który w 1926 ożenił się z Marianą de Maltą, urodzoną w roku 1899. W 1927 przyszedł na świat ojciec Clarence. W 1929 – jej stryj, a w 1933 – jej ciotka Catalina.

Clarence pomyślała, że drzewa genealogiczne w tej części świata bywają potwornie przewidywalne. Żadnych sensacji. Od razu widać, kto skąd się wziął. W stosownej rubryczce, przy imieniu i nazwisku, wpisywano datę urodzin i miejsce pochodzenia. Czasem to ostatnie zastępowało nazwisko, ponieważ wielu spośród nowych kandydatów do rubryczek pochodziło z najbliższej okolicy. Główny pień drzewa bez żadnych skrzywień prowadził wzrok oglądającego od pierwszego Kiliana po ostatnich spadkobierców rodu. Imiona w kolejnych pokoleniach zazwyczaj się powtarzały, odsyłając do dawnych hrabiów i ich dam, albowiem stare miana ze starych dokumentów miały interesującą zdolność do pobudzania wyobraźni młodych generacji: stąd raz za razem Mariana i Mariano, Jacoba i Jacobo, czasem Kilian, Juan, Juana, José czy Josefa, kiedy indziej Catalina, Antón lub Antonia… Przyglądając się drzewom genealogicznym, które były jedną z jej pasji, Clarence potrafiła sobie wyobrazić równy nurt życia: narodziny, dorastanie, reprodukcja i śmierć. Ta sama ziemia i to samo niebo.

Jednakże ostatnie spośród widocznych na obrazie imion świadczyły o jawnym zerwaniu z rzekomo spetryfikowaną przeszłością. „Daniela” i „Clarence” przełamywały wcześniejszą monotonię. Wyglądało to tak, jakby narodziny ich właścicielek zbiegły się z jakąś zachodzącą wtedy zmianą, jakby rodzice chcieli je naznaczyć za pomocą ważnych dla siebie słów. Podrósłszy, dziewczynki dowiedziały się, że Kilian wybrał „Danielę”, w ogóle nie biorąc pod uwagę zdania, jakie miała na ten temat jego żona, Pilar. Bo zawsze lubił to imię i kropka. Z kolei Clarence swoje zawdzięczała matce, wielkiej miłośniczce romansów, która tak długo szukała w podróżniczej przeszłości męża, aż znalazła: Clarence de Rabaltué. Jacobo najwyraźniej nie protestował, może dlatego, że imię córki będące dawną nazwą jednego z afrykańskich miast nieustannie kojarzyło mu się z idylliczną przeszłością, do której wciąż z Kilianem wracali.

Stojąc przed obrazem, Clarence przez chwilę wyobrażała sobie kolejne liście na tym drzewie, od góry sąsiadujące bezpośrednio z nią i jej kuzynką. Jak miało się nazywać następne pokolenie, jeśli pojawi się na świecie? Uśmiechnęła się pod nosem. Przy jej tempie w najbliższych latach niczego nie należało się w tym względzie spodziewać, czego zresztą żałowała, bo przecież pojmowała życie jako długi łańcuch o nierozerwalnie połączonych i ponazywanych imionami ogniwach. Nie potrafiła zrozumieć, że niektórzy nie znają swoich przodków z generacji wcześniejszych niż dziadkowie. Tyle że, oczywiście, nie każdy miał to, co ona postrzegała jako dar od losu: możliwość przyjścia na świat w zamkniętym, dokładnie uporządkowanym i opisanym uniwersum, w którym można się było schronić przed życiowymi zawieruchami. W jej przypadku bowiem przywiązanie do rodzinnego domu, doliny i gór – zrozumiałe, choć może nieco przesadne – daleko wykraczało poza kwestie czysto genetyczne, a w końcu przekształciło się w coś głębszego, bardziej duchowego, kojącego egzystencjalny lęk przed znikomością. Może właśnie to pragnienie, by stanowić ogniwo ściśle łączące przeszłość z przyszłością, sprawiło, że skoncentrowała swoje badania – generalnie poświęcone lingwistyce – na dialekcie pasolobińskim. Niedawna obrona pracy doktorskiej, która wyczerpała ją i chwilowo zniechęciła do aktywnego uczestnictwa w życiu akademickim, uczyniła z niej nie tylko największego na świecie eksperta od tego niemal wymarłego języka, ale również strażniczkę części kulturowego dziedzictwa, co napawało ją niemałą dumą.

Niemniej musiała przyznać, że czasem żałowała wszystkich tych rzeczy, które przez doktorat ją ominęły. Zwłaszcza dotyczyło to relacji z mężczyznami, bo nie dało się ukryć, że jej życie miłosne było kompletną katastrofą. Z takiego czy innego powodu jej związki nigdy nie trwały dłużej niż dwanaście miesięcy, tak samo zresztą jak w przypadku Danieli, tyle że kuzynka aż tak się tym nie przejmowała, może dlatego, że liczyła sobie o sześć lat mniej, a może po prostu dzięki swojej cierpliwej naturze. Clarence znów się uśmiechnęła, tym razem na myśl o tym, jakie szczęście miały – obie jedynaczki – wychowując się praktycznie razem. Co by zrobiła bez tego daru, zesłanego jej przez niebiosa w zastępstwie lalek? Choć fizycznie i psychicznie bardzo odmienne, czuły się z Danielą jak nierozłączne siostry i dzieliły mnóstwo przeżyć i przygód. Pamiętała pakt honorowy: zawarły go, gdy mogły wreszcie zacząć wychodzić razem na imprezy mimo różnicy wieku: w razie gdyby spodobał im się ten sam chłopak, pierwszeństwo należało się tej, która poznała go pierwsza. Na szczęście, ze względu na inne charaktery – Daniela była bardziej nieśmiała, praktyczniejsza i chyba mniej zapalczywa – a także inne upodobania – Clarence gustowała w tajemniczych i umięśnionych książętach z bajki, podczas gdy jej kuzynka wolała realnych mężczyzn – ich wzajemna lojalność nigdy nie została wystawiona na próbę.

Clarence westchnęła i jeszcze przez chwilę – tylko przez chwilę – pozwoliła wyobraźni krążyć wokół swoich ewentualnych potomków.

Nagle przebiegł ją dreszcz, zupełnie jakby ktoś dmuchnął jej w kark albo załaskotał ją piórkiem. Podskoczyła i wykonała gwałtowny obrót. Przez ułamek sekundy była oszołomiona, a nawet przestraszona, bo wyraźnie czuła z tyłu czyjąś obecność, co, jak natychmiast zaczęła przekonywać samą siebie, stanowiło kompletny idiotyzm, albowiem doskonale wiedziała, że domownicy nie wrócą jeszcze przez kilka dni, a wszystkie drzwi sama starannie zamknęła: do szczególnie lękliwych nie należała – choć kto wie, może się tylko łudziła – ale o bezpieczeństwo potrafiła zadbać.

Potrząsnęła głową, by odegnać absurdalne myśli, i skupiła się na tym, co należało zrobić: na telefonie do Julii. Przez jedne z drzwi ozdobionych kasetonami w kształcie rombów, te, które, znajdowały się pod szerokimi drewnianymi schodami wiodącymi na piętro, przeszła do swojego gabinetu, gdzie królowało wielkie dębowe biurko. Tam leżał telefon komórkowy.

Spojrzała na zegarek i uznała, że Julia, kobieta raczej poukładana, zdążyła już zapewne dotrzeć z kościoła do domu. Jeśli bawiła w Pasolobino, wraz z jedną z przyjaciółek chodziła co dzień na mszę o siedemnastej, by następnie pospacerować po miasteczku, napić się czekolady i wrócić samochodem do siebie.

Jednakże, o dziwo, nie odbierała. Clarence postanowiła zadzwonić do niej na komórkę i złapała ją u innej przyjaciółki, tak zajętą grą w karty, że zamieniły ledwie kilka słów. Akurat tyle, by umówić się na następny dzień. Clarence poczuła się trochę zawiedziona. Nie pozostawało jej nic innego, niż czekać.

Cały dzień.

Zdecydowała, że uporządkuje porozkładane w salonie papiery. Odłożyła listy na miejsce, a zagadkowy świstek schowała do portmonetki.

Po gorączkowej aktywności ostatnich godzin nagle nie wiedziała, co zrobić z resztą dnia. Usiadła na sofie przed kominkiem, zapaliła kolejnego papierosa i pogrążyła się w rozmyślaniach o tym, jak bardzo się wszystko zmieniło przez te lata, które upłynęły od wypraw Antona, Kiliana i Jacoba na wyspę – zmieniło się zwłaszcza poczucie czasu. Ludzie z jej pokolenia dysponowali komputerami, pocztą elektroniczną i komórkami, pozwalającymi na natychmiastowy kontakt. I dlatego stali się niecierpliwi: kiepsko znosili niepewność i oczekiwanie, a najdrobniejsza zwłoka w spełnieniu pragnień od razu zamieniała się w torturę.

W tym momencie Clarence interesowało jedynie to, by się przekonać, czy Julia będzie potrafiła powiedzieć cokolwiek, co wyjaśniłoby tych kilka linijek, które z jej perspektywy mogły znaczyć tylko jedno: ojciec regularnie wysyłał pieniądze jakiejś kobiecie.

Reszta spraw zeszła nagle na drugi plan.

Nazajutrz o siedemnastej trzydzieści Clarence stała przed kościołem, czekając na Julię. Już po kilku minutach, które spędziła na kontemplowaniu majestatycznej kościelnej wieży na tle nieba, drzwi kościoła się otwarły, wypuszczając na zewnątrz garstkę wiernych uczestniczących we mszach w tygodniu; wszyscy witali Clarence jak dobrą znajomą. Zaraz też pojawiła się Julia, drobna, skromnie, lecz starannie ubrana, z krótką fryzurą świeżo od fryzjera i uroczą apaszką na szyi. Zbliżyła się z szerokim uśmiechem.

– Clarence! Nie widziałam cię od jakiegoś czasu! – Obdarzywszy ją dwoma głośnymi, serdecznymi całusami, ujęła pod ramię i ruszyła w stronę wyjścia z kościelnego dziedzińca, otoczonego kamiennym murem zwieńczonym długimi metalowymi szpikulcami. – Przepraszam, że wczoraj tak cię zbyłam, ale złapałaś mnie akurat w czasie rewanżowej partyjki. Skąd się tu wzięłaś? A praca?

– W tym semestrze akurat mam mało zajęć. Wiesz, zalety pracy na uczelni. Tak to sobie ustawiam, żeby mieć trochę czasu na działalność naukową. A ty? Jak długo tym razem zostaniesz?

Matka Julii pochodziła z doliny Pasolobino i Julia wciąż pozostawała właścicielką jednego z licznych domów rozsianych pośród pól w promieniu kilku kilometrów od miasteczka. Jej matka wyszła za człowieka z sąsiedniej doliny i razem z nim wyjechała do Afryki, zostawiając małą córkę pod opieką dziadków do czasu, aż sklep żelazny zaczął przynosić zyski i można było ściągnąć dziecko. W Afryce Julia spotkała swojego męża i urodziła dwóch synów. Po ostatecznej przeprowadzce do Madrytu co roku spędzała razem z chłopcami i – rzadziej – z mężem krótkie wakacje w Pasolobino. Od kiedy jednak przed kilkoma laty owdowiała, jej pobyty w rodzinnych stronach stawały się coraz dłuższe.

– Przynajmniej do października. Wiesz… zalety posiadania dorosłych dzieci, które już mnie nie potrzebują. – Uśmiechnęła się szelmowsko, po czym dodała: – W ten sposób nie mogą mi co chwila podrzucać wnuków.

Clarence się roześmiała. Lubiła Julię. W jej kruchym ciele krył się silny duch. Była też dobrze wykształcona, spostrzegawcza, wrażliwa i skłonna do refleksji, bardzo otwarta i miła w obejściu, a wręcz do pewnego stopnia wyrafinowana, co wyróżniało ją spośród innych pań w miasteczku. Clarence uważała, że to zasługa zarówno dalekich podróży, jak i lat przeżytych w stolicy. Niemniej Julia czuła się w Pasolobino tak, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżała, a wrodzona prostota zjednywała jej powszechną życzliwość. Wbrew temu, co opowiadała o swoich dzieciach i wnukach, zawsze bardzo interesowała się losem innych i w razie potrzeby bez wahania oferowała pomoc.

– Masz ochotę na gorącą czekoladę? – spytała Clarence.

– Jeśli kiedyś nie będę miała ochoty, możesz się zacząć niepokoić!

Niespiesznie przeszły wąskimi uliczkami w różnych odcieniach kamiennej szarości, by w końcu zostawić za sobą starówkę i szeroką aleją przecinającą nową część miasteczka – z wysokimi latarniami i cztero- lub pięciopiętrowymi budynkami – i dotrzeć do jedynego w Pasolobino lokalu, gdzie, wedle znającej się na rzeczy Julii, czekolada była prawdziwa, ponieważ z powodzeniem przechodziła test odwróconej do góry dnem filiżanki. „Jeśli wychowałaś się na czystym kakao”, mawiała Julia, „nigdy nie zadowolisz się namiastkami”.

Po drodze rozmawiały o różnych drobiazgach, o pogodzie i pracy na uczelni, i o tym, co u kogo z rodziny słychać. Clarence zawsze odnosiła wrażenie, że w tonie Julii, ilekroć pytała o Kiliana lub Jacoba, dźwięczała jakaś szczególna nuta. Bardzo delikatna, nic poważnego, ale jednak nieodmiennie poprzedzona nerwowym pokasływaniem.

– Dawno nie widziałam twojego stryja. Dobrze się czuje?

– W zasadzie całkiem dobrze, dziękuję. Od czasu do czasu coś tam mu dolega, ale to nic takiego.

– A co u ojca? Już tu nie zagląda?

– Zagląda, owszem, ale rzadziej niż kiedyś. Twierdzi, że coraz mniej chce mu się siadać za kierownicą.

– A tak kochał samochody!

– Myślę, że z wiekiem staje się zmarzluchem i czeka na lepszą pogodę…

– Cóż, wszyscy tak mamy… I, szczerze mówiąc, trzeba bardzo kochać te okolice, żeby wytrzymywać równie okropny klimat…

Klimat, pomyślała Clarence. Kontrast między upałami tropików a chłodami Pasolobino.

Doszła do wniosku, że to doskonały moment, by z łatwością skierować rozmowę na właściwe tory.

– O tak – przyznała. – Zwłaszcza jeśli się mieszkało w tropikach, prawda?

– Posłuchaj, coś ci powiem. – Julia przystanęła przed czekoladziarnią i obróciła się w stronę Clarence. – Gdyby nie okoliczności… To znaczy sposób, w jaki musieliśmy wyjechać…

Umilkła na chwilę, bo akurat wchodziły do lokalu. Clarence łagodnie pokierowała ją do środka, zachwycona, że przynęta działa.

– Gdyby nie to, zostałabym tam na zawsze…

Zajęły wolny stolik najbliżej okna. Odłożyły na bok okrycia, torby i apaszki, po czym usiadły.

– Bo tamte lata były najlepszymi w moim życiu…

Julia westchnęła i skinęła na kelnera, prosząc o dwie filiżanki czekolady, ale natychmiast uświadomiła sobie, że nie zapytała Clarence, na co ma ochotę. W odpowiedzi na jej spojrzenie Clarence szybko pokiwała głową, ani na chwilę nie dając się odwieść od tematu rozmowy.

– Wiesz, gdzie niedawno byłam?

Julia zaciekawiona uniosła brwi.

– W Murcji, na konferencji poświęconej literaturze hispanoafrykańskiej. – Clarence zauważyła zdumienie na twarzy rozmówczyni. – Tak, też się na początku zdziwiłam. Nie bardzo rozumiałam sam termin. Zetknęłam się z literaturą afrykańską pisaną po angielsku, francusku, nawet po portugalsku, ale nie po hiszpańsku.

– Do głowy by mi nie przyszło… – Julia wzruszyła ramionami. – Ale też się zbytnio nad takimi kwestiami nie zastanawiałam.

– Wygląda na to, że istnieje masa książek nieznanych ani tam, ani tutaj, między innymi dlatego, że ich autorzy przez długie lata pozostawali w cieniu.

– A po co w ogóle tam pojechałaś? To ma jakiś związek z twoimi badaniami?

Clarence zawahała się przez moment.

– I tak, i nie. Szczerze mówiąc, po obronie doktoratu nie za bardzo wiedziałam, co dalej. Kolega wspomniał o tej konferencji i to mi dało do myślenia. Bo jak to możliwe, że nasłuchawszy się tylu różnych historii od taty i stryja Kiliana, nigdy nie zadałam sobie pewnych pytań? Prawdę mówiąc, trochę mi się zrobiło głupio. Że inni mogą się dziwić – to zrozumiałe, ale ja?

Ujęła w dłonie filiżankę z czekoladą, tak gorącą, że przed spróbowaniem trzeba było parę razy podmuchać. Julia siedziała w milczeniu, obserwując, jak zgodnie z jej powtarzanymi wielokrotnie wskazówkami dziewczyna przymyka oczy, by rozkoszować się słodko-gorzkim smakiem.

– I dowiedziałaś się czegoś? – spytała w końcu z nieudawanym zainteresowaniem. – Podobało ci się?

Clarence podniosła wzrok i odstawiła filiżankę na spodek.

– Bardzo – odparła. – Spotkałam afrykańskich pisarzy mieszkających w Hiszpanii i w innych krajach na całym świecie, i ludzi stąd, którzy tak jak ja odkrywali zupełnie nowe uniwersum. Była mowa o różnych rzeczach, przede wszystkim o tym, że trzeba rozpropagować wiedzę o tej literaturze i kulturze. – Przerwała, by się upewnić, że Julii nie nudzi jej wywód, po czym dokończyła: – Tak czy owak, to niesamowite, że niektórzy Afrykanie mówią i piszą w tym samym języku co my. Zaskakujące, prawda? No i usłyszałam historie trochę inne od tych, które opowiadali tata i stryj.

Julia zmarszczyła brwi.

– W jakim sensie?

– Wiadomo, dyskutowano o epoce kolonialnej i postkolonialnej, o dziedzictwie ideologicznym warunkującym życie dzisiejszych Afrykanów, o podziwie, niechęci, a nawet żalu względem tych, którzy zmienili bieg afrykańskiej historii, o problemach z tożsamością i traumach, i próbach odzyskania straconego czasu, o emigracji i wykorzenieniu, i rozmaitości etnicznej oraz lingwistycznej… Cóż, niewiele to miało wspólnego z tym, co uważałam za swoją wiedzę na ten temat… A nie sądzę, żeby oprócz mnie dużo tam było dzieci kolonizatorów! Oczywiście w ogóle się nie odzywałam. Trochę się wstydziłam… Wiesz? Jeden profesor z Ameryki wyrecytował nam nawet wiersz w swoim ojczystym języku bubi… – Sięgnęła do torby, wyjęła długopis i rozłożyła na stole papierową serwetkę. – Co tak naprawdę pisze się: böóbë.

– Bubi – powtórzyła Julia. – Wiersze w języku bubi… Przyznaję, że to dla mnie zaskakujące… Nie przypuszczałam, że…

– Pewnie – przerwała jej Clarence. – A co ja mam powiedzieć? W dzieciństwie miałam psa, który wabił się Bubi! – Odrobinę zniżyła głos. – Tata go tak nazwał…

– No tak, niezbyt stosownie, to prawda. Cały Jacobo. Ale… – próbowała argumentować – …czasy były wtedy inne.

– Nie musisz mi niczego tłumaczyć, Julio. Opowiadam ci o tym wszystkim, żebyś zrozumiała, co to dla mnie znaczy: zupełnie jakby ktoś otworzył mi oczy na nieznane dotąd aspekty sprawy. Tak sobie przy okazji pomyślałam, że czasami trzeba umieć pytać, nie wystarczy przyjmować za dobrą monetę tego, co się nam opowiada…

Znów sięgnęła do torby z jasnego zamszu i wyciągnęła portmonetkę, którą następnie położyła na stole i otwarła, by wyjąć z niej świstek znaleziony wśród listów z szafy. Uznała, że po takim wstępie Julia bez oporów spełni jej zamysły, które od początku sprowadzały się do wyjaśnienia, kto i po co to napisał. Wbijając w nią wzrok, rzuciła:

– Porządkowałam ostatnio papiery i pośród korespondencji taty natknęłam się na coś takiego.

Wyciągnęła ku niej swoje znalezisko, tłumacząc, dlaczego uważa, że tekst pochodzi z lat siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych. Urwała jednak, gdy zobaczyła zmianę, która zaszła na twarzy jej rozmówczyni.

– Dobrze się czujesz? – spytała z niepokojem.

Julia była blada. Bardzo blada. Kartka drżała jej w dłoni niczym jesienny liść na wietrze, a na policzku pojawiła się zdradziecka, niemożliwa do powstrzymania łza. Przestraszona Clarence złapała starszą panią za rękę.

– Co się stało? Powiedziałam coś złego? – dopytywała się, niespokojna i zaintrygowana jednocześnie. – Naprawdę nie chciałam. Przykro mi!

Skąd taka reakcja?

Przez chwilę siedziały w milczeniu: Julia – próbując się uspokoić, Clarence – usiłując jej w tym dopomóc. Wreszcie ta pierwsza podniosła wzrok i oświadczyła:

– Nic się nie stało. Spokojnie. Wszystko to wygłupy sentymentalnej staruszki. Po prostu zobaczyłam pismo swojego męża i trochę się wzruszyłam.

– Twojego męża? – Zdumiała się Clarence. – A wiesz, o co chodzi? O kogo? – Trudno już jej było powściągnąć ciekawość. – Tu jest mowa o jakichś dwóch chłopcach i ich matce, i jeszcze o kimś, kto zmarł, w sumie o czterech osobach…

– Umiem czytać, Clarence – wtrąciła Julia, wycierając chusteczką oczy.

– Tak, przepraszam, po prostu to takie dziwne. Że twój mąż napisał coś takiego do taty.

– Cóż, znali się przecież – stwierdziła Julia neutralnym tonem.

– Tak, ale z tego, co wiem, nie korespondowali – odparowała Clarence, odbierając jej papier. – Widywali się, jak przyjeżdżaliście tu razem na wakacje. Przecież znalazłabym jakieś inne listy. Ale nie, tylko ten.

Julia odwróciła głowę, by uciec przed jej inkwizytorskim spojrzeniem. Zdawała się z zainteresowaniem obserwować przechodniów, ale w rzeczywistości myślami przebywała w innym czasie i innym miejscu. Na moment solidne budynki z kamienia, drewna i łupku przybrały kolor jaskrawej bieli, a pobliskie jesiony zmieniły się w palmy i drzewa puchowca. Nie było dnia, by nie wspominała swojego ukochanego zakątka w Afryce. Zaledwie chwilę wcześniej wyznała Clarence, że właśnie tam spędziła najlepsze lata swego życia. Tkwiła w tym zresztą pewna niesprawiedliwość, bo przecież należało przyznać, że los w ogóle potraktował ją dobrze – dał jej dzieci i wspaniałe wnuki, i wygodną egzystencję. Tyle że wspomnienie tamtych lat powracało do niej co rano, gdy otwierała oczy. Jedynie ktoś, kto przeżył to samo, potrafił ją zrozumieć. Ktoś taki jak Kilian lub Jacobo.

Była przekonana, że niezależnie od upływu czasu żaden z nich nie zaznał ani dnia spokoju.

Co miała odpowiedzieć Clarence? Czy dziewczyna pytała ze zwykłej ciekawości? Czy naprawdę nic nie wiedziała? A może Jacobo lub Kilian o czymś tam jej wspomnieli? Może teraz, w podeszłym wieku, nie potrafili dłużej ukrywać tego, co leżało im na sumieniu – a może na sercu. Co zrobiłaby ona sama? Jak zdołałaby przejść przez życie obarczona podobnym ciężarem?

Westchnęła głęboko i ponownie zwróciła się ku Clarence, która nie spuszczała z niej wzroku. Jej ciemnozielone oczy, tak podobne do oczu ojca i stryja, dodawały urody i łagodności zdecydowanym rysom ujętym w ramę pięknych, kręconych, kasztanowatych włosów, które akurat tego dnia nie zostały przez właścicielkę zebrane w warkocz. Julia znała Clarence od dziecka i zdawała sobie sprawę z cechującego ją uporu.

– Może zwyczajnie spytaj ojca?

Ta prosta sugestia mocno Clarence zaskoczyła. Nie wiedząc, co odrzec, dziewczyna zamrugała kilka razy, spuściła wzrok i zaczęła rwać papierową serwetkę na drobne kawałeczki. Reakcja Julii upewniała ją w przekonaniu, że coś jest na rzeczy.

– Szczerze mówiąc, Julio, trochę się wstydzę. Nie wiem, jak zacząć. Jeśli pokażę ojcu ten list, przyznam się, że szperałam w jego rzeczach. A jeśli on rzeczywiście skrywa jakiś sekret, to wątpię, żeby mi go nagle, po tylu latach tak po prostu wyznał… – Wyprostowała się na krześle i westchnęła. – Tak czy owak, nie chciałabym cię stawiać w niezręcznej sytuacji. Ale z drugiej strony byłoby szkoda, gdyby coś tak istotnego popadło w całkowite zapomnienie… – dorzuciła tonem świadomie żałosnym.

Spodziewała się po trosze, że starsza pani poradzi jej stanowczo, by nie traciła czasu na doszukiwanie się nieistniejących sekretów i by nie układała w głowie scenariuszy niemających nic wspólnego z rzeczywistością. Tymczasem Julia milczała, zadając sobie w duchu wciąż to samo pytanie.

Dlaczego teraz?

Za oknem rozgrywała się typowa kwietniowa walka między słabymi jeszcze promieniami zachodzącego słońca a drobniutkimi błyszczącymi kroplami deszczu niezdecydowanego, czy padać.

Dlaczego teraz?

Pamiętała, jak bardzo jej mąż protestował przeciwko złemu wpływowi, który – jego zdaniem – czarownicy wywierali na tubylców. „Nigdy nie widziałem nic równie głupiego”, mówił. „Czy tak trudno pojąć mechanizm przyczyny i skutku? W życiu, podobnie jak w nauce, określone warunki sprawiają, że coś dzieje się tak, a nie inaczej. Ale nie – ci tutaj nie znają przyczyn ani skutków. Znają tylko wolę swoich bogów i koniec”.

Może nadeszła pora, kto to mógł wiedzieć, ale ona, Julia, nie zamierzała zdradzić Kiliana ani jego brata. Jeśli taka była wola Boga albo też bogów plemienia Bubi, Clarence i tak, prędzej czy później, miała się wszystkiego dowiedzieć. Lepiej zresztą prędzej niż później, bo jej ojcu i stryjowi nie zostało już dużo czasu.

– Posłuchaj, Clarence – odezwała się w końcu. – Mój mąż napisał ten list w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym. Pamiętam dokładnie, bo właśnie podczas tej podróży usłyszał o śmierci dawnego znajomego. – Umilkła na moment. – Jeśli tak bardzo cię to ciekawi, jedź tam i odszukaj mężczyznę imieniem Fernando. Jest tylko trochę starszy od ciebie. Tak naprawdę interesuje cię jeden ze wspomnianych w tym liście chłopców. Bardzo możliwe, że w Sampace zachowało się archiwum, bo plantacja wciąż jakoś działa. Nie sądzę, żeby zniszczyli wszystko, choć ręczyć za to nie mogę. Odszukaj Fernanda. To nieduży teren, nie większy niż ta dolina, więc na pewno ci się uda…

– Kto to jest Fernando? – spytała Clarence z błyskiem w oku, przyciskając palec do jednego ze zdań listu. – I dlaczego mam go szukać w Sampace?

– Bo tam się urodził. I nic więcej ci nie powiem, moja droga, choćby nie wiem co – oświadczyła Julia zdecydowanie. Spuściła oczy i przez chwilę głaskała dłoń Clarence, która tymczasem ujęła ją za rękę w geście wdzięczności i sympatii. – Jeśli chcesz usłyszeć więcej, musisz pomówić z ojcem. Ale gdyby Jacobo dowiedział się, co ci doradziłam, wyprę się całej tej rozmowy. Jasne?

Clarence skinęła głową z rezygnacją, która natychmiast przerodziła się w zaczątek nadziei.

W jej głowie wciąż rozbrzmiewały słowa, które towarzyszyć jej miały bez przerwy przez wszystkie następne dni: „Jedź do Sampaki, Clarence. Do Sampaki!”.

– Muszę wam powiedzieć coś bardzo ważnego.

Clarence odczekała, aż współbiesiadnicy zwrócą na nią uwagę. Członkowie jej skłonnej do śmiechu i gadatliwej rodziny siedzieli przy prostokątnym drewnianym stole w zwyczajowym porządku. U szczytu stołu, odkąd sięgała pamięcią, przy wszystkich posiłkach królował stryj Kilian. Choć Jacobo był starszy, Kilian wziął na siebie rolę głowy rodu i, jak się zdawało, brat bez trudu zaakceptował tę sytuację, która pozwalała mu zachować więź z domem rodzinnym przy jednoczesnym braku poważniejszych obowiązków. Wszyscy obecni mogli się czuć w Rabaltué jak u siebie, lecz to Kilian o wszystko tu dbał. To on dzierżawił łąki pod pastwiska, jako że rodzina nie trzymała już krów ani owiec, to on decydował, czy sprzedać część ziemi rozrastającemu się ośrodkowi narciarskiemu i to on zasadniczo podtrzymywał tradycje tego domu. Podobnie jak wszystkie inne w miasteczku, dom ulegał niekoniecznie pozytywnym zmianom pod wpływem postępu w postaci turystyki, tej samej turystyce zawdzięczając jednak, paradoksalnie, swoje ocalenie.

Po prawej ręce Kiliana zasiadał niezmordowany Jacobo. Mimo że przekroczyli z bratem siedemdziesiątkę, obaj pozostawiali wielcy i silni – Jacobo wyróżniał się dodatkowo wydatnym brzuchem – i z dumą obnosili po świecie swoje bujne i czarne, choć lekko przyprószone siwizną czupryny. Obok Jacoba siedziała zawsze jego żona Carmen, ładna, wesoła, średniego wzrostu kobieta o gładkiej różowej cerze i krótkich, ufarbowanych na jasno włosach. Po lewej stronie Kiliana, naprzeciwko Jacoba, miała swoje miejsce rozsądna i praktyczna Daniela, która po ojcu, Kilianie, odziedziczyła ciemne, połyskujące miedzianymi refleksami włosy, a po matce, Pilar – jak twierdzili co starsi mieszkańcy miasteczka – delikatne, szlachetne rysy. Wreszcie u przeciwległego krańca stołu, naprzeciw Kiliana, nieodmiennie siedziała Clarence, która dzięki tej pozycji nauczyła się doskonale interpretować najdrobniejsze gesty stryja. Potrafiła z łatwością orzec, czy Kilian jest w dobrym, czy w złym humorze na podstawie takich przesłanek jak sposób zwinięcia przez niego serwetki albo intensywność, z jaką spoglądał na taki czy inny przedmiot na stole.

Po paru minutach stało się jasne, że jej deklaracja przeszła całkiem niezauważona. Od dłuższego czasu z rozmaitych powodów nie mieli okazji zjeść wspólnie posiłku, toteż spotkanie było ożywione, rozmowa płynęła wartko, wszyscy gadali jeden przez drugiego, śmiali się, protestowali i dyskutowali. Zwykle w takich razach jej rodzice i kuzynka plotkowali o sąsiadach z Pasolobino, podczas gdy stryj pozostawał raczej milczący. Clarence pociągnęła łyk wina, przyznając w duchu, że ze stryjem rozumie się lepiej niż z własnym ojcem. Kilian wydawał się jej bliższy i bardzo wrażliwy mimo wyglądu twardego i zdystansowanego milczka. Jacobo miał większe poczucie humoru, owszem, ale ten humor często bez ostrzeżenia przyjmował formę sarkazmu, zwłaszcza jeśli ojciec nie potrafił akurat narzucić innym swojego zdania. Na szczęście dla reszty rodziny Carmen wykształciła w sobie niebywałą zdolność rozładowywania jego humorów i sprawiała, że zawsze wszystko kończyło się dobrze, bo jej sprytnie omotany mąż pozostawał z wrażeniem połowicznego zwycięstwa.

Jak mógł zareagować na wieść, dokąd wybiera się jego córka? Pociągnąwszy dla kurażu jeszcze jeden łyk wina, Clarence zdecydowała się podnieść głos.

– Mam wiadomość, od której skamieniejecie ze zdumienia.

Teraz od razu na nią spojrzeli. Wszyscy z wyjątkiem Kiliana, który dopiero po chwili uniósł wzrok znad talerza, jak ktoś, kto nie wierzy, by cokolwiek go jeszcze mogło w życiu zaskoczyć.

Clarence przypatrywała się im w milczeniu, przygryzając dolną wargę. Nagle poczuła zdenerwowanie. Po gorączkowej aktywności ostatnich tygodni spędzonych na gromadzeniu informacji – ściąganiu z internetu zdjęć, map i artykułów, z których dowiedziała się, między innymi, gdzie leży Ureka – i organizowaniu podróży swego życia ze zrodzoną z nadziei energią, nagle odnosiła wrażenie, że serce w niej zamiera.

Daniela wpatrywała się w nią wyczekująco, a że nic się nie działo, postanowiła dopomóc kuzynce.

– Poznałaś kogoś! Tak, Clarence? Kiedy nam go przedstawisz?

Carmen aż złożyła dłonie i uśmiechnęła się z aprobatą. Zanim jednak zdążyła się odezwać, Clarence pospieszyła z wyjaśnieniem:

– Nie, nie o to chodzi… Chodzi o to, że… Cóż… Ja…

– No po prostu nie wierzę! – zagrzmiał radośnie Jacobo. – Mojej córce zabrakło języka w gębie! Teraz to faktycznie jestem ciekawy!

Kilian obserwował ją uważnie, zachęcając do mówienia ledwie dostrzegalnym uniesieniem brwi. Clarence przez chwilę wytrzymała jego spojrzenie, potem spuściła wzrok, zaczerpnęła powietrza i, ponownie wbijając oczy w stryja, wypaliła:

– W czwartek lecę na Bioko. Mam już bilet i wszystkie dokumenty.

Kilian nawet nie mrugnął. Carmen i Daniela niemal unisono wydały okrzyki zdziwienia. Metaliczny brzęk zasygnalizował, że Jacobo upuścił sztućce na talerz.

– Co takiego? – spytał, raczej zdumiony niż wściekły.

– Lecę na Bioko, to znaczy na wyspę Fernando Poo…

– Wiem, co to jest i gdzie leży Bioko! – przerwał jej ojciec. – Tylko nie wiem, co ci przyszło do głowy, żeby tam jechać!

Clarence miała starannie przygotowaną odpowiedź, złożoną z praktycznych danych i stosownych kłamstw zdolnych przekonać zarówno jej rodzinę, jak i ją samą, że podróż jest logicznie uzasadniona i całkowicie bezpieczna.

– Wiecie, że wraz z całym zespołem zajmuję się lingwistyką. Konkretnie skupiliśmy się teraz na afrykańskich odmianach hiszpańskiego i potrzebujemy przeprowadzić badania terenowe, żeby zdobyć nowe materiały. A Bioko doskonale się do tego nadaje.

– Nie wiedziałam, że interesujesz się afrykańską hiszpańszczyzną – wtrąciła matka.

– Cóż, nie wszystko wam mówię o swojej pracy…

– Tak, ale w tym wypadku chodzi o coś bardzo mocno związanego z historią naszej rodziny – zauważyła Daniela.

– Prawdę mówiąc, skoncentrowałam się na tym nie tak dawno. To mało zbadana dziedzina… – Clarence czuła wielką ochotę, by zapytać o tego całego Fernanda, jednakże się powstrzymała. – Poza tym zawsze chciałam zobaczyć waszą ukochaną wyspę! Od dzieciństwa o niej słyszę, a teraz będę miała okazję ją odwiedzić!

– Ale czy to nie jest aby niebezpieczne? Żebyś jechała sama? Nie mam pewności, czy to dobry pomysł, Clarence… – Mama z zatroskaniem kręciła głową.

– Tak, wiem, że to nie żaden turystyczny kurort, ale wszystko dokładnie zaplanowałam. Kolega z uczelni utrzymuje kontakty z tamtejszym profesorem i we dwóch pomogli mi załatwić dokumenty wjazdowe. Zazwyczaj trwa to tygodniami! No i jest bezpośredni lot z Madrytu, jakieś pięć godzin, nic takiego, zwykły spacerek… Tak sobie teraz pomyślałam – dorzuciła tonem pełnym podtekstów – że może któryś z was chciałby mi towarzyszyć? Tato? Stryjku? Nie mielibyście ochoty tam wrócić? Może nawet spotkać się z jakimiś starymi znajomymi?

Zobaczyła, że Kilian przymyka powieki i zaciska usta, za to Jacobo odpowiedział za obydwu:

– A z kim mielibyśmy się spotkać? Z białych nikt się nie ostał, a czarni z tamtych czasów już pewnie pomarli. Poza tym to wszystko musi teraz wyglądać koszmarnie. Nigdy tam nie wrócę! Po co? – Tu głos mu się jakby załamał. – Żeby cierpieć? – Zwrócił się ku bratu. Clarence zauważyła, że nie patrzy mu w twarz. – A ty, Kilianie, też pewnie na tym etapie życia wolałabyś się trzymać z daleka, co? – spytał łagodnie, pozornie obojętnym tonem.

Kilian odchrząknął i, krusząc kawałek chleba, odrzekł stanowczo:

– Kiedy wyjeżdżałem, wiedziałem, że nigdy nie wrócę. I nie, nie zamierzam.

Przez chwilę panowało milczenie.

– A ty, Danielo? Nie wybrałabyś się ze mną?

Daniela się zawahała. Wciąż była zaskoczona decyzją Clarence i tym, że kuzynka nie zdradziła się przed nią wcześniej ani słowem. Obserwowała ją swoimi wielkimi brązowymi oczami, które rozświetlały jej całą twarz. Tylko ona nie odziedziczyła zielonych tęczówek charakterystycznych dla rodziny ojca i w związku z tym często skarżyła się na niesprawiedliwość losu, jednakże intensywność, z jaką spoglądała na świat, rekompensowała wszelkie domniemane braki kolorystyczne. Dlatego, choć Daniela nie była tego świadoma, jej spojrzenie na ogół wprawiało rozmówcę w stan ogólnego pomieszania.

– Jak długo chcesz tam zostać?

– Jakieś trzy tygodnie.

– Trzy tygodnie! – wykrzyknęła Carmen. – To strasznie długo! A jeśli coś ci się stanie?

– Co miałoby mi się stać, mamo? Z tego, co wiem, to jest miejsce dość bezpieczne dla obcokrajowców, pod warunkiem, oczywiście, że nie wdasz się w nic podejrzanego…

Ta uwaga jeszcze bardziej zaniepokoiła Carmen.

– Jacobo, Kilianie! Wy najlepiej wiecie, o co chodzi. Wybijcie jej to, proszę, z głowy!

Starsi zaczęli rozmawiać tak, jakby Clarence nie było w pokoju.

– Nie znasz swojej córki? – zawołał Jacobo. – Przecież i tak postąpi, jak zechce.

– To duża dziewczynka, wie, co robi, nie sądzisz, Carmen? – spytał Kilian. – My byliśmy jeszcze młodsi, jak wyjechaliśmy…

– Tak – weszła mu w słowo Carmen – ale wtedy nic specjalnego wam nie groziło. A teraz biała, samotna dziewczyna…

– Czytałem, że niektórzy wciąż prowadzą na wyspie interesy i ciągle tam jeżdżą – dodał Kilian. – Podobnie jak wolontariusze…

– Gdzie czytałeś? – zainteresował się Jacobo.

– W internecie. – Kilian wzruszył ramionami. – Może i jestem stary, ale lubię się we wszystkim orientować. Daniela mi pokazała, że z tym komputerem to wcale nie takie trudne. – Uśmiechnął się do córki. – Trafiła mi się dobra nauczycielka.

Daniela odwzajemniła uśmiech.

– I nikt z uczelni nie może pojechać z tobą? – drążyła Carmen, zwracając się znowu do Clarence.

– Prawdę mówiąc, nikogo nie pociąga wizja podróży do tak dzikiego kraju… Ale nic w tym dziwnego. Ja, w przeciwieństwie do innych, mam też motywy osobiste. – Mocno zaakcentowała ostatnie słowo. – Zobaczę miejsca, o których tyle słyszałam!

– Wszystko tam się zmieniło nie do poznania – wtrącił Jacobo. – Sama zobaczysz, w jakim opłakanym stanie znalazł się ten kraj. Nędza i jeszcze raz nędza.

– Zupełnie inaczej niż w waszych opowieściach, co? – rzuciła Clarence z ironią, pamiętając swoje wrażenia po rozmowie z Julią. – Tak to bywa. Rzeczywistość rzadko pokrywa się z fikcją.

Kilian zmarszczył brwi. Wyczuwał w słowach bratanicy zaskakującą impertynencję.

– Clarence – rzekł spokojnie, lecz sucho – nie wypowiadaj się o sprawach, o których nie masz pojęcia. Jeśli tak cię to interesuje, jedź, obejrzyj sobie wszystko i wyciągnij własne wnioski. Ale nas nie osądzaj.

Clarence zamurowało. Przecież chyba nie czytał jej w myślach! Żeby rozładować powstałe między nimi lekkie napięcie, zwróciła się do kuzynki:

– Więc jak? Lecisz ze mną?

Daniela potrząsnęła głową.

– Szkoda, że nie powiedziałaś mi wcześniej! – jęknęła. – Teraz nie dostanę trzytygodniowego urlopu ot tak, na zawołanie. Ale – dorzuciła – jeśli Fernando Poo okaże się miłością twojego życia, następnym razem wybierzemy się razem, obiecuję.

Najwyraźniej przypuszczała, że kilka tygodni wystarczy, by i w Clarence zbudziło się uczucie, które tak głęboko zapadło w serca ich ojcom. Tyle że oni spędzili na wyspie długie lata. Ona, Clarence, jechała tam w zupełnie innych okolicznościach i w całkowicie innej epoce.

– Och, nie wiem, czy będę miała dość czasu, żeby się zakochać… Ale kto wie?

To pytanie wisiało pośród zapadłej przy stole ciszy aż do końca kolacji, która zresztą wkrótce się skończyła. W ciszy tej niemal dało się słyszeć, jak obu braciom huczą w głowie głosy, powtarzające: „Wiedzieliście, że ta chwila nadejdzie, i oto nadeszła. Wiedzieliście przecież. To była tylko kwestia czasu. Duchy tak postanowiły. Nic nie mogliście poradzić. Wiedzieliście doskonale…”.

Trzeba znać góry, by rozumieć, dlaczego właściwie to kwiecień jest najokrutniejszym miesiącem.

Na nizinach Wielki Tydzień przynosi wiosenne zmartwychwstanie po zimowej rozpaczy. Bogini ziemi budzi się, by wychynąć na świat z piekielnych czeluści. W górach – nie. W górach bogini śpi przynajmniej miesiąc dłużej i dopiero wtedy łaskawie zieleni łąki.

W kwietniu nic więc nie rośnie, gleba pozostaje jałowa, a pejzaż – martwy. Nic się nie rusza. Gnuśny, bezbarwny spokój ogarnia sztywne po zimie kształty, spokój zupełnie inny od tego, który poprzedza burzę czy śnieżycę. W kwietniu, jeśli szuka się śladów życia, trzeba patrzeć do góry, ku szczytom i niebu, nie na bezpłodną ziemię.

A w górze mgły czepiają się zboczy, nie dają za wygraną, deszcz pada całymi dniami. Strzępki cukrowej waty, które powoli, lecz wytrwale zasnuwają dolinę, powlekają wszystko mrokiem, utrzymującym się tak długo, aż wreszcie pewnego dnia, bez uprzedzenia, pokazuje się jasne niebo i słońce wraca, by rozgrzać ziemię i pokonać zimę. Zwycięstwo jest pewne, oczekiwanie – wyczerpujące.

Tego akurat kwietnia padało wyjątkowo dużo: całe tygodnie łagodnego, ale uporczywego ciurkania, które raczej nie podnosiło na duchu. Jednakże tego wieczoru, gdy Clarence obwieściła, dokąd się wybiera, gałęzie starych drzew zakołysały się w pierwszych podmuchach północnego wiatru, który miał położyć kres deszczowi. Zaczęło się od delikatnych powiewów, które wzmagały się, by w końcu przyjąć formę silnych uderzeń, tłukących okiennicami i wciskających się przez szpary do domu, pod nogi mieszkańców.

Tamtej nocy do Kiliana i Jacoba wróciły obrazy, wcześniej nie tyle zapomniane, ile ukołysane do snu przez łagodny upływ czasu, otulone warstwą pozornej rezygnacji, która towarzyszy tym, co się starzeją. Potrzeba było ledwie kilku słów, by sceny z młodości znów nabrały życia, a dawne uczucia rozgorzały z bolesną jak kiedyś intensywnością.

Żaden z braci nie wyobrażał sobie jeszcze, w jakim kierunku potoczą się wypadki za sprawą Clarence, wiedzionej przez ciekawość i zwykły zbieg okoliczności. Żaden nie przypuszczał, że stanie się ona narzędziem przypadku – tego kapryśnego rywala przyczyn i skutków – i że w związku z tym każde zdarzenie zyska właściwy sobie wymiar, stając się częścią spójnej całości.

Tamtej nocy, gdy Clarence obwieściła, dokąd się wybiera, a gałęzie drzew zadygotały, kilkoro leżących w osobnych łóżkach ludzi przymknęło oczy i na kilka chwil północny wiatr zamienił się w harmattan.


II. PANTAP SALT WATER
Na morzu, 1953

Chodź wreszcie, Kilianie! Spóźnimy się na autobus!

Jacobo usiłował przekrzyczeć ryk styczniowej wichury, odgarniając starą deską śnieg sprzed drzwi wejściowych. Gdy skończył, postawił kołnierz płaszcza, poprawił kapelusz, w jedną rękę wziął walizkę, drugą zarzucił na ramię drewniane narty i ruszył przed siebie zdecydowanym krokiem, by tym skuteczniej wydeptać wiodącą poza miasteczko ścieżkę, a przy okazji rozgrzać zziębnięte stopy.

Już miał wołać brata znowu, gdy z kamiennych schodów wiodących na podwórze dobiegły go głosy mówiące coś w pasolobińskim dialekcie. Po chwili na ulicy pojawił się Kilian w towarzystwie matki Mariany i siostry Cataliny. Obie opatulone były w grube płaszcze z surowej wełny, na głowach miały robione na drutach ciepłe chusty, w rękach zaś – drewniane kije, by nie przewrócić się w sztywnych, zniszczonych skórzanych butach, które i tak nie bardzo chroniły przed mrozem.

Jacobo uśmiechnął się, widząc, że matka niesie dwie owinięte w gazetę paczuszki. Każda z nich zawierała z pewnością kawałek chleba z boczkiem na drogę.

– Pójdę z tobą przodem – oświadczyła Catalina, biorąc Jacoba pod ramię.

– Dobrze – odrzekł, by zaraz potem łagodnie ją zbesztać: – Ale szkoda, że nie zostałaś w domu, uparciuchu. Z twoim kaszlem nie powinnaś łazić po takim zimnie. Jesteś cała blada i masz sine usta.

– A bo nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy – jęknęła, usiłując wsunąć niesforny kosmyk ciemnych włosów pod chustę. – Dlatego chcę wykorzystać każdą chwilę.

– Jak sobie życzysz.

Obrócił głowę, by posłać szybkie, pożegnalne spojrzenie w stronę rodzinnego domu, i powoli ruszył wraz z siostrą przez zasypane miasteczko. Śnieg, który padał przez ostatnie dni, sięgał im do kolan i kłębił się w silnym wietrze, ograniczając widoczność do kilku metrów.

Trochę z tyłu Kilian czekał, aż matka, kobieta wysoka i postawna, dopnie górne guziki skromnego płaszcza, by lepiej osłonić szyję. Wykorzystał ten moment na dokładne przyjrzenie się domowi, chcąc dobrze zapamiętać każdy szczegół: wzmocnione ciosanym kamieniem węgły, osadzone w szerokich obramowaniach, rozeschnięte na słońcu drewniane okna, okiennice na zardzewiałych zawiasach, potężne drzwi zdobione ćwiekami wielkości orzechów, wykuty w nadprożu krzyż…

Matka uszanowała te parę chwil ciszy, potrzebnej mu, by się pożegnać. Patrząc na syna, poczuła ukłucie lęku. Jak też się on odnajdzie w tym tak odmiennym świecie, do którego się wybiera? Nie był podobny do Jacoba – fizycznie silny i energiczny, nie posiadał jednak nadzwyczajnej odwagi starszego brata. Od małego wykazywał się szczególną delikatnością i wrażliwością, które wszakże z upływem lat coraz bardziej kryły się pod warstwą niepowstrzymanej ciekawości świata, popychającej go do prób naśladowania Jacoba. Mariana znała trudy życia w tropikach i choć nie chciała ograniczać poznawczych ambicji syna, nie potrafiła wyzbyć się niepokoju w obliczu decyzji, którą podjął.

– Wciąż możesz się wycofać – powiedziała.

Kilian pokręcił głową.

– Wszystko w porządku. Nie martw się.

Przytaknęła, wcisnęła mu rękę po ramię i razem ruszyli wydeptaną przez Jacoba i Catalinę ścieżynką. Wichura sprawiała, że szli z pochylonymi głowami, krzycząc do siebie i nie patrząc sobie nawzajem w oczy.

– Dom zostanie bez mężczyzn, Kilianie. – W głosie matki nie było wyrzutu, była za to, owszem, odrobina goryczy. – Mam nadzieję, że wasze wysiłki kiedyś przyniosą jakiś efekt…

Kilianowi głos wiązł w gardle. Nie ulegało wątpliwości, że matkę i młodszą siostrę czekają ciężkie chwile: zostawały we dwie, obarczone opieką nad majątkiem położonym w trudnej okolicy, z której nieustannie odpływali ludzie. W ciągu poprzednich dwóch czy trzech lat młodzi masowo wyjeżdżali do większych miast w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, zachęceni lekturą tych niewielu gazet – takich jak „El Noticiero”, „Heraldo”, „Nueva Espana” czy „ABC” – które z kilkudniowym opóźnieniem otrzymywali pocztą najbardziej uprzywilejowani sąsiedzi. Czytając artykuły i przeglądając reklamy, można było dojść do wniosku, że wspaniała przyszłość czeka wszędzie z wyjątkiem tego omijanego przez postęp i nowoczesność zakątka, za którym on, Kilian, tęsknił już teraz, zanim jeszcze stracił go z oczu. Bardzo bał się coraz bliższej chwili rozstania. Pierwszy raz w życiu opuszczał dom i matkę, i zamiast podniecenia ostatnich dni czuł tylko nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Zazdrościł Jacobowi: przede wszystkim szybkości i zdecydowania, z jakimi brat przygotowywał się do wyjazdu. „Tutejsze ubrania na nic ci się tam nie przydadzą”, mówił, „więc zastanów się tylko, co wziąć na drogę. Wybierz, co masz najlepszego. Poza tym na wyspie wszystko jest tańsze. Kupisz sobie, co zechcesz”. Kilian kilka razy przepakowywał swoją niewielką walizkę, by upewnić się, że wybrał właściwe koszule, marynarki, spodnie, skarpetki i bieliznę. Sporządził wręcz – przyklejoną potem po wewnętrznej stronie wieka – listę wszystkich swoich rzeczy, uwzględniającą nawet kopertki z żyletkami Palmera oraz płyn po goleniu Varón Dandy, żeby pamiętać, co zabrał. Tyle że, oczywiście, zarówno ojciec, jak Jacobo jeździli już do Afryki wielokrotnie i przywykli do podróży. On, mimo najszczerszych chęci, jeszcze nie.

– Gdyby to chociaż nie było tak daleko… – westchnęła Mariana, mocniej przytulając się do syna.

Sześć tysięcy kilometrów i trzy tygodnie – które teraz jawiły mu się jako wieczność – dzieliły jego ukochane góry od obiecującej przyszłości. Ci, którzy wyprawiali się do Afryki, wracali w białych garniturach i z pieniędzmi w kieszeni. Ich rodziny szybko się dorabiały. A jednak nie tylko dlatego się zdecydował – ostatecznie dochody ojca i Jacoba całkowicie by wystarczyły. W głębi duszy zawsze pociągała go myśl, by się ruszyć, liznąć trochę świata, doświadczyć na własnej skórze tego, czego doświadczali przed nim inni z doliny, nawet jeśli oznaczało to konieczność przedsięwzięcia dalekiej i w tym akurat momencie niepokojącej go podróży.

– Pieniądze zawsze się przydadzą – powtórzył swój stały argument. – W domu są ciągle nowe wydatki, trzeba opłacać pasterzy, żniwiarzy, murarzy… Poza tym wie mama, że dla młodego człowieka Pasolobino robi się z czasem trochę ciasne.

Mariana wiedziała to doskonale i rozumiała lepiej niż ktokolwiek. Nie aż tak znowu wiele zmieniło się od chwili, gdy w 1918 roku ona sama wraz z mężem Antonem wyjechali do Afryki. Życie w miasteczku to była przede wszystkim hodowla – zagrody pełne odchodów, błota i śniegu. Biedy może się nie cierpiało, ale na więcej niż w miarę godne utrzymanie się na powierzchni nie należało liczyć. Klimat w dolinie stanowił prawdziwe wyzwanie. A to od niego wszystko zależało. Ogrody i pola, i fermy: jeśli któregoś roku zbiory okazywały się gorsze, cierpieli wszyscy. Jacobo i Kilian mogli zostać i pracować w kopalni pirytu albo pójść do terminu u kowala, murarza, łupkarza czy stolarza, dokładając się w ten sposób do gospodarstwa opartego na hodowli krów i owiec. Kilian opiekę nad bydłem nawet lubił, pośród łąk czuł się dobrze i swobodnie. Tyle że był bardzo młody i Mariana rozumiała trawiący go głód nowych doświadczeń. Sama przez to przeszła: niewiele kobiet z Pasolobino miało okazję podróżować tak daleko. Poza tym to, czego się zaznało za młodu, pozostawało w człowieku na zawsze, mimo upływu czasu zadającego kolejne rany.

Wicher szarpnął walizką Kiliana, jakby chciał odrzucić ją do tyłu. Jego wycie wypełniało wąską uliczkę, którą maszerowali w dół, ku krańcowi miasteczka. Kilian cieszył się, że pożegnał sąsiadów już poprzedniego wieczoru i że tego ranka zawierucha odwiodła ich od wyjścia na dwór. Drzwi i okna domów pozostawały zamknięte, nadając miasteczku widmowy wygląd.

Chwilę później dogonili Jacoba i Catalinę, i, chwiejąc się pod uderzeniami wichury, przystanęli wraz z nimi na skraju łąk.

Mariana patrzyła na swoje dzieci: dla rozluźnienia atmosfery cała trójka przerzucała się ostatnimi żartami. Kilian i Jacobo, wysocy i przystojni, musieli się schylać, by porozmawiać z siostrą, szczuplutką dziewczyną, której nigdy nie dopisywało zdrowie. Catalinie będzie z pewnością bardzo brakować wesołości Jacoba i spokoju Kiliana. Mariana nagle straszliwie zatęskniła za mężem. Nie widziała Antona od dwóch lat. A w piątkę nie spotykali się od wieków. No i teraz zostawały same z córką. Okropnie chciało jej się płakać, jednakże od dzieciństwa uczono ją nie okazywać słabości. Prawdziwi górale nie zdradzali się ze swoimi emocjami przy innych, choćby ci należeli do najbliższej rodziny.

Jacobo zerknął na zegarek i stwierdził, że pora ruszać. Uścisnął siostrę i uszczypnął ją w policzek. Później podszedł do matki i dwa razy teatralnie ją ucałował, zapewniając sztucznie wesołym głosem, że ani się obejrzy, jak będzie go miała z powrotem w domu.

Mariana szepnęła:

– Opiekuj się bratem.

Kilian objął Catalinę, po czym odsunął ją na odległość ramienia, by popatrzeć jej w twarz. Dziewczyna nie zdołała powstrzymać płaczu. Kilian znów ją przytulił, a Jacobo chrząknął nerwowo, powtarzając, że spóźnią się na autobus.

Kilian zbliżył się do matki, z trudem utrzymując równowagę pośród zawiei. Mariana przycisnęła go do siebie tak mocno, że poczuli nawzajem, jak cali dygocą od powstrzymywanego szlochu.

– Uważaj na siebie, synku, uważaj – szepnęła mu do ucha. Głos jej drżał. – I wracaj szybko.

Kilian skinął głową. Wzorem brata włożył stopy w wiązania nart i docisnął metalowe dźwignie zamocowane piędź od czubków. Schował paczuszkę z jedzeniem do kieszeni, podniósł walizkę i zaczął zjeżdżać w ślad za Jacobem, który już znikał za zakrętem mniej więcej ośmiokilometrowej trasy, prowadzącej w dół, do Cerbeanu, największego miasteczka w okolicy, skąd kursował autobus do miasta. Do Pasolobino, położonego wysoko w górach, w dolinie u stóp wielkiego masywu, nie dochodziła asfaltowa droga, dlatego zimą narty stanowiły najszybszy, najbardziej wygodny i praktyczny środek transportu.

Kilian przystanął już po kilku metrach, by po raz ostatni spojrzeć na matkę i siostrę, których postaci ciemniały na szarym tle ściśniętych obok siebie i zwieńczonych dymiącymi kominami domów miasteczka.

Mimo zimna obie kobiety długo jeszcze stały w miejscu.

Gdy synowie znikli jej z oczu, Mariana schyliła głowę i pozwoliła sobie wreszcie na łzy. Catalina w milczeniu ujęła ją pod ramię i we dwie ociężałym krokiem ruszyły przez zadymkę do domu.

W Cerbeanie, do którego dotarli z płonącymi policzkami i zdrętwiałymi od zimna dłońmi, cali spoceni po wysiłku, wiatr nieco się uspokoił. Zmienili buty narciarskie na zwykłe, sznurowane, te pierwsze zostawiając razem z nartami w pobliskim barze, skąd miał je potem zabrać i odwieźć do Rabaltué jeden z kuzynów.

Jacobo sprawnie wspiął się po drabince z tyłu autobusu, by przywiązać walizki do chromowanej półki na dachu. Później obaj z bratem zajęli miejsca w tylnej części pojazdu. Kierowca uruchomił silnik, obwieszczając, że ruszą za pięć minut. Autobus był prawie pusty, gdyż o tej porze roku ludzie z Pasolobino nigdzie się raczej nie ruszali, jednakże zwykle podczas jazdy zapełniał się do tego stopnia, że ostatni chętni dostawali się do miasta uczepieni poręczy przy jedynych prowadzących do środka schodkach, znajdujących się po prawej stronie kierowcy, lub w ogóle musieli iść na piechotę.

Jacobo przymknął oczy, by uciąć sobie drzemkę, zadowolony, że nie musi więcej znosić dokuczliwego zimna – w autobusie nie było może ciepło, ale przynajmniej znośnie – ani, jak kiedyś ojciec, odbywać pierwszej części podróży konno. Kilian natomiast obserwował przez okno monotonny krajobraz, przez dużą część drogi skryty pod śniegiem, którego biel w końcu ustąpiła znienacka szarości skał wiodących tunelami w dół, ku nizinom.

Znał tę trasę, jako że tylko tędy jeździło się do Barmonu, niewielkiego prowincjonalnego miasta odległego od Pasolobino o jakieś siedemdziesiąt kilometrów. Miał lat dwadzieścia cztery, ale nigdy w życiu dalej się nie wyprawił. Jednemu z jego kolegów trafiło się to szczęście, że ciężka, wymagająca leczenia u specjalistów choroba zawiodła go aż do stolicy prowincji, a nawet regionu, jednakże on, Kilian, od dziecka zdrowy jak ryba, nie otrzymał od losu takiej szansy. W związku z tym targi bydlęce w Barmonie stanowiły w jego przypadku najpoważniejsze źródło informacji o świecie zewnętrznym, albowiem ściągali tam handlarze z różnych stron kraju, by wykorzystać fakt, że hodowcy bydła pochodzący z odległych górskich zakątków przy okazji załatwiania interesów zaopatrywali się w tkaniny, świece, oliwę, sól, wino, sprzęty gospodarstwa domowego, narzędzia i podarki.

W oczach Kiliana to mrowie mężczyzn i kobiet dowodziło niezbicie, że wąska, wydarta górom szosa, będąca jedyną przejezdną drogą do jego rodzinnej doliny, prowadzi w gruncie rzeczy do innego świata – świata, który ledwie dawał się przeczuć na podstawie tekstów i obrazków w szkolnych podręcznikach do geografii i historii, dzięki opowieściom starszych oraz codziennym audycjom informacyjnym Narodowego Radia Hiszpańskiego i nocnym programom Międzynarodowego Radia Paryż albo buntowniczego – zdaniem stryja – Radia La Pirenaica.

Jacobo ocknął się dopiero kawałek za Bermonem. W spaniu nie przeszkodził mu nawet rozgardiasz spowodowany przez chyba tuzin dorosłych i dzieci, ładujących się do autobusu z koszykami pełnymi jedzenia, ani też pełne sprzeciwu gdakanie kur, które ktoś wiózł w tekturowych pudłach. Kiliana nadal zadziwiała niewiarygodna łatwość, z jaką jego brat zasypiał w najdziwniejszych pozycjach, bez względu na porę i okoliczności. Bywało też tak, że się budził, pogadał chwilę, wypalił papierosa i znowu pogrążał się we śnie. Jacobo przekonywał, że to doskonała metoda, by nie tracić bez sensu energii, i że w ten sposób, gdy akurat nic ciekawego się nie dzieje, czas mija szybciej. Tym razem wszakże drzemka brata w ogóle Kilianowi nie przeszkadzała. Przeciwnie, pożegnawszy się z Pasolobino, potrzebował samotności, by przywyknąć do zmian, które zachodziły w krajobrazie i w nim samym.

Wyrwany na moment ze snu Jacobo, widząc zamyślenie brata, objął go za ramiona i energicznie przyciągnął do siebie.

– Uszy do góry – rzucił na cały głos. – Parę kieliszków w Ambos Mundos dziś wieczorem i zapomnisz o wszystkich smutkach, człowieku! Swoją drogą niezła nazwa dla knajpy, co? – Zaśmiał się. – Oba Światy!

Wreszcie kilka godzin później dotarli do miasta. W Saragossie nie było śniegu, ale północny wiatr dmuchał niemal tak mocno i lodowato jak w górach. Ulice roiły się jednak od ludzi: od całych dziesiątków ubranych w wełniane palta albo beżowe płaszcze mężczyzn, którzy kulili się, przytrzymując dłońmi czapki bądź kapelusze, oraz tulących do siebie torebki kobiet. Jacobo poprowadził Kiliana do pensjonatu, kilkupiętrowego, wąskiego budynku przy placu Espana, gdzie zwykli zatrzymywać się z ojcem. Zostawili walizki w skromnym pokoiku i, nie chcąc tracić ani sekundy z tych niewielu cennych godzin, które mieli spędzić w Saragossie, znów ruszyli na miasto.

Przede wszystkim, wzorem wielu przyjezdnych, wąskimi uliczkami starówki zwanej powszechnie El Tubo udali się do bazyliki Nuestra Senora del Pilar, prosić Najświętszą Pannę na Kolumnie o wsparcie w podróży. Potem posilili się kalmarami w zatłoczonej tawernie, gdzie przy okazji skorzystali z usług młodego czyściciela butów. Następnie, w obuwiu lśniącym od pasty Lodix, rozprowadzonej przez niego energicznymi pociągnięciami ściereczki, spacerowali bez celu po mieście, które powoli pustoszało, w miarę jak zamykano sklepy. Spacerowali wolno, ponieważ wśród brukowanych, zabudowanych nawet siedmiopiętrowymi kamienicami ulic, po których jeździły tramwaje i czarne samochody o zaokrąglonych maskach i połyskujących metalicznie klamkach – takich aut nie było na prowincji! – Kilian bez przerwy się na coś zagapiał.

– Zachowujesz się jak wieśniak – powtarzał jego brat, umierając ze śmiechu. – Co zrobisz, jak dotrzemy do Madrytu? To przecież dopiero początek…

Kilian zasypywał go pytaniami. Zupełnie jakby nerwowe milczenie ostatnich dni znalazło ujście w niepowstrzymanym wybuchu ciekawości. Jacobo z przyjemnością odgrywał rolę starszego brata, gotowego, z niejaką wyższością i głębokim samozadowoleniem, udzielać wyjaśnień młodym i zagubionym. Doskonale pamiętał swoją pierwszą podróż i rozumiał reakcje Kiliana.

– Widzisz tamten samochód? – mówił na przykład, wskazując elegancki czarny pojazd z okrągłymi światłami, połyskujący przednią kratką. – To nowy rodzinny peugeot 203, model wykorzystywany na taksówki. A ten drugi to z kolei angielski austin FX3, po prostu cudo. No i rodzinny citroën CV, znany jako „kaczka”… Ładne, co?

Kilian przytakiwał z roztargnieniem, zapatrzony już na okazałe fasady solidnych, klasycznych budynków, takich jak siedziba Banku Hispanoamerykańskiego czy towarzystwa ubezpieczeniowego La Unión y el Fénix Espanol, z ich wielkimi, prostokątnymi lub łukowatymi oknami, kolumnami i frontonami zdobiącymi wejścia, bogatymi mansardami i balkonami z kutego metalu…

Zmęczeni trudnym dniem i łazęgą po mieście postanowili wreszcie zajrzeć do wspomnianego przez Jacoba jeszcze w autobusie słynnego lokalu. Kilian już na ulicy zdumiał się podświetlonym napisem informującym, że to jedna z największych kawiarni w Europie. Podążając za bratem, przeszedł przez wielkie dwuskrzydłowe drzwi i przystanął oszołomiony. Znajdujące się przed nim szerokie schody i podtrzymywane przez białe kolumny podcienia wiodły bezpośrednio do ogromnej, dwupoziomowej sali wypełnionej gwarem, dymem, gorącem i muzyką. Delikatne barierki biegły wzdłuż galerii na piętrze, pozwalając siedzącym tam klientom podziwiać orkiestrę umieszczoną w centralnej części parteru. Kilian natychmiast przypomniał sobie scenę z widzianego w Barmonie filmu, w którym pewien młodzieniec kroczył po bardzo podobnych schodach z elegancko przewieszonym przez rękę płaszczem i papierosem w dłoni. Serce zabiło mu mocniej. Ze wzrokiem utkwionym przed siebie, podekscytowany, zszedł powoli ku tej masie stolików, drewnianych krzeseł i starannie rozstawionych foteli, zajętych przez pogrążone w rozmowie damsko-męskie towarzystwo, które na pierwszy rzut oka zdało mu się dystyngowane i subtelne. Sukienki kobiet, wiązane na piersi, głęboko wycięte, były lekkie, wesołe, obcisłe i krótkie w porównaniu z noszonymi w górach grubymi spódnicami do kolan i okryciami z ciemnej wełny. Mężczyźni, tak jak on, mieli na sobie białe koszule, cienkie czarne krawaty i marynarki, ozdobione niekiedy wetkniętą do przedniej kieszonki chusteczką.

Przez chwilę czuł się bardzo ważny. Nikt z obecnych nie wiedział, że zaledwie dzień wcześniej on, Kilian, czyścił bydlęce zagrody z gnoju.

Zauważył, że Jacobo unosi dłoń w geście pozdrowienia skierowanym do kogoś w głębi sali. Popatrzył w tamtą stronę i ujrzał, że macha do nich jakiś mężczyzna.

– Niemożliwe! – wykrzyknął Jacobo. – Cóż za zbieg okoliczności! Chodź, poznam was.

Zaczęli się przedzierać między stolikami, na których widać było paczki papierosów Bisonte i Camel, z filtrem, pudełka zapałek w najróżniejszych kolorach i kształtach, kieliszki z anyżówką lub brandy dla panów i szampanem albo martini bianco dla pań. Panował ścisk. Kilian nie mógł wyjść z podziwu, że rozmiary sali pozwalają jednym spokojnie rozmawiać, innym zaś w tym samym czasie tańczyć koło podestu dla orkiestry. W całej dolinie Pasolobino nie uświadczyłbyś nic podobnego. Tam latem tańczyło się na placyku w miasteczku, a zimą organizowało od czasu do czasu wieczorki taneczne po domach; należało wtedy wcześniej dokonać przemeblowania i poustawiać krzesła pod ścianami, by zrobić miejsce. Przy takich okazjach dziewczęta siedziały, czekając, aż chłopcy zaproszą je na prowizoryczny parkiet, albo podrygiwały z koleżankami w rytm paso doble, walca, tanga lub cza-czy, wygrywanych na akordeonie, gitarze i skrzypcach, które w żadnym razie nie mogły się równać z trąbkami i saksofonami raczącymi teraz gości wesołą, chwytliwą rumbą.

Kilka kroków przed stolikiem znajomego Jacobo odwrócił się do brata i rzekł cicho:

– Jeszcze jedno, Kilianie. Od tej pory w towarzystwie osób trzecich nie mówimy po pasolobińsku. Jak jesteśmy sami, to wszystko jedno, ale przed ludźmi nie chcę wyjść na prostaka. Zgoda?

Lekko zaniepokojony Kilian przytaknął. Jemu samemu nie przyszłoby to do głowy – ostatecznie nigdy nie wyjeżdżał tak daleko od domu. Musiał jednak przyznać, że Jacobo ma słuszność, i obiecał sobie bardzo uważać, aby nie popełnić błędu i nie zawstydzić brata, nawet jeśli odzwyczajenie się od ojczystej mowy miało go kosztować sporo wysiłku.

Jacobo wylewnie powitał oczekującego ich na stojąco chłopaka.

– Co ty tu robisz? Dlaczego nie jesteś w Madrycie?

– Już mówię. Siadajcie – rzucił chłopak i machając w stronę Kiliana, dodał: – Od razu widać, że to twój brat.

Jacobo roześmiał się i dokonał prezentacji.

– Kilianie, to Manuel Ruiz, świetnie zapowiadający się lekarz, który nie wiadomo czego szuka w Gwinei. – Na te słowa Manuel uśmiechnął się i wzruszył ramionami. – A to mój brat, Kilian. Też nie bardzo wie, co ze sobą począć.

Nowi znajomi uścisnęli sobie dłonie i zasiedli na półokrągłej skórzanej sofce. Jacobo zajął krzesło z oparciem z drewnianych szczebelków. Na podeście dla orkiestry wokalista, ubrany w szarą marynarkę ze srebrnym szlaczkiem, zaczął śpiewać znaną balladę Antonia Machina Czarne aniołki, wywołując aplauz publiczności.

– To nie macie takich lokali w Madrycie? – zażartował Jacobo, zwracając się do Manuela.

– Mamy, całe dziesiątki! I to dwa razy większych! Ale tak na serio, to przyjechałem, żeby podpisać papiery w sprawie pracy w Sampace. Zaproponowano mi kontrakt na wyjątkowo korzystnych warunkach.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę! Szczerze mówiąc, don Dámaso jest już trochę za stary na takie życie.

– Gdybym tylko miał jego doświadczenie…

– No, tak, ale biedaczek już sobie ze wszystkim nie radzi. Kiedy ruszasz?

– Jutro wracam do Madrytu, a w czwartek…

– Na „Sewillę”! – zawołali obaj, parskając śmiechem.

– My też! – dorzucił Jacobo. – Naprawdę świetnie się składa. – Tu zdał sobie sprawę, że wykluczyli z rozmowy Kiliana, więc wyjaśnił: – Manuel pracował w szpitalu w Santa Isabel. A teraz będziemy go mieli dla siebie. – Rozejrzał się w poszukiwaniu kelnera. – Trzeba to uczcić! Jadłeś już?

– Jeszcze nie. Jak chcesz, możemy zjeść tutaj. Pora na chopi!

Chopi, owszem! – powtórzył Jacobo ze śmiechem.

Kilian uznał, że to obce słowo odnosi się do czekającego ich posiłku, a przy wyborze dań zdał się na swoich towarzyszy. Właśnie wtedy sala jakby przycichła, a przejęty solista raz jeszcze odśpiewał ostatnią strofkę piosenki: „…I gdy malujesz aniołki, piękne kościelne aniołki, jakoś nigdy nie pamiętasz, by namalować czarnego…”. Jego występ nagrodziła głośna owacja, która jeszcze się wzmogła, kiedy pianista płynnie przeszedł do żwawego bluesa, porywając kilka co odważniejszych par do tańca.

– Uwielbiam boogie-woogie! – wykrzyknął Jacobo, strzelając palcami i lekko się kołysząc w ramionach. – Jaka szkoda, że nie mam z kim zatańczyć.

Omiótł salę spojrzeniem, wypatrując kandydatki, i pomachał do grupki siedzących nieopodal dziewcząt, które zareagowały nieśmiałymi chichotami i poszeptywaniem. Przez chwilę wahał się, czy do nich podejść, ale ostatecznie zdecydował się zostać przy stoliku.

– E tam, i tak niedługo się wyszaleję…

Kilian, który za tańcem nie przepadał, zdziwił się, że mimo wszystko wystukuje rytm stopą. I robił tak do czasu, aż kelner zdołał im donieść to, co zamówili. Na widok zawartości półmisków chłopak zdał sobie sprawę, jak bardzo zgłodniał przez ten wyjątkowo długi dzień. Od śniadania miał w ustach jedynie przygotowany przez matkę chleb z boczkiem, no i kalmary w tamtej tawernie. Wątpił, czy jego żołądek, nawykły do zawiesistych potraw, zadowoli się kanapeczkami z wędzonym łososiem i kawiorem oraz cielęciną z truflami i kurczęciem na zimno, jednakże wszystko okazało się doskonałe i w połączeniu z kilkoma kieliszkami wina świetnie zaspokoiło jego apetyt.

Po jedzeniu Jacobo zamówił szklaneczkę ginu, zrobiwszy wcześniej awanturę, ponieważ w jednym z największych tego typu lokali w Europie nie mieli jego ulubionego gatunku whisky. Manuel i Kilian zadowolili się drinkiem Sol y Sombra, czyli Słońce i Cień, złożonym z brandy i anyżówki.

– No więc, Kilianie – zagaił Manuel, chcąc wrócić do interesującego ich wszystkich tematu – jak się czujesz u progu tej całej przygody? Zdenerwowany?

Młody doktor spodobał się Kilianowi od pierwszej chwili. Mniej więcej trzydziestoletni, był średniego wzrostu, raczej szczupły, miał ciemnoblond włosy, jasną skórę i mądre niebieskie oczy skryte za okularami w grubych oprawkach. Mówił spokojnie, jak przystało na poważnego, wykształconego człowieka, który – podobnie jak Kilian – potrzebował odrobiny alkoholu, by stać się bardziej przystępnym.

– Trochę. – Kilian za nic by się nie przyznał, że po prostu umiera ze strachu. Poza tym imponowało mu, że oto w ciągu kilku godzin zagrodę dla bydła zamienił na najlepszy lokal w Saragossie, gdzie jak gdyby nigdy nic pił sobie drinki z prawdziwym lekarzem. – Ale na szczęście jestem w dobrym towarzystwie.

Jacobo z rozmachem klepnął go w plecy.

– Nie wstydź się! Nie kłam: aż się cały trzęsiesz! Ale wszyscy przez to przeszliśmy, co, Manuelu?

Doktor przytaknął, popijając alkohol.

– Podczas pierwszej podróży omal nie zawróciłem już w Bacie. Za drugim razem natomiast czułem się tak, jakbym przez całe życie tylko pływał na Fernando Poo i z powrotem. – Zamilkł, szukając odpowiednich słów. – To się w ciebie wgryza. Zupełnie jak te przeklęte komary. Sam zobaczysz.

Trzy godziny później, po wypiciu kilku dalszych drinków i wypaleniu zawartości metalowego czerwonego pudełka papierosów Craven A, które Kilian uznał za całkiem niezłe, choć słabe w porównaniu z mocnym ciemnym tytoniem używanym w domu, bracia pożegnali się z Manuelem do czasu rozpoczęcia rejsu i chwiejnym krokiem, z błyszczącymi oczyma zawrócili sprzed drzwi Ambos Mundos do pensjonatu. Gdy dotarli na plac Espana i przecięli tory tramwajowe, Jacobo rzucił się pędem po schodach prowadzących do publicznych toalet. Kilian czekał na górze, oparty o kutą barierkę. Reklamowe neony na dachach sąsiednich domów pomagały potężnym, czteroramiennym latarniom oświetlać plac, którego środek zajmowała fontanna z brązowym posągiem na kamiennym piedestale.

Stojący pod krzyżem anioł z jedną ręką wyciągniętą ku niebu podpierał rannego, który wyraźnie nie miał już siły, by utrzymać w rękach broń. Kilian podszedł bliżej, by przeczytać napis na tablicy, którą jakaś odlana z brązu kobieta dzierżyła w dłoniach. Przekonał się wtedy, że anioł z piedestału symbolizuje Wiarę, a cały pomnik poświęcony jest męczennikom poległym w walce za religię i ojczyznę. Kilian podniósł wzrok ku niebu i jego spojrzenie napotkało neonowe reklamy: Avecrem, Gallina Blanca, Iberia Radio, Longines – najlepsze zegarki, pastylki Dispak, Philips… Z trudem zbierał myśli. Trochę kręciło mu się w głowie – i to nie tylko od alkoholu. Wyjechał z domu zaledwie rano, lecz wydawało się, że przed wiekami. Dzień był naprawdę niełatwy. A ze słów Jacoba i Manuela dało się wywnioskować, że przed nimi długa i dziwna droga. Wrócił spojrzeniem do anioła Wiary i poprosił w duchu o wsparcie w tej przygodzie, na którą sam się przecież zdecydował.

– Co tam, Kilianie? – dobiegł go bełkotliwy głos Jacoba. – Jak pierwszy wieczór z dala od mamy? – Brat objął go za ramiona i ruszyli. – Ile nowości, co? A to co widziałeś, to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zobaczysz… O tym myślałeś?

– Mniej więcej.

Jacobo podniósł wolną rękę do czoła.

– Ależ bym się napił whisky z Santa Isabel! Od niej głowa nie boli, zobaczysz. Wziąłeś optalidony?

Kilian skinął głową. Jacobo poklepał go po ramieniu.

– Dobrze, a powiedz, co najbardziej chcesz zobaczyć?

Kilian zastanawiał się przez chwilę.

– Chyba morze – odparł. – Ja jeszcze nigdy nie widziałem morza, Jacobo.

Choć po raz pierwszy płynął statkiem, nie miał choroby morskiej. A wielu pasażerów snuło się po pokładzie z przygaszonymi, pozieleniałymi twarzami. Najwyraźniej nie zależało to od doświadczenia, ponieważ Jacobo też wyglądał średnio, mimo że przecież trzeci już raz mógł się cieszyć rozkosznym kołysaniem, zapewnianym przez statki w rodzaju „Sewilli”. Fakt, że coś równie wielkiego potrafi się unosić na wodzie, stanowił absolutną zagadkę dla kogoś, kto wodę w stanie naturalnym widywał jedynie podczas łowienia pstrągów w niewielkich pasolobińskich strumykach. A to, że on, Kilian, z taką łatwością znosił obecność wody wszędzie wokół, też było zaskakujące. Przypisywał swój znakomity humor rozmaitym doświadczeniom, których zaznał w ostatnich dniach, i perspektywie kolejnych, których miał bez wątpienia zaznawać później.

Myślał o matce i siostrze, i życiu w Pasolobino. Jak dalekie wydawało się to wszystko teraz, pośród oceanu! Przypomniał sobie chłód towarzyszący im przez całą drogę autobusem do Saragossy i potem pociągiem do Madrytu. W miarę jak przybliżali się do Kadyksu, powietrze łagodniało, podobnie jak jego uczucia, uspokajane obrazem niespiesznie przesuwającej się za oknami Hiszpanii, którą przemierzał po raz pierwszy, sunąc po odpornych, niezwykle twardych, wykonanych z tropikalnego drewna belkach kolejowych podkładów. Kiedy okręt wypłynął z portu, gdzie tłumy ludzi ze łzami w oczach machały białymi chusteczkami – wtedy tak, poczuł wielki smutek na myśl, że zostawia ukochane istoty, jednakże towarzystwo Jacoba, Manuela i innych, którzy też zamierzali pracować w koloniach, jak również samo ciepło, usposobiły go pozytywnie i sprawiły, że podróż przebiegała przyjemnie. Stopniowo powiększał się dystans między nim a ostatnimi białymi świętami Bożego Narodzenia. Trzeba będzie przywyknąć do Gwiazdki w tropikach!

Nie pamiętał, by kiedykolwiek w życiu miał tyle dni odpoczynku z rzędu.

Z natury energiczny i nerwowy, odnosił wrażenie, że taka przedłużająca się bezczynność to niewybaczalna strata czasu. Marzył już o pracy fizycznej. Jakaż różnica względem Jacoba, który zawsze tylko myślał o tym, jak by tu odetchnąć! Kilian patrzył na brata, który leżał obok w wygodnym fotelu z twarzą nakrytą kapeluszem. Od kiedy wsiedli na statek w Kadyksie, a zwłaszcza od opuszczenia Teneryfy, Jacobo nic tylko drzemał w dzień, noce zaś spędzał na balowaniu z kolegami w salonie muzycznym albo w barze Veranda. Alkohol i choroba morska sprawiały, że za dnia przypominał duszę czyśćcową i ledwie powłóczył nogami.

Z kolei on, Kilian, próbował wyciągnąć z tego wszystkiego jakąś korzyść. Dlatego, poza studiowaniem słownika Broken English, całymi popołudniami czytał stare numery czasopisma „La Guinea Espanola”, żeby wyrobić sobie zdanie na temat świata, w którym zamierzał żyć – przynajmniej przez kolejne osiemnaście miesięcy, bo tyle czasu miał trwać jego pierwszy pobyt. Właściwie miał trwać dwadzieścia cztery miesiące, tyle że ostatnie sześć, też płatne, stanowiło wakacje. Poza tym pracę rozpoczął z dniem wypłynięcia z Kadyksu. Kolejny powód do radości: od niemal dwóch tygodni zarabiał, czytając.

We wszystkich dostępnych na pokładzie numerach czasopisma, wydanych we właśnie zakończonym roku 1952, pojawiały się te same reklamy w zawsze tym samym porządku. Najpierw reklamował się sklep Dumbo przy ulicy Sacramento w Santa Isabel, a zaraz potem Zjednoczenie Transportowe mające swoją siedzibę przy alei generała Moli i oferujące naprawy oraz podwózkę w ramach jednej faktorii, bo tak w krajach kolonialnych nazywały się podobne przedsiębiorstwa. Na koniec trzecia reklama ukazywała palącego mężczyznę, który polecał wspaniały tytoń Rumbo zdaniem wypisanym wielkimi literami: „Papierosy, które pomagają ci myśleć”. Jacobo twierdził, że w Afryce jest mnóstwo rodzajów tytoniu, bardzo zresztą taniego, i że niemal wszyscy palą, bo dym odgania komary. Dalej zaczynały się artykuły o treści religijnej, rozmaite wiadomości z Europy oraz opinie.

Kilian zapalił papierosa i skupił się na gazecie, którą akurat trzymał w rękach. Jego uwagę zwrócił artykuł o dzieciach ochrzczonych między 1864 a 1868 rokiem: Pedro María Ngadi, José María Gongolo, Filomena Mapula, Mariano Ignacio Balonga, Antonio María Ebomo, Lorenzo Ebamba… Wszystkie te zestawienia wydawały się dziwnie, ponieważ każde imię było najzwyklejszym imieniem hiszpańskim, każde nazwisko zaś brzmiało całkiem z afrykańska.

Następnie przeczytał artykuł dotyczący ponad pięciu milionów dzieci niemieckich, które w 1945 roku straciły rodziny. Jakże odległa wydawała się wojna światowa! Przypominał sobie niewyraźnie strzępki listów od ojca, które matka głośno czytała krewnym – by potem złożyć je i z czcią schować do kieszeni spódnicy – zawierające opisy niepokojącej sytuacji na wyspie, związanej z wykluwaniem się tendencji nacjonalistycznych oraz zagrożeniem brytyjską lub francuską inwazją. Ojciec twierdził, że wszyscy na Fernando Poo zachowują postawę neutralną albo wręcz sprzyjają aliantom, choć kręgi zbliżone do gubernatora popierały raczej hitlerowców. Faktem było, że w pewnym momencie na wyspie dystrybuowano nawet niemieckie gazety z hiszpańskimi tłumaczeniami.

Wojna w Hiszpanii oraz ta w Europie należały już do przeszłości. Jednakże z lektury znalezionych na pokładzie statku gazet wynikało, że w Afryce konfliktów politycznych nie brakuje. Jeden z tekstów sygnalizował, że w Kenii zanosi się na ekskomunikę wszystkich sympatyków ruchu Mau Mau, z jego liderem, Jomo Kenyattą na czele, ze względu na głoszone przez nich hasła wypędzenia z Afryki Europejczyków i powrotu do dawnych, „pogańskich” obrzędów.

To ostatnie dało Kilianowi do myślenia. Wypędzić Europejczyków z Afryki? Czyż to nie oni sprowadzili cywilizację na te dzikie ziemie? Czyż dzięki nim tubylcom nie żyło się lepiej? No i wrócić do tradycyjnych obrzędów? Nie bardzo to wszystko rozumiał, ale i tak ciągle o tym myślał. Ostatecznie swoją wizję Czarnego Lądu zawdzięczał w znacznej mierze pokoleniu ojca – pokoleniu dumnemu ze swojej służby Bogu i ojczyźnie. Ojciec zawsze przecież powtarzał, że praca w koloniach to służba Bogu i narodowi hiszpańskiemu, w związku z czym osobiste bogacenie się nie przeszkadza spełnianiu szlachetnej misji.

On, Kilian, dużo się zastanawiał nad tym, jak też ułożą się jego relacje z osobami tak od niego odmiennymi. Jedyny czarny człowiek, którego miał okazję spotkać, pracował w barze na statku. Kilian pamiętał, że na początku gapił się na niego wręcz niegrzecznie, przypatrując się mu dłużej, niż to było konieczne, bo spodziewał się odkryć jakieś inne wielkie różnice poza kolorem skóry i olśniewającą bielą uzębienia. Ale nic nie dostrzegł. Zresztą wraz z upływem czasu zamiast Murzyna zaczął widzieć po prostu kelnera Eladia.

Było całkiem prawdopodobne, że anegdoty, jakich się nasłuchał na temat Afrykańczyków, sprawiły, że wyrobił sobie błędną opinię. W rozmowach z rodziną w Pasolobino Antón i Jacobo nie wyrażali się inaczej niż „czarni to” albo „czarni tamto” – niemal zawsze w liczbie mnogiej. Wyglądało na to, że tubylcy – z wyjątkiem Josego – funkcjonują wyłącznie jako zbiorowość, pozbawiona indywidualności masa. W pamięci utkwiła Kilianowi stara pocztówka, którą Antón przysłał kiedyś bratu. Przedstawiała cztery ciemnoskóre kobiety z nagimi piersiami, na odwrocie zaś widniały wypisane piórem słowa: „Zwróć uwagę, jaka w tym przesada. One tak chodzą po ulicy!”.

Kilian przyglądał się temu zdjęciu z uwagą. Kobiety wydały mu się piękne. Wszystkie cztery miały zamotane wokół pasa tkaniny służące za spódnicę, clote, opadającą im aż do kostek. Od pasa w górę były zupełnie nagie, jeśli nie liczyć prostych naszyjników i delikatnych sznureczków na nadgarstkach. Piersi każdej wyglądały zupełnie inaczej: spiczaste i jędrne, małe, położone jedna z dala od drugiej, obfite… Sylwetki uderzały smukłością, a twarze – z mięsistymi wargami i wielkimi oczyma – niekłamaną urodą. Włosy spływały w dół splecione w coś w rodzaju cienkich warkoczy. W sumie fotografia była rzeczywiście ładna. Jedyne, co mogło w niej dziwić, to fakt, że służyła za pocztówkę. Pocztówki, które Kilian widywał wcześniej, ukazywały zabytki i piękne zakątki miast, pejzaże różnych krajów, a nawet elegancko ubranych ludzi, ale… żeby cztery nagie kobiety? Pomyślał, że kiedy robiono im to zdjęcie, biedaczki nie miały pojęcia, do jakiego celu zostanie wykorzystane. Dziwne to na nim wywarło wrażenie – zupełnie jakby potraktowano te kobiety niczym ciekawe owady pod lupą cudzoziemca.

To samo uczucie owładnęło nim teraz, gdy oglądał jedną z wielu fotografii zamieszczonych w czasopiśmie. Migawka ukazywała grupkę czarnych ubranych z europejska, w koszule i marynarki, czapki albo kapelusze. W pierwszej chwili wszystko wyglądało najzupełniej normalnie, jednakże podpis głosił, co następuje: „Obchody bożonarodzeniowe skłaniają miejscowych do błazenady”. To ostatnie słowo wydało się Kilianowi dziwne, ponieważ on dostrzegał tylko zwyczajnie ubranych ludzi. Wiedział od ojca, że w czasie specjalnych świąt niektórzy tubylcy przebierają się za nangüe, czyli kogoś w rodzaju karnawałowego wesołka, którego misjonarze określali mianem błazna, ale zawsze sobie wyobrażał, że chodziło o przebranie w postaci masek i słomianych spódniczek, a nie europejskich koszul i marynarek…

W jego myśli wdarł się ochrypły głos Jacoba:

– Mam nadzieję, że wkrótce będzie można latać samolotem. Ja tak dłużej nie dam rady!

Kilian się uśmiechnął.

– Niewykluczone, że gdybyś tyle nie pił po nocach, mdliłoby cię mniej.

– Wtedy dni ciągnęłyby się jeszcze bardziej niemiłosiernie… Gdzie Manuel?

– W kinie.

Jacobo zdjął z twarzy kapelusz, dźwignął się do pozycji siedzącej i rzucił okiem na czytaną przez brata gazetę.

– Coś ciekawego na dzisiaj?

Kilian już się szykował do zdania mu relacji. Przez ostatnie dwa tygodnie zwyczaj ustalił się taki, że podczas gdy Jacobo drzemał, Manuel i Kilian oddawali się lekturze, by po jego przebudzeniu porozmawiać na intrygujące Kiliana tematy.

– Właśnie miałem zacząć artykuł o języku bubi…

– Co za strata czasu – przerwał Jacobo. – Na miejscu bubi do niczego ci nie będzie potrzebny. Większość tubylców mówi po hiszpańsku, a ty i tak będziesz spędzał całe dnie wśród nigeryjskich robotników na plantacji. Dlatego lepiej się zajmij studiowaniem tego słownika, który ci dałem. Pichi bardzo ci się przyda.

Na stoliku leżała niewielka, oprawna w brązowe, wytarte płótno książeczka pod tytułem Dialekt angielsko-afrykański, czyli Broken English, napisana – jak informowała pierwsza stronica – w 1919 roku przez pewnego misjonarza, „syna Niepokalanego Serca Maryi”. Kilian próbował zapamiętać niektóre słowa i frazy, jednakże przychodziło mu to z wielkim trudem, ponieważ nigdy wcześniej ich nie słyszał. Słownik podawał pojedyncze wyrazy bądź całe wyrażenia po hiszpańsku razem z ich tłumaczeniem na afrykański angielski, pidgin English albo – jak nazywali tę odmianę Hiszpanie – pichinglis lub po prostu pichi, a także wskazówki co do wymowy.

– Nie rozumiem, czemu to się pisze tak, a wymawia inaczej. Dwa razy więcej zachodu.

– O pisowni zapomnij. Nie będziesz przecież z tymi Nigeryjczykami korespondował! Skup się na wymowie. – Jacobo sięgnął po książkę oraz należący do brata nowy czarny długopis ze złotą zakrętką, wyraźnie zamierzając udzielić Kilianowi krótkiej lekcji. – Słuchaj, najpierw musisz opanować podstawowe pytania. – Coś tam podkreślił. – Potem naucz się najczęściej używanych słów i wyrażeń. – Jacobo zamknął słownik i odłożył go na stół. – Czarni będą ci powtarzać, że są chorzy, że nie mogą pracować, że nie wiedzą jak, że jest gorąco, że strasznie pada… – Z westchnieniem odchylił się na oparcie fotela, splatając dłonie na karku. – Zawsze im się coś nie podoba i ciągle tylko szukają wymówek, żeby nie pracować. Zupełnie jak dzieci! Sam się przekonasz!

Kilian uśmiechnął się pod nosem. Odnosił wrażenie, że Jacobo częściowo opisuje teraz samego siebie, lecz powstrzymał się od komentarza.

Wziął ze stołu słownik, żeby sprawdzić, jakie „podstawowe pytania” zakreślił brat, i uznał, że zupełnie zwyczajne w sytuacji, gdy poznaje się kogoś mówiącego innym językiem: „Jak się nazywasz?”, „Ile masz lat?”, „Czego chcesz?” albo „Czy rozumiesz, co mówię?”.

Jednakże wyrażenia, których, zdaniem brata, miał najczęściej używać, już go zaskoczyły: „Pokażę ci”, „Pracuj”, „Chodź”, „Milcz”, „Nie rozumiem”, „Jak coś zepsujesz, to cię zbiję”… Takich słów miał szczególnie potrzebować w najbliższych miesiącach! Gdyby go ktoś spytał, jakich wyrazów z jego rodzinnego dialektu używa się najczęściej, takie nigdy by mu nie przyszły do głowy. Nie potrafił uwierzyć, że przez ostatnie lata Jacobo ani razu nie odbył ze swoimi pracownikami rozmowy nieco pogłębionej. Choć z drugiej strony nie było to aż takie dziwne. Opowieści snute przez brata zwykle dotyczyły przecież balang w Santa Isabel.

Jacobo znów zakrył twarz kapeluszem, gotów zapaść z powrotem w swoją nieustającą drzemkę.

– Jacobo…

– Hmm…?

– Mieszkasz w tym kraju tyle czasu… Co wiesz o jego historii?

– To co wszyscy! Że to nasza kolonia, z której czerpiemy najrozmaitsze korzyści, że przynosi zyski…

– Tak, ale… Do kogo ta ziemia należała wcześniej?

– Chyba do Anglików albo Portugalczyków… Czy ja wiem!

– No, ale… Jeszcze wcześniej chyba do tych stamtąd, co? Do autochtonów?

Jacobo prychnął.

– Chciałeś powiedzieć: dzikusów! Z nieba im spadliśmy, inaczej wciąż by siedzieli w dżungli! Spytaj ojca, kto im założył elektryczność.

Kilian zastanawiał się przez chwilę.

– W Pasolobino też jeszcze niedawno elektryczności nie było. A w wielu wioskach w Hiszpanii dzieci żywiły się mlekiem w proszku i paczkowanym amerykańskim serem. Daj spokój, nie jesteśmy jakimiś pionierami postępu. Jak się patrzy na te nieliczne zdjęcia taty z dzieciństwa, to aż trudno uwierzyć, że ludzie w ten sposób żyli.

– Skoro tak cię ciekawi historia, na plantacji z pewnością znajdziesz jakąś książkę. Ale jak zaczniesz pracować, będziesz tak zmęczony, że odechce ci się czytania, zobaczysz. – Jacobo wygodniej ułożył się w fotelu i ostatecznie zakrył twarz kapeluszem. – A teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym się trochę przespać.

Oczy Kiliana spoczęły na idealnie gładkiej powierzchni spokojnego morza. Takim je opisał w liście do matki i Cataliny. Słońce słało znad horyzontu ostatnie promienie. Wkrótce całkiem miało zapaść się pod tę nieuchwytną linię dzielącą wodę od nieba.

W górach słońce o zmierzchu po prostu się chowało; na morzu woda zdawała się je połykać.

Przepiękne oceaniczne wieczory bynajmniej Kiliana nie nużyły, jednakże miał już ochotę stanąć na lądzie. Któregoś wieczoru rzucili kotwicę w porcie w Monrowii, stolicy Liberii, żeby rozładować i załadować towar, ale nikomu nie pozwolono opuścić statku. Brzeg wydawał się dość monotonny. Widać było akacjowe i namorzynowe lasy oraz niekończącą się piaszczystą plażę usianą malutkimi osiedlami. Potem płynęli wzdłuż wybrzeża zamieszkanego przez lud Kru, z którego wywodzili się najsilniejsi robotnicy – jak wyjaśnili Kilianowi jego galisyjscy towarzysze podróży: „Mężczyźni Kru są w Afryce jak Asturyjczycy i Galisyjczycy w Hiszpanii: najlepsi do pracy”. Ojciec widywał jeszcze, jak w swoich łodziach wypływali na spotkanie europejskim okrętom, by oferować siebie jako siłę roboczą. Według legendy pracowali tak długo, aż sami uznawali się za wystarczająco niezależnych i mogli stać się posiadaczami dwudziestu albo trzydziestu żon. Choć najprawdopodobniej faktycznie chodziło o zwykłą legendę, która wywoływała uśmiech na ustach białych mężczyzn, usiłujących sobie wyobrazić trudności związane z zaspokojeniem tylu kobiet.

Kilian zapalił.

Co wieczór po kolacji pasażerowie, gawędząc, przechadzali się po pokładzie. Z daleka dostrzegł siostrzeńca gubernatora w towarzystwie pewnej madryckiej rodziny, która wracała do Gwinei po dłuższym pobycie w Hiszpanii. Kilka metrów obok podobni do niego, Kiliana, przyszli pracownicy plantacji grali w karty. Z każdym dniem coraz mniej różnili się od doświadczonych kolonistów. Kilian uśmiechnął się na wspomnienie własnego zmieszania wobec niezwykłej liczby sztućców rozłożonych przy talerzach w jadalni pierwszego wieczoru. Początkowe napięcie i zaciekawienie pod wpływem monotonii dni i nocy upływających na łagodnie rozkołysanym statku szybko ustąpiły rozluźnieniu.

Przymknął oczy i wystawił twarz na pieszczotliwe powiewy morskiej bryzy. Jego umysł po raz kolejny wypełnił się mieszaniną swojskich i obcych słów. Wspominał rodzinne strony. Przywoływał nazwiska sąsiadów i zastanawiał się, co tam u tego czy tamtego. Myślał, podobnie jak i śnił, w swoim rodzinnym dialekcie. Mówił po hiszpańsku. Na statku słyszał angielski, niemiecki i francuski. Uczył się afrykańskiej odmiany angielszczyzny. Ciekaw był, czy język bubi jest dla mieszkańców Fernando Poo tym, czym dla niego pasolobiński. Ciekaw był, czy kogokolwiek na wyspie zainteresowałyby, poza z konieczności już pewnie znanymi dziejami i zwyczajami metropolii – bo tak określano Hiszpanię jako kraj kolonizujący inne – także historia i zwyczaje tamtego zimnego i pięknego zakątka w Pirenejach, który teraz, wobec bezmiaru morza, zdawał mu się maluteńki.

Bo jego, owszem, ciekawił ten inny świat, który może wciąż trwał pod kolonialną zwierzchnością. Ciekawiła go historia tej wyspy zamieszkanej przez kobiety i mężczyzn z fotografii.

Historia tubylcza. Historia prawdziwa.

Jeśli rzeczywiście coś się z niej zachowało.

Zanim na portowym molo w Bacie – stolicy Río Muni, czyli kontynentalnej części Gwinei Równikowej – zauważył ubranego w krótkie spodnie, jasną koszulę i hełm tropikalny ojca, jego dusza zdążyła się już zanurzyć w całe ciepło i zieloność tego świata. Kogoś wychowanego w górskim raju kolor zielony nie powinien właściwie aż tak zaskakiwać – a jednak zaskoczył.

Przed ich oczyma rozciągała się najpiękniejsza część Czarnego Kontynentu, wiecznie zielona, pokryta równikowym lasem. Wszystko inne zdawało się tu wtórne, jakby nieprawdziwe: niskie budynki, zakotwiczone w porcie wielkie, nowoczesne statki, ręce machające na powitanie, ludzie taszczący z miejsca na miejsce towary.

Dziwne było to poczucie nierzeczywistości.

Ale tak czy owak dopłynęli. Wreszcie!

– I jak ci się podoba? – zagadnął go Jacobo.

Stali wraz z Manuelem obok niego, aż zakończy się manewr przybijania do brzegu i wysunięty zostanie trap, który pozwoli pasażerom zejść na ląd. Wokół kłębił się tłum ludzi zaprzątniętych rozmaitymi zadaniami. Zarówno na pokładzie, jak na brzegu rozbrzmiewał wielojęzyczny gwar. Kilian obserwował wszystko wciąż oszołomiony.

– Oniemiał! – zaśmiał się Manuel, trącając Jacoba łokciem.

– Widziałeś, ilu czarnych, Kilian? A wszyscy jednakowi! Sam zobaczysz. To zupełnie jak z owcami. Nawet po dwóch czy trzech miesiącach nie nauczysz się ich rozróżniać.

Manuel skrzywił się na te słowa. Kilian nie słuchał, oczarowany widoczną w dole panoramą.

– Tam jest tata! – zawołał wreszcie z radością, dostrzegając wśród podchodzących do trapu znajomą postać.

Pomachał ojcu i lekkim krokiem ruszył ku zejściu, a za nim podążali równie stęsknieni za stałym lądem Jacobo i Manuel.

Powitanie było krótkie, ale pełne emocji. Przez kilka minut w powietrzu krzyżowały się pozdrowienia, formuły przedstawiające Antonowi Manuela, anegdoty z podróży i niecierpliwie pytania. Kilian nie widział ojca od dwóch lat i zaniepokoił się jego wyglądem. Spaloną słońcem twarz przecinały nieistniejące wcześniej zmarszczki, a z gruba ciosane, lecz proporcjonalne rysy zdawały się powoli flaczeć. Antón sprawiał wrażenie zmęczonego i co chwila unosił dłoń do brzucha.

Przede wszystkim chciał wiedzieć, co tam słychać w miasteczku, jak się miewa rodzina jego brata, który też miał na imię Jacobo, a także dalsi krewni oraz sąsiedzi. Na koniec zostawił sobie pytania o żonę i córkę. Przy wzmiance o Marianie Kilian dostrzegł w jego oczach przebłysk smutku. Wyjaśnienia nie były potrzebne. Pobyty w kolonii dłużyły się każdemu, a co dopiero żonatemu mężczyźnie, który kochał żonę i nie widywał jej całymi miesiącami.

Po krótkim milczeniu Antón popatrzył na Kiliana i omiatając okolicę szerokim gestem, powiedział:

– Cóż, synu. Witaj z powrotem na rodzinnej ziemi. Mam nadzieję, że będziesz się tu czuł dobrze.

Kilian uśmiechnął się porozumiewawczo i zwróciwszy się do Manuela, wyjaśnił:

– Jacobo też się tutaj urodził, wiesz? A dwa lata później ja. Po porodzie mama zachorowała i tygodniami nie mogła dojść do siebie, dlatego wróciliśmy do domu.

Manuel skinął głową. Wielu osobom nie odpowiadały gęste, wilgotne upały panujące w tej części Afryki.

– To znaczy, że się tutaj urodziłem, ale nigdy nie mieszkałem. Nie mam nawet żadnych wspomnień.

Jacobo nachylił się i podjął ściszonym głosem:

– Matka nie przyjechała tu nigdy więcej, a ojciec kursował w tę i z powrotem, przysparzając nam podczas urlopów rodzeństwa. Bywało, że kolejne dziecko widział dopiero, kiedy miało dwa lata, potem siał nowe ziarno i wracał w tropiki. Z sześciorga braci i sióstr zostało nas troje.

Kilian upomniał go wzrokiem, niespokojny, że ojciec usłyszy, ale Antón był pogrążony w myślach. Patrzył na młodszego syna, który bardzo się zmienił – wysoki jak wcześniej, nieco szczuplejszy od Jacoba, stał się jednak przez ten czas dorosłym mężczyzną. Niewiarygodne, że to już tyle lat, od kiedy się urodził! Dokładnie po dwudziestu czterech wracał tam, gdzie przyszedł na świat. Nic dziwnego, że tak bardzo o tym marzył. On, Antón, na początku niezbyt się cieszył z jego decyzji, by wzorem ojca i starszego brata wyprawić się do Afryki. Martwił się, że Mariana i Catalina zostaną same na gospodarce. Jednakże Kilian potrafił być bardzo uparty i przekonujący, poza tym miał słuszność, gdy po dokonaniu rachunków argumentował, że rodzinie przyda się dodatkowy zastrzyk pieniędzy. Głównie dlatego Antón postanowił jednak zwrócić się do właściciela plantacji, który nawet przyspieszył zwykły tryb załatwiania takich spraw, żeby Kilian mógł odbyć podróż już w styczniu, w okresie wstępnych prac. W ten sposób zyskiwał czas, by przywyknąć do miejscowych warunków i przygotować się do działania w najważniejszych miesiącach, kiedy to – od sierpnia – zbierano i suszono kakao.

Panujący wokół ścisk skłonił ich do przejścia kawałek dalej. Wciąż mieli przed sobą parę godzin podróży na wyspę, ostateczne miejsce przeznaczenia.

– Wydaje mi się, że statek do Santa Isabel już stoi gotowy – oświadczył Jacobo, po czym zwrócił się do Antona: – To naprawdę uprzejme, że wybrał się po nas ojciec aż do Baty. Może z lęku, że jednak nie dowiozę Kiliana w całości? – dorzucił kpiąco.

Antón uśmiechnął się, co nie zdarzało mu się często, choć w towarzystwie Jacoba częściej niż kiedy indziej.

– Mam nadzieję, że wykorzystałeś długi rejs, aby we wszystko brata wtajemniczyć. Chociaż po twarzy widać, że spędzałeś czas raczej w salonie muzycznym… I to bynajmniej nie z miłości do fortepianu!

Kilian pospieszył bratu z pomocą i poważnym głosem, któremu towarzyszył jednak żartobliwy uśmiech, powiedział:

– Nie mogłem trafić na lepszych nauczycieli niż Jacobo i Manuel! Szkoda, że ojciec nie widział, jak mnie brat uczył pichi! Już właściwie płynnie nim władam!

Wszyscy czterej wybuchnęli śmiechem. Antón cieszył się, że ma chłopców przy sobie. Ich młodość i energia pomogą zrekompensować fakt, że on sam, wbrew własnej woli, słabnie. Obrzucił ich dumnym spojrzeniem. Fizycznie byli bardzo podobni. Obaj odziedziczyli po nim zielone oczy, typowe dla męskiej linii Rabaltué. Dziwne oczy: z daleka wydawały się zielone, lecz z bliska okazywały się szare. Chłopcy mieli ponadto szerokie czoła, długie, masywne u podstawy nosy, wydatne kości policzkowe i szczęki równie mocno zarysowane jak podbródki, nawet jeśli podbródek Jacoba był jednak zdecydowanie bardziej kwadratowy. Obaj też mieli gęste czarne czupryny, tyle że włosy Kiliana dodatkowo połyskiwały miedzią. Wyróżniali się wzrostem, szerokimi barami i silnymi ramionami – bardziej umięśnionymi u starszego brata – nawykłymi do fizycznego wysiłku. Antón wiedział, jakim szalonym powodzeniem cieszy się Jacobo wśród kobiet, ale wiedział też, że Kilian będzie się cieszył większym. Harmonia jego rysów ocierała się wręcz o perfekcję. Przypominał młodą Marianę.

Z kolei charaktery braci nie mogłyby być bardziej odmienne. O ile Jacobo zaliczał się do imprezowiczów i przyjmował pozy panicza zmuszonego przez życie do pracy, o tyle Kilian odznaczał się mocno rozwiniętym poczuciem odpowiedzialności – czasem wręcz zbyt rozwiniętym, nawet zdaniem ojca. Przy czym Antón nigdy by mu tego nie powiedział, wolał, żeby młodszy syn przejawiał nadmiar pracowitości i powagi, niż żeby się upodobnił do zmiennego Jacoba z jego specyficznym poczuciem humoru.

Tak czy owak, wyglądało na to, że bracia dobrze się rozumieją i że się uzupełniają, a właśnie to się liczyło na tej dziwnej ziemi.

Podczas przeprawy z Baty na wyspę Antón był wyjątkowo gadatliwy. Gdy wspomnieli mu o nieustannych mdłościach Jacoba, opowiedział, jak to kiedyś, w trakcie jednej z pierwszych podróży bez Mariany, w drodze z Teneryfy do Monrowii jego statek dostał się w szpony straszliwej burzy.

– Wszędzie było pełno wody, walizki pływały w kajutach. Latałeś pod sufitem, żeby zaraz potem się podtopić. Cierpieliśmy tak przez trzy dni, w dodatku bez jedzenia. Wszystko zostało zniszczone. W Santa Isabel czekali na nas jak na zjawy. Uważali nas za martwych. – Zadumał się na kilka sekund, ze wzrokiem wbitym w horyzont, wspominając okropne doświadczenie. Potem zwrócił się do Jacoba, który słuchał tej opowieści ze zdziwieniem. – Wtedy jeden jedyny raz w życiu naprawdę się bałem. Mało! Byłem przerażony! Twardzi faceci płakali jak dzieciątka…

Kilian też się zdziwił.

– Nie pamiętam, żeby ojciec kiedykolwiek napomykał o tej przygodzie w swoich listach. Dlaczego?

– Nie chciałem was martwić. – Antón wzruszył ramionami. – Sądzisz, że matka puściłaby was w drogę, gdyby znała tę historię? Poza tym na piśmie wyglądałoby to jak zwykła anegdota, a zapewniam was, że w tamtych chwilach każdy żegnał się z życiem i wspominał bliskich. Jak mawia mój poczciwy José, trudno opisać strach. Ale jak cię chwyci, trudno go potem strząsnąć.

Jacobo przyłożył dłoń do piersi, wyraźnie wdzięczny, że nic podobnego mu się nie przytrafiło.

– Obiecuję nigdy więcej nie skarżyć się na morskie podróże i cieszyć się każdym delfinem oraz wielorybem, który pojawi się w polu widzenia.

Kilian patrzył na ojca. Było w nim coś nowego. Zawsze należał do mężczyzn poważnych, raczej trudnych i autorytarnych. Jednakże w sposobie, w jaki przedstawił historię ze sztormem, dał się wyczuć pewien smutek. A może lęk? No i jeszcze ten gest dłoni wciąż wędrującej do brzucha…

– Tato… Czy dobrze się tata czuje?

Antón, słysząc to pytanie, natychmiast się pozbierał.

– Doskonale, synu. Po prostu ostatnie zbiory były cięższe niż zwykle. – Ewidentnie chciał zmienić temat. – Nie udały się tak, jak oczekiwaliśmy, a to przez straszne mgły. Musieliśmy pracować dużo więcej. – To powiedziawszy, zanim Kilian zdążył coś dodać, wrócił do roli kontrolującego wszystko ojca rodziny. – Przywiozłeś odpis aktu urodzenia?

– Tak.

Kilian już wiedział, że teraz zacznie się przesłuchanie. Jacobo go uprzedzał.

– A zaświadczenie o dobrym sprawowaniu oraz braku historii więziennej?

– Tak.

– A książeczkę wojskową?

– Też. I jeszcze oficjalne zaświadczenie, że nie jestem chory na gruźlicę, oraz zaświadczenie, że umiem czytać i pisać… Na Boga, tato! Przecież powtarzał to tata pięć razy w listach! Trudno było zapomnieć!

– Dobrze, dobrze, nie ty pierwszy odpłynąłbyś z kwitkiem ze względu na brak odpowiednich papierów. Zaszczepili cię na statku przeciw malarii?

– Tak, tato. Zaszczepili mnie na statku i mam papier, który to potwierdza. Coś jeszcze?

– Tylko jedno. I mam nadzieję, że nie zapomniałeś… Że nie zapomnieliście… – Mówił poważnym głosem, ale oczy mu się śmiały. – Przywieźliście mi to, o co prosiłem waszą matkę?

Kilian westchnął z ulgą, świadom, że oto przesłuchanie się skończyło.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.